Córka Hadesa - Klaudia Świerczewska

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (20,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I: Heidi

Nieprawdą jest, że Kraina Umarłych pod rządami Hadesa to tylko ogromna jaskinia pełna oślizgłych ścian i tuneli, w których skrywają się najgorsze demony, czyhające na wnętrzności ofiar, zbyt słabych, by jakkolwiek się bronić. Owszem, istniały takie miejsca - tam byli wysyłani ci, którzy za życia wyrządzili tak wiele złego, że dziwiło to nawet Króla Podziemi. Jednak w przeważającej większości Podziemia były otwartą, górzystą przestrzenią, na której rozpościerały się całe łąki suchych traw i krzewów oraz rzędy nagich drzew, które, pomimo wątłego wyglądu, wytrzymywały ciężar najgorszych win. Niebo było zupełnie inne niż w krainie, w której otrzymywało się zbawienie. W Krainie Umarłych miało kolor brudnej czerwieni, przywodziło na myśl krew, przelaną nieraz przez śmiertelników, którzy do nas trafiali. Ich pierwsze wrażenia po przekroczeniu naszych bram zawsze były takie same: lęk, paniczny krzyk, błagania o kolejną szansę, czasami skrucha, domaganie się lepszego życia po śmierci. Nikt z nas nie dawał się już nabierać na te sztuczki, wiedzieliśmy, do czego są zdolni. Nie rozumiałam ich zachowania. Mnie Kraina Umarłych bardzo się podobała, jednak nie potrafiłam być obiektywna. Spędziłam w niej całe swoje dotychczasowe jestestwo. Nigdy nie wyściubiłam nosa poza granice, które wyznaczył ojciec. I choć wielokrotnie z lubością słuchałam opowieści o świecie ludzi, o zmianach, jakie zachodziły tam na górze, w ciągu, jak to mawiali, roku kalendarzowego, nie odważyłam się poprosić ojca o możliwość zobaczenia tego na własne oczy. Wystarczyły mi opowieści i moje wyobrażenia. Przynajmniej tak mi się wydawało...

Uwielbiałam przesiadywać na ogromnym kamieniu, tuż nad urwiskiem, na Wzgórzu Cierpienia. Potrafiłam godzinami wpatrywać się w horyzont, chociaż za bardzo się nie zmieniał. Nie mieliśmy ani wschodów, ani zachodów słońca czy księżyca. Nic takiego u nas nie istniało. U podnóża urwiska zakręcała rzeka Styks, przez którą niejednokrotnie przeprawiał się Charon w towarzystwie mniej lub bardziej jęczących dusz. Nieraz widziałam, jak przewraca oczami, gdy łapały go dłonie ludzi chcących zwrócić na siebie jego uwagę. Do samego końca potrafili błagać o powrót do ludzkiego świata.

Na najbardziej wysuniętym brzegu zawsze stała moja matka. Odziana w długą, czarną suknię z kilkumetrowym trenem, poważna, lecz o ciepłym spojrzeniu, wyczekiwała kolejnych zmarłych. Po odebraniu ich od Charona kierowała się na prawo, do łagodniejszych terenów Krainy Umarłych, bądź na lewo, tam, gdzie zsyłano najgorszych. I chociaż przez pierwsze lata mojego istnienia byłam pewna, że to właśnie moja matka wybiera, kto i dokąd trafi, w końcu zostało mi to wyjaśnione. To nie ona o tym decydowała, tylko On.

Pan i władca, najbardziej przerażający ale i najsprawiedliwszy ze wszystkich bogów, jakich znałam... Hades, mój ojciec. Grecy, kimkolwiek byli, przedstawiali go zawsze jako mężczyznę odzianego w długą szatę, inni - jako żywą pochodnię. I jedni, i drudzy mieli rację, jednak czasy bardzo się zmieniły. Ojciec zaczął chodzić w garniturze, by, pojawiając się na Ziemi po dusze, nie odbiegać aż tak bardzo od wyglądu zwykłego człowieka. Płonąca, jaskrawoniebieska fryzura zniknęła, gdy narodziłam się ja, jednak pojawiała się w przypływie silnych emocji. Podobnie wyglądało to z moimi własnymi niebieskimi włosami, które również zajmowały się ogniem i parzyły każdego, kto chciał ich dotknąć. Jednak w chwilach spokoju, gdy odpoczywałam nad urwiskiem, leżały swobodnie na moim ramieniu.

- Nie powinnaś być teraz w zupełnie innej części Krainy? - usłyszałam nagle za plecami. Odwróciłam się. Na widok towarzysza moje usta natychmiast wykrzywiły się w lekkim uśmiechu.

- A czy ty, Charonie, nie powinieneś teraz przeprawiać dusz dla mojej matki na nasz brzeg? - odpowiedziałam mu pytaniem na pytanie. Charon uśmiechnął się ironicznie i nagle znalazł się obok mnie. Przybierał postać młodego chłopaka z ciemnymi włosami, które często wpadały do jego stalowych oczu. Jak sam mawiał, przyciągało to dziewczyny.

- Cóż, moja droga, twoja matka zapewne wytrzyma kilka minut, dzięki czemu uda mi się namówić cię do wykonania twojego zadania. Piekielne Psy już czekają, by wgryźć się w czyjąś smakowitą duszyczkę, ociekającą złem i zepsuciem - wyszeptał Charon wprost do mojego ucha. Zadrżałam, z zadowoleniem przymykając oczy.

- Dobrze, już dobrze. Dawno nie jadły - przyznałam mu rację, podnosząc się z kamienia. Ujęłam mgliste końce sukni i zeskoczyłam z mojego ulubionego miejsca. - Ojciec nadal na Powierzchni? - zapytałam.

- Tak - odpowiedział Charon. - Z tego, co wiem, zostało mu jeszcze kilka nazwisk do odebrania - dodał, a ja kiwnęłam głową.

- W porządku. Zabieram się zatem do pracy - powiedziałam, posyłając w jego stronę lekki uśmiech, i ruszyłam w przeciwnym kierunku niż mój rozmówca. Schodząc po kamiennych schodach, gwizdnęłam kilka razy, rozglądając się po okolicy. Po czerwonym niebie latały czarne ptaszyska, gotowe przewrócić siłą skrzydeł tych, którzy przemierzali Krainę Umarłych. Obserwowałam uważnie, jak kołują nad Lete, jedną z pozostałych rzek w Krainie, gdy nagle moją uwagę przykuł ruch u podnóża schodów. Kilka psów, które usłyszały mój gwizd, dosłownie przebierało łapami w miejscu, nie mogąc doczekać się możliwości spotkania z najgorszymi z dusz. Tylko nimi mogły się posilić, w ramach tortur, które serwowaliśmy potępionym. Wzruszyłam się, widząc, że psy czekają właśnie na mnie. Nie biegały, jedynie drapały pazurami ziemię, by wyrazić swoje zniecierpliwienie. Zeszłam do nich spokojnie i pogłaskałam jednego z psów, który podszedł najbliżej. Uśmiechnęłam się, kiwając głową. W końcu miałam dla nich wspaniałe wieści.

- Idziemy, moje drogie pieski. Przed nami długie godziny zabawy z duszami nowych śmiertelników - oznajmiłam, przyglądając się ich reakcji. Największe z nich zawyły radośnie, co rozniosło się echem po całych Podziemiach. Czułam niemal strach zagubionych dusz, które błądziły po Polach Prawie Elizejskich. To tam przebywały dusze, które były w miarę przyzwoite, jednak kilka występków sprawiło, że znalazły się właśnie u nas. To tam miały zrobić kilka dobrych uczynków, by przenieść się na Pola Elizejskie, te właściwe, mlekiem i miodem płynące. W towarzystwie psów szłam spokojnie w kierunku ogromnej jaskini. Utknęły w niej dusze skazane na potępienie - miały przeżywać największe cierpienia, aż po kres wytrzymałości.

Wejście do jaskini znajdowało się przy końcu stromych schodów prowadzących w głąb Krainy Umarłych. Było swego rodzaju symbolem upodlenia, jakiego doświadczyło się za życia. Im bliżej końca stopni, tym głośniejsze były jęki i płacz. Rozpacz była prawie namacalna, niczym gęsta mgła, która sunęła po ziemi, by w każdej chwili złapać nieszczęśnika w swoje sidła. Psy zrobiły się jeszcze bardziej rozdrażnione, ich głębokie pomruki zagłuszały zawodzenie dusz. Największego pogładziłam po łbie, by jego spokój przyniósł ukojenie pozostałym w stadzie. Wzięłam głęboki oddech i rozejrzałam się po celach. Wiedziałam, że moja obecność została zauważona, bowiem nagle zapadła cisza. Z biegiem lat każda z dusz nauczyła się, że nie pojawiam się w dobrym momencie. Każda z nich mogła być następna, a denerwowanie mnie tylko skracało kolejkę do tortur. Wybuchowy charakter odziedziczyłam po ojcu.

- No dobrze, więc kto dzisiaj chce się ze mną przejść? - zapytałam, rozkładając ręce na boki. Odpowiedziały mi milczenie i szczeknięcie jednego z psów. Westchnęłam zawiedziona, miałam nadzieję, że tym razem obejdzie się bez wybierania ofiar siłą. Przebywanie z najgorszymi duszami działało źle na mnie samą.

- W porządku. Skoro nie ma chętnych... - Podeszłam do jednej z cel, łapiąc znienacka za metalowe pręty. Siedzący za nimi mężczyzna drgnął, jednak nie podniósł wzroku. Uśmiechnęłam się lekko, przekrzywiając głowę.

- Simon... Wiesz, że nie wolno mnie ignorować - wyszeptałam złowrogo, zaciskając mocniej palce na chłodnym metalu. Nadal jednak nie otrzymałam odpowiedzi, co z sekundy na sekundę rozsierdzało mnie coraz bardziej. Odsunęłam się kilka centymetrów, opuszczając dłonie wzdłuż ciała. - Simon - wysyczałam, dając mu ostatnią szansę. Stojące przy mnie psy głośniej zawarczały, drapiąc pazurami w kamienną posadzkę. Widziałam drżenie zmaterializowanej duszy, która przypominała ludzkie ciało, a także przyspieszony oddech i wypuszczone powietrze, które zmieniało się w obłok pary.

- Proszę... Zostaw mnie... Mam dość - wyszeptał mężczyzna.

- Trzeba było być dobrym za życia na tyle, by skończyć na Polach Prawie Elizejskich. Ale nie... Wy, ludzie, myślicie, że po śmierci po prostu leżycie w trumnie i nic poza tym. Zjadają was robaki i po kłopocie. Nie wierzycie w piekło czy niebo, bo po co? Albo wierzycie zbyt obsesyjnie, prawda, Simon? Powiedz mi... Ilu ludzi zabiłeś w imię swojej wiary? - teraz to ja wyszeptałam, wpatrując się w niego intensywnie.

- Odejdź... - powiedział błagalnie.

- Ilu?!

- Przecież wiesz! - krzyknął Simon, w końcu podnosząc na mnie wzrok. Moje usta rozciągnęły się w niebezpiecznym uśmiechu, a końcówki włosów zajęły się niebieskim ogniem.

- Nieładnie, Simon. - Zacmokałam, kręcąc lekko głową. - Nie wolno podnosić na mnie głosu. Nie można nie odpowiadać na pytania. Zapytam ponownie... Ilu ludzi zabiłeś w imię swojej wiary?

- Trzy... trzydzieścioro - zająknął się. Potaknęłam, ponownie robiąc krok w stronę jego celi. Złapałam mocno za pręty i przyciągnęłam je do siebie, by otworzyć celę.

- Właśnie. Trzydzieścioro niewinnych dusz. Dlatego przez najbliższe trzydzieści tysięcy lat trzydzieści moich psów będzie rozrywało każdą twoją kończynę na trzydzieści małych kawałeczków. A po upływie tego czasu... zaczniemy zabawę od nowa.

Do celi, warcząc i szczekając, wbiegły psy. Wtopiły ostre zębiska w ciało Simona, wyciągając go brutalnie z celi. Krzyk mężczyzny dźwięczał w moich uszach i odbijał się od ścian cel, budząc strach w duszach, które dopiero miały być ukarane. Zamknęłam celę z hukiem. Ruszyłam za psami. Simon próbował uciec, łapiąc się prętów i wystających kamieni, jednak każda jego próba kończyła się niepowodzeniem. Idące za nim psy natychmiast rzucały się do kąsania, rozrywały skórę dłoni. Spojrzałam na mężczyznę, zanoszącego się agonalnie, połykającego własne łzy. On sam starał się na mnie nie patrzeć. I tak nie mógł liczyć na moją pomoc.

- Ach, gdybyś był dobry za życia... - westchnęłam.

- Chcę się zmienić! Daj mi szansę! - zawył, starając się odpędzić moje psy. Pokręciłam głową i wbiłam w niego spojrzenie.

- Nie masz już szans na zmianę. Tacy jak ty od razu zsyłani są tutaj, bez możliwości jakiejkolwiek poprawy. To i tak nic by nie dało. Co chciałbyś zmienić? Przywróciłbyś życie ludziom, których zabiłeś? Dobrze wiesz, że się nie da. Nawet ja nie mam takiej mocy, a co dopiero ty. Twój los w Krainie Umarłych byłby idealną przestrogą dla ludzi na ziemi. Niestety, nie masz możliwości ich ostrzec - powiedziałam, podjudzając go. Wielu próbowało i każda próba okazywała się fiaskiem. - Och, już przestań zawodzić. To ci nie pomoże - zapewniłam go, wymijając psy, by otworzyć przejście do kolejnej sali. Tam, w ogromnej przestrzeni, rozmieszczono kilkanaście łóżek, przy których stały demony wszelkiej maści. Na łóżkach leżeli ich "pacjenci", torturowani na przeróżne sposoby. Gdy mijałam ich stanowiska, każdy z demonów skłaniał lekko głowę, zaraz wracając do przerwanych czynności. Na samym końcu pomieszczenia znajdowało się odosobnione, puste łóżko, przy którym też siedział jeden z demonów.

- Nie nudzisz się za bardzo, Olivierze? - spytałam. Olivier podniósł na mnie wzrok, a jego usta wykrzywiły się w diabolicznym uśmiechu.

- Witam księżniczkę Krainy Umarłych, moje oczy radują się na twój widok.

- Daruj sobie kpiny z łaski swojej. Przyprowadziłam ci nowego więźnia oraz trzydziestu małych pomocników - powiedziałam, wskazując stado głodnych psów. Oliver od razu dopadł nieszczęśnika, jednym ruchem rzucając go na stół. Stalowe kajdany zacisnęły się na jego kostkach i nadgarstkach, uniemożliwiając mu ucieczkę. Demon przyciągnął do siebie wózek z narzędziami tortur i spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

- Dlaczego zostawiasz ze mną aż tyle psów?

- Taką wymyśliłam dla niego karę. Trzydzieści tysięcy lat, trzydziestka moich psów i jego kończyny rozszarpywane codziennie na trzydzieści kawałków. Wiesz, co zrobił? - spytałam, unosząc wzrok na Oliviera. Ten pokręcił głową.

- Coś z trzydziestką ludzi, ale czy potrzebuję wiedzieć co? Wystarczy mi wiedza na temat jego kary. Resztą zajmę się sam.

- Takiej odpowiedzi się spodziewałam - przyznałam, spokojnie potakując. Nagle ściany i sufit zatrzęsły się lekko, pochodnie rozbłysły mocniejszym światłem, a moje włosy zapłonęły od skóry głowy aż po same końce. Uśmiechnęłam się szeroko, wiedząc, co to oznacza. Spojrzałam na Oliviera, który akurat sięgał po rozgrzane do czerwoności szczypce i przypatrywał im się z lubością.

- Czyżby tatuś wrócił? - rzucił, lecz nie zaszczycił mnie spojrzeniem.

- Jakbyś nie wiedział. Zostawiam go w twoich rękach, dobrej zabawy. Który demon będzie dostępny najszybciej? - zapytałam, rozglądając się po całej sali.

- Chyba Dagon. - Skinął na jednego z demonów stojącego nieopodal.

- W porządku. Gdy tylko zwolni się u niego miejsce, przyprowadzę kolejną duszę - obiecałam na odchodne. Nie byłam nawet pewna, czy usłyszał. Nim zdążyłam dojść do połowy sali, ta wypełniła się kolejnymi krzykami umęczonej duszy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Z niecierpliwością ruszyłam na górę, wprost do okazałego zamku, z którego rozpościerał się widok na Pola Elizejskie, Styks i całą Krainę Umarłych. Pędziłam do domu.

II: Heidi

Zamek Hadesa był okazały, jak na Króla Podziemi przystało. Mieścił się wysoko na wzgórzu, okalał go zewsząd piekielny ogień, który miał odstraszać błąkające się dusze. Zbudowany z dużych, ciężkich kamieni, które gdzieniegdzie ociekały krwią i przerażały nawet demony. Ogromne okna na wysokości pierwszego piętra zionęły pustką niczym najbardziej gnębione dusze, tylko nasze komnaty posiadały zasłony. Wokół zamku roztaczał się zapach siarki i, jeśli wierzyć Charonowi, który już nieraz odwiedzał Powierzchnię, cynamonu. Taka mieszanka dosłownie wgryzała się w nozdrza. Przy samym zamku nie słychać było nic, nawet najmniejszego szmeru. Tu, w upiornej ciszy, Pan Umarłych miał spokój. Wiecznie otwarta brama główna zdawała się zapraszać każdego, jednak u jej progu na zbłąkanych czaił się potężny, najgroźniejszy z groźnych strażnik podziemi.

- Witaj, Cerberku - przywitałam psa, gładząc każdy z jego trzech łbów. Cerber zamerdał ogonem, powalając idące obok niego demony.

- Uważajcie, jak chodzicie - rzuciłam do nich, widząc, jak podnoszą się z ziemi, gotowi zwymyślać psa. - Spróbujcie tylko coś na niego powiedzieć, Hades nie będzie zadowolony - ostrzegłam. Ojciec darzył Cerbera wielkim uczuciem. Para demonów spojrzała po sobie i odeszła bez słowa, stąpając ostrożnie, aby nie nadepnąć na ogon.

- Tata już w domu? - spytałam, na co wszystkie głowy Cerbera przytaknęły. Rozbawiona podrapałam go za uchem. - Wszystko rozumiesz, szkoda, że nie umiesz mówić - westchnęłam, odsuwając dłoń. Widziałam po jego oczach, że również był tym faktem niepocieszony. - Następnym razem - obiecałam, widząc, że pies czeka na kolejne pieszczoty, i ruszyłam w stronę kamiennych schodów prowadzących do ogromnej, tonącej w złocie i czerni komnaty jadalnej. Stół, jak zawsze, był suto zastawiony, jakbyśmy spodziewali się wielu gości. Posiłek jednak nieodmiennie spożywaliśmy we własnym, trzyosobowym towarzystwie. Mama już siedziała przy stole, ojciec kręcił się jeszcze po pomieszczeniu. Nie słyszałam jego słów, ale widziałam, że jest podenerwowany. Lekko zawiedziona zmarszczyłam brwi. Miałam nadzieję, że jego zły humor zniknie tak szybko, jak się pojawił.

- Mamo, tato - powiedziałam, podchodząc bliżej. Oboje popatrzyli na mnie.

- Heidi, kochanie. - Mama wstała i podeszła, by mnie objąć. Jej pełne ciepła oczy niemal śmiały się do mnie. Odwzajemniłam jej uścisk i spojrzałam na ojca. Ten westchnął i choć uciekł już wzrokiem, subtelny uśmiech wystarczył mi, by mieć pewność że to nie ja zrobiłam coś złego.

- Jak minął ci dzień, Heidi? - spytał, wskazując na moje krzesło. Zajęłam swoje miejsce, przyglądając się ojcu z uwagą.

- W przeważającej części tak jak zazwyczaj. Spacer po Wzgórzu Cierpienia, potem szybka rozmowa z Charonem i odstawienie duszy Simona na tortury.

- Znalazłaś dla niego wreszcie coś odpowiedniego? - Ojciec spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. Kiwnęłam twierdząco głową.

- Jak najbardziej. Właśnie pokutuje za swój ostatni występek przed śmiercią.

- Bardzo dobrze - pochwalił mnie ojciec. - Wiedziałem że poradzisz sobie z tą robotą - dodał. Skinęłam głową, zadowolona, że moja praca została doceniona. Nie chciałam, by Król Podziemia musiał się martwić o moją rolę, którą zamierzałam pełnić sumiennie i całkowicie samodzielnie. Persefona spojrzała na nas i uśmiechnęła się ciepło.

- Mówiłam ci, najdroższy, że Heidi sobie poradzi. Ma dobre wzorce - powiedziała, nalewając sobie i mężowi wina. Hades pokiwał głową w zamyśleniu. Sięgnął po swój puchar i upił kilka łyków. Nadal coś nie dawało mu spokoju. Widziałam to w jego postawie, w jego oczach.

- Tato? Wszystko w porządku? - spytałam. Ojciec rzadko skarżył się na cokolwiek, jednak jego rozdrażnienie widać było z daleka.

- Tak, tak - zapewnił, unikając spojrzenia żony.

- Hadesie...

- Nie wydaje mi się, by to był dobry pomysł, Persefono. To duża odpowiedzialność, sporo pracy i jeszcze więcej wyrzeczeń. Nie każdy sobie z tym radzi, a i ja po wielu latach chwilami jestem zmęczony - wytłumaczył Władca Podziemia, wpatrując się w żonę. Mówił zagadkami, które dla mnie były niezrozumiałe, jednak mama zdawała się dokładnie wiedzieć, o co chodzi.

- Nie dowiesz się, jak sobie poradzi, póki nie się nie przekonasz. Możesz pozwolić jej spróbować, nic na tym nie stracisz, prawda? - Persefona nie dawała za wygraną. Patrzyłam na nich zdezorientowana, nie bardzo pojmując, co się dzieje. Ojciec westchnął i popatrzył na mnie. Wyprostowałam się, wytrzymując jego świdrujące spojrzenie.

- No dobrze, spróbujemy. Racja, jest nie do końca w porządku. Mam za dużo spraw na głowie i z przyjemnością oddelegowałbym kogoś do niektórych obowiązków.

- O czym dokładnie mówimy? - spytałam zaciekawiona. Musiałam się pilnować, by z powodu buzującej we mnie ciekawości nie zapaliły się moje włosy.

- Uczyniłbym cię Boginią Śmierci. Chodziłabyś na Powierzchnię, odwiedzała odpowiednich ludzi i zabierała ich dusze. Potem przekazywałabyś je matce i wracała po kolejne. I tak każdego dnia - powiedział, starannie ważąc każde słowo. Zamrugałam zaskoczona, nie kontrolując się już w żaden sposób.

- Miałabym wychodzić na Powierzchnię? Naprawdę? - Poczułam, że końce moich włosów się rozpalają.

- Heidi... - upomniał mnie ojciec, jednak ja pokręciłam głową.

- Nie zwracaj na nie uwagi, proszę. To zbyt ważna informacja, bym mogła je teraz uspokoić.

- Będziesz musiała. Żaden człowiek nie powinien cię zobaczyć. Na ziemi będziesz pod moim płaszczem, który zapewni ci niewidzialność dla ludzkiego oka. Tylko dusze będą cię widziały - wytłumaczył. Uśmiechnęłam się, potakując na znak zgody.

- Pomogę - zapewniłam, zaraz jednak przypominając sobie o czymś ważnym. - A co z odprowadzaniem straconych dusz na tortury?

- To już ja przejmę od ciebie. Wszystkie demony są teraz zajęte, więc kilka dni będzie spokojnie. Będę mógł się zająć pozostałymi duszami i porozmawiać z innymi bogami - wyjaśnił ojciec, a widząc niezadowolenie na jego twarzy, domyśliłam się, że to ostatnie, na co miał ochotę. Kiwnęłam głową i spojrzałam na matkę, która uśmiechała się z dumą.

- Wiem, że sobie poradzisz.

- Nie zawiodę was - obiecałam. W głębi serca czułam, jak wielki obowiązek na mnie spadł, ale jednocześnie wiedziałam, że jest to dla mnie ogromna szansa. I zamierzałam ją wykorzystać najlepiej, jak potrafię.

***

- No, no, Bogini Śmierci. Brzmi nieźle - pochwalił Charon, z którym spotkałam się u zbiegu Styksu i Kokytos.

- Prawda? Nie spodziewałam się takiej szansy, a tu proszę, niespodzianka - powiedziałam, opierając się o głaz, na którym siedział Przewoźnik. Oboje obserwowaliśmy horyzont, czekając nie wiadomo na co. Nie mieliśmy przecież słońca ani księżyca, tylko niebo w różnych odcieniach czerwieni i czerni, zależnych od humoru Władcy Podziemia.

- Myślisz, że sobie poradzisz?

- Nie wiem. Ale wiem, że nie mogę zawieść. Rodzice na mnie liczą, to mama wywalczyła dla mnie tę szansę.

- Serio? - Oczy Przewoźnika wbiły się we mnie z uwagą.

- Tak. Ojciec nie bardzo chciał mi cokolwiek powiedzieć, dopóki nie został lekko przyciśnięty - oznajmiłam z rozbawieniem. - Więc nie mogę odmówić, poddać się czy coś. Wiem, że chwilami będzie trudno... Ale jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem. Może nie będzie tak źle? - skierowałam to pytanie bardziej do siebie niż Charona.

- Hades wytłumaczył ci, jak to wszystko wygląda? - spytał, a ja od razu odpowiedziałam kręceniem głowy.

- Jeszcze nie znam szczegółów. Na razie wiem, że już jutro wychodzę pierwszy raz na Powierzchnię. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę, jak wygląda świat ludzi.

- Nie rozumiem twojego podekscytowania tą perspektywą. Świat jak świat. - Charon wzruszył ramionami.

- Mówisz tak, bo już kilka razy odwiedziłeś go z moim ojcem. Ja jeszcze tam nie byłam, wszystkiego jestem ciekawa. Ludzkich rzeczy, domów, tych wszystkich wynalazków, o których wspominają dusze.

- Dobra, dobra, nie będę ci psuł tego słodkiego czasu oczekiwania - powiedział Charon, uśmiechając się lekko. - Sama się przekonasz, co i jak. Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz - dodał, po czym puścił mi oczko. Po chwili przeciągnął się i zeskoczył z głazu. Wzrok wbił w rzekę. - Dobra, zbieram się do pracy. A ty idź i się zabaw ostatni raz z duszami i psami. Zabierasz któregoś ze sobą na górę?

- Jeszcze nie wiem, nie rozmawiałam z ojcem o konkretach. Jak będę wiedziała coś więcej, dam ci znać - odpowiedziałam z uśmiechem. Przewoźnik kiwnął głową, odwzajemniając uśmiech. Byliśmy przyjaciółmi, chyba nawet kimś na kształt rodzeństwa. Zawsze się dogadywaliśmy i trzymaliśmy się razem.

- Będę w takim razie czekał na informacje. Trzymaj się, mała - powiedział, wskakując na swoją łódź, którą przewoził dusze.

- Ty też! - zawołałam na odchodne, jednak nie ruszyłam się z miejsca, póki czarna łódź ozdobiona czaszkami nie zniknęła z pola widzenia. Odepchnęłam się od kamienia i ruszyłam spokojnie w stronę jaskini. W planie ponownie miałam transport dusz z cel na tortury i z tortur do cel. Nim jednak zdążyłam wdrożyć swój plan w życie, moim oczom ukazał się ojciec, stojący przy wejściu do jaskini. Uniosłam brwi, zachodząc w głowę, czy zapomniałam o czymś ważnym, czy aby jego wizyta nie zwiastowała niczego złego.

- Czekałem na ciebie.

- Spotkałam się z Charonem, opowiadałam mu o swojej nowej roli - wyjaśniłam, na co Hades potaknął. Gdy zrównałam się z nim, ruszyliśmy przed siebie.

- Rozumiem, że jesteś podekscytowana szansą, jaką dostałaś, i nie zamierzasz z niej zrezygnować?

- A powinnam? Wybacz, ojcze, ale nie widzę takiej potrzeby. Zawsze chciałam wyjść na Powierzchnię i zobaczyć, jak żyją ludzie. Teraz mam ku temu okazję, w dodatku będę ci pomagać. Wiem, że się martwisz, czy sobie poradzę. Sama nie jestem o tym przekonana, ale wiem też, że dam z siebie wszystko - powiedziałam, mając nadzieję że mój upór i zapewnienia przekonają ojca, aby nie zmieniał decyzji. Ojciec kiwnął głową, spoglądając na mnie kątem oka.

- Nie zamierzam teraz odbierać ci tej szansy, spokojnie. Pozwolę ci się wykazać. Jednak jest kilka zasad, których będziesz musiała przestrzegać, gdy tylko przekroczysz granice naszego świata.

- W porządku - powiedziałam ostrożnie. Przystanęliśmy. Byliśmy zaledwie kawałek od cel, już słychać było żałosne zawodzenie dusz.

- Po pierwsze, każdego dnia będziesz dostawała listę nazwisk, wraz z miejscem ich pobytu w chwili śmierci oraz ostateczną godziną, o której każda dusza musi znaleźć się poza ciałem.

- Czyli mogę kogoś zabierać przed czasem? - spytałam zaskoczona.

- Owszem. - Ojciec pokiwał głową.

- Moc Boga Śmierci działa tak, że jeśli będziesz chciała kogoś zabrać przed czasem, bo akurat będziesz w pobliżu tej osoby, stanie się coś, co bardziej lub mniej racjonalnie wytłumaczy śmierć. Zawał, udar, inne choroby, jakiś wypadek, napad. Możliwych scenariuszy jest mnóstwo - wyjaśnił ojciec. Potaknęłam na znak, że rozumiem jego słowa.

- Po drugie... - zaczął powoli. - Jeśli na liście kogoś masz, to musisz go zabrać. Nie możesz pozostawić go na świecie, skutki takich działań są nieprzewidywalne i trudne do odwrócenia, czasami niemożliwe. A niosą za sobą bardzo duże konsekwencje. Musisz o tym pamiętać - oznajmił twardo. - Nieważne, kim będzie ta osoba, jak bardzo będzie chciała żyć, jak cudowną osobą była za życia. Jej czas po prostu dobiegł końca.

- Jasne, rozumiem - powiedziałam, patrząc uważnie na ojca.

- Jeśli będziesz miała jakikolwiek problem z czymkolwiek, daj mi znać. Pomogę ci. Lepiej, jeśli zapytasz o coś przed faktem niż po.

- W porządku. Obiecuję zapamiętać to wszystko. - Nie spuszczałam z niego wzroku.

- Wierzę w ciebie, moje dziecko. Nikomu innemu nie powierzyłbym tego zadania. Nie ufam demonom na tyle, by zlecić im coś tak odpowiedzialnego - zdradził. Po twarzy ojca błąkał się uśmiech, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ruszyliśmy w stronę cel.

- Wiele to dla mnie znaczy - przyznałam cicho, nie będąc pewna, czy ojciec usłyszał. Jako potwierdzenie musiał mi wystarczyć uśmiech, który nie schodził ojcu z twarzy, gdy otwierał cele. Wszelkie wątpliwości odpłynęły.

- Zapraszam, duszyczko. Czas odpokutować za swoje przewinienia- powiedział, wpatrując się w duszę kobiety, która zamordowała własne dzieci. Patrzyłam na nią spokojnie, w milczeniu. Głównie z opowieści Charona wiedziałam, że tacy ludzie już za życia nie mieli łatwo przez to, co zrobili. Dawni przyjaciele, rodzina i sąsiedzi bywali bardziej okrutni niż my. Nie wybaczali takich zbrodni. Mogłam się założyć, że modlili się, by kobieta z celi po swojej śmierci trafiła właśnie do nas.

Dusza na widok Hadesa załkała żałośnie, cofając się pod samą ścianę.

- Nie zmuszaj mnie, bym wchodził do tej śmierdzącej celi, bo źle się to dla ciebie skończy. Korzystaj, póki mam dobry humor. - Ojciec wzniósł oczy. Kobieta drżała ze strachu i już myślałam, że się nie ruszy, kiedy nagle podniosła się z ziemi. Byłam szczerze zaskoczona, jednak odpuściłam komentarz. Hades kiwnął głową i ruszyliśmy we troje w stronę sali tortur. Kobieta nie błagała o litość, nie skomlała niczym pobity szczeniak, nawet nie próbowała uciekać. Popatrzyłam zdezorientowana na ojca.

Gdy dotarliśmy do sali, Hades spojrzał na jednego z wolnych demonów. Kiwnął na niego, wskazując stojącą przy nim duszę. Ten od razu zrozumiał, o co chodzi, i pojawił się przy nas, skłaniając lekko głowę w naszym kierunku.

- Wasza Wysokość... - powiedział, zabierając kobietę w stronę swojego stanowiska.

- Byłaś zdziwiona, gdy ją zabieraliśmy - odezwał się ojciec, na co przytaknęłam. Wpatrywałam się w demony zabawiające się w sali, słuchałam wrzasków potępionych dusz, ale wciąż docierały do mnie słowa ojca.

- Po prostu... poszła. Nie lamentowała za bardzo, nie błagała o litość. Zwykle jest odwrotnie.

- Co innego, kiedy ty ich prowadzisz, co innego, kiedy ja. O tobie wiedzą tyle, że jesteś moją córką. We mnie widzą pana Krainy Umarłych - powiedział ojciec, przenosząc wzrok na pracujące demony. Chwilę później położył dłoń na moich łopatkach i lekko obrócił w stronę wyjścia

- Znaczy, że to kwestia szacunku? - spytałam, na co ojciec wzruszył ramionami.

- Czy sądzisz, że te istoty wobec kogokolwiek czują po śmierci szacunek? Za życia rzadko tak jest, a co dopiero, gdy ich ludzkie oczy się zamkną. - Jego słowa zawisły między nami. Cóż mogłam więcej dodać?

Córka Hadesa

Copyright ? Klaudia Świerczewska

Copyright ? Wydawnictwo Inanna

Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright ? for the translation by Marcin A. Dobkowski

Copyright ? for the inside art by C.W. Andrew |Adobe Stock

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025 r.

książka ISBN 978-83-7995-823-8

ebook ISBN 978-83-7995-824-5

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Agata Milewska

Korekta: Paulina Kalinowska

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara

Skład i typografia: proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

sekretariat@inanna.pl

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz na: MadBooks.pl

III: Heidi

Nadszedł w końcu dzień, który napawał mnie z jednej strony lękiem, a z drugiej coraz większym podekscytowaniem. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ojciec nie dzielił się wcześniej ze mną listą osób, które miałam zabrać. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, co kieruje jego wyborem, ostatecznie jednak nie miałam w sobie wystarczająco dużo odwagi, by o to zapytać.

- Jesteś gotowa, moje dziecko? - spytał Hades, czekając na mnie w holu w towarzystwie Persefony. Za nimi potulnie leżał Cerber, choć miotał ogonem na lewo i prawo. Uśmiechnęłam się pod nosem, pokonując wszystkie stopnie, i podeszłam do rodziców. Czarna suknia niemal rozlewała się po posadzce, jej mgliste końce sunęły złowrogo, gotowe zaatakować każdego, kto podejdzie zbyt blisko.

- Pójdziemy z tobą aż do wyjścia na Powierzchnię. Przekażemy ostatnie instrukcje i dopiero wtedy pozwolimy ci przekroczyć granicę - zapowiedział ojciec. Mama posłała mi lekki uśmiech i objęła mnie ramieniem, gdy razem ruszyłyśmy za ojcem.

- Nie denerwuj się, wszystko pójdzie dobrze - szepnęła mi do ucha, zaciskając lekko palce na moim ramieniu. Kiwnęłam głową, naprawdę w to wierzyłam. Nie chciałam zawieść ojca, wiedziałam, że bardzo liczył na moją pomoc, aby móc w spokoju zająć się wszystkim na miejscu. Kraina Umarłych wymagała jego silnej ręki. Opuściliśmy nasz dom i udaliśmy się w stronę rzeki, przy której czekał na nas Charon. Przewoźnik skłonił się moim rodzicom i pomógł wejść na pokład, zarówno Persefonie, jak i mnie. Podziękowałam mu uśmiechem, zerkając co jakiś czas na ojca, który bacznie nam się przyglądał. Zignorowałam to i zajęłam miejsce obok matki. Charon odbił się od brzegu. Łódź sunęła gładko po Styksie.

- Zabierz nas do wyjścia na Powierzchnię - poinstruował go mój ojciec.

- Oczywiście. Pierwszy dzień nowej pracy, Heidi? - zagadał, puszczając mi oczko.

- Zgadza się, Charonie - odpowiedziałam grzecznie, zakładając jeden z błękitnych kosmyków za ucho. Moja ekscytacja i nerwy sięgały zenitu, gotując się i mieszając w moim ciele do tego stopnia, że już nawet mnie samej trudno było stwierdzić, co aktualnie czuję.

Podróż nie trwała długo, dosłownie kilka minut. Charon pomógł mi zejść, ściskając moją dłoń nieco mocniej niż poprzednio.

- Powodzenia, mała - szepnął. Uśmiechnęłam się, podziękowałam i ruszyłam za rodzicami w stronę wyjścia. Już z daleka widziałam drewniane wrota wciśnięte w skałę. Nijak tu nie pasowały, jednak Hadesowi właśnie o to chodziło. Po obu stronach siedziały po dwa psy, gotowe rzucić się do gardła duszom, które próbowałyby ucieczki.

- Jesteśmy na miejscu, czas na przypomnienie zasad i dodanie kilku nowych - powiedział ojciec, obracając się przodem do mnie. W dłoniach znikąd pojawił się czarny płaszcz, który po chwili mi podał.

- Miej go zawsze na sobie, sprawi, że staniesz się niewidzialna dla ludzkiego oka. Oprócz tego nawet jeśli wejdziesz pod samochód czy ktoś w ciebie czymś rzuci...

- Samochód? - spytałam, marszcząc brwi. Cokolwiek to było, nie brzmiało zbyt dobrze.

- Sama zobaczysz. Pamiętaj, że pod tym płaszczem nic ci nie grozi. Na początku pewnie i tak będziesz unikała każdego zagrożenia, wpadania na ludzi... To normalne - powiedział Hades, tłumacząc spokojnie.

- A jeśli jakiś człowiek przejdzie przeze mnie, gdy będę miała pelerynę na sobie?

- Po prostu poczuje chłód. Mają nawet na to specjalne powiedzenie - mówią, że śmierć ich powąchała.

- W sumie... Tak dalekie od prawdy to to nie jest - wtrąciła Persefona, obdarzając męża lekkim uśmiechem. Hades czule objął swoją małżonkę.

- Oto lista - powiedział, wyciągając w moim kierunku kawałek Pergaminu Śmiertelników. - Gdy opuścisz Krainę Umarłych, pojawią się tam nazwiska, miejsca, daty i godziny. Będziesz wiedziała, co robić, zapewniam cię. Kiedy przesuniesz palec na nazwę miejsca, przeniesiesz się tam dosłownie w sekundę. I pamiętaj - godzina podana na Pergaminie to ostateczna godzina śmierci tej osoby. Nie możesz dotknąć jej później.

- I zabierasz wyłącznie tych, których musisz. Nawet jeżeli zobaczysz scenę zabójstwa, zabierasz tylko ofiarę. Jeśli nazwiska mordercy nie ma na liście, odchodzisz. Czasami pojawi się jakieś dodatkowe nazwisko na Pergaminie i dopiero wtedy zabierasz tę osobę. Innej opcji nie ma - dodał. Wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz, właśnie tego obawiałam się najbardziej. - Nie rozmawiaj za dużo z zabranymi duszami. Będą cię błagać o ostatnią szansę, o jeszcze jeden dzień... Nie możesz dać się złamać.

- Rozumiem, ojcze. Ich czas nadszedł, nic nie mogę z tym zrobić - powiedziałam, pewna, że właśnie te słowa chciał ode mnie usłyszeć. Nie pomyliłam się. Hades z aprobatą pokiwał głową i spojrzał na mamę. Uśmiechnęła się z dumą.

- Mówiłam ci, że sobie poradzi.

- Jeszcze wszystko przed nią, droga Persefono. Wiem, że wierzysz w naszą córkę...

- Więc i ty powinieneś - przerwała mu tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Bardzo mnie rozbawiło te przelotne zagubienie w oczach ojca, jednak zaraz się otrząsnął. Normalny demon po takim przytyku zostałby od razu zesłany do celi bądź do ostatniego kręgu piekielnego, jednak ja i mama mogłyśmy pozwolić sobie na trochę więcej.

- Myślę, że najważniejsze rzeczy już wiesz. Jeśli będziesz miała jakieś pytania, zawsze możesz je zadać.

- Jasne, rozumiem - powiedziałam, odbierając od ojca kawałek Pergaminu, zapisanego eleganckim pismem. Przestudiowałam nazwiska ofiar, jednak te nic mi nie mówiły. - Nie ma wieku ani nic więcej?

- To zbyteczne szczegóły, które tylko rozpraszają. Gdy już zobaczysz tych, których musisz zabrać, będziesz wiedziała o nich wystarczająco dużo. Będziesz czuła, że stoi przed tobą osoba, którą masz zabrać - wyjaśnił, wpatrując się we mnie przenikliwie.

Powoli układałam sobie w głowie nowe informacje. Obróciłam się przodem do ogromnego kamienia, w który były wpasowane obdrapane przez ofiary drzwi. Wyciągnęłam dłoń w ich kierunku. Sunęłam palcami po starym, popękanym drewnie. Ojciec zajął miejsce obok mnie i również przyłożył swoją dłoń do drzwi. Przejście rozżarzyło się niebieskim blaskiem. Odwrócił dłoń w moją stronę i przylgnął nią do mojej klatki piersiowej. Przymknęłam oczy, czując, jak wypełnia mnie ciepło, które zdawało się dorównywać piekielnym ogniskom. Oddychałam głęboko, podczas gdy języki ognia muskały moje ciało, ożywiając każdą możliwą komórkę.

- Jesteś gotowa - powiedział cicho ojciec. Za plecami czułam obecność matki. Wyciągnęła z mojej dłoni płaszcz i zarzuciła mi go na ramiona. Na jej twarzy czaił się dumny, choć subtelny uśmiech. Odwzajemniłam go, poprawiając dokładnie swoje okrycie. Kaptur zarzuciłam na głowę, by schować jasnoniebieskie włosy, które z daleka mnie zdradzały.

- Poradzisz sobie - powiedziała mama, odsuwając się i zajmując miejsce obok ojca. Spojrzałam na rodziców.

- Widzimy się wieczorem - powiedziałam, stając znów przodem do otwartych wrót. Nie chciałam przesadnie się z nimi żegnać, nie odchodziłam na zawsze. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Złapałam ostatni haust piekielnego powietrza i przeszłam pewnym krokiem przez próg.

***

Przejście przez wrota nie sprawiło żadnych problemów. W jednej sekundzie znajdowałam się w Podziemiach, by zaraz znaleźć się na Ziemi. Zaskoczona nagłą liczbą kolorów musiałam lekko zmrużyć oczy. Podczas gdy w mojej krainie przeważały ostra czerwień i czerń, na Powierzchni dominowały ciepłe odcienie czerwonego, żółtego, brązowego, które otulały drzewa, spadając co jakiś czas z gałęzi. Niepewnie podeszłam bliżej sterty tych kolorowych dziwactw i kucnęłam przy nich. Delikatnie przesunęłam po nich dłonią, zdumiona ich szorstkością i temperaturą.

- Co to... - szepnęłam sama do siebie, czując jak w kieszeni płaszcza zaczyna mnie coś palić. Pospiesznie wyciągnęłam kawałek Pergaminu, na którym jedno z imion zaczęło jarzyć się czerwienią. Bezwiednie dotknęłam opuszkami palców tej informacji, a świat wokół mnie natychmiast się zmienił. Zniknęło miejsce pełne drzew i spacerujących ludzi, a pojawiło się nowe, pełne ciemnych i mokrych budynków. Między stertami śmieci siedzieli lub leżeli ludzie co jakiś czas zaczepiający innych, prosząc o coś, co nazywali pieniędzmi. Ci zaczepiani odgrażali się, używali agresywnych słów bądź bez żadnej reakcji przyspieszali kroku. Zmarszczyłam brwi. Niektórzy sprawiali wrażenie pogodzonych ze swoim losem, inni podejmowali jeszcze walkę.

Ponownie spojrzałam na Pergamin Śmiertelników. Imię LINDA nabierało ostrości. Rozejrzałam się po twarzach mężczyzn, nigdzie nie dostrzegłam żadnej kobiety.

- Ej, Linda! Załatwiłem coś do jedzenia! - zawołał jeden z mężczyzn, rzucając czymś białym w stronę sterty szmat leżącej pod ogromnym, śmierdzącym pojemnikiem. Podeszłam bliżej, stawiając powoli kroki, gdzieś w głowie przetwarzając raz po raz informację, że nikt mnie nie widzi. Za sobą słyszałam marudzenie, nawoływania, a moje ciało wypełniały ekscytacja i zdenerwowanie. Miałam zabrać ze sobą pierwszą duszę.

Kucnęłam i odsunęłam szmaty, pod którymi rzeczywiście znajdowała się kobieta. Jej skóra była blada i brudna jednocześnie, oczy były zamknięte. Wydawało się, jakby już dawno nie żyła, jednak jej powolny oddech wskazywał na coś zupełnie innego. Wyciągnęłam powoli dłoń w kierunku kobiety, która coraz słabiej oddychała, drgawki ustawały. Dotknęłam jej ramienia delikatnie, czekając, co się wydarzy.

- C-co się dzieje? - usłyszałam nagle za sobą. Wstałam i spojrzałam na kobietę, chociaż ta przecież leżała przede mną. Dusza Lindy rozglądała się zdezorientowana, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co się wydarzyło.

- Witaj, Lindo - przywitałam się, patrząc na nią spokojnie i z powagą.

- Co? Kim ty jesteś? - spytała, dostrzegając po chwili swoje ciało. - O boże... to... to ja?! Dlaczego leżę tam, skoro stoję tutaj?! Co się dzieje?! - krzyknęła nerwowo, ponownie wbijając we mnie wzrok. Czekałam cierpliwie, aż pierwszy szok minie, po czym odetchnęłam ciężko.

- Przykro mi, Lindo, ale odeszłaś. Przyszłam zabrać twoją duszę ze sobą.

- J-jesteś Śmiercią? - spytała, a ja potwierdziłam kiwnięciem głowy.

- Zgadza się. Twój czas nadszedł, pora odpocząć - dodałam, starając się jakoś podnieść ją na duchu. Linda powoli potaknęła i rozejrzała się po ludziach, którzy niegdyś towarzyszyli jej w życiu.

- Co z moim ciałem?

- To już nie nasze zmartwienie, Lindo. My mamy przed sobą kawałek drogi do Krainy Umarłych. Tam rozpocznie się dla ciebie nowe życie po życiu. Będzie szczęśliwe, normalne bądź smutne, wszystko zależy od tego, jakie życie prowadziłaś, gdy twoje serce jeszcze biło - powiedziałam, ruszając powoli w stronę bramy do Podziemia. Ku mojemu zaskoczeniu i uldze, Linda ruszyła za mną, nie błagając mnie o przywrócenie sobie życia.

- Pobyt na Ziemi był dla mnie trudny. Praktycznie od razu po wkroczeniu w dorosłość wylądowałam na ulicy - powiedziała cicho, ja jednak słyszałam każde słowo.

- Więc jest nadzieja, że teraz będzie inaczej - odpowiedziałam na jej niewypowiedziane pytanie. Nie mogłam obiecać jej szczęścia, skoro nie znałam więcej szczegółów z jej życia. Reszta była już w rękach mojego ojca. Więcej nie rozmawiałam z Lindą. Szłam przodem, cały czas obserwując ją kątem oka. Starałam się nie zachwycać tym, jak kolorowy jest świat na Powierzchni, jednak ciągnęło mnie do rozglądania się, zapisywania w pamięci pięknych widoków.

- Czy zobaczę swoich bliskich, którzy odeszli? - spytała nagle Linda, gdy byłyśmy blisko zejścia.

- Nie mogę odpowiedzieć na te pytanie, odpowiedź poznasz pod koniec tej podróży. Wszystko zależy od tego, gdzie oni trafili i gdzie ty trafisz.

- Rozumiem - powiedziała cicho, głęboko wzdychając. Otworzyłam portal. W progu czekali na mnie Persefona i Hades. Przekazałam im Lindę, zaciekawiona bardziej ich reakcją niż nową duszą.

- Wszystko zgodnie z planem? - spytał Hades, nim ruszyłam po kolejne dusze. Skinęłam głową, podnosząc Pergamin. Dane Lindy skreślone zostały czerwoną linią i przestały się jarzyć.

- Tak. Idę po kolejne.

- Wspaniale. Jestem z ciebie dumny - powiedział ojciec, nim przejście do Podziemi się zamknęło.

- Dumny... - powtórzyłam, uśmiechając się pod nosem. Właśnie to się dla mnie liczyło. Zdenerwowanie ustąpiło, a na jego miejscu pojawiło się nieopisane uczucie szczęścia i spełnienia. Ojciec był ze mnie dumny. Nigdy go nie zawiodę.

IV: Heidi

Pierwszy dzień pracy zakończył się sukcesem. Pomimo wysłuchiwania rozpaczliwych próśb udało mi się nie zostawić nikogo na Ziemi. Wszyscy, którzy znaleźli się na liście, zostali odesłani do Podziemi, prosto w ręce moich rodziców, by ojciec mógł zadecydować o ich dalszym losie.

- Znów idziesz na Powierzchnię? - spytał Charon, opierając się zawadiacko o skałę.

- A czy ty nie powinieneś pływać swoją łódką po Styksie? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, drocząc się z Przewoźnikiem. Nim zdążyłam choćby mrugnąć, on, pojawił się przede mną. Uwielbiałam ten zadziorny uśmiech.

- Może tak, może nie. Byłem ciekaw, jak sobie radzisz, więc zostawiłem łódkę na brzegu. No, czekam na jakieś konkrety. Kogo już zabrałaś? Jakąś mroczną duszę, która dorówna naszej Abbadon?

- Daj spokój - prychnęłam, kręcąc głową. - Nikt jej nie dorówna. Demony jej pokroju zostały stworzone tysiące lat temu. Teraz już takich nie ma.

Abbadon była w Podziemiach księżniczką tortur. Demoniczna pani o czerwonych włosach i równie krwistym spojrzeniu potrafiła wystraszyć każdą mijaną postać, od dusz po demony. Mimo to Charon często żartował, przypominając jej, że na Powierzchni uznawana jest za mężczyznę.

Byłam naprawdę zaskoczona światem zewnętrznym wykreowanym przez ludzi oraz tym, jak wiele o nas nie wiedzieli. Dopisywali swoje teorie, uznając je po latach za niepodważalną prawdę. Śmiertelnicy wierzyli, że w kręgach piekielnych żyły najgorsze dusze z możliwych. Było w tym ziarno prawdy. Tych, którzy byli zbyt źli na Pola Elizejskie i zbyt dobrzy na tortury, wysyłano właśnie na centralny poziom, by mogli sami stać się demonami i torturować tych z głębin piekieł.

Doskonale pamiętam, gdy ojciec pierwszy raz zabrał mnie na spacer po kręgach piekielnych, by przedstawić mnie wszystkim demonom, które tam pracowały. Gdy wracam tam wspomnieniami, niemal czuję wszechogarniający gorąc, jaki tam panował, widzę ściany ociekające czarną smołą i czuję ostry zapach siarki. Azazel i Dagon, niski szatyn i wysoki blondyn, obaj o czarnym spojrzeniu, pod nieobecność Abbadon czuwali nad demonami niższymi stopniem, by ci nie oszczędzali dusz, którymi miała zawładnąć ciemność. Swoim ofiarom obiecywali wszystko, od życia po życiu bez bólu i cierpienia, aż po możliwość wychodzenia na Powierzchnię. Każdy sposób był dobry, byleby uzyskać oczekiwane efekty.

Byłam pod wrażeniem ich pracy, sama kiedyś chciałam do nich dołączyć. Wieczność mijała im na trenowaniu nowych demonów, by Hades miał jak najmniej pracy, by mógł zajmować się ściąganiem umarłych do Podziemi. Pragnęłam być taka jak oni... Ale Ojciec miał wobec mnie zupełnie inne plany.

- Ktoś tam na pewno by się znalazł. Ale mniejsza... Jakiś morderca, psychol? - Charon, wyraźnie podekscytowany nowymi informacjami, wpatrywał się we mnie w napięciu. Uśmiechnęłam się lekko, kładąc dłoń na jego ramieniu.

- Zmartwię cię, jednak nie mam pikantnych szczegółów. Nie trafiłam jeszcze na nikogo takiego. Ot, zwykłe dusze, które znalazły się w niewłaściwym miejscu i czasie. Nie było też, jak na razie, ciężkich przypadków. Chociaż wiem, że nie będzie to trwało wiecznie - powiedziałam, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że nie zawsze każdy odbiór duszy z Powierzchni będzie łatwy i bez komplikacji.

- A teraz wybacz, mam nową listę, muszę iść - dodałam, pokazując kawałek Pergaminu zapisany ludzkimi nazwiskami. Charon wziął kartkę i przeleciał wzrokiem po danych.

- Tu masz tylko imiona i nazwiska, nic poza tym. Dopiero na miejscu dowiadujesz się co i jak?

- Niestety - przyznałam, zabierając kartkę z jego dłoni. Charon przyjrzał mi się i pokręcił głową.

- Kiepsko. Lepiej wiedzieć, co nas czeka, i jakoś się nastawić - wyraził swoje zdanie, które po części zgadzało się z moim. Nie zamierzałam jednak mówić o tym głośno.

- Może i masz rację, ale obawiam się, że byłabym bardziej sentymentalna, mogąc dowiedzieć się wcześniej kilku szczegółów z życia ludzi. Po co mi to? Mam ich zabierać bez jakichkolwiek pytań. Tego będę się trzymać - powiedziałam, starając się przekonać również samą siebie. - No dobrze, uciekam, Charonie - dodałam, patrząc na niego z uśmiechem. Narzuciłam na siebie pelerynę i przykryłam włosy ciemnym kapturem. - Do zobaczenia później.

- Powiadomić twoją matkę? - spytał, jednak pokręciłam głową.

- Nie. Wie, że ruszyłam na Powierzchnię, niedługo sama będzie się tu kręciła w oczekiwaniu na nową dostawę dusz - wyznałam, dotykając drewnianych drzwi. Odkąd zostałam Boginią Śmierci, działały na mój dotyk równie szybko, jak na Hadesa. Przekroczyłam próg i odetchnęłam świeżym powietrzem. Przymknęłam oczy. Zmiana otoczenia sprawiała, że pierwszym chwilom na Powierzchni towarzyszyły zawroty głowy. Na szczęście dość szybko ustępowały. Tym razem z nieba padał deszcz, przezroczyste krople uderzały o ziemię, moczyły ludzi, ale nie brudziły ich krwią, jak to nieraz bywało w Podziemiach. Uśmiechnęłam się lekko, po czym wyciągnęłam dłoń spod peleryny i wystawiłam jej wewnętrzną stronę ku górze, by kilka kropli spadło na moją skórę. Z fascynacją się przyglądałam, jak dłoń na chwilę robi się ciemniejsza, by po chwili wrócić do naturalnego koloru. Nadal nie potrafiłam wyjść z szoku i podziwu, jak skonstruowany jest świat ludzi. Każda moja podróż mogłaby być krótsza, ja jednak za bardzo przeżywałam wszystkie części miasta, w którym się znajdowałam, ucząc się, co i do czego służy.

Wsunęłam dłoń do kieszeni i wyciągnęłam Pergamin. Imię AMANDA jarzyło się już leniwie, przypominając mi, że przecież jestem w pracy. Przesunęłam palcem po imieniu, nastawiając się od razu na przeniesienie. Nie minęła sekunda, a znalazłam się w jednym z budynków wypełnionych różnymi produktami, które ludzie namiętnie kupowali. Na półkach znajdowało się chyba z milion różnokolorowych opakowań, które zawierały słodkie i słone przekąski. Kusiło mnie, by spróbować choćby jednej z nich, jednak lewitujące opakowanie wzbudziłoby ogólną panikę, a podobne zamieszanie z całą pewnością nie ucieszyłoby mojego ojca. Przezwyciężywszy chęć zjedzenia czegokolwiek, rozejrzałam się po pomieszczeniu, starając się namierzyć swoją ofiarę. Za białym blatem stał starszy mężczyzna, naciskający jakieś przyciski umiejscowione w metalowym pudełku. Między półkami chodziła drobna kobieta wrzucająca produkty do jakiegoś czerwonego kosza zawieszonego na ręce. Była jedyną przedstawicielką płci żeńskiej w tym miejscu, przez co domyśliłam się, że chodzi o nią. Zbliżyłam się, czując bijące od niej ciepło, które tylko potwierdziło moje przypuszczenia. Nie wiedziałam jednak, jak kobieta miała zginąć, a godzina jej odejścia zbliżała się nieubłaganie.

- Na ziemię, wszyscy na ziemię! - zawołał mężczyzna, który dosłownie wpadł do środka, prawie wyrywając drzwi z zawiasów. Spojrzałam na niego spokojnie, nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów. Nie wiedziałam, dlaczego rozkazuje wszystkim paść na podłogę. W jego dłoniach połyskiwał czarny przedmiot. Człowiek za blatem od razu uniósł ręce, błagając, by przybysz go nie zabijał.

- Wyciągaj kasę! Rusz się, staruchu! - poganiał go agresor, podchodząc bliżej. Starszy mężczyzna wyjął wszystkie kolorowe papierki i spakował je do worka. Spojrzałam przez ramię, prosto na kobietę, którą miałam zabrać ze sobą. Nerwowo wbijała jakieś cyferki w sprzęt, który miał przy sobie każdy śmiertelnik, którego spotkałam.

- Halo? - szepnęła, przykładając urządzenie do ucha. - Chciałabym zgłosić, że w sklepiku Bloom doszło do napadu. Tak, napastnik jest uzbrojony. Proszę, przyjedźcie szybko - dodała podenerwowana.

- Kto tam jest?! - krzyknął napastnik, rozglądając się po sklepie. Amanda niemal od razu padła na podłogę za półkami.

- Słyszałem cię! Pokaż się, natychmiast! - zawołał, celując czarnym przedmiotem, raz w stronę mężczyzny za blatem, raz przed siebie. Nie poruszyłam się, uważnie obserwując całą scenę. Napastnik obrał dobry kierunek, zbliżał się do Amandy. Jego wzrok był czujny, a ciało lekko przygarbione, w każdej chwili gotowe do ataku. Spojrzałam znów na swoją następną ofiarę. Wiedziałam już, że intruz będzie miał swój udział w jej śmierci. Kobieta podniosła się powoli. Widziałam, jak przymknęła oczy, jak jej usta poruszyły się w rytm odliczania do trzech, pewnie chciała dobiec do drzwi.

- Stój, suko! - krzyknął mężczyzna, dopadając do niej, zanim dotknęła klamki. Gdy złapał jej ramię, Amanda krzyknęła spanikowana, jej oddech stał się urywany i niespokojny.

- Proszę, nie! Nie! Nie zabijaj mnie, mam dzieci, męża! - zaczęła wymieniać, jednak jej oprawca był głuchy na wszelkie błagania. Odepchnął ją od siebie z ogromną siłą, Amanda z krzykiem upadła na podłogę. Odwróciła gwałtownie głowę w jego stronę, a on wymierzył w nią swoją zabawką.

- Nie! - krzyk Amandy przeszył powietrze, jego echo zlało się po chwili z ogromnym hukiem. Od mieszaniny ostrych dźwięków aż mną zachwiało. Przymknęłam oczy. Wiedziałam, że Amanda zginęła, a jej dusza zaraz miała ulecieć. Podeszłam do niej powoli, kładąc dłoń na jeszcze ciepłym ciele. Gdzieś za sobą słyszałam pojękiwania staruszka, który chyba nie do końca wierzył w to, co się wydarzyło.

- Twoja walka z nim od początku była skazana na porażkę - powiedziałam, gdy z ciała Amandy uleciała jej dusza. Spojrzałam na nią łagodnie, starając się nie okazywać, jak bardzo wstrząsnęło mną to, czego właśnie byłam świadkiem. Kobieta zamrugała kilkakrotnie, po czym zaczęła się rozglądać.

- Co? Z-zabił mnie? - spytała cicho, patrząc na swoje ciało. Przykryła usta dłonią, a oczy zalśniły łzami.

- Nie... nie chciałam umierać - wyszeptała.

- Nikt nie chce. Wierz mi - powiedziałam, prostując się. - Chodźmy. Nic tu po nas.

- A on?! Nie możesz zabrać go z nami?! - spytała agresywnie, patrząc mi w oczy. Uniosłam lekko podbródek, moja twarz spoważniała.

- Rozkazujesz mi? Zdajesz sobie sprawę z tego, kim jestem? - zapytałam surowym tonem. Choć w Krainie Umarłych bywało nieraz, że dusze wydzierały się na mnie w nadziei, że cokolwiek w ten sposób wynegocjują, tu nie zamierzałam na to pozwolić. Kobieta przełknęła ślinę i zamilkła.

- Idziemy - oznajmiłam twardo. Nim doszłam do drzwi, te otworzyły się szeroko i pojawiło się w nich kilku mężczyzn. Każdy z nich trzymał przedmiot podobny do tego, którym napastnik zabił Amandę.

- Wy naprawdę kochacie się tym bawić... - powiedziałam, zerkając na nią. Ta uniosła brwi, zaskoczona.

- Czym lubimy się bawić? Bronią? Jest niebezpieczna - wyjaśniła, nieco mnie uświadamiając. Kiwnęłam głową, udając, że wiedziałam o tym od początku, i zrobiłam kolejny krok. Nagle poczułam coś w kieszeni.

- Co jest? - warknęłam, wyciągając z kieszeni gorący Pergamin. Pojawiło się na nim zupełnie nowe imię.

- Adam - przeczytałam, jakoś instynktownie patrząc na napastnika. Jego dusza emanowała ciepłem, czułam to wyraźnie. Zupełnie tak, jakby Pergamin nie chciał, bym pomyliła dusze. Miałam wrażenie że stary kawałek papieru wyczuwa, że wokół jest więcej ludzi, i że chce mi wskazać właściwą drogę. Stojący w progu mężczyźni mierzyli do niego, jeden z nich wykrzykiwał komendy.

- Amanda, poczekaj - powiedziałam, widząc, że zaraz z jednej duszy zrobią się dwie. Adam wystrzelił kilka razy, na co jego przeciwnicy odpowiedzieli ze zdwojoną siłą. Seria pocisków wbiła się w jego ciało, dziurawiąc je na całej powierzchni. Krew trysnęła na wszystkie strony, a ciało opadło bezwładnie, tuż przy ciele Amandy.

- Cóż za paradoks... - Pokręciłam głową, kucając przy mężczyźnie. Przesunęłam po jego ramieniu dłonią, co wystarczyło, by uwolnić duszę z ciała.

- Co jest?! To... to ja?! To ty?! A ty?! Kim ty jesteś?! - Skrzywiłam się, słuchając krzyków dopiero co zmarłego mężczyzny. Wyczuwałam jego zdenerwowanie i dezorientację.

- Żałuję, że nie mam ze sobą moich psów, twoje emocje nakarmiłyby przynajmniej część z nich.

- Kim ty jesteś? - powtórzył pytanie, na co wywróciłam oczami. Wskazałam jedną ręką na niego, drugą na Amandę, by przyciągnąć ich uwagę.

- Pozwólcie w takim razie, że się przedstawię. Jestem Heidi, córka Hadesa i Persefony, nowo mianowana Bogini Śmierci. Przybyłam tu dziś po Amandę, jednak twoje imię, Adamie, pojawiło się na Pergaminie Śmiertelników w ostatniej chwili. Zginąłeś, więc zabieram i ciebie.

- Nie... Nie, ja muszę wrócić! Pozwól mi wrócić, to przez mojego ojca! Jestem niewinny!

- Oczywiście, każdy z was tak mówi - przerwałam mu wywód. Nagle złapał mnie za rękę. Śmiałe posunięcie. Spojrzałam na niego uważnie.

- Zrobię, co tylko zechcesz. Odeślij mnie do świata ludzi, uzdrów, cokolwiek! - skomlał, doprowadzając mnie do szału. Wyrwałam rękę z jego uścisku, mrużąc oczy.

- Dobrze! Niech więc tak będzie.

- Ja nie dostałam takiej szansy! - zaprotestowała Amanda, jednak zignorowałam to. Z kieszeni płaszcza wyciągnęłam kilkanaście kart, które zaczęłam tasować.

- Proste zasady: wylosujesz asa, wracasz do świata żywych. Wylosujesz dwójkę, jakąkolwiek dwójkę, zabierasz dupę w troki i idziesz do Podziemi niczym grzeczny piesek - powiedziałam dobitnie, uważnie go obserwując. On jednak nie spuszczał wzroku z moich dłoni.

- Niech będzie - zgodził się. Uśmiechnęłam się szeroko i wyciągnęłam dłoń z kartami w jego kierunku.

- Zapraszam - mruknęłam, oblizując górną wargę. Widziałam, jak w pierwszym odruchu wyciąga pewnie rękę, którą zaraz wycofał. Kilka razy zmieniał zdanie, muskał palcami wierzch kart i gdy myślałam, że już którąś wybierze, rozmyślał się. Byłam jednak cierpliwa, nie popędzałam go w żaden sposób.

- Mam - zdecydował, wyciągając kartę.

- Jesteś pewien? - Uniosłam lekko brew.

- Nie... Tak. Tak! - powiedział. Pokiwałam głową, chowając resztę kart.

- Proszę bardzo. Co tam masz? - spytałam. Adam odwrócił kartę i spojrzał na to, co wylosował. Na jego twarzy odmalowała się cała paleta zimnych kolorów, od bieli aż po niebieski.

- Wszystko jasne. Idziemy do Podziemi.

- Skąd wiesz, co wylosowałem?! - krzyknął, nim zdążyłam się odwrócić. Ponownie wyciągnęłam karty tak, aby widział każdą z nich.

- Ponieważ tu są same dwójki. Mordercy nie dostają szans na powrót - powiedziałam ostro, wyrywając kartę z jego dłoni. - A teraz ruszcie się, bo zaraz stracę cierpliwość i poszczuję was bandą szatańskich psów! - wydarłam się. Końcówki moich włosów rozjarzyły się niebieskim ogniem, na co Amanda od razu się cofnęła. Popatrzyła spanikowana na Adama.

- Pospiesz się, nie chcę zostać pokarmem dla psów. Żadnych psów - powiedziała przerażona. Nie musiałam nawet sprawdzać, czy oboje za mną idą. Głos Amandy dowodził, że gdyby musiała, zaciągnęłaby Adama do Podziemi siłą.