Anna Mytyk
Córka Gangstera
Opracowanie graficzne okładki: Marcin Mytyk
Opracowanie tekstu: Autor
Korekta: Katarzyna Radzikowska
Skład i łamanie: Autor
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych jest całkowicie przypadkowe.
Copyright? Anna Mytyk
ISBN: 978-83-943425-3-1
Ogromne podziękowania kieruję w stronę osób, które od samego początku śledziły pisanie tej książki.
Dziękuję Ci Paulinko za dopingowanie i kopniaki w tyłek podczas mojego zwątpienia. Jestem szczęśliwa mając w swoim życiu kogoś takiego jak Ty.
Podziękowania należą się także Kasi i Ani, które bacznie śledząc tę historię podczas jej powstawania przeżywały każdą z chwil razem ze mną. Wyrazy uznania kieruję w stronę Patronów medialnych, którzy także dokładają swoich starań, aby wesprzeć mnie w tym, co robię.
Ogromne podziękowania należą się także mojemu ukochanemu mężowi, który nie tylko zaprojektował okładkę, ale przede wszystkim nigdy nie zwątpił w moje możliwości.
Dziękuję z całego serca!
Córka Gangstera
,,Czasami świat wydaje się pustym.
Wszystko potrafi zmienić się w jednej chwili.
Chcemy mieć jak najwięcej, a kiedy osiągamy cel i okazuje się, że mamy wszystko, odsłania się przed nami kurtyna rzeczywistości i dostrzegamy, że nie mamy tak naprawdę nic. Jakie to banalne, mieć wszystko. Niekiedy dopada nas próżnia, w takiej chwili staramy się doszukać sensu własnej egzystencji. Zawsze wierzyłam, że nie ma złych ludzi, że zło nigdy mnie nie dotknie. Zamknięta pod kopułą własnych wyidealizowanych wrażeń, nie sądziłam, że spotkam na swojej drodze demona w anielskiej skórze. Lecz to właśnie on, odkrył przede mną tajemnicę. Boje się takiego życia, drżę na myśl o tym, co może się stać, lecz smak niebezpieczeństwa zaczyna mnie nęcić. Pragnę więcej. Chcę zatopić się w tym, pragnę być obok niego, bo wiem, że dzięki niemu przeżyję coś niepowtarzalnego..."
Rozdział I
Jasna poświata przebijająca się przez zasłonięte okiennice pada wprost na moją twarz. Smak przetrawionej wódki miesza się z zapachem lawendy unoszącej się w powietrzu.
Otwieram oczy i nagle dociera do mnie, że jestem w nieznanym dotąd miejscu.
- Dzień dobry, Rose. - Głos dobiegający z końca ogromnego pokoju przyprawia mnie o dreszcze.
- Kim jesteś? - Przerażona dociskam plecy do zimnego oparcia łóżka, rozglądając się dookoła. Nagle dostrzegam mężczyznę, siedzącego w fotelu na drugim końcu ogromnego pokoju.
Kiedy odnajduje jego spojrzenie skierowane wprost na mnie, sztywnieję.
- Długo spałaś, nie sądziłem, że kobieta może wlać w siebie tyle alkoholu. - Dobrze zbudowany, przystojny i pewny siebie, facet zmierza pewnym krokiem w moim kierunku.
- Kim jesteś, do cholery? - Zaczynam szukać wyjścia z sytuacji, ale nie bardzo wiem, co zrobić. Próbuję przypomnieć sobie ubiegły wieczór, ale mam jedynie pustkę w głowie.
- Doprowadź się do ładu i zejdź na śniadanie. - Jego zachowanie jest dziwne, ignoruje mnie. Nie wiem kim jest ani, co to za miejsce.
Czuję, jakby ktoś pozbawił mnie wspomnień. Zrywam się na równe nogi i podbiegam do mężczyzny, który właśnie kieruje się do wyjścia.
- Kim jesteś do cholery i co ja tutaj robię? - Adrenalina zaczyna tętnić w moich żyłach, przypominam sobie imprezę, na której byłam i bójkę, do której doszło wczoraj w klubie. Nerwowo łapie za nadgarstek tego ignoranta.
- Posłuchaj mała suko, nie będę bawił się z tobą w kotka i myszkę, albo będziesz grzecznie wykonywała moje polecenia, albo porozmawiamy sobie inaczej. - Jego lodowate spojrzenie przenika mnie całą, zaczynam się trząść. A jego silna dłoń oplata moją chudą szyję, dociskając mnie do drzwi. - Jesteś tak samo narwana, jak twój ojciec. Lubię takie laski. - Z przerażeniem w oczach przyglądam się mężczyźnie, jego oczy są obłędnie duże, zęby śnieżnobiałe, a włosy zadbane. Kim on jest? Zna mojego ojca? Przecież to niemożliwe.
- Jak mój ojciec? Ale on... - Nie żyje? - Wpada mi w zdanie i ironicznie się uśmiecha.
- Tak, mój ojciec nie żyje, nawet go nie znałam. - Czuję, jak nogi uginają się pode mną, a ciało oblewa fala gorąca i zimna na zmianę.
- Twój ojciec zginął tydzień temu z rąk rosyjskiego mafiosa, mała. - Jego dłoń uwolniła mnie z uścisku, jednak nadal był na tyle blisko, że czułam zbyt intensywnie zapach jego perfum. - No już, ogarnij się i zejdź na dół, później ci wszystko wytłumaczę. - Facet zniknął za dębowymi drzwiami, a ja poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w łeb. Przecież to niemożliwe, moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym dwadzieścia pięć lat temu, miałam wtedy zaledwie miesiąc. Zaczyna docierać do mnie, co właśnie usłyszałam.
Łzy mimowolnie wzbierają się w moich oczach i szukają ujścia spod powiek. Boże co tu się dzieje do cholery?! Nerwowo zaczynam szukać swoich rzeczy. Znajduję torebkę, w której nie ma ani moich dokumentów, ani telefonu. Jestem w miejscu, którego nie znam, więziona przez człowieka, który jest jakimś wariatem.
Dzień wcześniej...
-Rosy, pospiesz się!
- Chwilkę, zaraz będę gotowa! - Szybko nakładam szminkę na usta i zarzucam niewielką torebkę przez ramię. Dzisiejszy dzień jest dla mnie ważny, moja najlepsza przyjaciółka obchodzi swoje trzydzieste urodziny. Samantha jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam.
Kiedy się poznałyśmy, podobnie jak ja, trafiła do domu dziecka. Była starsza o pięć lat, jednak nić porozumienia, jaką nawiązałyśmy, nie była w stanie z niczym się równać. Zawsze marzyłam o domu, rodzicach, rodzeństwie i cieple, którego bardzo mi brakowało. Ona zastąpiła mi wszystko. Gdyby nie jej obecność, już dawno stoczyłabym się na dno i wylądowałabym na ulicy. Przygarnęła mnie, pomogła znaleźć pracę i nauczyła wszystkiego. No prawie wszystkiego, bo pieprzyć akurat nauczyłam się sama. Mam słabość do facetów, lubię seks, ale nie lubię zobowiązań. Nie potrafię nikogo pokochać.
- Rose! Idziesz?
- Idę! - Zatrzaskuje drzwi od pokoju i ruszam do wyjścia, gdzie czeka na mnie Samantha ze swoim chłopakiem Alexem.
- No nareszcie! Ile można na ciebie czekać? - Jej ironiczny uśmiech potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. Samantha to szczupła blondynka o zielonych oczach. Uwielbia się wyróżniać, jej ekstrawagancki styl i niebanalny szyk, z jakim się nosi, dla niektórych bardzo często wydaje się dziwnym.
- Przepraszam, dobrze wiesz, że wczoraj poszłam późno spać, stąd moje dzisiejsze rozkojarzenie.
Kiedy dotarliśmy do klubu, powitało nas grono znajomych Samanthy i Alexa, jej chłopak to dobrze poukładany gość, który lubi mieć wszystko zaplanowane, stąd także ta impreza. Wszystko odpowiednio dobrane, stoliki, goście, jedzenie, obsługa.
Samantha jest zakochana po uszy, jednak czasami odnoszę wrażenie, że Alex wykorzystuje jej słabości.
- Rose! Witaj! - Ktoś łapie mnie za ramie.
- Patrick? Cześć! - Mój dawny znajomy, prawie wcale się nie zmienił.
- Co u ciebie, Rose? Nadal mieszkasz z Seattle? - Jego ogromne oczyska wbijają się bezczelnie w mój wyeksponowany biust. Zawsze był typem flirciarza.
- Tak, mieszkam z Samanthą, a ty? Co u ciebie? - Odgarniam niesforny kosmyk włosów opadający na oczy, po czym dostrzegam, że bar tuż przede mną, jest całkiem dobrze wyposażony.
- Całkiem nieźle sobie radzę, na razie pracuje w firmie ojca, ale mieszkam sam, a ty Rose masz kogoś? - Jego pytanie wyprowadza mnie z równowagi. Ostatnie, na co mam ochotę, to pogawędki na temat mojego statusu związku.
- Może się napijemy? - Rzucam oschle, wskazując dłonią na bar.
- Chętnie. - Nie tracąc czasu, kieruje się do baru w towarzystwie Patricka. Samantha daje mi znaki z drugiego końca sali, spektakularnie wymachując rękoma. Już kiedyś namawiała mnie do tego, abym dała szansę Patrickowi, jednak stały związek kojarzy mi się jedynie z końcem wszystkiego.
Nie wiem, czy potrafiłabym być z kimś na co dzień, dzielić swoje życie, sprawy, codzienność. To nie dla mnie.
Po kilku głębszych obudziła się we mnie chęć do tańca, wyłączając jednocześnie zdolność racjonalnego myślenia, porwałam na parkiet Patricka. Tańczyliśmy długo, odrywając się na chwilę do baru i z powrotem na parkiet. Nagle w lokalu zrobiło się dość tłocznie, Patrick zniknął na chwilę, a ja postanowiłam się przewietrzyć. Przed lokalem także było sporo ludzi, a ja byłam już konkretnie wstawiona. Jakiś namolny gość zaczął przystawiać się do mnie, a po chwili drugi i wyszła z tego niezła bójka. Dawali sobie po gębach, a ja patrzyłam na to przedstawienie z niesmakiem. Kiedy chciałam wrócić do lokalu, zaczepił mnie nieziemsko przystojny mężczyzna. Zaproponował drinka, a później nastała głucha cisza...
Rozdział II
Przerażenie doprowadza mnie do palpitacji serca, jednak nie mam innego wyboru, jak robić to, co każe mi nieznajomy. To właśnie on zjawił się wczorajszego wieczoru w klubie, wypiłam z nim drinka i to jedyne co pamiętam. Muszę dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Kim on jest, czego ode mnie chce i kim ja sama jestem. Wychowałam się w domu dziecka nie wiem, kim była moja matka, ani kim był ojciec. Może ta popieprzona sytuacja, w której się właśnie znalazłam, odsłoni przede mną tajemnice, której nie udało mi się rozgryźć przez dwadzieścia pięć lat mojego życia.
Pokój, w którym jestem, przypomina komnatę. Wszystkie meble są w odcieniach brązu i złota, ściany zaś są delikatnie beżowe. Przemierzam apartament w poszukiwaniu łazienki i natrafiam na garderobę, w której znajduję całą masę markowych ubrań i butów. Otwieram oczy ze zdumienia, kiedy dostrzegam kopertę z moim imieniem. Niepewnie sięgam po nią, w środku jest mała karteczka, na której widnieje napis ,,Wszystko należy do Ciebie, Rosy."
Omal nie mdleję, kiedy dociera do mnie, że to wszystko jest naprawdę zaplanowane. Potrząsam głową z niedowierzaniem i postanawiam skorzystać z ubrań, które się tutaj znajdują. Jestem śmierdząca i brudna, a ubrania, które mam na sobie wyglądają, jakbym tarzała się w błocie. Biorę jedną z jedwabnych sukienek, która z pewnością kosztowała tysiące i kieruję się w kierunku kolejnych drzwi. Na szczęście to łazienka, patrzę w lustro i nie mogę uwierzyć, że wyglądam tak strasznie. Moje kasztanowe włosy przypominają niemal dredy, zwykle gładka twarz przypomina skórkę z pomidora, a błękitne oczy wyglądają jak z filmu grozy, przykryte rozmazanym tuszem do rzęs. Szybko doprowadzam się do ładu i postanawiam odszukać faceta, który mnie tu sprowadził.
Kiedy wychodzę z pokoju, moim oczom ukazują się niezliczone ilości obrazów i luster, wszystko przypomina hol w jakimś drogim hotelu. Idę przez długi korytarz docierając do schodów, są długie, dębowe i kręcone. Poręcze pokryte są złotem, przypominają schody prowadzące do sali balowej w filmie ,,Titanic". Słyszę rozmowy dobiegające z dołu, to z pewnością facet, z którym rozmawiałam. Zaczynam drżeć, a w gardle powstaje gula, przez którą nie mogę przełknąć śliny.
- Rose, a więc jednak potrafisz słuchać. - Mężczyzna w białej koszuli, eleganckich spodniach i bardzo zadbanych włosach, rzuca mi spojrzenie. Odnoszę nieodparte wrażenie, że jest mniej oschły niż poprzednio, kiedy ze mną rozmawiał.
- Usiądź, proszę Tatiana przygotowała dla nas śniadanie. - Kurwa! Dla nas? Co on sobie myśli? Odurza mnie na imprezie mojej przyjaciółki później porywa, a teraz mam jeść z nim śniadanie? Najchętniej chlusnęłabym mu w twarz szklanką zimnej wody i wybiegła stąd, ale wiem, że nie mogę. Przy ogromnych drzwiach stoi dwóch ogromnych mężczyzn, przypominają ochroniarzy z filmów wyglądających jak goryle. Dlatego domyślam się, że ucieczka nie wchodzi w grę. Kiedy podchodzę do stołu, nieziemsko przystojny facet odsuwa mi krzesło, a ja posłusznie siadam, zerkając na kobietę znajdującą się w kuchni. Wygląda na ciepłą i empatyczną osobę, ciekawe kim jest.
- Rose, zjedz coś. Po takiej ilości alkoholu jaką wlałaś w siebie wczoraj, powinnaś zaopatrzyć swój organizm w witaminy. - Facet, który siedzi ze mną przy stole przypomina biznesmena i dżentelmena, ale z całą pewnością nim nie jest, sądząc po tym w jaki sposób mnie rano potraktował, nazywając suką.
- Posłuchaj... - Paul - Odparł nim zdążyłam zapytać jak ma na imię. - Skąd ja się tutaj wzięłam i dlaczego twierdzisz, że znasz mojego ojca? - Ręce zaczynają mi się pocić, serce wali jak oszalałe, kiedy czuję na sobie wzrok tego mężczyzny. Muszę zachować spokój, powtarzam to sobie nieustannie, tłumiąc jednocześnie chęć ucieczki.
- Twój ojciec był bardzo wysoko postawionym człowiekiem. Jesteś jego jedynym potomkiem, co za tym idzie, wszystko dziedziczysz. - Jego spokojny ton przyprawia mnie o ciarki. Dziedziczę? Otwieram szeroko oczy, zadając sobie pytanie w myślach.
- Ale ja nie mam ojca i nigdy nie miałam, wychowałam się w domu dziecka. - Paul, bo przecież tak się przedstawił, był niewzruszony moją reakcją, nawet na moment nie przestał jeść.
- Miałaś ojca i matkę. Susan, bo tak miała na imię twoja matka, zginęła z rąk tego samego skurwiela z rąk którego tydzień temu zginął twój ojciec. - Nie wiem, co powinnam zrobić jak się zachować. Nie dociera do mnie to, że mój ojciec żył, że był bogaty, a najbardziej nie mogę zrozumieć w tej sytuacji, że oddali mnie do domu dziecka. Łzy zaczynają wypełniać moje powieki, nie dam rady. Muszę stąd uciec. To jakaś pierdolona farsa, w którą ktoś mnie wciąga.
- Nie chcę nic wiedzieć, nie chcę niczego. Nie mam ojca i nigdy nie miałam! - wstaję i roztrzęsiona biegnę w kierunku wyjścia. Mężczyźni, którzy tam stoją, nawet nie próbują mnie zatrzymać.
- Rose! Kurwa, stój! - Paul biegnie za mną, a ja nawet nie wiem, w którą stronę mam uciekać. Posiadłość jest tak ogromna, jak pałac. Zamiast do wyjścia, trafiam do ogromnego basenu, dookoła którego jest mnóstwo leżaków.
Dogania mnie, a ja już nie potrafię ukryć przerażenia. Wybucham płaczem, upadając na kolana.
- Rose... - Mężczyzna, który sprowadził mnie tutaj, staje nade mną i patrzy, jak skrywam twarz w dłoniach, szlochając.
- Posłuchaj...- Wyciąga znacząco dłoń w moim kierunku.
- Nie dotykaj mnie! - Z mojego gardła wydobywa się głośny szloch. - Nie znasz mnie, nie wiesz, kim jestem i nie masz prawa mnie tu przetrzymywać! Rozumiesz?! - Jego twarz łagodnieje, a przez oczy przemyka cień konsternacji.
- Nie chcę cię przetrzymywać, pozwól sobie wyjaśnić. Jesteś córką Marca Wilsona, jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi. Musiałaś trafić do domu dziecka, bo inaczej rosyjska mafia by cię zabiła, rozumiesz?
On chciał cię chronić, ale teraz kiedy jesteś już dorosła, gdy twój ojciec nie żyje...
Sergiej i jego ludzie dostali to, czego chcieli. - Powoli zaczyna docierać do mnie to, co właśnie usłyszałam. Podnoszę zapłakane oczy i z niedowierzaniem, bezsilnością i przerażeniem patrzę na mężczyznę, który jest zarazem szorstki, jak i olśniewająco przystojny.
- Posłuchaj, musisz się uspokoić i wszystko przemyśleć. Obiecałem twojemu ojcu, że zaopiekuje się tobą i zadbam o twoje bezpieczeństwo. Możesz mieć wszystko, czy nadal wolisz żyć będąc zdana na łaskę Samanthy?
- Co? Skąd wiesz o Sam? Kim ty jesteś do cholery? - Myśl o tym, że ten człowiek wie o mnie tak wiele, zna moich najbliższych i może im zagrażać, doprowadza mnie do szału. Zrywam się z miejsca i już prawie go popycham, kiedy on łapie mnie za nadgarstki i mocno przyciąga do siebie.
- Słuchaj, nie jest na rękę mi uganianie się za tobą, ani bycie twoją niańką rozpuszczona małolato! Jednak obiecałem coś twojemu ojcu i zamierzam dotrzymać obietnicy. Więc albo zaczniesz ze mną współpracować, albo zostaniesz rzucona psom na pożarcie, rozumiesz? - Jego twarz znowu przybrała kamienną postać, syczy wściekły przez zęby, a oczy zapłonęły złością. Poczułam strach.
- Przestań histeryzować i chodź. Pokaże ci coś. - Ze strachem spojrzałam na twarz tego popieprzonego i zmiennego mężczyzny. Muszę się poddać, nie mam szans na żadną walkę.
Pokój, do którego przyprowadził mnie Paul, jest ogromny. Wszędzie można dostrzec nietuzinkowy styl, dość awangardowe meble i cały stos fotografii, które przedstawiają tego samego mężczyznę.
- Spójrz, Rosy. - Wskazuje dłonią na jedną z fotografii. Jego wzrok nieustannie skupia się na mnie, zaczynam odczuwać mrowienie w całym ciele, ilekroć nasze spojrzenia się stykają.
- Nie mów do mnie w ten sposób, nie jesteś moim przyjacielem. - Zaciągając nosem, posyłam mu pogardliwe spojrzenie.
- Jak? ,,Rosy"? Przecież tak masz na imię. - Odnoszę nieodparte wrażenie, że ten mężczyzna chwilami doskonale się bawi. Jego usta wyginają się w lekkim uśmiechu i po raz pierwszy dostrzegam dziwny żar w jego oczach. Wyciąga chusteczkę i podaje mi ją.
- Wytrzyj oczy i nie płacz już. Nie jesteś już małą dziewczynką, a właśnie takie wrażenie można odnieść, patrząc na twoje zachowanie. - Jest najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją. Jak śmie zwracać się w ten sposób do kobiety? Tym bardziej, że wcale mnie nie zna, a może zna? Cholera, znowu niczego nie wiem, kolejny raz nie wiem, co powiedzieć, jak się zachować.
- Nie jestem twoim wrogiem Rosy. - Musnął dłonią mój zapłakany policzek, jakby chciał upewnić mnie w tym, co właśnie powiedział.
- Przyjacielem też nie jesteś, Paul. - Chwyciłam chusteczkę, którą trzymał w dłoni i postanowiłam obejrzeć pomieszczenie, które biło imponującym pięknem i awangardową elegancją.
- Czy na zdjęciach jest... - Spojrzałam niepewnie na mężczyznę, którego w żaden sposób nie potrafiłam okiełznać.
- To twój ojciec. Jesteś do niego naprawdę podobna. - Jego oczy znowu przybrały na blasku. Ten człowiek zmieniał się w ułamku sekundy z zimnego drania do cudownie wyglądającego dżentelmena o anielskich oczach. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że chciałabym mieć takiego faceta w swoim łóżku. Jednak od razu potrząsając głową, rozwiałam ją i najwyraźniej Paul to zauważył, bo na jego twarzy pojawił się malowniczy uśmiech.
- Coś ze mną nie tak, mała?
- Mała? Mówisz tak do wszystkich obcych kobiet? - Na chwilę moje mięśnie się rozluźniły, jednak wciąż z tyłu głowy miałam tę świadomość, że on nie jest dobrym człowiekiem.
- Tylko do tych, które chętnie bym zerżnął. - Zamarłam w bezruchu, a jego słowa jakby uderzyły mnie w twarz.
- Jak śmiesz? Najpierw mnie porywasz, a później obrażasz? Co ty sobie myślisz? - Jego wzrok stawał się coraz bardziej palący, zaczął przybliżać się do mnie, aż do momentu, w którym byliśmy na tyle blisko siebie, że moje piersi zetknęły się z jego klatką piersiową. Szlag... Moje ciało chyba zupełnie zwariowało. Poczułam ścisk w gardle i znajome ciepło w podbrzuszu. Chyba do końca nie wytrzeźwiałam.
- Rose, dobrze wiem, że nie jesteś grzeczną dziewczynką. Od jakiegoś czasu cię obserwowałem, wiem, że nie próżnujesz i zmieniasz facetów jak rękawiczki. Gdyby nie fakt, że twój ojciec był moim wybawcą, już dawno bym cię przeleciał. - Jego wyznanie zaparło mi dech w piersiach. Strach jakby zaczął ustępować, a w jego miejsce pojawiło się coś na wzór pożądania. Cholera, nigdy nie potrafiłam oprzeć się facetom, jednak w tej chwili poczułam się zupełnie inaczej. Tyle emocji przeplatających się ze sobą, niemal czułam, jak wzbiera się we mnie dzika żądza, połączona ze strachem. Zapach jego skóry emanujący na wszystkie strony przebijał się przez moje nozdrza, docierając do najbardziej mrocznych miejsc w moim ciele. Chryste. Rose opanuj się! Rozum kazał mi postukać się w głowę. Odsunęłam się od niego, zaczynając zmieniać temat. Wiem, że nic nie ugram. Muszę tutaj zostać, to może jest popieprzona sytuacja, ale w tej chwili czuję, że właśnie tak powinnam zrobić.
- Paul, chciałabym odzyskać swój telefon. Skoro tak dobrze mnie znasz i wiesz o mnie tyle rzeczy, to powinieneś wiedzieć, że zapewne teraz Samantha umiera ze strachu, ponieważ nie wie, co się ze mną dzieje. - Jego mina była poważna, jednak wzrok nadal bardzo intensywnie skoncentrowany na mnie.
- Dostaniesz telefon, jednak nie teraz. Możesz jedynie zadzwonić do Samanthy z mojego telefonu i poinformujesz ją, że nie będzie cię kilka dni.
- Kilka dni? Skąd wiesz, że zostanę tutaj choć jeden dzień? - Złość znowu zaczynała kumulować się we mnie, jednak postanowiłam nad sobą zapanować. Muszę dowiedzieć się wszystkiego o ojcu, zawsze chciałam poznać rodziców. Skoro nikt z tego domu nie zamordował mnie do tej pory, może nie zrobią tego i dziś.
- Rosy, musisz tutaj zostać. W innym razie wszyscy ci, którzy byli wrogami twojego ojca, dowiedzą się o twoim istnieniu i dopadną cię. To jedyne miejsce, w którym będziesz bezpieczna. - Jego twarz znowu stała się kamienna, a z oczu nie mogłam nic wyczytać.
- Dobrze, dziś przystanę na twoim, jednak chciałabym, żebyś wziął pod uwagę fakt, że nie będę spełniać twoich zachcianek. Jestem wolnym człowiekiem i za nic w świecie nie pozwolę, aby ktokolwiek miał dyktować mi warunki. - Pewna siebie ruszyłam, kierując się do pokoju, w którym dziś rano otworzyłam oczy. Postanowiłam, że porozmawiam z Samanthą w odpowiednim czasie i wtedy wszystko jej opowiem. Dziś muszę przybrać maskę i odegrać jedną z ról.
Rozdział III
Po kilku godzinach spędzonych z człowiekiem, który jest mi zupełnie obcy, a zarazem wie o mnie tak wiele, poczułam się lepiej. Muszę porozmawiać z kobietą, którą widziałam rano w kuchni. Skoro jest tutaj, musi wiedzieć więcej na temat mojego ojca. Mam wrażenie, że nie do końca mogę liczyć na wylewność ze strony Paula. Jest dziwny, ale zarazem tak cholernie pociągający. Przeraża mnie myśl, że mogłabym ulec temu popieprzonemu na swój sposób, mężczyźnie.
Wychodząc z pokoju, przypadkiem słyszę rozmowę jakiegoś mężczyzny z Paulem. Zatrzymuję się na chwilę, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Ona ma dopiero dwadzieścia pięć lat, musimy zrobić wszystko, żeby była bezpieczna. - Głos Paula jest poważny i dość mocno przejęty. Mężczyzna, z którym rozmawia, jest znacznie mniej przystojny i chyba starszy, świadczą o tym lekko szpakowate włosy na skroniach.
- Myślisz, że Sergiej chciałby ją dopaść?
- Jestem tego pewien. - Cholera rozmawiają o mnie, zaczynam się bać. Moje życie od urodzenia nie było proste, najpierw wychowywałam się w bidulu, a kiedy już wszystko zaczęło się układać, okazuje się, że jestem córką jakiegoś gangstera i to w dodatku nieźle zamieszanego w brudne interesy.
- Na razie, trzymaj ją z dala od interesów. Lepiej, żeby nie dowiedzieli się o niej, przed podpisaniem papierów. - Papierów? Ja mam coś podpisywać?
- Rose? Czego szukasz? - Omal nie upadłam, kiedy Paul wyskoczył z gabinetu, w którym prowadził rozmowę z obcym mężczyzną.
- Ja... Jestem głodna. - Wydukałam, patrząc na niego z dezorientacją.
- W takim razie idź do kuchni, Tatiana z pewnością poda ci coś do jedzenia. - Jego oczy były zupełnie naturalne, mam wrażenie, że zmieniają się w każdej sytuacji. Nie mogę jednak zrozumieć, dlaczego jego widok przyprawia mnie o takie emocje. Może to hormony i niewyładowane napięcie seksualne? Już dawno nie byłam z mężczyzną.
- Rose? Dobrze się czujesz? - Jego dłoń ląduje na moim ramieniu, zaczynam sztywnieć.
- Tak, pójdę coś zjeść. - Szybkim krokiem postanawiam oddalić się od tego piorunująco władczego i szaleńczo seksownego, mężczyzny.
- Kochanie chodź, usiądź tutaj. - Kobieta krzątająca się po kuchni mówi z wyraźnie rosyjskim akcentem.
- W zasadzie, napiłabym się kawy. - Posyłam jej grzecznościowy uśmiech i siadam przy stole.
- Tatiana, tak masz na imię? - Kobieta ma około pięćdziesiąt lat, jest bardzo miła i życzliwie się uśmiecha.
- Tak, jestem tu gosposią od dobrych trzydziestu lat. Znałam dobrze twojego ojca, Rose. - Nalewając mi kawy do filiżanki, nie odrywała wzroku od mojej twarzy. - Wiem, co czujesz Kochanie. Jednak uwierz, tutaj jesteś bezpieczna i naprawdę nikt nie zrobi ci krzywdy. Chłopcy może wyglądają groźnie, ale są tacy tylko dla tych, którzy na to zasługują, a Paul to naprawdę dobry chłopak. Trochę porywczy i zagubiony, ale dobry. - Odpowiada na moje pytania, zanim zdążam cokolwiek powiedzieć. Ta kobieta wywiera na mnie dobre wrażenie. Tylko czy powinnam jej zaufać?
- Wychowałam się w domu dziecka, nie miałam rodziców, nie miałam nikogo. Ja... Nie wiem, kim tak naprawdę jestem. - Spojrzałam na nią, a jej oczy posmutniały, jakby chciała poczuć to, co ja.
- Rose, odpocznij dziś. Myślę, że za jakiś czas dowiesz się wszystkiego, ja nie powinnam ci niczego mówić. Przepraszam. - Postawiła filiżankę kawy przede mną, po czym zdjęła biały fartuch i wyszła z kuchni. Zostałam sama, z myślami kłębiącymi się w głowie.
Kim ja jestem? Dlaczego dopiero teraz dowiaduję się, że miałam ojca? Był bogaty, czy był złym człowiekiem? Przecież nie mógł być normalny, skoro jakaś mafia go ścigała. Jezu... W co ja się wplątałam? Zrezygnowana kryję twarz w dłoniach, boje się, ale jednocześnie fascynuje mnie to. Paul, ci wszyscy ludzie, to zupełnie obce, a jednak czuję, że mogłabym się tu odnaleźć. Biorę łyk pysznej kawy i postanawiam wrócić do pokoju, w którym są wszystkie moje rzeczy, o ile mogę uznać, że należą do mnie. Garderoba jest naprawdę imponująca, wszystko jest świeże, poukładane i naprawdę najlepszej jakości. Zapach, który unosi się w powietrzu, jest moim ulubionym, zastanawiam się, skąd Paul mógł wiedzieć? Czy celowo stworzył tę aurę, abym mogła czuć się tutaj lepiej? To wszystko jest tak bardzo irracjonalne. Moją uwagę przykuwa komoda, na której stoi zdjęcie kobiety, przyglądam się jej z uwagą, jednak nie budzi ona we mnie żadnych emocji. Jedyne co dostrzegam to, że przestaje się bać, z każdą chwilą coraz bardziej zaczynam wierzyć, że to wszystko, co mówią ci ludzie, jest prawdą. To by oznaczało, że jestem bardzo bogata. Tylko czy powinnam się cieszyć?
Moje zadumanie przerywa Paul, który wchodzi do pokoju i siada w fotelu, bez słowa wpatrując się we mnie.
- Widzę, że odnajdujesz się tutaj całkiem nieźle. - Jego mina nie zdradza nic, poza tym, że jest bardzo pewnym siebie facetem, który ewidentnie lubi mieć wszystko pod kontrolą.
- Nie wiem, czy chcę się tutaj odnaleźć. - Podchodzę bliżej niego i siadam na fotelu obok, jest wyraźnie zaskoczony moją postawą.
- Nie boisz się mnie? - Skonsternowany wzrok zdradza niezadowolenie, ewidentnie oczekiwał mojego posłuszeństwa i uległości, respektu?
- Ja nie boje się już niczego, trudno jest się bać, kiedy całe życie od urodzenia jesteś zdanym na siebie samego. - Posyłam mu spojrzenie, a on lekko się uśmiecha.
- Myślałem, że jesteś przestraszoną małolatą, która potrafi się tylko upijać i bawić. - Nasza rozmowa przeistacza się w dziwny dialog.
- Małolatą? A ile ty masz lat? Jesteś niewiele starszy ode mnie. I nie, nie tylko potrafię się upijać i dobrze bawić.
- No tak, zapomniałem. Potrafisz się jeszcze... - Zrobił to celowo, chce sprowokować mnie, abym zaprzeczyła.
- Tak potrafię się dobrze pieprzyć, jeżeli to miałeś na myśli. Jednak muszę Cię zmartwić, nigdy nie będziesz mógł się o tym przekonać. - Jego oczy pociemniały, a na policzki wypełzł krwisty rumieniec. Podniecam go, to widać, on mnie też. Jednak nie mogę ulec facetowi, który zna mnie lepiej niż ja sama, a którego natomiast ja nie znam wcale.
- Jesteś tego pewna? - Podniósł się z miejsca, a moje ciało znowu zesztywniało. - Myślę, że będziesz błagała, aby tylko poczuć mój dotyk na skórze, mój smak w ustach i rozkosz, którą mógłbym cię napawać. - Jego usta szeptały wprost do mojego ucha, znowu poczułam ten zapach. Wyrafinowany, świeży i zmysłowy.
- Wyśpij się, jutro czeka cię dzień pełen wrażeń. - W jednej chwili odsunął się i zmienił w pewnego siebie aroganta. Wyszedł, nie oglądając się, a we mnie pozostał niedosyt. Ten mężczyzna doprowadza mnie do skraju wytrzymałości... Skonsternowana postanawiam wziąć prysznic i zasnąć. Nie chcę myśleć, co może jeszcze się wydarzyć. Jednak jedno jest pewne, od dziś jestem inną osobą. Może lepszą? Lub gorszą. Tego jeszcze nie wiem, ale chcę się przekonać.
Rozdział IV
Kolejny raz budzi mnie zapach lawendy i blask słońca, przebijającego się przez okna. Tym razem wiem, gdzie jestem i kim jestem. Ta noc pozwoliła mi przemyśleć wszystko, skoro jestem córką jednego z najbogatszych ludzi w tym kraju, to chcę stać się nią naprawdę.
Pewniejsza siebie i nieco odważniejsza ruszam do łazienki, odziewam twarz w lekki i zarazem zmysłowy makijaż, po czym nakładam na siebie drogą i seksowną bieliznę. Jedna z sukienek wiszących w garderobie należy do tych, o których niejedna kobieta może tylko pomarzyć. Mam świadomość, że być może wchodzę w oko cyklonu, który okaże się dla mnie zabójczy, jednak chęć władzy i bycia blisko przy facecie, którego poznałam wczoraj, jest na tyle silna, aby pchnąć mnie do takiej decyzji.
Na pięknie skomponowanej, toaletce stoją perfumy. Nakładam odrobinę pachnącego roztworu na nadgarstki i szyję, po czym wychodzę, zupełnie pewna siebie zatrzaskując ciężkie drzwi. Na korytarzu wpadam w kobietę, która nie kryje zaskoczenia moim widokiem.
- Dzień dobry, Panno Wilson. - Jej zachowanie budzi we mnie mieszane emocje. ,,Wilson?" Dlaczego tak mnie nazywa? Przecież nie mam nazwiska ojca, w domu dziecka nadali mi nazwisko ,, Hills".
- Dzień dobry... - Zaczynam się zastanawiać, kim jest młoda kobieta o japońskim pochodzeniu.
- Nazywam się Namiko, jestem od dziś do pani dyspozycji, gdyby tylko czegoś pani potrzebowała, Panno Wilson. - Jej skinienie głową w moją stronę sprawia, że czuję się naprawdę dziwnie. Zmieszana posyłam jej nerwowy uśmiech, po czym oddalam się z myślą o jedzeniu. Jestem głodna jak wilk. Wczoraj nic nie jadłam, oprócz łyka kawy podanej przez Tatianę. Kiedy docieram do ogromnego salonu znajdującego się tuż przy kuchni, moim oczom ukazuje się fotografia, na której jestem ja. Cholera, to zdjęcie zostało zrobione jakieś pięć lat temu, gdy potrzebowałam zdjęć do dokumentów. Skąd oni je mają? Wygląda na to, że byłam obserwowana i śledzona już od zawsze, co przyprawia mnie o mdłości. Całe życie byłam pod kontrolą? Jak mogłam niczego nie zauważyć? Zdenerwowana, postanawiam rozmówić się z Paulem, musi mi wszystko opowiedzieć w innym razie, nie zamierzam tutaj zostać ani chwili dłużej. Kiedy wchodzę do jadalni, zastaję Paula w towarzystwie trzech potężnie zbudowanych mężczyzn. Na mój widok wszyscy trzej wstają i odchodzą od stołu. Paul odsuwa krzesło, znacząco dając do zrozumienia, gdzie mam usiąść.
- Dzień dobry, Panno Rose. - Jeden z mężczyzn pochyla się przede mną, zaraz po nim kolejni dwaj.
- Dzień dobry, nie musicie stąd odchodzić i przerywać posiłku tylko dlatego, że tutaj jestem. Zostańcie. - Pewna siebie, a raczej łudząco pewna siebie, zajmuję miejsce przy stole pełnym jedzenia i nalewam sobie kawy.
- Rose, służba nie jada w obecności swoich przełożonych. - Paul patrzy na mnie ze zdziwieniem, jakbym powiedziała coś naprawdę głupiego.
- Nie? W takim razie ty też nie powinieneś. - Rzucam oschle i biorę łyk kawy. Jego oczy robią się jeszcze większe, nie kryje zdziwienia moim zachowaniem.
- Ja nie jestem twoim służącym. - Pewny siebie i bezczelny. Od razu widać, że ten facet to arogancki i zarozumiały dupek. Jednak przystojny z niego dupek.
- Dobrze więc zostań, musimy pogadać. - Moje coraz pewniejsze i swobodniejsze, zachowanie wprowadzają go w stan zmieszania.
- Chłopcy, wróćcie do swoich obowiązków. - Patrząc na wielkich jak goryle facetów, skinął głową i posłał im znaczące spojrzenie, ci od razu odwrócili się na piętach i odeszli.
- Więc kim jesteś, jeśli nie służącym? - Biorę gryza świeżego rogalika i patrzę na niego zupełnie niewzruszona. Jego oczy znowu przybierają ten dziwny, głęboki i palący odcień.
- Jestem tu po to, aby cię wszystkiego nauczyć, Rosy. - Na jego ustach pojawia się szelmowski uśmiech, jakby chciał podkreślić swoją ważną rolę w tym miejscu.
- Ty chcesz mnie czegoś uczyć? - Parskam śmiechem, poprawiając się na krześle. Jego dłoń wędruje na moje opadające ramiączko i powolnym ruchem przesuwa je ku górze, poprawiając. Znowu cała sztywnieje.
- Tak, Rosy. Musisz poznać swoje nowe obowiązki, ktoś musi nauczyć cię fachu. - Bezprecedensowy wyraz jego twarzy, doprowadza mnie do zawrotu głowy. Do czego on zmierza? Czuję się dziwnie w towarzystwie tego człowieka, jednak w duszy dobrze wiem, że bardzo podnieca mnie jego styl bycia.
- A jaki to fach? Mam sprzedawać narkotyki? Przemycać ludzi i brać udział w walkach? - W jednej chwili wybucha śmiechem, a ja czuję, jak przez moje ciało przebiega dreszcz.
- Chyba za dużo filmów się naoglądałaś, mała. Twój ojciec nie zajmował się takimi rzeczami. - Jego ironiczne spojrzenie sprawia, że czuje się jak idiotka.
- A czym się zajmował? - Staram się udać oburzoną jego bezczelną reakcją.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Teraz zjedz śniadanie i naszykuj się do podróży. Wylatujemy dziś do Rzymu. - Jego twarz nie zdradza nic, prócz tego, że jest mną wyraźnie zainteresowany. Zastanawiam się, dlaczego akurat do Rzymu? Czy właśnie tam mój ojciec prowadził swoje interesy? Zaczynam się denerwować, nie lubię nic nie wiedzieć. Zawsze wolę mieć jasną sytuację, ale odkąd trafiłam tutaj, niczego nie mogę być pewna.
- Dlaczego do Rzymu? - Zrywam się z krzesła i zatrzymuję Paula, który właśnie kieruje się do wyjścia, odruchowo łapiąc go za rękę. Jego oczy wędrują najpierw na moją rękę, a później na mnie.
- Czy możesz tego więcej nie robić? - Kolejny raz jego oczy robią się ciemne, a szerokie źrenice zalewają tęczówkę, wbijając spojrzenie we mnie. Puszczam jego dłoń i odsuwam się o krok do tyłu.
- Dowiesz się wszystkiego w drodze. Tylko proszę, nie rób tego więcej. Nigdy nie dotykaj mnie w ten sposób. - Przekrzywia nerwowo głowę, wbijając cierpki wzrok wprost w moje oczy. - Jeżeli nie chcesz, aby mój instynkt się z tobą rozprawił. - Wyszeptał mi wprost do ucha i czułam, jak wciąga głośno powietrze, delektując się moim zapachem.
Cholera, moje ciało obiega znajomy dreszcz. Czuję, jak oddech mi przyspiesza, a serce wali jak dzwon.
- Instynkt? - Ciskam pytaniem zupełnie bez przemyślenia, a on znowu znajduje się na tyle blisko, że zbyt intensywnie czuję zapach jego skóry, mieszającej się z żelem pod prysznic i perfumami.
- Jesteś apetyczna, nawet zbyt apetyczna. - Mówi przez zaciśnięte zęby, jakby próbował powstrzymać się od ataku na mnie. - Następnym razem nie będę się powstrzymywał. Dobrze wiem, do czego dążysz, mała. - Ciepło bijące z jego ust, wprost do mojego ucha sprawiło, że poczułam ekscytacje. Zamilkłam, wbijając pożądliwe spojrzenie w jego twarz. Odgarnął moje długie włosy i założył mi za ucho. Odwrócił się i wyszedł przez ogromne drzwi. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w jego sylwetkę. Dobrze umięśnione plecy, szerokie barki, jędrne pośladki i smukłe, ale zarazem bardzo męskie uda. Co się ze mną dzieje? Po chwili otrząsnęłam się, widząc zdziwione miny facetów stojących przy drzwiach. Szybkim krokiem na nogach, jak z waty ruszyłam do pokoju. Opierając się o drzwi, próbowałam złapać oddech, jakbym dopiero przebiegła maraton. Ten facet doprowadza mnie do szału...