Gwiazdeczka Strumyk
Jaki głośny i jaki piękny wydawał mi się ten Dom Lona Downika, kiedy
odwróciłyśmy się od reszty i zanurkowałyśmy w nim z powrotem, jaki
wielki i jasny, płonący tym gorączkowym światłem, w porównaniu z którym
nawet Gwiezdny Wir wydawał się blady i słaby.
-?Kolanowi ciągle powtarzają, jak to jesteśmy lepsi niż Davidowi i Johnowi -?powiedziałam -?bo tamci są okrutni i ciągle się biją. Ale, na
fiuta Toma, popatrz tylko na nich! Popatrz tylko na nich i porównaj z nami!
Angie zupełnie nie zwracała uwagi na moje słowa. Dobrze wiedziała, że
nie o tym chciałam mówić.
-?Ten Zielonokamyk, śliczny jest -?odparła. -?I wystarczy raz na niego
spojrzeć, żeby wiedzieć, że bardzo mu się podobasz.
Odwróciłam wzrok. Cudnie było to słyszeć, ale na konia Jeffa, sama nie
chciałam tego mówić.
* * *
W płocie otaczającym Lon Downik była przerwa, w przerwie stał wielki
facet. Trzymał ciężką dzidę zakończoną czarnoszklanym grotem, a włosy
miał ciasno związane z tyłu, żeby odsłaniały kółko z białych kropek,
które miał na czole. To oznaczało, że był strażnikiem, jednym z tych,
którzy zmiażdżą ci palce kamieniem, jeśli reguły mówią, że trzeba ci
zmiażdżyć palce.
Moja matka, Sen, opowiedziała kiedyś, że ojciec, Czarnoszklany, miał
takie właśnie kropki, kiedy go pierwszy raz spotkała, i że to oznacza
Kamienny Krąg. I często mi mówiła -?za bardzo nie rozumiałam dlaczego -
o tym, jak w ramach swojej pracy ciągle musiał kogoś karać. Przywiązywał
ludzi do drzew kolczakowych, mówiła, gorących jak wrząca woda, a potem
musiał stać i patrzeć, jak się szarpią.
-?Ej, wy dwie to skąd jesteście? -?zapytał strażnik.
-?Z Ziemi Kolanowców -?powiedziałam mu.
Skrzywił się.
-?Że skąd?
-?To jest za Wielką Głową. Na Stawie Świat.
Zaśmiał się nieprzyjemnie.
-?Na Stawie Świat? Co wy jesteście, tłuszczaki? I gadacie jakoś tak
dziwnie. Wy w ogóle jesteście Davidowi?
Przez cały czas myślałam o tym młodziaku Zielonokamyku, o jego oczach, o prezencie, który mi tak przy wszystkich dał, i co Angie powiedziała o tym, jak na mnie patrzył.
-?Nie, my... a nie wiem... chyba Jeffowi, można by powiedzieć -?odezwała
się Angie. -?A co cię to interesuje?
-?Jeffowi? Jeffowi? Na czerwoną dzidę Johna, no nie mówcie, że jesteście
za tym durnym krzywostopem! W ogóle nie powinienem was tu wpuścić. To
miejsce należy do nas, do Prawdziwej Rodziny, co trzymała się razem, tak
jak chciała Matka Edenu.
-?Czyli do Davidowych, tak mówisz? -?zapytała Angie.
-?No właśnie, Einsteinie. Ale mam dziś dobry nastrój. -?Mówiąc to, nie
patrzył na Angie, lecz na mnie. -?No i pośmieję się trochę, widząc, jak
twoja przyjaciółka chodzi.
No więc weszłyśmy. I oto był, Lon Downik, dokładnie w tym miejscu, gdzie
rozbił się o ziemię, całe te setki łon temu. Na fiuta Toma, nawet samą
jego wielkość trudno było ogarnąć. Miał chyba co najmniej trzydzieści
stóp szerokości, a przecież wiedzieliśmy, że sam jechał w brzuchu
wielkiego gwiezdnego statku z Ziemi.
Wyciągnęłyśmy ręce i dotknęłyśmy go. Metal był dziwnie chłodny, gładka
powierzchnia odbijała pomarańczowe światło lamp na koźli tłuszcz, które
paliły się na tyczkach ze wszystkich stron. Aż kręciło się w głowie od
starości i dziwności tego przedmiotu. Na Ziemi Kolanowców każdy znał
historię, jak to John i jego przyjaciele znaleźli Lon Downik, kiedy
uciekali przed gniewem Davida Czerwoniucha i Starej Rodziny. Wszyscy
wiedzieli o trzech białych szkieletach, które znaleźli w środku, o obrazku, który ożył tylko na chwilę i przemówił głosem Michaela od Nazw.
Wszystko to działo się tak dawno temu, że wydawało się raczej czymś ze
snu niż czymś, co naprawdę wydarzyło się w naszym świecie. A ten Lon
Downik już i wtedy był stary. Nawet Johnowi i Tinie, którzy dla nas byli
jak ze snu, musiał wydawać się przedmiotem ze snu.
-?Patrzy na ciebie ten strażnik -?powiedziała Angie.
-?To lepiej zejdźmy mu z oczu.
Pochyliłyśmy się i przecisnęłyśmy przez nierówną dziurę do czegoś w rodzaju groty w środku Lona Downika. Dach miała z czegoś dziwnego,
przezroczystego jak woda, wpadało przez nią pomarańczowe światło Domu
Lona Downika i rzucało słabe cienie na brudną pomarańczową podłogę. Ze
wszystkich stron pełno było rzędów dziwnych kształtów: kółek,
kwadracików, kawałków pisma małymi, równiutkimi literkami. Pachniało
kwaśno, niezdrowo.
-?Fuj -?mruknęła Angie. -?Faktycznie tu śmierdzi krwią.
W głowie od razu pojawiła mi się wizja zgniłego mięsa spływającego z kości tych trzech trupów i gromadzącego się brązową, gruzłowatą warstwą
na podłodze. I zrobiło mi się niedobrze. Poczułam się tak niedobrze, że
wiedziałam, że jeśli od razu nie wyjdę na świeże powietrze, naprawdę się
zrzygam. Do środka akurat wchodziła kobieta z trójką grubych dzieci.
Przeciskając się obok nich w pośpiechu, walnęłam głową o ostry kawał
metalu.
-?Nie mogłaś poczekać z minutę? -?burknęła ze złością.
Wyszłam i nabrałam powietrza. Zgniły smród krwi został za mną, ale i tu
powietrze było ciężkie od palonego tłuszczu i tłustego zapachu
gotowanego mięsa, a w głowie kłębił mi się ten potworny obraz: że cała
ludzkość to jedna wielka zgnilizna, rozlewająca się między gwiazdami jak
brudna plama.
Czemu ten Zielonokamyk mi dał ten prezent? Co chciał przez to
powiedzieć?
-?Fuj! -?rzuciła radośnie Angie, wychodząc za mną. -?Straszne to było!
Ale i super, nie?
* * *
Strażnik przy bramie zastąpił nam drogę.
-?Ja się nazywam Mike, moja śliczna -?powiedział do mnie. -?Chciałabyś
się gdzieś spotkać, jak już tu skończę? Dobrze na tym wyjdziesz. Bo
wiesz, my, strażnicy, to mamy dostęp do różnych rzeczy.
-?Byłoby fajnie -?mruknęłam.
Wybiegłyśmy na zatłoczoną ścieżkę na zewnątrz i prawie od razu wpadłyśmy
na szereg trzech wielkich wełniaków człapiących na sześciu płaskich
stopach, obładowanych workami z surowym czarnoszkłem. Wiedziałam, że
gładkie lampki na ich głowach mogą oświetlać podróżnikom drogę przez
Śnieżne Ciemno, ale tutaj ledwo widać było, jak się jarzą.
-?Ojej, krew ci leci! -?powiedział ktoś za moimi plecami.
To był on! To był ten słodziak Zielonokamyk!
-?Krew? -?wyjąkałam.
Wskazał miejsce, gdzie uderzyłam się, wychodząc z Lona Downika.
-?Trzeba kogoś znaleźć, żeby ci to obmył.
Jeden z jego ludzi z dzidą wskazał palcem piętrowy szałas, na którym coś
było napisane. Oczywiście dla mnie i Angie to były tylko kreski i zawijasy.
-?"Zdrowie" -?przeczytał Zielonokamyk. -?W sam raz.
Razem z jednym ze swoich ludzi wprowadzili mnie do środka i drabiną na
górę, stara kobieta przetarła mi skaleczenie miękką koźlą skórką i posmarowała czymś tłustym.
-?A te patyki, które ci dałem, wymieniłaś na coś ładnego? -?zapytał
Zielonokamyk, kiedy wyszliśmy z powrotem na zewnątrz.
-?Nie. Podzieliłam się z resztą naszych -?powiedziałam. -?Inaczej to nie
byłoby... ten... sprawiedliwe.
Zmarszczył brwi.
-?Chyba narobiłem ci trochę problemów z nimi, prawda? Wiedziałem, że to
głupi ruch. Tak z miejsca dać dziewczynie prezent, nie pytając jej ojca!
U nas nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Ale po prostu... wiesz... tak
ślicznie wyglądałaś.
Nie miałam pojęcia, o czym on gada.
-?Dixon to mój wujek -?powiedziałam.
-?No to wujka. Przepraszam. Mogę to jakoś naprawić? Może zaproszę cię na
jakieś jedzenie?
Zerknęłam na Angie, która nieznacznie wzruszyła ramionami. Oczywiście,
że dla niej nie było to tak ekscytujące jak dla mnie.
-?Jakich problemów? -?paplałam, od razu odwracając się z powrotem do
niego. -?Jedzenie? Nie. Bo dlaczego?
Wskazał jeszcze inny szałas.
-?Lubisz mięso wełniaka? Tu umieją robić dobre dobre, w soku z owoców i gwiazdokwiatów. -?Parsknął śmiechem. -?Wiesz co? Przecież ja nawet nie
wiem, jak ty się nazywasz!
-?Jestem Gwiazdeczka, a to jest Angie, moja najlepsza przyjaciółka.
Zerknął w jej stronę i kiwnął głową, ale nie spojrzał jej w oczy. Jasne,
nietopysk to nie jest przyjemny widok, z tym zrośniętym nosem i ustami,
ale tu chodziło chyba o coś więcej. Jakby nigdy w życiu nie był tak
blisko nietopyska.
* * *
We troje usiedliśmy na pniu nad wysokim brzegiem, dzieląc się talerzem z kory pełnym duszonego mięsa. Ciemne kształty łodzi poruszały się powoli
na lśniącej wodzie pod nami, nad nimi krążyły nietoperze, podświetlone
od dołu wodnym blaskiem. Od czasu do czasu nurkowały po ryby i skrawki
jedzenia. Dwóch towarzyszy Zielonokamyka poszło sobie kawałek na bok,
ich twarze kryły się w cieniu, ale sam Zielonokamyk siedział tyłem do
Stawu Świat, tak że na jego twarz, piękną, żywą i pewną siebie, padało
ogniowe światło Domu Lona Downika. W życiu nie widziałam kogoś tak
pięknego.
Miałam wrażenie, że się w środku roztapiam. Miałam wrażenie, że ktoś mi
powyjmował wszystkie stałe części mojego ciała i zastąpił je czymś
ciepłym, płynnym i lekkim. Czułam się, jakbym wreszcie wyrwała się ze
zwykłości i powtarzalności świata.
"Musisz nauczyć się zadowalać dobrymi rzeczami, które mamy na Ziemi
Kolanowców!" -?powtarzała mi ciągle Migotka, ja jednak od zawsze
wiedziałam, że jeśli odpowiednio mocno poszukam, znajdę coś lepszego.
* * *
-?Wy też chyba nie jesteście z Domu Lona Downika, co?
Zielonokamyk poczęstował się wielkim kawałem zielonego mięsa.
-?W ogóle nie jesteśmy z Głównoziemi -?odpowiedziałam. -?Jesteśmy z Ziemi Kolanowców. To takie małe miejsce na Stawie Świat.
-?Wodna górka?
-?Wodna górka?
-?Co, nie znacie tego słowa? -?Zielonokamyk się zaśmiał. -?Faktycznie,
wy dziwnie gadacie po tej stronie Stawu. Po prostu: taki kawałek ziemi,
co ze wszystkich stron ma wodę.
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
-?Ach, no tak. To właśnie będzie to. Wodna górka. -?Dziwnie się to
wypowiadało. -?My na to mówimy po prostu "ziemia". A ty jesteś z drugiej
strony Stawu Świat, tak?
-?Właśnie. Z Nowej Ziemi.
-?Nowej Ziemi?
-?"Nłowej Zjemi". -?Śmiejąc się, naśladował mój sposób mówienia. -?My
mówimy "Nowej Ziemi". Ale proszę, proszę, mów sobie po swojemu, kiedy
tylko zechcesz.
Zjadł jeszcze kęs mięsa, po czym wyciągnął spod swojej całoskóry
kwadracik prostej nibyskóry i wytarł nim zielony sok z palców i ust.
-?Gwiazdeczko, ty nic nie jesz!
Jak miałam jeść, skoro wszystkie kiszki mi się roztopiły? Skubnęłam
odrobinę mięsa.
-?Nowa Ziemia jest daleko daleko -?powiedział Zielonokamyk. -?Całe
dziesięć wstań wiosłowania przez Głębokie Ciemno i potem jeszcze dwa,
trzy wstania po jasnej wodzie. I jest wielka wielka, taka jak cała Stara
Ziemia tutaj.
-?Stara Ziemia? Tak mówicie na Głównoziemię?
-?Tak mówimy. Pewnie dlatego, że już tak dawno z niej odpłynęliśmy.
Angie wyciągnęła rękę i też wzięła trochę mięsa.
-?Na naszej Ziemi czasami to sobie opowiadamy -?powiedziała -?o tym, jak
John Czerwoniuch wyruszył przez Głębokie Ciemno z Gerrym i grupą innych
ludzi.
Kiwnęłam głową.
-?John był już stary i miał dość całego tego zabijania na Głównoziemi.
Tak to nam opowiadali. Zebrał wokół siebie dużo dużo ludzi, ale David
cały czas miał więcej i końca zabijania nie było widać. John wiedział,
że to się nigdy nie skończy, póki jest na Głównoziemi i ma pierścień na
palcu. Wziął więc tych swoich zwolenników i wyruszył za wodę. I nikt już
nigdy o nich nie usłyszał.
Zielonokamyk roześmiał się. Miał piękny, radosny śmiech.
-?No to teraz o nich usłyszysz, Gwiazdeczko. Bo John Czerwoniuch to mój
prapradziadek.
-?Na fiuta Toma, pomyśleć tylko! -?powiedziałam. -?John z tych
wszystkich opowieści to twój prapradziadek!
-?A naszym jest Jeff Czerwoniuch -?zauważyła kwaśno Angie. -?I on też
jest w tych opowieściach.
Oczywiście była zazdrosna o Zielonokamyka i mnie.
-?To prawda -?dodałam. -?Kuzyn Johna, Jeff. To mój prapradziadek. I Angie.
Gdy powiedziała to Angie, w ogóle nie zwrócił uwagi, teraz zainteresował
się bardzo bardzo.
-?O, to znaczy, że my jesteśmy kuzynami!
-?Tak jak wszyscy na Edenie -?burknęła Angie.
-?A jak jest na Nowej Ziemi? -?zapytałam.
-?Eee, jakbym ci powiedział, popsułbym całą niespodziankę.
Mrugnął do mnie i podał mi ten swój kawałek nibyskóry. Wydawało się to
niestosowne, używać czegoś tak cennego do takiego celu, poza tym ja
zjadłam tylko jeden kęs, ale otarłam usta i ręce tak samo jak on.
-?No mów!
Zielonokamyk uśmiechnął się.
-?To najpierw mi powiedz, co myślisz o Domu Lona Downika.
-?Podoba mi się. -?Odwróciłam się do Angie. -?Podoba się nam, prawda? I to jak! Jest taki... wielki wielki, jasny jasny, taki pełny życia.
Zielonokamyk kiwnął głową.
-?No dobrze. Posłuchaj. Obiecuję ci, że jak zobaczysz Serce Edenu na
Nowej Ziemi, to miejsce tutaj wyda ci się małe i ciemne.
-?Żartujesz.
-?Nie, naprawdę nie, Gwiazdeczko. Naprawdę. John Czerwoniuch chciał,
żeby Nowa Ziemia była miejscem pełnym cudów, tak jak pierwsza Ziemia.
Musisz przypłynąć i sama się przekonać.
-?To się nigdy nie zdarzy.
-?Tak? A dlaczego?
-?Bo...
Wydawało mi się, że mówi to poważnie, ale pewności nie miałam. Na serce
Geli, nawet nie byłam pewna, czy chcę, by mówił to poważnie.
-?Przepraszam -?powiedział i dotknął mojej ręki. -?Wiem, że całe życie
przemieszkałyście na tej małej wodnej górce. I wasz dom, wasi ludzie,
bardzo dużo dla was znaczą... -?Rzucił na dół zatłuszczony kawał kory. -
Nawet jeśli nie pozwalają ci zatrzymać prezentu.
-?Przecież by mi pozwolili, ale...
Spojrzał mi prosto w oczy.
-?Gwiazdeczko. Skoro ja mogę przypłynąć aż tutaj, ty możesz popłynąć aż
tam.
Pośpiesznie odwróciłam się od niego.
-?Ilu masz ludzi ze sobą? -?zapytałam, patrząc na małe, ciemne
nietoperze, śmigające i nurkujące nad lśniącą wodą ciągnącą się aż po
długą, czarną linię Brzegu Świata.
Niedaleko na brzegu siedziały cienie dwóch towarzyszy Zielonokamyka i coś do siebie szeptały.
-?Jak ostatnio liczyliśmy, czterdziestu. Powinno być więcej, ale paru
straciliśmy. Leniom nie uśmiechało się chyba wiosłować z powrotem.
Uciekli pewnie do lasu albo przyłączyli się do Davidowych. Będę szukał
paru nowych gości, żeby ich zastąpić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Migotka Strumyk
Kłopoty zaczęły się tego wstania, kiedy pierwszy raz zostawiłam Mikeya
na Piasku z jego tatą i poszłam zbierać korę z wujkiem Dixonem, moim
bratem Johnnym i siostrą Gwiazdeczką. Johnny dopiero co wrócił z Wielkiej Głowy i kiedy wiosłowaliśmy między drzewami, opowiadał, czego
się tam dowiedział.
-?Powiem wam coś naprawdę naprawdę ciekawego.
Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły wysokie drzewa w wodzie dookoła. Wszystko
było tak samo jak zawsze. Nad nami czerniało niebo. Wokół paliły się
drzewne lampki. Pod wodą świecił falorost.
-?No, coś naprawdę dziwnego -?ciągnął Johnny. -?Sam nie wiedziałem, czy
w to wierzyć. Gadałem z tym Harrym, no wiecie, tym starym Harrym,
krzywostopem, co nie ma palców, nie? I on powiedział, że ostatnio na
Głównoziemię przypływają goście z drugiej strony Stawu Świat, z jego
prawej strony. To znaczy nie do samej Wielkiej Głowy, ale w inne
miejsca, dalej w stronę Alp, na przykład do Domu Lona Downika czy do
Brązowej Rzeki. No i nie uwierzycie, powiedział, że przywożą ze sobą
metal. Nie kawałki tego metalu z Ziemi, ale metal, który sami wykopali z ziemi, tutaj, na Edenie.
-?Niech mnie serce Geli -?szepnęłam. Poczułam nagły strach.
Nowina Johnny'ego wydała mi się jak ten powiew, co przychodzi z Głębokiego Ciemna przed burzą. Sam w sobie to nic takiego, tylko
lampokwiaty kołyszą się trochę na gałęziach, ale wiesz, że to dopiero
początek. Metal oznaczał zmiany. Metal to coś, o co się walczy, tak jak
ludzie Johna i Davida ciągle bili się o ten metalowy pierścień z Ziemi.
Pomyślałam o moim małym Mikeyu na Piasku i wyobraziłam sobie wybuchającą
nad jego głową krwawą burzę.
Ale Dixon tylko parsknął śmiechem.
-?E tam, nie wierzcie we wszystko, co Harry wygaduje. Jakby myślał, że
uwierzycie, to by wam nagadał i o statku z Ziemi, co właśnie przyleciał.
Chlap, chlap, chlap, robiły nasze wiosła. A w tle ponad tymi odgłosami,
które rozlegały się i cichły, pojawiały i znikały, trwał ten starszy
rytm, który się nigdy nigdy nie zmieniał. Hmmmf, hmmmf, hmmmf, robiły
drzewa, pompując swój sok do Podziemia, daleko daleko w dole.
-?Tylko że wiesz, to może być prawda -?powiedziała Gwiazdka.
Popatrzyła na wuja tymi pięknymi, szarymi oczami, które zawsze zaglądały
ci do środka. Ludzie mówili, że mam takie same, tylko że swoich
oczywiście nigdy nie widziałam.
-?Wiemy przecież, że John Czerwoniuch popłynął na drugą stronę Stawu
Świat, nie? -?zauważyła. -?On i garstka innych Johnowych. Kiedy znudziły
im się ciągłe walki o Głównoziemię, po Podziale.
Dixon prychnął.
-?No tak. Wypłynęli małymi łódkami z pni, żeby przepłynąć Głębokie
Ciemno. Gwiazdeczko, wiesz przecież, jak tam jest. Jakie są fale. Nie ma
mowy, żeby im się udało. Nie ma mowy. Ich kości leżą gdzieś na dnie,
razem z tym drogocennym pierścieniem Johna.
-?Wszyscy tak myślą -?powiedziała Gwiazdeczka -?bo nigdy nie dali znaku
życia. Ale może im się jednak udało?
Mały nietoperz, klejnotek, śmignął tuż nad wodą, ciągnąc czubkami
paluszków po gładkiej powierzchni.
-?No, ja też tak myślałem. Ale nie tylko Harry mi o tym mówił. Jakiś
inny gość też mi to samo opowiedział: John i Johnowi naprawdę dotarli na
drugą stronę Stawu Świat i doszli do tego, jak wyciągać z ziemi metal.
-?A kto to był, ten "inny gość"? -?zapytał Dixon, uśmiechając się, jakby
dobrze wiedział. -?Czasem nie Dave, ten kumpel Harry'ego, z nietopyskiem?
Johnny zaczerwienił się odrobinę.
-?No... tak. Dave. Ale i tak... To może być prawda.
Wujek Dixon znów prychnął.
-?Może być. Wszystko może być, ale jestem pewien, że nie jest. Bo nawet
jeśli Johnowi dopłynęli na drugą stronę, a jestem pewien, że nie, to po
co by wracali? Wypłynęli właśnie po to, żeby zacząć od nowa i nie musieć
walczyć z Davidowymi.
Chlup, chlup, chlup. Popłynęliśmy dalej. Ze wszystkich stron wznosiły
się wysokie kolanowce, u dołu proste, a potem zginające się w stronę
Głównoziemi i opuszczające zielonożółte lampokwiaty nad płytką wodę.
Kojarzyły mi się z matkami, które nachylają się nad dziećmi. Ale tego
wstania wszystko kojarzyło mi się z matkami i dziećmi, bo pierwszy raz
zostawiłam Mikeya samego.
* * *
Johnny na moment mnie zaniepokoił, ale po słowach Dixona poczułam się
lepiej. Głupia opowiastka i tyle, pomyślałam, i znów zaczęłam się
cieszyć podróżą, tym, że jestem na wodzie, że wokół świecą lampokwiaty i ich odbicia.
Kiedy byliśmy mali, mama mówiła nam, żebyśmy zmrużyli oczy i udawali, że
jesteśmy w gwiezdnym statku, a lampokwiaty to gwiazdy. Parę łonczasów
później sama się w to bawiłam z Mikeyem. Wyobraziłam sobie teraz, jak
mruży małe oczka, tak samo jak kiedyś mała Gwiazdeczka. Przyjemne
przyjemne to było, pomyśleć znowu o tych dziecięcych zabawach, że znowu
będzie okazja, zwłaszcza że wiedziałam, że zapewnię ich Mikeyowi o wiele
więcej, niż zdążyła nam dać nasza mamusia.
Wujek Dixon przestał wiosłować.
-?Tu jest pierwsze -?powiedział. -?Powinno być w sam raz.
Mieliśmy przed sobą drzewo z długim owalnym nacięciem w korze w miejscu,
gdzie pień się zginał -?nazywaliśmy to kolanem. Podpłynęliśmy do niego,
wujek Dixon wychylił się w jedną stronę, a cała pozostała trójka dla
równowagi w drugą.
-?No dobra -?mruknął. -?To zaczynamy.
W pień były powbijane grube kołki. Postawił nogę na najniższym z nich,
ręką chwycił najwyższy, do którego był w stanie dosięgnąć, i choć był
wielki i ciężki, zręcznie podciągnął się w górę, nie dotykając gorącego
pnia. I od razu, podczas gdy my gramoliliśmy się z łódki, zaczął
stuk-stukać w owalny kawał kory, wielki biały brzuch zwisał mu nad
szorstką koźlą skórą, którą był przepasany, twarz poczerwieniała i spociła się z gorąca.
Hrrummmf, westchnęło drzewo i wypuściło z otworu powietrznego w osiemdziesięciostopowym pniu, wysoko nad nami, kłąb pary.
Hmmmf, hmmmf, robiły wszystkie drzewa wokół, tak że łączyło się to w jedno nieustające hmmmmmm, które słyszało się z daleka, kiedy podpływało
się do Głównoziemi.
Wyobraziłam sobie, że Mikey, kiedy podrośnie, będzie się uczył robić
łodzie. Wyobraziłam sobie, jak budzi się któregoś wstania razem ze
swoimi dziećmi i mówi im, żeby zmrużyły oczy i pomyślały, że płyną
między gwiazdami.
Gwiazdeczka Strumyk
Moja siostra była ode mnie inna inna. Jak tylko usłyszała od Johnny'ego
tę historię o metalu i ludziach z drugiej strony Stawu, w jej oczach
zobaczyłam strach. Kiedy zaś Dixon powiedział, że to wszystko nieprawda,
wyraźnie się uspokoiła. Ze mną było dokładnie na odwrót. Po historii
Johnny'ego jakby otworzyła się przede mną nowa droga, poczułam
ekscytację, całą głowę wypełniły mi myśli o nowych możliwościach. A gdy
Dixon to wszystko wyśmiał, wyjście zniknęło, z powrotem zamykając mnie
na nudnej nudnej Ziemi Kolanowców.
* * *
Wujek Dixon ostrożnie stukał okrągłym kamieniem, co parę uderzeń
przystając, żeby wytrzeć dłonie o pasoskórę. Owalny kawał kory, odcięty
od gorącego drzewnego soku, skurczył się i zaczął odstawać od twardego
drewna pod spodem i od reszty żywej kory. Gdyby odpowiednio długo
poczekać, sam by odpadł.
-?Jak tam, rusza się?! -?zawołałam.
-?Już prawie prawie. -?Pot na jego twarzy zalśnił w świetle drzew. -
Spróbujemy. Uwaga, łap!
Nadstawiłam dłonie, żeby złapać ciężki kamień i położyć go ostrożnie w łódce. Na piaszczystej Ziemi Kolanowców kamienie to cenna rzecz.
Dixon wsunął palce w szparę w korze i zaczął delikatnie ciągnąć.
-?Spokojnie -?mruczał do siebie pod nosem. -?Spokojnie... O, no, jest!
Gotowi? Leci!
Długi owal kory z szurgotem zsunął się z pnia -?cała nowa łódź. Czy
raczej cała nowa łódź, kiedy się to oczyści, oszlifuje i pokryje
warstwami soku drzewnego i koźlego tłuszczu, żeby zatkać maleńkie
dziurki.
-?Proszę bardzo -?powiedział wujek Dixon.
Za każdym razem, kiedy warstwa kory czysto odeszła od pnia, miał taki
sam ton. Ile razy by to powtarzał, przyjemność była taka sama.
-?No dobra, gotowi?
Dysząc od żaru i z wysiłku, ostrożnie ostrożnie opuścił korę, aż ktoś z nas był w stanie sięgnąć dolnego brzegu i podtrzymać go nad wodą. Potem
szybko szybko zlazł z drzewa.
-?Na bystre oko Jeffa. -?Westchnął z ulgą, schodząc z powrotem w chłód.
-?Jak przyjemnie przyjemnie.
Ochlapał wodą twarz i pulchny brzuch, a my tymczasem ostrożnie
ułożyliśmy gorący kawał kory w wolnej łodzi. Mówił to samo pewnie już z tysiąc razy.
-?Ładnie poszła i gładko. Ani rysy na niej. Będzie dobra dobra łódź. W Wielkiej Głowie dostaniemy za nią pięć sześć szklanych noży, co
najmniej.
-?Coś widzę, że ostatnio idzie nam lepiej niż wszystkim innym na Kolanie
-?odezwał się Johnny.
Wujek Dixon z zadowoleniem kiwnął głową, gramoląc się do łódki.
-?No. Ale to wszystko kwestia doświadczenia, nie? Ja to robię, odkąd
taki mały byłem. Umiem wypatrzeć dobrego kolanowca, no i wiem, kiedy
kora jest gotowa. A te wszystkie młodziaki próbują rwać za wcześnie,
myślą, że oszczędzą trochę czasu, ale nigdy nie oszczędzają. Bo ile to
czasu oszczędziłeś, gdy na środku łodzi wyrwiesz sobie dziurę i musisz
zaczynać od nowa? No a ile dobrych drzew zmarnowali? Nowa kora już nie
odrasta tak ładnie, i...
To nasze całe życie, pomyślałam nagle. Tym się zajmujemy, to są nasze
przyjemności: kora, co ładnie odeszła, łódka, co dobrze pływa, a raz na
jakiś czas wycieczka do innego podobnego miejsca z garstką ludzi, ledwie
parę mil po wodzie.
* * *
-?A może popłyniemy do Domu Lona Downika? -?zapytałam, gdy w końcu
powiosłowaliśmy w stronę Piasku. Za nami, w wolnej łodzi, ciągnęliśmy
cztery owalne kawały kory. -?Moglibyśmy tam posprzedawać łodzie zamiast
w Wielkiej Głowie. I dowiedzielibyśmy się, czy historia Johnny'ego to
prawda, czy nie.
Migotka oczywiście była zupełnie przeciwna.
-?Co za durny pomysł, wiesz, Gwiazdka? Wiosłować przez dziesięć wstań, a do tego to niebezpieczne. No i co za sens? Wszystko, czego potrzeba,
mamy w Wielkiej Głowie.
Wokół nas, pod nami, ponad nami, świeciły zielonożółte lampki.
-?Ty, Migotko, nie musisz płynąć -?odpowiedziałam. -?Rozumiem, jesteś na
to dużo dużo za rozsądna i za dorosła, ale reszta? Dlaczego nie?
Pokręciła głową.
-?Powinnaś już mieć własne dziecko, wiesz? Wtedy byś myślała o czymś
innym, a nie tylko o własnej frajdzie. Byś się ustatkowała i dotarłoby
do ciebie, co jest naprawdę ważne.
-?Ale ty, Migotko, od razu byłaś ustatkowana. Byłaś staromatką, zanim ci
jeszcze cycki wyrosły, a teraz to tylko jedno ci w głowie: Mikey Mikey.
-?Na fiuta Toma, to nieładnie! -?zaprotestował Johnny.
Migotka skrzywiła się.
-?To nic, Johnny. Przyzwyczaiłam się.
Machaliśmy wiosłami i machaliśmy. Hmmmf hmmmf hmmmf hmmmf, robiły
drzewa.
-?Co w ogóle za sens żyć -?zapytałam -?jeśli od razu, jak przestajemy
być dziećmi, to w głowie nam tylko mieć dzieci? To jakby chodzić w kółko
w kółko i w kółko i nigdy nigdzie nie dojść.
-?Ale po co mamy w ogóle gdzieś dojść, co? -?zapytał wujek Dixon. -?Jeff
Czerwoniuch ciągle mówił: "Jesteśmy tutaj". Ludzie ciągle chcą być tam,
ale gdziekolwiek pójdziesz, choćby i najdalej, zawsze będziesz tutaj.
Lepiej się do tego przyzwyczaj.
-?Jeff może i tak mówił, ale o ile pamiętam, nie został w Okrągłej
Dolinie. A potem i z Głównoziemi wypłynął, prawda?
Stąd w ogóle wzięliśmy się my, Jeff przeprowadził grupę ludzi na Ziemię
Kolanowców, żeby oddzielić się od ciągłych walk o pierścień, które
trwały po Podziale. Ci ludzie byli naszymi prapradziadkami.
Johnny parsknął śmiechem.
-?Tu Gwiazdka ma rację. Jeff różne rzeczy mówił, ale naprawdę nie był z tych, co siedzą na miejscu.
-?Łatwo by to nie było -?powiedział Dixon. -?Dziesięć wstań mocnego
wiosłowania, w stronę Alp. I to samo z powrotem. Ciężko by to było. I przepadłaby nam masa czasu na robienie łodzi.
-?Dokładnie! -?wykrzyknęła Migotka. -?Dwadzieścia wstań ciężkiej
ciężkiej pracy, z tego połowa w paskudnej ciemności. I w tym czasie
można byłoby robić nowe łodzie. Nie ma to sensu. Jak się zastanowić, to
też niesprawiedliwe wobec reszty. Wszyscy inni na Piasku będą pracować z sensem, a wy -?tylko wiosłować, kompletnie bez celu.
Nie zwróciłam na nią uwagi.
-?Ty byś popłynął, co, Johnny? -?zapytałam.
Johnny zerknął z poczuciem winy na Migotkę.
-?No, chyba tak. Bo czemu nie? Raz tylko.
Nasza siostra prychnęła pogardliwie.
-?Wystarczy, że zagada do ciebie tym słodziutkim dziecinnym głosikiem i już, tak?
-?Oj, wujku, popłyńmy. Proszę -?powiedziałam. -?Eden jest taki wielki
wielki, a my nigdy nie byliśmy nigdzie poza tą parszywą Wielką Głową.
Na fiuta Toma, cały nasz wodny las miał może dwie mile na dwie, a i do
Wielkiej Głowy było może z dziesięć.
-?W sumie to ja bym chciał zobaczyć ten Lon Downik, póki żyję -
powiedział po chwili Dixon. -?No wiecie: na oko Jeffa, przecież to łódź,
co przywiozła z nieba pierwszych ludzi! To coś, co każdy powinien
zobaczyć. Zwłaszcza jeśli samemu się robi łodzie, tak jak ja.
Całkiem jakby myślał, że Lon Downik z Ziemi nie za bardzo się różnił od
jego kawałów natłuszczonej kory!
-?Może nawet dałoby się podpatrzeć jakąś sztuczkę, dwie -?dodał.
* * *
Piasek, gdzie mieszkaliśmy, był małą, suchą wysepką pośrodku naszego
wodnego lasu, Ziemi Kolanowców. Drzewa przerastały go równo i ciągnęły
się po drugiej stronie, jakby nie widziały żadnej różnicy między suchą
ziemią a ziemią, która była trzy stopy pod wodą. A zresztą, co w tym
dziwnego, skoro ich korzenie, jak mówią, sięgają milę pod ziemię, do
ognistego świata Podziemia?
-?Czyli płyniemy, tak? -?Naciskałam wujka Dixona, kiedy wciągaliśmy
łodzie na piach. -?Na pewno, tak? Jak tylko zrobimy odpowiednio dużo
łodzi?
Nic nie powiedział, kiedy nieśliśmy świeżo ściętą korę do jego szałasów
na łodzie, nic nie powiedział, kiedy układaliśmy ją starannie jedną na
drugiej. Dopiero kiedy szliśmy na Miejsce Spotkań, wreszcie się
zdecydował.
-?No tak. Płyniemy. Bo czemu by nie?
Rzuciłam mu się na szyję.
-?Dziękuję, dziękuję, wujku! Dziękuję, dziękuję. Jesteś najlepszym
wujkiem na całym Piasku!
Roześmiał się i pocałował mnie.
-?Zobaczymy, czy uda mi się namówić Julię. W końcu nie na darmo ma na
nazwisko Głębina. Dobra jest na wodzie, będę się czuł bezpieczniej,
jeśli z nami popłynie.
Migotka wybuchnęła płaczem.
-?Wujku, nie płyńcie! Proszę!
Dixon parsknął śmiechem, zażenowany, i próbował ją także przytulić, ale
mu nie pozwoliła.
-?Migotko, będziemy na siebie uważać, obiecuję!
-?Nigdzie nie płyńcie! Nie dość, że to niebezpieczne, że to strata
czasu! Po co zwracać na siebie uwagę? Przecież chcemy, żeby Głównoziemia
dała nam spokój, prawda?
-?Na Głównoziemi już wiedzą, że my tu jesteśmy, Migotko -?wtrącił
Johnny.
-?Niektórzy może wiedzą, ale po co mówić wszystkim. Nie potraficie się
cieszyć z tego, co macie?
-?Tylko zobaczyć -?powiedział wujek Dixon, znów próbując ją objąć.
Odepchnęła go. Nie zamierzała pozwolić, żeby poczuł się dobrze z tą
decyzją.
-?Ja tylko chcę, żeby moje dziecko miało spokojne życie. Nam niczego
więcej nie potrzeba. Po co ryzykować jakieś zagrożenia dla naszych
dzieci?
I Dixon, i Johnny nie lubili nikogo denerwować i zawsze odruchowo
próbowali łagodzić sprawę. Natomiast ja byłam na siostrę wściekła.
-?Na fiuta Toma -?powiedziałam. -?Twój Mikey to nie jest jedyne, co się
liczy na świecie.
-?No... nie, pewnie, że nie, ale go kocham i to mój obowiązek opiekować
się nim. Wiem, że ty nikim się nie przejmujesz, ale ja tak.
I odeszła od nas szybkim krokiem, cała zapłakana, żeby znaleźć swojego
ukochanego synka. Ja powtórzyłam sobie, jakie to nudne, tak gorliwie
ustatkować się jako matka i nic poza tym. I starałam się nie zauważać,
jak zazdrosna jestem o miłość, którą to dziecko obdarza.
Julia Głębina
Na Ziemi Kolanowców żyło nas około siedemdziesiątki. Dzieliliśmy się
praktycznie wszystkim, a także, zupełnie inaczej niż na Głównoziemi,
gdzie zawsze ktoś spał, a ktoś inny wstawał, kładliśmy się o tej samej
porze, żeby pod koniec każdego wstania móc zejść się na Miejscu Spotkań
pośrodku Piasku.
Siedziałam tam, kiedy podszedł do mnie kuzyn Dixon. Przyszła już z połowa Kolanowych, a reszta właśnie się schodziła.
-?Myślimy, z Johnnym i Gwiazdeczką, żeby przepłynąć się łodzią do Domu
Lona Downika -?powiedział. -?Tak się zastanawiałem, też byś czasem nie
chciała? Bywałaś na Głównoziemi częściej niż wszyscy, a i w Ciemno też
wypływałaś, prawda? Nie myślisz, że ciekawie byłoby raz chociaż się tam
przepłynąć? A poza tym Johnny usłyszał w Wielkiej Głowie jakąś historię,
że niby Johnowi przypływają do nich z drugiej strony Stawu. Moglibyśmy
się dowiedzieć, czy to prawda.
Zaśmiałam się.
-?Ciekawe, kto w ogóle rzucił taki pomysł. Może zgadnę?
-?Gwiazdeczka.
-?No, co za zaskoczenie!
-?Migotce strasznie strasznie się to nie podoba -?powiedział Dixon. -
Zła zła jest na wszystkich.
Pokiwałam głową. Migotka miała swoje powody, żeby chcieć, by wszystko
zostało po staremu, ale nie byłaby w tym odosobniona. Większość
Kolanowych, w tym i ja, uważała, że powinniśmy siedzieć cicho i we
własnym towarzystwie. Można by powiedzieć, że po to właśnie powstała
Ziemia Kolanowców. Odkąd nasi pradziadkowie tu przybyli, nie było u nas
ani jednego zabójstwa, nikogo nie przebito dzidą, nie pobito, ani nie
przywiązano do gorącego drzewa. I nie jedna Migotka o tym pamiętała.
-?Być może -?powiedziałam Dixonowi. -?Muszę się zastanowić.
Usiadłam z powrotem i patrzyłam na schodzących się ludzi. Niektórzy byli
w lesie, jak Dixon. Inni łowili ryby albo polowali na tłuszczaki na
otwartej wodzie za drzewami. Inni jeszcze pracowali na samym Piasku,
prali skóry, opiekowali się dziećmi, albo robili coś przy łodziach, jak
ja.
Zobaczyłam przychodzącą Gwiazdeczkę, która usiadła między paroma
przyjaciółmi. Dziwna dziewczyna. Za dobrze nie wiedziała, gdzie jej
miejsce, i przy kim, ale dzięki inteligencji, urodzie i opiece wujka
doszła do wniosku, że zawsze dostanie wszystko, co zechce. Zupełne
przeciwieństwo swojej siostry, Migotki, która była równie bystra i piękna jak ona, ale spokojnie zadowalała się rzeczami najprostszymi i najbardziej zwyczajnymi.
-?Jedziemy z wujkiem i bratem do Domu Lona Downika -?usłyszałam, jak
głośno mówi swojemu towarzystwu. -?Ktoś popłynie z nami?
A potem dostrzegłam, że przyszła Migotka ze swoim dzieckiem i jego
ojcem, Metem. Usiedli jak najdalej od Gwiazdki. Widziałam, że Migotka
płakała.
Dziewczyny miały tę samą matkę -?nazywała się Sen -?ale różnych ojców.
Tato Migotki był łodziarzem, jak Dixon; ojciec Gwiazdki był strażnikiem
z Głównoziemi, którego Sen poznała w Wielkiej Głowie. Nazywał się
Czarnoszklany; zapamiętałam, że był głupi, próżny i myślał tylko o sobie. Przez czas jakiś łaził po Ziemi Kolanowców, nadymając się,
przechwalając i kłamiąc, potem mu się znudziło i wrócił na Głównoziemię,
zanim jeszcze urodziła się Gwiazdeczka. Później dowiedzieliśmy się, że
zginął podczas jakiejś bójki. Sen bardzo cierpiała i przez resztę życia
powtarzała, że to był idealny facet, a my wszyscy doprowadziliśmy do
jego śmierci. I zawsze mówiła Gwiazdeczce, że jest kimś szczególnym, że
ma w sobie tę iskrę Czarnoszklanego.
-?Wujku?! -?zawołała Gwiazdeczka, patrząc na nas pięknymi, bystrymi,
niespokojnymi oczami. -?Angie mówi, że też chce płynąć!
Ktoś siedzący obok uciszył ją. Schodzili się ostatni ludzie -?ostatni z tych, którzy w ogóle przyjdą, bo zawsze ktoś jest za daleko. Wszyscy
usiedliśmy, zamilkliśmy i znieruchomieliśmy. Później zjemy tłuszczaka,
który teraz piecze się nad ogniem pośrodku Miejsca Spotkań. A jedząc,
będziemy rozwiązywać nasze problemy i uspokajać lęki: mamy dość
czarnoszkła na narzędzia? Czyja teraz kolej iść na kozły? -?ale od czasu
Pierwszego Jeffa na początku zawsze jest chwila ciszy.
-?Naprawdę tu jesteśmy -?powiedziała kobieta imieniem Caroline.
Zawsze ktoś tak zaczynał.
Tak ciągle mówił Pierwszy Jeff, a jego słowa widniały na korze wielkiego
kolanowca na skraju Miejsca Spotkań.
NA PRAWDE TU JESTEŹMY, mówiły litery, choć mało kto z nas umiał je
przeczytać. Większość ludzi wolała uczyć dzieci bardziej praktycznych
rzeczy.
Cisza pogłębiła się. Ludzie przestali patrzeć po sobie i wpatrzyli się
we własne dłonie, oczy, piasek. Słuchali pulsowania drzew, trzasku
ognia, szumu fal załamujących się w oddali, na brzegu lasu.
-?Naprawdę tu jestem -?mieli powtarzać po cichu; wszyscy chyba
wiedzieliśmy z doświadczenia, że jeśli się to zrobi, to wszystkie
niepokoje i lęki zbledną, przynajmniej do pewnego stopnia, i nie
będziemy już odczuwać braku czegokolwiek.
A czasami, jeśli uda nam się znaleźć ten punkt idealnej równowagi
pomiędzy doskonałym skupieniem a zbyt wielkim wysiłkiem nasze oczy
przestaną należeć do nas i staną się oczami Patrzącego, czyli świata,
który w milczeniu obserwuje z góry, co się na nim dzieje, i nic nie
chce.
Gwiazdeczka, nawet choćby chciała, nie była do tego zdolna, a dziś w ogóle nie była w nastroju. Wzrok miała rozbiegany, a palce bębniły po
ziemi.
* * *
Pomyślałam o tych opowieściach z Wielkiej Głowy, o przypływających zza
wody Johnowych. Parę razy już to słyszałam, ale starałam się o tym
zapomnieć. Wielkogłowi ciągle wciskali nam różne bzdury, wiedząc, że
tylko od nich dowiadujemy się nowin o całym Edenie. Pamiętam, że
któregoś razu Kolanowi wrócili stamtąd cali podekscytowani, bo ktoś im
nagadał, że w Okrągłej Dolinie wylądowali ludzie z Ziemi!
Ale może to prawda, że Johnowi wrócili? Kiedyś przebyli Śnieżne Ciemno
między górami, choć wszyscy myśleli, że to niemożliwe. Kto by teraz
powiedział, że i Ciemna na Stawie nie da się przepłynąć? A skoro to
przeżyli, myślałam, to pewnie dalej mają ze sobą pierścień, ten
pierścień dla którego zginęło tyle osób, który należy do matki nas
wszystkich.
Mówi się o miłości matki, ale zapomina o jej władzy. Władzy nad życiem.
Władzy pozwalającej dawać i zabierać. Johnowi i Davidowi walczyli o ten
pierścień jak bracia i siostry bijący się o miłość matki, rozpaczliwie,
nie licząc się z przelaną krwią.
Ale nad Jeffem, którego własna matka kochała z całego serca, pierścień
nie miał żadnej władzy.
-?To tylko pierścień -?mówił. -?Pewnie, przyleciał z Ziemi, tak, należał
kiedyś do Geli, ale to tylko pierścień.
Gwiazdeczka Strumyk
Normalne łodzie z kolanowców nie bardzo nadają się na głęboką wodę,
Dixon przygotował więc długołódź zrobioną z drewnianego szkieletu
obitego korą, z małą łódką przymocowaną po prawej stronie, żeby się nie
przechylała. Pracował nad nią, ja i Johnny razem z nim, ale na oczy
Jeffa, jakże reszta Kolanowych denerwowała się i zamartwiała naszym
planem! Czy to ma sens -?na tyle czasu odrywać się od robienia
normalnych łodzi? Czy to nie głupota tak ryzykować? Czy to dobrze,
płynąć tam i tylu ludziom przypominać się z istnieniem Ziemi Kolanowców?
Niektórzy porównywali nas nawet do Trzech Nieposłusznych, którzy ukradli
z Ziemi statek kosmiczny.
Na fiuta Toma, co za ludzie! -?myślałam. Dopilnowałam jednak, żeby
wujkowi Dixonowi nawet przez myśl nie przeszło, by zmienić zdanie.
-?I tak robimy więcej łodzi niż ktokolwiek inny -?przekonywałam go. -?A kto wie, co tam znajdziemy? Może wszystkim się przyda?
* * *
Okazało się w końcu, że płynie nas siódemka: wujek Dixon, Johnny, ja,
wysoka Julia o zdecydowanej, bystrej twarzy, z powykręcanymi stopami;
moja przyjaciółka Angie, urodzona dokładnie tego samego wstania co ja;
dwoje innych przyjaciół Dixona -?Fuks, ze spiczastą głową, i niski,
gruby Radocha. Przeciśnięcie się pomiędzy drzewami tą wielką łodzią ze
sterczącym z boku pływakiem i ciągniętymi z tyłu ośmioma dodatkowymi
kolanowymi łódkami było męczące i trwało długo długo, ale w końcu się
udało -?pokonaliśmy fale na skraju naszego lasu i wypłynęliśmy na
ciągnącą się przed nami jasną wodę, różową i zieloną, sięgającą aż po
czarne niebo na Brzegu Świata. Potem już mogliśmy płynąć o wiele
szybciej, cała siódemka wiosłowała miarowo -?nasz mały lasek szybko
zmienił się w świetlną plamkę na tej długiej prostej linii pomiędzy
jasną jasną wodą i czarnym czarnym niebem.
A potem zniknęła nawet ona.
-?Wyruszyliśmy! -?krzyknęłam. -?Płyniemy do Domu Lona Downika.
-?No! I zobaczymy Lon Downik! -?dodała Angie, a światełka wodnych drzew,
dwadzieścia stóp pod nami, oświetlały jej dziwaczny nietopysk.
Zmieniały nieustannie kolor, z różowego na zielony i z powrotem na
różowy.
* * *
-?Ciekawe, jacy to ludzie tam będą? -?zapytała Angie, gdy już czas jakiś
wiosłowaliśmy w milczeniu.
Nad nami nie było drzew -?słyszeliśmy jedynie chlupot wody mąconej
wiosłami i opływającej łódkę. Głos Angie dziwnie zabrzmiał w tej ciszy,
w tej otwartej przestrzeni, całkiem jakby dochodził z innego świata.
-?Pewnie różni -?powiedział wymijająco Dixon. -?Jak wszędzie.
-?Mnie chodzi o coś innego, na Głównoziemi w niektórych miejscach
mieszkają Davidowi, a w innych Johnowi. A w Domu Lona Downika są którzy?
-?Lon Downik znaleźli John, Jeff i ich ludzie, prawda? -?podsunął
Johnny.
-?No tak, ale teraz mieszkają tam Davidowi -?wtrąciła zniecierpliwiona
Julia.
Na ziemi Julia chwiała się i utykała przez swoje krzywostopy, za to w łodzi siedziała prosta i najwyższa ze wszystkich, może oprócz mnie.
-?No, dajcie spokój -?powiedziała. -?Dobrze wiecie. Davidowi zajęli to
miejsce dawno dawno, zaraz kiedy przyszli z Okrągłej Doliny. Jedyni
Johnowi, którzy zostali na Głównoziemi, mieszkają daleko w stronę Alp,
nad Brązową Rzeką.
Angie wciąż nie rozumiała.
-?A to my nie płyniemy w stronę Alp?
-?Płyniemy, ale żeby dopłynąć do Brązowej Rzeki, trzeba płynąć dużo
dalej niż do Lona Downika. A cała reszta Głównoziemi to Davidowi,
czasami tylko trafi się ktoś z towarami na sprzedaż od Johnowych.
-?Ja nigdy nie rozumiałam, co to za różnica, Johnowi, Davidowi -?dodał
Radocha.
-?A powinieneś -?powiedziała Julia. -?Johnowi myślą, że John Czerwoniuch
uratował nas wszystkich, kiedy wyprowadził pierwszych swoich ludzi z Okrągłej Doliny. A Davidowi myślą, że jest winny rozbicia Starej
Rodziny, i...
-?Eee, to wszystko oczywiście wiem. Ale teraz co to za różnica? Coś
robią inaczej? Czemu się tak nienawidzą?
-?To już trudniej powiedzieć -?przyznała Julia. -?Poznałam masę
Davidowych i paru Johnowych znad Brązowej Rzeki, jak dla mnie niczym się
nie różnią. Bardziej są podobni do siebie niż my do nich. Ale i tak
nienawidzą się strasznie strasznie.
-?No, w Domu Lona Downika to nikt się tym nie przejmuje -?powiedział
Fuks z tym swoim nietopyskiem, kiwając czubatą głową. -?To kupcy,
handlarze, handlują z każdym, kto przypłynie, Johnowym, Davidowym czy
jakim bądź.
-?Tylko ani słowa o Matce Geli i jej pierścieniu -?poradziła Julia swoim
powolnym, niskim głosem.
Na to wszyscy zachichotali, bo jedną rzecz o Davidowych każdy wiedział:
jak bardzo nienawidzą Johna Czerwoniucha za to, że zabrał pierścień.
-?O tak -?zgodził się Fuks. -?O tym cholerstwie ani słowa.
* * *
Cztery, pięć godzin później wypłynęliśmy z płytkiej jasnej wody na jęzor
Głębokiego Ciemna, sięgający pomiędzy czubek Wielkiej Głowy i resztę
Głównoziemi. (Nazywaliśmy go po prostu Jęzorem). Zniknęły dające światło
podwodne drzewa i znaleźliśmy się w całkowitej ciemności. Nawet gwiazdy
były zasłonięte chmurami, więc niebo także było czarne, zostało tylko
trochę światła z Szerokiego Lasu, na Głównoziemi po lewej, rzucającego
słaby różowawy odblask na chmury nad sobą. Zaraz zniknął nawet Brzeg
Świata i nie było wiadomo, gdzie kończy się czarna woda i zaczyna czarne
niebo. Czuliśmy, że wznosimy się po ciemku na wzgórza zrobione z wody,
potem opadamy w doliny zrobione z wody, ale nic z tego nie widzieliśmy.
Nawet własnych twarzy nie widzieliśmy.
Chlap, chlap, chlap, robiły wiosła w ciemności.
-?Jak myślisz, jak ten Lon Downik wygląda? -?zapytałam Angie.
-?Słyszałam, że śmierdzi krwią -?powiedziała. I zmieniła głos na
złowieszczy, jak u tych okropnych cieniomówczyń z Wielkiej Głowy. -
Krwią trzech ludzi, którzy w nim zginęli.
Obie prychnęłyśmy z niesmakiem i roześmiałyśmy się.
-?Przecież tam naprawdę nie może być żadnej krwi -?powiedział Dixon. -
Już kiedy John i Jeff ich znaleźli, goście dawno nie żyli, a to było
przecież całe pokolenia temu.
-?Bąbel mi się zrobił na kciuku -?burknęła Julia.
-?A może byśmy coś niedługo zjedli? -?zapytał Radocha.
-?Dziwna sprawa, wiecie? -?powiedziałam nagle. -?To ja was wszystkich na
to namówiłam, prawda? Angie, Fuksa, Johnny'ego, Radochę, Dixona, Julię.
Wszystkich was namówiłam, żebyście poświęcili dwadzieścia wstań pracy,
pożegnali się ze wszystkimi i zaryzykowali wyprawę na głęboką wodę.
-?To prawda, Gwiazdko -?przyznała Julia. -?Coś nam chyba na głowę padło.
Już mnie tyłek boli, a nóg nie czuję nic a nic.
Julia Głębina
Dziwnie to zabrzmiało, co powiedziała Gwiazdeczka, myślałam, wiosłując w ciemności. Dziwne słowa, jak na dorosłą kobietę. Bardziej pasowałyby do
małego dziecka.
Kiedy się nad tym zastanawiałam, przypomniały mi się czasy, kiedy nie
była wysoką młodą kobietą, lecz tylko chudą dziewczynką. I przypomniało
mi się jedno straszne wstanie, na pewno najgorsze w całym jej życiu.
Dixon wziął ją, razem z bratem i siostrą, na ryby. Popłynęli poza las,
na jasną wodę. Połów był udany, a co najlepsze, złapali czerwonorybę,
ogromną, brzydką, z wielkimi, płaskimi oczami i sześcioma łapami z pazurami. Była prawie tak długa, jak sama Gwiazdeczka, ale to nie
przeszkodziło jej wstać w łodzi i dumnie trzymać wielkiej zdobyczy,
jednocześnie rozglądając się po brzegu za ludźmi.
Nie wiedziała jednego -?nikt z nich nie wiedział -?że przez ostatnie pół
wstania wszyscy ich szukali. Ludzie rozeszli się po lesie we wszystkie
strony, w stronę Peckham, Alp, Gór Skalistych, Gór Niebieskich, ale
jakoś ani Dixon, ani dzieciaki nikogo nie zauważyli i dotarli na sam
Piasek, nie dowiedziawszy się, co się stało, kiedy ich nie było.
Ja byłam wśród ludzi, którzy czekali na nich na brzegu.
-?Halo, Julia! -?wykrzyknęła mała Gwiazdeczka jeszcze z wody. Oczy miała
już wtedy bystre i jasne. -?Patrz, co mamy! To ja ją zrobiłam, moją
dzidą! Wujek Dixon mówi, że takiej wielkiej w życiu nie widział!
Brat i siostra obok niej promienieli dumą.
-?Gwiazdeczko -?powiedziałam, kiedy wciągali kolanówkę na piasek. -
Migotko. Johnny. Jest mi strasznie strasznie przykro, ale stało się coś
złego. Złego złego.
Widziałam, jak uśmiechy bledną. Na serce Geli, w ustach miałam tak
sucho, że ledwo byłam w stanie mówić.
-?Przyszła ryba-dzida -?powiedziałam. -?Wasza mama była w wodzie,
zbierała orzechy.
-?Ugryzła ją? Jest ranna?
-?Niestety ugryzła ją, kochani, ale nie jest ranna. Zrobiła ją.
Strasznie mi przykro. Wasza mama nie żyje.
Johnny spojrzał na mnie z okropnym, martwym uśmiechem. Migotka skurczyła
się jak rybia skóra w ogniu. Ale mała Gwiazdeczka zachowała się zupełnie
inaczej.
-?Nie, nieprawda -?powiedziała mi stanowczo z twarzą pociemniałą od
furii. -?Nieprawda. Mama wcale nie umarła.
I teraz to była właśnie ta sama stanowczość, która ją napędzała -?ją i nas wszystkich. To była wielka wielka rzecz, której się podjęliśmy.
Wstanie za wstaniem machaliśmy wiosłami, machaliśmy i machaliśmy.
Wstanie za wstaniem spaliśmy na zmianę, a reszta cały czas pchała łódź
naprzód, nabieraliśmy wody ze Stawu, kiedy chcieliśmy pić, i wychodziliśmy na drągi pływaka, kiedy chcieliśmy kupę lub siku.
To była wielka wielka rzecz. I Gwiazdeczka miała rację. Gdyby nie ona,
nic takiego by się nie wydarzyło.
Gwiazdeczka Strumyk
-?Patrzcie! -?zawołała Angie podekscytowana, jej dziwna, jakby
zmarszczona twarz odwróciła się ku mnie. -?Patrzcie tam! Ogniska!
Wiosłowaliśmy od dziewięciu wstań, a od pięciu byliśmy z powrotem na
jasnej wodzie. Na cycki Geli, jacy byliśmy zmęczeni zmęczeni! Bolało nas
wszystko, od szyi po stopy, dawaliśmy radę, tylko poddając się rytmowi i nie rozmawiając czasami przez pół wstania. Kiedy unieśliśmy wzrok,
wysoki brzeg przed nami płonął pomarańczowo, o wiele jaśniej i bardziej
czerwono niż lampki Szerokiego Lasu, gorącym blaskiem ognia, nad którym
płasko słała się gruba warstwa dymu.
-?Na kolczaste włosy Tiny! Ile oni tu mają tych ognisk? -?mruknął
Radocha.
Zaczęliśmy mijać inne łodzie, te wielkie, niezgrabne łodzie z oblepionych skórą pni, jakich używali Głównoziemcy -?i zaraz
dostrzegliśmy szałasy na wysokim brzegu przed nami, wielkie, kwadratowe,
o wiele większe i solidniejsze od naszych malutkich szałasów z kory na
Piasku.
* * *
Pod wysokim brzegiem była skalna półka, do której dobiliśmy łodziami.
Wyciągnęliśmy je, tę dużą, w której przesiedzieliśmy tyle czasu, i osiem, które ciągnęliśmy za sobą.
-?Wiesz co, Gwiazdeczko, przypomnij mi, żebym już nigdy nie słuchała
twoich wariackich pomysłów -?odezwała się Angie, rozprostowując ręce.
-?Mi też -?dodała Julia, rozcierając obolały tyłek.
Fuks podskakiwał w górę i w dół, Johnny pocierał dłońmi zdrętwiałe
barki.
Parsknęłam śmiechem.
-?Nie dam się nabrać. Cieszycie się, że was namówiłam.
Dixon urządził losowanie, kto zostaje i pilnuje łodzi. Johnny i Fuks
przegrali.
Chwyciłam przyjaciółkę za rękę.
-?To chodź, Angie! Idziemy!
* * *
Na górze nie było żadnych drzew, żadnych świecących lampek. Wszystko
wycięto. Światło dawały tylko ogniska i koźli tłuszcz palący się w wielkich glinianych misach. Blask był nerwowy, niespokojny, a oświetlał
tylko jedno: ludzi, ludzi, ludzi. Widzieliśmy przed sobą więcej ludzi
niż przez całe życie, a do tego każdy wyglądał całkiem inaczej.
Niektórzy mieli wymalowane twarze. Inni -?zwisające z uszu skrzydła
nietoperzy. Jeszcze inni -?nosy poprzebijane drewnianymi lub kościanymi
kołkami. Większość nosiła różnokolorowe nibyskóry zakrywające ich od
ramion do kolan. Większość miała też skóry na stopach, również w różnych
kolorach -?na naszej piaszczystej Ziemi nikt czegoś takiego nigdy nie
nosił.
Objęłam Angie ramieniem.
-?Będzie świetnie, zobaczysz.
Zaśmiała się i pocałowała mnie mokro, jak to nietopysk.
Potem dotarł do nas zasapany Dixon, a za nim Radocha i kuśtykająca na
końcu Julia.
Uwielbiałam Dixa -?w końcu opiekował się mną przez pół mojego życia -
kochałam też Julię, lecz teraz, gdy tak stali niespokojni i nieswoi, z gołymi brzuchami, w prostych pasoskórach, zawstydziłam się ich tak, że
było to prawie jak nienawiść. Nie byłam w stanie spojrzeć im w oczy. Bez
słowa chwyciłam mocniej dłoń Angie, odwróciłam się z powrotem do Domu
Lona Downika i ruszyłam, zostawiając Dixonowi, Julii i Radosze decyzję,
czy mają za nami nadążyć, czy nie.
Angie zaśmiała się nieswojo.
-?Nieładnie, Gwiazdka, tak traktować wujka. Przecież specjalnie zrobił
łódź, żebyśmy mogli tu dopłynąć. I jeszcze znosił narzekania masy ludzi,
którzy powtarzali, że nie powinniśmy płynąć.
-?Ja mu raczej pomogłam. Zawsze chciał tu przypłynąć, ale gdyby nie ja,
w życiu by się nie wybrał, nawet za tysiąc łon.
Powoli nabierałam orientacji. Dom Lona Downika składał się z dwóch
kręgów tych wielkich, kwadratowych szałasów, jeden w drugim. W wewnętrznym kręgu stał wysoki płot, tam pewnie był Lon Downik. A pomiędzy wewnętrznym i zewnętrznym kręgiem biegła ścieżka, pełna pełna
ludzi. Mówię "szałasy", choć one w niczym nie przypominały tych u nas -
paru płaskich płatów kory podpartych skośną ramą z patyków. Te tutaj
były wyższe od dorosłego człowieka, a dachy miały płaskie, tak że dało
się bez schylania wejść do środka. Parę miało nawet kolejną podłogę na
górze, z drewna, na którą można było wejść po drabinie i stanąć na niej,
jakby na dodatkowym kawałku ziemi! Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy,
oprócz tych zabawkowych modeli ziemskich domów, które dawało się
dzieciom, z drzwiami i otworami wiatrowymi.
Bardziej nas jednak interesowało to, co miały w środku. Wszystkie były
otwarte od przodu, gdzie na stołach leżały różne rzeczy. Zęby czarnego
lamparta wyrzeźbione w noże i siekiery, pióra ułożone według wielkości i koloru, rzeźby zwierząt z drewna i kamienia. Kołki i kółka do wkładania
w nosy i uszy. Dzidy. Strzały. Wielka góra klatek z małymi nietoperzami,
słodziakami, ściskającymi pomarszczonymi rączkami pręty, cmokającymi
językami i gapiącymi się na przechodzących ludzi.
-?Ludzie, ludzie, weźcie sobie mały Dom albo Auto z kołami! -?krzyknęła
kobieta za stołem zastawionym modelami ziemskich rzeczy. -?Będziecie
bliżej Ziemi, kochani moi -?dodała z tym dziwnym, płaskim Lon Downikowym
akcentem. -?Bliżej kochanej, jasnej Ziemi i kochanej kochanej matki
Geli.
-?Świeże mięso z nietoperzy! Świeże słodziaki! Robione na miejscu!
-?Zapraszam! Zapraszam! Najlepsze skóry w całym Domu!
-?Nowe dzidy! Najlepsze czarnoszkło!
-?Tylko dla was! Tylko dla was! Pierścienie i bransolety. Z sercem matki
Geli!
Angie chwyciła mnie za rękę i znów pocałowała.
Tyle różnych rzeczy! Tyle do zobaczenia!
-?Ej, wy dwie, zaczekajcie! -?wysapał Dixon, dochodząc do nas. -?I nie
pędźcie tak. Julia nie chodzi tak szybko, jak...
Urwał, bo minęło nas gigantyczne zwierzę o czarnej skórze. Było cztery
razy wyższe od człowieka, z długą długą szyją, wielką głową i dwiema
muskularnymi łapami. Ale prowadził je mały chłopczyk, całkiem sam i nikt
nawet na nie nie spojrzał.
* * *
-?Hej, słyszałeś o kolanówkach, takich łodziach? -?spytał Dixon
handlarza. -?Mamy na sprzedaż osiem, dziesięciostopowych. Całkiem nowe.
Znasz kogoś, kto potrzebuje?
Handlarz miał na sobie długoskórę z wełniaka, siwe włosy spinał w ogon
ozdobiony piórami. Przed jego szałasem leżały wiosła i sieci.
-?Tak? Kolanówki, mówisz? Zaraz, zaraz, powoli. Dziwnie gadasz. Skąd ty
w ogóle jesteś?
-?Z Ziemi Kolanowców. To właśnie my robimy te łodzie.
-?Kolanowców? Na dzidę Johna, różnych ludzi widziałem, ale was jeszcze
nigdy. Kolanówki zawsze biorę od gościa, co się nazywa Dave, gdzieś z Wielkiej Głowy. Te wasze są nowe? Musiałbym oczywiście spojrzeć na nie,
ale pewnie mogę wam dać dwadzieścia patyków czy coś takiego. Może
dwadzieścia dwa dwadzieścia trzy, jak będą naprawdę porządne.
Wielki, łagodny Dixon obejrzał się na mnie, Angie, Radochę i Julię,
uśmiechając się, jak mu się wydawało, z wyższością.
-?Człowieku, po co nam jakieś tam patyki. Na naszej Ziemi mamy patyków,
ile zechcesz. A nawet jakbyśmy chcieli, to na pewno dużo więcej niż
dwadzieścia za osiem łodzi.
Handlarz pokręcił głową z ubolewaniem.
-?Przyjacielu, to nie jest jakaś dziura, gdzie się wymieniasz towarami,
jak Wielka Głowa. Tu przyjeżdżają na handel ludzie z całego Edenu i wszystko sprzedaje się za patyki.
-?Ale po co? Po co im wszystkim tyle patyków? -?zapytałam, przepychając
się naprzód, zanim Dixon zdążyłby powiedzieć coś głupiego.
Facet roześmiał się.
-?Na matkę Edenu! Wy o niczym nie macie pojęcia! Patyki służą do
wymiany, bo do czego. -?Sięgnął pod swój stół i wyciągnął pięć krótkich
drewienek. -?Proszę, patrzcie. Może głupio robię, ale dam wam
dwadzieścia pięć patyków za wasze osiem łodzi, jeśli okażą się w porządku.
Podał je Dixonowi.
-?Ale my nie... -?zaczął ten, po czym urwał. -?Ale to nie jest
dwadzieścia pięć patyków! Na wóz Jeffa! Może i nie mamy pojęcia, jak się
tu u was robi, ale liczyć to, do cholery, umiemy!
Handlarz westchnął.
-?Każdy taki jest wart pięć patyków -?wyjaśnił powoli jak małemu
dziecku. -?To właśnie oznaczają te znaki tutaj, widzisz? Za jeden taki
kupilibyście cztery porządne czarnoszklane dzidy.
Dixon wziął jeden z "patyków", potem podał go Julii. Ja też nadstawiłam
rękę, chciałam być następna.
Drewienko było supergładkie i błyszczące, a w poprzek miało pięć
głębokich rowków, wszystkie pomalowane na fioletowo jakimś barwnikiem.
Patrzyłam na nie, marszcząc czoło, próbując zrozumieć -?i poczułam, że
po twarzy rozlewa mi się rumieniec wstydu. Wyglądamy jak banda durniów,
stoimy i rozdziawiamy gęby, w głupich koźlich pasoskórach, próbujemy
pojąć coś, co tutaj jest dla wszystkich oczywiste.
-?Więc ty mówisz... -?zaczął powoli Dixon.
Przerwałam mu.
-?Czyli zamiast wymieniać łodzie na czarnoszkło albo skóry, wymieniamy
je na te patyki -?powiedziałam. -?I potem... co? Inni handlarze wezmą od
nas patyki i dadzą, co chcemy?
Byłam od handlarza wyższa i patrzyłam mu prosto w oczy. Nie zamierzałam
mu pozwolić, żeby poczuł się kimś lepszym.
-?Otóż to, Einsteinie -?powiedział, starając się ze wszystkich sił nie
odwrócić wzroku. -?To znaczy, że da się z kimś handlować, nawet jeśli on
nie ma tego, czego chcesz.
Zastanowiłam się nad tym, próbując otrząsnąć się z głupoty wynikającej z mieszkania na skrawku piachu, gdzie nikt nie przypływa i nic się nie
dzieje.
-?Ale czemu ktoś sobie nie natnie kupy takich patyków i nie wymieni na
co tylko zechce?
-?Są trzy powody. Pierwszy: tych patyków nie da się tak ot "naciąć".
Drewno pochodzi z drugiej strony Śnieżnego Ciemna, a farba z Gór
Skalistych. Drugi: my, handlarze, szybko wyłapiemy patyki, które nie są
zrobione jak trzeba. Trzeci: jeśli się kogoś złapie na robieniu
fałszywych patyków, strażnicy miażdżą mu palce wielkim kamieniem, żeby
już nigdy niczego nie fałszował.
Wiedzieliśmy, że na Głównoziemi mają okrutne kary, lecz słysząc teraz to
o nich, byliśmy zszokowani. Kiedy na naszej Ziemi ktoś zrobił coś złego,
wszyscy mu to ciągle wypominali i tyle. Rozumiałam jednak, że coś
takiego nie sprawdziłoby się w Domu Lona Downika, gdzie schodzą się
ludzie, którzy się nie znają i nie przejmują się sobą nawzajem. Trzeba
było znaleźć inny sposób. To samo dotyczyło tych patyków, to samo
zachowania handlarzy, którzy zapraszali nieznajomych, udając
przyjacielskich. Dom Lona Downika w porównaniu z Ziemią Kolanowców był
zimny i wrogi. Ale dzięki temu był taki jasny, taki wielki i taki pełny
pięknych rzeczy.
-?Myślę, że trzeba zrobić jedną rzecz -?podsunęła Julia. -?Zapytać
innych handlarzy, ile patyków nam dadzą za łodzie. Tak się dowiemy, czy
to dobra cena, czy nie. W sumie to niewiele się różni od tego, jak się
sprzedaje w Wielkiej Głowie. Po prostu jest jakby trochę przerwy między
tym, kiedy się daje i kiedy się bierze.
Handlarz wzruszył ramionami i już mieliśmy odejść, gdy zza naszych
pleców dobiegł kolejny głos, młodego mężczyzny. Mówił jeszcze inaczej, w sposób, jakiego nigdy nie słyszeliśmy.
-?Dzień dobry, co mi możesz za to dać? -?zapytał.
Miał na sobie niesamowitą barwną skórę, sięgającą do ziemi. Był ode mnie
trochę starszy, ale wciąż młody. I był absolutnie wspaniały.
Julia Głębina
Gwiazdeczka od razu wpadła mu w oko, to było widać, a jeszcze bardziej -
że sama też od razu była zachwycona.
Był od niej starszy o jakieś dziesięć łon. Miał jasne, pogodne oczy, a brodę rudą i włosy przycięte i nasmarowane tłuszczem, tak że sterczały
mu we wszystkie strony jak kolce, każdy przewiązany cienkim, farbowanym
koźlim rzemykiem. Miał też zielone stoposkóry i sięgającą do ziemi
całoskórę, jakiej w życiu nie widzieliśmy, zrobioną z trzech różnych
kolorów tego materiału, co Głównoziemcy wyrabiają z roślin i nazywają
nibyskórą. Było z nim dwóch starszych mężczyzn. Mieli dzidy, a na sobie
podobne nibyskóry, tylko krótsze i w jednym kolorze, brązowym.
-?No... ten... niech popatrzę... -?zaczął handlarz. Nie potrafił ukryć
zdumienia, patrząc na ten przedmiot wielkości pięści, który przed nim
położyli.
-?Da się z tego zrobić noże i dzidy -?powiedział pogodny młodziak, po
czym z jakiegoś powodu odwrócił się do nas Kolanowych i mrugnął,
jakbyśmy byli w coś wtajemniczeni.
-?Wiem, co się robi z metalu -?burknął handlarz. -?Mogę wam dać
osiemdziesiąt patyków.
Wgapiliśmy się w bryłkę w dłoniach młodego człowieka, czerwonawą, ale
przetykaną bladą zielenią -?i powoli dotarło do nas, co powiedział
tamten. To coś było warte trzy razy tyle, co osiem naszych łodzi.
-?Osiemdziesiąt patyków -?powtórzył handlarz.
Młody chłopak tylko się zaśmiał.
-?To są ci Johnowi, z drugiej strony Stawu -?burknął jakiś człowiek za
naszymi plecami. -?Złodzieje pierścienia. Nie mam pojęcia, czemu Mocne
Serce w ogóle pozwala im tu chodzić.
-?No, powód masz przed sobą -?dodała kwaśno jakaś kobieta.
Nie chciała, żeby młody w trójkolorowej skórze ją usłyszał, ale tak się
stało -?obejrzał się i parsknął śmiechem.
-?Tak, to jest właśnie powód, ale ten gość chyba tego nie rozumie.
-?Dziewięćdziesiąt patyków -?mruknął z urazą handlarz.
-?Gościu, żartujesz sobie ze mnie -?powiedział młody, znów zerkając na
nas i mrugając okiem, wyraźnie do Gwiazdeczki. -?Oddam za sto
dwadzieścia, ale naprawdę to jest warte dużo więcej.
Zauważyłam teraz, że spinka, która podtrzymywała mu nibyskórę pod brodą,
też jest zrobiona z takiego czerwonego metalu, wygładzonego do połysku,
z gładkim, niebieskim kamieniem wprawionym w środek. Dwaj pozostali
mieli zrobione z tego odznaki, okrągłe z trójkątem w środku, a na
dzidach -?metalowe groty. Nie ma mowy, żeby wyłupać taki kształt z czarnoszkła, rozprysłoby się przy pierwszym użyciu.
Tak więc te opowieści to była prawda. Na Edenie, w ziemi naprawdę był
metal, tak jak na Starej Ziemi. A John Czerwoniuch wcale nie utonął. A pierścień Geli nie leżał na dnie Głębokiego Ciemna. Poczułam dziwny,
mroczny lęk. Co jeszcze się zmieni? Co jeszcze wynurzy się z bulgotem z przeszłości?
-?Metal już nie trzyma takiej ceny, jak za pierwszym razem, kiedy
przyjechaliście -?powiedział z uporem handlarz.
-?Może i tak. Ale nie chcę dwustu, prawda? Chcę sto dwadzieścia. Dobrze
wiesz, że jakby mi się chciało przejść po innych handlarzach, na pewno
dostałbym sto pięćdziesiąt albo i lepiej.
Handlarz zacisnął usta na sekundę czy dwie, potem kiwnął głową, wziął
bryłkę metalu i sięgnął pod stół, żeby wyciągnąć dwadzieścia cztery
ponacinane drewienka.
-?Dziękuję, przyjacielu -?powiedział rudowłosy, podając patyki jednemu
ze swoich towarzyszy.
Po czym się zaśmiał. Znał swoją własną moc. Wiedział, że budzi
fascynację. Wiedział, że chroni go dwóch wojowników z dzidami o metalowych grotach. Wiedział też, że wśród tłumu, który się wokół niego
zebrał, stoi piękna młoda kobieta i błyszczącymi błyszczącymi oczami
patrzy na wszystko, co on robi.
Sięgnął po raz kolejny do woreczka z patykami, który podsunął mu
towarzysz, i wyjął parę drewienek. Potem skłonił się lekko przed
Gwiazdeczką i wsunął je w jej dłonie. Wszystkich patrzących aż
zatchnęło, tak Kolanowych, jak i Domowych.
-?Weź je -?powiedział do niej, drugą dłonią zamykając na nich jej palce.
-?Wymień na parę kolorowych skór i pierścieni. Jesteś piękna piękna,
piękniejszej kobiety w życiu nie widziałem, ale ta zwykła skóra nie
przydaje ci urody, jeśli mogę tak powiedzieć.
Uśmiechnął się i mrugnął, tylko do niej. Dopiero teraz naprawdę ją
zauważył.
-?Nazywam się Zielonokamyk -?powiedział. -?Zielonokamyk Johnson. Do
zobaczenia. Mam nadzieję.
Po czym ukłonił się Dixonowi, Radosze, Angie, mnie i odszedł. Dwaj
towarzysze pośpieszyli za nim ze swoimi metalowymi dzidami.
Gwiazdeczka spojrzała we własną dłoń. Miała w niej pięć drewienek, każde
z pięcioma nacięciami, dokładnie tyle samo, co nam właśnie proponowano
za osiem dziesięciostopowych łodzi, które robiliśmy przez czterdzieści
wstań i wieźliśmy tutaj przez dziewięć kolejnych, i to ciężkich.
-?Wujku, zaopiekuj się nimi, dobra? -?szepnęła. -?Razem z tymi, co
dostaniemy za łodzie.
Dixon, biorąc je, kiwnął sztywno głową.
-?Na kulasy Jeffa! Wujku Dix! -?Oczy Gwiazdeczki nagle wypełniły się
łzami. -?Miałam mu odmówić, czy jak?
-?Ja nie... -?wyjąkał Dixon. -?Ja nie...
Spojrzał na mnie z nadzieją, że będę wiedziała, co chce powiedzieć.
-?Wujek nie jest na ciebie zły -?powiedziałam.
-?No, naprawdę nie, skarbie -?dodał. -?Po prostu... Jeśli na kogoś
jestem zły, to na tego Zielonokamyka. Jak on mógł!
-?Jak on mógł co? -?zapytała Gwiazdeczka. -?Nosić ładne rzeczy? Mieć
ładną buzię? Dawać komuś prezent?
Dixon znów bezradnie spojrzał na mnie, a ja zaczęłam zastanawiać się nad
słowem określającym to, co zrobił ten uśmiechnięty młodziak. Musiałoby
znaczyć coś w rodzaju "osiągnąć coś, po prostu dając komuś trochę
patyków".
-?Nie jestem pewna, czy to prezent. -?To było najlepsze, co mi przyszło
do głowy. -?To raczej był handel.
-?Handel? Jak to handel? A co wziął w zamian?
"Twoje serce, Gwiazdeczko", chciałam powiedzieć, ale wiedziałam, że albo
się wścieknie, albo nasunę jej nowe myśli, których według mnie nie
powinna mieć. I zdawałam sobie sprawę, że wokół nas stoi trochę obcych
ludzi, gapiących się na cudacznych Kolanowych i uśmiechających się, gdy
słyszeli dziwny sposób mówienia.
-?A ci to skąd są? -?usłyszałam, jak pyta jakaś kobieta.
Ściszyłam głos.
-?Wszyscy się tu gubimy -?powiedziałam do Gwiazdeczki. -?Oddalamy się tu
od Patrzącego. Zaczynamy myśleć, że...
-?A mnie się tu podoba. O wiele fajniej niż na naszej Ziemi.
-?I myślę, że o tym Zielonokamyku też nie wiesz, co myśleć. Wydaje ci
się ekscytujący, bo jest nowy i...
-?Mnie tam wydał się fajny -?wtrąciła Angie, choć od razu było widać, że
też jest zaniepokojona. -?Myślę, że to miło z jego strony, że dał
Gwiazdeczce prezent tylko dlatego, że mu się spodobała. No wiecie, sama
bym się nie pogniewała, jakby...
-?Idę popatrzeć na Lon Downik -?powiedziała Gwiazdeczka.
-?Myślałem, że później wszyscy pójdziemy -?zdziwił się Dixon.
-?Ale ja chcę teraz. Idziesz, Angie?