Jeden
Kiedy tak przypominam sobie wszystko, co się od tego czasu stało, czuję
się, jakbym próbowała patrzeć poprzez drzewa i lampokwiaty całego lasu.
Pomiędzy tamtym czasem a dzisiejszym stoi tyle rzeczy, a jednak tam
daleko, daleko to jestem ja, dawna ja, Angie Czerwoniuch. Idę sobie
ścieżką po wysokim brzegu w stronę Domu Lona Downika, a moja mała Candy
podskakuje i tańczy koło mnie. Po prawej stronie mam świecącą wodę,
różową i zieloną, ciągnącą się aż po Brzeg Świata. Po lewej -?buczący
las: ciemne pnie, świecące lampokwiaty, jasne gwiazdokwiaty i tak bez
końca, aż po góry Śnieżnego Ciemna. Ponad nami ogromna spirala
Gwiezdnego Wiru wypełnia w całości czarne czarne niebo. Niosę worek
pełen kościanych narzędzi, na sprzedaż.
-?Mrugaj mrugaj, gwiazdko ma -?śpiewa Candy i kręci się na boki. Ma
cztery lata, pięć łonczasów, jak się mówiło, kiedy byłam mała, ale ta
Angie na brzegu tak długo już mieszka wśród Davidowych, że przyzwyczaiła
się myśleć latami.
Przed sobą mamy Dom Lona Downika, największe targowisko Davidowych -
stoi sobie na szczycie wysokiego brzegu, w miejscu, gdzie dawno, dawno
temu stał John Czerwoniuch i zastanawiał się, czy nie rzucić metalowego
pierścienia Geli z powrotem do wody. Dom Lona Downika cały płonie od
świateł, choć to brudny, ostry, niebezpieczny blask, całkiem inny niż
łagodne światełka lasu, a od góry przykrywa go jak zawsze płaska chmura
dymu. Świeci brudnym pomarańczowym kolorem na tle gwiezdnego nieba.
To jesteśmy ja i Candy dawno temu: dwie kropeczki na wysokim brzegu,
pomiędzy świecącą wodą i świecącym lasem, pod zimnym blaskiem dalekich
gwiazd.
-?Mamo, zobacz -?mówi Candy. -?Ile łódek!
* * *
Dom Lona Downika zobaczyłam po raz pierwszy dziesięć lat wcześniej.
Przypłynęliśmy łodzią całą gromadą, z małej piaszczystej wysepki, gdzie
się wychowałam, daleko w stronę Gór Skalistych od Lona Downika i dziesięć mil w głąb wody. Ja i moja przyjaciółka Gwiazdeczka byłyśmy tak
podniecone, że puściłyśmy się biegiem jak dzieciaki, a dorośli zostali z tyłu, starając się dotrzymać nam kroku. Na serce Geli! Jakie kolory,
jacy ludzie, jakie towary na sprzedaż! Wszystko wydawało się nam
wspaniałe. I to jeszcze zanim zobaczyłyśmy samego Lona Downika,
otoczonego wysokim płotem, ten tajemniczy metalowy przedmiot ociekający
ziemską dziwnością.
Ale ta późniejsza ja, ta, co szła ścieżką wzdłuż klifu z Candy,
mieszkała już koło Domu Lona Downika od ośmiu lat. Chodziłam wtedy tą
ścieżką, co parę wstań, z torbą drobiazgów, które mój chłop Dave rzeźbił
z koźlej kości -?noży, skrobaczek, kolczyków, koralików -?i Dom Lona
Downika stał się już dla mnie czymś zwyczajnym. Tak się zawsze dzieje,
myślę -?to, co zwyczajne, cię nuży i zaczynasz tęsknić za czymś barwnym,
pięknym i nieosiągalnym, a potem się okazuje, że to jednak jest do
osiągnięcia i znów staje się kolejną zwyczajną rzeczą. Nawet już nie
patrzyłam na lampy na koźli tłuszcz, choć ich niespokojne światło kiedyś
wydawało mi się tak dziwne, groźne i pełne możliwości. Nie patrzyłam na
kolczyki z kolorowych piórek ani na nietoperze czekające w klatkach na
zrobienie i ugotowanie na miejscu. Szłam prosto do handlarzy, którzy
brali ode mnie towary, dawali w zamian patyki, a potem prosto do innych
handlarzy, u których wymieniałam patyki na potrzebne nam rzeczy, a potem
z powrotem na Ziemię Michaela.
A co do metalowego Lona Downika za płotem, no cóż -?nie licząc tego, że
zaprowadziłam dzieciaki, żeby go obejrzały (a oprócz Candy miałam
najstarszego Lisa i małego Mehmeta, na którego przeważnie mówiliśmy
Metty) -?to praktycznie o nim nie myślałam. No tak, był wielki. No tak,
ci, co go zrobili, umieli rzeczy, których nawet nie mogliśmy sobie
wyobrazić. Tak, pochodził z Ziemi i zginęło w nim troje ludzi. Ale
wszystko to było dawno dawno temu. A ja miałam teraz pod opieką ludzi,
którzy są pod ręką, prawdziwych, żywych ludzi, którym jestem potrzebna.
Zaś jeśli chodzi o tych, co odeszli, to też miałam ich aż nadto do
opłakiwania z mojego życia. Na przykład trójkę innych dzieci -?małą
Gwiazdeczkę, Petera i Radość. Wszystkie zmarły kilka wstań po urodzeniu.
-?Mamo, zobacz! -?powiedziała znowu Candy. -?Dużo dużo dużo łodzi.
-?Tak, skarbie -?odparłam. -?Tu naprawdę dużo jest tych łodzi, co nie?
Nawet nie chciało mi się spojrzeć. Łodzie ciągle kursowały pomiędzy
Domem Lona Downika i całą resztą Edenu. Mała Candy ciągle je pokazywała
i zwykle jej ulegałam, patrzyłam i udawałam zaskoczenie i podziw na ich
widok. Lecz czasami, kiedy rozmyślałam o przeszłości, o wszystkim, co
straciłam, od patrzenia na wodę robiło mi się smutno i wolałam spoglądać
na to, co blisko, świecące drzewa, kamienie na ścieżce, fale chlupiące o brzeg pod nami, grube gałęzie świetlistych wodnych drzew, zielonych i różowych, kołyszące się tam i z powrotem pod wodą. Wydawało mi się, że
lepiej skupić się na tym, co blisko, nie na tym, co daleko i poza moim
zasięgiem.
Tu, na tej jasnej wodzie, po raz ostatni widziałam moją przyjaciółkę
Gwiazdeczkę. Stałam tam, na skalistym urwisku, patrzyłam na jej łódkę,
ciemną na jasnej wodzie, póki nie pochłonął jej Brzeg Świata, i płakałam. Także tam -?dalej, dalej na skałach -?pożegnałam się ze
wszystkimi znanymi mi ludźmi z małej i spokojnej Ziemi Kolanowców nad
jej małym wodnym laskiem, daleko daleko na jasnej wodzie.
-?No, ale zobacz, mamo! -?zawołała znowu moja mała, szarpiąc mnie
niecierpliwie za rękę. -?Dużo łodzi. Jedna-dwie-trzy-cztery-pięć! I są
wszystkie razem. W ogóle nie spojrzałaś!
No to w końcu spojrzałam i zobaczyłam pięć łodzi obok siebie
rozciągniętych wzdłuż Brzegu Świata -?pięć ciemnych kształtów z wiatrołapami zmieniającymi się z różowych w zielone w różowe od bijącego
z dołu wodnego światła.
-?Proszę, Candy. Pięć łodzi. Mądra dziewczyna. Dobrze dobrze ci już
idzie liczenie.
Pięć, sześć łodzi naraz nie było tu niczym niezwykłym. Czasem bywało i więcej. W Domu Lona Downika zawsze był wielki ruch, one przypływały tam
z całego Edenu, ale nigdy nie widziałam, żeby pięć naraz płynęło razem i w jednym kierunku. Zaciekawiło mnie, skąd są. Były czasy, kiedy się
wiedziało, że jak łódź ma wiatrołap, to musi być z Nowej Ziemi, ale
teraz wszyscy je robili i nikogo już nie interesowały łodzie z pni ani
małe łódki z kory, jakie kiedyś robiliśmy na Ziemi Kolanowców. Po raz
kolejny, pomyślałam, Johnowi byli w czymś pierwsi.
-?Ciekawe, co wiozą.
-?Metal -?powiedziała Candy. -?Albo kolorowe kamienie. Koźli tłuszcz.
Korę.
Wiedziała, że handlarze zza stawu przywożą do Domu Lona Downika właśnie
takie rzeczy, bo tak jej z ojcem powiedzieliśmy. Metal pochodził z Nowej
Ziemi. Kolorowe kamienie przypływały łodziami z Brązowej Rzeki (chociaż
słyszałam, że naprawdę pochodzą z Półnieba, po drugiej stronie Śnieżnego
Ciemna). Koźli tłuszcz zwożono ze wszystkich brzegów Stawu, gdzie
jeszcze zostały tłuszczaki, aby żywić żarłoczne lampy Domu Lona Downika.
Kora przychodziła od czasu do czasu z mojego dawnego domu, Ziemi
Kolanowców, drogą po skałach zza Brzegu Świata. Łodzi specjalnie się z niej już nie robiło, ale całkiem dobrze nadawała się na dachy.
-?Pewnie tak, skarbie.
Poczułam, że budzi się we mnie nagły niepokój, jak pełznący drzewną rurą
pełzak, drapiący mnie w tchawicę setkami małych ostrych nóżek. Czemu
przypływa naraz pięć łodzi i to obok siebie? I czemu, zastanawiałam się,
w miarę jak się zbliżały, stoi na nich tylu ludzi i patrzy w naszą
stronę przez jasną wodę? Tylu ludzi i tak mało jakiegoś ładunku!
-?Zobacz! -?zawołała podekscytowana Candy. -?Jeszcze więcej łodzi.
Na serce Geli. Za pierwszymi pojawił się rząd pięciu kolejnych płynących
zza Brzegu Świata. Zacisnęłam dłoń na rączce córeczki, a ta spojrzała mi
z niepokojem w twarz.
-?Co się dzieje, mamo?
-?Pewnie nic, skarbie -?powiedziałam -?ale idziemy poszukać taty i braci.
-?Mieliśmy iść do Domu Lona Downika!
-?Innym razem, skarbie. -?Pociągnęłam ją z powrotem. -?Bo ja muszę... no...
porozmawiać z twoim tatą o tych łodziach.
-?Au, to boli.
Obejrzałam się z powrotem na Staw. Widziałam teraz twarze ludzi na
pierwszych pięciu łodziach, oświetlone od dołu wodnym światłem. To nie
były twarze, lecz metalowe maski.
Porwałam Candy na ręce i puściłam się biegiem.
Dwa
Wtedy, gdy pierwszy raz poszłam do Domu Lona Downika z Gwiazdeczką i resztą, myślałam, że robimy to dla rozrywki. Trochę sobie pohandlujemy,
spojrzymy na Lona Downika, a potem z dumą wrócimy do domu i będziemy o wszystkim opowiadać naszym ludziom z Ziemi Kolanowców, co najdalej
dotarli do nieciekawej Wielkiej Głowy. Myślałam, że tak właśnie będzie.
Nic się właściwie nie zmieni.
A tak naprawdę zmieniło się wszystko. Kiedy tam byliśmy, Gwiazdeczka
spotkała dziwnego, pięknego i potężnego mężczyznę, zwanego
Zielonokamykiem. Był z Johnowych z Nowej Ziemi po drugiej stronie wody i mówił po angielsku tak dziwnie, że na początku ciężko go było zrozumieć.
Miał przypinkę z metalu i towarzystwo ludzi z metalowymi dzidami, którzy
wszędzie za nim chodzili i robili, co kazał. Od samego początku było
widać, że to wysoki wysoki człowiek, a potem się okazało, że wysoki jak
nikt, bo był Synem Naczelnika Nowej Ziemi. I jak wszyscy wysocy, był
przyzwyczajony, że co zechce, to dostaje, a jak tylko zobaczył
Gwiazdeczkę, no, to ją zechciał. Była ładna ładna i mądra mądra, a teraz, jak się zastanowię, to widzę, że i ona była przyzwyczajona, że co
zechce, to dostaje, zwłaszcza od mężczyzn. Pojechała z nim, daleko
daleko za wodę, a my wróciliśmy na Ziemię Kolanowców bez niej.
Straciłam najlepszą przyjaciółkę. Dowiedziałam się, że na świecie są
rzeczy, które moja najlepsza przyjaciółka ceni bardziej niż moją
przyjaźń, zobaczyłam też na własne oczy, że są rzeczy, które mogą się
przydarzyć komuś ładnemu, jak Gwiazdeczka, ale mnie się nigdy nie
przydarzą. Bo jestem nietopyskiem. Nie mogę zamknąć ust, bo łączą mi się
z nosem w jedną poplątaną dziurę pełną krzywych dziąseł i krzywych
zębów. Jak się dobrze staram, ludzie mnie lubią, kiedy już mnie poznają,
ale nikt w życiu się we mnie nie zakocha tak, jak Zielonokamyk w Gwiazdeczce ani jak ona w nim. (Zielonokamyk ledwie był w stanie się
przemóc, żeby się do mnie odezwać albo spojrzeć mi w twarz).
I teraz Gwiazdeczka miała pójść do nowego i cudownego miejsca, gdzie
nauczyli się robić metal i łodzie, które płyną z wiatrem -?Zielonokamyk
mówił, że przy nim nawet Dom Lona Downika wyda się mały i ciemny -?a ja
wracałam na mój skrawek piachu, żeby ciąć korę i zbierać orzechy wodne z tymi samymi ludźmi, których znam całe życie. Dobra, porządna Angie -
może nie ma na co popatrzeć, ale ciężko pracuje i ma dobre serce.
Oj, jaka smutna smutna się czułam, jakby ktoś mi zrobił w środku wielką
bolącą dziurę. Ale nadal myślałam, że życie na Ziemi Kolanowców będzie
się toczyć jak przedtem.
* * *
Myliłam się strasznie strasznie strasznie. Fale po tym, co się wydarzyło
w Domu Lona Downika, wciąż rozchodziły się po świecie. Miały dotrzeć na
Nową Ziemię, do Brązowej Rzeki, a Brązową Rzeką przez góry do ziemi
zwanej Półniebem. A jedno, co się miało zmienić -?odtąd Davidowi
zupełnie inaczej patrzyli na nas, Kolanowych. Przez to Ziemia Kolanowców
na dobre się zmieniła.
Bo rozumiecie, w Domu Lona Downika mieszkali Davidowi, podobnie jak koło
nas w Wielkiej Głowie i wszyscy inni po tej stronie stawu od Skalnego
Brzegu, przez Dom Lona Downika aż po Ziemię Brązowej Rzeki daleko w stronę Alp. Za to w Nowej Ziemi oczywiście mieszkali Johnowi. Dobra, na
razie Davidowi pozwalali Nowoziemskim przypływać do Domu Lona Downika i sprzedawać swój metal, ale to nie zmieniało faktu, że nigdy nie
zamierzali im wybaczyć tego, że ukradli pierścień Geli, rozwalili Krąg,
podzielili Rodzinę i przynieśli na nasz świat zabijanie. Nie zmieniało
też faktu, że Johnowi nie zamierzali wybaczyć Davidowym, że wypędzili z Rodziny Johna Czerwoniucha, a potem próbowali zrobić jego i jego lud.
Nieważne, że te rzeczy działy się dawno przed urodzeniem kogokolwiek z żywych, dawno przed urodzeniem rodziców kogokolwiek z żywych, nawet
przed urodzeniem ich pradziadków. To nic nie zmieniało. Johnowi i Davidowi dalej się nienawidzili.
My, Kolanowi, na naszej małej spokojnej ziemi, dziesięć mil od Wielkiej
Głowy, nie byliśmy po żadnej ze stron. Mówiąc o sobie, nie używaliśmy
tego słowa -?mówiliśmy po prostu "Kolanowi", ale skoro inni byli Johnowi
albo Davidowi, to my byliśmy Jeffowi. Nasi prapradużopradziadkowie
poszli nie za Johnem Czerwoniuchem, nie za Davidem Czerwoniuchem, lecz
za Jeffem Czerwoniuchem, a Jeff zawsze mówił, że nie ma sensu martwić
się przeszłością i kłócić się w kółko, czyja historia jest prawdziwa. On
i jego ludzie poszli na Ziemię Kolanowców właśnie po to, żeby w spokoju
sobie żyć z daleka od walki pomiędzy zwolennikami Davida i zwolennikami
Johna.
Kiedy się urodziłam, ta kłótnia oczywiście trwała od pokoleń. Nad
Brązową Rzeką, daleko w stronę Alp, nadal mieszkali Johnowi,
wiedzieliśmy też, że sam John i część jego ludzi zniknęli za Stawem
Świat z pierścieniem, ale kiedy wiosłowaliśmy do Wielkiej Głowy z towarami, spotykaliśmy tam tylko Davidowych. (Może raz dwa był tam
handlarz z Brązowej Rzeki. "Patrzcie no!" -?mówił ktoś. "Ten tu jest z Johnowych" -?i wszyscy gapiliśmy się na niego w zdumieniu, jakby miał
dwie głowy albo sterczące z barków skrzydła jak u nietoperza).
Czyli to my, Kolanowi, tu nie pasowaliśmy. Davidowi o tym wiedzieli i od
czasu do czasu dogadywali nam, że śmiesznie mówimy albo że poszliśmy za
kimś takim jak Jeff Krzywostóp, ale nasza mała piaszczysta krainka nie
była dla nich zagrożeniem, a po drugie podobały im się łodzie z kory,
które przywoziliśmy. Przez całe pokolenia dawali nam spokój.
A Gwiazdeczka to zmieniła, choć oczywiście niechcący. Masa ludzi w Domu
Lona Downika zobaczyła, co zaszło między nią a Zielonokamykiem -?no,
jakżeby inaczej, wszyscy obserwowali Syna Naczelnika Nowej Ziemi jak
lampart obserwuje kozła -?zapamiętywali każdy jeden drobiazg! -?więc
Davidowi wiedzieli, że jedna z nas popłynęła z Zielonokamykiem. A to im
przypomniało, że my, Kolanowi, wcale nie jesteśmy Davidowi, tylko
Jeffowi, a Jeff właściwie był kuzynem Johna i wziął jego stronę, kiedy
Rodzina po raz pierwszy podzieliła się na pół. I zaczęli sami się
zapytywać, po której stronie my właściwie jesteśmy i co ma do nas Nowa
Ziemia. Bo wiecie, wśród Davidowych wysocy ludzie brali sobie na
szałasowe córki ludzi, z którymi chcieli się przyjaźnić.
Jakby tego było mało, Davidowi dowiedzieli się, że Naczelnik Nowej Ziemi
myślał, czy by ich nie zaatakować -?jeden z nowoziemskich handlarzy
pochwalił się tym, kiedy wypili w Domu Lona Downika za dużo dziwosoku -
i zaczęli się zastanawiać, czy Naczelnik nie wybrał sobie Gwiazdeczki
dlatego, że Ziemia Kolanowców może mu się jakoś przydać. Taka mała
ziemia, daleko na jasnej wodzie -?ich pierścieniowi mogliby się tam
zebrać, prawda, jak przepłyną Głębokie Ciemno, zebrać się i stamtąd
ruszyć na ziemie Davidowych ze swoimi metalowymi dzidami?
Wychodzi, że Gwiazdeczka, pojechawszy z Zielonokamykiem, poruszyła na
szachownicy pionki, które stały, że tak powiem, pomiędzy Davidowymi na
Głównoziemi i Johnowymi na Nowej Ziemi. Nagle Ziemia Kolanowców stała
się ważnym polem i Davidowi zaczęli się nią interesować. Przysyłali
strażników z wielkimi czarnoszklanymi dzidami, zaczęli węszyć, wypytywać
nas. Oczywiście staraliśmy się im mówić, że tak naprawdę nie jesteśmy
po stronie Johnowych. Przecież obojętnie, czy Jeff stanął po stronie
Johna wiele pokoleń temu, tego wstania my nie mamy prawie nic wspólnego
z Nowoziemcami, od pokoleń mieszkającymi po drugiej stronie Stawu. A wiele wspólnego z Davidowymi, z którymi handlujemy i którzy mieszkają o dziesięć mil od nas. Przekonywaliśmy strażników, że Gwiazdeczka to
jedyna spośród nas, która popłynęła zamieszkać na Nowej Ziemi, a o wiele
więcej Kolanowych przeniosło się na Głównoziemię mieszkać u Davidowych.
Strażnicy słuchali tego wszystkiego. Uśmiechali się, kiwali głowami, że
to wszystko prawda, ale ciągle przychodzili. I to nie tylko strażnicy,
ale i dowódcy straży. A i handlarze, choć do niedawna to my musieliśmy
płynąć na Głównoziemię na handel.
Aż nagle któregoś wstania przyszła cieniomówczyni.
Trzy
Ziemia Michaela, nasza mała gromadka szałasów, leżała trochę z dala od
Stawu, żeby nie stać na drodze wszystkim ludziom wędrującym ścieżką na
klifie do Lona Downika i z powrotem, do wszystkich małych gromadek po
tej stronie Stawu. Facet, od którego miała nazwę, umarł, zanim tu
przyszłam, i naszymi wysokimi ludźmi były teraz jego wnuki i prawnuki.
Była na terenach Głównego Myśliwego, który był Szefem Straży w Domu Lona
Downika. On był naszym wysokim człowiekiem i w zasadzie jednym z największych, bo był trzecim synem samego Davida Potężnego, Szefa Straży
Ziemi Davidowych, i pradużoprawnukiem Davida Wielkiego. Za to, że
mieszkaliśmy pod jego opieką, musieliśmy co roku dawać mu tyle i tyle
skór, tyle i tyle suszonego mięsa, tyle i tyle koźlego tłuszczu, tyle i tyle wiązek suszonych gwiazdokwiatów. I jak we wszystkich osadach na
Ziemi Davidowych, musieliśmy posyłać wszystkich naszych chłopców, jak
tylko wyrosły im nowe włosy, żeby służyli w jego straży, kiedy tylko
sobie zażyczy.
Ziemia Michaela nie różniła się, myślę, aż tak od mojej dawnej Ziemi
Kolanowców, z szałasami z kory ustawionymi wokół pustego kręgu, gdzie
paliliśmy ogniska i śpiewaliśmy piosenki. Pewnie na całym Edenie mali
ludzie właśnie tak żyją. Ale pod nogami była czarna ziemia, a nie jasny
piasek, a wokół rosły drzewa z Szerokiego Lasu -?bieluchy z jasnobiałymi
świetlistymi kulami, czerwoniuchy z długimi jarzącymi się różowo rurkami
i kolczaki o małych jasnoniebieskich kwiatkach -?a nie drzewa kolanowe o obwisłych gałęziach i żółto-zielonych kwiatach. Różniła się jeszcze
jedną rzeczą -?pośrodku pustego miejsca otoczonego szałasami był jeden
krąg, małe kółko z okrągłych kamyków zebranych z brzegu Stawu, w które
nikomu nie wolno wejść. Każda gromada Davidowych musiała mieć taki krąg,
nawet jeśli jest zupełnie malutka. Była to kopia oryginalnego Kamiennego
Kręgu, daleko za Ciemnem, w Okrągłej Dolinie, czyli miejscu, gdzie
ludzie z Ziemi pierwszy raz wylądowali na Edenie i w które, jak wierzyli
Davidowi, pewnego dnia ziemscy ludzie powrócą. Wokół tego małego kółka z kamyków mieszkało nas około trzydziestu, w tym dorośli, obrostki, starzy
i małe dzieci. Teraz to był mój dom. Stałam się jedną z nich, jedną z Davidowych, którzy uważają, że najważniejsza jest rodzina i nic się jest
tak ważne, jak to, żeby trzymała się razem.
Kiedy wbiegłam do gromady, brakowało mi tchu. Candy dalej szamotała mi
się ze złością na rękach:
-?Puszczaj mnie! Puszczaj!
Dziesięciu jedenastu dorosłych siedziało sobie i w spokoju pracowało nad
tym i owym -?Tom, wódz naszej gromady, powoli kroił kozła swoją jedyną
ręką, Lucy zszywała skóry, Kate mieliła gwiazdokwiaty -?a małe, gołe
dzieciaki bawiły się wokół nich albo pomagały przy prostszych pracach.
-?Dave! -?krzyknęłam, jak tylko odzyskałam oddech. -?Dave! Szybko! Bierz
dzieciaki i kozła!
Dave zwrócił ku mnie pociągłą, szarą twarz. Siedział przy ogniu -?chyba
zawsze było mu zimno -?i skrobał koźlą kość, a Metty bawił się obok
niego. Zebrał się niepewnie na nogi i zrobił parę kulawych kroków ku
mnie, jakby jeszcze do niego nie dotarło, czego właściwie chcę.
-?Kate! Davidson! Lucy! -?wrzasnęłam. -?Zbierajcie dzieciaki! Dmuchajcie
w róg! Idą! Już! Pierścieniowi w maskach! Johnowi zza wody!
Co z nimi nie tak? Jak mogą być tak powolni?
-?Johnowi? -?zapytał Tom.
-?Tak, Johnowi, dziesięć łodzi, metalowe maski na twarzach, metalowe
dzidy w rękach! No, ruszcie się wszyscy, już! Trzeba uciekać znad
brzegu Stawu!
Tom wstał. Był wielkim wielkim mężczyzną o donośnym głosie i nie mógłby
się bardziej różnić od swojego brata Dave'a. Długo długo był
strażnikiem, póki nie stracił ręki, i był przyzwyczajony do poganiania
ludzi.
-?Tak jest, wszyscy pakować, co dacie radę zabrać, i ruszamy do
Davidowa!
Davidowo stało u podnóża Śnieżnego Ciemna i tam właśnie mieszkał sam
David Potężny, kiedy nie objeżdżał swoich ziemi razem ze swoimi
wszystkimi szałasowymi oraz większością dzieci, wnuków i prawnuków. Było
tam mnóstwo strażników i jeśli jakieś miejsce w Szerokim Lesie mogło
sobie dać radę z Johnowymi, to właśnie Davidowo.
-?Na serce Geli! -?jęknął Dave. -?Dopiero co posłałem Liska do Domu Lona
Downika po klej. Muszę po niego lecieć.
Lis lubił chodził do Domu Lona Downika wąską ścieżką między drzewami, a nie tą główną prowadzącą po klifie. Lubił sobie wyobrażać, że jest
myśliwym i jest całkiem sam daleko w głębi lasu.
-?Nie, nie ty, Dave -?rzuciłam. -?Nie z twoimi krzywostopami. Ty pakuj
kozła, przygotuj resztę dzieciaków i jedźcie prosto do Davidowa. Ja
pójdę po Lisa.
Mężczyzna Kate, Davidson, zaczął dmuchać w nasz stary róg z pustogałęzi,
żeby zwołać ludzi, którzy poszli zbierać lub polować do lasu, i wszyscy
zaczęli się zamartwiać o tych, których nie zawołają, na przykład synów w straży i córki, które były domowymi strażników.
-?Będą wiedzieć, że poszliśmy do Davidowa -?stwierdził Tom. Sam miał w straży czterech synów. -?Jak będzie trzeba, przyjdą tam i nas znajdą.
Ale myślę, że to nie będzie konieczne. Szybko tu wrócimy. Nasi strażnicy
spokojnie dadzą sobie radę z garstką pierścieniowych.
-?Dave, weź Candy i Metty'ego -?powiedziałam. -?Ja pójdę po...
Ale dokładnie w tej chwili do naszej gromady wbiegł Lis, mój mały Lisek,
ze swoimi chudymi rączkami i nóżkami oraz wielkimi wielkimi oczyma.
-?Mamo, z Domu Lona Downika wszyscy uciekają.
-?Wiem, Lisek, wiem -?odparłam, puszczając go. -?Zobacz, tato już
przygotowuje kozła i wszyscy pojedziemy do Davidowa. Tam będziemy
bezpieczni.
Dave zarzucił torby z suszonym mięsem i kwiatowymi plackami na grzbiet
naszego starego gładziaka, Paskuda, potem usadził na nim Candy i Metty'ego i sam władował się tam za nimi. Nie był leniwy. Wiedział, że
jeśli będzie szedł pieszo, jego krzywostopy będą wszystkich opóźniać.
Po płaskich czarnych oczach Paskuda przesuwały się fale szarości, a jego
cztery czułki przy pysku węszyły i smakowały powietrze, zupełnie jakby
próbował ustalić, czemu ci wszyscy ludzie tak się ożywili. Potem zadarł
głowę i wydał ten krótki pisk, jaki wydają kozły, kiedy wiedzą, że coś
im grozi.
Kilkoro innych mam i tatów poszło szukać brakujących dzieci, reszta zaś
objuczała kozły jak my, suszonym mięsem, patykami do płacenia, skórami
do ubrania, skórami do spania, dzidami i wiązkami strzał. Ja zebrałam do
garnka trochę węgielków, żeby po drodze dało się coś ugotować.
Gdy wyruszaliśmy w stronę Davidowa, usłyszeliśmy gdzieś z daleka, od
brzegu Stawu po stronie Alp, wielki wrzask. Tom kiwnął z namysłem głową,
jakby był jedyną osobą, która wie, co to może być.
-?Strażnicy na klifie -?powiedział -?krzyczą, żeby się zagrzać do walki.
Dziwnie było o tym myśleć. W tej chwili wszyscy co do jednego strażnicy
z Domu Lona Downika byli cali, zdrowi i silni, podobnie jak każdy z pierścieniowych na tych nowoziemskich łodziach. Lecz zaraz przez wodę
polecą tam i z powrotem strzały: w jedną stronę z metalowymi grotami, w drugą stronę ze szklanymi, ludzie zaczną umierać, a ciała, które teraz
są sprawne i zdrowe, staną się poranione i chore. Będą też strzały z ogniem. Nasi będą nimi strzelać, żeby podpalić im wiatrołapy, a ich
ogniste strzały przylecą w odpowiedzi, żeby spalić szałasy w Domu.
Lis był przerażony, ale bardzo się starał tego nie okazać.
-?Szkoda, mamo, że nie mogę popatrzeć na tę walkę! -?krzyknął dziwnie,
głośno, z ekscytacją, choć stałam tuż obok niego i usłyszałabym go
całkiem dobrze, gdyby się po prostu odezwał. -?To będzie ekstra ekstra,
no i wiem, że nasi ludzie wygrają.
Na grzbiecie Paskuda mały Metty płakał Dave'owi na rękach, wyczuwając
strach wokół, zaś Candy marszczyła czoło i w ogóle się nie odzywała.
Dave próbował pochwycić mój wzrok, żeby rzucić mi jedno z tych swoich
zatroskanych spojrzeń, jakie dorośli rzucają sobie nad głowami dzieci,
ja jednak go unikałam. Na serce Geli, pomyślałam, przecież wszyscy aż za
dobrze wiemy, jak jest źle.
Kiedy zaczęliśmy odchodzić z Ziemi Michaela, obejrzeliśmy się ostatni
raz na szałasy, które sobie pobudowaliśmy, na płot z gałęzi, nad którym
pracowaliśmy przez wiele wiele wstań, żeby na pewno był na tyle solidny,
by zatrzymać lamparty.
Cztery
Opowiadałam wam o tej cieniomówczyni, co przyszła na Ziemię Kolanowców.
Nigdy wcześniej ich nie mieliśmy -?Jeff nie wierzył w trzymanie się
przeszłości ani w rozmowy z umarłymi -?ale widywaliśmy je od czasu do
czasu, chodząc z towarami do Wielkiej Głowy. Płakały i darły się
otoczone tłumem milczących, zacukanych Davidowych albo nawet dostawały
jakiegoś ataku i tarzały się po ziemi z pianą na ustach. Czasami
wybierały sobie ludzi z tłumu i mówiły im na oczach wszystkich, co złego
narobili. Widziało się wielkich dorosłych Davidowych, jak zwieszają
głowy i płaczą jak obsztorcowane dzieciaki.
-?Matka Gela wyciąga do was rękę! -?jęczały cieniomówczynie. -?Ale jak
ma wam pomóc, skoro wy nie chcecie swojej ręki wyciągnąć? Jak ma
poprowadzić was do domu przez pustkę między gwiazdami?
Czasami nagle zamierały i nasłuchiwały, unosząc ręce w prośbie o ciszę,
żeby mogły usłyszeć głosy zmarłych bliskich zgromadzonych ludzi.
-?Tak... Tak, to twój chłopczyk, kochana, ten, co umarł. Mówi mi, jak się
nazywa... ale niezbyt dobrze go słyszę. David, prawda? Tak myślałam,
David; błaga mnie, żebym ci powiedziała, że masz być wierna naszej
Matce. Boi się, że inaczej nigdy do niego nie trafisz.
Dorośli Kolanowi zawsze trzymali się od nich z daleka. Jeśli byliśmy w Wielkiej Głowie i natknęliśmy się na występ cieniomówczyni, nasi dorośli
szli sobie na górę klifu, siadali i gadali ze sobą, póki nie ucichły
krzyki i płacze i cieniomówczyni nie dostała swoich prezentów. "To są
sprawy Davidowych -?mówili -?i nam nic do tego". Ale obrostki lubią
robić inaczej niż dorośli i ja, Gwiazdeczka oraz nasi przyjaciele
wykradaliśmy się czasem oglądać te występy. Uważaliśmy, żeby mieć
poważne miny i nie patrzeć po sobie -?rozumieliśmy, że jesteśmy wśród
Davidowych i na ich ziemi, więc nie możemy im dać żadnego pretekstu,
żeby byli na nas źli -?ale po wszystkim szliśmy razem na górę klifu i gdy tylko znaleźliśmy się sami, wybuchaliśmy śmiechem.
-?Matka Gela płacze! -?jęczała Gwiazdeczka przez łzy ze śmiechu. -
Płacze płacze płacze!
-?Wszyscy zginiecie w zimnym zimnym mroku! -?szlochał nasz kolega
Stawoblask.
-?Gwiezdny statek nigdy po nas nie wróci -?stękałam ja -?jak nie
będziecie słuchać Matki i troszczyć się o jej rodzinę!
Zaśmiewaliśmy się. I zachodziliśmy w głowę, jak ci durni Davidowi mogą
tak dawać się nabierać? Czy to nie jest dla nich oczywiste, że mówczynie
wciskają ludziom to, co ich albo ucieszy, albo przerazi na tyle, żeby
wycisnąć z nich dobre prezenty?
Ale przecież to było dla nas oczywiste tylko dlatego, że nasi dorośli
powiedzieli nam, na co uważać i jak sobie tłumaczyć to, co widzimy.
Rozumieliśmy to tylko dlatego, że nam powiedzieli, jak nauczał Jeff, że
życie jednego człowieka jest jak falka sunąca po Stawie -?ona znika, ale
Staw dalej jest ten sam, przesuwa się tylko tam i z powrotem w swojej
ogromnej misie -?Matka Gela dawno nie żyje, a nawet jak żyła, była tylko
normalnym człowiekiem, nikim więcej i nikim mniej.
Tak, ale choć powtarzaliśmy sobie, że to oczywiste, że cieniomówczynie
nie mówią prawdy, myślę, że śmialiśmy się tak głośno właśnie po to, aby
zagłuszyć drobne ukłucia wątpliwości, jakie miał każdy z nas. A może oni
dobrze myślą? Może to naprawdę prawda, że jak nasze ciała umierają,
nasze cienie żyją dalej, wędrują przez pustkę między gwiazdami i może
gubią się tam na zawsze, całkiem samotne, bez nadziei na towarzystwo, na
ciepło?
W końcu przecież Davidowi byli liczni i potężni. Zbudowali Dom Lona
Downika, Davidowo, ich ziemie ciągnęły się od Stawu Świat po Okrągłą
Dolinę i od Skalnego Brzegu po Białe Strumienie. Mieli Lona Downika,
Kamienny Krąg i wszystkie inne rzeczy z Ziemi oprócz pierścienia. Ich
Szef Straży był tak wysoki, że miał siedemnaście szałasowych i ponad
setkę dzieci. A my kim jesteśmy, żeby mówić, że to oni się mylą, a my
mamy rację?
* * *
Więc widzieliśmy już wcześniej cieniomówczynie, ale kiedy jedna przyszła
na Ziemię Kolanowców, to było coś zupełnie innego. To była nasza Ziemia,
nie Davidowych, a jednak ona tu przyszła, a z nią także strażnicy,
strażnicy, którzy podejrzewali, że my, Kolanowi, tak naprawdę jesteśmy
Johnowymi w przebraniu, i uważnie się przypatrywali, jak się
zachowujemy. Zebraliśmy się, niezadowoleni. Większość dorosłych sądziła,
że trzeba w to brnąć, żeby nie rozzłościć Davidowych, lecz tak naprawdę
czuliśmy, że to ona jest tutaj nie na miejscu.
-?Pamiętajcie, żadnych śmiechów i uśmiechów -?ostrzegły matki dzieci,
tak jak nasze nas ostrzegały, kiedy szliśmy do Wielkiej Głowy. -?Chyba
że mówczyni się sama uśmiechnie.
I oto była, stała w samym środku naszego Miejsca Spotkań, tam gdzie
gromadziliśmy się każdego wstania, żeby posłuchać nie jakiejś dawno
umarłej osoby, nie jakiegoś dalekiego głosu wołającego do nas z Ziemi,
ale Patrzącego, który jest blisko blisko nas, tej tajemnej obecności,
która patrzy przez oczy każdego. Tuż za nią widziałam drzewo, na którym
wyskrobane były słowa samego Jeffa Czerwoniucha. "JESTEŚMY TU NAPRAWDĘ"
-?napisał.
Usłyszałam, jak któryś ze starszych mruczy, że cieniomówczyni celowo
depcze po rzeczach, które są dla nas najważniejsze, zdeptuje historię,
która uczyniła z nas Kolanowych, i muszę powiedzieć, że też się tak
czułam. Postanowiłam jednak, że najlepiej będzie poradzić sobie z tym,
zauważajac śmieszną stronę całej historii. Tak jak kiedyś w Wielkiej
Głowie: będę grzecznie słuchać, a potem, kiedy ona i jej strażnicy sobie
pójdą, wszyscy się pośmiejemy.
Lecz kiedy stanęliśmy z nią oko w oko, wszystko się zmieniło. Ona w ogóle nie była śmieszna. Widać było, że jest bystra bystra. Widać było,
że bystrymi bystrymi oczyma patrzy nam w twarze, zupełnie jakby
potrafiła je przeniknąć. Miała na imię Mary. Była niska, tęga, groźnie
wyglądająca, z wielką kwadratową twarzą, rudawymi włosami, które ścięła
tak krótko, że sterczały jej kępkami i kolcami oraz małymi,
przeszywającymi szarymi oczyma. Miała na sobie długoskórę zrobioną z nibyskóry, utkanej z rozgniecionych łodyg gwiazdokwiatów, taką jakie
nosili wysocy ludzie na Głównoziemi, choć bez tych wymyślnych kolorów,
piór, koralików i suszonych nietoperzowych skrzydełek. My, Kolanowi,
nosiliśmy po prostu proste koźle pasoskóry, nogi i piersi mieliśmy gołe.
Mary stała nieruchomo, póki wszyscy się nie uciszyli, a potem, bez
słowa, wzięła kijek i narysowała na piasku kółko, jak to robią Davidowi,
kiedy znajdą się w miejscu, gdzie jeszcze nie ma kamiennego kręgu. Potem
wyprostowała się i rozejrzała po nas. Zrobiła znak Davidowych, dokładnie
pośrodku miejsca, gdzie spotykaliśmy się, żeby słuchać naszych własnych
historii, zupełnie jakby czekała, czy się sprzeciwimy. Nikt z nas tego
nie zrobił -?byliśmy na tyle mądrzy, żeby nie robić niczego, co by
zezłościło Davidowych, a zresztą Mary nie była kimś, z kim chciałoby się
kłócić -?więc weszła do swego kółka, co podobno wolno było robić tylko
cieniomówczyniom i Szefowi Straży.
-?Wiecie, co oznacza Krąg? -?zapytała.
Nikt nie chciał odpowiadać, ale ona po prostu czekała, dobrze wiedząc,
że wcześniej czy później ktoś nie wytrzyma przeciągającej się ciszy. I rzeczywiście, w końcu odezwała się kobieta zwana Ogniczką.
-?Kamienny Krąg -?mruknęła.
Mary kiwnęła głową.
-?Dziękuję. Masz rację. To koło oznacza Kamienny Krąg, miejsce, gdzie
usiadł Lon Downik z Ziemi i w które pewnego dnia powrócą ziemscy ludzie.
Ale nie tylko. Oznacza także jedyną Prawdziwą Rodzinę Edenu, która łączy
nas wszystkich. John Czerwoniuch próbował rozbić tę Rodzinę, ale choć
wywołał wiele zamętu, Rodzina pozostała cała. Jeff Czerwoniuch też
próbował rozbić tę rodzinę. -?Przerwała, żeby popatrzeć po naszych
twarzach, czekając, czy ktoś nie zareaguje na to oskarżenie wobec
naszego ukochanego Jeffa. -?On także narobił wiele zamętu. Ale i tak
Rodzina jest jedna, jedna Rodzina i jedna Matka. A nasza Matka nadal
kocha nas wszystkich.
I znów zrobiła przerwę, z kijkiem w dłoni, popatrując po naszych
twarzach, ustalając, do kogo najłatwiej będzie dotrzeć, a do kogo
najtrudniej. Nagle chwyciła mocniej ten kijek, przełamała go na pół i cisnęła połówki w nas, na lewo i prawo.
-?Och, wy, głupi głupi ludzie! Jak dzieci! -?Prychnęła kropelkami śliny.
-?Ukrywacie się tutaj, na jasnej wodzie! I myślicie, że to wam w czymś
pomoże, co? Myślicie, że to was uratuje? Przed czym niby?
Przerwała na krótką chwilę, żeby pytania dotarły, i mówiła dalej:
-?Tak, tak, możecie się tu ukryć przed problemami, to wam przyznam.
Możecie się ukryć i nie brać w niczym udziału. Ale czy myślicie, że
przed śmiercią też da się ukryć?
Widziałam wokół Miejsca Spotkań wykrzywione złością twarze. Widziałam
ludzi, którzy powstrzymywali się, żeby nie zacząć krzyczeć czegoś na
naszą obronę. Jednak widziałam też wiele twarzy, na których malował się
lęk. I to nie tylko dzieciaków, ale i dorosłych, co mieli miny jak
obsztorcowane dzieci. Sama byłam bliska łez. Mary sprawiła, że
wstydziłam się, że jestem jedną z Kolanowych.
-?Macie dużo dużo szczęścia -?powiedziała. -?Wasza Matka nadal was
kocha. Mimo wszystko. Odwróciliście się do niej plecami, tak.
Zdeptaliście jej twarz. Odwróciliście się i pozwoliliście ukraść jej
bezcenny pierścień. A jednak nadal was kocha. Bo ona...
Urwała, jakby coś jej przerwało, i nagle zaczęła się trząść. Z początku
myśleliśmy, że dostała jakiegoś ataku, potem jednak zdumieni i przerażeni dostrzegliśmy, że wstrząsa nią łkanie.
-?Słyszę ją -?powiedziała Mary, z trudem opanowując głos. -?Słyszę ją
teraz. Matka Gela płacze, ale... ale... och, nasza kochana Matka! Ona nie
użala się nad sobą, choć tak ją zraniliście. Ona płacze za wami. Płacze
płacze płacze z żalu za swoimi głupimi dziećmi. I nigdy nie przestanie
płakać, póki wszyscy, co do jednego, nie odwrócicie się od złego Johna i głupiego Jeffa i nie wrócicie do Jedynej Prawdziwej Rodziny Edenu.
Czułam, że łzy płyną mi już po twarzy, i widziałam, że inni na naszym
Miejscu Spotkań także płaczą. No, w sumie... przecież ukrywaliśmy się tu,
prawda? Ukrywaliśmy się tu od pokoleń! Świat szedł swoją drogą, za wodą,
bez nas, Eden rósł i zmieniał się, lecz my nie chcieliśmy brać w tym
udziału, tkwiliśmy tutaj w odosobnieniu, ścinaliśmy korę i łowiliśmy,
tak jak nasi rodzice i ich rodzice, odwracając się plecami do
wszystkiego innego.
Mary podeszła do młodej dziewczyny, Jasnejwody, i zapytała, jak się
nazywa.
-?Wiesz, dlaczego nasza Matka płacze za tobą, Jasnawodo? -?powiedziała.
Jasnawoda wypłakiwała sobie oczy.
-?Bo... -?Siąknęła nosem. -?Bo jesteśmy niedobrzy!
Mary pokręciła głową, na wpół uśmiechając się przez własne łzy.
-?Nie, nie dlatego, że jesteś niedobra, Jasnawodo! Dlatego że nie
wyciągasz do niej ręki, a jeśli tego nie robisz, ona do ciebie nie
sięgnie. A wiesz, co się wtedy stanie?
Jasnawoda pokręciła głową. Ocierając łzy wierzchem dłoni, Mary wróciła
do swego kręgu pośrodku Miejsca Spotkań.
-?To ja ci powiem, Jasnawodo, co się stanie. Któregoś wstania umrzesz,
jak my wszyscy, twój cień uleci z ciała i naszego biednego ciemnego
Edenu. Poleci w czerń między gwiazdami. Tam jest zimno zimno i nie ma
drzew, które by grzały. Będziesz się trząść, będziesz samotna i przestraszona, będziesz szukać i szukać, jak wszystkie nasze cienie,
ciepła i światła Ziemi. Ale tylko popatrz, Jasnawodo, na gwiazdy. Są jak
las, prawda? Są jak wielki wielki las, pełen lampokwiatów. Wiemy, że
gdzieś wśród tych tysięcy tysięcy gwiazd jest Ziemia, ale czy będziesz
umiała ją znaleźć? Popatrz na gwiazdy, Jasnawodo, i powiedz mi.
Znajdziesz drogę do Ziemi?
Jasnawoda zerknęła z przestrachem w górę, na wielkie koło Gwiezdnego
Wiru, gdzie gwiazdy upchane są tak ciasno, że tworzą jedną smugę
światła. Zaszlochała i pokręciła głową.
-?Matka Gela będzie cię wołać -?powiedziała Mary -?ale co ci z tego
przyjdzie, skoro nigdy jej nie poznałaś i nie nauczyłaś się rozpoznawać
jej głosu? I nikt cię nie poprowadzi. Będziesz tak wędrować, wędrować i wędrować, tam gdzie jest sto razy zimniej niż na Śnieżnym Ciemnie i sto
razy ciemniej niż w Głębokim Mroku daleko pośrodku Stawu Świat. Będziesz
tam całkiem sama, będziesz się trząść, samotna, zagubiona i tak do końca
świata.
Jasnawoda zakryła twarz dłońmi i się rozpłakała. Mary znów popatrzyła po
nas, przejrzała nasze twarze, oceniając je.
-?Wy głupi, nierozsądni ludzie -?powtórzyła. -?Myślicie, że ukryjecie
się przed śmiercią? Myślicie, że ten wasz Patrzący pokaże wam drogę do
domu? Patrzący, co patrzy waszymi oczyma? Patrzący! Jak on w ogóle
może wam pokazać jakąś drogę, skoro sami przyznajecie, że on jest tylko
w głowie? Tylko Gela może wam pomóc, a jeśli chcecie jej pomocy, musicie
wyciągnąć do niej rękę. Odwrócić się od złodziei pierścienia, odwrócić
się od tych, co sprowadzili na Eden zabijanie, odwrócić się od Johna i jego kuzyna krzywostopa Jeffa i wrócić do ludzi Geli i jej syna Davida
Wielkiego, silnego silnego Davida, który utrzymał jedność Rodziny, kiedy
John i Jeff próbowali ją rozbić.
Padła na kolana i znów zaczęła się trząść. Nie udawała, to było widać.
Naprawdę cierpiała, ale jednocześnie słuchała słuchała słuchała jakiegoś
słabiutkiego głosiku, który słyszała tylko ona i żadne z nas.
-?Nasza Matka mnie błaga -?powiedziała. -?Ona błaga mnie. "Proszę,
Mary, postaraj się", mówi. "Proszę proszę, zrób wszystko, co tylko
możesz, żeby przyprowadzić do mnie tych nieszczęsnych ludzi, zanim
będzie za późno".
Może my naprawdę źle myślimy, przyszło mi do głowy. Jeff często mówił (a przynajmniej tak nam opowiadano), że liczy się tylko miejsce, w którym
jesteśmy teraz, ale może jest dokładnie na odwrót? Może to w ogóle nie
jest prawdziwy świat i ten świat, który się liczy, ten, co będzie trwał,
jest gdzieś tam między gwiazdami, daleko daleko od tego smutnego i ciemnego miejsca? Może dlatego życie tutaj wydaje się tak puste, tak
przepełnione smutkiem i rozczarowaniem. Jesteśmy jakby w podróży i jeszcze nie dotarliśmy do celu. I Davidowi to wiedzą, a my, Kolanowi,
skuleni tu na naszym skrawku piasku odwracamy się plecami i powtarzamy
sobie, że jesteśmy już u celu.
I kiedy przez głowę przelatywały mi wszystkie te myśli, Mary nagle
spojrzała wprost na mnie, jakby mnie po raz pierwszy zobaczyła. Znowu
wyszła ze swojego kręgu i podeszła do mnie. Bałam się strasznie
strasznie, myślałam, że będzie na mnie zła i opowie wszystkim, jakie to
złe i zawstydzające rzeczy robiłam, lecz minę miała czułą i zatroskaną.
Wzięła mnie za rękę, drugą delikatnie pogładziła mnie po twarzy,
dotykając brzegu tej paskudnej dziury w miejscu, gdzie powinna być
normalna twarz. I odezwała się do mnie łagodnie łagodnie.
Pięć
Słyszeliśmy z daleka krzyki, okropne wrzaski wściekłości i bólu.
Słyszeliśmy raz za razem potworny ryk. Oddalając się od tych strasznych
dźwięków, zapadaliśmy się głębiej w sobie, a wydawało się, że idziemy
dużo dużo za wolno, z trzymającymi się nas dzieciakami, z krzywostopami
usadowionymi na grzbietach kozłów tak obładowanych garnkami, workami,
skórami, nożami i dzidami, że wyglądały bardziej na chodzące góry rzeczy
niż na żywe zwierzęta. Wydawało się dziwne, że Gwiezdny Wir wciąż
świeci, taki sam jak zawsze, że gwiezdniki wciąż pokrzykują i pohukują
do siebie między drzewami. Tego wstania cały nasz świat kompletnie się
zmienił, ale wszędzie wokół pomiędzy jasnymi lampokwiatami śmigały i nurkowały nietoperze. Tak jak zawsze. Minęliśmy trzy wielkie nocarze,
sunące pomiędzy drzewami po naszej lewej, odłamujące gałęzie i wciągające świetliste kwiaty do swych powoli przeżuwających paszczy, a po prawej, w stronę Alp, brzmiał piękny, smutny i zdradziecki śpiew
lamparta. Edenu nie obchodziło, co się dzieje w Domu Lona Downika. Żył
sobie jak gdyby nigdy nic, jak zawsze żył, na długo zanim ludzie w ogóle
usłyszeli o tym świecie.
Wszyscy baliśmy się strasznie strasznie. Małe dzieci ciągle płakały.
Starsze były milczące, blade, szare. Młody czy stary, każdy słyszał
opowieści o ostatnim razie, kiedy Johnowi i Davidowi walczyli. Wszyscy
wiedzieliśmy, jak okrutni byli Johnowi. Słyszeliśmy, że porywali dzieci
od rodziców na swoich pierścieniowych i matki pierścieniowych.
Wiedzieliśmy, że robili ojców na oczach ich dzieci i synów na oczach
matek. Wiedzieliśmy, że urządzali pułapki z długimi szpikulcami w środku, a czubki dzid i strzał maczali w ludzkim gównie, żeby rany po
nich się paprały. Te opowieści słyszałam nawet na Ziemi Kolanowców,
gdzie Jeffowi schowali się przed walką. Davidowi powtarzali je w kółko
przez cały czas.
Ja chociaż miałam przy sobie Dave'a i wszystkie dzieci. Tom i Clare
mieli czwórkę w straży, dwóch z nich w Domu Lona Downika. Wiedzieli
dobrze, że tych dwóch albo teraz walczy szklanymi dzidami przeciwko
wrogom uzbrojonym w metalowe dzidy i noże, albo już nie żyją. Tak samo
większość idących z nami starszych rodziców.
-?Nawet jeśli moi chłopcy przeżyją -?zamartwiała się Clare -?to jak my z Tomem w ogóle ich znajdziemy, skoro nie możemy wrócić na Ziemię
Michaela?
Raz minęli nas handlarze z Domu Lona Downika. Trochę ich znałam, bo
czasami brali ode mnie kościane narzędzia Dave'a, kiedy zanosiłam je tam
na sprzedaż. Byli to mężczyzna, jego dwie szałasowe i dziewiątka dzieci,
wszyscy zapakowani na cztery gładziaki. Także szli do Davidowa, ale
skoro nikt z nich nie musiał iść pieszo, poruszali się o wiele szybciej
od nas.
-?Straciliśmy wszystko -?powiedział nam handlarz. Był to gruby facet z wielką czarną brodą i zawsze miał na sobie długą, wymyślną czerwoną
skórę, jakby miał się za jednego z wysokich. -?Spalili nasz szałas, a wszystkie towary porozbijali albo zabrali sobie. Ale mamy szczęście, że
w ogóle żyjemy. Gość, który handlował koło nas, pamiętacie, stary łysy
David? Nie chciał im nic oddać i dostał dzidą w brzuch.
-?Obleźli nas jak gwiezdniki zdechłego kozła -?dodała starsza z jego
szałasowych. Nazywała się Miła, co zawsze mnie śmieszyło, bo nigdy się
nie uśmiechała, a w handlu zawsze była twarda twarda. -?Zabrali całe
jedzenie, cały dziwosok, a kiedy mieli już dosyć, tym, co zostało,
zaczęli się obrzucać i deptać to nogami.
-?No tak, a potem postawili zabitych strażników pod słupami szałasów -
odezwał się mężczyzna -?i tańczyli wokół nich ze śmiechem, w babskich
skórach z piórami. Nasi mężczyźni nigdy się tak nie zachowują.
* * *
Później, kiedy Clare zajęła się swoimi dzieciakami, szła koło mnie i Liska jej córka Szczerka.
-?Ciociu Angie, ty byłaś już kiedyś w Davidowie, prawda?
Szczerka miała czternaście piętnaście lat, licząc wiek po Davidowemu.
Tak naprawdę nie byłam jej ciotką -?dzieci moich braci i sióstr
zostały na Ziemi Kolanowców -?ale Clare zawsze była dla mnie jak
siostra, odkąd jej chłop Tom sprowadził mnie na Ziemię Michaela, a ze
Szczerką miałam szczególne porozumienie, bo jak ja była nietopyskiem.
Nie jest łatwo być nietopyskiem. To prawda tak wśród Davidowych, jak i wśród Kolanowych, nawet mimo że sam David Wielki był nietopyskiem. Jako
dzieci musimy znosić śmiechy, jako obrostki -?drwiny, jako dorośli -
pominięcie, więc oczywiste, że staramy się trzymać razem.
-?Tak, parę razy -?powiedziałam jej, gdy człapałyśmy między drzewami. -
Dawno, kiedy robiłam za pomocnicę tej cieniomówczyni, Mary. Wtedy
obeszłyśmy całą Ziemię Davidowych, o wiele dalej niż samo Davidowo.
Zapuściłyśmy się nawet do Okrągłej Doliny.
Szczerka najdalej była w Domu Lona Downika, ledwie parę mil od miejsca,
gdzie się urodziła, ale jej pragnienie nowych i ekscytujących rzeczy
mocno mocno kojarzyło mi się ze mną i Gwiazdeczką, kiedy byłyśmy
dziećmi. Tylko że dla nas to sam Dom Lona Downika był tym wspaniałym i dalekim miejscem, które mocno chciałyśmy zobaczyć, a dla niej to było
coś nudnego i zwyczajnego, od czego chciała uciec.
-?Mnie to się w głowie nie mieści, że byłaś z cieniomówczynią, ciociu
Angie -?stwierdziła. -?Nie wyglądasz na taką, co by się na to wszystko
nabrała.
-?Wiesz, było wiele powodów, dla których za nią poszłam. Opowiadałam ci
już, jak moja przyjaciółka Gwiazdeczka popłynęła za Staw, nie?
-?Z takim przystojnym facetem z metalową broszą?
Nie spodziewałam się tego, lecz kiedy Szczerka to powiedziała, głowę
nagle wypełniły mi łzy, więc wiedziałam, że jeśli powiem cokolwiek,
wszystkie się ze mnie wyleją. Od czasu, kiedy Gwiazdeczka odpłynęła,
minęło wiele lat; wiele lat, odkąd czułam ten dojmujący ból, tę ziejącą
i krwawiącą świeżą ranę. Chyba ta nagła wyprowadzka z Ziemi Michaela i związane z nią smutek i strach wystarczyły, żeby wszystko na nowo się
otworzyło.
-?Jesteś smutna, ciociu Angie!
Kiwnęłam głową, dalej nie odważając się nic powiedzieć. Szczerka szła i patrzyła na mnie w milczeniu przez dziesięć dwadzieścia uderzeń serca.
Hmmmf, hmmmf, hmmmf - robiły drzewa wokół nas, jak zawsze.
-?Chyba po prostu wiedziałaś, że tobie nic takiego się nigdy nie zdarzy
-?powiedziała w końcu, pokazując na własną twarz.
Miała piękne, silne i gibkie ciało, umiała szybko biegać, dzidą rzucała
dalej niż wielu mężczyzn i pływała szybciej niż którykolwiek z obrostków
na Ziemi Michaela, obojętnie, chłopak czy dziewczyna, co więcej, była
bystra bystra bystra jak nikt, ale ta twarz... no, była taka sama jak
moja. Usta otwierały się jak pogięta rana na jamę w miejscu, gdzie
powinna mieć nos, górne zęby sterczały w przód i na boki i kiedy mówiła
"smutna", brzmiało to raczej jak "fmufna", bo jej usta po prostu nie
potrafiły ustawić się w kształt potrzebny, aby słowo zabrzmiało, jak
trzeba. Na Edenie jest oczywiście mnóstwo nietopysków -?może i jedna
osoba na dziesięć -?ale nikt nie uważa, że jesteśmy ładne, i nikt nie
wybiera sobie nietopyska, żeby się poślizgać, jeśli da radę znaleźć
kogoś choć w połowie tak miłego, lecz z normalnymi ustami i nosem.
-?Tak, to prawda -?odpowiedziałam, trochę się opanowując. -?Nie
myślałam, że ktokolwiek może przyjść i sobie mnie wybrać. Aż tu nagle
przyszła cieniomówczyni Mary i wybrała sobie mnie ze wszystkich ludzi na
Ziemi Kolanowców.
Szczerka prychnęła pogardliwie.
-?Ja ich nie znoszę.
Ciągle kłóciła się o takie rzeczy ze swoimi mamą i tatą, któremu
zdarzało się tak zezłościć, że brał kij i tłukł ją, aż matka błagała,
aby przestał. Tom i Clare, jak wszyscy dorośli z Ziemi Michaela, bali
się cieniomówczyń i podziwiali je. Jak wszyscy, brali dla nich prezenty,
idąc na ich występy w Domu Lona Downika, a potem wracali na Ziemię
Michaela ze łzami w oczach i wiadomościami od Matki Geli oraz zmarłych
bliskich. W końcu wszyscy byli Davidowymi, a już szczególnie Tom,
przecież stracił prawą rękę w straży i był z tego dumny dumny.
Obejrzałam się za Tomem i Clare, zobaczyłam, że zostali trochę z tyłu.
-?Uważaj tylko, żeby czegoś takiego nie powiedzieć, kiedy strażnicy
słyszą. Na tym punkcie są strasznie drażliwi, a już teraz, kiedy znowu
jest walka z Johnowymi, to w ogóle.
-?Wiem, ciociu. Pamiętaj, nie jestem dzieckiem i nie jestem głupia.
-?Głupia to ty akurat zdecydowanie nie jesteś.
-?Czyli ta cieniomówczyni... Mary... przyszła i...?
-?Mary przyszła na nasze ziemie i w trakcie występu zauważyła mnie
pomiędzy ludźmi. Podeszła prosto do mnie, dotknęła mojej twarzy i... -
urwałam, znów czując się tak poruszona, że bałam się, że zaraz się
rozpłaczę. -?No... powiedziała parę słów, tylko do mnie.
Szczerka zmrużyła oczy i wpatrzyła mi się w twarz. Naprawdę nie była
głupia.
-?Tak? Co dokładnie powiedziała?
-?No... -?Łzy znów napierały mi od tyłu na oczy, próbując się wydostać. -
No dobrze... Powiedziała do mnie: "Jesteś piękna!".
Szczerka zamilkła na parę sekund. Zrozumiała, lepiej niż ktokolwiek o normalnej twarzy, ogromną moc tych słów.
Potem prychnęła ze złością:
-?Cholerne cieniomówczynie! Zawsze się domyślą, co najbardziej chcesz
usłyszeć.
Wzruszyłam ramionami. Powiedziała dokładnie to, co mówiłyśmy sobie z Gwiazdeczką na widok cieniomówczyń w Wielkiej Głowie, ale tego wstania
już nie myślałam, że to takie proste.
-?Tego nie wiem. Ale wiem, że nikt inny mi tego nigdy nie powiedział.
Kupa ludzi mówiła coś odwrotnego, a jeszcze więcej, jak chcieli być
mili, mówili, że to nieważne, jak wyglądam...
-?Na nazwy Michaela, mama tak robi i ja tego nienawidzę! W jednej
chwili mówi, że wygląd jest nieważny i że kocha mnie taką, jaką jestem.
A za moment przychodzi cała podekscytowana z Domu Lona Downika i opowiada, jak to widziała nową szałasową Głównego Łowcy i jaka ona jest
ładna ładna ładna.
-?Moja tak samo robiła.
Na serce Geli, ja robiłam tak samo. Powtarzałam sobie, że to nieważne,
jak wyglądają moje dzieci, że kocham je tak samo, a jednak kiedy Lisek
był malutki, nie mogłam przestać głaskać go po pięknej twarzyczce, z idealnym noskiem i usteczkami, aż serce bolało mnie z miłości.
-?Czyli cieniomówczyni powiedziała, że jesteś piękna...
-?Tak. Patrzyła mi prosto w oczy i cała reszta ludzi zupełnie przestała
się liczyć, byłam dla niej tylko ja i nikt inny. "Matka Gela szczególnie
kocha nietopyski", powiedziała mi. "Nie tylko dlatego, że David Wielki
był nietopyskiem, ale dlatego, że one wszystkie cierpią i wszystkie
muszą się mocno zagłębić w siebie i stają się mądre".
Szczerka zerknęła na mnie i postanowiła, że nie powie na głos tego, co
przyszło jej do głowy. Wiedziałam jednak, że myśli. Myśli, jak to łatwo
jest każdemu podejść nietopyska, krzywostopa czy słabogłowę, w ogóle
kogokolwiek, kto jest niezbyt pewny siebie, po prostu mówiąc mu, że jest
kimś szczególnym.
Fakt był jednak taki, że kiedy Mary wróciła do środka kręgu i wznowiła
występ, odtąd jej słowa już nie wydawały mi się głupie -?i one nadal
nie wydają mi się głupie, teraz, kiedy idę przez las ze Szczerką, choć
dawno rozstałam się z Mary. Oczywiście, że Matka Gela nie chciała,
żeby rodzina się podzieliła. Która matka by chciała? I dlaczego nie
miałoby być prawdą to, co mówi Mary i wszyscy Davidowi, że sama Gela
ponownie ożyła na Ziemi i teraz nawiązuje z nami kontakt przez pustkę
między gwiazdami? Przecież ludzie z Ziemi umieli różne cudowne rzeczy -
sami byliśmy tego najlepszym dowodem. Czy samo to nie było cudowne, że
ludzkie istoty z dalekiej gwiazdy w ogóle się tu znalazły i żyły między
stworzeniami o zielono-czarnej krwi i płaskich płaskich czarnych oczach,
które są spokrewnione ze sobą nawzajem, a z nami -?w ogóle? Skoro
ziemscy ludzie znaleźli sposób, żeby przebyć to zimne czarne niebo, kto
może powiedzieć, że nie umieją sprowadzić do domu czyjegoś cienia i zwrócić mu ciała?
-?Wiem, Szczerko, że nie lubisz cieniomówczyń, ale ja Mary polubiłam.
Nauczyła mnie różnych rzeczy. Musisz pamiętać, że ja nie wychowałam się
na Prawdziwej Historii tak jak ty, więc niektóre rzeczy, które są dla
ciebie oczywiste, dla mnie były świeże i nowe. Pamiętaj, my, Kolanowi,
byliśmy Jeffowi, nie Davidowi.
-?Czyli powiedziała, że jesteś piękna, i poprosiła, żebyś z nią poszła?
-?Tak. Na początku nie mogłam uwierzyć, że mnie wybrała. W końcu
przeszła przez całą Ziemię Davidowych, w tym wielkie gromady jak
Davidowo czy Dom Lona Downika, i co parę wstań stała przed tłumem innych
ludzi. A mimo to z tych setek ludzi wybrała właśnie mnie i poprosiła,
żebym została jej pomocnicą. Mama oczywiście błagała, żebym nie szła,
przyjaciele mówili, że chyba zwariowałam, wszyscy byli źli źli źli. I...
tak, kiedy wsiadłam do jej łódki i popłynęłyśmy do Wielkiej Głowy,
zaczęłam mieć wątpliwości, zastanawiać się, czy nie jestem głupia i czy
nie zrobiłam czegoś głupiego. Ale potem przypomniałam sobie, jak samotna
się poczułam, kiedy ten przystojny gość zza wody poprosił Gwiazdeczkę,
żeby z nim popłynęła, i zrobiło mi się trochę lepiej. "Teraz mnie też
się to przydarzyło", powiedziałam sobie. "Ktoś mnie wybrał. I robię tak
jak Gwiazdeczka, zostawiam wszystko dla kogoś, kto zobaczył we mnie coś,
czego do tej pory nie zobaczył nikt inny". Gwiazdeczka też się bała,
oczywiście, że tak, i też musiała mieć wątpliwości, jednak to jej nie
powstrzymało. I ja chciałam być tak samo odważna jak ona. Tak sobie
powtarzałam za każdym razem, kiedy czułam panikę.
Szczerka znów na mnie zerknęła, nie powiedziała, co myśli, ale myślała
tak głośno, że prawie to słyszałam.
-?Mamo, daleko do tego Davidowa? -?zapytał Lisek.
-?Tyle, skarbie, że za jednego wstania nie dojdziemy. Niedługo
odpoczniemy i coś zjemy.
Akurat Metty zaczął płakać i Dave rzucił mi jedno ze swoich przeciągłych
spojrzeń, dając do zrozumienia, że powinnam chwilę małego ponieść i dać
mu odpocząć od tego płaczu. Biedny Metty nie wiedział, co się dzieje,
ale wyczuwał strach i widział, że to wstanie jest inne od wszystkich
poprzednich. Nie zatrzymując się, dałam mu piersi.
-?Jak tam u was? -?zapytał Tom, podchodząc do nas.
Szczerka od razu została w tyle, żeby być z dala od taty.
-?Wszystko dobrze. Pewnie się martwisz o swoich synów w Domu Lona
Downika.
-?Clare się martwi, ja to nie. Pewnie, z tego, co słyszę, paru
strażników zabili, ale na pewno niewielu. Kiedy byłem w straży, ciągle
to planowaliśmy. Nasi dowódcy zawsze mówili, że trzeba walczyć krótko
krótko i zaraz się wycofać. Johnowi po wylądowaniu są mocni, bo my
jesteśmy rozciągnięci po całym brzegu Stawu, a oni są w jednym miejscu.
Nie ma sensu tracić masy ludzi, walcząc tam, gdzie oni są najsilniejsi.
Ale niedługo to będzie zupełnie inna historia, mówię ci, teraz, jak już
wiemy, gdzie oni są. -?Tom zaśmiał się ponuro. -?To będzie zupełnie
zupełnie inna historia.
-?Ale i tak -?odezwał się Dave, oglądając się na brata z grzbietu
Paskuda -?to okropne, że coś takiego się dzieje, nie? I to przed samą
czterechsetną Rocznicą?
Oczywiście nie wiedzieliśmy dokładnie, kiedy będzie ta Rocznica.
Decydowała o tym banda staruszków daleko w Okrągłej Dolinie, za Ciemnem,
którzy liczyli swoje spania i wstania, aż wyszło im trzysta
sześćdziesiąt pięć. Wiedzieliśmy jednak, że to mniej więcej teraz,
wiedzieliśmy, że na górze w Dolinie będą specjalne obchody, żeby
upamiętnić te czterysta lat, odkąd Gela i Tommy ułożyli pierwszy
Kamienny Krąg.
-?Nie, stary, to dobrze -?powiedział stanowczo Tom, pocierając kikut
prawej dłoni, którą stracił w walce ze złodziejem. -?To dobry dobry
sposób na świętowanie. Dać tym przeklętym Johnowym nauczkę raz na
zawsze! Jak lepiej upamiętnić Rocznicę, jak nie wypędzając tych
rozbijaczy Kręgu z powrotem za Staw?
Za plecami słyszałam, że Szczerka prycha pogardliwie po swojemu, ale
cicho cicho, żeby w razie, gdyby tato zwrócił uwagę, móc zaprzeczyć, że
w ogóle cokolwiek robiła.
-?I wierz mi, Dave -?ciągnął Tom głośnym i stanowczym głosem, albo nie
słysząc Szczerki, albo udając, że jej nie słyszał -?niedługo zepchniemy
ich wszystkich do Stawu, wszystkich tych, których wcześniej nie zrobimy
naszymi świetnymi czarnoszklanymi dzidami. Na pewno do Davidowa już jadą
szybcy jeźdźcy z wieściami dla Potężnego i, wierz mi!, jak on się tylko
dowie, on i Wódz Mehmet, rzucą się na nich jak lampart, co zobaczył
kozła. Ja ich obu poznałem, wiesz, i mówię ci, oni nie są po prostu
twardzi, są także mądrzy mądrzy. Nie ma mowy, żeby ci Johnowi ich
przechytrzyli, nie na naszej ziemi, nie kiedy są tak daleko od ziem,
które znają. Potężny ich rozbije, już ty się nie bój. Rozbije ich na
kawałki.
Sześć
Tym razem, kiedy w końcu dotarliśmy do Davidowa, stwierdziłam, że chyba
wszyscy mieszkańcy zebrali się na wielkim Miejscu Spotkań, pomiędzy
Wielkim Szałasem i stawem w kształcie litery L. Potężny właśnie wziął
sobie nową młodą szałasową i urządził z tej okazji święto. Na jednym
końcu Miejsca Spotkań stanęła drewniana podłoga, na której mężczyzna
brzdąkał na strunie małej gitary, kobieta śpiewała, a kolejny mężczyzna
klepał w bęben. Lecz kiedy skończyli piosenkę, przywódca straży wyszedł
i przemówił do wszystkich.
-?Ludzie! Ludzie! Szef Straży całego Edenu, David Potężny.
Wszyscy uklękli i pochylili głowy, a na drewnianą podłogę wgramolił się
gruby stary mężczyzna o siwych włosach, ubrany w długą niebieską skórę,
z młodą dziewczyną-obrostkiem pod rękę. Na Ziemi Kolanowców słyszeliśmy
o nim historie, jaki jest ostry, jaki okrutny, że przywiązuje wrogów do
gorących kolczaków i tak ich zostawia, krzyczących, aż z pleców zejdzie
im cała skóra i mięso. Lecz ten staruszek wydawał się taki miły i dobry,
że aż trudno było uwierzyć, że to ten sam człowiek, prapraprawnuk Davida
Wielkiego. Wyglądał bardziej na czułego starego wujka, co trzyma dla
ciebie kawałki drzewosłodu i rzeźbi ci zabawki z kości.
Na drewniane podwyższenie weszły kolejne osoby z rodziny Potężnego -
jego najstarszy syn Wódz Mehmet, który po jego odejściu będzie Szefem
Straży, gromadka dorosłych córek i synów, cztery pięć następnych
szałasowych i około dwudziestki lub więcej dzieci, wnuków i prawnuków.
Potężny objął ramieniem swoją nową ładną szałasową, drugim jednego z dorosłych wnuków i kazał najmniejsze dzieci skupić przed sobą, wszystkie
w pięknych długich nibyskórach, obszytych piórami, skrzydełkami
nietoperzy i kolorowymi kamykami.
-?Wszyscy wstać! -?zawołał do nas. -?Tańczymy! Bawimy się! To jest
święto, święto mojej rodziny. I nie chodzi tylko o moją rodzinę, którą
tu widzicie, z moją piękną nową szałasową, ale o moją wielką rodzinę,
Prawdziwą Rodzinę Edenu, czyli o was wszystkich.
Tłum wydał radosną owację.
-?Jesteśmy Davidowi -?powiedział stary człowiek -?a David Wielki nauczył
nas dwóch rzeczy; dwóch rzeczy, które macie pamiętać i nigdy nigdy nie
zapomnieć. Pierwsza, że na Edenie jest tylko jedna Prawdziwa Rodzina,
jesteśmy w niej wszyscy i musimy dbać, żeby trzymała się razem, choćby
nie wiem co. Druga, że czasem to oznacza, że trzeba być surowym. Dawno
temu, kiedy David Wielki był młody, na górze w Okrągłej Dolinie, wszyscy
ludzie Edenu mieszkali razem wokół Kręgu, który zrobili nasi Matka i Ojciec. Rozumieli pierwszą prawdę, którą właśnie powiedziałem, że
rodzina jest ważna, ale zaniedbali tę drugą. A to znaczyło, że kiedy
John Czerwoniuch zaczął wyczyniać te swoje głupoty koło Rocznicy Jeden
Sześć Trzy, Rodzina nie była dla niego tak surowa, jak powinna. Tylko
David Wielki wiedział, że to nie pora na dobroć. Tylko on widział, że to
taka sytuacja, jak kiedy robi ci się czyrak na karku. Trzeba go
potraktować nożem i tyle. Lecz reszta się zawahała. Oj, nie! Nie! Nóż,
to będzie bolało! A to znaczyło, że kiedy w końcu nabrali rozumu, było
za późno. Mleczny John podzielił ich na dwoje. I tak doszło do sytuacji,
którą mamy teraz, dwie ziemie naprzeciwko siebie po dwóch stronach
Stawu, które się nienawidzą. Nic z tego by się nie stało, nic a nic,
gdyby tylko rodzina usłuchała Davida Wielkiego.
Zdjął ręce z ramion swojego młodego wnuka i jeszcze młodszej szałasowej
i podniósł jedno z małych dzieci.
-?Ludzie, czyż nie jest piękna? -?zapytał, a wszyscy wiwatowali. -?Mam
osiemdziesiąt dwa dzieci, dziewięćset czterdzieści jeden wnuków i...
prawnuków więcej, niż dam radę zliczyć... i wiecie co? Ja je wszystkie
kocham. Wszyscy tu jesteście porządnymi Davidowymi, ja to widzę, i na
pewno to rozumiecie.
Znowu wszyscy radośnie krzyknęli, a Potężny zerknął na jedną ze swych
kobiet, żeby wzięła od niego dziewczynkę.
-?I dlatego przede wszystkim rozwścieczają mnie ci Johnowi -?dodał -?bo
twierdzą, że gdyby nie oni, wszyscy dalej mieszkaliby w Okrągłej
Dolinie. Oczywiście, że nie! Na fiuty Toma i Harry'ego, my, Davidowi,
znaleźlibyśmy drogę przez Ciemno w swoim czasie, bez żadnej pomocy
Mlecznego Johna. Jasne, że byśmy znaleźli! Ale zrobilibyśmy to, kiedy
wszyscy byliby gotowi! I tym się właśnie od nich różnimy. My dbamy o wszystkich. Kiedy gdzieś idziemy, pilnujemy, żeby wszyscy byli gotowi.
Rozejrzałam się po ludziach wokół. Strasznie strasznie potrzebowałam
czyjejś pomocy, ale cokolwiek by stary Potężny nie wygadywał o jednej
Rodzinie, wszyscy tu wyglądali mi na obcych. Zauważyłam obok strażnika,
który chyba także mnie zauważył. Był ode mnie może o dwadzieścia lat
starszy, a dzidę trzymał w jednej dłoni, bo drugą miał odciętą w nadgarstku. Zorientował się, że na niego zerkam, i chyba zrozumiał, że
jestem przerażona i zdesperowana, bo kiwnął na mnie głową, żebym do
niego podeszła.
-?Wyglądasz na zagubioną, malutka -?powiedział.
Odpowiedziałam, że tak. Rozstałam się z cieniomówczynią Mary, a ona była
moją jedyną pozostałą rodziną. Nie wiedziałam, dokąd mam pójść i byłam
głodna głodna.
-?Proszę -?powiedział. -?Masz parę placków, a kiedy to się skończy, dam
ci jeszcze parę.
I to był Tom. Wtedy był jeszcze w straży, ale jego Szef Straży zamierzał
odesłać go na Ziemię Michaela, przez brakującą dłoń, a także dlatego, że
nie był już młody. Później znalazł dla mnie jakieś jedzenie i pozwolił
spać w swoim szałasie, a ja dałam mu się trochę ze mną poślizgać, po
prostu dlatego, że byłam wdzięczna. Odwrócił mnie tyłem do siebie -
mężczyźni często tak robią -?i coś tam do siebie stękał. Ja zamknęłam
się we własnej głowie, póki nie skończył.
Przez następne osiem lat, kiedy mieszkałam na Ziemi Michaela, to się od
czasu do czasu zdarzało. Tom szedł za mną do lasu, kazał się nachylić, a po wszystkim po prostu szedł dalej jak gdyby nigdy nic albo do swojej
gromady, albo dalej na polowanie. Nigdy o tym nie wspominaliśmy, ale
jakimś sposobem było jasne, że to jest w zamian za to, że pozwolił mi
pójść ze sobą na Ziemię Michaela. Szczerze mówiąc, to ja pewnie
liczyłam, że może dzięki temu mniej moich dzieci będzie miało krzywe
stopy.
Za tym pierwszym razem w Davidowie, w jego surowym, małym szałasie, po
wszystkim po prostu się położył, rzekł: "Śpij dobrze" i prawie od razu
zaczął chrapać. Ale kiedy się obudziliśmy, był całkiem miły. Powiedział,
że pójdzie sobie ze straży i wróci na Ziemię Michaela do swojej
szałasowej i dzieci.
-?Umiem poznać, kiedy mnie nie chcą -?stwierdził.
Dodał, że jego tato jest tam wodzem gromady, ale jest już na to za stary
i pewnie on przejmie to po nim.
-?Powinnaś pójść ze mną -?powiedział. -?Mój brat Dave rozgląda się za
szałasową. Jest krzywostopem i trochę słabogłowem, ale jest całkiem w porządku. Myślę, że byście się dogadali.
Siedem
Cokolwiek się działo w Domu Lona Downika, dawno utonęło w buczeniu lasu
wkoło nas, pulsowaniu drzew, pompujących swój sok głęboko, w poszukiwaniu ciepła jądra Edenu i z powrotem. Zbyt zmęczeni, aby mówić,
szliśmy w milczeniu. Chcieliśmy odejść jak najdalej od Johnowych, więc
napieraliśmy dużo dłużej niż normalnie, choć stopy mieliśmy obolałe i zmęczone, a dzieci były wyczerpane. W końcu to jednak kozły zmusiły nas
do zatrzymania. Człapiąc na ten swój dziwaczny sposób, ze zginającymi
się do tyłu kolanami i rozcapierzonymi stopami, na sześciu nogach
poruszających się po kolei, zaczęły się potykać pod ciężkim ładunkiem,
sapać, stękać i toczyć zieloną pianę z czułków na pyskach.
Zaraz rozpoznaliśmy te objawy, a nie chcieliśmy mieć kozłów, które już
nigdzie dalej nie pójdą i trzeba je będzie zrobić. Były nam potrzebne
nie tylko do niesienia rzeczy, krzywostopów, staruszków i małych dzieci,
ale każdy z nich to było mięso na parę wstań, jeśli kiedyś zrobi się
ciężko i nie znajdziemy niczego innego do jedzenia. W końcu więc
zatrzymaliśmy się, zjedliśmy parę kwiatowych placków i pełzaka, którego
udało się po drodze zrobić Davidsonowi i Tomowi. Oddzieraliśmy jego
twarde, smakujące błotem mięso od kościanego pancerza z nadzieją, że nie
będą nas bolały brzuchy. Potem Tom narysował na ziemi krąg i zawołał do
Geli, jak robią wszyscy Davidowi na koniec wstania, prosząc Matkę Nas
Wszystkich, żeby opiekowała się nami, póki nie przyjdzie czas powrotu na
Ziemię.
-?Zachowaj nas, Matko! Daj nam siłę! Pomóż nam trzymać się razem i pomagać sobie nawzajem! Pomóż nam cierpliwie czekać, aż nadejdzie nasz
czas, tak jak byłaś cierpliwa przez cały twój czas na Edenie. Pomóż nam
pobić Johnowych i wypędzić ich za Staw.
Wyciągnął małą gitarkę, którą mój Dave zrobił mu kiedyś z twardej szarej
skorupy ziemioszczura, i zaczął brzdąkać melodię na jej strunie. Była to
piosenka z Ziemi, jedna z tych tak starych, że połowa słów nie ma sensu,
ale i tak je wyśpiewujemy na ucho, żeby była jak najbliższa tej, którą
śpiewano na Ziemi. To samo śpiewaliśmy na Ziemi Kolanowców, pewnie
śpiewali to nawet Johnowi, ale zdecydowanie była to ulubiona piosenka
Davidowych:
Wie z kim dróg dawny ślad
Wie gdzie do młodych lat
Do Wir Dżyni pięknych wzgórz
Mego domu wracam już
Śpiewaliśmy to powoli, stojąc wokół kręgu, który Tom narysował na ziemi,
powtarzając piosenkę nie raz, ale wiele razy, z powolnym wybrzmiewaniem
ostatniej nuty. Śpiewali starzy i małe dzieci. Candy śpiewała na całe
gardło, stukając rączkami do rytmu. Przyłączyli się wszyscy, nawet
Szczerka. Może i myślała, że przejrzała cieniomówczynie, ale i jej
podobała się opowiadana przez nie historia o powrocie na Ziemię. Tak
samo mnie jak i w zasadzie wszystkim na Ziemiach Davidowych i choć nie
rozumieliśmy wszystkich słów tej piosenki, wiedzieliśmy, że jest o domu.
Dało się to poznać po samej melodii, po tym, jak się uspokaja do
odpoczynku na ostatniej nucie.
Baliśmy się strasznie strasznie -?baliśmy się o zaginionych przyjaciół,
synów i córki, o siebie -?i żałowaliśmy naszego życia na Ziemi Michaela.
Na fiuta Toma, już tam życie wydawało się ciężkie, pełne ciągłych obaw,
czy nazbieramy dość rzeczy, żeby zadowolić Głównego Łowcę i jeszcze
wyżywić siebie i dzieci, obaw, że coraz trudniej jest zdobyć mięso, obaw
o chore dzieci, o nieudane porody, o wiele innych rzeczy, ale w porównaniu z tym, jak czuliśmy się teraz, tam byliśmy szczęśliwi,
spokojni i bezpieczni. Potrzebowaliśmy więc domu bardziej niż
kiedykolwiek, prawdziwego domu, za którym wszyscy tęsknimy, domu, do
którego nie przyjdą Johnowi i nie rozwalą nam szałasów, gdzie przez płot
nie przekradną się lamparty, gdzie sama śmierć nie wyciągnie swej zimnej
zimnej ręki i nie porwie nam dzieci i ukochanych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki