Prolog
Ivory
Przechadzałam się wzdłuż mostu i zastanawiałam się, jak by to było skoczyć. Jeden krok. Tylko tyle dzieliłoby mnie od wolności. Od wyrwania się z łańcuchów i kajdan cierpienia. Zacisnęłam mocno oczy i jednocześnie dłonie na zardzewiałej poręczy. Nie dbałam o to, czy ktoś mnie widzi i weźmie mnie za wariatkę. Postawiłam stopę na barierce i wychyliłam się. Najpierw poczułam mdłości, a zaraz potem chłodny, marcowy wiatr smagnął moją twarz, sprawiając, że mój ból jakby zelżał.
Nagle poczułam szarpnięcie, a do moich uszu dobiegł przeraźliwy, twardy i chłodny krzyk. Zobaczyłam zimne, błękitne oczy.
- Zwariowałaś?! - wrzasnął i zaczął ciągnąć mnie w przeciwnym kierunku, niż początkowo zmierzałam. - Chcesz się zabić w środku dnia?!
- Ja... Ja nie... - Łapałam łapczywie powietrze, nie potrafiąc wypowiedzieć sensownego zdania.
Reakcja obcego mężczyzny zaskoczyła mnie tak bardzo, że nawet nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Szarpnął mną, posadził na zimnej, oszronionej ławce, jakbym była jakąś szmacianą lalką, i kucnął naprzeciwko, bezceremonialnie kładąc dłonie na moich udach.
Nasze twarze znajdowały się na jednym poziomie, dzięki czemu mogłam mu się przyjrzeć. Mocno zarysowaną szczękę zdobił ciemny, dwudniowy zarost, pełne usta wykrzywione były we wściekłym grymasie, a wokół niebieskich oczu tworzyły się zmarszczki. Czarne włosy były idealnie przystrzyżone, jakby facet wyjęty był wprost z jakiegoś czasopisma o hitach fryzjerskich dla mężczyzn. Nie był to na pewno mój równolatek, zdecydowanie należał do dojrzałych i, jak widać, dość odpowiedzialnych mężczyzn, skoro zareagował i ściągnął mnie z poręczy mostu.
Parsknęłam bezmyślnie, patrząc w jego lodowate tęczówki.
- Bawi cię to?! - warknął.
Pokręciłam głową, mimo wszystko nie mogąc oderwać wzroku od jego przystojnej twarzy.
Mimowolnie zacisnęłam uda, na których spoczywały jego ręce.
Musiał to zauważyć, ponieważ kącik jego ust drgnął ku górze, a w oczach pojawił się dziwny błysk. Nie zabrał dłoni, miałam wrażenie, że zacisnął je jeszcze bardziej.
- Nie chciałam się zabić - bąknęłam zawstydzona.
Nie wiedziałam, czy jego dotykiem, czy tym, że wziął mnie za samobójczynię. Zadrżałam pod wpływem chłodu i tego, że moje spodnie były już całkiem przemoczone od ławki, na której mnie posadził.
- Chodź. Zaraz się przeziębisz - mruknął i oderwał ode mnie ręce, na co moje ciało zareagowało kolejnym drżeniem, jakbym została pozbawiona jedynego źródła ciepła. - Idziesz?
Wyrwał mnie z chwilowego otępienia, kiedy był już w odległości kilku kroków ode mnie.
Mężczyzna był bardzo wysoki, barczysty, sięgałam mu do ramion, co z moim wzrostem właściwie nie było trudne. Wstałam jak rażona prądem i ze skrępowaniem zaczęłam zasłaniać mokry tyłek. To była jakaś chora sytuacja, w którą wplątałam się na własne życzenie. A przecież chciałam tylko zaczerpnąć powietrza.
Szliśmy w milczeniu parędziesiąt metrów. Zatrzymał się na chodniku przed kawiarnią, do której często przychodziłam z Gavinem. Na jego wspomnienie mój żołądek związał się w supeł, a później boleśnie wywrócił na drugą stronę.
- Ja już pójdę - wymamrotałam i wyciągnęłam rękę do nieznajomego. - Dzięki za uratowanie życia, którego nie chciałam sobie odebrać - powiedziałam pewniej i wysiliłam się na coś w rodzaju uśmiechu.
Mężczyzna ujął moją dłoń i pogładził miękkim kciukiem jej wierzch. Natychmiast w tym miejscu przeszedł mnie prąd. Spojrzałam na jego ręce, duże, męskie, a jednocześnie delikatne w dotyku, i przełknęłam ślinę, czując, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Jakbym traciła rozum.
- Gorąca czekolada czy pumpkin spice latte? - zapytał, a ja zamrugałam energicznie, zbita z pantałyku tym niespodziewanym pytaniem.
Uniósł brew, a na jego czole pojawiła się pozioma zmarszczka.
- Słucham?
- Pytam, czego się napijesz. Jesteś zziębnięta, a skoro już bawię się w rycerza w lśniącej zbroi i ratuję cię przed utratą życia, to może uratuję cię również przed zapaleniem płuc - powiedział lekko zniecierpliwiony.
- Czarna. Z cukrem - odparłam, odzyskując zdolność mowy.
- Idealna - zamruczał i popchnął drzwi, wprawiając w ruch zawieszony nad nimi dzwonek.
Minęłam go niepewnym krokiem, zasłaniając wciąż mokre na pośladkach dżinsy. Nagle poczułam, jak oplata rękoma moje biodra. Wzdrygnęłam się i spojrzałam w dół. Zawiązał na moim brzuchu rękawy swojego płaszcza i popchnął mnie lekko do przodu.
- Oddasz mi przy okazji - szepnął w mój kark, a wszystkie włoski na moim ciele stanęły dęba.