Córka Czarownic - Dorota Terakowska

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

...Jak da­le­ko si­ęga­ło Dziec­ko pa­mi­ęcią - jesz­cze za­wod­ną i nie wy­ćwi­czo­ną - za­wsze było tyl­ko ono i Sta­ra Ko­bie­ta. Ni­ko­go wi­ęcej. Cza­sem, ale zda­rza­ło się to bar­dzo rzad­ko, zaj­rzał do ich do­mo­stwa ktoś ze Wsi, by ci­cho szep­tać ze Sta­rą Ko­bie­tą ja­kieś sło­wa, któ­re naj­wy­ra­źniej nie były d o b r y m i s ł o w a m i. Nie mo­gły to być do­bre sło­wa, sko­ro nie­mal za­wsze, po ka­żdej ta­kiej nie­spo­dzie­wa­nej wi­zy­cie, Sta­ra Ko­bie­ta w mil­cze­niu pa­ko­wa­ła skąpy do­by­tek do nie­wiel­kie­go wor­ka, bez sło­wa wy­ci­ąga­ła dużą, cie­płą rękę - i w chwi­lę po­tem Dziec­ko i Ona prze­my­ka­ły spiesz­nie bocz­ny­mi, mało uczęsz­cza­ny­mi ście­żka­mi, byle da­lej od Wsi, da­lej i da­lej od wszel­kie­go śla­du ludz­kich sie­dzib.

- To jest u c i e c z k a - my­śla­ło wte­dy Dziec­ko i roz­gląda­ło się czuj­nie do­ko­ła wiel­ki­mi, dziw­nie do­ro­sły­mi ocza­mi. Bu­zia Dziec­ka była za­wsze brud­na; nie dla­te­go, by nie lu­bi­ło się myć lub Sta­ra Ko­bie­ta nie dba­ła o nie wy­star­cza­jąco. Wręcz prze­ciw­nie. Jak da­le­ko si­ęga­ła kru­cha jesz­cze pa­mi­ęć Dziec­ka - Sta­ra Ko­bie­ta za­wsze, z nie­zwy­kłą wręcz skru­pu­lat­no­ścią, pil­no­wa­ła, by nie­mal wszyst­kie jego po­trze­by były za­spo­ka­ja­ne. Ale bu­zia Dziec­ka mimo to za­wsze była brud­na. Sta­ra Ko­bie­ta bu­dzi­ła się co rano nie­mal o świ­cie, jesz­cze nim Dziec­ko zdąży­ło otwo­rzyć za­spa­ne oczy, i mru­cząc coś do sie­bie, wy­ci­ąga­ła z wor­ka małe pu­de­łecz­ko z ma­ścią z orze­cha i sma­ro­wa­ła twarz Dziec­ka bar­dzo sta­ran­nie, za­czy­na­jąc od wy­so­kie­go, bla­de­go czo­ła, a ko­ńcząc na zbyt zde­cy­do­wa­nie za­ry­so­wa­nej bro­dzie. Pod sma­ro­wi­dłem zni­ka­ła bez śla­du de­li­kat­na, ja­sna skó­ra Ma­łej, prze­mie­nia­jąc się w ogo­rza­łą, znisz­czo­ną wia­trem i sło­ńcem, co znie­kszta­łca­ło ta­kże rysy jej twa­rzy. Ale tego Dziec­ko nie wie­dzia­ło, ni­g­dy bo­wiem w żad­nym z ich do­mów nie było lu­ster­ka.

...do­mów? Do­mów ta­kże nie było. Były tyl­ko tym­cza­so­we sie­dzi­by. Dziec­ko zro­zu­mia­ło to bar­dzo wcze­śnie. Kie­dyś, kil­ka lat temu, mimo su­ro­wych przy­ka­zań Sta­rej Ko­bie­ty, Dziec­ko od­da­li­ło się od miej­sca, któ­re uwa­ża­ło za swój dom, i nad stru­my­kiem sta­nęło oko w oko z po­dob­nym so­bie wie­kiem i wzro­stem Dziec­kiem, miesz­kan­ką po­bli­skiej Wsi.

- Co tu ro­bisz? - spy­ta­ła mała Wie­śniacz­ka.

- Oglądam stru­myk - od­pa­rło Dziec­ko, pa­trząc za­cie­ka­wio­ne na swo­ją ró­wie­śni­cę. Była to pierw­sza w jego ży­ciu mała dziew­czyn­ka, z jaką roz­ma­wia­ło, więc wy­da­wa­ło mu się to wspa­nia­łe.

- A gdzie masz swój dom? - spy­ta­ła Wie­śniacz­ka.

- O, tam, za tym la­skiem - od­pa­rło Dziec­ko ocho­czo, cie­sząc się, że jest obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia ko­goś wi­ęcej niż tyl­ko Sta­rej Ko­bie­ty, ale nie przy­szło mu do gło­wy, żeby spy­tać o dom Wie­śniacz­ki. Nie wy­da­wa­ło mu się to ani wa­żne, ani po­trzeb­ne. Nie wie­dzia­ło bo­wiem, że ist­nie­ją d o m y - praw­dzi­we, sta­łe domy. Przy­pusz­cza­ło, że wszy­scy, tak jak one, prze­no­szą się z miej­sca na miej­sce.

- Kła­miesz! - za­wo­ła­ła na­gle obca dziew­czyn­ka. - To nie jest twój dom, tyl­ko roz­wa­la­jąca się, opusz­czo­na cha­łu­pa sta­rej Ak­ton, któ­ra uma­rła po po­bi­ciu przez Na­je­źdźców! Cie­ka­wa je­stem, co wy tam ro­bi­cie! I ile was tam jest?

Gdy Dziec­ko po­wtó­rzy­ło tę roz­mo­wę Sta­rej Ko­bie­cie, ta bez sło­wa wy­jęła wo­rek i za­częła pa­ko­wać garst­kę po­sia­da­nych rze­czy.

- Idzie­my - rze­kła po chwi­li bez żalu, wy­ci­ąga­jąc do Dziec­ka dużą, cie­płą dłoń.

I zno­wu nie uczęsz­cza­ny­mi, bocz­ny­mi ście­żka­mi, omi­ja­jąc śro­dek Wsi, Sta­ra Ko­bie­ta i Dziec­ko prze­my­ka­ły się w stro­nę Du­że­go Lasu, któ­ry czer­niał na ho­ry­zon­cie, o któ­rym miesz­ka­ńcy Wsi zgod­nym chó­rem po­wta­rza­li, że w nim stra­szy. Dziec­ko nie wie­dzia­ło o tym, ale ża­den las, na­wet naj­ciem­niej­szy, nie na­pa­wał go ni­g­dy lękiem. Na­wet w cza­sie naj­gro­źniej­szej wi­chu­ry czy bu­rzy, gdy wiel­kie drze­wa, skrzy­pi­ąc gro­źnie, po­chy­la­ją swo­je ko­na­ry i mru­czą coś do sie­bie w nie­spo­koj­nej mo­wie wiel­kich drzew, a za ich pnia­mi po­ły­sku­ją w mro­ku oczy nie­zna­nych, często dra­pie­żnych zwie­rząt. Na­wet wte­dy Dziec­ko nie bało się Lasu.

Za­wsze po paru ko­lej­nych dniach mar­szu, po paru no­cach prze­spa­nych byle gdzie w Le­sie, w przy­pad­ko­wo od­kry­tych skal­nych pie­cza­rach (a nie­kie­dy na­wet w dziu­plach spróch­nia­łych drzew), Sta­ra Ko­bie­ta i Dziec­ko znaj­do­wa­ły ko­lej­ny tym­cza­so­wy dom. Była nim ja­kaś po­rzu­co­na przez miesz­ka­ńców, po­chy­lo­na ze sta­ro­ści cha­łu­pa albo sto­jąca da­le­ko za Wsią sto­do­ła czy staj­nia. Sta­ra Ko­bie­ta zo­sta­wia­ła Dziec­ko w no­wej sie­dzi­bie, za­ka­zu­jąc mu od­da­lać się, a sama ru­sza­ła w stro­nę Wsi, by zdo­być tro­chę żyw­no­ści. Przy­no­si­ła więc tro­chę mle­ka, chle­ba, a nie­kie­dy na­wet świe­że­go mi­ęsa. Na co dzień po­si­la­ły się pa­ska­mi su­szo­ne­go mi­ęsa, czer­stwy­mi plac­ka­mi, owo­ca­mi le­śny­mi i źró­dla­ną wodą.

Dru­gie w ży­ciu Ma­łej i, jak na ra­zie, ostat­nie spo­tka­nie z in­nym dziec­kiem na­stąpi­ło w po­bli­żu jed­nej z tych tak często zmie­nia­nych, ca­łkiem przy­pad­ko­wych sie­dzib. Tym ra­zem była to pa­ster­ka, któ­rej owcom za­chcia­ło się sku­bać tra­wę w tak du­żym od­da­le­niu od Wsi, że dziew­czyn­ka bez­rad­nie bie­gła za nimi, póki nie za­trzy­ma­ły się w po­bli­żu na poły zruj­no­wa­nej cha­łu­py, gdzie tra­wa, nie dep­ta­na ludz­ką sto­pą, była świe­ża, so­czy­sta, wy­so­ka. Dziec­ko na wi­dok pa­ster­ki ci­cho wy­su­nęło się z domu i nie­ru­cho­mo przy­kuc­nęło w po­bli­żu. Pa­ster­ka wiła wia­nek z ko­ni­czy­ny i śpie­wa­ła ra­do­snym, do­no­śnym gło­sem ja­kąś pro­stą i miłą pio­sen­kę o łące, kwia­tach i owcach.

- Och! - po­wie­dzia­ła na wi­dok Dziec­ka, prze­ry­wa­jąc śpie­wa­nie. - Nie znam cię jesz­cze, choć zda­wa­ło mi się, że znam tu wszyst­kich. Jak masz na imię, bo ja Izel...

Dziec­ko dłu­go pa­trzy­ło na nią po­wa­żny­mi, wiel­ki­mi ocza­mi, nic nie mó­wi­ąc.

- No, po­wie­dzże coś wresz­cie! Nie umiesz ga­dać? - ro­ze­śmia­ła się pa­ster­ka. - Py­tam cię, jak masz na imię?

- Mam na imię Dziec­ko. Albo Mała.

Pa­ster­ka wy­buch­nęła śmie­chem.

- Ależ to nie jest imię! Jak mówi na cie­bie mama? Albo tata?

- Nie mam mamy ani taty - od­pa­rło Dziec­ko.

Pa­ster­ka spo­wa­żnia­ła, ale za­raz wró­ci­ła jej na­tu­ral­na po­go­da:

- Ko­goś prze­cież mu­sisz mieć! Ko­goś, kto się tobą opie­ku­je? Jest chy­ba ktoś taki?

- Mam j ą - po­wie­dzia­ło Dziec­ko i ru­chem gło­wy wska­za­ło zruj­no­wa­ny dom.

- Pew­nie masz cio­cię lub bab­cię - pod­po­wie­dzia­ła pa­ster­ka.

- To ca­łkiem mo­żli­we. O n a jest sta­ra - zgo­dzi­ło się Dziec­ko z po­wa­gą.

- A za­tem jest bab­cią. A jak cię na­zy­wa?

- Dziec­ko lub Mała - po­wtó­rzy­ło Dziec­ko.

Pa­ster­ka za­chi­cho­ta­ła z roz­ba­wie­niem.

- Chcesz, to przyj­dę tu ju­tro, żeby paść owce, i wte­dy po­ba­wi­my się - rzu­ci­ła we­so­ło. - Może wów­czas przy­po­mnisz so­bie, jak masz na imię. W s z y s c y mają ja­kieś imio­na. Więc chcesz?

- Chcę - od­pa­rło Dziec­ko. Po­jęcie z a b a w y było mu bo­wiem ca­łkiem obce, lecz szyb­ko po­jęło, że musi to być coś bar­dzo przy­jem­ne­go.

Ale na­za­jutrz, wcze­snym świ­tem, Sta­ra Ko­bie­ta i Dziec­ko szły szyb­ko bocz­ny­mi dro­ga­mi w stro­nę czer­nie­jące­go na ho­ry­zon­cie Lasu.

- ...więc nie mogę się z nią ba­wić? - py­ta­ła mała pod­opiecz­na Sta­rej Ko­bie­ty, spo­koj­nym, po­wa­żnym to­nem, nie pró­bu­jąc się bun­to­wać.

- Nie mo­żesz - od­pa­rła Sta­ra Ko­bie­ta.

- Po­wiedz mi przy­naj­mniej, jak mam na imię. Wszy­scy mają ja­kieś imio­na!

- Jesz­cze nie czas - po­wie­dzia­ła Opie­kun­ka. - Po­znasz swo­je imię, gdy będziesz star­sza.

Nie ka­żda zmia­na sie­dzi­by od­by­wa­ła się tak spo­koj­nie, choć po­spiesz­nie. Wów­czas to Sta­ra Ko­bie­ta i Dziec­ko szyb­kim kro­kiem mi­ja­ły Wieś, a po­tem pnąc się pod górę, w stro­nę czer­nie­jących na ho­ry­zon­cie naj­bli­ższych La­sów, zwal­nia­ły kro­ku, a na­wet od­po­czy­wa­ły po dro­dze, przy­sia­da­jąc w cie­niu drzew.

By­wa­ło jed­nak i tak, że opusz­cze­nie domu przy­po­mi­na­ło p r a w d z i w ą uciecz­kę. Pa­nicz­ną i pe­łną lęku, z wid­mem rów­nie praw­dzi­wej gro­zy.

Tak było przy ostat­niej zmia­nie miej­sca po­by­tu. Uda­ło się im aku­rat tra­fić na do­bry, wy­god­ny dom. Ani deszcz, ani wi­cher jesz­cze nie zdo­ła­ły prze­nik­nąć do jego wnętrza; dach, choć kry­ty sło­mą, dłu­go jesz­cze mógł sta­wiać im opór, a wnętrze nie było zruj­no­wa­ne.

- Chy­ba tu prze­zi­mu­je­my - po­wie­dzia­ła z za­do­wo­le­niem Sta­ra Ko­bie­ta. - Tyl­ko, pro­szę cię, uni­kaj in­nych dzie­ci. Są bar­dziej ga­da­tli­we niż do­ro­śli i choć nie tak fa­łszy­we, jak nie­któ­rzy z nich, jed­nak mó­wią o wie­le za dużo. Pa­mi­ętaj, że nikt nie może cię wi­dzieć.

To zda­nie: "Pa­mi­ętaj, że nikt nie może cię wi­dzieć" - to­wa­rzy­szy­ło Dziec­ku od naj­wcze­śniej­szych za­pa­mi­ęta­nych lat. Lecz nie zna­jąc in­nych dzie­ci i nie­mal nie roz­ma­wia­jąc z nimi, Mała ro­sła w prze­ko­na­niu, że tak wła­śnie po­win­no być. Sądzi­ła, że wszy­scy lu­dzie, duzi i mali, żyją z dala od sie­bie, obcy so­bie wza­jem, od­le­gli cia­łem i du­chem, uni­ka­jąc sie­bie lub wręcz przed sobą ucie­ka­jąc.

Tym ra­zem żad­ne dziec­ko ze Wsi nie za­kłó­ci­ło spo­ko­ju no­wych miesz­ka­nek opusz­czo­ne­go domu. I choć Sta­ra Ko­bie­ta raz na parę dni szła do lu­dzi po chleb, mle­ko, a gdy mia­ła szczęście, otrzy­my­wa­ła na­wet jaj­ka czy ka­wa­łek mi­ęsa - zda­wa­ło się, że nikt nie in­te­re­su­je się bli­żej obcą że­bracz­ką, że wszy­scy trak­tu­ją jej po­byt za Wsią jak coś na­tu­ral­ne­go. Na ogół wszy­scy też chęt­nie obie­cy­wa­li jej żyw­no­ść, wie­rząc - w zgo­dzie z Pra­daw­ny­mi Oby­cza­ja­mi - że na­kar­mie­nie głod­ne­go przy­nie­sie ob­fi­to­ść po­ży­wie­nia ofia­ro­daw­cy. Ten do­bry, sta­ry oby­czaj po­zwa­lał Dziec­ku i jego Opie­kun­ce żyć względ­nie do­stat­nio w nie­mal ka­żdej z na­po­tka­nych Wsi. Sta­ra że­bracz­ka nie wzbu­dza­ła ni­czy­je­go za­cie­ka­wie­nia ani nie­spo­koj­nych do­my­słów; była po­sta­cią na­der zwy­czaj­ną na wszyst­kich dro­gach tej kra­iny. O Dziec­ku - ukry­tym w głębi opusz­czo­ne­go domu, zda­wa­ło się, nie wie­dział nikt.

Mimo to pew­ne­go ran­ka do cha­ty przy­bie­gł zdy­sza­ny Wie­śniak. Po­nie­waż już z da­le­ka sły­chać było jego ci­ężkie kro­ki i za­sa­pa­ny od­dech, Sta­ra Ko­bie­ta zdąży­ła w mil­cze­niu wska­zać Dziec­ku róg izby, gdzie sta­ła duża, znisz­czo­na ko­mo­da. Dziec­ko skry­ło się w jej wnętrzu.

- Nie je­ste­ście tu sama! - za­wo­łał Wie­śniak od pro­gu. - Jest z wami o n o, praw­da?

Wie­śniak dy­szał ci­ężko i nie­spo­koj­nie; wi­dać było, że mu­siał biec przez całą dłu­gą dro­gę ze Wsi. Sta­ra Ko­bie­ta pa­trzy­ła na nie­go w mil­cze­niu, sza­ry­mi, spo­koj­ny­mi ocza­mi o nie­ru­cho­mych po­wie­kach.

- Nie uda­waj­cie! - za­ma­chał Wie­śniak ręka­mi. - Wi­ęk­szo­ść za­czy­na się do­my­ślać, kim je­ste­ście, i nie za­wsze ci, któ­rzy po­win­ni. Mu­si­cie ucie­kać, bo we Wsi po­ka­za­li się Na­je­źdźcy. Spiesz­cie się! I... i tyl­ko jed­no... Czy mó­głbym choć rzu­cić okiem na... na...

- Cho­dź tu - po­wie­dzia­ła Sta­ra Ko­bie­ta, wyj­mu­jąc rów­no­cze­śnie wo­rek spod łó­żka i wrzu­ca­jąc do nie­go skrom­ne rze­czy. - Po­każ się temu do­bre­mu czło­wie­ko­wi, mu­si­my ucie­kać.

Dziec­ko wy­szło z ko­mo­dy i sta­nęło na środ­ku izby w pro­mie­niach wpa­da­jące­go oknem sło­ńca. Jego wło­sy, za­zwy­czaj ukry­te pod chust­ką, któ­ra te­raz zsu­nęła się z gło­wy, za­lśni­ły cie­płym, sta­rym zło­tem. Z za­sma­ro­wa­nej sa­dzą buzi wy­zie­ra­ły ogrom­ne nie­bie­sko­sza­re oczy, spo­gląda­jąc nie­ru­cho­mo na Wie­śnia­ka.

- ...a wło­sy jak zło­to tego kra­ju, psze­ni­ca, a oczy jak nie­bo przed bu­rzą... Do­bre Bogi, po­ma­gaj­cie, niech się spe­łni... - wes­tchnął Wie­śniak. - A te­raz ucie­kaj­cie, ale szyb­ko. O n i mają ko­nie.

Sta­ra Ko­bie­ta i Dziec­ko ucie­ka­ły sa­da­mi oka­la­jący­mi Wieś, wy­gląda­jący­mi jak wiel­ki roz­kwie­co­ny, bla­do­ró­żo­wy park. Zbaw­czy Las tym ra­zem nie był da­le­ko. Wy­star­czy­ło po­ko­nać kil­ka ma­łych pa­gór­ków. Ko­bie­ta i Dziec­ko znaj­do­wa­ły się wła­śnie na ostat­nim z nich, gdy ich uszu do­bie­gł tętent koni. Dziec­ko obej­rza­ło się i przy­sta­nęło na mo­ment, uwie­dzio­ne nie­za­mie­rzo­nym pi­ęk­nem tego ob­ra­zu. Ogrom­ne, gnia­de, wspa­nia­łe ko­nie gna­ły po sto­ku w ślad za nimi, a na nich sie­dzie­li je­źdźcy w po­ły­skli­wych zbro­jach, któ­re w pro­mie­niach po­ran­ne­go sło­ńca lśni­ły sre­brzy­ście.

- Jacy pi­ęk­ni! - za­wo­ła­ło Dziec­ko, przy­sta­jąc.

- Są okrut­ni i pra­gną cię za­bić! - krzyk­nęła Sta­ra Ko­bie­ta i po­ci­ągnęła je bru­tal­nie za rękę.

Do zbaw­cze­go Lasu bra­ko­wa­ło jesz­cze kil­ku­na­stu me­trów. Ko­nie gna­ły co­raz szyb­ciej, a ich chra­pli­wy od­dech i głu­che par­ska­nie sły­chać było co­raz wy­ra­źniej w uszach Dziec­ka. Je­źdźcy w zbro­jach wy­da­wa­li gro­źne, lecz za­ra­zem ra­do­sne okrzy­ki my­śli­wych, któ­rzy są pew­ni, że tro­pio­na zwie­rzy­na im nie uj­dzie. Roz­sy­pa­li się w szy­ku, za­ta­cza­jąc koło i śmie­jąc się do­no­śnie. Wi­docz­ne było, że bawi ich ta sy­tu­acja, że ser­ca ich ra­du­je wi­dok ucie­ka­jącej Sta­rej Ko­bie­ty z ma­łym dziec­kiem; mie­li pew­no­ść, że uciecz­ka nie może się po­wie­ść.

- Ho! Ho! Hiii! Ho! Ho! Hiii! - krzy­cze­li do­no­śnie, za­ga­nia­jąc swe ofia­ry jak za­jące do lasu, któ­re­go czar­na ścia­na, choć tak bli­ska, nie sta­no­wi­ła już jed­nak żad­nej ochro­ny wo­bec bli­sko­ści po­lu­jących.

- Wycz­ha! Bierz je! - ry­cze­li jak na praw­dzi­wym po­lo­wa­niu, upo­je­ni bli­sko­ścią mo­men­tu, w któ­rym za­pędzą Sta­rą Ko­bie­tę i Dziec­ko w cia­sny, zbi­ty od ko­ńskich cielsk krąg.

Ucie­ka­jące wbie­gły w Las. Jed­nak tu, na sa­mym po­cząt­ku, two­rzył on rap­tem skrom­ny za­gaj­ni­czek.

- Za nimi! Do­ko­ła! Do­ko­ła! - wrzesz­czał przy­wód­ca tro­pi­ących, któ­rzy roz­sy­py­wa­li się te­raz w sze­ro­ką, okrąża­jącą ty­ra­lie­rę.

Dziec­ko, bie­gnąc, sły­sza­ło przy­spie­szo­ny od­dech Sta­rej Ko­bie­ty, czu­ło, jak krok za kro­kiem ich bieg zwal­nia swe tem­po, aż wresz­cie ucie­ka­jące, dy­sząc ci­ężko, przy­sta­nęły w gęstych, sze­ro­ko roz­ro­śni­ętych krza­kach, któ­re jed­nak nie­zdol­ne były dać żad­nej osło­ny.

...i na­gle Sta­ra Ko­bie­ta ener­gicz­nie od­su­nęła od sie­bie Dziec­ko i wy­mam­ro­ta­ła coś nie­zro­zu­mia­le, wy­ci­ąga­jąc przed sie­bie roz­ca­pie­rzo­ne pal­ce.

...wte­dy po­mi­ędzy gąszcz krze­wów wje­cha­li zbroj­ni Je­źdźcy. Dziec­ko po­czu­ło ostry za­pach ko­ńskie­go potu i uj­rza­ło, że pi­ęk­ni z od­da­li żo­łnie­rze są z bli­ska strasz­ni, że nio­są ze sobą Śmie­rć. Dziec­ko za­pra­gnęło wy­ci­ągnąć rącz­kę, by uchwy­cić się bez­piecz­nej i swoj­skiej, cie­płej i du­żej dło­ni Sta­rej Ko­bie­ty - i wów­czas ze zdzi­wie­niem po­czu­ło, iż nie jest w sta­nie tego zro­bić. Jego ręka nie pod­da­wa­ła się woli. Sta­rej Ko­bie­ty też nie było w po­bli­żu, wszędzie wo­kół kłębi­li się tyl­ko, wrzesz­cząc do­no­śnie, okrut­ni je­źdźcy na swych spie­nio­nych ko­niach.

- O n a mnie zo­sta­wi­ła i ucie­kła - po­my­śla­ło śmier­tel­nie prze­ra­żo­ne Dziec­ko i jesz­cze raz spró­bo­wa­ło wy­ci­ągnąć rącz­kę, by ode­pchnąć na­cie­ra­jące na nie ko­ńskie zady. I gdy już wło­ży­ło w tę czyn­no­ść osta­tecz­ny wy­si­łek - uj­rza­ło, że z a m i a s t r ę k i w y c i ą g a s r e b r z y s t ą, p e ł n ą s z p i l e k g a ł ą z k ę...

- J e s t e m c h o i n k ą - po­my­śla­ło bez zdzi­wie­nia i z cie­ka­wo­ścią. - Sko­ro tak, to ta dru­ga, wy­so­ka, srebr­na cho­in­ka obok mnie jest Sta­rą Ko­bie­tą, gdyż jesz­cze przed chwi­lą jej tu nie było...

...i zda­wa­ło mu się w tym mo­men­cie, że w nie­re­gu­lar­nym kszta­łcie sre­brzy­stej, wy­so­kiej cho­in­ki do­strze­ga na poły zgar­bio­ną syl­wet­kę Sta­rej Ko­bie­ty z za­rzu­co­nym na ple­cy wor­kiem.

Je­źdźcy krzy­cze­li co­raz gło­śniej. Tym ra­zem w ich wrza­skach nie sły­chać było okrut­ne­go szczęścia my­śli­wych, któ­rzy do­go­ni­li zwie­rzy­nę i mają pew­no­ść, że już im nie umknie. Ich wrzask był pe­łen roz­pacz­li­we­go, prze­po­jo­ne­go ta­jem­ni­czym lękiem za­wo­du; był to wrzask prze­ra­żo­nej wście­kło­ści.

- Prze­klęta Cza­row­ni­ca! - za­wo­łał któ­ryś z nich, a jego sło­wa głębo­kim, ostrym echem obi­ja­ły się wśród drzew: "...ęta ...wni­ca!..."

Po chwi­li ko­nie nio­sły ich z po­wro­tem w stro­nę Wsi, a do­no­śny tętent po­wo­li ci­chł, by wresz­cie za­pa­no­wa­ła ci­sza.

- Na­praw­dę je­steś Cza­row­ni­cą? - spy­ta­ło Dziec­ko wy­so­kiej sre­brzy­stej cho­in­ki, spod któ­rej szpi­lek po­wo­li wy­ła­niał się zna­jo­my, nie­co zgar­bio­ny kszta­łt Sta­rej Ko­bie­ty.

- Tak, je­stem Cza­row­ni­cą - od­pa­rła Sta­ra i po raz pierw­szy w swym krót­kim ży­ciu Dziec­ko uj­rza­ło, jak jej wąskie war­gi roz­ci­ąga­ją się w uśmie­chu. I wte­dy Dziec­ko, nie wie­dzące do tej pory, czym jest uśmiech, na­śla­du­jąc swą Opie­kun­kę, rów­nież uśmiech­nęło się do niej z uzna­niem.

- Więc jed­nak je­steś Cza­row­ni­cą - po­wtó­rzy­ło jak­by z upodo­ba­niem. - I dużo umiesz ta­kich sztuk?

- Dużo - od­pa­rła Cza­row­ni­ca, a jej uśmiech z trium­fal­ne­go prze­mie­nił się w iro­nicz­no-smut­ny, by wresz­cie skryć się w opusz­czo­nych kąci­kach wąskich warg. - Bar­dzo dużo, moja Mała, ale pa­mi­ętaj, że mamy pra­wo tyl­ko do trzech ta­kich sztu­czek, by sie­bie ra­to­wać. Czwar­ta już by się nie uda­ła. Tak gło­szą Pra­wa Od­wiecz­nych Praw, spi­sa­ne w Wiel­kich Ma­gicz­nych Ksi­ęgach.

I w ten spo­sób Dziec­ko, ma­jąc pięć lat, do­wie­dzia­ło się paru dla sie­bie no­wych, a wa­żnych spraw: że jego Opie­kun­ka jest Cza­row­ni­cą; że tro­pią je okrut­ni ry­ce­rze w zbro­jach, go­to­wi w ka­żdej chwi­li za­bić; że nie­któ­rzy lu­dzie go­to­wi są im po­móc, choć nie wszy­scy. I że praw­do­po­dob­nie po­zo­sta­łe dzie­ci żyją nie­co ina­czej, mają swe sta­łe domy, mamę, tatę - i wła­sne imię. Ale wbrew po­zo­rom Dziec­ko nie my­śla­ło o tym z ża­lem, wręcz z pew­ną dumą z po­wo­du swej od­ręb­no­ści.

Sko­ro tyl­ko - już ca­łkiem bez­piecz­ne - za­głębi­ły się w ciem­ną, głębo­ką le­śną gęstwi­nę, któ­ra jed­nak dla nich była swoj­ska, Cza­row­ni­ca od­wró­ci­ła się, wy­ci­ąga­jąc do Dziec­ka swą dużą dłoń - i wów­czas Ma­łej wy­da­ło się, że przez uła­mek se­kun­dy w oczach jej Opie­kun­ki mi­gnęło coś dziw­ne­go, coś, co na­zy­wa się Mi­ło­ścią i co Dziec­ko zna­ło je­dy­nie in­stynk­tow­nie. Ale samo Dziec­ko nie umia­ło t e g o od­czuć ani od­po­wie­dzieć spoj­rze­niem - gdyż nikt ni­g­dy nie przy­tu­lił go, nie po­ca­ło­wał, nie po­gła­skał po ja­snych wło­sach. Więc Dziec­ko nie wie­dzia­ło, że Mi­ło­ść jest czy­mś, co roz­ja­śnia wnętrze Czło­wie­ka. Cza­row­ni­ca zaś, choć była p r a w d z i w ą Cza­row­ni­cą, nie wy­czu­ła, że ten mo­ment jest naj­lep­szy, żeby tę ma­lut­ką, le­d­wie tlącą się iskier­kę roz­dmu­chać w cie­pły, żywy ogień.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki