2
CHMARY MUCH OBSIADŁY SPOCONE CIAŁA KONIKÓW i ich zdyszane pyski, gromadziły się w postaci czarnych lśniących gron wokół ich oczu i nozdrzy. Stajenni odganiali owady, zdejmując z koni ciężką uprząż i prowadząc je do stajni, gdzie zostaną wytarte do sucha, nakarmione i napojone. Woźnica otarł twarz i oczy, zanim zsiadł z kozła. Z westchnieniem pochylił w pół zesztywniałe ciało pod drzwiczkami powozu, a my wysiadłyśmy za matką po jego grzbiecie. Już na ziemi garderobiana podtrzymała carycę za łokieć, a ja i Anuszka zaczęłyśmy się przeciągać i przytupywać. Służący pospieszyli ku nam z pałacu, a suplikanci czekający gromadą przed wysokim portykiem z kolumnami zaczęli deklamować wiernopoddańcze przysięgi i wyciągać ręce z petycjami, za których napisanie zapłacili już komuś duże pieniądze.
Zwyczajem było, że po przybyciu cara i jego rodziny do któregoś z carskich pałaców organizowano publiczną audiencję: rozstrzygano sąsiedzkie spory, jak kłótnie o miedze czy rzekomą kradzież stada, wysłuchiwano oskarżeń o czary w przypadku pożarów czy głodu, przyznawano lub nie większe majątki, ziemię wraz z niewolnymi chłopami. Słyszeliśmy, jak ludzie wołają do matki, by zwróciła na nich uwagę:
- Caryco!
- Matuszko, wysłuchaj mnie...
- Nie, najpierw ja! Moje wieczne oddanie...
- Zbierz pisma - rozkazała matka swojej garderobianej. - Zdecyduję o nich później, kiedy mi je odczytasz. Wierz mi, że rozumiem, co czują.
Matka z nieślubnej córki inflanckiego chłopa stała się carycą Rosji, ale nadal nie potrafiła czytać i pisać. Poznała ojca w obozie wojskowym, kiedy przebywała w rosyjskiej niewoli. Uwielbiałyśmy zadręczać ją pytaniami o tę chwilę. "Co miałaś na sobie, kiedy spotkałaś ojca? Jakie były jego pierwsze słowa skierowane do ciebie? Kiedy się zorientowałaś, że cię kocha?" Ona jednak zawsze unikała odpowiedzi.
Garderobiana zebrała petycje z wyciągniętych w błagalnym geście brudnych rąk do podołka swojej sukni. Zanim d'Acosta wszedł za nią do wnętrza, przedrzeźniał suplikantów, kłaniając się i kuląc, a potem pokazał im język i zrobił gwiazdę.
Ja i Anuszka zwlekałyśmy, obserwując, jak rozpakowywane są nasz powóz i wozy. Służący biegali niczym armia mrówek: pokojówki, obejmując ramionami wypełnione kosze, a lokaje ze skrzyniami na plecach, napinając mięśnie pod koszulami z surowego lnu. Popołudniowe słońce ogrzewało mi twarz, a moje ciało odprężało się po niewygodnej jeździe. Skoro matka znalazła się już bezpiecznie w domu, zaczęłam tryskać radością i niecierpliwością, jakby ktoś uniósł pokrywkę z garnka z wrzącym rosołem.
- Gdzie Illinczaja? - Anuszka szukała wzrokiem naszej dawnej piastunki. - Myślisz, że kazała już nagrzać wody do kąpieli?
Poprawiła perski szal z miękkiego, haftowanego kaszmiru, którym owinęła swoje szczupłe ramiona i płaską pierś. Illinczaja zgodnie z poleceniem ojca kąpała nas zawsze co tydzień: mosiężną wannę napełniano parującą wodą z dodatkiem olejku różanego, a my okładałyśmy się bezlitośnie gąbkami, rozpryskując wodę i krzycząc, bo udawałyśmy Rosjan i Szwedów walczących pod Połtawą. Illinczai nigdzie nie było widać, więc Anuszka odwróciła się do swojej skrzynki z książkami: wraz z wiosną do Sankt Petersburga zawitały statki handlowe, po krawędź burty wyładowane cudownymi towarami, takimi jak porcelana, sukno oraz powieści.
- Oczywiście, że tak - odpowiedziałam. - I mam nadzieję, że zrobiła swoją popisową potrawkę, całe jej sagany! Boczek w Kołomienskim jest lepszy niż gdziekolwiek indziej, a Illinczaja nie jest taka skąpa jak kucharz ojca i grubo go kroi. Pójdziesz ze mną najpierw do stajni? Kotka powinna już mieć młode. Może wybiorę sobie kociątko, żeby zabrać je ze sobą do łóżka.
- Nie życzę sobie żadnego cuchnącego stworzenia w łóżku. I porzuć już te głupstwa - ostrzegła mnie Anuszka, choć jednocześnie się śmiała. - Wkrótce będziesz pieścić w łóżku kogoś innego niż kociątko. Myślisz, że król Francji będzie chciał dzielić jedwabną pościel z syczącą i drapiącą kulką futra?
Król Francji. Przesuwałam te słowa w myślach niczym marmurowe kulki i czułam, że jeszcze mocniej się rumienię. Ojciec zaoferował Wersalowi moją rękę, kiedy byłam dzieckiem. To byłby idealny związek - młody król Ludwik XV i ja jesteśmy w tym samym wieku - lecz Francja nie odpowiedziała konkretami, każąc nam czekać i mieć nadzieję. To milczenie martwiło mnie jednak mniej niż to, co powiedział mi karzeł d'Acosta: błazen przysięgał, że Ludwik maluje się mocniej niż którakolwiek z dam na dworze moich rodziców i że nosi żaboty z całych stosów koronek. Popatrzyłam na swoją niezasznurowaną, zakurzoną suknię z bawełny, która pogniotła się podczas podróży i zwisała na mnie luźno, dzięki czemu czułam się swobodnie, chociaż opinała się ładnie w odpowiednich miejscach na mojej krągłej figurze. To z pewnością nie umknęłoby uwadze młodego króla Francji i dworzan z Wersalu, którzy ponoć zmieniali ubranie po pięć razy dziennie! Dlaczego nie zmienili krawców, skoro byli aż tak niezadowoleni? Chabrowa suknia podkreślała kolor moich oczu i jasne włosy, które na podróż zapleciono mi w warkocze owinięte wokół głowy. Moja pokojówka dbała, żeby moje włosy były gęste i lśniące, regularnie nakładając na nie kurze żółtka i płucząc je w rumianku oraz piwie. Nie tylko do włosów używałam kosmetyków: mieszanka kefiru z dalekich stepów i marynowanych cytryn, które matka sprowadzała z Włoch, sprawiała, że nasza skóra była jasna i miękka. Może Ludwik nie potrzebowałby tyle pudru, gdyby też z niej korzystał?
- Lepszy mały i cuchnący kotek niż wielki i owłosiony facet. Byłabym przerażona na śmierć, gdybym miała z kimś takim znaleźć się w łóżku. - Zachichotałam nerwowo. - Co on by na sobie miał?
- Koszulę nocną? - podsunęła Anuszka.
- Co? Taką jak moja? Jedwabną z koronkami?
- Cóż, to mogłaby być trochę inna koszula. Bo mężczyźni są trochę inni, nie uważasz?
Zawahałam się.
- Powinni. Chociaż w jakim sensie?
- Nie wiem - przyznała Anuszka.
- Cóż, pozostanę przy kotkach, dopóki ojciec nie otrzyma z Wersalu konkretnej odpowiedzi.
Wzruszyłam ramionami, udając, że mnie to nie obchodzi. Tak naprawdę te lata milczenia, które minęły, odkąd mój portret został wysłany do Francji, stanowiły obrazę, mimo że malarz Caravaque, który stworzył też podobiznę Anuszki, nie mógł wyjść z podziwu: "Mon Dieu. Twoje oczy są żywe jak u ptaszka! Ta skóra, ta pierś, te złote włosy: po prostu cudowne! Merveilleux!".
Naśladowałyśmy go, przemierzając w podskokach korytarze i recytując: MonDieuMerveilleux. Nawet francuski poseł w Rosji, de Campredon, popierał ten mariaż: w swoich listach, które przechodziły przez Tajny Urząd Śledczy, opisywał mnie jako "najpiękniejszą księżniczkę chrześcijaństwa", mającą w sobie "ciepło, które sprawiło, że car poślubił jej matkę" - był to dla mnie dość zastanawiający komplement.
Poważną zwykle twarz Anuszki rozjaśnił uśmiech.
- Brak wieści to dobre wieści. Ostatecznie piękna księżniczka zawsze dostaje swojego rycerza w lśniącej zbroi.
Byłam wdzięczna za te słowa pociechy. Co ja pocznę bez niej, kiedy już wyjadę do Francji?
- W twoich książkach tak. Ale czy tak się dzieje naprawdę?
- Na pewno w to nie wątpisz. Wszystko układa się po twojej myśli, Lizeńko. W niemal magiczny sposób. Przecież wiesz. A ja umiem czytać ci w myślach.
- Ach. To o czym w tej chwili myślę?
- Zastanawiasz się, czy wielkie miechy kowala Griszy nadal są w stajni. Te, których używałyśmy jako huśtawki.
Uniosłam ręce.
- Trafiłaś. Ale sama nie dam rady się na nich pohuśtać.
- Chcesz narazić na niebezpieczeństwo moją nieśmiertelną duszę?
- Tak, ja grzesznica. - Zachichotałam i pstryknęłam palcami na jej pokojówkę. - Zabierz książki carówny Anuszki do naszych komnat. Najnowsza powieść miłosna z Włoch musi poczekać. Najpierw trzeba pohuśtać się na miechach.
- Zepsuje mi się fryzura - jęknęła Anuszka.
Sięgnęłam, by zmierzwić jej ciemne proste włosy, które spleciono w warkocze i owinięto jak obwarzanki koło uszu.
- I już. Nie masz się czym martwić. Załatwione.
Ucałowałam ją w policzek i pociągnęłam za sobą.
Minęłyśmy olbrzymi warzywnik, położony między kuchnią i stajniami. Cebula, por, rzepa, buraki i kapusta rosły pośród gęstego dywanu chwastów, który świadczył o długich okresach niedbalstwa: koniczyna i stokrotki kwitły wszędzie, a pszczoły pracowicie korzystały z coraz dłuższych dni, zbierając pyłek do pysznego miodu z Kołomienskiego, który uwielbiałam dodawać do kaszy. Wciągałam głęboko do płuc świeże powietrze. Kiedy wiosna przychodzi do Sankt Petersburga, Newa występuje z brzegów i nawet pachnące kwiecie roślin, które ojciec sprowadzał z dalekich stron, od Francji po Persję, nie jest w stanie stłumić błotnistego odoru, roztaczającego się, gdy wody rzeki się cofają. Miesza się on z zapachem gnijących resztek z targów i zakrzepłej krwi na szafotach, które stawiano zwyczajowo na najruchliwszych placach i skrzyżowaniach jako ostrzeżenie dla rosyjskiego ludu.
- Co to? - zapytałam, zatrzymując się przy wielkim kamieniu tuż pod drzwiami kuchni.
Przy tylnym wejściu do pałacu kucharka odbierała dostawy w ciągu dnia, natomiast nocą niektórzy ze służących sprzedawali skradzione z wnętrza zdobycze.
- Pomocnice kucharki ostrzą sobie tutaj noże. Zobacz, cały kamień jest porysowany - odpowiedziała Anuszka.
- Wiem - odparłam niecierpliwie. - Ale dlaczego leżą na nim talerz z blinem i zsiadłe mleko?
- Już jesteś znowu głodna? Pohamuj się trochę - zrugała mnie.
Gruby blin ociekał miodem. Nic tylko posypać go orzechami i byłby w sam raz po długiej podróży!
- Sama powinnaś coś zjeść, tyczko! - odpowiedziałam i zaczęłyśmy się ze śmiechem przepychać.
- Tak, dziewczęta, pohamujcie się! To obiata. - Na progu kuchni pojawiła się matka. Na jej bladych po męczącej podróży policzkach zagościł już delikatny kolor. Poruszała się teraz jak prosta kobieta, jakby nadal była chłopką, która pochodzi z małej inflanckiej izby[8] i nie posiada nic poza odzieniem na grzbiecie. - Nie wiecie, że w lesie przy Kołomienskim mieszka Domowik?
- Domowik? - zapytałam, nie odrywając wzroku od blina i przypominając sobie jedną z bajek opowiadanych przez Illinczaję. - Duch lasu?
- Tak. Serce mu pęka, gdy ścinane są drzewa. Pomyślcie, ile ich ścięto, żeby car Aleksy mógł wybudować ten pałac. Illinczaja chce przebłagać Domowika - odpowiedziała matka.
Uśmiechała się na myśl o wierze piastunki w stare podania i legendy. Ten widok poprawił mi humor. Matka na pewno tutaj wydobrzeje i może będzie mogła urodzić kolejnego syna pomimo ponurej przepowiedni medyka.
- To prawda! Szanuję wszystkie duchy! - Za matką stanęła Illinczaja. - Kołomienskoje to stara ziemia, więc jest ich pełna.
Uradowałam się na jej widok. Choć minęły lata, odkąd się ostatnio widziałyśmy, a ja i Anuszka zmieniłyśmy się z małych dziewczynek w młode kobiety, nasza piastunka wyglądała tak samo. Jej pokryta czerwonymi żyłkami, szeroka twarz była zarumieniona; chyba zadyszała się po pokonaniu kilku schodków. Jej strój bezczelnie przeczył prawom wprowadzonym przez naszego ojca. Nakazał wszystkim Rosjanom, by ubierali się zgodnie z zachodnią modą, nawet jeśli takie odzienie było ciasne i niewygodne, a tanie i cienkie tkaniny nie nadawały się na naszą pogodę. Illinczaja miała na sobie lnianą koszulę z długimi rękawami i tradycyjną szeroką, ocieplaną tunikę, sarafan, którą zdobił skomplikowany roślinny haft. Te wzory były w Rosji niczym sekretne języki. Kobiety z każdej rodziny miały swój własny. Wypełniały długie zimowe wieczory, doskonaląc to piękne rzemiosło, przy ciepłym piecu i rozmowach.
- Stara ziemia pełna duchów? - zapytała Anuszka, rumieniąc się. - Och, pamiętam twoje bajki o Babie Jadze, która ma domek z kurzych kości! Stoi na trzech nóżkach i obraca się wraz ze słońcem. No i jest Leszy, paskudny potwór, który zwodzi ludzi swoimi przepowiedniami...
- To nie są bajki. - Illinczaja zmarszczyła brwi.
- Stara ziemia? Co za bzdury - roześmiał się d'Acosta, który wychynął nagle zza matki. Zwykle pojawiał się i znikał znienacka. - Głupie przesądy, wymyślone po to, żeby dręczyć chłopów i wyciskać z nich ostatnie kopiejki. - Uniósł gęste brwi, patrząc na Illinczaję i brzęcząc monetami w kieszeni, niczym niedźwiednik zbierający zakłady na wiosennym jarmarku.
- Cicho bądź, krasnalu - ofuknęła go Illinczaja. - Muszę godnie powitać carówny!
Pokłoniła się przed nami głęboko, ucałowała nam palce i przyłożyła sobie do czoła nasze dłonie, mamrocząc błogosławieństwa. Falbaniasty czepek okrywający jej posiwiałe jasne włosy musnął mi nadgarstek. Wstała i uśmiechnęła się szeroko, ukazując tuzin pozostałych jej jeszcze zębów.
- Anuszko Piotrowna i Elżbieto Piotrowna, witajcie z powrotem w Kołomienskim. Przybywacie z najsmutniejszego z powodów - niech Bóg zlituje się nad duszyczką kolejnego z waszych braci - lecz ten dom i my wszyscy witamy was z miłością i wiernością.
Wymieniłyśmy z Anuszką szybkie spojrzenie: zwykle nikt nie śmiał wspominać o nieszczęściu naszej matki, która pochowała już sześciu synów, niektórych od razu po narodzinach, innych po zaledwie kilku latach życia. Za Illinczają przemawiały jednak jej wieloletnia wierna służba i brak jakiejkolwiek złośliwości, więc ruszyłyśmy, by ją przytulić.
Klasnęła w sękate dłonie i rozłożyła szeroko ramiona, wołając:
- Nareszcie! W dniu, w którym opuściłyście Kołomienskoje, by dorosnąć i stać się ważnymi osobami, zabrałyście ze sobą moją duszę. Och, chyba pęknę z radości! - Ścisnęła nas mocno jak w imadle i musiałyśmy się ze śmiechem uwalniać z jej objęć. Tak samo było, gdy jako malutkie dziewczynki miałyśmy czasem dość jej czułości. Illinczaja ocierała swoje wąskie, jasnoniebieskie oczy, z których leciały łzy. Jak wielu Rosjan fińskiego pochodzenia, miała niezwykle jasną cerę. - Jakże urosłyście i wypiękniały! Moje oczy mogłyby was nie rozpoznać, ale serce pozna zawsze. Mam nadzieję, że niedługo będę wam szykować weselne uczty.
- Och, oby to były prorocze słowa - powiedziała Anuszka, nieśmiało zerkając na matkę, która uśmiechnęła się zagadkowo i odparła:
- Kto wie, co przyszłość trzyma w zanadrzu dla moich małych szczęściar.
Nie potrafiłam powstrzymać łez napływających mi do oczu.
Matka zwróciła się do mnie zaskoczona:
- O co chodzi, Lizeńko?
Anuszka objęła mnie za ramiona w pełnym zrozumienia milczeniu.
- Tak się cieszę, że jesteśmy wszystkie razem. I wiem, że znowu będzie dobrze! - zawołałam, zanim zaczęłam szlochać i je tulić.
Anuszka i ja, carówny Wszechrusi, nasza matka caryca i kucharka Illinczaja obejmowałyśmy się mocno, a d'Acosta opadł na wielki kamień z blinem i płakał głośno na modłę południowców, jęcząc, zalewając się łzami, smarkając i krzywiąc swą małą błazeńską buzię.
Magia starej ziemi Kołomienskiego już roztoczyła wokół nas urok swobody i prostoty, łącząc tysiącem nici ze swojego krosna, uświęconych naszym wspólnym smutkiem i cierpieniem. Nasze łzy nie były niczym innym jak ofiarą za pokój i przyjaźń, podobnie jak obiata na kamieniu do ostrzenia noży. Matka miała rację: miałyśmy szczęście, że tu wróciłyśmy. Bo jak często zdarza się w życiu, aby blin z miodem i zsiadłe mleko zdołały przebłagać złe duchy?