Córeczka - Romy Hausmann

Kup ebooka

43.99 zł
36.51 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Scenariusz

Dziesięć dni wcześniej

Theo

Klik, rozlega się w głowie. Klik, jak przy pstrykaniu staroświeckim włącznikiem.

Widno, orientacja: siedzę na krześle. Nie siadałem. Wokół białe ściany, przede mną to... no to... jak mu tam... biurko, drewniane, z drzewa wiśni, może mahoniowe. Po lewej okno, słońce, tańczący w powietrzu kurz. Nie rozmywaj się na drobne, Theo. Szczegóły tylko odciągają uwagę.

Od niego, mężczyzny. Wysoki i smukły, blada cera, spiczasty nos jak dziób koguta. W białym kritlu. Dotykam piersi, patrzę po sobie. Mam koszulę, na niej sweter. Mężczyzna jest w moim kritlu.

- Theo.

Skąd on wie, jak mi na imię? O co chodzi? Zrywam się z miejsca, krzesło leci do tyłu. Wiem na pewno, nie siadałem na krześle! Ten patyczak zbiera się w sobie, chwyta kołyszące się krzesło, zanim to będzie runięte na ziemię.

- Wszystko dobrze.

Głos jest spokojny, monotonny, częstotliwość jak środek przeciwbólowy. Podnoszę ręce, obejmuję pulsujące skronie. Środek do narkozy na dziesięć liter: Sufentanyl. C22H30N2O2S. Opioid syntetyczny, najsilniejszy dopuszczony do stosowania u ludzi. Numer WE: 641-081-8. Teraz to do mnie dociera. Uśpił mnie. Uśpił mnie i posadził na krześle.

Muszę się wydostać, natychmiast muszę się stąd wynosić. Patyczak, kuśtykając, podąża za mną, odprowadza mnie do drzwi.

- No widzisz - mówi, jakby chciał mi czegoś dowieść. Żebym to wiedział, co takiego chce mi przekazać. Nie znam go, to kompletnie obcy facet. Nie, nie obcy. Jest jakieś mgliste przeczucie. Ból.

- Proszę. - Ostrożnie sięgam po klamkę. - Mam żonę. Ma na imię Vera. Z pewnością już na mnie czeka z kolacją.

Patyczak dotyka mojego ramienia, powoli kręci głową. Znów ten monotonny głos:

- Vera na ciebie nie czeka, Theo. Ona nie żyje od czterech lat.

- Nie żyje - powtarzam łamiącym się głosem. Nie znajdę adwokatnej zniewagi dla swojego viceversa, a łzy już spływają mi po policzkach.

Dupek.

Już wiem, co chciałem mu powiedzieć. I wściekam się na siebie, że nie wpadłem na to w odpowiednim momencie. Patyczak z kogucim nosem: To Claus, Claus Dellard. Pragnie być koryfreuszem w dziedzinie neurologii i psychiatrii. A jest dupkiem. Starym, wyniosłym donosicielem. Zamiast zostawić mnie w spokoju, zadzwonił po Sophię i stąd cały ten ananas. Poniżona zabiera mnie od Dellarda, jak matka odbiera wyrodnego syna z dywanika dyrektora szkoły. Przepraszam cię, Claus. Najwyraźniej nie miał dziś dobrego dnia, Claus. Tak, Claus. Zajmę się nim, Claus.

Claus - pah!

- Może nie jest to wcale takie nie do pomyślenia, że dobrowolnie usiadłeś na krześle w gabinecie - mówi teraz Sophia. - Bądź co bądź, byłeś umówiony na wizytę. A wtedy przecież się siada, to całkowicie normalne.

Burczę. Wolałbym, żeby się nie mieszała. Mam siedemdziesiąt cztery lata i umiem jeździć autobusem. Każdy głupek to umie. Jak bym miał inaczej dostać się do tego szpitala.

- Tato?

- Co jeszcze ci nagadał ten idiota?

- Masz na myśli Clausa? Nic! Nikt mi nic nie nagadał.

- Nie kłam, Sophio. - Z pewnością powiedział jej o Verze. Jakbym nie wiedział, że nie żyje. Jakby mnie przy tym nie było i jakbym nie trzymał jej wtedy za rękę. I jakby ta kolacja nie miała być jedynie wywiadówką, żeby pozbyć się Dellarda, ale w tym całym ananasie po prostu zdarzyło mi się małe przejęzyczenie.

W tym momencie zerkam na zegarek w samochodzie Sophii: środek dnia, dwunasta czterdzieści trzy. Chodziło mi o "obiad", "obiad" miałem na myśli.

- Zadzwonili z rejestracji i spytali, czy mogłabym po ciebie przyjechać. I tyle, tato. Naprawdę. - Posyła mi krótkie spojrzenie z boku i coś jakby uśmiech, co w jej mniemaniu ma mi dodać otuchy. Nienawidzę, kiedy tak robi.

- Zapewne znów ci coś...

- Tato, proszę. Przecież byłeś tam cały czas. Co takiego miałby mi o tobie nagadać?

Zerkam na nią. Wygląda jak Vera, kiedy była młoda, tylko w takiej bardziej szorstkiej wersji, z drobniejszymi rysami i karbem w kształcie litery V między brwiami. I kolorem włosów; tak, kolor włosów też jest inny. Okropny. Liczę. Sophia musi mieć trzydzieści cztery lata. Tyle, ile Vera, kiedy ją rodziła. 2876 gramów, 47 centymetrów. Pędraczek. Ha. Tracę pamięć, akurat!

Muszę się dowiedzieć. Muszę wiedzieć, czy Sophia mówi prawdę. Jestem pewien, że nie zachowa tego zbyt długo dla siebie, jeśli Dellard nagadał jej głupot, że zapomniałem o śmierci jej ukochanej matki. Test, tak. Poddam Sophię testowi.

- Twoja matka - rzucam i nie mówię nic więcej, tylko czekam na reakcję.

- Co z nią?

- Z kim?

- Z mamą. Zacząłeś coś o niej mówić.

Moja Vera, uśmiecham się.

- Była taka piękna. - Wyglądam przez okno, zerkam na niebo. - Pamiętasz, jaka była piękna, Sophio? Pamiętasz to jeszcze?

- Oczywiście, tato. Była przepiękna.

- Nie tylko zewnętrznie, prawda? Także wewnętrznie była najpiękniejszą osobą na świecie. Wierzyła, że prawdziwa natura człowieka siedzi w jego sercu.

- Tak, była bardzo wyjątkowa.

- Całymi dniami nie robiłem nic innego, tylko rozcinałem klatki piersiowe, i po co to? Serce to przecież zawodna gruda, nic więcej. Ale z twojej matki była zagorzała romantyczka, całe życie zdawała się na tę grudę. - Wzdycham, ale zaraz sobie przypominam, dlaczego w ogóle zacząłem mówić o Verze. Zapewne nawet dobrze, że nic nie usłyszy o tym wszystkim. Prawdziwa natura człowieka tkwi gdzieś indziej. Nie w jego sercu, tylko tuż za czołem. W płacie czołowym, Lobus frontalis.

- Tak, to fakt. Ale mimo wszystko radziłaby ci teraz całkowicie racjonalnie, żebyś dał szansę Clausowi. Jest bardzo kompetentny i do tego ma wiele empatii.

Odwracam wzrok, spoglądam na Sophię siedzącą za kierownicą. Długie, ufarbowane na czarno włosy są wilgotne, zostawiły wyraźny ślad na niebieskim podkoszulku. Może zadzwoniono do niej ze szpitala akurat w chwili, gdy stała pod prysznicem.

- Skąd to przekonanie co do jego kompetencji? Tylko dlatego, że nosi biały kritel?

- Kitel, tato.

Właśnie otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Sophia dodaje:

- Przepraszam. Myślałam po prostu, że będziesz czuć się u niego swobodniej niż u obcego lekarza, dla którego jesteś tylko kartą pacjenta. Jakkolwiek patrzeć, pracowaliście razem przez lata. I jest twoim przyjacielem.

Brzmi to jak pytanie. Nie uważam go jednak za warte odpowiedzi. Claus Dellard nigdy nie był moim przyjacielem. Co najwyżej nadętym kogutem. Już wcześniej nie mogłem go znieść, teraz nie mogę trzy razy bardziej.

Dłuższą chwilę jedziemy w milczeniu. Aż Sophia mówi:

- W sprawie twojego auta dzwoniłam już do Richarda. Odbierze je po pracy.

- Och. - Czyli wcale nie dotarłem do szpitala autobusem. Nie, przyjechałem tam sam. Ciemnozielony saab, rocznik dwa tysiące jedenaście, stoi w tym... no... jak mu tam... w garmażu szpitalnym.

- Richard jest...

- Twoim mężem. Nie jestem głupi, Sophio.

- Nie o to mi wcale...

- Bądź już wreszcie cicho.

Słucha mnie, milczenie jest lepsze. Po przejechaniu dwóch skrzyżowań z sygnalizacją robi mi się przykro. Była taka mała, kiedy się urodziła, ot, pędraczek. Znów zerkam w lewo.

- Ty też jesteś piękna.

- Dziękuję, tato.

- Tylko te twoje włosy mi się nie podobają.

- Wiem, tato.

Ponownie spoglądam przez okno - w górę, na niebo, na ten błękit. Jesteś tam gdzieś, Vero? Widzisz mnie? Jeśli tak, to lepiej odwróć wzrok. Dellard twierdzi, że się zmieniłem. Tego samego zdania jest Sophia. Trę oczy, za jednym zamachem wycieram też czoło. Sophia powinna myśleć, że się pocę, nic więcej, że tylko się pocę, to przecież całkowicie normalne w środku lata. Ten, kto się nie poci, nie żyje. Lub cierpi na anhydrozę, zmniejszenie wydzielania potu, często o podłożu genetycznym. Silna postać anhydrozy może prowadzić do zaburzeń termoregulacji, w najgorszym wypadku do udaru cieplnego. A ten z kolei do śmierci. Wiem to przecież. A więc lepiej od razu wytrę sobie twarz. Nie dlatego, że płaczę - co to, to nie, ja nie płaczę! Nigdy! Zdarza mi się to naprawdę rzadko! - tylko tak po prostu, bo jestem zdrowym, całkowicie zdrowym, żwawym, pocącym się człowiekiem. Ha! Triumfowo spoglądam po raz kolejny na Sophię, ona jednak wcale na mnie nie patrzy, skupia się na jeździe. Nawet lepiej, bo jej umiejętności jeździeckie są równie okropne co włosy.

- Jeśli chcesz, to wejdę z tobą - mówi, zatrzymawszy się przed sześciopiętrowym blokiem w Spandau. - Moglibyśmy razem wypić kawę.

Kręcę głową i otwieram drzwi po stronie pasażera.

- Piętro drugie, miejsce parkingowe numer sześćdziesiąt osiem, między srebrnym audi A6 a czerwonym mini cooperem, o ile te będą tam jeszcze stały wieczorem.

Patrzy na mnie skonsternowana.

- Richard - przypominam jej. - Dziś po pracy ma przyprowadzić mój samochód.

Obmacuję kieszenie spodni i robionego na drutach swetra, wreszcie znajduję kluczyk. Już mam go odłożyć na środek deski rozdzielczej, kiedy Sophia mówi:

- Może lepiej weźmiemy go na razie do siebie nad Weißensee.

Wybałuszam oczy, dłoń wciąż wodzi po desce rozdzielczej.

- Nie powinieneś sam prowadzić, tato. - Wzrok ma rozbiegany, od razu widać, że z trudem przychodzi jej spoglądanie mi w oczy.

- Pod względem czysto prawnym wygląda to tak, że we wczesnym stadium...

- Tato, proszę.

Upuszczam kluczyk na deskę rozdzielczą, wysiadam, ruszam do wejścia. Za plecami słyszę, jak Sophia wyłącza silnik, potem znów zatrzaskują się drzwi samochodu.

- Tato!

Odwracam się. Wydaje się smutna. Wilgotne włosy zwisają smętnie, podobnie jak wąskie ramiona i kąciki ust. Rusza z miejsca i chwilę później przyciska się do mnie mocno; ogarnia mnie poczucie, że jej serce wbije się mi w pierś. Staram się wytrzymać i nie złościć. Na Sophię, która z pewnością myśli sobie, że jak mnie przytuli, to będzie po sprawie. Na Clausa Dellarda, tego głupiego koguta. Na cały świat, który sprzysiągł się przeciwko mnie. Nawet na Boga, w którego w zasadzie nie wierzę, ale który być może jest i chce mi dowieść swojego istnienia, odbierając to, co pozostało mi jako ostatnie. Do dziś bowiem byłem pewien, że dwie rzeczy będą zawsze niezmienne, bez względu na to, jak jakiś idiota zakwalifikuje mój stan. Dwie rzeczy, które nie tkwią w rozpływającej się szarej masie za czołem. Które być może nie siedzą nawet w tej zawodnej grudzie, gdzie dopatrywała się ich Vera. Dwie rzeczy, które wnikły głębiej: do kości, do całej mojej istoty. Które wdycham i wydmuchuję każdego dnia, w każdej godzinie, sekunda po sekundzie.

Pierwsza z nich: śmierć Very.

Wracam pamięcią do gabinetu Dellarda: muszę przyznać, że złapał mnie na niewiedzy. Przynajmniej przez króciuteńką chwilę.

Ale skoro coś takiego może się przydarzyć, co to znaczy dla tej drugiej kwestii? Co to znaczy dla ciebie, Julie? Co, jeśli któregoś ranka się obudzę, nie pamiętając, że kiedykolwiek istniałaś? Zapewne będzie to dzień, kiedy popełnię samobójstwo, jakby zdalnie sterowany, nie mając bladego pojęcia dlaczego. Odsuwam od siebie Sophię i mówię:

- Idź już.

Liv

Liv: Julie Eileen Novak przychodzi na świat szóstego czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku w berlińskiej dzielnicy Mitte jako najstarsza córka Very i Theo Novaków. Theo, światowej sławy chirurg, jest ordynatorem Oddziału Kardiochirurgii w stołecznym Szpitalu Klinicznym Charité. Dzięki temu może zapewnić rodzinie dostatnie życie, by nie powiedzieć, że Novakowie opływają w luksusy w swoim ogromnym domu w willowej dzielnicy Grunewald. Vera, z wykształcenia nauczycielka, rezygnuje z pracy po ślubie z Theo, żeby w pełni poświęcić się rodzinie. W dzisiejszych czasach może to uchodzić za staroświeckie rozwiązanie, ale jesteśmy w latach osiemdziesiątych, w czasach, gdy na ogół panowała jednomyślność co do podziału ról płciowych. Mówiąc krótko: tatuś przynosi pieniążki do domu, a mamusia gotuje mu za to coś dobrego i dogląda potomstwa. Na dłuższą metę to jednak nie wystarcza Verze; chce czuć się potrzebna także poza domem. Dlatego angażuje się w pomoc dzieciom i młodzieży z chorobami psychicznymi. Coś takiego wydaje się z kolei bardzo nowoczesne, bo - powtórzmy jeszcze raz - mówimy o końcówce lat osiemdziesiątych, gdy podejście na przykład do depresji czy choroby afektywnej dwubiegunowej było zupełnie inne niż obecnie. Mała Julie jest wielkim szczęściem Novaków, a to szczęście jeszcze się powiększa, kiedy dwa lata później rodzi się jej siostra Sophia. Do rodziny należą ponadto kotka i au pair, która pilnuje Julie i Sophii, gdy Vera ma coś do załatwienia w ramach swojego wolontariatu. I albo kot, albo au pair nazywa się Feline... Ha, ha, ha, to spojrzenie, Phil! Bezcenne! Ale ze źródeł naprawdę jasno to nie wynika. Raz kotka jest nazywana Feline, raz au pair...

Phil: A niech mnie, tylko to sobie wyobraź, przyjeżdżasz gdzieś jako au pair i nazywasz się może... sam nie wiem... Nicole lub Jacqueline. A potem lądujesz w prasie i dziennikarze określają cię imieniem kota.

Liv: Z drugiej strony może się cieszysz, że nikt nie zna twoich prawdziwych personaliów, bo doniesienia prasowe dotyczą mimo wszystko przestępstwa. Może więc wcale nie zależy ci na tym, żeby być w centrum zainteresowania. W każdym razie Novakowie, jak to często bywa w naszym podcaście, stanowią absolutnie... no?

Phil: Rodzinę jak z obrazka. Oczywiście. To niemal klasyka.

Liv: Dokładnie. I żebyś mógł to sobie lepiej wyobrazić, przyniosłam ci zdjęcie, na oko zrobione jakoś w dziewięćdziesiątym siódmym. Julie musiała mieć wtedy dziesięć lat, a jej siostra Sophia - osiem.

Phil: Wow, skąd je wytrzasnęłaś?

Liv: Cóż, mon cher. Mam swoje źródła.

Phil: To na pewno... Tak, już na pierwszy rzut oka widzę, w czym rzecz. Przypomina to bardziej reklamę proszku do prania niż rodzinną fotografię. Mama, tata i dwie małe rudowłose dziewczynki, wszyscy siedzą razem na kocu piknikowym na pomoście i patrzą w obiektyw. I to wszystko wydaje się takie kompletnie... cóż, jak by to określić...? Sztuczne, zahacza niemal o kicz. Dziewczynki mają warkocze ze wstążeczkami i są ubrane w identyczne różowe sukienki. Ojciec rodziny wygląda jak wykapany lekarz. Charyzmatyczny, ale jakiś taki ugładzony, jak ulizany telemarketer. Ma na sobie jasnoniebieską koszulę z podwiniętymi wysoko rękawami i podniesionym kołnierzykiem, do tego beżowe szorty i granatowe mokasyny. Tak, a matka... powiedziałbym, że olśniewająco piękna. Równie dobrze mogłaby być słynną aktorką. Ma długie rude włosy, a na sobie jasnożółtą sukienkę.

Liv: Coś jeszcze?

Phil: Hm, zakładam, że zdjęcie zrobiono na posesji Novaków, jest położona tuż nad jeziorem i znajduje się tam pomost dla jachtów. Przed rodziną są rozłożone na kocu pojemniki z jedzeniem - przynieśli kanapki, owoce i krojone warzywa. I wszyscy się uśmiechają. No cóż, wszyscy poza jedną osobą.

Liv: Dokładnie do tego zmierzam. Tak naprawdę Julie nie wydaje się wcale szczęśliwa, prawda?

Phil: Fakt. Zdjęcie jest na tyle stare, że brak ostrości. Mimo to widać na nim jak na dłoni, że Julie ma skrzywioną minę. Tak jakby przed chwilą płakała.

Liv: A jeśli przyjrzysz się nieco dokładniej, to być może zauważysz coś jeszcze.

Phil: Wow, ale odjazd. Masz rację. Na sukience widać liczne czerwone plamy. Czy to... krew?

Theo

Nie na rękę mi, że Sophia idzie na górę. Jest jednak uparta, jak matka, niełatwo jej się pozbyć. Próbowałem wszystkiego, naubliżałem Richardowi, co do którego nie mam wcale pewności, że nie zarysuje mi korozji, wyjeżdżając z garmażu. Naubliżałem nawet Sophii, krytykując ten okropny kolor włosów i chuchrowatą sylwetkę. Powiedziałem, że nie dziwota, że musi chodzić w długich portkach nawet w lecie. Skoro jest taka chuda, to stale marznie i trzęsie się jak srający pies. Mimo to depcze mi po rzepkach, kiedy wspinamy się na trzecie piętro. W oczy rzuca mi się poniżająca karteczka samoprzylepna na drzwiach toalety; nie pamiętam, czy zrobiłem dzisiaj rano to... no jak to się nazywa... zmyłem naczynia. Albo wczoraj. Wstydzę się. Bo nie mogę sobie przypomnieć, czy odbębłem zmywanie, i za unoszący się na klatce zapach zupy gulaszowej; nic nie mogę na to poradzić. Wstydzę się z powodu niewielkiej kałuży koło lewej stopy Sophii; może to woda, lecz równie dobrze może to być piwo lub psie siuśki. Przede wszystkim wstydzę się swojego mieszkania, w którym lada chwila zaserwuję córce kawę. Jest małe i ponure. Bez porównania z domem, w którym dorastała, ot, bezduszne zaświadczenie o porażce. Znienacka odwracam się i rozkładam ręce, jak wielki spanikowany ptak rozpościerający skrzydła. Sophia w samą porę robi unik.

- Ciii, tato - mówi, kiedy mija pierwsze przerażenie. - Nazywasz się Theo Novak. Jesteś w domu, na klatce schodowej, idziesz do swojego mieszkania w Spandau. To ja, Sophia, twoja córka. Kocham cię, nie musisz się bać. - Z każdym słowem jej dłoń ostrożnie przysuwa się do mojego policzka, aż stojąca jeden stopień poniżej mnie Sophia znajduje się na mojej wysokości i dotyka mojej twarzy.

- Proszę, idź już. - Mój głos przypomina niemal dyszenie.

Kręci głową.

- Idź. - Tym razem syczę.

Zwleka.

- Może chociaż wezmę od ciebie pranie? - W jej spojrzeniu dryfuje coś, czego w pierwszej chwili nie umiem umiejscowić. Wiem tylko, że żadne dziecko nie powinno tak patrzeć na swojego ojca.

- Nie trzeba. - Odwracam się plecami i pokonuję resztę schodów na trzecie piętro.

Mój świat, świat złożony z bałaganu, złości i żółtych karteczek samoprzylepnych zapisanych charakterem pisma Sophii. "Kuchnia" informuje jedna z nich i wisi stosownie na końcu wąskiego korytarza na drzwiach, które prowadzą do kuchni. Na lodówce - kolejna karteczka, a na niej: "Lodówka - tylko jedzenie!", bo kiedyś ktoś przez nieuwagę włożył do niej gazetę. Nie wiem, ile razy odrywałem te głupie karteczki, zgniatałem i wrzucałem do śmieci. Nie dlatego, że zapomniałem to w patologiczny sposób, tylko dlatego, że nawet głowa bez diagnozy nie byłaby w stanie zliczyć tych wszystkich razów. Robię to zawsze, gdy się obawiam, że Sophia może złożyć mi wizytę - o "odwiedzinach" od dawna nie ma już mowy. Niech sobie nie myśli, że pogodziłem się z tymi jej przeklętymi karteczkami; niech sobie nie myśli, że nie radzę sobie we własnym domu. Nie jestem głupi, co najwyżej nieco roztrzepany. Nic nowego; już Vera mi to wytykała, odkąd po raz kolejny zapomniałem z domu aktówki. Ach, moja Vera. Robiła najlepsze boeuf... no jak mu tam... na świecie. No, ten od nazwiska słynnej rosyjskiej rodziny arystokratycznej, na dziewięć liter: Stroganow. Tak, właśnie. Przechodząc obok, zrywam z lodówki karteczkę i przeciskam się obok stołu do okna. Przy odrobinie dobrej woli widok na fasadę przeciwległego budynku ukazuje się w lepszejszym świetle, gdy w oddali lśni jezioro, którym lekka bryza kołysze w promieniach słońca. Nie widać ścian oszpeconych graffiti, dzięki soczyście zielonym rozłożystym drzewom, które wyciągają się ku kablowatemu niebu. Bo nie ma na pierwszym planie Sophii, która w tej chwili chce wsiąść do samochodu, ale zwleka, by posłać ostatnie spojrzenie w okno mojej kuchni. Zamiast niej widzę rowerującą Julie, która się waha, kiedy dostrzega mnie w oknie gabinetu. Widzę, jak się uśmiecha, w konspiracyjnym geście przykłada palec do zdziubkowanych ust i mruga. Udając zrezygnowanego, kręcę głową i też się uśmiecham. "Uważaj na siebie, aniołku", mówią bezgłośnie moje usta. Julie, ona mnie rozumie, dzielące nas metry i ściany nie mają znaczenia, zawsze tak było, i córka odpowiada mi cicho, choć w przenikliwy sposób: "Kocham cię, tato". Następnie wsiada na rower, ubrana w ulubione dżinsy - dzwony z dziurami na kolanach - i starą bluzkę Very z lat siedemdziesiątych, po czym odjeżdża. Znów kręcę głową i odwracam się od okna. Vera, ona wzburzona zmyłaby Julie uszy, gdyby tylko wiedziała, że zamiast uczyć się w pokoju do jutrzejszego sprawdzianu z biologii, nasza córka woli spotkać się z przyjaciółkami. A może nawet z jakimś kawalerem? Nie, myślę sobie. O czymś takim by mi powiedziała.

Uśmiechając się pod nosem, siadam przy biurku, biorę długopis i otwieram kartę pacjenta. Ryba z karpiowatych na trzy litery: jaź. Rzeka zapomnienia w mitologii greckiej na cztery: Lete. Kwiat (duchowej) dorosłości na pięć liter: lotos, koniec życia na sześć...

Wydaję odgłos, który nawet w moich uszach brzmi obco. Nie siedzę przy biurku w willi w Grunewaldzie. Siedzę w kuchni dwupokojowej nory w Spandau. A akta pacjenta to poranne wydanie "Berliner Rundschau", rozłożone na stronie z krzyżówkami. Gwałtownym ruchem zmiatam gazetę ze stołu. A potem ryczę jak dziecko, po raz trzeci tego dnia.

Przepraszam cię, Julie.

Przepraszam.

Daniel

"Na sukience widać liczne czerwone plamy. Czy to... krew?"

Nic nie mogę poradzić, że przewracam oczami. Już na samo to, jak to ujęli, jakby mieli zdjęcie Novaków na wyłączność. Cóż, mon cher. Mam swoje źródła. Nic nie masz, Liv Keller. Zero szacunku, zero etosu, zero pojęcia, co najwyżej Google. Tam można znaleźć to zdjęcie w setkach wersji, bo nie było wtedy praktycznie ani jednej gazety, która by go nie przedrukowała. Myślę nawet, że to sam Theo Novak udostępnił je redakcjom; w każdym razie pokazał je kiedyś w wywiadzie telewizyjnym. Zresztą mniejsza o to, ten temat był już tydzień temu poruszany w innym podcaście o tematyce True Crime. I również w nim infantylna para moderatorek rozwodziła się w nieskończoność o zapłakanej Julie i czerwonych plamach na jej sukience, by chwilę później stwierdzić, że z pewnością chodzi tu o rozpryśnięty sok z wiśni, które widać w jednym z plastikowych pojemników na kocu. Dałbym sobie rękę uciąć, że tutaj też zaraz będzie mowa o jakimś omenie.

"...mimo wszystko wydaje się to trochę makabryczne, nie sądzisz? Jak spojrzenie w przyszłość..."

Pauzuję i ściągam słuchawki z uszu. Wiedziałem. Omen. Nie skończy się to dobrze dla Julie. Raz ci się zdarzy w dzieciństwie mieć kiepski humor i do tego ufajdać sobie odświętną sukienkę, a już zostajesz skazana na śmierć. Jesteście obrzydliwe, wy, hieny prowadzące podcasty, wiecie o tym? Jesteście obrzydliwi i tacy przewidywalni! Dopiero kiedy zaczynają mnie boleć kłykcie, spostrzegam, jak mocno ściskam telefon w palcach. Kręcę głową i luzuję chwyt. Ludzi nie przekonasz. Oni na to nie pozwolą. Z opinii dziergają prawdę, a z rzekomej prawdy skręcają sznurek. Niemal odruchowo sięgam do kołnierzyka i rozpinam górny guzik koszulki polo. Jest ciepły dzień, przytłaczająco duszny. Na wieczór zapowiadają burzę, co oznacza, że muszę dziś skończyć punktualnie, żeby zawczasu wrócić do domu. Zerkam w niebo, potem przenoszę wzrok z powrotem na leżący na kolanach telefon. Co ja bym dał za to, żeby choć raz usłyszeć tę historię tak, jak naprawdę się wydarzyła. Jest dla mnie jasne, że ta cała Liv, jak jej tam?, i jej kolega też nie spełnią mojego marzenia, ale nadzieja... ta stara dziwka za każdym razem zwodzi świszczącymi obietnicami. Nie, postanawiam. Tym razem nie mnie na to złapią, już raz dałem się podpuścić. Nie, nie pozwolę, żeby to się powtórzyło. Odrywam wzrok od moich kolan i przenoszę go na ogród. Moja koleżanka Anna wybiera się gdzieś z panią Lessing z pokoju trzysta szesnaście. W ślimaczym tempie suną naprzód, pani Lessing podpiera się przy tym o chodzik. Anna od czasu do czasu zerka na zegarek, z kolei jej osiemdziesięciodwuletnią podopieczną w pełni pochłania koordynacja ostrożnie stawianych kroków z jednej strony, a chłonięcie otoczenia z drugiej. Przyglądam się, jak pani Lessing z uśmiechem na twarzy wskazuje jedno z potężnych drzew, kasztanowiec o długich, drobnych, białych kwiatostanach. Z kolei oczy Anny znów są utkwione w nadgarstku. Taki już jest ten świat. Brak w nim cierpliwości, manier, współczucia. Kiedy pani Lessing dostrzega, że tutaj siedzę, wesoło do mnie macha. Wsuwam telefon wraz ze słuchawkami do kieszeni spodni, wygładzam sobie włosy i podnoszę się z ławki, na której zamierzałem spędzić przerwę na lunch. Kilka kroków i już jestem po drugiej stronie żwirowej ścieżki, żeby zaoferować się tej starej kobiecie jako towarzystwo podczas spaceru, na który wyraźnie ma ochotę pójść.

- Zastąpię cię, Anno.

Nie trzeba jej tego dwa razy powtarzać: bez pożegnania, bez żadnego "dziękuję", jedynie skinąwszy głową, Anna się oddala. Znów kręcę głową i podaję pani Lessing swoją lekko ugiętą rękę, jakbym chciał ją poprowadzić na parkiet.

- Mogę prosić?

- Sama nie wiem. - Posyła niepewne spojrzenie chodzikowi.

- Nie potrzebuje go pani. Ma pani przecież mnie.

Pani Lessing spogląda na mnie, wciąż lekko onieśmielona. Głęboko w niej tkwi mentalność pokolenia, które za nic nie chce stwarzać problemów. Lub z którego skutecznie wyrugowano prawo do robienia jakichkolwiek trudności najpóźniej po kilku miesiącach od trafienia tutaj, do domu opieki. Mniej więcej wtedy bowiem złożona przez rodzinę obietnica, że będą przyjeżdżać w odwiedziny co najmniej dwa razy w tygodniu, obraca się w nicość i zastępuje ją szara rzeczywistość - jest się pozostawionym na śmierć, pod opieką Ann tego świata, które z kolei każdego dnia są przytłaczane własną rzeczywistością. Być może kiedyś nawet miały dobre intencje, chciały zrobić coś znaczącego - aż zauważyły, jak często teoria różni się od praktyki. Pensja opiekunki socjalnej ledwie starcza na opłacenie czynszu; praca jest wymagająca pod każdym względem. Nie tylko fizycznie, lecz także psychicznie. Co dzień trzeba znosić konfrontacje z degeneracją i śmiercią. I może nie wystarczy tego jedynie jakoś przetrzymać, należy dostrzec w tym pewien dar.

- Da mi pani jeszcze kosza, pani Lessing. I złamie mi tym pani serce.

- Ach, drogi panie Danielu. - Z uśmiechem bierze mnie mimo wszystko pod ramię i razem ruszamy z miejsca, powoli, ostrożnie, krok za krokiem. - Co ja bym zrobiła, gdybym nie miała tu pana.

- Miałaby pani jakiegoś innego wielbiciela.

Pani Lessing chichocze. Spostrzegam, że tego ranka nikt nie czesał jej włosów ani nie pomagał się ubrać. Nie tylko dlatego, że jest zdecydowanie zbyt ciepło ubrana, na jej ciemnozielonym wdzianku z długim rękawem widać też pojedyncze plamy: resztki żółtka i jeszcze coś jasnego, może śmietana z wczorajszego spotkania przy kawce. Plamy - tak, znowu wracam myślami do podcastu. Do Julie i plam po soku na jej sukience.

- Mimo wszystko mam wyrzuty sumienia, że zakłócam panu przerwę obiadową.

- Żaden problem. - Głaszczę bladą dłoń, którą pani Lessing wcisnęła pod mój łokieć, szukając jakiegoś oparcia. - I tak nie mam nic do roboty.

- Nie? Zdawał się pan taki pochłonięty własnymi myślami, kiedy siedział pan na ławce. Ma pan jakieś problemy w pracy?

- Nie, nie, nic takiego. Wie pani przecież, jak bardzo lubię tę robotę.

- I w domu też wszystko w porządku, tak? Pana pieseczek czuje się już lepiej?

Muszę się uśmiechnąć za każdym razem, kiedy słyszę, jak pani Lessing nazywa moją Queen "pieseczkiem". Może tylko dlatego, że jeszcze nigdy nie widziała jej na zdjęciu.

- Dużo lepiej, dziękuję.

- A te napady?

W mgnieniu oka znów poważnieję. Nie powinienem był o tym wspominać pani Lessing, bo od tamtej pory pyta mnie o to przy każdej okazji, a wtedy w mojej głowie momentalnie pojawia się obraz plującej i wyjącej Queen, jakby wstąpił w nią diabeł. Bolesny widok, ledwie do zniesienia.

- Ustąpiły.

- Dzięki Bogu. My też mieliśmy pieseczka, mój mąż i ja, kiedy dzieci już się wyprowadziły. Takiego małego bolończyka.

- Tak, już mi pani o nim kiedyś opowiadała. Wabił się Jimmy, prawda?

- Tak, nasz kochany mały Jimmy. Był dla nas źródłem tak wielu radości, ale dopadło go ciężkie choróbsko. - Patrzy na mnie. - Proszę chodzić regularnie ze swoją Queen do weterynarza, drogi panie Danielu. Naprawdę, to bardzo ważne.

- Queen czuje się znakomicie - mówię z naciskiem. - Nie mogę tylko zostać dzisiaj po godzinach. Zapowiadali burze, a ona zawsze nieco się boi, kiedy jest sama w domu, a za oknem grzmi.

- Och, mogę to zrozumieć. Ja też nie czuję się dobrze, kiedy na dworze huczy i błyska. Dla mojego męża był to zawsze powód do drwin. Proszę sobie wyobrazić, że on mógł nawet iść podczas burzy na spacer! - Po krótkim śmiechu następuje wyczekujące spojrzenie. - A więc? Co pana tak zajmuje?

Wzruszam ramionami.

- Słuchałem podcastu. Nic, czego z chęcią nie zamieniłbym na spacer z panią.

- Ach, tak. - Pani Lessing kiwa głową ze zrozumieniem. - To taki rodzaj audycji radiowej w internecie, prawda? Moja wnuczka też zawsze słucha podcastów. Planuje zajrzeć do mnie w weekend.

- Bardzo się cieszę. Dawno jej tutaj nie było.

- No cóż, ma już trzydzieści lat i własną rodzinę. Zawsze tak dużo się u niej dzieje. - Usta pani Lessing markują uśmiech. - O czym był więc ten pana podcast?

- True Crime, to znaczy "prawdziwe przestępstwa". Prowadzący co tydzień omawiają rzeczywisty przypadek kryminalny. Na ogół odbywa się to tak, że jeden z pary prowadzących bierze na siebie rolę opowiadającego, a drugi pozornie spontanicznie na to reaguje. - Kręcę głową. - Sądzę, że w rzeczywistości nie ma w tym grama spontaniczności, tylko wszystko przebiega dość ściśle według scenariusza.

- Mój mąż też zawsze tak twierdził, kiedy oglądaliśmy telewizję. "Elly", mówił, "nie wierz w to, co widzisz. Oni mają na wszystko jakiś scenariusz, nawet w wiadomościach".

Idziemy kawałek. Ogród stanowi najpiękniejszą część Ośrodka dla Seniorów St. Elisabeth; tutaj przyroda podporządkowuje sobie ludzi, nie na odwrót. Drzewa wyciągają się w górę i rozchodzą na boki, nie zważając na swój wiek i warunki pogodowe. Nawet te, które raz w roku zostają wyznaczone, żeby dozorca oznaczył je farbą w spreju do wycinki. Akurat wtedy one jak na złość znów budzą się do życia, a dozorcy nie pozostaje nic innego, jak odejść ze swoją piłą. Cóż... Jak to się ładnie mówi? Skazani na śmierć wyciskają z życia ostatnie kropelki.

- No i? - pyta po chwili pani Lessing. - O jaką sprawę kryminalną chodziło dzisiaj? Wie pan, mój mąż i ja często oglądaliśmy w telewizji program z Eduardem Zimmermannem, leciał w piątki na dwójce. "Elly", mówił zawsze mój mąż, "ten świat jest pełen wariatów".

- Co też pani powie.

- A więc?

Tłumię w sobie westchnienie i na rozwidleniu żwirowych ścieżek kieruję się w stronę gmachu głównego. Przerwa obiadowa już niemal się skończyła, a mojej towarzyszce drzemka zapewne dobrze zrobi, żeby potem, w sam raz wypoczęta, mogła udać się na gimnastykę dla seniorek.

- Chodziło o młodą dziewczynę - odpowiadam. - Niejaką Julie.

Jak na komendę pani Lessing się zatrzymuje i spogląda na mnie przenikliwie. Przez chwilę się zastanawiam, czy coś zauważyła. Czy się zawahałem? Może mimo wszystko niechcący westchnąłem albo zabrzmiałem jakoś dziwnie, kiedy wypowiadałem imię Julie?

Odchrząkuję, gotowy na zmianę tematu. Mam czterdzieści dwa lata, jestem w wieku, w którym traci się włosy i przybiera na wadze. W wieku, w którym młodość i związane z nią możliwości migoczą już tylko gdzieś w oddali. Bywa to czasem przygnębiające, a czasem wcale nie, bo jest to także wiek, w którym rozumie się już ludzi i mechanizmy ich działania. Na przykład u ludzi takich jak pani Lessing wszystko obraca się wokół jednego: samotności. Zadają pytania tylko z jednego powodu: w głębi duszy mają nadzieję, że ich samych też ktoś o coś zapyta. Tak naprawdę wcale nie chcą słuchać, a jedynie czekają na okazję, żeby opowiedzieć o sobie, bo wiedzą, że nie zostało im na to wiele czasu. Ich historie mają datę przydatności; muszą je puścić między ludzi, dopóki jeszcze mają szansę, żeby na końcu pozostało po nich chociaż coś niewielkiego. Przynajmniej jakieś małe wspomnienie, drobna anegdota, która u tego, kto ich słucha, przywoła uśmiech na twarzy, kiedy pokój zajmowany przez opowiadającą lub opowiadającego dawno już znajdzie nowego lokatora.

- Chętnie bym posłuchał, jaka pani była jako młoda dziewczyna - mówię więc, żeby dać pani Lessing szansę. - Z pewnością była z pani naprawdę gorąca laska.

Zaciska czujne oczy, z pozoru bez trudu lustrując mnie wzrokiem, i stwierdza:

- Próbuje pan wywieść mnie w pole, drogi panie Danielu. A ja bardzo bym chciała się dowiedzieć, co takiego przydarzyło się tej Julie.

Liv

Liv: Przeskoczmy nieco w czasie, do lata dwa tysiące trzeciego roku. Julie ma już szesnaście lat i po wakacjach zacznie naukę w jedenastej klasie w liceum imienia Walthera Rathenaua w berlińskiej dzielnicy Grunewald. Do tej pory była bardzo dobrą uczennicą, która z imponującą wręcz szybkością przyswajała wiedzę. W pełni wdała się w ojca, Theo: jej konik to nauki ścisłe. Marzy o tym, żeby po maturze studiować geofizykę i oceanografię, a więc naukę o morzu, najchętniej gdzieś za granicą. Zgodnie z późniejszymi planami zawodowymi również w czasie wolnym bardzo ciągnie ją do wody. Już jako dziesięciolatka zdobyła pierwsze uprawnienia nurkowe, a w wieku czternastu lat zrobiła patent żeglarski. W międzyczasie nurkowanie stało się jej ulubionym hobby, podobnie jak pływanie po jeziorze motorówką, żeglowanie lub ogólnie po prostu pływanie. Dodatkowo uczęszcza z siostrą Sophią na zajęcia ze sportów walki i bierze lekcje tańca. I muszę tu powiedzieć całkiem szczerze: jak, do diabła, udaje jej się znaleźć na to wszystko czas? To nie może być normalna dziewczyna, ale jakiś cyborg! Nie tylko ma niebywale wiele zainteresowań, lecz otacza ją też liczne grono przyjaciół i przyjaciółek, z którymi stale coś robi. Chodzą na zakupy lub do kina albo całą paczką spotykają się u Julie w domu, dokładniej w starej szopie na łodzie na działce Novaków. Słuchają muzyki i z pewnością ukradkiem wypijają jedno lub dwa piwa.

Phil: I jarają zioło, i całują się.

Liv: Nie ma na to żadnych dowodów, ale tak, może tak być.

Phil: No jasne, w tym wieku.

Liv: Chcesz powiedzieć, kiedy ma się szesnaście lat? Przy czym część znajomych Julie faktycznie jest starsza. Wśród nich wyróżnia się szczególnie jedna osoba: dwudziestodwuletni Daniel W., który na początku czerwca dwa tysiące trzeciego roku poznał Julie. I zgadnij jak?!

Phil: No?

Liv: Megastereotypowo. Julie jechała na rowerze i złapała gumę, Daniel W. przypadkowo właśnie tamtędy przejeżdżał samochodem i zaoferował pomoc, wybawiając dziewczynę z opresji.

Phil: Uhm.

Liv: Cóż, zapewne się zdarza przy takiej różnicy wieku. Tych dwoje w każdym razie szybko zostaje parą, co jednak wkrótce prowadzi do awantur w domu Novaków, rodzice Julie nie są tym bowiem ani trochę zachwyceni.

Phil: To w pełni zrozumiałe. Mowa przecież o dorosłym już mężczyźnie, Julie z kolei dopiero dojrzewa. U kogo nie zapaliłoby się od razu światełko alarmowe?

Liv: Fakt. Jednak to nie tylko różnica wieku martwi jej rodziców. Daniel W. bowiem, tutaj możesz obejrzeć go sobie na zdjęciu, które ci przyniosłam, nie tylko wygląda jak James Dean, ale jest dokładnie takim typem, jakich chętnie grywał James Dean, outsiderem. Wywodzi się z raczej dość ubogiej rodziny i właśnie przerwał edukację zawodową. Oczywiście zupełnie nie pasuje to do wytwornych Novaków. Do tego szybko daje się zauważyć jego wpływ na Julie. Dziewczyna zaczyna zaniedbywać szkołę, co przy planach, jakie ma na przyszłość, może się w końcu okazać na wskroś problematyczne. Zaniedbuje też rodzinę i paczkę znajomych, bo odtąd spędza czas niemal wyłącznie z Danielem W. Celowo odizolowuje on ją coraz bardziej od dawnego otoczenia, jak później wyznał w wywiadzie prasowym jeden z najlepszych przyjaciół Julie.

Phil: Toksyczny związek.

Liv: Rodzice Julie wkrótce starają się to ukrócić: zabraniają jej spotykać się z Danielem W. I ku powszechnemu zdziwieniu Julie najwyraźniej trzyma się tego zakazu. Pełna entuzjazmu w połowie sierpnia dwa tysiące trzeciego roku zaczyna nowy rok szkolny. Poza tym znów spędza dużo więcej czasu ze swoją paczką i oddaje się licznym hobby. W skrócie: wygląda na to, że znów jest dawną Julie. Potem jednak...

Phil: Tadadada, złowieszcza muzyka.

Liv: Tak, mniej więcej. Jest niedziela, siódmy września dwa tysiące trzeciego roku, bardzo wczesny ranek, odpowiednio ku temu ponury. Matka Julie, Vera, właśnie wstała i idzie szykować śniadanie dla całej rodziny. Kiedy po drodze na klatkę schodową mija gabinet swojego męża, jej uwagę zwraca niebiesko-białe światło, które przez uchylone drzwi pada na podłogę u jej stóp. Vera Novak wchodzi do pokoju i stwierdza, że rzuca je włączony ekran komputera. Wyświetla się na nim otwarty plik Worda z najniższym żądaniem okupu w historii niemieckiej kryminalistyki. Zanim przyjrzymy się temu wnikliwiej, przedstawię je w skrócie tobie i naszym słuchaczom dla lepszej orientacji. W dokumencie napisano, że córka Novaków została porwana i mają zapłacić trzydzieści tysięcy euro w zamian za jej życie. Vera od razu zagląda do pokoju Julie i faktycznie, nie ma tam ani śladu szesnastolatki. Ogarnięta paniką kobieta wpada do swojej sypialni i budzi męża...

Theo

Sen, idzie tak: Vera stoi w nogach łóżka. Macha rękami, słowa wylatują z ust jak pociski. Nie docierają jednak do mojej świadomości, uderzają w czoło i na nim się zatrzymują.

Julie, coś z Julie.

Vera migiem obchodzi nasze łóżko, po czym ciągnie mnie za rękę. Jestem lekarzem, stale zaprogramowanym na nagłe wypadki, błyskawiczne reagowanie. Wszystko inne może kosztować czyjeś życie.

Mówię: "Vero, tylko spokojnie". Zawsze mówię "tylko spokojnie", bo to kluczowe w nagłych wypadkach: zachować spokój. "Julie!", woła Vera, a ja: "Tylko spokojnie", na co ona sprzedaje mi koliczek. "Nie rozumiesz, Theo?"

W tym momencie do pokoju wchodzi Julie. Jej twarz jest wymazana krwią, jej włosy posklejane i ciemnoczerwone. W dłoni szeleści jej kawałek papieru.

"Masz te pieniądze, tato?", pyta, łzy zostawiają na jej wymazanych policzkach jasne tory. W odpowiedzi szybko kiwam głową. "To dobrze, tato. Mogę więc teraz pójść i obmyć sobie twarz". Po tych słowach opuszcza naszą sypialnię. Odtrącam Verę i pędzę za córką do łazienki.

Nie ma tam jednak Julie.

Obracam się raz za razem wokół własnej osi, jakby naprawdę istniał cień szansy, że mogłem ją przeoczyć. Dopiero gdy w progu staje Vera, jej krzyk sprawia, że raptownie nieruchomieję. Patrzę na żonę, na jej szeroko otwarte oczy, prawą, trzęsącą się dłoń, którą przykłada do ust, krzyk robi się umilkły. Potem mój wzrok podąża za jej spojrzeniem do kranu. Z którego kapie krew. I się budzę.

Ten koszar nawiedził mnie nie pierwszy raz. Nie żebym wiedział to z całą pewnością, tak jednak czuję; takie pełza po mnie uczucie. Siadam. Od razu plecy dają mi się we znaki, vertebrae lumbales, wrażliwy region. Warto rozważyć ibuprofen. C13H18O2. Niesteroidowy środek przeciwzapalny i przeciwreumatyczny, najczęściej stosowany analgetyk na ból, gorączkę i zapalenia obok paracetamolu i kwasu acetylosalicylowego. Albo pomyśleć o nowej kanapie. Ta jest od dawna wyleżała, skórzane opicie pokrywają zadrapania i matowe, szorstkie placki. W dawnym domu stała w moim gabinecie i była używana do rozmów, do tych poufnych momentów, w których ludzie patrzą sobie w oczy, do wyznawania grzechów, opowiadania o swoich planach i decyzjach. Przez te wszystkie lata tylko raz na niej spałem - po kłótni z Verą, kiedy wściekła wykwaterowała mnie z sypialni. Nie mieściło jej się w głowie, jak mogłem przegapić bal Julie na zakończenie dziewiątej klasy, ale mus to mus. Dzisiaj ta kanapa stoi w mojej kuchni, która w dodatku jest dla niej za mała. Ale jeśli pominąć fakt, że i tak nie mam możliwości finansowych, żeby kupić sobie nową, to ten mebel jest jednym z nielicznych, które w ogóle zabrałem z naszego domu. W takim razie lepszy ten paracetamol. Pocieram sobie czoło. Tamten sen wciąż kołacze mi się po głowie, poza tym jednak popołudniowa drzemka spełniła zadanie. Jeśli nie liczyć delikatnego bólu pleców, to czuję się dobrze. Wiem dokładnie, gdzie jestem, i potrafię nazwać wszystkie przedmioty w swoim polu widzenia. Krzesło. Stół. Aneks kuchenny. Ekspres do kawy. Sterta brudnych... no jak im tam... skupiony zaciskam powieki... naczyń. Kiwam głową zadowolony; każdą komódkę mojego ciała przepełnia entuzjazm. Wstaję. Chciałbym coś zrobić. Chciałbym się przejść. Odwiedzić Verę i przynieść jej kilka świeżych kwiatów. Moja Vera. Kochała kwiaty. Nie te bufońskie cięte, w ogromnych bukietach, tylko takie, które po prostu rosną tam, gdzie przyroda im na to pozwoli. Kosaćce, mieczyki, rzeżuchę łąkową. Nigdy nie kupowała kwiatów, zawsze sama je zrywała, w naszym ogrodzie na dole, nad jeziorem. Mimo wszystko wezmę jej coś z kwiaciarni przy cmentarzu, niech nie myśli, że się zrobiłem skąpany. Poza tym nie wiem, gdzie w okolicy można zerwać kwiaty. Na wąskim pasie zieleni przed blokiem, w którym mieszkam, rosną co najwyżej stokrotki, zbłądzone między porozrzucane na ziemię papierki, puste puszki i psie kupy. Potem do mnie dociera, że Sophia zarekwirowała kluczyki do mojego auta. Chociaż? Ostrożnie sprawdzam kieszenie spodni, a potem jeszcze raz deskę z kluczami w przedpokoju. Ha! Miałem racę, dobrze pamiętałem - co wprawia mnie w jeszcze lepszejszy nastrój, ale nie rozwiązuje mojego problemu. Zastanawiam się i do głowy przychodzi mi autobus. Każdy głupek umie jeździć autobusem. Idę do sypialni. Tam, pod oknem, stoi wciśnięte biurko, kolejna relikwia przetransportowana z przeszłości, na nim: komputer. Jest już nieco przestarzały, pod względem rozmiaru i osiągów nie do porównania z tymi, które dzisiaj są w użyciu, ale dobrze służy swojemu celowi. Włączam go i natychmiast staje się do usłyszenia buczenie, wentylacja. Chcę sprawdzić połączenie autobusowe na cmentarz w Grunewaldzie, gdy przychodzi mi do głowy, żeby kliknąć jeszcze w skrzynkę pocztową. Kiedyś dostawałem dziesiątki zapytań, zaproszeń na sympozja, próśb o wywiady do czasopism branżowych albo podań od młodych ludzi, którzy właśnie skończyli studia i marzyli o tym, żeby pracować w moim zespole. Zatrzymuję się w pół ruchu, bo uświadamiam sobie, jak stale spadała liczba tego rodzaju zapytań, a w ich miejsce przychodziły inne, które za każdym razem przypominały ujęte w słowa pchnięcia sztyletem - prośby o wywiad w związku z zaginięciem córki. Kiedy i te wreszcie się skończyły, najpierw mnie to uradowało. Aż dotarło do mnie, co to znaczy. Nikt już nie wierzy, że Julie jeszcze żyje. Spisano ją na sterty.

Tak jak i mnie w międzyczasie spisano.

Wiem, że jestem chory. Wiem, jak ta choroba z reguły się kończy. Niech mnie, potrafię odczytać przeklęty rezonans magnetyczny i znam wszystkie badania. A mimo to mam wrażenie, że nie chodziło tutaj o mój rezonans, kiedy Dellard mi go pokazał, i te wszystkie rzeczy, które mówił, nie odnosiły się do mnie. Może mimo wszystko się myli lub robi tak, żeby się na mnie zemścić, bo... bo ten... no jak mu tam... Dellard zawsze był idiotą.

Kurator myszki przejeżdża przez reklamy i przypomnienia, żebym wreszcie zrobił coś z antywirusem, którego subskrypcja już się skończyła. Aż trafiam na temat wiadomości, który wyróżnia się spośród innych. Brzmi tak: "Prośba o wywiad na temat przypadku Pana córki Julie". Drżącą dłonią, wstrzymując oddech, najeżdżam kuratorem na tę wiadomość.

Szanowny Panie,

nazywam się Liv Keller i razem ze swoim partnerem, Philippem Hendricksem, nagrywam od 2020 roku podcast Two Crime - True Crime Podcast. Co miesiąc słucha nas ponad 800 000 osób, dzięki czemu jesteśmy najpopularniejszym niemieckojęzycznym podcastem o prawdziwych zbrodniach. Planujemy właśnie odcinek dotyczący sprawy Pana córki Julie - w tym roku przypada dwudziesta rocznica jej zaginięcia, a ta sprawa bardzo nas ujęła. Trudno pojąć, że chociaż upłynęło już tyle czasu, wciąż nie udało się ustalić, co stało się z Julie, i dlatego chcielibyśmy się przyłożyć do tego, żeby jeszcze raz zwrócić uwagę opinii publicznej oraz śledczych na tę sprawę. Etos dziennikarskiej staranności zabrania nam jednak, byśmy ograniczyli się wyłącznie do stworzenia kompilacji z tego, co znajdziemy na ten temat w internecie, chcielibyśmy zaprosić Pana do naszego odcinka. Tylko tak będziemy mogli mieć pewność, że otrzymamy godne zaufania wypowiedzi z pierwszej ręki.

Nagranie odbyłoby się w połowie sierpnia w naszym studiu przy Knesebackstraße, tutaj w Berlinie; emisja jest planowana na trzeci tydzień sierpnia. Byłabym wdzięczna, gdyby mógł Pan do mnie zadzwonić (mój numer znajdzie Pan w stopce).

Z poważaniem

Liv Keller

- To zapytanie sprzed dwóch tygodni, nie jest więc już w ogóle aktualne - oświadcza Sophia w pierwszej reakcji, co jednak nieszczególnie mnie interesuje. Kiedy moja córka to zauważa, staje przede mną w rozkroku i bierze się pod boki. - Nie! - mówi kategorycznie. - Wybij to sobie z głowy! Nie ma mowy, żebyś udzielił tego wywiadu!

Żałuję już, że w ogóle do niej zadzwoniłem z prośbą, żeby przyszła. Sam ton i sposób, w jaki stoi przede mną w tej chwili, gdy ja siedzę wpadnięty w wytartą od użytku skórzaną kanapę, oraz Richard, którego bez wcześniejszego uzgodnienia ze mną po prostu tu przywiozła i który teraz stuka za nią moimi brudnymi naczyniami - momentalnie sprawiają, że robię się wściekły. Wstaję z miejsca. Sophia - bez względu na to, jak bardzo próbuje stroszyć piórka - jest o dwie głowy niższa ode mnie i chuda jak źdźbło trawy.

- Nie będziesz decydować o tym, czy spotkam się z tą dziennikarką, czy nie - burczę.

- Och, a jednak - odburkuje. - Bo ta decyzja dotyczy nie tylko ciebie, lecz także mnie, a w dalszej kolejności również Richarda.

Poirytowany wymijam wzrokiem Sophię i spoglądam na jej męża, który na moment przerywa zmywanie i wzdycha przez ramienie. Rodzina Richarda pochodzi z Brazylii. Dzięki chudej, umięśnionej sylwetce i niemal idealnej twarzy Richard wygląda jak posąg z cennej kolekcji sztuki, tak jakby jego twórca podczas rzeźbienia dał się ponieść wenie. Verze Richard by się podobał, ale ona sama też była przecież takim dziełem sztuki. Ja osobiście uważam, że jest zbyt ładny jak na mężczyznę, któremu można by było zaufać.

- Nie sądziłem, że on ma z tym... - zaczynam, ale Sophia nie daje mi dokończyć.

- Tak, gdybyś zapomniał, i proszę, na poważnie weź tę opcję pod uwagę, Richard i ja właśnie jesteśmy w trakcie procedury adopcyjnej. I nie jesteśmy, powtórzę raz jeszcze, nie jesteśmy gotowi zrezygnować z szansy na dziecko tylko dlatego, że twoim zdaniem po tych wszystkich latach trzeba tę całą sprawę podgrzewać na nowo.

- Tę całą sprawę, Sophio? - Zbliżam się do niej o krok, żeby jeszcze uwidocznić różnicę wzrostu między nami. - Julie nie jest żadną sprawą, tylko twoją siostrą! Dziewczyną, która godzinami przesiadywała w ogrodzie i urządzała tam te... jak im tam... tea party, kiedy ty nie miałaś akurat przyjaciółki do zabawy! Która zabierała cię na zajęcia z gimnastyki i przerobiła dla ciebie swoją sukienkę na bal, bo tak ci się podobała! Która ci...

- Ach. Więc to jeszcze pamiętasz. Ale już to, że Richard i ja staramy się zaadoptować dziecko od blisko roku, nie jest oczywiście na tyle ważne, żeby zakodowało się to gdzieś tam w tej twojej mózgownicy, tak żebyś zawsze mógł to przywołać.

- Sophio... - Richard z kapiącym talerzem w dłoni odwraca się do niej przy zlewie i kręci głową. - Przecież on tego nie robi specjalnie.

- No fakt, to nie ma w ogóle o czym mówić - rzuca ironicznie Sophia i uderza się rozłożoną dłonią w czoło. - On jest chory! Czasem przez cały dzień nie wstaje z łóżka! - Odwraca się do Richarda, wyjmuje mu z dłoni talerz i wymachuje nim przed moim nosem. - Ledwie sam jest w stanie zadbać o swoje mieszkanie, nie mówiąc o tym... - Wolną ręką sięga do guzików mojego swetra i za nie pociąga. Drugi guzik od góry jest zapięty w trzeciej dziurce. - Tylko na niego popatrz! Wygląda, jakby mieszkał na ulicy! Te włosy! Ta broda! Czyś ty się, tato, w ogóle przeglądał ostatnio w lustrze? - Puszcza sweter, ale dalej wymachuje talerzem. - Ma zaburzenia świadomości, wydaje mu się, że został uprowadzony przez obcego, podczas gdy naprawdę siedzi w gabinecie, a tym rzekomym obcym jest nie tylko jego lekarz prowadzący, lecz także wieloletni przyjaciel i współpracownik! Właśnie to stało się nie dalej jak dzisiaj. Pamiętasz jeszcze, tato?

Wpatruję się w podłogę, ale Sophia... ona jeszcze nie skończyła.

- Wahania nastroju! Problemy ze znalezieniem słów! - Unosi ręce, w prawej dłoni wciąż trzyma świeżo umyty talerz. - Ale jasne, co to niby jest? Dajmy mu udzielić w spokoju wywiadu, żeby przed całym światem mógł zrobić z siebie skończonego durnia!

Klik...

Liv

Liv: Tamtej niedzieli, siódmego września dwa tysiące trzeciego roku, wciąż nie zrobiło się jeszcze całkiem jasno, gdy przed domem Novaków zatrzymuje się kolumna policyjnych radiowozów. Vera zgłosiła na numer alarmowy zniknięcie ich córki i już pół godziny później w sprawę zostali zaangażowani liczni funkcjonariusze, co jest w najwyższym stopniu zadziwiające, jeśli wziąć pod uwagę sformułowane przez porywaczy żądanie okupu, które Vera znalazła w komputerze męża. W tej wiadomości napisano bowiem tak: Szanowna Pani Novak, szanowny Panie Novak, przeczytajcie, proszę, uważnie tę wiadomość i skrupulatnie trzymajcie się naszych wskazówek. Mamy Państwa córkę. Póki co jest cała i zdrowa pod naszą opieką, to jednak może się bardzo szybko zmienić, jeśli nie spełnią Państwo naszych żądań. Proszę spakować 30 000 euro do czarnej torby sportowej, którą Państwa córka zazwyczaj zabierała na treningi karate. W ciągu dnia zadzwonimy do Państwa, żeby udzielić dalszych instrukcji co do przekazania pieniędzy. Proszę nawet nie myśleć o tym, żeby wciągać w to policję. Obserwujemy Państwa dom i podjęliśmy techniczne środki zaradcze, żeby mieć pod nadzorem dostępne szlaki komunikacyjne. Jeśli mimo wszystko zdecydują się Państwo skontaktować z policją, proszę się liczyć z niezwłocznymi konsekwencjami. Poślemy Państwa córkę na śmierć. A ona pożegna się z tym światem, mając świadomość, że zostawili ją Państwo na lodzie. Już o to zadbamy, żeby jej zwłoki przepadły, czym odbierzemy Państwu możliwość pochówku. Przez resztę życia będą Państwo musieli żyć ze świadomością, jakie fatalne konsekwencje pociągnęła za sobą Państwa decyzja. Proszę nas nie lekceważyć. Dla nas, w przeciwieństwie do Państwa, ta sytuacja nie jest niczym nowym. Od dawna pracujemy w "handlu wymiennym". Czasem dobrze się to kończy, czasem nie - wszystko zależy wyłącznie od tego, czy nasi "partnerzy biznesowi" trzymają się ustalonych przez nas reguł. Żadnych sztuczek! Mamy silniejsze karty przetargowe. I wiemy, co robimy. Proszę się przygotować.

Phil: Wow, okej. Muszę to najpierw przetrawić.

Liv: Czym ewidentnie różnisz się od Novaków, bo oni - jak już wspomniałam - mimo wyraźnego ostrzeżenia porywaczy od razu kontaktują się z policją.

Phil: Zdecydowanie jest to jakaś decyzja.

Liv: W przypadku której trzeba brać pod uwagę, że może kosztować ich córkę życie. Jasne, rodzice w tej chwili czują się prawdopodobnie całkowicie przytłoczeni, ale czy ktoś naprawdę podejmowałby takie ryzyko? Szczególnie że w tym liście napisano, że dostępne szlaki komunikacyjne są pod nadzorem. No więc czy normalny człowiek - nawet jeśli zamierza zwrócić się z prośbą do służb - nie postępowałby przypadkiem tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział?

Phil: Masz na myśli tę kolumnę radiowozów przed domem?

Liv: Nie sposób już o coś bardziej rzucającego się w oczy.

Phil: Fakt. Ale jeśli pominąć, że rodzice działają całkowicie wbrew instrukcjom porywaczy: co to jest w ogóle za dziwaczna kwota okupu? Kto zadaje sobie tyle trudu, żeby sformułować list tej długości, skoro kwintesencję daje się wyrazić w czterech krótkich zdaniach: Mamy Państwa córkę. Chcemy za nią 30 000 euro. Żadnej policji, bo zginie. Odezwiemy się w ciągu dnia. I tyle.

Liv: Swoją drogą, wczoraj nawet sprawdzałam, ile zajmuje napisanie takiego tekstu. Mówimy tu o dwustu dwudziestu jeden słowach. Nie jestem, rzecz jasna, profesjonalną stenotypistką, ale do pisania używam dziesięciu palców i przynajmniej sobie wmawiam, że w gruncie rzeczy idzie mi to sprawnie. Mimo to pisanie zajęło mi całe pięć i pół minuty, bo popełniłam przy tym cztery błędy. A ja tylko przepisałam ten list, to znaczy nie musiałam się jakoś specjalnie zastanawiać, jak to najlepiej sformułować. Możemy więc przyjąć, że ci, którzy pierwotnie przygotowali ten list, potrzebowali na to zdecydowanie więcej czasu niż moje zaledwie pięć i pół minuty. Ale szczerze: kto robi coś takiego? Chodzi mi o to... wyobraź sobie, że jesteś jednym z porywaczy...

Phil: Z całą pewnością nie siedziałbym spokojnie w gabinecie ojca porwanej i nie wypisywał takich dyrdymałów, ryzykując tym samym, że zostanę nakryty. Żądanie okupu przygotowałbym już w domu, a później tylko je tam podrzucił. Potem wszedłbym do domu Novaków, zabrał dziewczynę i jak najszybciej wziął nogi za pas.

Liv: Ty, i zapewne każdy inny zdrowo myślący człowiek na tym świecie, byś tak postąpił. Tym bardziej jeśli jesteś rzekomym profesjonalistą w takiej osobliwej formie "handlu wymiennego".

Phil: Dziwna wydaje się też sama kwota okupu. Taka bogata rodzina trzyma zapewne trzydzieści tysięcy euro w domu na drobne wydatki, co?

Liv: Cóż, i tak, i nie. Być może porywacze wychodzili z założenia, że Novakowie mają taką kwotę w domu, powiedzmy, pod przysłowiową poduszką. Wypłatę sześcio- czy nawet siedmiocyfrowej kwoty Theo Novak musiałby wcześniej zgłosić w banku, co łączyłoby się zapewne nie tylko z dodatkowymi pytaniami, lecz także z pewną zwłoką.

Phil: No okej. Ale skoro tak kurczowo trzymam się wiary w to, że Novakowie mają gotówkę w domu, to dlaczego po prostu sam jej nie wziąłem? Przecież już i tak byłem w tym domu i najwyraźniej ani mocno się nie spieszyłem, ani nie byłem cały w nerwach, że mnie nakryją. Po co więc zadaję sobie tyle trudu z porywaniem dziewczyny?

Liv: Zmierzasz do tego, że w rzeczywistości wcale nie chodzi ci o pieniądze, tylko od początku zależy ci na dziewczynie? Ale to ma przecież dokładnie tak samo mało sensu, co nie? Bo skoro tylko chcesz porwać tę dziewczynę, to po co tracisz czas na wypisywanie żądania okupu?

Phil: Myślisz więc, że uprowadzenie Julie tak czy inaczej miało coś wspólnego z pieniędzmi?

Liv: Tak, musiały być ważne. Inaczej nie narażałbyś się bez potrzeby na niebezpieczeństwo, że zostaniesz przyłapany.

Phil: Uważaj, Liv: myślę, że jestem kłamcą. Nie jestem częścią grupy, jak twierdzę w żądaniu okupu. Nie jest to też moja praca. Jestem raczej insiderem, kimś, kto na tyle dobrze zna tę rodzinę, żeby wiedzieć o pieniądzach. Jestem samotnym wilkiem o bardzo osobistym motywie.

Liv: To całkiem możliwe. Jest to w każdym razie trop, za którym bardzo szybko podążyli policjanci. Bo tamtego dnia w domu Novaków nie ma - poza samą Julią, ma się rozumieć - jeszcze czegoś absolutnie decydującego.

Theo

Widno, orientacja.

Ta... no jak jej tam... kuchnia. Stół. Mężczyzna naprzeciwko mnie, dłonie złożone na blacie, jak do modlitwy. Ja: otwieram usta. Słowa nie chcą wyjść. Z gardła wydobywa się tylko rzężenie. Mężczyzna: przesuwa dłoń po stole. Jego dłoń na mojej dłoni.

Głos:

- Już wszystko dobrze, Theo. Jesteś u siebie w mieszkaniu w Spandau. To ja, Richard, twój zięć. Poznajesz mnie?

Znów rzężenie z gardła. Dłoń zaciska się w pięść.

- Wiem, było dla ciebie trochę zbyt wiele emocji.

Ja: chcę wstać. Richard won. Niech tu nie siedzi, nie z dłonią na mojej pięści.

- Napijesz się czegoś, Theo? Coś ci przynieść?

Ja: kręcę tą, no... głową.

- Może szklankę wody?

Kręcę, kręcę. Obraz w głowie, młoda Vera. Słowa ledwo co kapią:

- Sophia?

- Powiedziałem jej, żeby wróciła do domu. Musiała się najpierw uspokoić, dokładnie tak jak ty.

Ja: patrzę w podłogę. Tam: rozbite.

- Jej też nie zawsze jest łatwo, wiesz o tym? Tak bardzo chciałaby ci pomóc, ale ma wrażenie, że nie chcesz jej na to pozwolić. I to ją rani, Theo. Naprawdę ją to rani.

Ja: wciąż wlepiam wzrok w rozbite. Słowa kapią:

- Czy... ja...?

- Wpadłeś w złość, tak. Ale nic się nie martw. Nie uderzyłeś jej ani nic, jeśli tego się teraz boisz. Nigdy byś jej nic nie zrobił, nawet za tysiąc lat.

Richard: wstaje. Obchodzi stół, pochyla się, podnosi kawałek rozbitego.

- Odłamki przynoszą szczęście, co? - Uśmiecha się lekko. - Wyrwałeś Sophii talerz z ręki i cisnąłeś nim o podłogę.

Łzy.

- Hej. Przecież to tylko talerz. Masz ich tu całe mnóstwo. Nawet takich dopiero co umytych. Chodź.

Richard mi pomaga. Wstawanie, przechodzenie, drobne kroki, dziesięć, jedenaście, dwanaście. Żółta karteczka "sypialnia". Łóżko. Ja: siedzę. Richard: moje buty, mój sweter, moje... jak im tam... spodnie, moja koszula.

- Tak lepiej, co? A teraz odpocznij i prześpij się trochę. Potem świat znów będzie inny.

Kłamca. Mimo to słowa kapią:

- Dziękuję.

Daniel

- ...tamtego dnia w domu Novaków nie ma, poza samą Julią, ma się rozumieć, jeszcze czegoś absolutnie decydującego...

Między tym budującym pseudonapięcie wprowadzeniem a rozwikłaniem zagadki, cóż takiego decydującego tam brakuje, włącza się reklama. Liv Keller jawi się jako zagorzały mól książkowy stale borykający się z brakiem niezbędnego czasu, a jej partner jest wybawcą, który, rzecz jasna, natychmiast ma w pogotowiu rozwiązanie. Mianowicie: platformę z audiobookami, która redukuje tysiące książek do ich głównego przesłania. Czuję, jak w lewej skroni pulsuje mi tętnica. Bo właśnie w tym cały sęk: ludzie chcą wszystko redukować do samego sedna. Nie chcą niczego naprawdę pojąć, bo do tego trzeba zająć się przyczynami, zrozumieć przebieg i konsekwencje. Musieliby wysilić umysł i własne człowieczeństwo.

Nie jest bowiem tak, że nie próbowałem im wytłumaczyć. Po tym wszystkim, co mi zrobiono, przemogłem się, byłem gotowy opowiedzieć swoją wersję historii. I? Nadzieja, ta dziwka, i znów na końcu rozczarowanie. Ludzie na świecie nie są ani trochę zainteresowani tym, żeby myśleć samodzielnie. Zadowalają się ochłapami, które inni im rzucają, bo tak jest wygodniej.

Odrywam lewą rękę od kierownicy i masuję sobie pulsujący punkt na skroni. Mój nastrój szoruje po dnie. Bezkresne błękitne niebo zredukowało się stosownie do nisko wiszącej szarej masy. To nie ta reklama tak mnie rozjuszyła, muszę przyznać sam przed sobą. Chodzi o fałsz, brak mi słów. Ta bezdenna obłuda. Bo przecież to oczywiste, do czego zmierza ta historia. Jak zawsze - do nic niewartego, nieokrzesanego byłego chłopaka Julie o niemal pedofilskich skłonnościach. Jak zawsze, zawsze, zawsze. Walę dłonią w kierownicę; klakson wydaje z siebie sekwencję żałosnych, drobnych tonów, podczas gdy Liv Keller beznamiętnym głosem powtarza nazwę platformy audiobookowej i podaje kod rabatowy, przygotowany specjalnie dla słuchaczy podcastu. Piętnastoprocentowa zniżka na miesięczny abonament. Nie mogę tego pojąć. Dzięki tym reklamom napełniają sobie jeszcze kieszenie tymi szkodliwymi twierdzeniami. Uspokój się, Danielu. Musisz się uspokoić. Nie wolno ci wrócić do domu w takim stanie, Queen sobie na to nie zasłużyła. Jeśli nie dajesz rady dłużej tego słuchać, to to wyłącz, i tyle.

- Zapamiętajcie sobie, kod rabatowy to twocrime15, pisane łącznie, małymi literami - mówi Liv Keller; potem wreszcie rozwiązuje zagadkę, przerwaną przez reklamę włączającą się w nieprzyjemnym momencie sztucznie budowanego napięcia: brakowało także odcisków palców, obcego DNA, nie mówiąc już o śladach włamania do domu Novaków. Policji udało się znaleźć jedynie wybite okno w piwnicy. Jednak to, czy faktycznie zostało ono wybite tamtej konkretnej nocy, a nie wcześniej, z innych powodów niż włamanie, do dziś pozostaje zagadką. Tak czy inaczej, śledczy dopatrywali się w braku jakichkolwiek innych śladów jasnej przesłanki do tego, że za zniknięciem Julii siódmego września nie może stać nikt obcy.

- Przemawia za tym także to, że Julie nie krzyczała, kiedy porywacz ją uprowadzał - dodaje Liv Keller, ale tego jej partner nie może, rzecz jasna, zostawić bez komentarza.

- No cóż, porywacz mógł jej także zagrozić bronią, żeby nie krzyczała.

Tak, akurat. Dopiero co twierdziliście, że sprawca w ogóle się nie przygotował i brak mu profesjonalizmu, a teraz ma on niby wyciągnąć broń z rękawa. Skąd miałby ją wziąć, mądrale?

- A więc im dłużej się nad tym zastanawiam - reasumuje ten typ - tym bardziej jestem pewny, że ktokolwiek tamtej nocy uprowadził Julie Novak z jej rodzinnego domu, to zdecydowanie nie był ktoś obcy.

I tym samym zaczyna się część, na którą tych dwoje - co wyraźnie słychać po ich podekscytowanych głosach - od początku czekało. Ta część leży teraz przed nimi jak kawałek surowego mięsa, a oni rzucają się na nią jak dwie wygłodniałe hieny - wreszcie, wreszcie nadszedł ten moment. Czas na jedyny wyobrażalny scenariusz. Czas kogoś powiesić. Moje palce wystrzeliwują w stronę ekranu, dziko w niego stukam. Przerwa, potrzebuję przerwy, chwilowego odroczenia wyroku, choćby kilku minut. Sześciu, jeśli chcieć być dokładnym. Sześciu minut i jedenastu sekund. Tyle właśnie trwa Heroes Davida Bowiego, piosenka znajdująca się na szczycie listy moich ulubionych kawałków. Naciskam "play", po czym sięgam do prawego schowka, żeby wyciągnąć z niego paczkę papierosów. Zapalam jednego, otwieram boczne okno i głęboko się zaciągam. To tylko sześć minut i jedenaście sekund, ale w tym czasie choć raz nie jestem kozłem ofiarnym, tylko bohaterem. Queen, myślę, pobudzony tekstem piosenki, i się uśmiecham. Zaraz będę w domu, u mojej dziewczynki.

Lara

Powinnam spać, ciągle powinnam spać. Jak śpiąca królewna, już od wielu lat i gdybym robiła, co mi każe, to spałabym pewnie jeszcze wiele długich lat. Powinnam spać, żeby wreszcie zapomnieć. Dlatego też te tabletki, garści tabletek. Kładły się niczym lepka powłoka na moich myślach, na każdej z nich, aż w mojej głowie zostawała sama tylko breja. Powinnam zapomnieć, kim jestem i skąd pochodzę.

To Diabeł.

Chciał mi odebrać wiedzę, tożsamość, cały koloryt. Nie powinnam być już niczym więcej niż pustą białą powierzchnią, którą zagospodaruje na nowo wedle własnego uznania.

Zaczęło się od mojego imienia, wtedy, zaraz po tym, jak mnie tu sprowadził - do swojej nory. Upierałam się przy swoim imieniu, więc uznał mnie za "nieskłonną do współpracy". Atrybut, który pospiesznie chciał mi wytrącić.

- Co powiesz na Larę? - zaproponował spokojnym głosem, z pozoru przyjacielskim. - To piękne imię. Nie sądzisz?

- Nie. - Kategorycznie popatrzyłam mu w oczy. Diabeł tylko westchnął. Potem bez słowa podał mi plastikowy kubeczek, w którym leżały wydzielone tabletki; odtąd zawsze tak robił, kiedy mówiłam coś, co mu się nie podobało, ale nie chciał mi się sprzeciwiać. Przez pewien czas myślałam, że robi tak, żeby uniknąć kłótni. W międzyczasie odkryłam jednak, że traktuje milczenie jako środek wychowawczy.

Z początku było to tylko kilka tabletek, dwie albo trzy, potem ich przybywało, przez te wszystkie lata. Przez lata pełne otępienia, zmęczenia i słabości. A zarazem - jakkolwiek wydawało mu się, że dobrze dozuje lekarstwa - było tam, bardzo głęboko w mojej głowie, coś, do czego nie mógł mimo wszystko sięgać. Sama dokładnie nie wiedziałam, co to takiego, aż pewnego ranka coś usłyszałam. Ociężała oparłam się o łóżko i spojrzałam w okno. Było zamknięte, tak jak zawsze, z "powodów bezpieczeństwa". Hałas był jednak tak głośny, że nie tylko przechodził przez grube szkło, lecz także przenikał przez lepką breję w mojej czaszce. Było to nawoływanie kruka, którego rodzina uwiła sobie gniazdo na drzewie tuż obok mojego okna. Obserwowałam, jak ptak wylądował w gnieździe i wypluł robaka. Zafascynowana przechyliłam głowę i poczułam, jak to małe coś, zakopane głęboko we mnie, zadrżało. Jak zalążek, który usiłuje przebić się przez ziemię. I kiedy wreszcie mu się udało, wraz z nim pojawiła się pierwsza jasna myśl od lat: do domu.

Od tamtej pory chroniłam tę myśl, tego wrażliwego wychowanka. Wiedziałam, że lekarstwa go zabiją - jedna jedyna tabletka, a obumrze. Od tamtej pory robiłam więc tak jak tamten kruk z robakiem: zwracałam wszystko, gdy tylko zostawałam sama. Wcześniej musiałam więc być dzielna, znosić wszystko bez choćby najmniejszego jęku, bez jakichkolwiek dram i krzyków. Gdy tylko on wychodził, ja wypluwałam tabletki i chowałam je pod materacem. Na szczęście minęły już czasy, kiedy trzymał mnie przywiązaną do stelażu łóżka z lewej i prawej strony; doszedł do wniosku, że nie ma takiej potrzeby, w połączeniu z lekami, głową pełną brei i ospałymi, niemrawymi ruchami, na które było mnie już stać co najwyżej w dobre dni. Czemu dopiero tak późno na to wpadłam? Na pomysł z tabletkami, w ogóle na jakiś plan - sama tego nie wiedziałam. Czy wcześniej za bardzo się bałam? Byłam za słaba? Nie znałam na to żadnej odpowiedzi. Wiedziałam tylko jedno i to w międzyczasie znów dosłownie: "W mitologii celtyckiej kruk symbolizuje to, co nadprzyrodzone, związek między światami".

To byłaś ty, mamo, prawda? To ty posłałaś do mnie tego kruka, jako znak. Chciałaś mi powiedzieć, że tak dalej być nie może. Że nigdy nie wyjdę z tej nory, jeśli w końcu czegoś nie wymyślę. Chciałaś mi powiedzieć, że nadszedł czas na ułożenie planu.

Liv

Liv: Podsumujmy: Julie Novak znika w środku nocy z domu swoich rodziców i żaden z trojga pozostałych domowników niczego nie zauważa. W budynku nie ma śladów włamania ani DNA czy odcisków palców nikogo obcego, a żądanie okupu zostaje napisane w gabinecie jej ojca na jego komputerze. W wiadomości wspomniano, że porywacz lub porywacze odezwą się w ciągu dnia w sprawie przekazania okupu - nic takiego się jednak nie dzieje.

Phil: Na pierwszy rzut oka niecodzienna sytuacja.

Liv: Tak, ale jak to twoje na pierwszy rzut oka już sugeruje, istnieją dziesiątki innych przypadków porwań, w których coś takiego się odbywało. Poza tym nawet w żądaniu okupu napisano przecież, że sprawca lub sprawcy obserwowali tę rodzinę. Musieli przy tym być w stanie stwierdzić, że Novakowie mimo wszystko zawiadomili policję.

Phil: I obleciał ich blady strach, że tym samym nie dojdzie do przekazania okupu.

Liv: Słusznie. Po pierwszym szoku zresztą nawet samym Novakom świta myśl, że telefon pod numer alarmowy najpewniej był błędem. Bo śledczy, zamiast się skupić na jednym porywaczu lub szajce z zewnątrz, koncentrują się na badaniu wszelkich możliwych problemów w obrębie domowego zacisza; przewija się nawet wątek molestowania. Theo i Vera są tym tak zszokowani, że kończą współpracę z policją. Zwłaszcza że dla rodziców jest dość oczywiste, który trop należałoby pilnie sprawdzić: a więc związek Julie z... no, jak myślisz, Phil, z kim?

Phil: To całkiem proste: Danielem W., jej byłym chłopakiem.

Liv: Słusznie. Ponieważ jednak policja tego nie robi, to zatroskany ojciec postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zająć się porządnie Danielem W. Jest nawet zdjęcie z tego zajścia, które potem oczywiście szybko przedostaje się do prasy. Popatrz tutaj.

Phil: Hmm. Widać na nim, jak Theo Novak rzuca się na Daniela W.

Liv: Właśnie. A tutaj mamy jeszcze jedno, Daniel W. pokazuje je kilka dni po ataku. Ma limo pod prawym okiem, które jest kompletnie opuchnięte.

Phil: Opuchlizna jest tak wielka, jakby miał na twarzy grejpfruta!

Liv: I wygląda tak, jakby zszywali mu wargę. Wszystko wskazuje na to, że Theo Novak całkiem stracił nad sobą panowanie. Z jednej strony można to zrozumieć, w końcu chodzi o jego córkę. Z drugiej strony wciąż zaskakuje mnie to, jak na pozór kulturalny człowiek może się do tego stopnia zapomnieć.

Phil: Każdy może się zapomnieć, Liv. Zależy to tylko od sytuacji.

Liv: Albo ci ludzie naprawdę tacy są za zamkniętymi drzwiami i tylko dobrze się maskują. Kto by pomyślał, że w naszym dobrym doktorze kryje się taki... taki... no, cóż, taki Heinz, podrzędny rzezimieszek?

Phil: Heinz, podrzędny rzezimieszek?

Liv: No przyjrzyj się tylko temu zdjęciu!

Phil: Czyżby zrobiło ci się żal Daniela W.?

Liv: Co rozumiesz przez żal? Jestem po prostu zdania, że samosąd nie jest właściwą drogą.

Phil: A jaka jest ta właściwa droga, Liv? Policja nieraz wzywała Daniela W. na przesłuchanie. Wystarczyłoby go po prostu zatrzymać. W celi coś takiego by mu się nie przydarzyło.

Liv: Masz na myśli, że tam jest jego miejsce? W celi?

Phil: Tego nie powiedziałem. Mówię tylko, że Daniel W. koniec końców wyszedł z tego - dosłownie - poobijany.

Theo

Tam więc leżysz i marszczysz nos, kiedy poranne słońce głaszcze cię po skórze. Trzymasz oczy zamknięte i wyobrażasz sobie, że łaskoczą cię długie rude włosy Very. Wyobrażasz sobie, jak wciska swoją twarz w zagłębienie pomiędzy twoją szyją a barkiem i mówi: "Kocham cię", a ty sobie myślisz, jakie to masz przeklęte szczęście. I ono jest przeklęte, to twoje szczęście. Kiedyś byłeś wielkim człowiekiem, Theo. Miałeś wszystko. A teraz się rozejrzyj: wciąż jesteś potężny, jeśli chodzi o budowę fizyczną; cała nędza tego świata skupiona na metrze i dziewięćdziesięciu centymetrach. Twoja córka, twoja żona, twoje pieniądze - wszystko zniknęło. A jeśli całkiem się nie mylisz, to materac pod tobą wydaje się jakiś wilgotny. Leżysz we własnym moczu. Nie jest ci do śmiechu, ale mimo wszystko się śmiejesz, kiedy zdajesz sobie sprawę z tej ironii losu. Wydaje się, że akurat dzisiaj jest dobry dzień, że twoja głowa pracuje bez zarzutu. Wiesz, gdzie jesteś. Umiesz nazwać wszystkie przedmioty dookoła siebie, myśli masz klarowne, a przeszłość jest uchwytna, jakby znajdowała się tuż przed tobą, w twoim obszczanym łóżku. Nie masz już zbyt wiele czasu, Theo, z tego także zdajesz sobie w tej chwili sprawę. Musisz wykorzystać to, co ci zostało. Jesteś to winny Verze i Julie. Wygramalasz się więc z łóżka. Idziesz do łazienki. Stajesz przed lustrzanym obrazem nędzy i rozpaczy i bierzesz do ręki maszynkę do golenia. Data przydatności pianki dawno już minęła, mimo to spełnia swoje zadanie. Pozbywasz się krzaczorów, które pokrywają ci górną wargę, brodę i policzki, i jesteś zaskoczony swoim własnym obliczem. Zmaczasz grzebień, przejeżdżasz nim przez wzburzone szare strąki, żeby zorientować się w ich rzeczywistej długości, potem sięgasz po nożyczki. Nie jesteś fryzjerem, nie oczekujesz więc zbyt wiele. Tniesz kanciasto, krzywo i niezgrabnie, a mimo to zapewne dawno nie wyglądałeś tak dobrze jak teraz. Prawie jak człowiek, jak taki całkiem normalny człowiek. Ściągasz przez głowę poplamioną podkoszulkę, odrzucasz mokre majtki i wchodzisz pod prysznic. Nie możesz powiedzieć dokładnie, kiedy robiłeś to po raz ostatni; podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy w życiu masz mgliste poczucie, że "dawno temu" - prawdopodobnie zbyt dawno, jeśli wziąć pod uwagę, jak obca wydaje ci się piana na twojej skórze. Zakręcasz wodę, wycierasz się, drepczesz do kuchni i otwierasz okno, żeby sprawdzić temperaturę. Za ciepło na koszulę z długim rękawem i wełniany sweter; wczoraj zapewne też tak było, kiedy poszliście z Sophią na jarmark. Ale kilka rundek na karuzeli i czerwone jabłko w glazurze, a już się tak nie smuci. Wciągasz na siebie czyste ubrania, potem włączasz komputer i otwierasz prośbę o wywiad. Bez komentarza przekierowujesz ją do Sophii i wyszukujesz, jak najlepiej do niej dojechać. Najpierw U-Bahnem do Jungfernheide, następnie S-Bahnem do Greifswalder Straße, potem jeszcze przesiadka do tramwaju. Sophia i Richard nie tak dawno się przenieśli z dawnego mieszkania na Kreuzbergu do własnego małego domku nad Weißensee. Dziecko, które chcą adoptować, ma dorastać pośród zieleni. Uśmiechasz się, bo wszystko pamiętasz. Bo znalazło się w twojej głowie i nie musiałeś się szczególnie wysilać. Uśmiechasz się, bo być może nie jest jeszcze za późno.

***

- Tata? - Sophia wybałusza oczy. Jest w nich mieszanka zaskoczenia i troski.

Podaję jej torbę z bułkami, które kupiłem dla niej po drodze, i mówię, żeby od razu odhaczyć ten temat:

- Jest sobota, dwudziesty szósty sierpnia. Kanclerzem jest Olaf Scholz, sprawia jednak wrażenie, jakby wciąż bagatelizował rosnące w sondażach poparcie dla AfD. Dopiero co minęła wasza pierwsza rocznica ślubu, mówiąc dokładniej: dziewiątego lipca. Na waszym weselu podawano na deser suflet czekoladowy, moim zdaniem wyszedł za słodki. Twojej matce z kolei z pewnością by smakował. - Lustruję wzrokiem drobną sylwetkę Sophii. Ma na sobie top i długie spodnie od piżamy w kwiaty, a jej czarne włosy są związane wysoko w ten... no... kocyk... kucyk. - Chyba dopiero co wstaliście.

Sophia mruga szybko kilka razy, jakby faktycznie dopiero co się obudziła, ale zapewne wynika to z tego, że spodziewała się dosłownie wszystkiego, tylko nie mnie przed swoimi drzwiami. A już na pewno nie ogolonego, uczesanego i w czystym ubraniu. Mija kilka kolejnych sekund, aż wreszcie sięga po torbę z bułkami i odsuwa się o krok, żeby wpuścić mnie do środka.

- To prawda - mówi. - Wczoraj zasypianie zajęło mi całe wieki.

Potem zamyka za mną drzwi. O tym, co dokładnie nie dawało jej spać, nie wspomina ani słowem. Nie jest to jednak konieczne. Rozglądam się. Stół do tapetowania blokuje niemal całą ścianę w korytarzu po prawej, na nim: sterta starych gazet, dwa wiaderka z farbą, pędzel, taśma malarska i butelka terpentyny. Dom jest stary, stąd zapewne ta okazyjna cena. Mimo to się dziwię. Sophia niekoniecznie jest osobą lubiącą takie duże wyzwania. Julie była pod tym względem inna.

- Tato? - Sophia.

- Tak - mówię i nieco zmieszany wciskam dłonie do kieszeni spodni. W lewej czuję papier, trzy małe żółte karteczki z bloczku, który zawsze leży na szafce z butami. Zanotowałem sobie na nich trasę do Weißensee, trzy razy tę samą, identycznie co do słowa. Zaciskam pięść, zgniatam karteczki. Sophii za nic bym się do tego nie przyznał, ale w chwili, gdy położyłem dłoń na klamce drzwi wyjściowych, ogarnął mnie nagle strach. Co, jeśli się zgubię? W połowie drogi dopadnie mnie nagły zanik pamięci? Wszystko jedno, jak dobrze się dzisiaj czuję, nie chcę podejmować niepotrzebnego ryzyka, żeby ostatecznie potwierdzić obawy Sophii. Dlatego napisałem pierwszą kartkę. Tylko co, jeśli ją zgubię? Dla pewności napisałem więc drugą, a ponieważ czasem zdarzają się głupie sytuacje, to napisałem też trzecią. - Chciałem się tylko upewnić, że między nami znów jest wszystko w porządku. - Uśmiecham się. - Chyba ci się wczoraj podobało na tym jarmarku, co?

Sophia wzdycha.

- To nie było wczoraj, tato.

- Nie?

Kręci tylko głową.

- No cóż, w każdym razie przyszedłem cię przeprosić.

Sophia unosi brwi.

- Naprawdę?

Przytakuję.

- Hmm - mruczy i przesuwa się obok mnie do kolejnego dużego pomieszczenia, ze strefą dzienną i jadalnianą. Podążam za nią. Torbę z bułkami odkłada na rustykalny drewniany stół i siada na jednym z czterech krzeseł. - Wiesz, zaraz po wstaniu z łóżka sprawdziłam maile. I zgadnij, co takiego znalazłam w swojej skrzynce?

Wykonuje ruch ręką, który daje mi znać, żebym także usiadł.

- Zrobię to, Sophio. Spotkam się z tą dziennikarką. Muszę. - Czuję ulgę, słysząc, jak spokojnie brzmi mój głos. Krzyki są dla ludzi, którzy nie mają racji.

- Dlaczego, tato? - Sophia również trzyma nerwy na wodzy, dzięki czemu oddycham z ulgą. - Minęło już przecież blisko dwadzieścia lat.

- Właśnie dlatego. Minęło już tak wiele czasu. - Patrzę na swoje dłonie, na grube, niebieskofioletowe żyły, które wybrzuszają się pod cienką skórą. Moje dłonie, które kiedyś tyle znaczyły. Były silne, opanowane, precyzyjne przy każdym jakże wymagającym cięciu. Uratowały życie tysiącom ludzi i to na nie Vera zwróciła uwagę w pierwszej kolejności. Kochała moje dłonie. - Nie chcę umrzeć, nie spróbowawszy wcześniej po raz ostatni, Sophio.

Patrzę na nią i zauważam, jak skrobie górnymi zębami o dolną wargę.

- Rozumiem to, tato - wydusza po chwili. - Ale co to zmieni? Nie ma żadnych nowych śladów ani teorii. Jest tylko ten podcast i oni także nie sięgnęli po tę sprawę dlatego, że mają coś nowego do powiedzenia. Robią to jedynie z tego powodu, że mija dwadzieścia lat, to taka jakby rocznica. Robią to, bo dzięki etykietkom cold case lub "niewyjaśnione" mogą podbić sobie liczbę słuchaczy, nie dlatego, że naprawdę interesują się Julie. Albo nami.

- No i? Jeśli dzięki temu uda się przypomnieć opinii publicznej o zniknięciu Julie i ktoś, kto wtedy coś słyszał, może jeszcze sobie przypomni, to mogę z tym żyć. Cel uświęca środki.

- Machiavelli tak twierdził i trafił za to do więzienia.

- Za spisek, Sophio. Nie za to zdanie.

Przewraca oczami i już chce przeprowadzić kontratak, ale za jej plecami otwierają się drzwi i z tarasu wchodzi jej mąż. Jeśli sądzić po jego stroju i czole zroszonym potem, to wraca z joggingu.

- Reinhard! - Podnoszę się z krzesła i podchodzę do niego, żeby poklepać go po ramieniu. Także on ma wypisane na twarzy zaskoczenie z powodu mojej wizyty.

- Richard - mówi Sophia i wzdycha. - Dobrze, że już wróciłeś, skarbie. Tata tu jest.

- Dzięki za info. - Uśmiecha się i naśladuje mój wcześniejszy przyjacielski gest. - Świetnie wyglądasz, Theo, naprawdę szykownie. Kawy?

- Chętnie.

- Jasne, tylko szybko się przebiorę, a potem zrobię nam kawy.

- Doskonale!

- Doskonale - powtarza jak echo Sophia, kiedy Reinhard opuszcza już pokój, a ja znów zajmuję swoje miejsce. Mrużąc oczy, pochyla się do mnie. - Naprawdę się cieszę, że masz dzisiaj taki dobry dzień i że dajesz nam wszystkim tego zakosztować. Ale nie myśl sobie, że nie wiem, co chcesz osiągnąć swoim zachowaniem.

- Nic nie chcę osiągnąć, Sophio. Już ci mówiłem, że zamierzam udzielić tego wywiadu. Zaraz po wyjściu od ciebie zadzwonię do tej kobiety i umówię się na spotkanie. Jeśli chcę coś osiągnąć wizytą u ciebie, to z chęcią bym ci zasygnaturował, ile by to dla mnie znaczyło, gdybym mógł liczyć na twoje wsparcie. Jeśli nie chcesz, w porządku, zaakceptuję to. Dla mnie jednak nic to nie zmieni.

- Zasygnalizował, tato. Chcesz mi to zasygnalizować.

- Co?

- Powiedziałeś: zasygnaturował.

- Nie, musiałaś się przesłyszeć.

Przez chwilę Sophia znów maltretuje dolną wargę. Potem zrywa się z krzesła i pędzi do strefy wypoczynkowej, gdzie na stoliku przy sofie leży jej telefon.

- Chcesz wiedzieć, co to za podcast zwrócił się do ciebie z prośbą o wywiad? Chcesz wiedzieć, jak cię tam nazywają? Proszę! - Suwając migiem palcami po ekranie, wraca do mnie i głośno kładzie telefon na stole. - Mam nadzieję, że nacieszyłeś się swoim dobrym dniem, tato. Szkoda tylko, że był taki krótki.

Daniel

Burza ominęła miasto niczym czcza groźba, co z jednej strony jest dobre, bo została nam darowana niespokojna noc, kiedy to Queen znów przewalałaby się z boku na bok, nie dając mi spać. Z drugiej strony utrzymuje się przytłaczająca duchota, atmosfera gęsta jak po kłótni, która nie może się skończyć. Znów jestem w pracy - dyżur weekendowy. Ale tego dnia jest inaczej niż zwykle, bo na ogół o tej porze pomagam w jadalni podczas obiadu, teraz jednak siedzę na krześle obok łóżka pani Lessing i obserwuję ją podczas snu. Ona także nienajlepiej znosi tę pogodę; warunki za oknem rzutują jej mocno na krążenie. Przypominam sobie tamtą kobietę, która wczoraj podczas naszego spaceru wydawała się taka żwawa i zaciekawiona, i myślę o tym, jak nic z tego nie pozostało. Jej mądre, baczne oczy są zamknięte, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z gniazdka. Ale tak właśnie jest w tym wieku. Minimalna zmiana ciśnienia wystarczy, żeby odciąć człowiekowi zasilanie. Smutne, ale nie jest to bynajmniej czymś niezwykłym, i dlatego też nie ma powodu, żeby wzywać od razu fachową pomoc medyczną, jak zaproponowała moja koleżanka Anna. Moje zdumienie tą propozycją, jako że na ogół w ciągu dnia wykazuje się jedynie ignorancją, na moment zbiło mnie z pantałyku. Potem jednak przekonałem ją, że nasi lekarze mają ważniejsze rzeczy do roboty. Przyznaję, że pani Lessing była blada, miała do tego dość niskie ciśnienie, a jej klatka piersiowa podnosiła się i opadała ze zdrową częstotliwością, a ona sama w międzyczasie otwierała raz za razem oczy i się odzywała. Za ostatnim razem poprosiła mnie o coś do picia - już samo to było dobrym znakiem. Umierający nie chcą pić i z tego powodu dosłownie widać jak na dłoni, jak stają się wysuszeni, usta im pękają, a oczy tracą blask i matowieją, bo ich ciała nie mają wystarczająco dużo płynu nawet dla gruczołów łzowych. Mimo to pani Lessing rzecz jasna musi być pod obserwacją, na wypadek gdyby jej stan mimo wszystko się pogorszył albo ona sama podjęła nieszczęsną próbę wstania z łóżka. Oczywiście Anna nie miała nic przeciwko, kiedy zaoferowałem, że przejmę to zadanie, bo znaczyło to tyle, że po skończeniu dyżuru w jadalni i późniejszym zmywaniu sama będzie mogła zrobić sobie przerwę na obiad, zamiast marnować czas, siedząc tutaj za zaciągniętymi zasłonami.

Mnie z kolei to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Po wczorajszym wieczorze widok śpiącej staruszki przynosi mi lekkie odprężenie, miły spokój. Dobrze wiem, że włączanie tego podcastu było głupie, a jeszcze głupsze było to, że wysłuchałem go do końca. Wiem, co ze mną robi coś takiego. Wiem, że w takich momentach znów ogarnia mnie to uczucie, którego w zasadzie nigdy więcej nie chciałem doświadczać. Nie jest to czysta forma nienawiści, nic podobnego. Nie jest to taka nienawiść, z której być może da się jeszcze wyciągnąć coś dobrego, co z czasem zmieni się w jakieś pozytywy, w swego rodzaju zdecydowanie. To inny rodzaj nienawiści, taki rozcieńczony, dużo niebezpieczniejszy: to nienawiść skrzyżowana z rozpaczą.

Mimo to po prostu nie mogłem postąpić inaczej: wysłuchałem tego odcinka do ostatniej sekundy. Bądź co bądź chodzi w nim przecież nie tylko o historię Julie, lecz także moją. Nawet wtedy, kiedy jest ona przedstawiana fałszywie, w tak podły sposób. Zdziwiło mnie jedynie to, że serce krwawiłoby także nawet Theo Novakowi, przynajmniej przez chwilę, kiedy nazwano go Heinzem, podrzędnym rzezimieszkiem. Nie powiem, żeby mnie to zmartwiło. Theo Novak, niegdyś Bóg, facet, który wierzył, że wszystko i każdego może kontrolować, już samą swoją wolą i słowem.

Od razu na myśl przychodzi mi tamten telefon. Miało to miejsce pod koniec czerwca dwa tysiące trzeciego roku, na krótko przed rozpoczęciem wakacji, i mniej więcej dwa i pół miesiąca przed zniknięciem Julie, w piątkowy wieczór.

Mama, wtedy jeszcze żyła, zapukała do drzwi mojego pokoju. Pamiętam, że stałem przed komodą z lustrem, na której w rządku ustawiłem wszystko, czego potrzebowałem, żeby przygotować się na spotkanie z Julie. Grzebień, żel, puszka piwa, którego w zasadzie wcale nie lubiłem, ale mimo to piłem, bo wmawiałem sobie, że dzięki niemu będę bardziej wyluzowany, zabawniejszy i nieco mniej zdenerwowany. Bo właśnie to powodowała we mnie Julie: przez nią stawałem się nerwowy, sprawiała to już samą swoją obecnością, spojrzeniem, sposobem, w jaki się uśmiechała. Wciąż ledwie mogę uwierzyć, że ktoś taki jak ona mógł się zainteresować kimś takim jak ja. Była taka piękna, taka mądra, taka wyjątkowa. A ja? Bez znaczenia, jak przedstawiają mnie w gazetach, programach telewizyjnych, na forach internetowych czy też w podcastach: z Jamesem Deanem łączyła mnie co najwyżej daleka optyka i wartości, wyznawane w jego czasie powszechnie, a obecnie dawno uchodzące za przestarzałe. Na komodzie stała też w pogotowiu butelka wody toaletowej Subtil pour Homme od Ferragamo. Zbyt droga jak na moją marną pensję stażysty, mimo to od razu kupiłem sobie zapas, po tym jak Julie powiedziała, że ten zapach jej się na mnie podoba. Tamtego wieczoru umówiliśmy się na tańce. Albo raczej: Julie koniecznie chciała iść na tańce, do klubu koło dworca, do którego od dawna planowała się udać. Kilkoro jej przyjaciół często tam chodziło, bo przy wejściu nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby sprawdzać dowody. Nie umiałem tańczyć i wcześniej na miasto wychodziłem co najwyżej dwa lub trzy razy w całym życiu. Ale wyobrażenie o tym, że będę trzymać Julie, poruszać się z nią do taktu i czuć jej twarz przy szyi, bardzo blisko, bo będzie się zaciągać moim zapachem, pobudzało mnie do tego stopnia, że się przemogłem.

- Przycisz muzykę, to pilne! - Głos mamy brzmiał alarmująco, kiedy weszła do mojego pokoju z telefonem w ręce; mówiła tak głośno, że jej głos przeszedł w falset. Przyszło jej konkurować z Heroes Davida Bowiego, kawałkiem, który leciał zapętlony, kiedy ja się szykowałem. Ulubiona piosenka Julie. Znów coś, co mieliśmy wspólnego: oboje nie do końca przystawaliśmy do swojej epoki. Podczas gdy Julie kochała lata siedemdziesiąte wraz z ówczesną modą, muzyką i duchem wolności, ja miałem bzika na punkcie lat pięćdziesiątych, z pewnością także dlatego, że nasz dom wciąż jeszcze był tak urządzony, jak w czasach, kiedy moi dziadkowie wychowywali w nim mamę. Mimo to Julie i ja bez trudu znaleźliśmy kompromis, w połowie drogi między naszymi dwiema ulubionymi epokami: w latach sześćdziesiątych. Wydały one bardzo konkretny film, który obejrzeliśmy na pierwszej randce w ramach pokazu specjalnego. Doktor Żywago. Julie zawsze go chciała obejrzeć. Mówiła, że rodzice nadali jej imię na cześć Julie Christie, bo był to film, który także i oni obejrzeli razem na swoim pierwszym spotkaniu. I to na nim całowali się też po raz pierwszy, tak samo jak my. Zdawałem sobie sprawę, co to znaczy. Co widzi w nas Julie. I nawet jeśli zawsze czułem się nieco nieswojo, kiedy opowiadała o rodzicach - zwłaszcza o ojcu, z pozoru nieomylnym Theo Novaku - nic nie zmieniało faktu, że tych dwoje było od lat szczęśliwym małżeństwem. O tym właśnie marzyłem, dokładnie o tym. O tego rodzaju głębokim, trwającym całe życie przywiązaniu, dużo ważniejszym niż banalna fizyczność - nawet jeśli Julie i ja w ostatnim czasie częściej rozmawialiśmy o tym, że wkrótce moglibyśmy po raz pierwszy iść do łóżka. Uważałem, że lepiej się z tym jeszcze trochę wstrzymać. Mieliśmy swoją bliskość i pocałunki, które znaczyły dla mnie więcej niż cały świat, a może w głębi duszy się bałem, że nic już temu nie dorówna. A może niepewność wynikała po prostu z braku doświadczenia.

Wyłączyłem muzykę i wziąłem od mamy słuchawkę. Przywitała mnie sekretarka Theo Novaka. Pan doktor chciał ze mną mówić. Byłem zbyt skołowany, żeby spytać, co to za pomysł z jej pośrednictwem, czy słynny pan doktor nie jest nawet w stanie sam obsłużyć kilku niedorzecznych przycisków. Dopiero później dotarło do mnie, że to nie w tym rzecz. Że to czysta demonstracja władzy: on ma sekretarkę, a nawet dużo więcej. Ma nade mną przewagę, co do tego nie było żadnych wątpliwości. I wciąż jeszcze się złoszczę, że ten trik, ten mały psychologiczny prztyczek, faktycznie zadziałał. Moje serce zabiło w miejscach, w których nie miało zupełnie czego szukać, czułem je nawet w końcówkach włosów. Drżącym głosem poprosiłem mamę, żeby zostawiła mnie samego. Potem z kolanami jak z waty przysiadłem na brzegu łóżka. Jego sekretarka połączyła mnie z gabinetem, nie omijając przy tym kolejki oczekujących połączeń. Kiedy Theo wreszcie odebrał, czułem się dokładnie tak, jak chciał, żebym się czuł: nędznym małym robaczkiem. Wcale też nie pomogło to, że zwracał się do mnie na pan. Wręcz przeciwnie, przez to wszystko było jeszcze gorsze.

- Proszę mnie posłuchać, panie Wagner... - Usłyszałem jego całkowicie spokojny głos przez telefon. - ...żeby nie było później żadnych nieporozumień, od razu chciałbym zaznaczyć, że to, co mam panu do powiedzenia, nie jest ani prośbą, ani sugestią, nie należy też tego traktować jako rady czy wstępu do dyskusji. Będzie pan trzymał się z dala od mojej córki. Nie będzie się pan z nią więcej widywać, ani u mnie w domu czy ogrodzie, ani nigdzie indziej. I żeby nawet nie przyszło panu do głowy próbować sprzeciwić się mojemu życzeniu, to teraz, natychmiast, usunie pan jej numer. Rozumiemy się?

Nie udało mi się wydusić z siebie niczego poza jakimś idiotycznym dukaniem, co jednak nie powstrzymało Novaka przed tym, by z rozkoszą poddać mnie obróbce jak stek na kolację, na którą czekał niecierpliwie przez cały dzień. To, że zarzucał mi mój wiek, nieszczególnie mnie bolało; sam wiedziałem, że jestem sześć lat starszy od Julie. Uważałem jednak, że ta różnica z czasem jakby się wyrówna, kiedy ona skończy osiemnaście lat, a ja będę miał dwadzieścia cztery, albo ona będzie miała trzydzieści cztery, a ja czterdzieści, to nikogo nie będzie to już gorszyło. Źródłem dużo większych wątpliwości, z którymi się mierzyłem, były moja własna niepewność i kompleksy - on się nimi bawił i wygrywał. Miał bowiem rację, kiedy mówił, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobry, że niczego nie mogę jej zaoferować. Że jestem marnym nicponiem z biedoty, który przyucza się właśnie na wycieracza tyłków.

- Proszę nie zrozumieć mnie źle, młody człowieku. Społeczeństwo potrzebuje takich jak pan i jeśli któregoś dnia do tego dojdzie, mnie też będzie pan mógł bez problemu wycierać cztery litery. Ale do tego czasu lepiej, żeby nie wchodził mi pan w drogę. Jasne?

A ja, jak mięczak, odpowiedziałem skołowany:

- Jasne.

Po zakończeniu tej rozmowy jeszcze długo się trząsłem. Potem opróżniłem puszkę piwa i wybrałem numer Julie. Jej ojciec z pewnością nie życzyłby sobie, żeby jego córka w piątkową noc włóczyła się sama po mieście tylko dlatego, że ja nie miałem na tyle przyzwoitości, żeby odwołać spotkanie. I ja też nie chciałem, żeby ona się samotnie włóczyła. Świat tam, na zewnątrz, nie należy do bezpiecznych.

Pani Lessing westchnęła; wyrwało mnie to z zamyślenia. Mój wzrok powędrował do łóżka, potem na moje dłonie. W jednej trzymałem łyżkę, w drugiej plastikowy pojemniczek. Tylko z kilku brązowych śladów dawało się wywnioskować, że wcześniej znajdował się w nim pudding czekoladowy. W ułamku sekundy odłożyłem obie rzeczy z powrotem na stojącą obok łóżka tacę, na której znajdowała się jeszcze resztka obiadu. Na przykrytym plastikową pokrywką talerzu leżały trzy połówki ziemniaka, obok nich sterta groszku i kawałeczek mięsa z indyka. Pochyliłem się do pani Lessing. Jeśli sądzić po szybkich ruchach jej gałek pod zamkniętymi powiekami, to coś się jej śniło. Dotknąłem jej czoła, żeby skontrolować temperaturę, po czym sięgnąłem po ściereczkę, którą zmoczyłem jakiś czas temu, żeby wytrzeć twarz staruszce. Przezornie zwilżyłem jej też usta. Brakuje mi mojej mamy. Często o tym myślę w sytuacjach takich jak ta. Brakuje mi nawet tego, żeby się nią opiekować. Być może tego nawet brakuje mi najbardziej. Dopóki ludzie są zdrowi i samowystarczalni, mają pod dostatkiem siły, żeby zachowywać pozory, a słowa to tylko słowa, pozbawiony wszelkiego znaczenia wypełniacz. Moja mama zawsze mnie zapewniała, że mi wierzy, jeśli chodzi o zniknięcie Julie. Stała po mojej stronie nawet wtedy, kiedy reporterzy odszukali nasz adres i oblegali naszą działkę. Była przekonana, że wszystko jakoś się w końcu wyjaśni. Ale im więcej czasu mijało, tym wyraźniej czułem oskarżenia w jej spojrzeniu. To ja byłem powodem, dla którego prawie nie ważyliśmy się już wyjść z domu na ulicę i pójść na zakupy, i odżywialiśmy się głównie konserwami. To ja byłem powodem, dla którego mieliśmy jeszcze mniej pieniędzy, bo zerwano ze mną umowę stażową, i że kompletnie obcy ludzie kręcili się po nocach wokół domu i wrzucali do skrzynki listy z pogróżkami. Ja, ja, ja i nieme zarzuty w jej oczach, które mówiły dokładnie to: ty, ty, ty.

Dopiero gdy została przykuta do łóżka, coś się zmieniło. Jej twarz, kiedy obok niej siedziałem i trzymałem ją za rękę, nie widziałem już w jej oczach oskarżeń, wątpliwości czy żalu, a jedynie miłość i wdzięczność. Obiecałem jej, że nie poddam się znów temu uczuciu, tej pełnej rozpaczy nienawiści, tylko uwierzę. Nawet jeśli nie - tak jak ona - w Ojca Świętego w Niebie, to będę wierzył przynajmniej w to, że na końcu zawsze i tak zwycięży sprawiedliwość. Plotki, to całe zło i zakłamanie może i są żywotne, ale w ostatecznym rozrachunku nie mają racji bytu.

Kolejny obraz migocze mi przed oczami, kolejne wspomnienie, które przesłania to o mamie. Widzę przed sobą wątłego, bladego chłopaka w grubych okularach i o wąskim nosie. Łapię go, krzyczę na niego: "Dlaczego? Dlaczego to zrobiłeś?".

To właśnie robi ze mną ta nienawiść: wyciąga przeszłość za włosy i kieruje wzrok na to, co człowiekowi pozostaje i za co powinien być wdzięczny nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach. A co gorsza, dotyczy ona często tego, na co nie sposób zupełnie nic poradzić. Przykład z wczorajszego wieczoru: Queen z chęcią poszłaby jeszcze na spacer, w ciemności, która należy tylko do nas. Kiedy świat jest spokojny i cichy. Jednak nawet jej smutny wzrok nie był w stanie mnie dosięgnąć, kiedy wysłuchałem już podcastu. Z tego powodu jest mi teraz przykro, ale co z tego? Czasu nie da się przecież cofnąć.

Słyszę ciche pukanie, zaraz potem do pokoju wchodzi Anna.

- Wszystko w porządku? - pyta i wyciąga szyję, żeby zobaczyć panią Lessing.

Kiwam głową, odkładam na bok mokrą ściereczkę i odsuwam się o krok od łóżka.

- Już z nią lepiej, jest jeszcze tylko trochę zmęczona.

Anna podchodzi do łóżka i rzuca przelotne spojrzenie na śpiącą kobietę. Potem sięga po tacę.

- Nawet coś zjadła - dodaję niepytany. - Pudding.

Anna tylko kiwa głową, to do niej niepodobne. O dwunastej trzydzieści stołówka jest sprzątana, o dwunastej pięćdziesiąt sprzątane są pokoje. Tak jest w planie.

- Dobrze. Gdyby coś, to mów.

Po tych słowach opuszcza salę. Przez moment patrzę jeszcze na zamknięte drzwi, a potem przenoszę spojrzenie na panią Lessing. Jej oczy są teraz w połowie otwarte, wzrok ma niewyraźny.

- Zjadłem pani pudding.

- Dobrze, panie Danielu. - Uśmiecha się niewyraźnie. - Najważniejsze, że pan tu jest.

Liv

Liv: Czy kiedykolwiek naprawdę wykluczono możliwość, że Julie sama zainscenizowała swoje porwanie, bo nie mogła już dłużej wytrzymać w domu, bo po prostu chciała zniknąć?

Phil: Rozumiem, do czego zmierzasz, bo po ataku Novaka na Daniela W. samo nasuwa się pytanie, czy Novak mógł być w przeszłości agresywny także w stosunku do Julie. Przez moment dyskutowano nawet, czy w rachubę wchodzi molestowanie seksualne.

Liv: Powiedz... Wiesz już mimo wszystko całkiem sporo o tej sprawie. Nawet o tych aspektach, w których to ja robiłam kwerendę.

Phil: Po prostu wciąż to pamiętam. Ta sprawa przez dłuższy czas nie schodziła z pierwszych stron gazet w całym kraju. Ale wróćmy do twojej teorii, że Julie sama dobrowolnie uciekła z domu. Tak całkiem serio? Jakoś w to nie wierzę. Po pierwsze, Theo Novakowi nigdy niczego nie dowiedziono w kwestii domniemanej przemocy domowej. A po drugie, taki czysto praktyczny aspekt: nie wystarczy tak po prostu uciec. Trzeba jeszcze pozostać w ukryciu. A w przypadku Julie mówimy o okresie dwudziestu lat. Jak szesnastolatka miałaby czegoś takiego dokonać? Gdzie miałaby się ukryć i z czego miałaby się utrzymać?

Liv: Masz rację. Bez pomocy nie miałaby szans tego zrobić.

Phil: I tym samym znów szybko wracamy do Daniela W., naszego Jamesa Deana wannabe. Znanego też jako grejpfrutowe oko. Mam nadzieję, że udało ci się dotrzeć jeszcze do kilku informacji na jego temat.

Liv: Do kilku tak. Wiemy o nim następujące rzeczy: Daniel W. dorastał wychowywany przez samotną matkę. Zarówno ona, jak i jej rodzice, pomagający jej w wychowywaniu syna, byli żarliwymi chrześcijanami, mam tu na myśli coniedzielny udział we mszy, śpiew w chórze kościelnym i tak dalej. A ponieważ jego matka aż do swojej śmierci zachowała panieńskie nazwisko, możemy przyjąć założenie, że Daniel był nieślubnym dzieckiem.

Phil: Albo wynikiem niepokalanego poczęcia. W takich kręgach powinno być to możliwe.

Liv: Co przed chwilą mówiliśmy o takich nieprawdopodobnych teoriach?

Phil: Touché.

Liv: Wiemy też, że Daniel W. po ukończeniu szkoły zaczął się przyuczać na elektryka, szybko jednak z tego zrezygnował. Jego były kolega oraz szef określają go z perspektywy czasu jako samotnego wilka i nieco dziwaka. Po prostu nie do końca pasował do ekipy. W chwili, gdy Daniel W. poznał Julie, miał właśnie drugie podejście do nauki zawodu, tym razem na opiekuna osób starszych.

Phil: Dobry samarytanin, przynajmniej patrząc z zewnątrz.

Liv: Już to widzę: przejrzałeś tego typa na wylot. Ale nie zapominajmy, że to, patrząc z zewnątrz, może równie dobrze odnosić się też do Theo Novaka. Musiał być przecież jakiś powód, dla którego policja postanowiła sprawdzić, czy w rodzinie Novaków nie dochodziło do aktów przemocy domowej. I tylko dlatego, że nie udało się niczego dowieść, nie znaczy wcale, że coś takiego się tam nie działo.

Phil: Zapomnij o Novaku. Pomyśl lepiej o tym wywiadzie, którego udzielił gazecie najlepszy przyjaciel Julie i w którym określił relacje między Julie a Danielem W. jako toksyczne! Myślę, że to, do czego doszło siódmego września dwa tysiące trzeciego roku, bez względu na to, co to było, rozegrało się między tymi dwojgiem.

Liv: Ale Julie w chwili swojego zniknięcia już od dawna nie spotykała się z Danielem W.

Phil: No i właśnie dlatego! Co, jeśli W. nie chciał pogodzić się z jej decyzją i dlatego sięgnął po przemoc i ją uprowadził?

Liv: Wtedy także żądanie pieniędzy miałoby sens, to prawda. Danielowi W. jako przyuczającemu się do zawodu z pewnością się nie przelewało i dodatkowe kieszonkowe mogłoby mu się przydać.

Phil: To on szantażował Novaków. Ale kiedy się dowiedział, że skontaktowali się z policją, zaczął tracić grunt pod nogami i zrezygnował z przekazania okupu.

Liv: Możliwe. Ale czy w takim razie policja nie powinna znaleźć w domu tej rodziny jego odcisków palców albo DNA?

Phil: I tak też z pewnością było, ale niczego nie dało się udowodnić. Bądź co bądź on i Julie byli w przeszłości parą. Daniel W. musiał więc nieraz odwiedzać ją w domu i tak oto twój zarzut ląduje w koszu.

Liv: No może i tak. Ale... sama nie wiem. Policja z pewnością nie dałaby Danielowi W. tak łatwo się z tego wykręcić, gdyby uważała go za porywacza Julie.

Phil: To bez znaczenia, za kogo się kogoś uważa. Decydujące jest to, czy masz wystarczająco dużo dowodów, dzięki którym twoje przypuszczenia zmienią się w fakty. A jeśli ich brakuje, to masz pecha, a druga osoba szczęście. Ale jest w tym, rzecz jasna, trochę racji: czysto prawnie jesteśmy zobowiązani podkreślić, że oddajemy się tutaj jedynie spekulacjom i pod żadnym pozorem nie twierdzimy, że Daniel W. faktycznie miał coś wspólnego ze zniknięciem Julie Novak. Dlatego, tak dla jasności, wróćmy może do mówienia o "porywaczu".

Liv: Tak, też tak myślę. Tym niemniej dziwi mnie to, że tej sprawy do dzisiaj nie udało się wyjaśnić. Szczególnie że porywacz lub porywacze swoim sposobem postępowania, włączając w to osobliwą wysokość okupu, sprawiali wrażenie kompletnych dyletantów.

Phil: Albo: może ja - to znaczy porywacz - wręcz przeciwnie, jestem o całe światy oddalony od dyletanta, za którego wszyscy mnie mają. Może jestem w najwyższym stopniu sprytny! Może od dwudziestu lat gram w grę, a inni gracze tego nie zauważają.

Liv: Ale dwadzieścia lat to cholernie dużo czasu, żeby nie popełnić ani jednego błędu.

Phil: Hmm, mówię przecież: jestem sprytny. I nie brak mi cierpliwości.

Liv: Myślisz więc, że Julie jeszcze żyje?

Phil: A ty tak myślisz?

Liv: Nie. Po prostu dlatego, że - jak sam wcześniej powiedziałeś - nie wystarczy zaginąć, trzeba jeszcze pozostać zaginionym. A na to, moim zdaniem, dwadzieścia lat to zbyt wiele.

Phil: Tym ważniejsze jest, żeby jeszcze raz otworzyć tę sprawę i by krewni wreszcie mogli się dowiedzieć, co takiego się stało. Trzeba wam wiedzieć, drodzy słuchacze, że Liv poprosiła ojca Julie, Theo Novaka, o wywiad do tego odcinka. Niestety, do momentu jego nagrania jej prośba pozostała bez odzewu.

Liv: No cóż, Theo Novak ma już ponad siedemdziesiąt lat i sam wiesz, jak jest: trochę techniki i starzy ludzie się gubią. Albo znów był zajęty okładaniem kogoś pięściami, ha, ha. Tak czy inaczej, nie uda nam się dziś rozwikłać zagadki zniknięcia Julie. Dlatego powiedziałabym, że pora pożegnać się w tym miejscu z naszymi słuchaczami. W przyszłym tygodniu znów się słyszymy w nowym odcinku Two Crime - True Crime Podcast z Liv Keller i...

Phil: Philippem Hendricksem.

Liv: Do usłyszenia. Bądźcie zdrowi i... pozostańcie przy życiu! Ciao, ciao!

Theo

Zrobiłem to. Zrealizowałem to siłą i konsekwencją, jak ruchy kraula, które w swoim czasie zapewniły mi z klubem pływackim Albatros trzykrotne wicemistrzostwo Niemiec juniorów. Tyle tylko, że ten opór, któremu muszę stawić teraz czoło, nie bierze się z wody. Jego źródłem jest moja córka Sophia. Nie dam się wywieść w żadne błonie. Zadzwoniłem do Liv Keller i się z nią umówiłem.

Teraz się z nią spotkam, spotkam się z nią w miejscu, gdzie nie ma już więcej żadnych nieporozumień. Tylko rozdarte serca, rozbite marzenia, spóźnione wnioski. W miejscu, które przez większość życia wydaje się człowiekowi obce, aż sam staje się tym z rozdartym sercem. Dochodzi do tego strach, bo człowiek wie, że jest następny. Czy to śmierć sama w sobie sprawia, że ogarnia go przerażenie? Ta jej nieuniknioność? Niewyobrażalność absolutnego końca? Byłem lekarzem, przez całą karierę zawodową podejmowałem decyzje mające bezpośrednie przełożenie na ludzkie życie i śmierć. Jestem zdany na pastwę własnej śmierci. Nie może mi pomóc żaden lekarz, nie mam nawet cienia szansy.

Chciałbym opowiedzieć Liv Keller o Verze, o mojej Verze, która tutaj spoczywa i która mocno wierzyła w to, że nasze ciało to tylko rodzaj naczynia. Potrzebujemy w końcu jakiegoś stałego stanu skupienia, żeby poruszać się po tym świecie. Kiedyś śmiałem się z czegoś takiego. Moja Vera, taka mądra kobieta, a mimo to wierzy w taką bzdurę. Ale właśnie w tym momencie, kiedy tak tutaj stoję przy grobie mojej żony, sam się łapię na tym, że to ja bym chciał być tym, który się mylił i zapędził w argumentacji na temat procesów biochemicznych. Bo możliwość takiego końca, jaki sobie zawsze wyobrażałem, obecnie tylko jeszcze bardziej mnie przeraża.

Chciałbym opowiedzieć Liv Keller także o niej, o Julie, szczególnie o Julie. Chciałbym, żeby z tych zdań, które wypowiedziała o niej w swoim podcaście, z tej postaci ze scenariusza, wyłonił się człowiek. Chcę, żeby usłyszała jej śmiech, jakby był prawdziwy, jakby Julie stała tuż obok niej. Ten śmiech i to, jak zawsze jej z tego powodu dokuczaliśmy. Kiedy czuła się zmieszana, brzmiała jak świnka morska. A kiedy coś tak bardzo ją rozbawiło, że po prostu nie mogła dłużej wytrzymać, to wydawała odgłosy jak pijany marynarz, gardłowe, niemal ochrypłe od whiskey, nadmiaru papierosów i takich tam, choć nigdy nie wypiła ani kropelki alkoholu, nie wspominając już o paleniu. Chcę, żeby Liv, która porównała Julie do cyborga, bo tyle była w stanie zrobić, także zrozumiała, że Julie zdecydowanie nim nie jest.

Wręcz przeciwnie: Julie była czystym życiem. Była dzika i ciekawa świata. Rzeczy, które robiła, brały się z pędu, żeby nie stać w miejscu, i fizycznie, i psychicznie, i żeby móc wszystkiego zakosztować. Chcę, żeby nie widziała tylko takiej Julie z rudymi włosami, lecz także dostrzegła każdego jej piega.

A przede wszystkim chcę, żeby mi pomogła. Bo chociaż nigdy nie porzuciłem nadziei, że Julie wciąż żyje, zdaję sobie sprawę, że równie dobrze może nie żyć. Ale jeśli tak, jeśli tak naprawdę miałoby być, to wtedy jej miejsce jest tutaj, u boku matki.

Tego jednak za nic w świecie nie przyznam, ale Sophia ma rację, jeśli chodzi o te swoje zastrzeżenia. Już niemal nie jestem w stanie wykonać tego ostatniego zadania, które życie rzuca mi pod postacią prośby o wywiad przysłanej przez Liv Keller. Sophia ma rację, kiedy mówi, że stałem się odrobinę zbyt nieprzewidywalny i bardzo łatwo da się to wykorzystać. Mimo to odprowadziła mnie na to spotkanie na cmentarz, do grobu swojej matki. To tam poprosiłem Liv Keller, żeby przyszła, byśmy omówili warunki ramowe tego wywiadu. Wszystko powiem tej Liv Keller, a ona w zamian pomoże mi się dowiedzieć, co takiego stało się z moją córką. Nawet jeśli nie może mi obiecać, że znajdziemy Julie, tego jestem w pełni świadomy. Chcę jednak, żeby obiecała, że spróbuje to zrobić, wszelkimi dostępnymi sobie środkami, że włoży w to całe swoje zaangażowanie, czas i najlepsze, szczere zamiary.

To wszystko chcę jej powiedzieć, w najjaśniejszych słowach, jakie mam, bez jąkania się, bez mówienia "no i jak mu tam" i najmniejszych przejęzyczeń; to wszystko tkwi gdzieś w mojej głowie, dokładnie w tej wyrazistości, a ja jeszcze raz oddycham głęboko, otwieram usta i spoglądam na Liv Keller, która stoi naprzeciwko mnie w szarym kostiumie ze spodniami, a rude włosy opadają jej na ramiona, i słyszę jeszcze - klik - swój głos, który jakby odchodząc od zmysłów, wydziera się na cały cmentarz:

- Musimy inkubować, skończony kretynie!

Liv

- Nie możemy tego zrobić. - Od kilku godzin Liv czekała na to, żeby wreszcie wydusić z siebie to zdanie. Siedziała na brzegu kanapy jak spięta pacjentka, która pilnie musi porozmawiać z lekarzem, podczas gdy na zewnątrz zrobiło się ciemno. Nie ściągnęła nawet żakietu, chociaż podczas siedzenia guziki wrzynają się jej w brzuch, nie mówiąc o mocno ściśniętym pasku spodni. Idiotyczny strój, a już na pewno przy tych temperaturach. Spogląda na otwarte drzwi salonu. Na tle lśniącej powierzchni światła w korytarzu zarysowuje się czarna, męska sylwetka, która zatrzymuje się w pół ruchu na dźwięk głosu Liv. Przez chwilę słychać jeszcze dzwonienie kluczy, poza tym na moment zapada kompletna cisza. Sekundę później sylwetka pstryka włącznik na ścianie koło futryny i w salonie robi się widno.

- To znaczy? Novak odwołał wywiad?

- Nie, Phil. - Liv niezręcznie pociąga za żakiet, żeby głębiej odetchnąć. - To znaczy, że my go odwołamy. Nie ma rady.

Phil powoli wzdycha, potem rusza przez pokój w stronę kanapy, żeby usiąść na niej obok Liv.

Kładzie jej rękę na ramionach, ale ona szybko ją strąca.

- Novak jest chory. Ma demencję.

- Tym lepiej. - Phil unosi rękę i rozpościera przed nimi niewidzialny nagłówek. - Na krótko przed śmiercią chory na demencję Theo Novak ostatkiem sił próbuje rozwiązać sprawę tajemniczego zaginięcia córki. Obsypią nas za to nagrodami.

- Czy do ciebie w ogóle dociera, co ja mówię? - Liv uwalnia się z żakietu. - Nie mogę przeprowadzić z nim wywiadu! Zresztą prośbę o rozmowę wysłaliśmy przed nagraniem tego odcinka. A dlaczego? Tylko dlatego, że dziewczyny z Mordstalk omówiły ten przypadek przed nami, a my chcieliśmy być od nich lepsi, wmontowując w to kilka oryginalnych setek.

- I teraz będziemy lepsi.

- Dzisiaj rano powinnam była od razu powiedzieć mu przez telefon, że sprawa jest nieaktualna.

- Tylko się nad tym zastanów, Liv. Mielibyśmy zrezygnować z tej niewiarygodnej szansy tylko dlatego, że otworzyła się ona przed nami jedynie nieco później, niż planowaliśmy?

Phil podejmuje kolejną próbę, żeby ją objąć. Liv tym razem mu na to pozwala, jest zbyt wyczerpana, żeby się bronić. Nie tylko dlatego, że Theo Novak na środku cmentarza zaczął nagle krzyczeć. Przy tym była tam jeszcze jego córka Sophia. Trzymając w ramionach swojego roztrzęsionego ojca i starając się go uspokoić, wyjaśniła Liv sytuację. Że jej ojciec jest chory i biedny jak mysz kościelna, bo cały jego majątek pochłonęło leczenie chorej na raka żony. Że przez większość dni siedzi apatycznie w swoim dwupokojowym mieszkaniu w Spandau i gapi się przed siebie, a przede wszystkim, że ona nie pozwoli na to, żeby go zwodzić i jego kosztem nagrać tej wątpliwej jakości odcinek jakiegoś nie mniej wątpliwego podcastu rozrywkowego. I Sophia ma rację, myśli Liv, to nie byłoby fair. Przy tym nie ma najmniejszego znaczenia, że kilka minut później Novak doszedł do siebie i sprawiał wrażenie, jakby myślał całkowicie jasno, gdy pytał Liv, jak i kiedy zamierza rozpocząć poszukiwanie śladów.

- Jeszcze raz: nie mogę z nim przeprowadzić tego wywiadu.

- Ale ty nie będziesz przeprowadzać z nim wywiadu - odpowiada Phil, ściąga okulary i masuje sobie kciukiem i palcem wskazującym nasadę nosa. Liv już ma odetchnąć z ulgą, kiedy Phil dodaje: - To będzie dużo więcej niż wywiad. - Patrzy na nią, ale jego wzrok skierowany jest w dal, jego oczy lśnią od wizji, która właśnie nabiera kształtu w jego mózgu. - Zobaczysz, ten ekskluzywny reportaż będzie viralem we wszystkich kanałach! - Rozkłada ręce i wzdycha, jakby sporo trudu kosztowało go samo objęcie myślą tej wizji. - Będziemy tymi, którzy po dwudziestu latach wreszcie zadbają o sprawiedliwość! Zrobimy to, czego nie udało się policji! Nam się to uda, Liv! Nam!

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nawet jeśli Novakowi pozwoli na to zdrowie, to wcale nie wiemy, jaką lawinę tym wywołamy. Jego córka opowiedziała mi, jak kiedyś reporterzy oblegali ich dom i że raz za razem zgłaszali się do nich jacyś pomyleńcy, którzy albo twierdzili, że sami są porywaczami, albo kobiety podawały się za Julie, tylko to sobie wyobraź! Że jej ojciec niemal stracił pracę, bo radzie nadzorczej kliniki nie podobało się to, że o ich ordynatorze stale pisze prasa. Posłali go więc na przymusowy urlop na całe półtora roku i sprowadzili z powrotem dopiero wtedy, gdy doszli do wniosku, że bez niego tak jakby po prostu się nie da. A teraz jeszcze ta choroba, śmierć żony. To wszystko odcisnęło na nim swój ślad, Phil. - Liv wpatruje się w podłogę i przypomina sobie, co zarzuciła jej córka Novaków: "Nazwała pani mojego ojca Heinzem, podrzędnym rzezimieszkiem. I to jest pani zdaniem poważne dziennikarstwo? Czy pani w ogóle przeczytała tego swojego obłudnego maila, zanim go pani wysłała do mojego ojca? Etos i dziennikarski obowiązek dołożenia wszelkich starań, akurat! To, jak mówią państwo w swoim podcaście o ludziach, jest po prostu na wskroś obrzydliwe". Touché do kwadratu. Dotąd nieczęsto się zdarzało, żeby Liv aż tak się wstydziła. Za tego maila do Theo. Lecz także za to, jak bardzo się wzdrygała, gdy ktoś, wszystko jedno w jakim kontekście, wymawiał imię Heinz.

Phil wstał z kanapy. Podszedł do blatu w aneksie kuchennym, również i tam włączył światło, po czym głośno przygotował dwie szklanki i butelkę.

- Nie odmawia się umierającemu ostatniego życzenia.

- Proszę cię, serio?

- Udaj się z nim na to poszukiwanie śladów, przewałkuj tę całą sprawę tak, jak jeszcze nikt tego nie zrobił przez te dwadzieścia lat. Zapewnij nam nagrodę, Liv. - Phil napełnił szklanki ginem, po czym pociągnął duży łyk prosto z butelki. - Odciążę cię przy podcaście i zajmę się standardowymi odcinkami - ciągnął, kiedy już wreszcie odstawił butelkę. - Na przyszły tydzień i tak mam już zapisaną sprawę Włada Taneskiego. Spokojnie wyjdzie mi z tego podwójny odcinek.

- Sama nie wiem. - Liv odgarnia kosmyki z czoła. Jej włosy. Czuje się przy tym jak idiotka. Oczywiście widziała wcześniej zdjęcia Julie Novak, także jej matki i siostry, wszystkie one miały ten sam kolor włosów. Stale jednak ogląda jakieś zdjęcia i przy takiej liczbie twarze i cechy szczególne zlewają się w jedną szarą masę, w morze ludzi, basen pozbawionego licencji materiału wizualnego. Podcast jest nagrywany od trzech lat, co tydzień ona i Phil omawiają nowy przypadek. Trzy lata podcastu to sto czterdzieści siedem odcinków, co daje wielokrotność tej liczby, jeśli chodzi o twarze, na które natykają się podczas researchu. Ofiar, sprawczyń, sprawców, krewnych, a czasem nawet śledczych, jeśli mają oni jakieś istotne znaczenie w danej sprawie. Tydzień wcześniej Liv była jeszcze brunetką, a to, jak niekorzystny moment wybrała sobie na zmianę wizerunku, dotarło do niej dopiero w chwili, gdy dostrzegła wzrok Theo Novaka. - On musiał pomyśleć, że chcę zrobić go w konia - wymamrotała do siebie.

W międzyczasie Phil wraca z aneksu kuchennego ze szklankami. Jedną z nich podaje Liv, drugą wznosi do niej toast.

- To nasza wielka szansa, Liv - mówi. - A teraz się odpręż.

- Wiesz co, Phil? Ty to zrób! Bądź co bądź z nas dwojga to ty jesteś dziennikarzem. Uczyłeś się tego, ja nie.

Phil się śmieje.

- A więc: po pierwsze, mój staż w gazecie był wtedy jednym wielkim żartem. A po drugie, przecież już od dawna jesteś dziennikarką! Od trzech lat robisz research i dokumentujesz przypadki kryminalne do naszego podcastu. Reportaż niczym się pod tym względem nie różni. No, może to odrobinę większa sprawa, niech będzie. Ale spójrz na to jak na wyzwanie: dzięki niemu możesz się rozwinąć i coś sobie udowodnić. Nadszedł już czas na kolejny krok, Liv. Uwierz mi, jesteś w stanie to zrobić. - Znów wznosi toast, przykłada szklankę do ust i jednym haustem wypija połowę ginu z tonikiem.

Liv idzie jego śladem i wypija wszystko do dna. Mimo to złe przeczucie, które towarzyszyło jej od popołudnia, wcale nie ustępuje.

Lara

A więc plan.

Oczywiście przede wszystkim Diabeł nie może zauważyć, że nie biorę już tabletek. W jego obecności muszę więc zachowywać się sennie, pokojowo i ochoczo, a od czasu do czasu może nawet pokusić się o mały uśmiech. Diabeł od dawna tego sobie życzył, ale ja o tym w ogóle nie myślałam. Nie pozostało mi jakoś zbyt wiele siły, a na pewno nie w tym stanie.

- Podarowałabyś mi jakiś uśmiech, Laro, co? Jesteś taka piękna, kiedy się uśmiechasz.

I uśmiech z jego strony, jakby chciał mi pokazać, jak to się robi, na wypadek gdybym to też zapomniała. Raz, na samym początku tego więzienia, zebrałam w sobie wszystkie siły i splunęłam mu w twarz. On wyciągnął wtedy materiałową chusteczkę z kieszeni i otarł sobie kącik ust, gdzie trafiłam. Zrobił to przeraźliwie wolno, jakby chciał mi dać wystarczająco dużo czasu, żebym uświadomiła sobie swój czyn. I nic przy tym nie mówił, to było najgorsze - znów to milczenie, ta jego metoda wychowawcza. Nic nie powiedział też wtedy, gdy zaraz potem opuszczał pomieszczenie. Najpóźniej wtedy pomyślałam, że będzie to miało konsekwencje. Ze swoją przekorą, teraz muszę to przyznać, teraz, gdy wreszcie znów naprawdę mogę myśleć, zaprzepaściłam pewną decydującą kwestię. Byłam krnąbrna, wzbraniałam się i z jego perspektywy zapewne nie pozostawiłam mu innej opcji, jak tylko faszerować mnie lekami, żebym się uspokoiła.

Teraz muszę zadbać o to, żeby sam z siebie doszedł do wniosku, że nie jest to konieczne. Muszę zadbać o to, żeby mi zaufał. Zaufanie, taką miałam nadzieję, znaczy, że wreszcie będę mogła stąd wyjść, z miejsca, w którym on od tak dawna trzyma mnie zamkniętą. Nie łudzę się, że pozwoli mi wyjść z budynku, ale z pokoju? Z pokoju bezwzględnie musi mi się udać wydostać. Za tymi drzwiami było coś, bez czego nie mogę dalej opracowywać swojego planu. Jest tam środek komunikacji: telefon albo komputer z internetem. Nie miałam pojęcia, co działo się na zewnątrz, i to właśnie wywoływało we mnie najgorsze lęki. Minęło sporo czasu, wiele mogło się zdarzyć. Co, jeśli tam, na zewnątrz, nikt już na mnie nie czeka? Jeśli już mnie zapomnieli? Nie, nie mogę tak myśleć. Bo to by było to, co Diabeł od lat próbował mi wmówić. I na krótki moment nawet mu uwierzyłam. Już choćby tego nie będę w stanie mu nigdy wybaczyć, choćby tego. I dlatego, jestem tego świadoma, nie wystarczy mi, że tylko odzyskam wolność.

Chciałabym, żeby Diabeł mi za to zapłacił. Życiem.