Córeczka pastora - Susan Casserfelt

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Przy­warli do sie­bie jak dwa wy­stra­szone za­jące. W swo­jej kry­jówce w por­cie nie czuli się dzi­siaj tak bez­piecz­nie jak do­tych­czas.

Mimo że oboje mieli na so­bie grube pu­chowe kurtki, dy­go­tali z zimna.

- Czyli dziś wie­czo­rem - szep­nęła Jos­san.

Po­wie­działa to tak, jakby wła­śnie coś do niej do­tarło. Jakby ogar­nęło ją ja­kieś prze­czu­cie. Ulga, która nie znaj­do­wała uza­sad­nie­nia ani w po­go­dzie, ani w ru­de­rze, w któ­rej się schro­nili. Przez dziu­rawy dach śnieg sy­pał pro­sto do lo­do­wa­tego wnę­trza. Od czasu do czasu wpa­dał na­wet przez sze­ro­kie szpary w pod­ło­dze. Było to moż­liwe, po­nie­waż dawny ma­ga­zyn soli w po­ło­wie wi­siał nad po­wierzch­nią Bał­tyku.

Ta stara ru­ina sta­no­wiła pierw­szą prze­szkodę dla przy­wia­nej znad sy­be­ryj­skiej tun­dry za­mieci, gdzie za­częła się dwa dni wcze­śniej. Za każ­dym ko­lej­nym po­dmu­chem znaj­du­ją­cym nową szcze­linę pło­mień świecy nie­bez­piecz­nie ło­po­tał. Pra­wie gasł, by już w na­stęp­nej se­kun­dzie roz­go­rzeć na nowo, i to jesz­cze in­ten­syw­niej.

Przy­nie­śli świecę wcze­sną je­sie­nią i po­sta­wili ją na od­wró­co­nej do góry dnem skrzynce opa­trzo­nej na­pi­sem "Do­mus".

Ca­ło­wali się w za­wod­nym bla­sku pło­mie­nia.

Jos­san ści­snęła jego dłoń. Od­no­siła wra­że­nie, jakby mie­siąc za­mie­nił się w wiecz­ność, na którą cze­kała i którą pla­no­wała. To prawda, ma do­piero szes­na­ście lat, ale jest jak na swój wiek bar­dzo doj­rzała. Da radę. To zna­czy oni da­dzą radę. Nie­ustan­nie mu­siała so­bie przy­po­mi­nać, że nie jest już sama. Na­wet je­śli nie po­wie­działa mu ca­łej prawdy, była pewna, że on jej nie za­wie­dzie.

Pod­czas gdy inni chłopcy wy­da­wali się za­in­te­re­so­wani głów­nie tym, że po­cho­dzi z ho­ke­jo­wej ro­dziny, wresz­cie spo­tkała ko­goś, kto ani nie grał w ho­keja, ani w ogóle go nie ob­cho­dziło, kim jest jej oj­ciec. Co stało się szcze­gól­nie wi­doczne zwłasz­cza w ostat­nich ty­go­dniach, kiedy wszystko krę­ciło się wo­kół Övik Cup. Tur­niej miał się od­być w na­stępny week­end, co także uwzględ­niła w swo­ich pla­nach.

- To znowu ty? Wy­gląda na to, że ko­smos chce nas chyba po­łą­czyć - po­wie­działa z uśmie­chem. Wciąż miała te słowa w pa­mięci, stały się jej man­trą. Brzmiały do­ro­śle. Doj­rzale.

Od­po­wie­dział sła­bym uśmie­chem To były jego słowa. Usły­szała je od niego, kiedy w krót­kim cza­sie po raz trzeci na­tknęli się na sie­bie.

W od­róż­nie­niu od in­nych nie cho­dził za nią krok w krok. Nie pró­bo­wał jej za­im­po­no­wać prze­chwał­kami. A ona była co­raz bliż­sza prze­ko­na­nia, że się w nim za­ko­chała. Znowu ści­snęła jego dłoń, z wdzięcz­no­ści, że nie jest sama.

On ode­brał ten gest ina­czej. Za­mknąw­szy oczy, po­chy­lił się ku niej, cze­ka­jąc na ko­lejny po­ca­łu­nek. Jos­san po­ca­ło­wała go, tym ra­zem z za­ska­ku­ją­cym ża­rem, z in­ten­syw­no­ścią, ja­kiej ni­gdy wcze­śniej nie do­znała.

Po­tem za­częła my­śleć o tym, jak bar­dzo bę­dzie jej bra­ko­wało młod­szego brata. Do tego ma­łego chłopca nie­wiele osób po­tra­fiło do­trzeć, ale ją Joel ko­chał bar­dziej niż ko­go­kol­wiek. Chyba na­wet z mamą nie czuł się tak zwią­zany.

- Chcia­ła­bym, że­by­śmy za­brali ze sobą Jo­ela.

On wi­dział go tylko dwa razy, kiedy aku­rat mały był pod jej opieką. Ten dziwny dzie­ciak za­wsze sie­dział spo­koj­nie tam, gdzie go po­sa­dziła, i w ogóle nie zwra­cał na nich uwagi. W tej chwili jed­nak, kiedy byli z Jos­san sam na sam, nie miał ochoty i nie za­mie­rzał za­przą­tać so­bie głowy jej ro­dzeń­stwem.

- Jesz­cze raz... Po­ca­łuj mnie!

Chęt­nie wsu­nąłby rękę pod jej bluzę, ale z po­wodu zimna nie było to moż­liwe. Oboje trzę­śli się jak ga­la­reta.

Na­gle za­miast jej mięk­kich warg po­czuł na ustach do­tyk zim­nej i wil­got­nej rę­ka­wiczki.

- Pst! Tu ktoś jest - syk­nęła.

- Nie ma ni­kogo. Prze­cież nikt nie wie, że tu je­ste­śmy - wy­szep­tał w rę­ka­wiczkę. Jego od­dech ogrze­wał jej skost­niałe palce.

Jos­san wy­trzesz­czyła oczy i utkwiła wzrok w wej­ściu, jed­no­cze­śnie in­ten­syw­nie na­słu­chu­jąc. Po­spiesz­nie zdmuch­nęła ło­po­czący pło­mień świecy.

On też wy­tę­żył słuch. Ale sły­szał tylko, jak po­wie­trze i woda współ­za­wod­ni­czą ze sobą ni­czym para ka­pry­śnych so­li­stów pró­bu­ją­cych za­głu­szyć się wza­jem­nie. Ich huk zle­wał się w jedną po­tężną sym­fo­nię. Lecz zwy­cięzcą w tym bu­dzą­cym grozę spek­ta­klu i tak oka­zały się li­sto­pa­dowe wie­czorne ciem­no­ści. Były tak nie­prze­nik­nione, że nie mógł na­wet do­strzec za­rysu syl­wetki Jos­san. Mi­mo­wol­nie zmie­nił ję­zyk. Na­gle szwedzki stał się rów­nie nie­do­się­gły jak ona.

Po omacku wy­cią­gnął ku niej rękę, chciał po­trzy­mać zna­jomą dłoń, po­roz­ma­wiać w bez­piecz­nym ję­zyku, ona jed­nak wła­śnie w tym mo­men­cie się pod­nio­sła.

Ogar­nięty pa­niką za­czął wy­ma­chi­wać ra­mio­nami. Na­tra­fił na od­wró­coną do góry dnem skrzynkę, która dała mu pro­wi­zo­ryczne opar­cie, pod­czas gdy drugą ręką wciąż szu­kał cze­goś bar­dziej sta­bil­nego. Po­czuł się nie­pewny i za­gu­biony. Gdzie jest góra, a gdzie dół? Dry­fo­wał w ciem­nej wo­dzie, po­zba­wiony orien­ta­cji i rów­no­wagi.

Trzask, jakby ktoś wpadł na ja­kiś me­bel, ka­zał mu od­wró­cić głowę i się ro­zej­rzeć, mimo że prze­cież i tak nic nie wi­dział. Ostat­nia próba od­zy­ska­nia po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa.

- Jos­san...

Jej imię uwię­zło mu w gar­dle.

Za­czął więc po ci­chu po­wta­rzać swoje wła­sne, w sku­pie­niu, raz za ra­zem.

- Fa­raz, Fa­raz, Fa­raz...

Ale to pro­wa­dziło tylko do jesz­cze więk­szej dez­orien­ta­cji. Kim on wła­ści­wie jest?

Ro­dziło się w nim lo­do­wate prze­czu­cie. Przez dwa­na­ście lat sta­rał się nie my­śleć o gru­bym arab­skim starcu, od­trą­cał ro­dzinę, tra­dy­cję opo­wia­da­nia hi­sto­rii, od­wra­cał oczy od swo­jego kraju i nie zwa­żał na zło. Na wszystko to, od czego uciekł.

Kiedy za­mknął po­wieki, i tak był już po­grą­żony w ciem­no­ści.

Gruby sta­ruch nie przy­szedł sam. Miał ze sobą chu­dego kota, Ko­ścio­trupa. Obaj coś wy­krzy­ki­wali. Tak gło­śno, że mu­siał za­sło­nić uszy.

In­sza'Al­lah, niech się dzieje wola Boga.

Roz­dział 2

Gu­nvor sie­działa na swoim sta­łym miej­scu przy ku­chen­nym stole. Zsu­nęła na bok ko­ron­kowe fi­ranki i wpa­trzyła się w ciem­ność. Po­nie­waż nie do­strze­gła ni­kogo, sku­piła się na pe­lar­go­niach, szu­ka­jąc uschnię­tych li­ści. Jo­se­fin po­winna być w domu już od co naj­mniej go­dziny.

- Gdzie ona się po­dziewa? - ryk­nął Sten-?ke.

O dziwo, skie­ro­wał to py­ta­nie chyba bez­po­śred­nio do niej.

- Na pewno za­raz przyj­dzie - wy­mam­ro­tała Gu­nvor. - Le­piej zaj­mij się tur­nie­jem.

- Gdy­bym tylko mógł. Prze­cież ona do­brze wie, że po­winna wra­cać wcze­śnie.

Znowu wyj­rzała na ulicę, w ciem­ność. Nie­po­ko­iła się bar­dziej niż zwy­kle. Nie mo­gła bo­wiem uwol­nić się od po­czu­cia, że stało się coś złego. Śnieg sy­pał co­raz moc­niej. Po­rywy wia­tru zbi­jały po­je­dyn­cze płatki w cien­kie smugi. Dla ca­łego wy­brzeża Nor­r­lan­dii wy­dano ostrze­że­nie dru­giego stop­nia. Na Mo­do­vägen, pięć­dzie­siąt me­trów pod do­mem, od czasu do czasu prze­my­kały re­flek­tory sa­mo­cho­dów.

Może Jo­se­fin za­sie­działa się u któ­rejś ko­le­żanki i za­po­mniała za­dzwo­nić? Ju­tro pój­dzie ku­pić te­le­fon ko­mór­kowy dla córki. Sten-?ke niech gada, co chce, osta­tecz­nie dziew­czyna skoń­czyła już szes­na­ście lat i wszyst­kie jej ko­le­żanki z No­la­sko­lan od dawna mają wła­sne ko­mórki. Gu­nvor wie­działa o tym.

Jo­se­fin w końcu prze­stała wier­cić im dziurę w brzu­chu. Naj­pierw sły­szała, że jest za młoda. Po­tem, po szes­na­stych uro­dzi­nach, kiedy po­szła do li­ceum, obo­wią­zy­wała wer­sja, że po­winna sama za­ro­bić na te­le­fon. No i te­raz bie­daczka ha­ruje za każ­dym ra­zem, kiedy we Fjäl­l­räven Cen­ter od­bywa się mecz i gra dru­żyna Modo.

Ży­cie z na­sto­latką pod jed­nym da­chem oka­zało się dużo bar­dziej stre­su­jące, niż Gu­nvor się spo­dzie­wała. Jo­se­fin, ma­lutka, pełna ży­cia Jo­se­fin. Czas mi­jał tak szybko i mała dziew­czynka do­ro­sła. Są­sie­dzi prze­bą­ki­wali, że wi­dzieli ją w peł­nym ma­ki­jażu na Stor­ga­tan. Na szczę­ście po­zo­stała dwójka dzieci na ra­zie szcze­gól­nie nie da­wała się we znaki. U Jimmy'ego, o dwa lata star­szego, wszystko krę­ciło się wo­kół ho­keja.

Joel, który za­raz po No­wym Roku skoń­czy sześć lat, przy­biegł wie­czo­rem do domu, kiedy w te­le­wi­zji aku­rat le­ciał Bo­li­bompa, ale nie chciał go oglą­dać. Wła­śnie wtedy za­częli po­dej­rze­wać, że coś jest nie tak, skoro Jo­se­fin nie wró­ciła z młod­szym bra­tem.

Kom­bi­ne­zon Jo­ela był cały ubło­cony i prze­mo­czony do sa­mego spodu. Mały naj­wy­raź­niej prze­marzł do szpiku ko­ści. Spy­tała go, czy się zsi­kał. Nie od­po­wie­dział, tylko szarp­nął się gwał­tow­nie jak wy­ciąg na skoczni nar­ciar­skiej w mroźny dzień. Był tak samo ma­ło­mówny i za­mknięty jak ona.

Gu­nvor na­lała go­rą­cej wody do wanny, nie ża­łu­jąc płynu do ką­pieli. Li­czyła na to, że Sten-?ke nie od­kryje tego luk­susu nie­do­zwo­lo­nego na co dzień. Zresztą przed Övik Cup zwy­kle miał inne rze­czy w gło­wie. Joel w mil­cze­niu ba­wił się pianą, ona zaś wrzu­ciła brudny kom­bi­ne­zon do pralki i usta­wiła tem­pe­ra­turę na sześć­dzie­siąt stopni, cho­ciaż do­sko­nale wie­działa, że na metce za­le­cano tylko czter­dzie­ści.

Znowu wyj­rzała przez okno. Po­czuła, że mąż stoi za nią i także wy­gląda. Zer­k­nęła na niego. Wi­działa, jak za­ci­snął szczęki i wy­sy­czał coś przez zęby. Czy do­brze usły­szała? Na­zwał córkę dziwką? Gula w gar­dle uro­sła. Za­ty­kała od­dech.

- Nie za­mie­rzam dłu­żej tego to­le­ro­wać - wark­nął Sten-?ke. - Ko­niec z tym la­ta­niem po mie­ście.

Gu­nvor usły­szała po chwili brzęk klu­czy­ków i gło­śne trza­śnię­cie drzwiami w przed­po­koju. Nie­długo po­tem zo­ba­czyła, jak jego sa­mo­chód szybko ru­sza z pod­jazdu.

Roz­dział 3

Fa­raz nie miał po­ję­cia, co się stało. Wy­cią­gnął przed sie­bie drżące ręce. Były na­brzmiałe, sztywne i ciemne. Wpa­try­wał się w nie długo w sła­bym bla­sku do­cho­dzą­cym z od­le­głych lamp na skoczni. Wy­da­wały mu się nie­rze­czy­wi­ste, tak jak zwy­kle się to dzieje, kiedy czło­wiek się bu­dzi i jesz­cze pi­jany snem od­krywa w łóżku obcą dłoń, i do­piero po chwili uzmy­sła­wia so­bie, że to prze­cież jego ręka i wła­śnie na niej spał. Na­gle ko­lejny ob­raz pró­bo­wał prze­sło­nić mu dło­nie i po­ka­zać, czego do­świad­czyły. Nie mógł już tego wy­trzy­mać. Z nie­ma­łym wy­sił­kiem zdo­łał wsu­nąć je do nie­bie­skiej pu­cho­wej kurtki. Ale o za­cią­gnię­ciu su­waka nie miał na­wet co my­śleć, jego palce były jak zmro­żone ser­delki.

Stał na skraju lasu, wy­tę­ża­jąc wzrok. Przez śnie­życę roz­po­zna­wał za­rys skoczni. Przy do­brej po­go­dzie silne re­flek­tory roz­świe­tlały cały stok, ale dzi­siaj wszystko było za­ma­zane. Z każ­dym no­wym po­dmu­chem wia­tru ostry śnieg sma­gał go w twarz.

Na­gle wy­ło­nił się ob­raz z prze­szło­ści. Sie­dział na plat­for­mie cię­ża­rówki, która z tru­dem wlo­kła się przez góry. Miał pięć lat i był ma­łym chu­dym chłop­cem. Ra­zem z nim je­chali wszy­scy oprócz mamy.

- Gdzie jest mama? - spy­tał.

Tata dał mu w twarz. W ciągu dnia było pie­kiel­nie go­rąco, a nocą lo­do­wato zimno. Po tym po­liczku od ojca nie miał od­wagi na­wet się ru­szyć. Nie­po­strze­że­nie od­su­nął się od niego i przy­bli­żył do młod­szej sio­stry mamy. Kiedy za­padł zmierzch, ciotka przy­tu­liła go, a on za­snął w jej ra­mio­nach. Po chwili się obu­dził, bo coś kłuło go w po­liczki. Nie był w sta­nie otwo­rzyć oczu, nie mógł za­wo­łać o po­moc. My­ślał, że za­raz się udusi. Wje­chali w bu­rzę pia­skową, wiatr wiał przez sto dwa­dzie­ścia dni. Wie­dział tylko tyle, że ciotka wciąż sie­dzi bli­sko.

Dziś nie mógł się ukryć w jej ob­ję­ciach. Dziś był sam. Dla­czego stoi w ciem­nym le­sie i ła­mie so­bie głowę? Czeka na ko­goś? Przed kimś ucieka? Przed po­li­cją? Nie znał od­po­wie­dzi. Co zro­bił? Nie miał pew­no­ści. I gdzie jest Jos­san?

In­stynk­tow­nie ru­szył truch­tem w dół stoku jak po­strze­lone zwie­rzę. Biegł na sztyw­nych z zimna no­gach, a za każ­dym ra­zem, kiedy na­pie­rał na niego wiatr, z tru­dem sta­wiał ko­lejny krok.

Na­deem nie bar­dzo po­tra­fił zro­zu­mieć ese­mesa, któ­rego do­stał od swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, dla­tego za­dzwo­nił do niego. Fa­raz ode­brał do­piero po kilku sy­gna­łach. Wy­da­wał się kom­plet­nie sko­ło­wany. Po­wtó­rzył tylko to, co na­pi­sał w wia­do­mo­ści: musi po­ży­czyć od niego ubra­nie i pie­nią­dze. Chcąc nie chcąc, Na­deem za­pa­ko­wał więc rze­czy do re­kla­mówki Kon­sumu, a po­tem wśli­zgnął się do po­koju braci i prze­trzą­snął kie­sze­nie ich spodni. Zna­lazł jedną pięć­setkę i parę dwu­dzie­stek. Fa­raz bę­dzie mu­siał mu się wy­tłu­ma­czyć, kiedy przyj­dzie.

Na­deem tak głę­boko się za­my­ślił, że w ogóle nie usły­szał krót­kiego dzwonka do drzwi. Do­piero kiedy matka za­wo­łała z kuchni, żeby ktoś otwo­rzył, ock­nął się i po­pę­dził do przed­po­koju, by przy­pad­kiem nie uprze­dził go nikt z ro­dzeń­stwa. Wi­dok Fa­raza wpra­wił go w osłu­pie­nie.

- Chło­pie, co ci się, kur­czę, stało?

- Mu­szę znik­nąć...

Jego głos, prze­szedł­szy w fal­set, rap­tem się za­ła­mał, a po­płoch wi­doczny w oczach prze­jął Na­de­ema stra­chem. Z prze­ra­że­niem pa­trzył na przy­ja­ciela.

Śnieg na wło­sach i na ubra­niu za­czął się to­pić. Kurtka i spodnie były całe w pla­mach. Je­dy­nie po dole no­ga­wek można było po­znać, że kie­dyś dżinsy miały ja­sny ko­lor. Nie ule­gało naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że są to plamy krwi.

- Czło­wieku - wy­krztu­sił Na­deem - c oś ty, do cho­lery, zro­bił?

Fa­raz w po­pło­chu ro­zej­rzał się do­okoła.

- Jos­san...

Nie zdo­łał wy­krztu­sić nic wię­cej, ale zmu­sił się, by spoj­rzeć przy­ja­cie­lowi w oczy i po­pro­sić o to, po co przy­szedł.

- Mu­szę znik­nąć - po­wtó­rzył. - Masz ciu­chy i kasę?

Pię­tro wy­żej w wy­słu­żo­nej czyn­szówce otwo­rzyły się drzwi któ­re­goś z miesz­kań i po klatce scho­do­wej ro­ze­szło się uja­da­nie Al-Jaz­ziry. Fa­raz pró­bo­wał we­pchnąć się do przed­po­koju, ale Na­deem mocno trzy­mał klamkę i nie wpu­ścił go do środka.

- Daj spo­kój, bo jesz­cze matka cię zo­ba­czy! I wpad­nie w szał. Masz - wy­szep­tał, po­da­jąc przez uchy­lone drzwi sfa­ty­go­waną re­kla­mówkę.

Fa­raz chwy­cił torbę w sztywne palce, na­słu­chu­jąc w na­pię­ciu kro­ków na klatce scho­do­wej.

- Kasa?

Na­deem z za­kło­po­ta­niem po­dał mu pod­pro­wa­dzone bra­ciom pie­nią­dze.

- Od­dam ci co do gro­sza, przy­się­gam na Al­laha.

- In­sza'Al­lah - od­po­wie­dział cierpko Na­deem.

Z wy­raźną ulgą za­mknął drzwi miesz­ka­nia, po czym wró­cił do po­koju i sta­nął przy oknie. Po chwili zo­ba­czył przy­ja­ciela wy­cho­dzą­cego z bramy, prze­bra­nego już w jego stare rze­czy. Po kil­ku­dzie­się­ciu kro­kach przy­gar­bioną po­stać po­chło­nęła śnie­życa.

Kilka go­dzin póź­niej Ybus wje­chał bez­sze­lest­nie do Hu­dik­svall. Las i trasa E4 ustą­piły miej­sca nie­du­żym, ciem­nym ry­bac­kim szo­pom oraz po­je­dyn­czym zna­kom dro­go­wym, które roz­świe­tlały opu­sto­szałe mia­steczko. Śnieg nie pa­dał tu­taj tak mocno.

W au­to­bu­sie za­le­gała ci­sza. Fa­raz sie­dział z czo­łem opar­tym o szybę. Rap­tem ja­kaś upiorna twarz wy­sko­czyła mu tuż przed oczami. Wzdry­gnął się i ogar­nięty prze­ra­że­niem wpa­trzył się w ciem­ność za oknem, ale ni­kogo tam nie było. Kiedy au­to­bus mi­jał ko­lejną la­tar­nię, ta sama twarz znów po­ja­wiła się w szy­bie. To jego wła­sne od­bi­cie. Stra­szył sam sie­bie.

Kie­rowca za­je­chał przed dwor­cem au­to­bu­so­wym Glada Hu­dik i za­trzy­mał się przy sta­no­wi­sku K. Dwaj stu­denci wy­szli na zwnątrz, żeby za­pa­lić i po­ba­wić się pierw­szym śnie­giem tej je­sieni, pod­czas gdy więk­szość pa­sa­że­rów pró­bo­wała spać da­lej.

Fa­raz spoj­rzał po­now­nie na swoje od­bi­cie i zo­ba­czył, że upiór pła­cze. Do­tknął po­liczka - był mo­kry.

Roz­dział 4

Aspi­rantka po­li­cji Kajsa Nor­din ob­ró­ciła się na krze­śle. Le­d­wie re­cep­cjo­nistka otwo­rzyła drzwi ko­mendy, do środka wtar­gnął jak bu­rza tre­ner dru­żyny ho­ke­jo­wej Modo, Sten-?ke "Po­ciąg" Wal­l­bäck. Do­padł do lady re­cep­cji, tuż za nim sta­nęła ko­bieta, praw­do­po­dob­nie jego żona. Miała za­czer­wie­nione od pła­czu oczy.

- Moja córka znik­nęła - rzu­cił Wal­l­bäck. - Kiedy wczo­raj za­dzwo­ni­li­śmy na po­li­cję, żeby zgło­sić za­gi­nię­cie, udało nam się po­roz­ma­wiać je­dy­nie z kimś z Kram­fors, kto nam po­ra­dził, że­by­śmy ob­dzwo­nili wszyst­kich zna­jo­mych Jo­se­fin. To chyba za mało. Pora, że­by­ście ru­szyli tyłki i za­częli jej szu­kać.

- Do­sko­nale ro­zu­miem, że to musi być dla pana trudne - pró­bo­wała uspo­koić go Kajsa. - Jak wy­nika ze sta­ty­styk, pań­ska córka wróci praw­do­po­dob­nie dzi­siaj albo naj­póź­niej za kilka dni. Czy ma chło­paka?

To py­ta­nie spo­wo­do­wało, że tre­ner wal­nął pię­ścią w ladę. Wi­dząc jego wście­kłość, Kajsa ża­ło­wała, że nie dzieli jej od niego szyba pan­cerna. Od­ru­chowo się­gnęła do kie­szeni spodni, w któ­rej trzy­mała au­to­strzy­kawkę z ad­re­na­liną.

"Po­ciąg" przy­po­mi­nał jej wy­pcha­nego niedź­wie­dzia sto­ją­cego trzy me­try da­lej. Zwie­rzę zo­stało za­strze­lone przez my­śli­wego poza li­mi­tem. Coś ta­kiego na­zy­wało się obroną ko­nieczną. Niedź­wiedź przy­padł w udziale pań­stwu i te­raz, w po­zy­cji na tyl­nych ła­pach, wi­tał w roli plu­szaka wszyst­kich in­te­re­san­tów przy­cho­dzą­cych z ja­kąś sprawą na ko­mendę po­li­cji w Örn­sköld­svik.

- Znik­nęła moja córka. Do­ma­gam się, że­by­ście za­częli jej szu­kać. Prze­cze­sali cały las, jak bę­dzie trzeba. - Wal­l­bäck wy­ko­nał za­ma­szy­sty gest ręką, jakby wska­zy­wał wszyst­kie lasy wo­kół mia­sta.

Pod­nie­siony głos wzbu­rzo­nego tre­nera spra­wił, że bez­po­średni opie­kun od­by­wa­ją­cej pół­roczny staż aspi­rantki Nor­din, in­spek­tor po­li­cji Erik Karls­son, zbli­żył się do nich dys­kret­nie.

Wy­glą­dało na to, że oto miał do czy­nie­nia z jed­nym z tych licz­nych przy­pad­ków, kiedy do­świad­czony funk­cjo­na­riusz po­wi­nien wes­przeć młodą no­wi­cjuszkę prak­tycz­nymi wska­zów­kami. W końcu Kajsa uczyła się w szkole po­li­cyj­nej w Solna tylko dwa lata i jako aspi­rantka wciąż była stu­dentką, na­wet je­śli no­siła mun­dur i mo­gła ko­rzy­stać z ta­kiego sa­mego sprzętu jak po­zo­stali ko­le­dzy na ko­men­dzie.

- Czy wszystko w po­rządku? - spy­tał.

Kajsa po­tak­nęła ru­chem głowy, cho­ciaż w grun­cie rze­czy wcale nie miała po­czu­cia, że sy­tu­acja jest pod kon­trolą. Erik cof­nął się za­tem, aby po­ka­zać, że nie za­mie­rza się wtrą­cać, za­nim jed­nak zdą­żył się od­da­lić, Sten-?ke Wal­l­bäck pod­jął de­cy­zję za niego. Po co roz­ma­wiać z nie­kom­pe­tentną po­cząt­ku­jącą po­li­cjantką, skoro ma przed sobą ko­goś bar­dziej wy­kwa­li­fi­ko­wa­nego?

- Ty tam, jak się na­zy­wasz?

Erik od­wró­cił się w stronę do­sko­nale zna­nego mu szko­le­niowca.

- Erik Karls­son - od­po­wie­dział i na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. - Je­stem prze­ko­nany, że Kajsa udzieli pań­stwu od­po­wied­niej po­mocy.

Wzrok Wal­l­bäcka mó­wił wszystko. Nie za­mie­rzał po­świę­cić już ani chwili na roz­mowę z tą nie­do­uczoną smar­kulą.

- Po­słu­chaj mnie, Karls­son. Moja córka wczo­raj po­szła na lek­cję mu­zyki do No­la­sko­lan i do dziś nie wró­ciła. Poza tym miała ode­brać po dro­dze na­szego sze­ścio­let­niego syna... - Wes­tchnął ciężko. - Coś ta­kiego po pro­stu jesz­cze ni­gdy się nie zda­rzyło.

- Ro­zu­miem - rzekł Erik. - Jak się na­zywa pań­ska córka?

- Jo­se­fin Wal­l­bäck.

- A ile ma lat?

- Szes­na­ście. To jesz­cze dziecko.

Erik po­ki­wał głową. Jego So­fia była pięt­na­sto­latką, ale skwa­pli­wie wy­ko­rzy­sty­wała każdą oka­zję, żeby za­de­mon­stro­wać swoją do­ro­słość. W domu kłót­nie wy­bu­chały o wszystko. Cią­głe fo­chy prze­pla­tane po­gróż­kami i nie­ustan­nym sar­ka­niem. Mógł so­bie ła­two wy­obra­zić, co się bę­dzie działo za rok, kiedy córka skoń­czy szes­na­ście lat. Prze­cież już te­raz zda­rzyło mu się ode­brać ją z im­prezy kom­plet­nie wsta­wioną, szu­kać po ko­le­żan­kach, kiedy od­mó­wiła po­wrotu do domu, przy­ła­pał ją także na pa­le­niu pa­pie­ro­sów. Tak, tak, wszystko wska­zuje na to - uznał w du­chu Erik - że po­cie­cha tre­nera ra­czej nie różni się od in­nych na­sto­la­tek w jej wieku.

- Je­śli ist­nieje po­dej­rze­nie, że dziecko z wła­snej woli nie wraca do domu, wów­czas zwy­kle od­cze­ku­jemy je­den dzień. Czy ostat­nio do­szło do ja­kiejś kłótni mię­dzy wami?

- Nie, ab­so­lut­nie! - wark­nął Sten-?ke. - Po­wta­rzam: ona nie ucie­kła. Coś się stało. Ze­szłej nocy skrzyk­nę­li­śmy się w kil­ka­na­ście osób w klu­bie i po­szli­śmy jej szu­kać, ale nie zna­leź­li­śmy. Naj­wyż­sza pora, że­by­ście pod­jęli ja­kieś kroki. Mu­si­cie coś zro­bić, i to za­raz!

Erik zwró­cił się do matki.

- A czy pani zda­niem, pani Wal­l­bäck, pań­stwa córka miała ja­kiś po­wód, aby nie wró­cić do domu?

Gu­nvor ner­wowo pod­nio­sła wzrok, lecz na­tych­miast od­wró­ciła spoj­rze­nie i po­krę­ciła głową.

- Na­sza córka jest szczę­śliwa! - krzyk­nął tre­ner. - Nie miała żad­nego po­wodu, żeby ucie­kać. Niech się pan le­piej skupi i po­wie, co za­mie­rza zro­bić, żeby zna­leźć moją Jo­se­fin.

Wal­l­bäck znowu się za­pe­rzył. Erik słu­chał go, lekko ki­wa­jąc głową, Kajsa zaś nie prze­sta­wała no­to­wać.

- Nie­po­trzeb­nie się pan zło­ści. To są stan­dar­dowe py­ta­nia, ja­kie za­wsze za­da­jemy przy za­gi­nię­ciu. Mówi pan, że ob­dzwo­ni­li­ście wszyst­kich zna­jo­mych. Hm... Czy córka miała pie­nią­dze?

- Nie, żad­nych więk­szych kwot, naj­wy­żej dwa­dzie­ścia ko­ron.

- A czy nie bra­kuje pie­nię­dzy na przy­kład w do­mo­wej ka­sie?

- Nie.

- Spraw­dziła pani? - Erik skie­ro­wał to py­ta­nie do ko­biety, ale od­po­wie­dzi znowu udzie­lił "Po­ciąg".

- Mamy stu­pro­cen­towe za­ufa­nie do na­szej córki. Jo­se­fin ni­gdy nie po­su­nę­łaby się do kra­dzieży.

- Do ja­kiej klasy ona cho­dzi?

- PA w No­la­sko­lan.

Erik spoj­rzał py­ta­jąco na Kajsę.

- Pro­fil ar­ty­styczny - wy­ja­śniła aspi­rantka. - Jaki kie­ru­nek?

Sten-?ke po­pa­trzył ze zło­ścią na żonę, po czym od­po­wie­dział:

- Wo­kalny. Przy­nie­śli­śmy zdję­cie.

Nie pod­no­sząc wzroku, ko­bieta za­częła grze­bać w swo­jej to­rebce i po chwili wy­cią­gnęła sztywną ko­pertę, w ja­kiej zwy­kle otrzy­muje się szkolne fo­to­gra­fie, a z niej wy­jęła por­tret dziew­czyny o dłu­gich ja­snych wło­sach. Za­nim po­dała go Eri­kowi, za­trzy­mała na nim spoj­rze­nie.

- To z ze­szłego roku - po­wie­działa, nie pa­trząc na ni­kogo. - Cho­dziła wtedy do dzie­wią­tej klasy.

- Ale pra­wie się nie zmie­niła - do­dał Sten-?ke.

- Śliczna dziew­czyna! - wy­krzyk­nął Erik.

Rów­nie do­brze mo­głoby to być jego wła­sne dziecko, So­fia. Po­czuł, jak włosy jeżą mu się na karku.

Po wyj­ściu Wal­l­bäc­ków z ko­mendy Erik przyj­rzał się nieco uważ­niej aspi­rantce. Mimo mło­dego wieku wy­róż­niała ją pewna doj­rza­łość, która spra­wiała, że wy­da­wała się star­sza. Była mocno zbu­do­wana, po­stawna i wy­soka, na­wet wyż­sza od niego. Po­cząt­kowo czuł się nie­swojo, mu­sząc za­dzie­rać głowę, kiedy z nią roz­ma­wiał.

Wie­dział, że test spraw­no­ściowy zdała śpie­wa­jąco. Nie bez za­zdro­ści po­my­ślał, że gdyby za młodu miał ta­kie wa­runki jak ona, pew­nie byłby dzi­siaj za­wod­ni­kiem NHL.

- To co na ra­zie wia­domo? - spy­tał, usi­łu­jąc nie przyj­mo­wać men­tor­skiego tonu.

Kajsa pod­nio­sła wzrok znad ekranu kom­pu­tera.

- Co roku zgła­sza się za­gi­nię­cie około sied­miu ty­sięcy osób. Jedna trze­cia z tej liczby to nie­peł­no­letni, a sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent z nich sta­no­wią dziew­czyny. Czyli każ­dego roku w Szwe­cji znika na­gle po­nad ty­siąc pięć­set na­sto­la­tek.

Aspi­rantka prze­nio­sła spoj­rze­nie na zdję­cie Jo­se­fin.

- Więk­szość jed­nak wraca do domu po jed­nym dniu, naj­da­lej w ciągu trzech dni. Tylko około trzy­dzie­stu osób rocz­nie nie od­naj­duje się ni­gdy, a wśród tych za­gi­nio­nych na za­wsze do­mi­nują zwy­kle męż­czyźni mię­dzy czter­dziestką a pięć­dzie­siątką.

Erik za­nie­mó­wił, ale szybko uznał, że Kajsa praw­do­po­dob­nie wy­re­cy­to­wała mu frag­ment wy­kładu ze szkoły po­li­cyj­nej. Oka­zało się jed­nak, że jest w błę­dzie.

- Prze­pro­wa­dzi­łam po­głę­bioną ana­lizę przy­pad­ków za­gi­nio­nych dziew­czyn. To nie był cy­tat od­kle­pany z wy­kładu, je­śli tak pan są­dził.

Czyżby do tego stop­nia był przej­rzy­sty, że tak ła­two od­czy­tała jego my­śli? Oboje wy­buch­nęli śmie­chem.

- No do­brze, więc co twoim zda­niem po­win­ni­śmy zro­bić z przy­pad­kiem Jo­se­fin?

Kajsa po­dra­pała się po gło­wie i wzięła do ręki zdję­cie le­żące na biurku. Dziew­czyna pa­trzyła w obiek­tyw z lekko prze­krzy­wioną głową, od­sła­nia­jąc zęby w sze­ro­kim uśmie­chu. Była to ty­powa szkolna fo­to­gra­fia - szare ziar­ni­ste tło, do­bre oświe­tle­nie, ste­reo­ty­powa poza.

- Jo­se­fin... wy­daje się pilną i grzeczną uczen­nicą - za­sta­na­wiała się na głos aspi­rantka. - Przy­naj­mniej na taką wy­gląda. Śpiewa. Ale tata nie spra­wiał wra­że­nia za­chwy­co­nego wy­bra­nym przez nią pro­fi­lem. Może wo­lałby wi­dzieć córkę w szkole spor­to­wej?

- Chło­pak? - spy­tał Erik.

Kajsa wni­kli­wie przy­glą­dała się fo­to­gra­fii, jakby chciała na­kło­nić wi­doczną na niej dziew­czynę, by się do niej ode­zwała.

- Masz chło­paka? - zwró­ciła się do niej. - Je­śli tak, to chyba w wiel­kiej ta­jem­nicy, bo twoi ro­dzice twier­dzą, że z ni­kim się nie spo­ty­kasz. Gdzie go po­zna­łaś? W szkole? On też śpiewa? Czy to może ktoś star­szy, kogo nie wi­dzieli na­wet twoi ko­le­dzy?

- Je­śli po­zna­liby się w szkole, ra­czej nie by­łoby to ta­jem­nicą - spe­ku­lo­wał Erik. - Nie mó­wiąc już o kiep­skim taj­mingu, je­żeli córka tre­nera znika tuż przed Övik Cup.

Övik Cup był co­roczną im­prezą, pod­czas któ­rej wszyst­kie li­cea spor­towe o pro­filu ho­ke­jo­wym wal­czyły o ty­tuł "Naj­lep­szego li­ceum ho­ke­jo­wego". Dla mło­dych spor­tow­ców była to do­sko­nała oka­zja, aby się po­ka­zać łow­com ta­len­tów po­szu­ku­ją­cym za­wod­ni­ków do ligi ju­nio­rów. Kajsa po­krę­ciła głową. Po­tem przy­po­mniała so­bie krzy­kliwe na­główki w wie­czor­nych ga­ze­tach sprzed roku, kiedy była jesz­cze w szkole po­li­cyj­nej w Solna: gro­żono wy­sa­dze­niem hali wi­do­wi­skowo-spor­to­wej Fjäl­l­räven Cen­ter, je­żeli Modo nie zdo­bę­dzie złota w mi­strzo­stwach Szwe­cji. Groźbę wy­słano na ad­res do­mowy Wal­l­bäcka, który wła­śnie nie­dawno zo­stał za­trud­niony jako jej tre­ner. Mimo po­gró­żek i no­wego szko­le­niowca dru­żyna Modo nie osią­gnęła w tam­tym se­zo­nie żad­nych spek­ta­ku­lar­nych wy­ni­ków. Ale arena stała da­lej nie­na­ru­szona na swoim miej­scu.

- Czy aresz­to­wano ko­goś za te po­gróżki? Prze­cież po­dobno zna­le­ziono bombę ru­rową w biu­rze, co prawda na szczę­ście roz­bro­joną.

- Nie, ni­gdy nie udało się ująć jej nadawcy i sprawę umo­rzono. - Erik wes­tchnął wy­mow­nie i za­ło­żył nogę na nogę. - No cóż, nic no­wego pod słoń­cem. Za­bra­kło ma­te­riału do­wo­do­wego. To mógł być prze­cież do­wolny ki­bic Modo.

- Oni wszy­scy są sie­bie warci - stwier­dziła Kajsa. - Swoją drogą, co pan są­dzi o Wal­l­bäc­kach?

- Szcze­rze mó­wiąc, za­cho­wy­wali się tro­chę dziw­nie - od­po­wie­dział Erik. - Może wsku­tek szoku czy braku snu, sam nie wiem. Ale gdy­bym był szes­na­sto­lat­kiem i miał ta­kich ro­dzi­ców, chyba też dał­bym dra­paka.

- Tak czy siak - wtrą­ciła Kajsa - po­win­ni­śmy wpi­sać do sys­temu zgło­sze­nie o wsz­czę­ciu po­szu­ki­wań. Mogę to zro­bić.

- Do­brze - zgo­dził się jej opie­kun. - A po­tem trzeba się bę­dzie wy­brać do No­la­sko­lan i tro­chę się tam ro­zej­rzeć.

Kajsa za­uwa­żyła, że Erik pa­trzy przez okno. Na­dal sy­pał śnieg.

- Wy­jąt­kowo wcze­śnie w tym roku, prawda?

- I to ile go już na­pa­dało - za­uwa­żył. - Ale pew­nie jesz­cze się roz­topi, bo do zimy zo­stało tro­chę czasu.

Roz­dział 6

Kajsa pchnęła drzwi wej­ściowe bu­dynku z żół­tej ce­gły, w któ­rym mie­ściło się li­ceum. Erik wszedł za nią, po­sa­pu­jąc. Prze­dzie­ra­nie się przez śnieg kosz­to­wało tro­chę wy­siłku. Co prawda po­ko­nali na pie­chotę tylko dwie prze­cznice, ale droga pro­wa­dziła lekko pod górę i na do­da­tek szli pod wiatr. Erik otu­pał buty ob­le­pione śnie­giem.

- Chyba pora za­cząć ćwi­czyć - wy­dy­szał.

- Jest aż tak źle?

- Zo­ba­czymy, co po­wiesz, jak ci stuk­nie czter­dzie­ści pięć lat i odłoży ci się parę opo­nek.

Kajsa uśmiech­nęła się, krę­cąc głową.

- Znowu pan prze­sa­dza. Uwa­żam, że cał­kiem do­brze pan wy­gląda.

Erik wy­raź­nie się roz­pro­mie­nił. W atrium szkoły pa­no­wał spo­kój. Nie­liczni ucznio­wie, któ­rzy sie­dzieli na ław­kach lub grali w bi­lard, spoj­rzeli z za­cie­ka­wie­niem na parę po­li­cjan­tów. Każdy z nich chyba od razu się do­my­ślił, że cho­dzi o Jo­se­fin.

- Spraw­dzi­łam plan lek­cji. Jej klasa ma o dzie­sią­tej hi­sto­rię w sali sto pięć, ale może naj­pierw pój­dziemy do dy­rek­cji. Musi wy­ra­zić zgodę na roz­mowę.

Erik ski­nął głową z apro­batą. Przy­po­mniał so­bie ko­niec szkoły swo­jego syna Ka­spara. Nie­jaki pan Tho­mas wy­po­wia­dał się wtedy z ogrom­nym en­tu­zja­zmem o świe­tla­nej przy­szło­ści ab­sol­wen­tów.

- Wiesz, kto jest dy­rek­to­rem? Na­dal Tho­mas?

Kajsa po­krę­ciła głową.

- Tho­mas od­po­wiada tylko za przed­mioty przy­rod­ni­cze i sporty spe­cjalne. Od­kąd po­dzie­lono szkołę na cztery czy pięć pro­fili, każdy z nich ma swo­jego kie­row­nika, a dy­rek­torką ca­łego li­ceum jest Ulla Sjöstrand.

- Czy to nie prze­rost formy nad tre­ścią?

Kajsa spoj­rzała na Erika, nie ma­jąc pew­no­ści, czy so­bie z niej nie żar­tuje. Ale jego twarz ni­czego nie zdra­dzała.

- Od tam­tej pory, kiedy pan tu cho­dził, sporo się zmie­niło.

- Gdyby za mo­ich cza­sów było li­ceum spor­towe, za­miast po­li­cjan­tem zo­stał­bym za­wo­do­wym gra­czem NHL. Ale jest, jak jest. Mój oj­ciec wła­śnie zo­stał zwol­niony z pracy i chciał, że­bym zdo­był ja­kiś kon­kretny za­wód. - Erik prych­nął.

- Nie jest pan za­do­wo­lony ze swo­jej pracy?

- Nie na­rze­kam - od­po­wie­dział. - Cho­ciaż trudno nie za­zdro­ścić dzi­siej­szym dzie­cia­kom. Za­miast sie­dzieć w ławce, grają so­bie w ho­keja. Mają zu­peł­nie inne moż­li­wo­ści niż ja kie­dyś. Wtedy czło­wiek mógł wy­bie­rać mię­dzy biu­rem a fa­bryką. Chwała Bogu, że nie wy­bra­łem fa­bryki, bo sie­dział­bym dzi­siaj i krę­cił młynka.

Kajsa wska­zała mu drogę. Zna­la­zł­szy się pod drzwiami ga­bi­netu dy­rek­torki Ulli Sjöstrand, za­pu­kał ener­gicz­nie.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Erik Karls­son, a to jest Kajsa Nor­din. Jak pani wi­dzi, je­ste­śmy z po­li­cji i przy­szli­śmy w związku z córką tre­nera Wal­l­bäcka.

- Jo­se­fin? - rzu­ciła dy­rek­torka, nie kry­jąc za­sko­cze­nia. - Czy coś się stało?

- Nie wró­ciła do domu po wczo­raj­szej lek­cji śpiewu.

Ko­bieta spoj­rzała na nich prze­ra­żona, po czym za­pro­siła ich do środka i wska­zała krze­sła dla go­ści.

- Zna pani imiona wszyst­kich uczniów?

- Oczy­wi­ście, że nie, ale nie­któ­rzy tro­chę się wy­róż­niają. Jak na przy­kład Jo­se­fin. Jest uczen­nicą klasy o pro­gra­mie ar­ty­stycz­nym, a pana syn też chyba do nas cho­dził. O ile do­brze pa­mię­tam, miał na imię Ka­spar, prawda? Obie­cu­jący ho­ke­ista. Gra na­dal?

Erik był pod wra­że­niem, że dy­rek­torka ko­ja­rzy jego syna.

- Ow­szem, jest w dru­ży­nie ju­nio­rów Modo. A za rok wy­biera się do was moja córka So­fia.

- Ach tak - po­wie­działa Ulla. - A na jaki pro­fil?

Erik lekko się ro­ze­śmiał.

- Prze­bą­kuje coś o mo­dzie i pro­jek­to­wa­niu. Nie je­stem pe­wien, czy po czymś ta­kim można zna­leźć ja­ką­kol­wiek pracę.

- To do­bry i cie­kawy kie­ru­nek, który go­rąco po­le­cam. - Dy­rek­torka się­gnęła po ja­kąś bro­szurę. - Tu­taj może pan do­kład­nie za­po­znać się z pro­gra­mem.

Kajsa chrząk­nęła dys­kret­nie. W końcu nie przy­szli tu chyba na kon­sul­ta­cje w spra­wie szy­cia.

Ko­bieta z prze­pra­sza­jącą miną wzięła do ręki teczkę i ją otwo­rzyła.

- Na ostat­niej lek­cji Jo­se­fin miała wczo­raj ma­te­ma­tykę. Wspo­mniał pan o śpie­wie... - Otwo­rzyła inną teczkę. - Rze­czy­wi­ście, zga­dza się. Nie­któ­rzy ucznio­wie cho­dzą na do­dat­kowe za­ję­cia ze śpiewu do ba­ro­no­wej von Ho­fers­burg. Ba­ro­nowa przy­jeż­dża do nas dwa razy w ty­go­dniu. W po­nie­działki i środy.

Erik gwizd­nął, nie kry­jąc po­dziwu. Kajsa nie bar­dzo wie­działa, o kim oni mó­wią. Ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała o żad­nej ba­ro­no­wej w Örn­sköld­svik.

- Czyli ba­ro­nowa żyje i naj­wy­raź­niej do­pi­suje jej zdro­wie? - za­uwa­żył Erik. - Kto by po­my­ślał, że ze­chce udzie­lać lek­cji śpiewu.

- W grun­cie rze­czy za­zwy­czaj tego nie robi - wy­ja­śniła Ulla. - Tym ra­zem jed­nak sama na­le­gała. To na­prawdę nie­zwy­kłe, ale w bie­żą­cym roku mamy grupkę wy­jąt­kowo uta­len­to­wa­nych wo­kal­nie uczniów, któ­rych chcie­li­by­śmy do­dat­kowo wes­przeć. Jo­se­fin na­leży do nich. A czy ba­ro­no­wej rze­czy­wi­ście w pełni do­pi­suje zdro­wie, tego nie wiem... w każ­dym ra­zie wi­zyty w szkole i kon­takt z mło­dzieżą na pewno są dla niej miłą od­mianą.

- Oczy­wi­ście. W nie­wiel­kich daw­kach mło­dzież może mieć ożyw­cze dzia­ła­nie - sko­men­to­wał Erik.

Dy­rek­torka ro­ze­śmiała się szcze­rze i ener­gicz­nie po­ki­wała głową.

- Czy mo­gli­by­śmy ewen­tu­al­nie do­stać ad­res ba­ro­no­wej? - wtrą­ciła Kajsa.

- Na­tu­ral­nie - od­po­wie­działa Ulla. - Tylko pro­szę do niej naj­pierw za­dzwo­nić i ją uprze­dzić. Ba­ro­nowa jest nie­tu­zin­kowa. Ma na­turę pri­ma­donny.

Za­pi­sała więc ad­res i nu­mer te­le­fonu na kartce i po­dała ją aspi­rantce.

- La­tar­nia Skags? Nie­da­leko Skep­p­sma­len? - Kajsa spoj­rzała z kon­ster­na­cją na dy­rek­torkę. - To tam wolno miesz­kać?

- Prze­cież mó­wi­łam, że ba­ro­nowa jest nie­tu­zin­kowa. Nie mam po­ję­cia, jak to zro­biła, ale ja­kimś cu­dem udało jej się zdo­być po­zwo­le­nie na bu­dowę tak bli­sko la­tarni, nad sa­mym mo­rzem. O ile pa­mię­tam, uro­dziła się w Skep­p­sma­len.

- Tak na­prawdę przy­szli­śmy po to, żeby spo­tkać się z ko­le­żan­kami i ko­le­gami z klasy Jo­se­fin - wy­ja­śniła Kajsa. - Oczy­wi­ście, je­śli to moż­liwe. Chcemy za­dać im cał­kiem ogólne py­ta­nia. Je­żeli pani so­bie ży­czy, może pani być obecna przy roz­mo­wie.

- Nie mam nic prze­ciwko temu - od­parła dy­rek­torka, za­glą­da­jąc znowu do pierw­szej teczki. - Te­raz mają aku­rat...

- Hi­sto­rię w sali sto pięć - do­koń­czyła za nią Kajsa. - Spraw­dzi­łam ich plan w in­ter­ne­cie.

Ulla spoj­rzała za­in­try­go­wana na młodą po­li­cjantkę.

- Cho­dzi­łam do tej szkoły trzy lata temu. Od tam­tej pory nie­wiele się zmie­niło.

- Ach! - rzu­ciła dy­rek­torka, od­pę­dza­jąc z iry­ta­cją mu­chę owo­cówkę. Kajsa za­uwa­żyła czer­woną plamę roz­le­wa­jącą się na szyi ko­biety. - W na­szej szkole mamy do­syć dużo uczniów, nie spo­sób wszyst­kich za­pa­mię­tać, ale twoja twarz od po­czątku wy­da­wała mi się zna­joma. W ta­kim ra­zie z pew­no­ścią sami tra­fi­cie do sto piątki. W kla­sie jest na­uczy­ciel, wy­star­czy, że on bę­dzie obecny przy wa­szej roz­mo­wie. Po­zdrów­cie go ode mnie.

Spi­ral­nymi scho­dami na końcu atrium we­szli na pię­tro. Le­d­wie zna­leźli się na ko­ry­ta­rzu, oboje otwo­rzyli usta jed­no­cze­śnie. Kajsa z uśmie­chem ustą­piła swo­jemu opie­ku­nowi.

- Czyli dy­rek­torka cię nie roz­po­znała? - za­uwa­żył z prze­ką­sem.

- No cóż, wi­docz­nie się nie wy­róż­nia­łam - od­parła Kajsa. - Do­sta­wa­łam do­bre oceny, ale ani nie gra­łam w ho­keja, ani nie upra­wia­łam sko­ków nar­ciar­skich. Ta­lentu wo­kal­nego też nie mia­łam. Może by­łam zbyt nie­śmiała. I in­te­re­so­wa­łam się czym in­nym.

Erik nie po­tra­fił zro­zu­mieć, jak dy­rek­torka mo­gła nie za­pa­mię­tać stu osiem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów Kajsy. Lecz praw­do­po­dob­nie było tak, jak ona sama zdia­gno­zo­wała: ktoś, kto w Örn­sköld­svik nie pa­sjo­nuje się ho­ke­jem czy sko­kami nar­ciar­skimi, po pro­stu nie ist­nieje.

- Co pro­po­nu­jesz?

- Po­pro­simy Kril­lego o do­stęp do konta kom­pu­te­ro­wego Jo­se­fin.

- Kto to taki?

- Krille od­po­wiada za szkolny in­tra­net i pro­wa­dzi stronę in­ter­ne­tową li­ceum. To on przy­dziela konta uczniom oraz na­uczy­cie­lom i może mieć do nich do­stęp. Być może mejle Jo­se­fin zo­stały za­cho­wane.

Zna­la­zł­szy się przed salą 105, za­pu­kali do drzwi.

- Dzień do­bry - po­wie­dział Erik po wej­ściu do klasy. - Przy­szli­śmy w związku z Jo­se­fin, która, jak wam za­pewne wia­domo, nie wró­ciła od wczo­raj do domu. Chcemy was tylko spy­tać, czy ktoś nie wie przy­pad­kiem, gdzie ona jest, albo może coś wi­dział?

Je­den z chłop­ców od razu pod­niósł rękę.

- Za­ło­ży­li­śmy stronę na Fa­ce­bo­oku, gdzie każdy może wrzu­cić in­for­ma­cje.

Kajsa i Erik wy­mie­nili spoj­rze­nia, po czym ona wy­jęła mały no­tes i za­częła za­pi­sy­wać. Chło­pak mó­wił da­lej:

- Strona na­zywa się "Gdzie jest Jos­san?" i w po­łu­dnie miała ty­siąc trzy­sta dwa­dzie­ścia pięć od­wie­dzin.

- Jak masz na imię?

- Pet­ter.

- Świet­nie, Pet­ter - po­dzię­ko­wał mu Erik. - Co mo­że­cie nam jesz­cze po­wie­dzieć o wa­szej ko­le­żance?

Ucznio­wie po­pa­trzyli na sie­bie nie­pew­nie. Kajsa uzu­peł­niła:

- Czy Jos­san ma chło­paka?

Wszy­scy po­krę­cili prze­cząco gło­wami. Aspi­rantka za­da­wała ko­lejne py­ta­nia:

- Czy wspo­mi­nała o ja­kimś nie­po­ro­zu­mie­niu w domu?

Po­now­nie zgodny ruch gło­wami.

- Czy Jo­se­fin pali? Im­pre­zuje?

Tu i ów­dzie roz­legł się chi­chot.

- Co was tak bawi? - zdzi­wiła się Kajsa.

- Prze­cież jej tata to tre­ner Modo. Po­dobno chciał, żeby Jos­san wy­brała pro­fil pie­lę­gniar­ski. Czę­sto od­biera ją po szkole. Nie chce, żeby włó­czyła się po mie­ście.

- Ro­zu­miem. A co zwy­kle Jos­san robi po lek­cjach, kiedy nie przy­jeż­dża po nią oj­ciec?

- Naj­czę­ściej musi wra­cać szybko do domu, żeby za­jąć się młod­szym bra­tem. Ale zda­rza jej się wpaść do Maxa.

Kajsa do­sko­nale wie­działa, jak to jest. W mie­ście nie było wielu miejsc, w któ­rych można by miło spę­dzić czas, zwłasz­cza przy złej po­go­dzie. Parę ka­fe­jek i parę ham­bur­ge­rowni, gdzie ewen­tu­al­nie dało się po­sie­dzieć. Max znaj­do­wał się w po­ło­wie drogi mię­dzy szkołą a do­mem Jo­se­fin na Va­rvs­ber­get.

- Czy ktoś z was był wczo­raj wie­czo­rem u Maxa?

Trzech uczniów pod­nio­sło ręce.

- Mó­wi­cie, że Jo­se­fin wstę­po­wała tam cza­sem po dro­dze do domu?

Ski­nęli gło­wami.

- Wczo­raj ża­den z was jej tam nie wi­dział?

Cała trójka zgod­nie za­prze­czyła.

Kajsa czuła, że wszyst­kie te py­ta­nia pro­wa­dzą do­ni­kąd. Ale musi prze­cież być coś, co zdra­dzi, czym ta dziew­czyna się zaj­mo­wała albo co się stało.

- Czy ktoś oprócz Jo­se­fin bie­rze lek­cje śpiewu u ba­ro­no­wej von...

Nie mo­gła przy­po­mnieć so­bie jej na­zwi­ska, spoj­rzała więc py­ta­jąco na Erika. On jed­nak zda­wał się po­chło­nięty cał­kiem in­nymi my­ślami. Na szczę­ście ucznio­wie do­brze znali ba­ro­nową i szybko uzu­peł­nili:

- Ho­fers­burg.

- Otóż to - po­tak­nęła Kajsa. - Von Ho­fers­burg. Czy wielu z was ma u niej lek­cje śpiewu?

Re­ak­cja uczniów była do­syć gwał­towna. Jedni par­sk­nęli, inni jęk­nęli, a część po­krę­ciła gło­wami.

- Nie - od­po­wie­dział Pet­ter z nutą za­zdro­ści w gło­sie. - Z na­szej klasy tylko Jos­san cho­dzi na te za­ję­cia.

- A kto jesz­cze bie­rze do­dat­kowe lek­cje u ba­ro­no­wej? Z wy­po­wie­dzi dy­rek­torki wy­ni­kało, że cho­dzi o grupkę uczniów.

Przez klasę znów prze­szła fala róż­nych od­gło­sów.

- Ktoś z trze­ciej klasy, kto chce się do­stać do wyż­szej szkoły mu­zycz­nej w Sztok­hol­mie.

- Kto to taki?

- Nie wiemy.

- A te­raz za­sta­nów­cie się do­brze - za­ape­lo­wała do nich Kajsa. - Czy wczo­raj wy­da­rzyło się coś szcze­gól­nego?

Nikt nie przy­po­mi­nał so­bie nic ta­kiego.

- Jak się na­zy­wa­cie? - zwró­ciła się do trzech uczniów, któ­rzy po­przed­niego dnia byli u Maxa, i za­pi­sała w no­te­sie ich na­zwi­ska.

Uznaw­szy, że za­jęli już i tak dużo czasu, Erik wy­jął swoje wi­zy­tówki i roz­dał je kilku oso­bom w kla­sie.

- Je­śli coś się wam przy­po­mni, za­dzwoń­cie. Naj­mniej­szy dro­biazg może oka­zać się bar­dzo ważny. Chyba zda­je­cie so­bie sprawę, co prze­ży­wają jej ro­dzice i jak bar­dzo się o nią mar­twią.

Gdy już oboje zna­leźli się na ko­ry­ta­rzu, Kajsa wsu­nęła jesz­cze głowę do klasy.

- Za­po­mnia­łam spy­tać o jedno. Czy Jo­se­fin ma przy­ja­ciółkę?

Wszy­scy od­wró­cili się ku ciem­no­wło­sej uczen­nicy, a chło­pak sie­dzący naj­bli­żej niej szturch­nął ją w bok. Dziew­czyna z ocią­ga­niem pod­nio­sła rękę.

- To chyba ja.

- Aha. A jak się na­zy­wasz? - zwró­ciła się do niej Kajsa.

Spy­tana mil­czała, naj­wy­raź­niej za­sko­czona za­in­te­re­so­wa­niem jej osobą.

- Ma na imię Anna - wtrą­cił szybko Pet­ter.

- Anna Ume­g?rd - po­twier­dziła już sama dziew­czyna.

- Dzię­kuję - bąk­nęła Kajsa, za­pi­su­jąc na­zwi­sko w no­te­sie. - To na ra­zie!

Za­mknęła drzwi i do­go­niła Erika, który do­tarł już do scho­dów.

- Ład­nie so­bie po­ra­dzi­łaś - po­wie­dział.

Aspi­rantka przyj­rzała mu się uważ­nie, aby się upew­nić, czy jej opie­kun mówi se­rio. Wpraw­dzie nie sły­szała sar­ka­zmu w jego gło­sie, ale szcze­gól­nego en­tu­zja­zmu rów­nież nie za­uwa­żyła.

- Cie­kawy po­mysł z tą grupą na Fa­ce­bo­oku - stwier­dziła.

- Tak my­ślisz? - Erik spoj­rzał na nią, nie kry­jąc scep­ty­cy­zmu. - Tylko sprzyja roz­sie­wa­niu plo­tek. Zwłasz­cza w tak nie­du­żym mie­ście jak Örn­sköld­svik. Masa dzie­cia­ków bę­dzie się te­raz ba­wić w de­tek­ty­wów, roz­po­wszech­niać bzdury i za­cznie się nie­na­wi­dzić wza­jem­nie. I in­nych.

- Och, bez prze­sady! - za­re­ago­wała Kajsa. - Może jed­nak wy­bie­rzemy się do ta­jem­ni­czej ba­ro­no­wej?

- Zu­peł­nie jak­by­śmy nie mieli waż­niej­szych rze­czy do ro­boty niż szu­ka­nie za­gi­nio­nej dziew­czyny.

- Na przy­kład?

- A co z wła­ma­niem je­sie­nią do firmy Häg­glund?

Kajsa wes­tchnęła.

- Albo z kra­dzieżą dwu­dzie­stu trzech sil­ni­ków do ło­dzi ostat­niego lata? Może byś po­grze­bała przy tej spra­wie? We­dług mnie to była liga bał­tycka. Na­wia­sem mó­wiąc - do­dał - nie­długo koń­czy się na­sza zmiana.

- Tak, wiem, ale po­win­ni­śmy cho­ciaż wstą­pić do go­ścia od in­ter­netu i spraw­dzić, czy uda nam się uzy­skać do­stęp do konta Jo­se­fin.

Roz­dział 7

Fa­raz ro­zej­rzał się do­okoła. Nie mógł tkwić na dworcu całą wiecz­ność. Sie­dział już na nim od sied­miu go­dzin, od­kąd Ybus przy­wiózł go dziś rano. Nic nie jadł ani nie pił i nie był w to­a­le­cie od wczo­raj w po­łu­dnie. Ochro­nia­rze kil­ka­krot­nie prze­cho­dzili obok, ga­piąc się na niego po­dejrz­li­wie. Za każ­dym ra­zem uda­wał, że spraw­dza stary roz­kład jazdy, który le­żał na ławce obok niego.

Na dwo­rze pa­dało i wiało jak cho­lera. Po­wi­nien się stąd wy­nieść. Tylko do­kąd? Chciało mu się kupę, ale sta­rał się wy­trzy­mać. W żo­łądku prze­stało mu bur­czeć już dawno. Usi­ło­wał ode­pchnąć od sie­bie wszystko: my­śli, uczu­cia, po­trzeby fi­zyczne.

W końcu jed­nak stwier­dził, że nie da rady i musi iść do ubi­ka­cji. Ro­zej­rzał się więc w po­szu­ki­wa­niu wia­do­mej ta­bliczki. Strzałki wska­zy­wały na pię­tro. W mo­men­cie, gdy do­pu­ścił do sie­bie myśl, że musi się za­ła­twić, znowu za­częły mu pły­nąć łzy po po­licz­kach. Po­czuł się tak, jakby ktoś przy­mo­co­wał mu do obu nóg stu­ki­lo­gra­mowe cię­żary. Z tru­dem zro­bił kilka kro­ków w kie­runku scho­dów ru­cho­mych. Szedł jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Dzie­sięć me­trów dzie­lą­cych go od nich zda­wało się nie mieć końca. Spie­szyło mu się co­raz bar­dziej. Przy wej­ściu do to­a­lety za­trzy­mał go ja­kiś fa­cet.

- Dzie­sięć ko­ron, ko­lego!

Dzie­sią­taka. Niech to szlag. Ze­stre­so­wany ob­ma­cał każdą kie­szeń. Nie zna­lazł żad­nej pie­przo­nej forsy.

- Za­płacę póź­niej. Słowo, mam kasę.

Gość przy wej­ściu był jed­nak nie­ubła­gany. Dzie­ciaki i ich matki mógłby osta­tecz­nie prze­pu­ścić, ale nie cia­pa­tego ćpuna. Zwłasz­cza za­la­nego łzami, bo pew­nie szar­pał nim głód. Z ta­kim jak on wszystko mo­gło się stać. Mógł ze­świ­ro­wać albo przedaw­ko­wać i wy­ki­to­wać. A kto wtedy mu­siałby po nim sprzą­tać? Dzia­dek klo­ze­towy po­krę­cił głową.

Fa­raz na­gle zdał so­bie sprawę, że nie zdąży, na­wet je­śli znaj­dzie tę cho­lerną dzie­siątkę. Było za późno. Par­cie ustało. Z udrę­czo­nym wy­ra­zem twa­rzy ostatni raz zwró­cił się bła­gal­nie do fa­ceta.

- Kurde, ob­sra­łem się. Niech pan mnie wpu­ści, do kurwy nę­dzy! Wpuść mnie...

Kiedy gość na­dal od­ma­wiał, Fa­raz za­czął prze­ła­zić przez bramkę. Mu­siał wejść do środka. I spłu­kać gówno z je­dy­nych spodni, ja­kie miał.

Ale dzia­dek klo­ze­towy nie chciał za­faj­da­nego ćpuna w swo­jej to­a­le­cie. Po pro­stu ze­pchnął in­truza z po­wro­tem i za­dzwo­nił po ochro­nia­rzy.

Pró­bu­jąc się pod­nieść, Fa­raz zo­ba­czył, że z trzech róż­nych stron bie­gną funk­cjo­na­riu­sze. Mu­sieli aku­rat być w po­bliżu. Nie zdą­żył na­wet wstać, bo po­śli­zgnął się na gów­nie, które wy­le­ciało mu z jed­nej no­gawki. Ru­nął jak pod­cięty pro­sto na gluta.

W tym mo­men­cie ktoś w końcu od­ciął te pie­przone cię­żary u jego stóp. Serce wa­liło mu jak sza­lone. Hor­mony ucieczki try­snęły do krwio­biegu, do­stały się do każ­dej naj­mniej­szej ko­mórki. Prę­dzej skona, niż tamci go do­padną. Dźwi­gnął się na nogi i ni­czym gracz rugby sku­lił się z nie­wi­dzialną piłką pod ra­mie­niem. Ob­ni­żył punkt cięż­ko­ści, aby ude­rzyć z więk­szą siłą. Ce­lo­wał mię­dzy dwóch ochro­nia­rzy. To może się udać.

Ma pięć lat i jest z mamą na tar­go­wi­sku. Udało im się ku­pić starą kurę. Ze zwią­za­nymi ła­pami ptak dynda w dłoni mamy łeb­kiem w dół. W domu bę­dzie uczta. Kury nie je­dli już dawno, cho­ciaż nie bra­kuje im pie­nię­dzy. Mama trzyma go mocno drugą ręką. Na­gle, bez ostrze­że­nia, sły­chać po­tężny wy­buch.

Wszy­scy za­czy­nają w po­pło­chu ucie­kać z placu. Fa­raz my­śli, że to fa­jer­werki. Wi­dział je kie­dyś i te­raz z wy­cze­ki­wa­niem pa­trzy w niebo. Ale mama krzy­czy: "Po­chyl się! Szybko!". Bie­gną oboje. Wo­kół nich dziw­nie świsz­czy, mama wciąga go do naj­bliż­szego za­ułka. Bie­gną i bie­gną, uliczka za uliczką. Kurz wi­ruje mu przed oczami, skleja po­wieki. Na oślep po­dąża za mamą, która wciąż mocno ści­ska jego rękę. Prze­biera no­gami, kaszle, cza­sami się po­tyka, ale mama ani razu nie po­zwala mu upaść.

Tre­nu­jąc lek­ko­atle­tykę, na­uczył się bły­ska­wicz­nie przy­spie­szać. Na­wet nie mu­siał o tym w ogóle my­śleć, po pro­stu ro­bił to au­to­ma­tycz­nie. Na za­le­d­wie kilku me­trach roz­wi­nął im­po­nu­jącą pręd­kość i za­miast omi­nąć naj­bliż­szego ochro­nia­rza, nie­spo­dzie­wa­nie rzu­cił się na niego. Zde­rze­nie było po­tężne. Fa­cet nie był przy­go­to­wany na taką siłę no­kautu przez prawy bark Fa­raza.

Wi­dział, że je­den z ochro­nia­rzy jest zbyt da­leko, by mógł go schwy­tać. Dwaj po­zo­stali na­to­miast chyba się zo­rien­to­wali, że nie mają do czy­nie­nia z cher­la­kiem. Prze­ciw­nik oka­zał się za­ska­ku­jąco silny. Nie­prze­wi­dy­walny. A może też nie­bez­pieczny? Po prze­kąt­nej zbli­żał się ochro­niarz, który wy­glą­dał na po­twor­nie roz­wście­czo­nego. Chyba za­mie­rzał od­ciąć mu drogę ucieczki. Zdra­dzały to jego oczy. Fa­cet był wielki, ma­sywny.

W Örn­sköld­svik na­sto­la­tek miał tylko dwie rze­czy do wy­boru: sport lub ko­ściół. Fa­raz mógł być te­raz wdzięczny za to lo­sowi. Zbli­żyw­szy się do ostat­niego ochro­nia­rza, zro­bił bły­ska­wiczny zwód, nie­ocze­ki­wa­nie od­bił w lewo i kon­cer­towo okpił go­ścia. Za­nim tam­ten się zo­rien­to­wał, on był już w po­ło­wie scho­dów ru­cho­mych. Miał sporą prze­wagę. Ostat­nie stop­nie po­ko­nał jak bie­gacz przez płotki.

Fa­raz ma znów pięć lat. Gdy wi­dzą z da­leka dom, zwal­niają, ale tylko po to, żeby za­wo­łać do młod­szej sio­stry mamy, żeby się po­spie­szyła. "Otwie­raj bramę!" Kiedy wbie­gają do środka i mama do­strze­ga­dzi, że wciąż trzyma w ręce ku­rze łapy, wy­bu­cha pła­czem. Z kury nic nie zo­stało. Tylko łapy.

Mama pła­cze, a po­tem wszy­scy za­uwa­żają, że krwawi. Fa­raz pyta, czy roz­cho­ro­wała się po dro­dze, kiedy bie­gli z targu. Ale nikt mu nie od­po­wiada. Przy­cho­dzi dok­tor. Fa­raz pyta go, czy mama umrze. Le­karz mówi, żeby mo­dlił się do Al­laha. Jest grzecz­nym chłop­cem, od­ma­wia więc mo­dli­twę za mo­dli­twą.

Tym ra­zem też się po­mo­dlił do Al­laha. "Pro­szę cię, ura­tuj mnie przed tymi ochro­nia­rzami!". Może Bóg wstał tego dnia do­brą nogą i mu po­może.

Przed dwor­cem skrę­cił w lewo i ru­szył sla­lo­mem mię­dzy pa­ra­so­lami prze­chod­niów. Na­wet nie za­uwa­żył, że pada ulewny deszcz.

Na­cią­gnął kap­tur na głowę. Miał na­dzieję, że nie ma na tyłku brą­zo­wej plamy i że nie za­jeż­dża od niego zbyt mocno. Szedł pod osłoną li­sto­pa­do­wego desz­czu, bez celu, raz przez most, raz nad samą wodą. Wresz­cie. Dłu­gie wznie­sie­nie, a kiedy pod­niósł wzrok, oka­zało się, że stoi przy se­cond han­dzie. Sklep z uży­waną odzieżą.

Ide­al­nie.

W prze­ci­wień­stwie do tam­tej sy­tu­acji, kiedy miał pięć lat, tym ra­zem ktoś chyba wy­słu­chał jego mo­dli­twy.

"Dzięki ci, Al­lahu. Po­mo­głeś mi uciec przed ochro­nia­rzami, a te­raz pod­su­wasz mi świeże ciu­chy". O ca­łej resz­cie, czyli o tym, że jest ści­gany i nie ma pie­nię­dzy, wo­lał nie my­śleć.

Miał na so­bie sza­ro­czarne ga­bar­dy­nowe spodnie z za­pra­so­wa­nym kan­tem. Nie było czasu na szu­ka­nie żad­nych faj­nych dżin­sów, po pro­stu wziął pierw­sze lep­sze por­tki w swoim roz­mia­rze. Za­srane ga­cie ci­snął w kąt przy­mie­rzalni i T-shir­tem, który ktoś w niej zo­sta­wił, jako tako wy­tarł so­bie ty­łek.

Z po­nurą miną ro­zej­rzał się do­okoła. Po wyj­ściu ze sklepu chyba wy­lą­do­wał w ja­kimś parku. Co te­raz? Nie mógł brudny i prze­mar­z­nięty błą­kać się dłu­żej na dwo­rze. Po chwili zo­ba­czył, że to nie jest park, tylko przy­ko­ścielny cmen­tarz. A może by tak po­sie­dział so­bie tro­chę w ko­ściele?

To nie było jed­nak ta­kie pro­ste. Chyba ni­gdy w ży­ciu na­wet nie wszedł do ko­ścioła. Wie­dział, że od razu ktoś za­dzwo­niłby po po­li­cję. Svens­so­no­wie nie chcieli mu­zuł­ma­nów w swo­ich świą­ty­niach.

Roz­dział 8

Po po­wro­cie na ko­mendę Kajsa wzięła od razu kartkę for­matu A3, na środku na­ry­so­wała koło i zie­lo­nym fla­ma­strem na­pi­sała w nim "Jo­se­fin/Jos­san". Co da­lej? Człon­ków ro­dziny umie­ściła po­wy­żej. Stena-?kego Wal­l­bäcka w jed­nym kółku, Gu­nvor Wal­l­bäck - w dru­gim. Oboje na czer­wono. Po pra­wej nie­bie­skim pi­sa­kiem do­dała Maxa, a na ko­niec przy­po­mniała so­bie imiona na­sto­lat­ków, któ­rzy sie­dzieli w ham­bur­ge­rowni. Ka­tja, An­ders i Klas.

Na lewo od tre­nera na­ry­so­wała spory okrąg i w środku ma­łymi li­te­rami na­skro­bała ołów­kiem "Modo Hoc­key". Po prze­kąt­nej do­dała drugi, rów­nie duży, który obej­mo­wał też Ka­tję, An­dersa i Klasa, i dłu­go­pi­sem wy­ka­li­gra­fo­wała: "No­la­sko­lan". W ra­zie po­trzeby bę­dzie po­tem mo­gła do­łą­czać także inne imiona.

Pod środ­ko­wym ko­łem do­ry­so­wała jesz­cze je­den, po­ma­rań­czowy, i umie­ściła w nim na­zwi­sko ba­ro­no­wej.

Na­gle po­czuła czyjś od­dech na karku. Kiedy się od­wró­ciła, ku swemu za­sko­cze­niu uj­rzała Fred­diego Eka. Do tej pory sta­rała się go uni­kać pod­czas prak­tyki. Kie­dyś tre­no­wali oboje w jed­nym klu­bie nar­ciar­skim.

- Nie by­łaś na ślu­bie Anity i Tompy. Wszy­scy ża­ło­wali, że cię nie ma - kon­ty­nu­ował Fred­die, kiedy nie do­cze­kał się od niej od­po­wie­dzi. - Anita po­czuła się ura­żona.

- Nie mo­głam - od­parła krótko Kajsa, w ogóle nie pa­trząc na niego, oba­wiała się bo­wiem, że mógłby po­znać po jej twa­rzy, że kła­mie. - To było w trak­cie se­sji. W ża­den spo­sób nie mo­głam po­je­chać.

Do­piero po chwili przyj­rzała mu się uważ­niej. Ani tro­chę się nie zmie­nił przez te trzy lata, które mi­nęły.

- Kto by po­my­ślał, że oboje wy­lą­du­jemy jako po­li­cjanci aku­rat tu­taj, w sta­rym Örn­sköld­svik? Kiedy się stąd wy­nio­słaś, nie są­dzi­łem, że jesz­cze cię zo­ba­czę, może naj­wy­żej na zjeź­dzie ab­sol­wen­tów.

- Jak tylko skoń­czę prak­tykę, od razu wra­cam do Sztok­holmu. Za­mie­rzam po­szu­kać tam pracy.

- Szkoda, bo miło cię znowu wi­dzieć na sta­rych śmie­ciach. Nie mie­li­śmy jesz­cze czasu, żeby po­ga­dać. Wciąż ja­koś się mi­jamy, od­kąd przy­je­cha­łaś. Co byś po­wie­działa na piwo któ­re­goś dnia po pracy?

- Ja­sne, czemu nie - od­parła Kajsa. - Ale już po Övik Cup.

Na­stęp­nie dała mu do zro­zu­mie­nia, że jest za­jęta, i za­su­ge­ro­wała, żeby po­roz­ma­wiali in­nym ra­zem.

Po wyj­ściu Fred­diego od­chy­liła się do tyłu i po­pa­trzyła przez nie­duże okno. Za­wieja ustała, nie­mal prze­stało sy­pać, ale me­te­oro­lo­dzy za­po­wia­dali ko­lejne opady. Wspa­niale. Je­śli śnieg się utrzyma, w ośrodku spor­towo-re­kre­acyj­nym Skyt­tis praw­do­po­dob­nie zo­staną przy­go­to­wane trasy bie­gowe. Wtedy można by wy­jąć narty dłu­go­dy­stan­sowe. W do­brych la­tach, kiedy śnieg za­wie­wało na­wet do tu­nelu pod E4, do­cie­rała na nar­tach od domu ro­dzi­ców aż do sa­mego Skyt­tis.

Kajsa prze­nio­sła wzrok na biurko i wpa­trzyła się w swój sche­mat. Po­tem za­częła prze­glą­dać mały no­tes i jesz­cze raz prze­czy­tała wła­sne za­pi­ski. Na ko­niec w osob­nym kółku na kartce zna­la­zła się także Anna Ume­g?rd, a w in­nym - rów­nież we­wnątrz okręgu No­la­sko­lan - Pet­ter. W dol­nym le­wym rogu wpi­sała grupę z Fa­ce­bo­oka "Gdzie jest Jo­se­fin?" i po­pro­wa­dziła od niej li­nię do No­la­sko­lan.

- Hej - po­wie­dział Erik, wsu­wa­jąc głowę w drzwi. - Do­cho­dzi trze­cia, od­mel­do­wuję się.

- Okej, wi­dzimy się ju­tro - od­parła Kajsa.

Erik za­uwa­żył jej sche­mat. Za­cie­ka­wiony wszedł do środka i sta­nął obok biurka.

- In­te­re­su­jące. Co to ta­kiego? Ja­kieś nowe me­tody, któ­rych mu­sie­li­ście się uczyć w szkole po­li­cyj­nej?

- Nie, nic z tych rze­czy. To tylko taka tech­nika po­rząd­ko­wa­nia da­nych. Lu­bię so­bie tak po­ba­zgrać, kiedy nie mam nic lep­szego do ro­boty. Me­toda na­zywa się mind­map, czyli ma­po­wa­nie my­śli.

- Umieść po­środku jej zdję­cie.

Się­gnął po ko­pertę z fo­to­gra­fiami kla­so­wymi i wy­trzą­snął z niej nie­dużą fotkę Jo­se­fin.

- Nie mo­żemy tak po pro­stu użyć tego zdję­cia - za­pro­te­sto­wała Kajsa.

- Pew­nie, że mo­żemy - za­prze­czył Erik. - Je­śli Wal­l­bäc­ko­wie będą coś ma­ru­dzić, po­wiedz, że po­trze­bo­wa­li­śmy go do na­szych czyn­no­ści. No, ale te­raz już spa­dam. Nie siedź za długo!

Kajsa nie miała nic sen­sow­nego do ro­boty, mo­gła naj­wy­żej na­pi­sać ese­mesa do Sam i się po­skar­żyć, jak strasz­nie nudno jest w Örn­sköld­svik. Czy po­winna wspo­mnieć, że Fred­die Ek pra­cuje w tym sa­mym miej­scu co ona? W końcu jed­nak po­sta­no­wiła, że le­piej spo­żyt­kuje czas, je­śli za­sta­nowi się nad Jo­se­fin, albo Jos­san, jak ją na­zy­wano. Szybko ode­pchnęła my­śli o daw­nym ko­le­dze klu­bo­wym i osta­tecz­nie zde­cy­do­wała, że nie wy­śle wia­do­mo­ści do Sam.

Cała klasa Jo­se­fin wy­da­wała się zdzi­wiona jej na­głym znik­nię­ciem. Ucznio­wie na­kre­ślili jej ob­raz jako osoby po­god­nej i we­so­łej. W nie­któ­rych wy­po­wie­dziach da­wało się ewen­tu­al­nie wy­czuć za­zdrość o jej ta­lent wo­kalny. Tak więc dziew­czyna nie była ani igno­ro­wana, ani mob­bo­wana, co czę­sto sta­nowi tło do­bro­wol­nych za­gi­nięć. Wręcz prze­ciw­nie - wy­da­wała się bar­dzo lu­biana.

Ze sta­ty­stycz­nego punktu wi­dze­nia na­le­żało przy­jąć, że ucie­kła. Rów­nież ze sta­ty­styk wy­ni­kało, że po­winna wró­cić na­stęp­nego dnia lub dzień póź­niej. Kajsa wie­działa jed­nak, że Jo­se­fin nie do końca pa­suje do ste­reo­ty­po­wego ob­razu na­sto­latki, która zrywa się z domu. Bo nic nie wska­zy­wało na to, żeby miała ja­kieś kło­poty. Nie wa­ga­ro­wała. Nie awan­tu­ro­wała się z ro­dzi­cami. Nic z tych rze­czy.

Ale jedno rzu­cało się w oczy. Cał­kiem nor­mal­nie w tej ro­dzi­nie na pewno nie było, cho­ciaż trudno okre­ślić, w czym do­kład­nie tkwił pro­blem. Matka ni­komu nie pa­trzyła w oczy. Czuła się za­stra­szona, po­ni­żona? A oj­ciec? Z dru­giej strony wład­czy oj­ciec i słaba matka to jesz­cze nie po­wód, żeby wszystko rzu­cać i ucie­kać.

Je­śli więc nie na­wiała z wła­snej woli, co się mo­gło stać? Wy­pa­dek? Tego po­po­łu­dnia, kiedy Jo­se­fin znik­nęła, sza­lała straszna za­mieć. Lecz o ile wia­domo, dziew­czyna była od­po­wied­nio ubrana - miała kurtkę pu­chową, grube weł­niane rę­ka­wiczki i czapkę. Kajsa ze­szła do piw­nicy i przy­nio­sła na górę szcze­gó­łową mapę oko­licy obej­mu­jącą za­równo li­ceum, jak i miej­sce za­miesz­ka­nia Wal­l­bäc­ków. Naj­prost­sza droga ze szkoły do domu pro­wa­dziła naj­pierw w kie­runku E4, a po­tem da­lej wzdłuż Mo­do­vägen.

To, że ko­le­dzy nie wi­dzieli jej prze­cho­dzą­cej obok Maxa, nie zna­czyło wcale, że tam­tędy nie szła. Ruch w po­bliżu bur­ge­rowni był spory, bio­rąc pod uwagę fakt, że w są­siedz­twie znaj­do­wała się sta­cja ben­zy­nowa, nowa li­nia ko­le­jowa i wjazd do cen­trum tu­ry­stycz­nego. Dziew­czyna mo­gła rów­nie do­brze prze­ciąć E4 tuż przed ron­dem, na przy­kład przy pły­walni Raj. Wtedy ko­le­dzy sie­dzący w Mak­sie nie mieli szansy do­strzec jej w tej za­mieci.

Na uli­cach pa­no­wał duży ruch, prze­miesz­czały się po nich także wiel­kie cię­ża­rówki. Gdyby wpa­dła pod koła ja­kie­goś nie­od­po­wie­dzial­nego kie­rowcy, który prze­je­chał ją i uciekł z miej­sca wy­padku, na pewno już dawno by­łoby o tym wia­domo.

A je­żeli Jo­se­fin nie ulot­niła się z wła­snej woli ani nie ule­gła wy­pad­kowi, w grę wcho­dziła je­dy­nie opcja, że zo­stała po­rwana i być może za­mor­do­wana. Nikt by na­wet nie za­uwa­żył, gdyby któ­raś cię­ża­rówka się za­trzy­mała i wcią­gnięto by ją do środka. Pa­da­jący gę­sty śnieg był poza tym do­brym pre­tek­stem, aby za­ofe­ro­wać pod­rzu­ce­nie, na­wet je­śli ktoś miał do po­ko­na­nia nie­wielki od­ci­nek. Pro­po­nu­ją­cym mógł być za­równo lo­kalny kie­rowca, jak i szo­fer cię­ża­rówki. Bie­gnąca przez sam śro­dek mia­sta trasa eu­ro­pej­ska E4 spra­wiała, że przez sto­sun­kowo nie­duże Örn­sköld­svik prze­jeż­dżało dużo sa­mo­cho­dów cię­ża­ro­wych po­cho­dzą­cych z róż­nych czę­ści Szwe­cji, ale także z za­gra­nicy. Gwałt w le­sie? Nie, Kajsa od razu od­rzu­ciła taki sce­na­riusz. Przy po­tęż­nej za­mieci, jaka pa­no­wała po­przed­niego dnia, wy­da­wało się to mało praw­do­po­dobne. Szu­ka­nie po la­sach nie miało naj­mniej­szego sensu.

Wstu­kała w wy­szu­ki­warkę bazy in­for­ma­cyj­nej po­li­cji ko­lejne na­zwi­ska. Za­częła od Jo­se­fin. Żad­nej wzmianki. Po­tem Sten-?ke. Zero wy­kro­czeń, ale miał po­zwo­le­nie na broń - na pi­sto­let, re­wol­wer i strzelby. W tych stro­nach nie wy­da­wało się to ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Tu­taj każdy po­lo­wał.

Kajsa była cie­kawa, co się dzieje na fa­ce­bo­oko­wej gru­pie za­ło­żo­nej przez klasę Jo­se­fin. Zresztą Fa­ce­book i inne me­dia spo­łecz­no­ściowe to w ogóle do­sko­nałe miej­sce do szpie­go­wa­nia. Ro­dzice nie­rzadko żyją w prze­świad­cze­niu, że świet­nie znają swoje dzieci, co czę­sto oka­zuje się wie­rutną bzdurą. Po­sta­no­wiła jed­nak, że zaj­rzy na stronę do­piero wie­czo­rem, po po­wro­cie do domu. Nie miała prze­cież żad­nych pla­nów, a dzięki temu za­ję­ciu nie bę­dzie my­śleć przez cały czas o Sam.

Otóż to. Sam.

Po­znała ją ostat­niej wio­sny na ja­kiejś im­pre­zie, z któ­rej za­mie­rzała się już wy­mknąć po an­giel­sku, gdy po­ja­wiła się ona, tro­chę wsta­wiona. W za­tło­czo­nym i cia­snym przed­po­koju wdały się w po­ga­wędkę. Sły­sząc jej ra­do­sny śmiech, Kajsa za­częła ża­ło­wać, że musi wyjść. I za­nim zdą­żyła się zo­rien­to­wać, ona zdjęła z niej kurtkę. Po­tknąw­szy się o czy­jeś buty, któ­rych cała masa wa­lała się po pod­ło­dze, nie­chcący wpa­dły so­bie w ob­ję­cia.

- Może to nie naj­od­po­wied­niej­szy mo­ment - po­wie­działa Sam ze śmie­chem - ale ja cię chyba ko­cham. - Po czym zło­żyła na jej ustach długi, go­rący po­ca­łu­nek. Dla Kajsy było to coś wię­cej niż po­ca­łu­nek. Jak to się mówi: na­gle wszyst­kie czę­ści ukła­danki zna­la­zły się na swoim miej­scu.

- Ko­cham cię, Sam - wy­szep­tała nie­śmiało. Dziw­nie to brzmiało. Jesz­cze ni­gdy ni­komu tego nie mó­wiła. Na­wet jej.

Kiedy zo­ba­czą się na­stęp­nym ra­zem, po­wie to. I kupi kwiaty. Albo le­piej tru­skawki i szam­pana. Obie­cała to so­bie.

Nie­trudno było obie­cy­wać, gdy zo­stały jesz­cze czter­dzie­ści trzy dni. Kajsa li­czyła po kry­jomu każdy po ko­lei.

Po czym za­sko­czyła samą sie­bie, ro­biąc coś w stylu Sam. Pod wpły­wem im­pulsu, nie da­jąc so­bie czasu na za­sta­no­wie­nie, chwy­ciła ko­mórkę i wstu­kała te dwa słowa. Ko­cham cię!

Wy­słane.

Nie miała od­wagi na­wet my­śleć o tym, co się przed chwilą stało. Z nie­cier­pli­wego ocze­ki­wa­nia ści­skało ją w żo­łądku. Jaką od­po­wiedź otrzyma? W końcu to nie byle co. Wła­śnie wy­słała w świat swoje pierw­sze w ży­ciu wy­zna­nie mi­ło­ści.

Aż pod­sko­czyła z prze­ra­że­nia, gdy te­le­fon na­gle za­dzwo­nił. Ale ku jej roz­cza­ro­wa­niu nie była to Sam, tylko in­for­ma­tyk Krille z No­la­sko­lan. Po­nie­waż pod­czas wi­zyty w szkole go nie za­stała, zo­sta­wiła mu kar­teczkę z prośbą o kon­takt.

- Tak, znam lo­gin i ha­sło do szkol­nego konta Jo­se­fin - po­twier­dził Krille. - Masz czym za­pi­sać? - Kajsa za­no­to­wała dane, on zaś kon­ty­nu­ował: - Wy­gląda na to, że sur­fo­wała głów­nie po stro­nach li­ceum, klubu Modo Hoc­key, wcho­dziła na Fa­ce­bo­oka i...

- Żad­nych mejli? - prze­rwała mu Kajsa.

- Szkoła prze­cho­wuje hi­sto­rie wszyst­kich kont przez trzy­dzie­ści dni. Ale ona nie pi­sała mejli ze swo­jego konta szkol­nego. Cza­sami na nie wcho­dziła, żeby spraw­dzić, czy nie ma wia­do­mo­ści od któ­re­goś z na­uczy­cieli albo czy ktoś nie zo­sta­wił jej ja­kie­goś za­da­nia do wy­ko­na­nia. Zdaje się, że ko­rzy­stała ra­czej z Hot­ma­ila.

- Mo­żesz się do niego do­stać?

- Nie. W każ­dym ra­zie nie przez szkolną bazę da­nych.

Kajsa po­czuła się zdez­o­rien­to­wana.

- Chcesz po­wie­dzieć, że przez szkolną bazę da­nych się nie do­sta­niesz, ale w inny spo­sób już tak?

- No cóż, lu­dzie czę­sto po­słu­gują się wszę­dzie jed­nym ha­słem. Dla­tego nie za­szko­dzi wy­pró­bo­wać jej szkol­nego lo­ginu na in­nych ser­wi­sach, ta­kich jak Hot­mail czy Fa­ce­book.

- Za­raz, za­raz! To zna­czy, że ma­cie czarno na bia­łym za­pi­sane ha­sła wszyst­kich uczniów?

- Tak, to tro­chę nie­zręczne. - Krille od­chrząk­nął z wy­raź­nym za­kło­po­ta­niem. - W przy­szłym roku zaj­miemy się kwe­stią bez­pie­czeń­stwa. Je­śli zdą­żymy...

- Okej. Czyli pro­po­nu­jesz, że­bym spró­bo­wała się za­lo­go­wać jako Jo­se­fin? Ale mu­szę prze­cież znać jej ad­res mej­lowy. Tak czy nie?

- Zga­dza się.

- Skąd go we­zmę?

- No cóż, za­wsze mo­żesz spy­tać mnie - od­po­wie­dział Krille. - Moż­liwe, że go znam...

Kajsa skrzęt­nie za­pi­sała, na­stęp­nie po­dzię­ko­wała i się roz­łą­czyła. Za­sta­no­wiła się. Miała wszyst­kie dane użyt­kow­nika. Być może od roz­wią­za­nia za­gadki znik­nię­cia Jo­se­fin dzieli ją już tylko kilka klik­nięć w kla­wia­turę.

Je­żeli to się uda, czy bę­dzie le­galne? Nie, oczy­wi­ście, że nie, po­nie­waż po­trzebne jest od­po­wied­nie po­zwo­le­nie. Po­winna za­dzwo­nić do ofi­cera do­wo­dzą­cego i po­pro­sić o zgodę. Wie­działa jed­nak z góry, że do­póki nie ma po­dej­rze­nia po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa, on jej nie wy­razi.

Mimo to nie mo­gła zre­zy­gno­wać. Puls jej przy­spie­szył, gdy w polu użyt­kow­nika wpi­sy­wała hot­ma­ilowy ad­res dziew­czyny. Prze­szła da­lej, do okienka na ha­sło. Wstu­kała w nim: jos­sa­n4e­ver. Za­wa­hała się, trzy­ma­jąc pa­lec nad kla­wi­szem en­ter.

Czy rze­czy­wi­ście po­winna się za­lo­go­wać, mimo że w ten spo­sób na­ru­szy prawo?

Zer­k­nęła na ze­ga­rek.

17.13.

Jej dzień pracy już dawno się skoń­czył. Bez prze­ło­żo­nego i po służ­bie nie wolno jej wy­ko­ny­wać żad­nych czyn­no­ści, po­nie­waż na­dal uwa­żana jest za stu­dentkę, a nie peł­no­prawną po­li­cjantkę.

Pod­nio­sła się, żeby spraw­dzić, czy nie znaj­dzie jesz­cze ko­goś na ko­men­dzie, kogo mo­głaby się po­ra­dzić.

W ku­chence sie­dział Yxan, czyli Sven-In­gvar Yxberg. Przy­po­mi­nał jej sta­rego eme­ry­to­wa­nego żoł­nie­rza za­wo­do­wego, który pró­bo­wał zre­kom­pen­so­wać swój ni­ski wzrost sze­ro­ko­ścią ple­ców. Od pierw­szego dnia ro­bił wszystko, żeby Kajsa czuła się głu­pia i nie­kom­pe­tentna. Ob­rzu­cił ją wro­gim spoj­rze­niem. Chyba mu prze­szka­dzała. Po­czuła się jak przy­ła­pana na go­rą­cym uczynku. Aby uza­sad­nić swoją obec­ność w ku­chence, po­de­szła do eks­presu do kawy. Wszy­scy w wy­dziale byli dla niej mili, z wy­jąt­kiem jego. To ostat­nia osoba, do któ­rej zwró­ci­łaby się o radę.

- Ty, ama­zonka, co ty tu jesz­cze ro­bisz?

Kajsa wzdry­gnęła się. Ama­zonka? To niby ona? Ni­kogo in­nego poza nią nie było.

- Szu­kam za­gi­nio­nej dziew­czyny - wy­mam­ro­tała, szybko się­ga­jąc po ku­bek.

- Pew­nie się scho­wała za eks­pre­sem - rzu­cił iro­nicz­nie. - Idź do domu, do cho­lery. Twój dy­żur dawno się skoń­czył.

Wy­krzy­wił twarz w uśmie­chu i za­do­wo­lony z sie­bie prze­cze­sał dło­nią krótko ob­cięte włosy. Kajsa zro­biła kawę i wró­ciła do swo­jego biurka.

Co Erik po­wie­dział wcze­śniej o zdję­ciu, ka­żąc wkleić je do mapy my­śli?

"Po­wiesz po pro­stu, że po­trze­bo­wa­li­śmy go do czyn­no­ści służ­bo­wych".

Gdy usia­dła znowu przed kom­pu­te­rem, przed jej oczami pul­so­wały w okien­kach wkle­pane wcze­śniej dane użyt­kow­nika. Po­czuła ucisk w żo­łądku, ale nie zwra­ca­jąc na to uwagi, zde­cy­do­wa­nym ru­chem na­ci­snęła kla­wisz en­ter. Spo­dzie­wała się, że na mo­ni­to­rze po­jawi się ko­mu­ni­kat o błę­dzie: że albo nie zna­le­ziono ta­kiego użyt­kow­nika, albo ha­sło jest nie­pra­wi­dłowe. Zdu­miona wpa­try­wała się w ekran.