1998 1
1998
1
- Amelia? Gdzie jesteś?
Czując przypływ paniki, skuliła się pod łóżkiem jeszcze bardziej,
wtuliła twarz w miśka i z całej siły zacisnęła powieki. Ucisk w gardle
stawał się coraz mocniejszy, oddech przyspieszał. Do kogo należy ten
głos? Nieco szorstki, ale niepozbawiony nuty ciepła. Nie mogła sobie
przypomnieć.
- Amelia, słyszysz? Jesteś tu?
Kroki były zdecydowane, ktoś stukał obcasami w kształcie klocka. Miała
je niemal tuż przy swojej twarzy, zobaczyła je, gdy podniosła powieki,
obolałe od zaciskania. Czarne buty o wąskich noskach odwracały się w różne strony, jeden z nich wystukał fragment jakiejś melodyjki. Gdzieś
już go słyszała. Nagle buty znieruchomiały.
- Wiem, gdzie jesteś. Tu cię mam!
Szmer kropli deszczu za oknem zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Nie, to
nie szmer kropli, tylko łomot serca. Skuliła się jeszcze bardziej.
Zacisnęła powieki, a gdy po chwili je podniosła, zamiast butów zobaczyła
przed sobą twarz.
- A więc to tak. Tu się chowasz - pokręciła w prawo i w lewo głową z dezaprobatą. - Wyjdź już spod tego łóżka.
Nie. Tylko nie to.
Ręce, duże i silne, chwyciły ją za nogi i wysunęły na środek pokoju.
Leżała na dywanie i nie miała zamiaru wstawać. Zaczęła szlochać. Te same
ręce chwyciły ją za włosy i uniosły tak mocno, że szloch przeszedł w krzyk.
- Widzisz? Znów to samo - poczuła wbijające się w skórę głowy paznokcie.
- Poznajesz mnie? Wiesz, kim jestem?
Pokręciła przecząco głową. Po jej policzkach płynęły łzy.
- No, już dobrze, dobrze. Nie płacz - głos stał się łagodniejszy -
przecież cię kocham. Jesteś moja. A twój tatuś wróci, zobaczysz. Będzie
tak jak dawniej.
Ocierała łzy i czuła ucisk w gardle, stojąc na środku pokoju, który
wirował, podczas gdy tamte silne ręce rozczesywały szczotką jej włosy, a głos nucił kołysankę, choć był środek dnia. Przytulała mocno ukochanego
misia. Spojrzała w okno, czerwone i pomarańczowe liście opadały z drzew
w promieniach słońca. Wyobraziła sobie trawę - była jak zielony dywan
pokryty kolorowymi plamami. Jak wtedy, gdy mama zdjęła nogę z gazu,
samochód zwolnił, a ona, Amelia, wpatrywała się w złoty liść tańczący na
wietrze, który w końcu przysiadł na szybie jak motyl. Mogły uciec. Były
blisko. Mama gorączkowo szukała czegoś pod siedzeniem i nie mogła
znaleźć. Potem nastąpił koniec.
Teraz liście tańczyły podobnie, razem z miękkością miśka łagodziły
szarpnięcia szczotki i ściąganie włosów gumką tuż przy cebulkach, w perfekcyjnie równy i gładki koński ogon.
- Nawet włosy masz po nim, takie jedwabiste. Piękne, ale nie mogą być
potargane. Nie rozumiem, jak możesz lubić taki bałagan na głowie - głos
za plecami starał się być miły, choć znów przybierał surowy ton. -
Dziewczynka musi mieć włosy porządnie uczesane, spod gumki nie może
wystawać nawet jeden kosmyk.
Głos przestał strofować i wrócił do nucenia kołysanki. Stała i myślała o tym, że wcale nie ma włosów takich jak tata, tylko takie, jakie miała
mama. Tak, ten głos kłamie. A te dłonie są zbyt szorstkie i okrutne, by
należały do kobiety. Poczuła, jak przygładzają jej włosy i nagle
odwracają jej głowę. A jednak to była kobieta.
- No, pokaż się. Hmm, całkiem nieźle - kobieta popatrzyła wnikliwie,
jakby chciała przejrzeć jej myśli na wylot, po czym cmoknęła z zadowoleniem i ułożyła usta w grymas na kształt uśmiechu. -
Perfekcyjnie.
Dzwonek przy furtce wyrwał kobietę z codziennego rytuału. Na jego dźwięk
drgnęła i ostrożnie zbliżyła się do okna. Zmarszczyła brwi, po czym
skierowała się do drzwi i wyszła, zostawiając dziewczynkę wyszykowaną
niczym na noworoczne przyjęcie, na którym matki wystawiają na licytację
urodę swoich córek. Dziewczynka trzymała misia w uścisku sprawiającym
ból. Pokój znów zawirował, gdy drzwi zamknęły się, a w zamku zazgrzytał
klucz.
Wtedy przypomniała sobie wszystko. I już wiedziała, kim jest kobieta,
która uczesała ją w perfekcyjny kucyk i sama też wyglądała perfekcyjnie.
*
Piękna jesień, pomyślał Igor Zieliński i przez uchylone okno samochodu
wciągnął mocno powietrze. Pachniało lasem. Minął zakręt i stary zajazd,
po czym gwałtownie zahamował, bo na drogę, prosto pod samochód,
wyskoczył dzik. Igor stracił panowanie nad autem i uderzył głową w szybę. Zjechał na pobocze, wprost na drzewo, uderzył się w głowę drugi
raz. Nie stracił przytomności, wręcz przeciwnie, poczuł adrenalinę i wyskoczył na drogę, by sprawdzić, co stało się z potrąconym zwierzęciem.
Dzik leżał na poboczu i próbował się podnieść, co wydawało się
niemożliwe. Wbił oczy w Igora. Jego mocne spojrzenie było jak
oskarżenie: znów człowiek, zawsze człowiek. Igor zbliżył się, obejrzał
zwierzę ze wszystkich stron i odetchnął z ulgą: dzik nie miał ran.
Dotknął jego zadu i uniósł z całych sił. Dzik poruszył się, podjął
wysiłek i powoli stanął na własnych nogach. Popatrzył na Igora i powoli
ruszył przed siebie. Zniknął w gęstwinie. Mieliśmy szczęście, ja i on,
pomyślał Igor i rozejrzał się dokoła, zastanawiając się, dlaczego w takich miejscach nie ma wzdłuż drogi zabezpieczeń, przecież one ratują
życie. Wsiadł do samochodu i ruszył powoli, obserwując uważnie
przydrożne krzewy, czy aby nie wybiegnie z nich kolejne zwierzę. Poczuł,
że jego dłonie drżą, że wpadł w stan, jakby miał gorączkę. Nie wiedział,
co się z nim dzieje. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że tak właśnie
wygląda szok. Był w stanie szoku. Jechał bardzo powoli, trzymając się
kurczowo kierownicy i nie spuszczając z oka tego, co na drodze. Miał
nadzieję, że będzie mógł przeprowadzić rozmowę, którą ma odbyć za
kilkanaście minut.
Kochał swoją pracę, była jego pasją, ale niedawno zaczął ją obwiniać -
gdyby nie ona, jego rodzina najpewniej nigdy by się nie rozpadła.
Jednocześnie jednak nie wyobrażał sobie bez niej życia, już na samym
początku kariery poprzysiągł sobie solennie, że nigdy nie zamieni jej na
spokojną, kanapową egzystencję, nawet kiedy będzie bardzo stary. Teraz
pożądał pracy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo odczuwał przemożny
lęk przed samotnością, pustymi ścianami w niedużym, ale ładnym domu na
obrzeżach Warszawy. Od dwóch lat mieszkał tam sam, po rozwodzie, o który
wystąpiła żona. Zakochała się w swoim lekarzu o imieniu Andrzej i wyjechała, zabierając ich jedynego syna Piotrka. Igor tęsknił za nim,
chłopak miał osiem lat i był jego oczkiem w głowie. Kiedy zabrakło go w domu, uświadomił sobie, że mimo całej ojcowskiej miłości poświęcał mu za
mało czasu, bo zawsze miał jakąś zagadkę do rozwikłania, a telefon
dzwonił zwykle nie w porę. Teraz nie mógł znieść myśli, że z jego synem
mieszka jakiś obcy facet, który wszedł w rolę ojca i stara się w niej
dobrze wypaść. Igor nawet nie chciał zapamiętać jego imienia. Piotrka
widywał rzadko, dwa razy w miesiącu, w weekendy, ale ostatnio jego była
żona bardzo mu te spotkania blokowała. Nie miał z nią dobrej relacji.
Przez lata zapewniała, że rozumie jego styl pracy, po czym stwierdziła,
że czuje się oszukana i odchodzi.
Igor z irytacją wcisnął włącznik radia, by poszukać rocka, któremu był
wierny od zawsze. Stacja rockowa odpowiedziała mu jednak trzaskiem, a potem ciszą. W eterze innych stacji krążyły informacje dotyczące pogody.
Zapowiadano ulewne deszcze.
Jechał przez pola, nakładając sporo drogi w obawie przed kolejnym
zderzeniem z dzikim zwierzęciem. Kierował się do domu pod czerwonymi
dębami. Dom stał trochę na uboczu, za lasem. Należał do siostry Tomasza
Frycza. Dwa lata temu wokół Frycza zrobiło się zamieszanie, ale sprawa
ucichła. Znany i ceniony balsamista miał zakład na obrzeżach miasta. Po
tragedii, która wydarzyła się w jego rodzinie, słuch o nim zaginął.
Igor pracował w tym wydziale od niedawna. Pewnego dnia, podczas dyżuru,
przeglądał stare, zamknięte i niewyjaśnione sprawy. Wtedy natrafił na
historię Frycza, którego żona oskarżyła o straszne zbrodnie.
Z powodu braku dowodów szybko zamknięto badanie sprawy, które nawet
trudno nazwać śledztwem. Zastanawiał tylko fakt, że akurat w czasie
największej prosperity i świetności Frycza dochodziło w okolicy do
zaginięć kobiet. Igor bardzo nie lubił niezałatwionych spraw, a właśnie
ta do takich, jego zdaniem, należała. Miał przeczucie, że historia
Frycza ma drugie dno. Poza tym chciał się dowiedzieć, co stało się z człowiekiem, który najpierw był szanowanym obywatelem, a potem zniknął.
Zjechał z głównej drogi na prawo i znalazł się na wąskiej drodze, niemal
leśnej. Z daleka zobaczył budynek za bramą. Zatrzymał auto. Kiedy
wysiadał, nadleciały dwa kruki i usiadły na ogrodzeniu tuż przed nim.
Przyglądały się intruzowi tak, że aż znieruchomiał, ale po chwili
poderwały się do lotu i poszybowały nad okazałymi dębami.
Dom był piętrowy, szary i bez wyrazu, pozbawiony rysu i ducha
właścicieli. Czasy dawnej świetności miał za sobą. Na końcu podjazdu był
garaż, a wzdłuż ścieżki i na schodach prowadzących do drzwi wejściowych
stało kilka wielkich pustych donic. Gdyby nie natura, która w obejściu
utkała z trawy i kolorowych liści dywan, byłoby upiornie.
Na mosiężnej tabliczce umieszczonej na murze ogrodzenia widniała
podobizna psa, mająca odstraszać ludzi. Obok znajdował się dzwonek. Igor
wcisnął guzik kilka razy, po czym westchnął. Tak to jest, kiedy
przyjeżdża się bez uprzedzenia, pomyślał, przekonany, że nikt mu nie
otworzy. Wpatrywał się w drzwi wejściowe tuż nad schodami, po czym wyjął
wizytówkę, na odwrotnej stronie napisał kilka słów z prośbą o kontakt i wrzucił do skrzynki na listy. Odwrócił się i skierował w stronę
samochodu. Wtedy drzwi się otworzyły.
Stała w nich kobieta, mniej więcej po czterdziestce, wysoka, dość
szczupła, o mocno zarysowanej szczęce i bladej cerze. Jej jasne włosy
były gładko zaczesane i upięte w perfekcyjny kok. Była dyskretnie
umalowana, ubrana w elegancką, prostą, granatową suknię do kolan, na
szyi dostrzegł sznur pereł. Wyglądała, jakby oczekiwała gości albo sama
wybierała się na przyjęcie. Uniosła brwi i patrzyła na Igora pytająco.
- Dzień dobry. Pani Konstancja Frycz?
- Kim pan jest?
- Nazywam się Igor Zieliński, pracuję w tutejszej policji. Czy pani
nazywa się Konstancja Frycz?
Kobieta zawahała się. Patrzyła na Igora, jakby zastanawiała się, co
powiedzieć.
- Tak - w końcu przytaknęła. - O co chodzi?
- Chodzi o pani brata, Tomasza Frycza. Minęło trochę czasu... ale... Możemy
porozmawiać?
- Przepraszam, ale właśnie wychodziłam... - Konstancja wykonała
nieokreślony gest dłonią i pospiesznie zaczęła się tłumaczyć. - Muszę
pojechać po bratanicę, nie mogę się spóźnić.
- Ach, tak - Igor zawahał się. - Naprawdę nie znajdzie pani chwili? Mam
tylko kilka pytań.
- Proszę wybaczyć, ale nie.
- W takim razie, kiedy ponownie mógłbym przyjść?
- Nie wiem.
- Może jutro? O której?
- Ma pan wizytówkę? Albo poda mi pan numer telefonu? - Konstancja
spytała uprzejmie. - Zadzwonię. Tak będzie najlepiej.
- Przed chwilą wrzuciłem wizytówkę do skrzynki, ale proszę, mogę dać
drugą - powiedział Igor, sięgając do kieszeni.
- Nie ma takiej potrzeby, znajdę w skrzynce - zapewniła miękkim głosem
Konstancja. - A teraz przepraszam, spieszę się.
Zamknęła za sobą drzwi. Igor westchnął. Nie tak wyobrażał sobie to
spotkanie. Konstancja Frycz miała zaprosić go do środka, a on wyciągnąć
od niej to coś, ten jeden jedyny drobiazg, tak bardzo potrzebny, by
zrobić pierwszy ruch w układance. Był zły na siebie, że tak łatwo dał
się zbyć kobiecie, co do której nawet nie miał pewności, czy
rzeczywiście jest Konstancją Frycz. Nie miał też wątpliwości co do tego,
że kimkolwiek była, kłamała. W jej tonie głosu od razu wyczuł fałsz.
Zanim wsiadł ponownie do samochodu, rozejrzał się. Jego wzrok poszybował
do okien na piętrze. Wydawało mu się, że w jednym z nich zobaczył twarz
dziecka, dziewczynki, bezbrzeżnie smutną i zgaszoną. Dziewczynka miała
włosy ściągnięte do tyłu, była uczesana w gładki koński ogon. Popatrzyła
na niego przez chwilę i odeszła od okna. Igor domyślił się, że to
Amelia, córka Tomasza Frycza, którą po rodzinnej tragedii wzięła pod
swoje skrzydła Konstancja Frycz. A więc kłamała. Nie musiała jechać po
bratanicę.
W ułamku sekundy przemknęło mu przez głowę, że ten dom nie jest
właściwym miejscem dla dziecka, bo kryje w sobie mrok i cień. Nie
odrywał oczu od okna, wypatrując w nim dziewczynki. Nagle usłyszał za
sobą trzask gałęzi. Zanim zdążył się odwrócić, poczuł przeszywający ból
w głowie. Kiedy upadał, urwał mu się film.
*
To stawało się nie do zniesienia. Mdłości o różnych porach dnia i niewyczuwalne dotąd zapachy uderzały z mocą tsunami. Zmęczenie,
rozdrażnienie, brak energii, wahania nastroju, tkliwość piersi i częstsze korzystanie z toalety. Inny seks, bardziej poprawny, w wersji
light. Koniec z porankami, kiedy brała go bezkarnie, jak tylko poczuła
ochotę, i robiła, co chciała, wybudzając ich oboje ze snu i doprowadzając do rozkoszy jeszcze przed rozpoczęciem dnia. Teraz nie
miała na to siły, wszystko, czego chciała, to spać, spać, jeszcze raz
spać. I bez przerwy czuła się tak, jakby najadła się starych kotletów
jajecznych z sosem. Drugi miesiąc, ciąża modelowa.
Policjantka Agnieszka Król zwlokła się z łóżka i poszła do łazienki.
Który to raz tej nocy? Niewyspanie z powodu chodzenia na siku stawało
się nie do zniesienia. Siedziała na toalecie i czuła zapach farby
unoszący się ze ścian. On wciąż tu był, przynajmniej ona go wyczuwała,
mimo że do mieszkania na nowym podwarszawskim osiedlu wprowadzili się po
dwóch tygodniach od zakończenia prac remontowych. Michał zapewniał, że
go nie czuje, więc zapach jest jej urojeniem z powodu ciąży. Wiadomość o dziecku była zaskoczeniem, zarówno dla niej, jak i dla Michała, ale
oboje przyjęli ją z radością. Nie znała jeszcze płci dziecka i, mówiąc
szczerze, nie była pewna, czy będzie chciała ją znać. W każdym razie ich
dziecko będzie miało ładne imię, dalekie od tych ekstrawaganckich, jakie
nadają swoim dzieciom nowobogackie matki, sącząc przy tym drinki i chrupiąc fistaszki. Ale teraz wszystko to wydawało się jej tak nierealne
i odległe jak wyprawa międzygalaktyczna. Niewiele też wiedziała o samej
ciąży i nie miała pojęcia, że tak to na początku będzie wyglądać.
Agnieszka wróciła do sypialni i wsunęła się do łóżka. Michał zamruczał
przez sen i przewrócił się na drugi bok, podczas gdy ona zacisnęła
powieki, próbując zasnąć. Nic z tego, po kilkunastu minutach niczym
lunatyczka po raz kolejny powlokła się do łazienki. Spojrzała w lustro.
Zombie przy niej to piękność. Poszła do kuchni i wyjęła z lodówki
jogurt, by po sekundzie włożyć go z powrotem. Zapaliła lampę w salonie i zagłębiła się w fotelu. Sięgnęła po telefon. Dziwne. Igor nie odpisał.
Byli w codziennym kontakcie, odkąd ginekolog wypisał jej zwolnienie, by
- jak się wyraził - dla dobra własnego i dziecka poluzowała. Z Igorem
zaprzyjaźniła się od pierwszego dnia, jak tylko kilka miesięcy temu
dołączył do zespołu, ale ich relacja nie wykraczała poza sferę zawodową.
Ona też była w zespole nowa, przyszła na dwa tygodnie przed Igorem. Może
dlatego znaleźli porozumienie i w miarę możliwości trzymali się razem.
Michał początkowo był zazdrosny, nawet doszło pomiędzy nimi do awantury.
Wtedy Agnieszka wykrzyczała mu, że będzie przyjaźnić się, z kim chce, że
nie ma prawa jej ograniczać, tak samo jak ona nie ogranicza jego i nie
wie, z kim każdego dnia rozmawia w biurze i pije kawę w firmowej kuchni.
W końcu podczas spokojnej rozmowy przekonała go, że jej kontakt z Igorem
jest czysto zawodowy. Uwierzył i przestał być zazdrosny, przynajmniej
tak utrzymywał.
Teraz, kiedy była na zwolnieniu i zostawała w domu, gotując obiady i czytając książki albo zwyczajnie się nudząc, czuła się tak, jakby cały
świat płynął obok niej i odbywało się w nim wielkie, nieustające
przyjęcie, na którym byli wszyscy, oprócz niej. Tylko Michał cieszył się
z takiego obrotu sprawy, bo uważał, że praca w policji jest dla jego
żony zbyt niebezpieczna. Wtedy wymogła na Igorze, żeby codziennie pisał
kilka słów o tym, co słychać w pracy - po to, by nie zwariowała i nie
zajadała siedzenia w domu kopami makaronu. I pisał. Codziennie. Michał
nie miał pojęcia o jej korespondencji z Igorem.
Poprzedniego dnia Igor nie odpowiedział jednak na jej wiadomość. Dotąd
mu się to nie zdarzyło. Agnieszka ponownie wysłała do niego krótkiego
esemesa i dopiero wtedy zobaczyła, że jest piąta rano.
Obudziła się około dziesiątej na kanapie w salonie, przykryta pledem. Na
stoliku leżała kartka: "Królowo, nie chciałem Cię budzić, śniadanie
czeka na tacy pod serwetką, dobrego dnia. Kocham, M.". Michał zawsze ją
rozczulał, miał dla niej tyle cierpliwości i empatii, nigdy wcześniej
nie zaznała tego od żadnego faceta. "Dziękuję i kocham Cię, Królu" -
odpisała mu w esemesie. Lubili tak się do siebie zwracać: Król i Królowa, robili to czasem w żartach, a czasem rzucali "królami" ze
złością.
Agnieszka przejrzała wiadomości. Mama pytała, czy może zadzwonić dziś
późnym popołudniem, co dla Agnieszki oznaczało prawie noc. Dzieliło je
siedem tysięcy kilometrów w przestrzeni i sześć godzin w czasie, bo mama
od lat mieszkała w Kanadzie, w najlepszym miejscu do życia, jak mówiła,
w Toronto. Inka, przyjaciółka od czasów liceum, kolejny raz
przepraszała, że nie przyjdzie, bo musi zostać w pracy po godzinach.
Gdzie te czasy, gdy wpraszała się na plotki o tym, kto z ich byłej klasy
jest z kim. Ale od Igora nie było ani słowa. Agnieszka podniosła się z kanapy i w tej samej chwili poczuła, że coś podchodzi jej do gardła.
Mdłości nie odpuszczały. Kiedy wyszła z łazienki, komórka zabrzęczała
nową wiadomością. Spojrzała na wyświetlacz i wbrew temu, o co prosił ją
Michał, w sekundę była gotowa, by zatrzasnąć za sobą drzwi. Na parkingu
poczuła, że chwytają ją kolejne mdłości. Usiadła za kierownicą. Będzie
dobrze, pomyślała. Na niebie skłębiły się ciemne chmury i zaczęło lać.
*
Ściany szpitalnej recepcji miały kolor sinic w zakwicie i kilka sporych
pęknięć. Pielęgniarka stała tyłem do szklanych drzwi i układała
papierowe teczki na półce. Wszędzie unosił się zapach pasty do podłogi
pomieszany ze środkiem do dezynfekcji.
- Dzień dobry, ja do Igora Zielińskiego - Agnieszka Król powstrzymała
odruch wymiotny i zdobyła się na blady uśmiech. - Od wczoraj jest na tym
oddziale.
Pielęgniarka nadal stała tyłem, nawet nie drgnęła.
- Dzień dobry - powtórzyła głośniej Agnieszka i czekała, aż pielęgniarka
skończy układać teczki i podejdzie do kontuaru.
- Pani jest z rodziny? - pielęgniarka w końcu odwróciła się w jej
stronę.
- Tak. Jestem... siostrą.
- Proszę o jakiś dokument.
- Nie mam przy sobie... to działo się tak szybko, nie zabrałam.
- Proszę poczekać. Zapytam pacjenta, czy panią zna.
Po chwili wróciła i gestem dała Agnieszce przyzwolenie na wejście do
środka.
- Pacjent leży pod czternastką.
- Dziękuję.
Agnieszka przeszła przez wewnętrzne szklane drzwi. Czuła niepokój. Coś
się już wydarzyło, ale gorsze miało dopiero nadejść. Co za bzdury,
wszystko przez te ciążowe huśtawki, pomyślała i otworzyła drzwi do
sali.
- A więc tak wygląda siostra - Igor uśmiechnął się. - Od razu
wiedziałem, że to ty.
Leżał z zabandażowaną głową, a do żyły sączyła się kroplówka.
- Czymś mnie tu wzmacniają, chociaż wcale nie jestem słaby, jutro
wychodzę.
- Dlaczego nic nie napisałeś? Co się stało? Jak się czujesz?
- Wszystko OK. Kto do ciebie napisał?
- Nieważne, z policji.
- Idioci.
- Dobrze zrobili. I już przestańcie z tym oszczędzaniem ciężarnej. Mam
tego dość.
- Aga...
- Co się stało? Powiesz mi wreszcie czy wymyślisz bajeczkę, żebym się
przypadkiem nie martwiła?
Igor westchnął i popatrzył na Agnieszkę.
- No dobra. Przy tobie każdy kapituluje. To niewiarygodne.
- Więc?
- Postanowiłem wziąć pod lupę sprawę Tomasza Frycza. Kiedy o niej
przeczytałem, poczułem, że coś w niej jest takiego... sam nie wiem. Ale
chcę ją zbadać. Wiem, że nie zawsze się da, ale lubię sprawy jasne i zakończone. Konkret.
- Rozumiem, mam podobnie - Agnieszka spojrzała ze zrozumieniem. - Ale
nie pisałeś, że do tego wracasz. Rozumiem, że w ramach projektu:
oszczędzamy Agę.
- Nie bądź zła.
- Nie jestem. I chyba nie mogę cię denerwować.
- Teraz ty nie próbuj przesadzać. A więc pojechałem do domu siostry
Frycza, chciałem porozmawiać o jej bracie. Miałem nadzieję, że coś tam
znajdę, jakiś drobiazg, no, sama wiesz. Nic z tego. Jedyne, co mam z tej
wizyty, to obolałą głowę i odczucie, że tam jest coś nie tak.
- W jakim sensie?
- Po pierwsze, nie chciała rozmawiać. Zwykle ludzie, jak zniknie ktoś
bliski, chcą o tym rozmawiać, wałkować temat, drążyć. To jest jak
terapia, sama wiesz. Ona nie chciała.
- Może akurat jest jej tak lepiej?
- Nie sądzę. Ale... no dobra: może. Po drugie kłamała. Powiedziała, że nie
ma czasu, bo jedzie po bratanicę.
- Co w tym dziwnego, że po nią jechała?
- Zanim odjechałem, zobaczyłem w oknie dziewczynkę. Była smutna, jej
oczy wydały mi się przerażająco samotne.
- Może to wcale nie była ta bratanica? Albo po prostu kobieta znalazła
naprędce wymówkę, żeby z tobą nie rozmawiać. Dziewczynka była w domu.
Była smutna? To też jeszcze nic nie oznacza. Może była chora?
- Nie, Aga. Tam coś jest nie tak. Czuję to przez skórę.
- No dobrze, ale co się stało z tobą? Jak doszło do tego, że jesteś w szpitalu z opatrunkiem na głowie?
- Zobaczyłem tę dziewczynkę i poczułem przeszywający ból.
- Jak to?
- Chyba ktoś mnie czymś walnął. Nie wiem... I nie pamiętam nic więcej.
Obudziłem się tutaj, w szpitalu.
- Ktoś cię znalazł?
- Lekarz powiedział, że znalazł mnie jakiś facet. Zatrzymał się, bo mój
samochód stał w poprzek drogi. Zadzwonił po pogotowie. Podobno
siedziałem za kierownicą, byłem oparty o drzwiczki i miałem rozbitą
głowę. Było to trzy kilometry przed zjazdem do domu Konstancji Frycz.
Zagadka, co?
- O ja chrzanię.
Zamilkli oboje. Igor nie zdradził Agnieszce, że kiedy jechał do domu
Frycza, na drogę wyskoczył dzik, a on uderzył głową w szybę. Obawiał
się, że nabierze podejrzeń, że po incydencie z dzikiem wcale nie ruszył
w dalszą drogę i nie miał spotkania z Konstancją Frycz, nie widział
dziewczynki w oknie, tylko to wszystko mu się przyśniło. Sam zachodził w głowę, jak to możliwe, że znalazł się znów w aucie na trasie, jakby po
zderzeniu z dzikiem nigdy z niego nie wysiadł.
*
Skrzynka na listy nie chciała się otworzyć, o ile można mówić o otwieraniu, gdy nie używa się klucza. Igor Zieliński próbował różnych
metod, w końcu wsunął w zamek ogonek liścia dębu. Usłyszał lekkie
kliknięcie. Udało się. Drzwiczki bez trudu otworzyły się na oścież. Na
dnie skrzynki była jego wizytówka, na której kilka dni temu napisał
prośbę o kontakt. Niezbity dowód na to, że tu był.
Musiał się upewnić. Bo zaczął już wątpić. Może to za dużo powiedziane,
ale zasiał w swojej głowie niepewność. Rozmawiał na ten temat z lekarzem, tak ogólnie, bez zdradzania szczegółów i opowiadania, co mu
się przydarzyło. Zadał pytanie, jak w takich sytuacjach reaguje mózg.
Lekarz przyznał, że owszem, w głowie mogą pojawić się różne projekcje,
ale raczej się ich nie pamięta, a generalnie utrata przytomności jest
stanem, gdy mózg jest niedokrwiony i w jakimś sensie przestaje pracować.
Igor podziękował za wyczerpujące informacje i nie pytał o nic więcej, bo
lekarz zaczął mu się przyglądać podejrzliwie i jeszcze tego samego dnia
zaproponował serię szczegółowych badań diagnostycznych. Igor odmówił.
Był przekonany, że te badania nie są mu potrzebne, i opuścił szpital,
podpisując oświadczenie, że wychodzi do domu na własną odpowiedzialność.
Miał już dość szpitalnego łóżka, mierzenia temperatury o szóstej rano,
kroków pielęgniarek w drewnianych chodakach, porannego obchodu i widoku
długopisu zatkniętego za kieszeń lekarskiego kitla. Chciał znaleźć się w domu, niebawem miał przyjechać jego syn. No i, rzecz jasna, czym prędzej
wrócić do pracy oraz przekonać się, że niczego, co pamięta z tamtego
dnia, sobie nie wymyślił, a co za tym idzie - znaleźć człowieka, który
uderzył go w głowę i odstawił na trasę, dokładnie tam, gdzie dzik wpadł
mu pod koła. Kiedy pytał lekarzy, kto wezwał karetkę, nie umieli
odpowiedzieć. Facet pozostał anonimowy, a jemu bardzo przydałoby się
choćby kilka słów o tym, co ten człowiek wtedy zobaczył.
Igor ponownie stał przed domem, trzymając w ręku wizytówkę - niezbity
dowód na to, że tu był. Zdążył schować ją do kieszeni, gdy nadjechał
samochód, z którego wysiadła kobieta. Poznał ją od razu, to była
Konstancja Frycz. Ubrana nieco inaczej niż poprzednio, ale równie
elegancko, włosy miała gładko i równo upięte, słowem, perfekcyjna,
nieskazitelna.
- Dzień dobry - odezwał się Igor.
- Dzień dobry - odpowiedziała. - Pan kogoś szuka? Może pomóc?
- Nie poznaje mnie pani?
- Mówiąc szczerze, nie.
- Jestem Igor Zieliński, a pani to Konstancja Frycz, prawda?
Dopiero teraz zauważył dziewczynkę na tylnym siedzeniu. Skuliła się tak,
że była prawie niewidoczna.
- Byłem tu kilka dni temu. Prosiłem o chwilę rozmowy.
- Proszę mi przypomnieć... bo jakoś nie mogę... - Konstancja urwała i zmarszczyła brwi.
- To był czwartek. Popołudnie. Naprawdę pani nie pamięta?
- Ach, tak, rzeczywiście, już sobie przypominam. Chciał pan rozmawiać.
- No właśnie.
- A tak właściwie, czego pan chce?
- Przyjechałem porozmawiać o pani bracie.
Odwróciła głowę w bok, przez chwilę zastanawiała się, co powiedzieć.
- Ale on zaginął - odezwała się cicho. - Nie wiem, co się z nim stało.
Jeśli nie żyje, to ja nawet nie mam grobu, na który mogę pójść zapalić
świeczkę i położyć kwiaty.
Spojrzała na Igora smutno, zamrugała szybko powiekami.
- Nie chcę o tym rozmawiać. To zbyt bolesne. Teraz całym moim światem
jest bratanica - wskazała na dziewczynkę siedzącą w aucie. - Proszę dać
mi spokój, jej również i więcej tu nie przyjeżdżać.
Zapadła cisza. Twarz Konstancji była nieprzenikniona, Igor wyglądał,
jakby się wahał.
- Zostałem czymś uderzony - odezwał się nagle. - Tutaj, przed pani
domem.
- Naprawdę? Kiedy?
- Poprzednim razem.
- Naprawdę nie mam pojęcia, kto mógł pana uderzyć - wydawała się
szczerze zdziwiona.
- Straciłem przytomność i podobno zostałem znaleziony przez jakiegoś
mężczyznę na szosie. Siedziałem w swoim aucie, nieprzytomny, z raną na
głowie. Ten mężczyzna zadzwonił na pogotowie. Proszę zobaczyć, tutaj mam
ślad - Igor odgarnął włosy - widzi pani?
- Tak... - Konstancja spojrzała szybko. - Ale nic z tego nie rozumiem. Tu
został pan uderzony, ktoś znalazł pana na trasie...
- Sam chciałbym to zrozumieć.
- Przykro mi, ale naprawdę nie wiem, co mogę zrobić.
- I nie pomoże mi pani? Nikt nie przychodzi pani do głowy? Może ktoś tu
się kręci, ktoś zwrócił pani uwagę.
- Tutaj? - kobieta popatrzyła mu w oczy. - Tutaj kręci się tylko pan.
Naprawdę, rozumiem i współczuję, ale nie mam pojęcia, co mogło wtedy
tutaj zajść i dlaczego znalazł się pan na trasie. Właściwie to chyba
powinnam zacząć się bać.
- To prawda. Bo pani przecież mieszka tutaj sama z dzieckiem.
- To moja sprawa, z kim mieszkam i gdzie. A teraz przepraszam, ale muszę
zająć się swoimi sprawami.
Igor popatrzył na dziewczynkę siedzącą w samochodzie Konstancji. Była
spokojna, przyciskała do siebie misia. Miała tę samą nieskazitelną
fryzurę. Igor pomyślał, że tak mocne ściągnięcie włosów musi powodować
ból.
- Spróbuję znaleźć człowieka, który mógł mnie zabić - powiedział na
odchodne do Konstancji. - Jak tylko go znajdę, dam pani znać.
*
Jechał powoli wzdłuż drogi przy lesie. Myślał o synku, Piotrku, niewiele
starszym od tamtej dziewczynki, o jego oczach, w których widział podobny
smutek, kiedy on i Julia się kłócili, także w chwili gdy oznajmili mu,
że się rozstają, bo tak będzie lepiej. Pamięta, że synek najpierw nie
mógł wydusić z siebie słowa, a potem zapytał drżącym głosem, gdzie
będzie teraz jego dom.
Igor nie spieszył się. Zwolnił i zdjął nogę z gazu. Samochód toczył się
sam. W końcu zjechał na pobocze i się zatrzymał. Schował twarz w dłoniach. Przeszył go szloch.
Deszcz przyszedł znienacka. Zerwał się wiatr. Kilka kropli szybko
zamieniło się w ulewę. Waliła o szyby, świat wokół stał się niewidoczny.
Igor postanowił przeczekać tę ścianę deszczu i ruszyć dopiero wtedy, gdy
chmury przesuną się za las. Kiedy ulewa zelżała, otworzył okno i zaczerpnął powietrza. Zamierzał skręcić na drogę prowadzącą do głównej
trasy, jednak zanim zdążył włączyć silnik, usłyszał krzyk. Należał do
kobiety. Wyskoczył z auta i przez chwilę nasłuchiwał, skąd dobiega.
Zamknął samochód. Krzyk powtórzył się. To nie wygląda dobrze,
pomyślał. Poczuł niepokój, ogarnęło go przeczucie, że wydarzyło się coś
strasznego. Nie mylił się.
*
Przy krzakach leżała kobieta. Była naga. Mokra od deszczu, do jej ciała
były przyklejone liście. Ręce i nogi miała bezładnie rozrzucone. Nie
ruszała się. Igor zatrzymał się i zdębiał. Kilka metrów dalej stała
Agnieszka Król.
- Co jest? Co się stało???
- Ona nie żyje. Sprawdziłam przed chwilą puls.
Igor nachylił się i przyłożył dłoń do szyi kobiety, by wyczuć tętnicę
pod palcami. Puls był niewyczuwalny.
Agnieszka stała wciąż w tym samym miejscu. Nie pierwszy raz widziała
zwłoki człowieka. Ten widok jednak zwalił ją z nóg. Może dlatego, że się
go nie spodziewała, zazwyczaj jechała na wezwanie, wiedząc wcześniej, na
co musi być przygotowana.
- To ty krzyczałaś?
- Tak. Znalazłam ją przed chwilą - starała się mówić spokojnie. -
Jechałam tą drogą i zatrzymałam się, bo zachciało mi się wymiotować.
Wysiadłam, pobiegłam w krzaki i... zobaczyłam ją.
- Co tu robiłaś?
- A ty? Właśnie, co ty tutaj robisz? Ja wracałam do domu. A ty? -
Agnieszka po pierwszym szoku zbierała myśli. - Przestańmy. Zajmijmy się
nią. To straszne. Ta dziewczyna jest taka młoda.
*
Grupa dochodzeniowo-śledcza i technik kryminalistyki robili wszystko, by
ustalić tożsamość kobiety i okoliczności jej śmierci. Zabezpieczyli
teren. Kiedy Igor wrócił na miejsce, byli w trakcie przeprowadzania
szczegółowych oględzin. Odwiózł Agnieszkę do domu, a właściwie
eskortował, prowadząc swój samochód za jej autem. Nie chciała jechać,
upierała się, aż w końcu zagroził, że o wszystkim powie Michałowi. Miał
wyrzuty sumienia i poprzysiągł w duchu, że zaprzestanie wysyłania jej
wiadomości dotyczących pracy. Miał też zamiar porządnie ochrzanić tego,
kto zadzwonił do Agnieszki bez jego wiedzy i powiedział jej o szpitalu.
I był wściekły, bo to on niechcący wciągnął ją w tę historię. Nie
przypuszczał, że ich rozmowa w szpitalu tak podziała na Agnieszkę. Był
pewien, że potraktuje ją jako ciekawostkę z dnia pracy policjanta. Tylko
na to się umawiali. Domyślił się również, że wcale nie przejeżdżała tędy
przypadkiem. To niemożliwe, droga do jej apartamentowca z pewnością nie
wiedzie nieopodal domu Konstancji Frycz.
Na miejscu zbrodni dowiedział się, że kobieta była młoda i miała długie
włosy, które częściowo zostały obcięte. W raporcie z obdukcji zostanie
za jakiś czas zanotowane, że kobieta została zgwałcona, a jej obrona
była utrudniona, bo wszystko wskazywało na to, że była przywiązana, o czym świadczyły ślady (po kablu? sznurze?) na kostkach i nadgarstkach.
Nie miała nacięć, sińców, tylko te ślady i, co dziwne, została jej
obcięta część włosów. Igor widział już wcześniej martwych ludzi, ale ta
kobieta poruszyła w nim coś, czego nie potrafił nazwać. Stał przy jej
zwłokach, zastanawiając się, jak się tu znalazła i kim była, gdzie
mieszkała, jak wyglądało jej życie i co się w nim wydarzyło, że teraz
leżała naga i martwa, a sztab ludzi pracował nad tym, by spróbować
odtworzyć bieg wydarzeń.
Późnym wieczorem, kiedy Igor dotarł wreszcie do swojego domu,
natychmiast zrzucił z siebie ubranie, wziął prysznic, ubrał się w dres i nalał do kieliszka koniaku z kostkami lodu. Usiadł na kanapie i włączył
telewizor, przebiegł pilotem po kanałach i nacisnął wyłącznik. Siedział
w ciszy, popijając koniak. Wśród wielu myśli, które wypełniały mu głowę,
na pierwszy plan wybiła się jedna: zapragnął mieć kogoś bliskiego, kto
jest, czeka, do kogo się przytuli i z kim po powrocie zje kolację albo
obejrzy film, zgarnięty po drodze z wypożyczalni kaset wideo. Zmęczenie
szybko dało o sobie znać. Zasnął na kanapie, z przewróconym kieliszkiem,
z którego resztka trunku sączyła się na podłogę. Śniły mu się leśne
gęstwiny i bagna, po których szedł i coraz bardziej się w nie zapadał.
Wszędzie były włosy, obcięte włosy zamordowanej kobiety. Było mu
niedobrze. Aż zobaczył wyłaniające się z bagien nieskazitelne fryzury
małej dziewczynki i Konstancji Frycz. Nagle poczuł podmuch zimnego
wiatru i otworzył oczy. Okno w salonie trzaskało, parapet zalewał
deszcz. Igor poderwał się na równe nogi. Mógłby przysiąc, że gdy
zasypiał, okno było zamknięte.