Coraz więcej marzeń - Ewa Mielczarek

Kup ebooka

44.90 zł

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy: Jedna z szarego tłumu

- Może wybierzesz się do biblioteki?

Wpatrywałam się w pustą filiżankę, kiedy niezręczną ciszę przerwał jego głos. Kanapa uwierała mnie w pośladki, choć podejrzewałam, że w dużej mierze było to spowodowane napiętą atmosferą, a nie wygodą mebla. Spojrzałam na Adama, który w końcu się odezwał. Zastanawiałam się, czy miało to związek z moją miłością do książek, czy po prostu chciał mnie spławić. Pewnie nie pamiętał o tym, ile czytałam. Gdy przypominał sobie o moim istnieniu, wysyłał kartę podarunkową do księgarni internetowej. Do tego właściwie ograniczał się nasz kontakt. Nieznacznie kiwnęłam głową.

- Na ulicy Maczka, kilka przecznic stąd, znajduje się taka nowoczesna biblioteka. Mogłaby ci się spodobać - kontynuował, a ja odniosłam wrażenie, że może faktycznie chciałby oszczędzić nam katuszy i choć na chwilę pozbyć się mnie z domu. Nie mogłam go za to winić, sama marzyłam o tym, żeby stamtąd zniknąć.

Bez słowa sięgnęłam po moją brezentową torbę i wyszłam na ulice Warszawy. Myśl, że mogła to być moja druga w życiu wizyta w stolicy, była niewiarygodna. Zatrzymałam się przed blokiem i wyjęłam smartfon z torby. Wpisałam w wyszukiwarkę słowo "biblioteka" i po chwili wyświetliła się mapa z zaznaczonym obiektem. Adam Dąbrowski był moim ojcem i tym razem mnie nie okłamał. Cóż za miła odmiana. Przez ostatnią godzinę próbowałam sobie przypomnieć, czy w ogóle widziałam go na pogrzebie, ale prawdę powiedziawszy, nawet nie byłam w stanie stwierdzić, kiedy ostatni raz z nim rozmawiałam. Dzieci rozwodników łatwo przyzwyczajają się, że kolejne "na pewno przyjadę" okazuje się obietnicą bez pokrycia.

Na najbliższe dwa miesiące musiałam z nim zamieszkać i nie mogłam nawet zaprotestować. Miałam siedemnaście lat, a dorośli wyznaczali mi plany bez mojej zgody. Przynajmniej na chwilę mogłam wziąć sprawy w swoje ręce i wybrać się na samotny spacer do biblioteki publicznej. Biblioteki wszędzie były jednocześnie takie same i jedyne w swoim rodzaju. Spotykałam w nich swoich przyjaciół - książkowych bohaterów, dzięki którym przeżywałam prawdziwe przygody. Nie należałam do zbyt towarzyskich osób, nie miałam w zwyczaju podróżować, unikałam imprez. Poznawałam świat dzięki postaciom literackim. Takiego schematu trzymałam się od pierwszej klasy podstawówki i żyłam dzięki niemu w miarę spokojnie i szczęśliwie. Każdy radzi sobie jak umie, prawda?

Gdy znalazłam się przed budynkiem książnicy, zwątpiłam. Prawdopodobnie nie pozwolą mi na założenie karty, byłam zameldowana w innym województwie. Mogli też wymagać obecności rodzica, ale nie mogłam tak po prostu poprosić Adama o pomoc - nie byłam nawet pewna, czy mam jego aktualny numer telefonu. Gdy zdarzało mu się dzwonić, co było rzadkością, łączył się z mamą.

Czerwcowe niebo zaczynało przebarwiać się na pomarańczowo. Pracownicy z pewnością szykowali się już do zamknięcia, może udałoby mi się wejść niepostrzeżenie, rozejrzeć się i wrócić nazajutrz z sensownym planem. Odważyłam się popchnąć drzwi i przekroczyć próg. Korytarz prowadził do oszklonego pomieszczenia wypchanego od podłogi do sufitu regałami. Na każdym z nich znajdowały się setki książek. Gdybym korzystała z mediów społecznościowych, od razu musiałabym zrobić zdjęcie na Instagram. Teza o wyjątkowości bibliotek sama się potwierdziła. ­Miałam wrażenie, że znajduję się w atrakcyjnej księgarni, z działami ułożonymi według zróżnicowanych kategorii, pełnej dodatkowych sektorów wszelakich rozmiarów. Wystarczyło zerknąć na gigantyczną ścianę z książkami fantasy, by zobaczyć, że są wydzielone półki dla fantastyki przygodowej, humorystycznej, horrorów, zjawisk paranormalnych i wielu, wielu innych. Każdy czytelnik błyskawicznie mógł odnaleźć to, czego potrzebował. Zachwyciłam się pomysłem i nie mogłam się doczekać, kiedy sama pobuszuję między regałami.

Rozejrzałam się ponownie po sali i wypatrzyłam olbrzymią literę "i" zawieszoną na środku pomieszczenia. Podeszłam bliżej. Natrafiłam na ladę, za którą spodziewałam się ujrzeć bibliotekarza. Dopiero po chwili dostrzegłam, że na podłodze siedzi kobieta w okularach zaczytana w książce o pastelowych kolorach. Takie okładki kojarzyły mi się dotychczas z dobrymi książkami i miłymi ludźmi, dlatego ze spokojem zrobiłam dodatkowy krok.

- Dzień dobry. Chciałabym założyć kartę - odezwałam się cicho, ale wystraszona bibliotekarka i tak zerwała się z miejsca. Uśmiechnęła się szeroko, prezentując śliczny aparat na zęby z różowymi ozdobnikami.

- Cudowny pomysł! Masz przy sobie dokument tożsamości?

Wyjęłam z torby legitymację krakowskiego liceum i położyłam obok monitora.

- Dowód będę mieć dopiero w grudniu - wyjaśniłam.

- Och, to twój adres? Według regulaminu nasi czytelnicy powinni mieszkać w Warszawie, chociaż czasowo. Nieco absurdalny punkt, jeśliby mnie ktoś spytał, ale wiesz, nikt mnie nie pyta - odparła i znowu się uśmiechnęła.

- Dzisiaj się przeprowadziłam.

Bibliotekarka aż klasnęła w dłonie.

- I pierwsze kroki skierowałaś do nas? Co za wspaniały dzień! Bardzo się cieszę. Wiesz co, zrobimy tak. Ja mam bujną wyobraźnię, możemy się umówić, że pokazujesz mi dokument, który potwierdza, że mieszkasz w Warszawie.

- Nie chciałabym sprawić pani kłopotu... - Już zaczęłam się denerwować, ale bibliotekarka machnęła dłonią.

- Daj spokój. Podaj mi tylko warszawski adres i wszystko będzie dobrze.

Sięgnęłam do torby, by wyjąć z niej notatnik.

- Ulica Antoniego Magiera sto pięćdziesiąt cztery przez osiemdziesiąt dziewięć - przeczytałam. - Kod pocztowy też?

Kobieta zatrzymała się przy wpisywaniu danych i sięgnęła po moją legitymację. Zerknęła na zapisane tam informacje, a potem utkwiła we mnie spojrzenie. Szybko jednak potrząsnęła głową i odezwała się:

- Kod znam doskonale, masz blisko do biblioteki. Podaj mi tylko maila i numer telefonu i będzie gotowe.

Uzupełniłam pozostałe informacje i już czekałyśmy, aż dokument, który miałam podpisać, wyskoczy z hałaśliwej drukarki.

- Mam na imię Kasia. Forma "Katarzyno" źle mi się kojarzy, więc wolę, żeby wszyscy używali zdrobnienia - odezwała się bibliotekarka.

Kiwnęłam głową. Urządzenie wyrzuciło z siebie kartkę, złożyłam autograf i po chwili trzymałam świeżutką, ciemno­zieloną kartę biblioteczną.

- Maksymalnie możesz wypożyczyć pięć książek na miesiąc. Jeżeli nie są zamówione, to możesz przedłużyć online lub ewentualnie zadzwonić, ale wy, młodzi, rzadko to robicie. Masz pomysł, co chcesz wypożyczyć na początek?

Nagle trzasnęły drzwi wejściowe i aż podskoczyłam. Odwróciłam się, by poznać źródło hałasu. Do biblioteki weszła śliczna nastolatka o czekoladowej cerze i długich czarnych włosach. Nos miała wlepiony w telefon komórkowy, ale bez żadnego problemu omijała wszystkie szafki i oznaczenia. Doskonale wiedziała, dokąd idzie.

- Dzień dobry, pani Kasiu - powiedziała i podniosła głowę - O, cześć. Mamy kogoś nowego? - zadała pytanie bibliotekarce.

- Jeszcze nie wiem - odezwała się pani Kasia, a ja miałam ochotę pomachać im kartą, żeby powiedzieć, że owszem, jestem nowa, ale też nieśmiała. - Spotykamy się w małym gronie raz w tygodniu i rozmawiamy o książkach. Może chciałabyś dołączyć?

- Jest całkiem spoko - dodała dziewczyna. - Nieformalnie, w gronie przyjaciół. Tak w ogóle to cześć. Zuza jestem.

- Lena.

- Cudowne imię. Mam nadzieję, że wiąże się z nim jakaś ciekawa historia. U mnie mama po prostu uwielbiała piosenkę Susanna z czasów jej wczesnej młodości. W ogóle mnóstwo imion jest w tytułach piosenek. Muszę o tym napisać artykuł na stronę biblioteki, jak wymyślę, jak to dobrze połączyć z książkami. Co sądzicie? O rany, namówimy Bartka, żeby zrobił koncert i grał tylko takie utwory. W końcu wróciłby do grania. Jestem geniuszem, wiem. Dziękuję!

Zuza dygnęła teatralnie, a bibliotekarka się roześmiała. Zamknęła mój dokument rejestracyjny w szafce.

- Dobrze, Zuziu. Gadulstwo cię upiększa, ale może opowiedzmy Lenie o naszym kółku.

- Kiedyś będę zarabiać na mówieniu, zobaczy pani. Jeszcze nie wiem jak, ale będę. A co do kółka, spotykamy się w czwartki i rozmawiamy. W roku szkolnym zwykle wybieramy sobie taki TBR i go realizujemy, ale w wakacje wolność. Każdy mówi o tym, o czym chce.

- Staramy się mieć motyw przewodni - dodała pani Kasia, nieznacznie przypominając o swojej funkcji.

- TI-BI-AR? - powtórzyłam, zdezorientowana.

- To be read, z angielskiego: do przeczytania. Tak określa się stosiki, które planuje się przeczytać.

- No tak. - Pokiwałam głową, znałam przecież angielski. Dopiero po chwili dotarły do mnie wcześniejsze słowa nowej koleżanki i się przeraziłam.

- Widzisz tamte poduchy pod ścianą? Tam mamy książki young adult i tam właśnie siedzimy i gadamy. Jest spoko. Zostań.

- A ile to kosztuje?

- Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo - roześmiała się Zuza. - Zróbmy tak. Zostań na pierwszym spotkaniu. Jak ci się nie spodoba, to trudno. Nawet nie musisz nam rzucać "hejka" na ulicy. Chodź.

Posłusznie poszłam za nową koleżanką. Wydawało mi się, że i tak nie przyjęłaby odmowy. Czułam się onieśmielona jej energią, ale równocześnie zaciekawiła mnie na tyle, że chciałam zobaczyć to, co miało się dziać, i posłuchać.

- Zrób sobie herbatę. - Zuza wskazała na czajnik znajdujący się w rogu sali.

- W bibliotece?

- A co to za problem? Czuj się tu jak u siebie w domu.

Uśmiechnęłam się delikatnie. Usłyszałam, że drzwi biblioteczne ponownie się otwarły, a w nich pojawiła się dwójka nastolatków. Niska dziewczyna w czarnej sukience i kolorowych rajstopach i chłopak w okularach, którego włosy były niebieskie. Nastolatka opowiadała o czymś z pasją, a jej kolega tylko kiwał głową.

- Cześć - rzuciła, kiedy się do nas przysiadła. - Jezu, nareszcie wolne. Już nie dawałam rady z tym Baryłą. Dwa miesiące bez fizyki, chwała bogom i innym istotom mitycznym. Cześć, nie znamy się. Lidka, ale znajomi zwykle mówią mi Lili. Lidia Lizak.

- Lena - przedstawiłam się.

- To jest Konrad, ale odezwie się do ciebie dopiero, jak przestanie się wstydzić - dodała Zuza, wskazując na chłopaka, i się roześmiała. Wymieniłam spojrzenie z ­Konradem i uśmiechnęłam się, czując w nim ­pokrewną duszę.

- Baryła to koleś od fizyki z mojej szkoły. - Lidka prawdopodobnie chciała wprowadzić mnie w temat. - Nie znoszę fizyki.

- To jedyny przedmiot, z którego ma tylko czwórkę - wyjaśniła Zuzka.

- Dokładnie. Wiesz, jak to mi zaniża średnią? Nie dostanę się do liceum i co będzie? Jak mam zmieniać świat, jak nie dostanę się do najlepszej szkoły w Warszawie?

- Masz jeszcze rok na poprawę, możesz poświęcić wakacje na nadrabianie fizyki.

- Kobieto, czy ty chcesz mnie zamordować? - oburzyła się teatralnie Lidka, ale po chwili wybuchła śmiechem.

- Lili jest od nas młodsza, pójdzie dopiero do ósmej klasy w naszej starej szkole - wytłumaczyła mi Zuzka, bo najwidoczniej sprawiałam wrażenie oszołomionej.

- Bartek powinien już kończyć brzdękanie w sali muzycznej - odezwała się Lidka i wsypała kawę do dwóch kubków. - Ostrzegam was, trochę pożarł się z rodzicami o świadectwo, więc od tygodnia chodzi naburmuszony.

- On ostatnio często łazi naburmuszony - wyrwało się Konradowi i zerknął na nową, czyli na mnie. - Skąd się dowiedziałaś o naszym sekretnym stowarzyszeniu?

- Sekretnym? - przeraziłam się.

- Pani Kasia jej zaproponowała. Dopiero się zapisała do biblio. I jest ono nie tyle sekretne, co raczej nie reklamujemy go szerzej, bo dobrze nam w takim gronie - wyjaśniła Zuza - O, idzie Bartolinio. Nie wygląda na takiego zdenerwowanego. Może faktycznie muzyka łagodzi obyczaje.

Między regałami szedł wysoki chłopak w czarnym T-shircie. Pod nosem nucił melodię, której prawdopodobnie właśnie słuchał. Gdy mnie zauważył, przystanął. Wyjął z ucha jedną słuchawkę, jakby miało to poprawić jego wzrok. W takich momentach w filmach rozbrzmiewają właśnie patetyczne dźwięki, a w romantycznych książkach pada zatrzęsienie metafor przywołujących strzały Amora czy gromy z jasnego nieba.

Jedno spojrzenie i już wiedziałam, że to lato może być wyjątkowe.

Rozdział drugi: Klub powieściowy

Zwykle unikałam kontaktu wzrokowego, ale nie mogłam się powstrzymać i tym razem wytrzymałam o kilka sekund za długo. Spuściłam szybko głowę, mając nadzieję, że chłopak nie zwróci na mnie uwagi. Za późno. Usiadł naprzeciwko mnie i czułam na sobie jego spojrzenie.

- Krępujesz ją, zboku - usłyszałam głos Lidki i ukradkiem zobaczyłam, że brat dostaje od niej kuksańca w ­ramię.

Na szczęście obok pojawiła się bibliotekarka, pani Kasia. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i wyciągnęła plik kartek z notatkami.

- Zaczekajmy jeszcze na Oliwię i Sebastiana i możemy zaczynać. Leno, chciałabyś, żebyśmy zrobili rundkę, w której każdy powie coś o sobie?

Moje zielone oczy zrobiły się jeszcze większe z przerażenia. Delikatnie pokręciłam głową, na co bibliotekarka odpowiedziała sympatycznym uśmiechem.

- Nie ma żadnego problemu. Do niczego nie zmuszamy.

Bibliotekarka może nie chciała mnie do niczego zmuszać, ale pozostałe osoby wyczekująco wlepiały we mnie wzrok. Co im miałam opowiedzieć? Zostałam uratowana przez kolejną parę, która weszła do biblioteki i zmierzała w naszą stronę. Dziewczyna w sukience boho, z wiankiem na głowie i wysoki, wychudzony chłopak. Kolor ich włosów był intensywnie pomarańczowy, w niemal identycznym odcieniu.

- Coś ty sobie zrobił? - rzuciła Zuza, podnosząc głowę znad telefonu.

- Wakacje są od tego, żeby eksperymentować, nie? Konrad farbi na niebiesko i nikt się nie czepia.

- Do jego pomysłów zdążyliśmy się przyzwyczaić...

- Po prostu tak mnie kocha, że chce być w każdym calu do mnie podobny - odezwała się towarzyszka chłopaka i położyła na stole ciasto z truskawkami. - Ojciec, odkąd przeszedł na emeryturę, szuka nowego hobby - wyjaśniła.

- Podziękuj mu serdecznie. Dobra, zacznijmy, bo zastanie nas noc. Zgodnie z ustaleniami powinniśmy dzisiaj mówić o...

Rozejrzałam się po towarzystwie. Byli dość specyficzną mieszanką różnych stylów, ale w ich mowie ciała można było wyczuć bliskość, której im pozazdrościłam. Nigdy czegoś takiego nie miałam. Dojeżdżałam do Krakowa z mniejszej miejscowości i kiedy moje koleżanki budowały więzi, sama musiałam się spieszyć na powrotny autobus. Nie przeszkadzało mi to - miałam swoich przyjaciół na papierze i w domu - ale teraz po raz pierwszy złapałam się na myśli, że może mogłabym spróbować czegoś innego.

- Właściwie kim ty jesteś? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos Oliwii, zupełnie jakby dopiero teraz zauważyła moją obecność.

Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem, a później przesunęła spojrzeniem po twarzach pozostałych w grupie, jakby chciała znaleźć osobę, która jest odpowiedzialna za moją obecność. Może zakłócałam jej porządek. Odezwałam się cicho, nie ruszając się z miejsca:

- Lena, Lena Dąbrowska. Mogę wyjść, jeżeli wam to przeszkadza.

- Daj spokój. Siedź - powiedział Sebastian i obdarzył mnie szerokim, zachęcającym uśmiechem.

- Możemy zacząć czy dzisiaj tylko pogaduszki? - odezwała się w końcu bibliotekarka.

- Czy nasze spotkania nie są właściwie tylko pogaduszkami? - zdziwiła się Zuza.

- Tak, ale na temat. - Pani Kasia przywołała ich do porządku. - Pozwólcie, że jednak wyjaśnię Lenie, jak to działa. W trakcie roku szkolnego ustalamy sobie listę lektur i spotykamy się co dwa tygodnie, by porozmawiać o konkretnym tytule.

- Oczywiście czasami zdarzało się nam modyfikować ­listę, jeśli akurat pojawiła się książka, którą wszyscy musieli przeczytać - dodała Lili.

- Dokładnie tak. Dzięki harmonogramowi mogliśmy się przygotować do tego, o czym właściwie będziemy mówić. W wakacje urządzamy sobie hyde park, spotkania odbywają się co tydzień. Na początku każdego rzucam temat dyskusji, a potem dzieje się magia.

- Chyba że nie mamy nic ciekawego do powiedzenia - wtrącił chłopak w czarnej koszulce, a pozostali wybuchnęli śmiechem.

Podniosłam kąciki ust. W przeciwieństwie do mnie nie wyglądali na osoby, którym brakowało pomysłów na rozmowy.

- Dobrze, noc się zbliża. Zaczynamy od takiego tematu: KSIĄŻKOWE ZAKOŃCZENIA. Znacie zadanie: ulubione motywy, najlepsze zdania, znienawidzone fragmenty. Podłoga jest wasza.

- Wiecie, że muszę zacząć? - znów odezwał się chłopak w czarnej koszulce. - Kocham zdanie: "Wszystko było dobrze", ale ten epilog to paranoja w groszki. Jak mogła zepsuć taką genialną historię popłuczynami w stylu komedii romantycznej?

- Albusie Severusie - wzdrygnęła się jego siostra.

- Dokładnie. Całkowicie się zgadzam - dodała Zuza, a reszta znacząco pokiwała głowami.

Jedyną osobą, która milczała, byłam ja, dlatego chwilę później wszystkie spojrzenia zwróciły się w moją stronę. Wzięłam głęboki oddech.

- Właściwie nie wiem, o jakiej książce mówicie - przyznałam się.

- Nie czytałaś Harry'ego Pottera?

- Nie przepadam za fantastyką.

Chłopak w czarnej koszulce udał, że łapie się za serce.

- Najpiękniejsza kobieta na świecie mówi takie okrutne słowa - odrzekł teatralnie, ale szybko dostał kolejnego kuksańca od siostry.

- Nie przejmuj się, on ma hopla na tym punkcie. To nawet mało powiedziane, dlatego zanim wpadnie w wir roztrząsania na drobne każdego wątku w tych książkach, wracam do tematu. Ta sama sprawa mnie irytuje w Igrzyskach śmierci. Genialne ostatnie zdanie, ale epilog pozostawia wiele do życzenia. Bez tych dwóch stron książka byłaby o wiele lepsza.

- Tak, kończy się wojna, nie chcę czytać o szczęściu i sielance. Chcę jeszcze czuć stratę i poświęcenie, na które się zdobyli.

- Urwane zakończenia też nie są dobre - odezwał się ten o niebieskich włosach, chyba Konrad. - Czytaliście to Ponad wszystko? O dziewczynie, która chorowała i nie mog­ła nawet wychodzić z domu, bo miała tak silną alergię? Gdy czytałem, miałem wrażenie, że autorka po prostu spławiła nas jednym mailem w rozwiązaniu akcji.

- Tak, ale wydaje mi się, że to był celowy zabieg. To nie była historia matki, to była historia miłości między dziewczyną i chłopakiem. Zupełnie nie przeszkadzało mi takie zakończenie.

- Było przesłodzone, ale w porządku - skomentował Sebastian. - Czasami tego właśnie potrzebujemy.

- Czytałem z kolei książkę męża tej autorki - zaczął Bartek. - Nie pamiętam tytułu, ale okładka była żółta. Ten to umie w zakończenia. Nie dość, że po, mimo wszystko, zabawnej książce wypłakujesz hektolitry łez, to jeszcze dostajesz otwarte zakończenie. Takie, które możesz interpretować według własnego sumienia i nastroju.

- O tak, to było też cudne w Eleonorze i Parku Rainbow Rowell! - Oliwia napiła się herbaty. - Musiałam sprawdzić później w angielskim tłumaczeniu i na stronie autorki, co oznaczają te dwa słowa.

- I co oznaczają?

- Wszystko. Parafrazując słowa pisarki, siedemnastolatkowie nie mają szczęśliwych zakończeń, my mamy dopiero początki.

Dziewczyna przyłożyła dłoń do serca i westchnęła z wdziękiem, zamyślona nad tym cytatem. Przeczytałam w swoim życiu setki, może nawet tysiące powieści dla młodzieży, a po zamknięciu książki nawet nie przyszło mi do głowy, że dla bohatera życie dopiero się rozpoczyna. W ilu takich opowieściach zakochani licealiści zostaną ze sobą do grobowej deski? W ilu będzie miejsce na dom, rodzinę, konflikty, podróże dookoła świata? Popatrzyłam na Oliwię z wdzięcznością za tak wspaniałą inspirację.

- Ale wiecie, że to jest też trochę zła historia? - odezwała się w końcu Zuza. Zdziwiłam się i zauważyłam, że podobna emocja maluje się na twarzach pozostałych.

- Dlaczego? Dwójka dziwaków zaprzyjaźnia się ze sobą i rodzi się uczucie. Typowy romansik dla nastolatków - odpowiedziała Lidka.

- Tak, pod względem fabuły faktycznie typowe, nawet sympatyczne. Polubiłam zwłaszcza rodziców Parka. Mam jednak problem z tym, że to niezwykle rasistowska książka.

- Rasistowska?

- Tak. To, że Park jest Koreańczykiem, czasami wydaje się jego jedyną cechą. Mam wrażenie, że na co drugiej stronie autorka podkreślała jego narodowość. Zobaczcie, gdyby o mnie napisali kiedyś książkę, chcielibyście czytać tylko o tym, że jestem czarna?

- No nie.

- Faktycznie, to byłoby słabe.

- Wiadomo, nie zawsze zwróci się na to uwagę przy pierwszym czytaniu, ale szkoda, że biali autorzy czy autorki nie poświęcają trochę więcej czasu na zgłębienie tematu. Reprezentacja jest ważna. Wiecie, jaka byłabym szczęśliwa, gdybym przeczytała dobrą historię czarnoskórej dziewczyny mieszkającej w Warszawie? Ale to też nie mogłaby być jedyna cecha, która mnie określa. Jestem kimś więcej niż mój czy twój kolor skóry.

Przyznali jej rację. Następną godzinę spędzili na porównywaniu różnych zakończeń książkowych. Czasami podbiegali do odpowiedniej półki i sięgali po niektóre pozycje, by na głos przeczytać zdanie i udowodnić swój punkt widzenia. Rozmawiali tak żywiołowo, że nawet nie zwrócili uwagi na ciszę z mojej strony - nowej dziewczyny, która niemal wprosiła się na ich spotkanie, a i tak nic z tym nie zrobiła. W kilku przypadkach naprawdę chciałam się odezwać, ale czułam, że mam w żołądku węzeł, który mi to uniemożliwia. Miałam o wiele więcej do powiedzenia, ale udało mi się wykrztusić tylko nieszczęsne zdanie o fantastyce.

Gdy skończyliśmy, nie spieszyłam się ze wstawaniem, wolałam uniknąć zderzenia się z pozostałymi na korytarzu. Wiedziałam, że ta paraliżująca nieśmiałość w moim przypadku jest całkowicie normalna, że czasami na początku znajomości jestem zablokowana i nie potrafię wykrztusić z siebie słowa. Tu nagle poznałam siedem osób i nie zdziwiłam się zupełnie, że moje ciało zatrzymało pewne elementy funkcjonowania. To minie. Zawsze mijało.

Zobaczyłam, że chłopak w czarnej koszulce zawrócił i podchodzi w moim kierunku. Przeklęłam w duchu, nie udało mi się ukryć. Gdy się zbliżył, wyciągnął rękę i odezwał się:

- Cześć, nie przedstawiłem się na spotkaniu. Bartek.

- Lena - odpowiedziałam cicho. Wstydziłam się podać mu dłoń, spuściłam wzrok.

- Wiem.

- No tak.

- Może wyskoczymy gdzieś razem? Kawa, piwo, drinki?

- Mam siedemnaście lat - powiedziałam, wpatrując się w swoje trampki. Wszystko, byle uniknąć ponownej wymiany spojrzeń z przystojnym chłopakiem. To zwykle owocowało zmianą koloru na moich policzkach, a nie chciałam sobie na to pozwolić.

- A może chcesz coś zjeść?

- Powinnam już wracać.

- To jutro?

- Nie, dziękuję.

- Czyli zobaczymy się dopiero w przyszłym tygodniu? - spytał, przeczesując palcami włosy.

- Może.

Na ratunek przybyła mi Zuza, która jeszcze porządkowała kącik z kawą i herbatą.

- Weź już, stary, jej nie męcz - wtrąciła. - Bo powiem twoim rodzicom, dlaczego masz takie świadectwo.

- Stajesz na drodze prawdziwej miłości - rzucił, roześmiany, ale pożegnał się i opuścił bibliotekę.

Zuza również się roześmiała i pokręciła głową.

- Uwierz, mimo wszystko zyskuje przy bliższym poznaniu - wyjaśniła. - W którą stronę idziesz?

Wyjęłam telefon z torby, zobaczyłam kilka nieodebranych połączeń, ale je zignorowałam. Włączyłam aplikację mapy i pokazałam nowej koleżance.

- Ulica Magiery.

- Magiera - poprawiła mnie.

- To mój pierwszy dzień.

- Nieźle, mam po drodze, więc jak chcesz, mogę cię odprowadzić - zaproponowała.

- Byłoby mi bardzo miło. Jeszcze nie znam dobrze waszego miasta. Poczekasz na mnie sekundę?

Wróciłam do lady, przy której pani Kasia kończyła dzień pracy. Na kartce zatytułowanej "PIĄTEK" zapisywała zadania na następny dzień: odpisanie na maile, znalezienie dostawcy, podziękowania dla sponsora okularów VR, organizacja konkursu, reklama imprezy, posty w mediach społecznościowych i wiele, wiele innych spraw, które zupełnie nie pasowały do stereotypowej biblioteki z zakurzonymi książkami i nieuprzejmymi staruszkami w okularach pijącymi kawkę. Nie chciałam jej przeszkadzać, ale zobaczyła mnie i się szeroko uśmiechnęła.

- Co jest, skarbie? - zapytała uprzejmie.

- Przepraszam, mogę coś wypożyczyć?

- To nawet wskazane. Co byś chciała?

- Ma pani ten Kamień filozoficzny? - zapytałam, modląc się w duchu, żeby się nie zaczerwienić.

Jeżeli to była ulubiona seria ciekawego chłopaka, nie zaszkodziło jej poznać. Może jego słowa o prawdziwej miłości były tylko żartem, ale przeczytanie książki mieściło się w moim zakresie odważnych, nawet romantycznych gestów. Po chwili schowałam do torby rozczytany na wszystkie strony tom i ruszyłam za Zuzką.

- Jaki masz nick na insta? - odezwała się dziewczyna, znów z nosem w telefonie.

- Nie mam.

- To powiedz, jak cię znaleźć na fejsie. Dodałabym cię do naszej grupy.

- Tam też nie mam konta.

- Nieźle, retro. Ale telefon chyba masz? W sobotę siostra Konrada organizuje urodziny. Chcemy wpaść, żeby go wesprzeć na duchu. Wiesz, sprosi mu setkę ludzi, dlatego miło się ukryć ze znajomymi w kącie przy planszówkach. Może poznasz kogoś nowego.

- Nie wiem, czy chcę - powiedziałam cicho, ale na mojej twarzy mimowolnie pojawił się delikatny uśmiech.

- To nas poznasz lepiej. Swobodniej będziesz się czuła na naszych bibliospotkaniach.

- To tak bardzo widać? - zaniepokoiłam się.

- Spokojnie, każdy by tak miał. - Zuza oderwała się na minutę od telefonu, żeby na mnie spojrzeć lub uniknąć potknięcia na nierównym chodniku. - My wszyscy razem chodziliśmy do podstawówki czy szkoły muzycznej, a tutaj przychodzimy regularnie od trzech lat. Niektórzy znają się jeszcze dłużej. Poza Lidką, ona jest od nas ciut młodsza. Pewnego dnia Bartolinio przyprowadził ją na spotkanie i miała o wiele więcej do powiedzenia niż on, więc została.

- On też dzisiaj czasami mówił coś ciekawego - odezwałam się.

Zuza popatrzyła na mnie i zmrużyła oczy. Byłam wdzięczna, że zaczynało zmierzchać i nie mogła dostrzec na moich policzkach zaróżowionego wstydu.

- To moi przyjaciele, więc muszę mówić, że są wspaniali - odezwała się dziewczyna. - Naprawdę są. Mam nadzieję, że nas polubisz. Jesteśmy na twojej ulicy. W którą stronę teraz?

- To blok mojego ojca. Tutaj mieszkam.

- Bliziutko masz. Codziennie siedziałabym w biblio.

- Tak się pewnie skończy. Nie mam żadnych planów na wakacje.

- Dołącz do nas, spodoba ci się - powiedziała Zuzka. - Należysz do osób przytulających się na do widzenia i dzień dobry?

Pokręciłam głową. Zanim roześmiana dziewczyna tylko mi pomachała i poszła przed siebie, wymieniłyśmy się numerami. Uśmiechnęłam się pod nosem. Spodobało mi się, że nowa znajoma jest tak wyczulona na niektóre sprawy. Wydawało się, że Zuza nie zwraca uwagi na otaczający ją świat, bo bez przerwy wpatrywała się w ekran swojego telefonu, a jednak od razu wiedziała, jak się zachować. To imponowało.

Sprawdziłam w papierowym notatniku kody wejścia do bloku i po chwili znalazłam się w mieszkaniu Adama.

- Gdzie ty byłaś? - usłyszałam oburzony głos dobiegający z salonu.

- W bibliotece.

- Tak długo?

- Sam kazałeś.

- Nie odbierałaś telefonu - zarzucił mi zdenerwowany ojciec.

Zmierzyłam go wzrokiem.

- W bibliotece trzeba być cicho - odpowiedziałam, choć podejrzewałam, że w bibliotece na Maczka nikt by mnie nie upomniał za hałasowanie.

- Do twojej mamy też nie mogłem się dodzwonić, bo jeszcze leci. Nie możesz się tak zachowywać.

- Przecież nic się nie stało.

- Ale mogło! Tak nie może być. Musimy ustalić jakieś zasady - gorączkował się Adam.

- Mam jedną zasadę - powiedziałam twardo, niemal podnosząc głos. - Schodzić sobie z drogi.

- Lena!

- Słuchaj. Nie chcę tutaj być, ty nie chcesz, żebym tutaj była. Musimy przetrzymać i tyle. Nie jestem dzieckiem.

- Odpowiadam za ciebie - powiedział twardo.

- Spokojnie, nie zepsuję ci reputacji, panie doktorze. Żyj, jakby mnie tu nie było.

Schowałam się w małym pokoju, który został specjalnie dla mnie uporządkowany. Mieszkanie ojca mieściło się na czwartym piętrze bloku na Bielanach i było dość spore jak dla samotnego kawalera, który większość doby spędzał na dyżurach w szpitalu lub w przychodni. Pokój, który zajęłam, służył wcześniej jako gabinet, z którego Adam podobno i tak nie korzystał.

Położyłam się na rozkładanej sofie. Przez chwilę wpatrywałam się w sufit i myślałam o minionym dniu. Rano obudziłyśmy się z mamą w hotelu, pojechałyśmy na lotnisko i tam odebrał mnie Adam. Szczegóły wakacji ustalili za moimi plecami, o co nadal byłam zła, ale obiecałam, że nie będę grymasić. Wytrzymam dwa miesiące. Mogło być gorzej. Przypomniałam sobie też wizytę w bibliotece i osobistości z kółka dyskusyjnego. Każdy i każda z nich mnie zaciekawili, niektórzy nawet bardziej. Mogłam się poświęcić i spędzać z nimi czas. Może wtedy wakacje stałyby się całkiem znośne. Wyjęłam z torby wypożyczoną książkę, żeby mieć pretekst do rozmów z chłopakiem w czarnej koszulce. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęło pięć godzin.

Rozdział trzeci: Najdziwniejszy dom pod słońcem

Obudziłam się w piątkowy poranek z kacem moralnym. Nie potrafiłam sobie nawet wytłumaczyć, dlaczego całą złość skupiłam na ojcu. Powinnam być wdzięczna, że przygarnął mnie na te dwa miesiące wakacji. Poczułam wibracje i wygrzebałam z dna torby telefon komórkowy. Na ekranie wyświetlił się nieznany numer z kierunkowym +1 213. Odebrałam w ciągu kilku sekund.

- Słucham?

- Dlaczego kłócisz się z Adamem? - usłyszałam po drugiej stronie głos mamy. Widziałyśmy się zaledwie wczoraj, ale świadomość, że znajduje się tyle kilometrów ode mnie, sprawiła, że ukłuła mnie maleńka tęsknota.

- Przepraszam.

- Robi nam przysługę, a zachowujesz się jak nastolatka.

- Jestem nastolatką.

- Kochanie, wiesz, co mam na myśli. Będę musiała kończyć. Drogo wyjdzie to połączenie. Musisz w końcu zainstalować chociaż Messengera, jeśli chcesz, żebym do ciebie dzwoniła.

- Nathana nie stać na telefon?

- Nathan załatwia wszystko przez internet, nawet nie zna swojego numeru. Powiedział, że nie chce być boomerem, cokolwiek to znaczy. Muszę iść. Kocham cię. Bądź grzeczna.

Pożegnałam się z moją szaloną mamą. Szaloną w dobrym tego słowa znaczeniu, mimo wszystko. Sylwia Dąbrowska marzyła o aktorstwie, odkąd w przedszkolu wystąpiła w roli drzewa, a nie księżniczki. Postanowiła wtedy, że udowodni coś światu i zostanie największą gwiazdą w historii. Jej marzenia i postanowienia nie doprowadziły dokładnie do tego, czego chciała. Dostała się do szkoły teatralnej, ale wytrzymała tam kilka miesięcy. Nie poddawała się i ukończyła prywatny kurs. Może nie zaowocował on nowym wachlarzem umiejętności, ale poznała ludzi, dzięki którym zaczepiła się w krakowskich teatrach i zagrała kilka epizodycznych ról lub pracowała jako zakulisowa pomoc. W zeszłym roku nastąpił przełom, choć nie do końca zawodowy. Przypadkiem poznała Nathana Wildera, amerykańskiego reżysera kina klasy B, który odkrywał swoje korzenie. Od razu się zaprzyjaźnili - według słów Sylwii, ale doskonale wiedziałam, co znaczy ten eufemizm. Ku zaskoczeniu mamy Nathan został w Polsce dłużej, niż planował, i kontynuowali znajomość. Gdy zaproponował ukochanej rolę w filmie, podjęła decyzję o wyjeździe do krainy snów. Wiedziała, że w końcu dostała swoją szansę, i musiała ją wykorzystać. Tak mi to tłumaczyła.

Byłam jeszcze niepełnoletnia, a najłatwiejszym rozwiązaniem - wbrew pozorom - okazało się zamieszkanie z ojcem, którego nie widziałam od lat.

Z trudem podniosłam się z łóżka i poszłam do łazienki. W planach na dzisiaj miałam przeproszenie Adama i pójście do biblioteki. Chciałam wypożyczyć pozostałe tomy serii, którą wczoraj zaczęłam czytać. Obcy ludzie mnie ­onieśmielali. Obcy przystojni ludzie tym bardziej. Miałam nadzieję, że gdy poznam losy bohaterów ulubionej książki chłopaka, odważę się z nim porozmawiać. Może nawet udałoby mi się zgodzić na to wyjście na kawę. Uśmiechnęłam się pod nosem. To byłyby dobre wakacje, gdybym nagle zmieniła się w bardziej śmiałą osobę.

Zjadłam szybkie śniadanie i ruszyłam na ulicę Maczka. Droga do biblioteki była już oswojona i sprawiała, że Warszawa nie wydawała się taka straszna. Skręciłam w stronę działu dla dzieci i młodzieży i aż oniemiałam. Wszędzie byli ludzie. W kąciku, w którym wczoraj siedzieliśmy, grupka młodych nastolatków grała w planszówki. W innym miejscu zauważyłam rodziców z małymi dziećmi, którzy rozłożeni na wygodnych kanapach oddawali się rozmowie. Gdzieniegdzie przechodzili miłośnicy książek i wyszukiwali między regałami swoje następne lektury. Podeszłam do lady, za którą stała uśmiechnięta pani Kasia. Widok znajomej twarzy jeszcze bardziej poprawił mi humor.

- Dzień dobry - odezwałam się, zadowolona, że nie skończyło się na kiwnięciu głową.

- Cześć! Dzień dobry, cieszę się, że do nas wróciłaś. Chcesz coś wypożyczyć?

- Zastanawiałam się, czy ma pani następne części - powiedziałam, wyjmując z torby pierwszy tom przygód nastoletniego czarodzieja.

Bibliotekarka aż klasnęła w dłonie.

- Uwielbiam to uczucie, kiedy przychodzicie tak szybko po następne tomy. To jest prawdziwa magia! Już przyniosę. Wszystkie?

- Może trzy?

- To dobrze się składa, bo wszystkie egzemplarze Zakonu Feniksa mamy wypożyczone.

Zniknęła, by po chwili pojawić się znowu za ladą z naręczem sfatygowanych książek.

- Mam nadzieję, że to nie zdominuje teraz naszych spotkań. Lubię Pottera, ale bez przesady - rzuciła z uśmiechem. - Zobaczymy się w czwartek?

- Myślę, że tak.

- To cudownie!

Entuzjazm pani Kasi był zaraźliwy. Wracałam do mieszkania z wielkim uśmiechem na twarzy. Myśl o spędzeniu tych wakacji z codziennymi wizytami w bibliotece była przyjemna. Wiedziałam, że Adam dzisiaj pracuje - na lodówce wisiał terminarz. Obiecałam mamie, że postaram się dogadywać z ojcem. Postanowiłam, że pierwszym krokiem będzie ugotowanie obiadu. Nie byłam mistrzynią sztuki kulinarnej, ale nigdy nie pochorowaliśmy się po moim gotowaniu, co już uznawałam za sukces. Zadowolona, zabrałam się do obierania cebuli i oczywiście chwilę później zalewałam się łzami. Musiałam zrobić sobie przerwę, a chwila, w której stałam bezczynnie, sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, co mi przyniesie ta tymczasowa przeprowadzka do Warszawy. O dziwo, nie chciałam, żeby wakacje zamknęły się tylko w książkach i obiadkach. Drżącą ręką wyjęłam komórkę z torby i odszukałam numer Zuzy.

LENA

Hej. Chętnie wybiorę się jutro na te urodziny. Podasz adres?

ZUZA Z BIBLIOTEKI

Wpadniemy po Ciebie. 14.30. Ekstra! ^^

Nie miałam pewności, co oznaczają symbole na końcu wiadomości. Potrafiłam korzystać z emotikonek, ale wtedy, gdy podpowiadała je klawiatura, i zwykle i tak ich nie używałam. Pozostałe znaczki wyglądały dla mnie jak hieroglify, a ja sama czułam się nieprzygotowaną do życia badaczką. W głowie zapisałam sobie kolejne postanowienie wakacyjne: nauczyć się wszystkiego, co dotyczy moich rówieśników. Po chwili dodałam na tej niewidzialnej liście słowo "prawie", żeby mieć czyste sumienie zarówno przy realizowaniu postanowienia, jak i szanowaniu swoich barier i pozostaniu w strefie komfortu.

Gdy Adam wrócił z pracy i zastał mnie w kuchni, miałam wrażenie, że przypomniał sobie o moim istnieniu. Może liczył na to, że zniknę po pierwszej kłótni?

- Dzień dobry - powiedziałam. - Mam nadzieję, że się nie gniewasz.

Wskazałam na obiad. Przygotowałam wegetariańskie kotlety mielone, ziemniaki z koperkiem i surówkę z sałatą lodową, pomidorkami koktajlowymi i ogórkiem.

- Skąd! Świetny pomysł z tym obiadem. Dziękuję.

Byłam niepasującym elementem układanki w uporządkowanym życiu ojca i to mi przeszkadzało. Chwilowo nie mieliśmy innego wyjścia i musieliśmy ze sobą współpracować. Pozwoliłam sobie na głęboki oddech i odezwałam się:

- Zgadzam się z tym, że powinniśmy ustalić jakieś zasady. Co powiesz na to, że zjemy i spiszemy je na kartce?

- Jasne. Możemy przywiesić na lodówce, żeby zawsze o nich pamiętać.

- Dobry pomysł.

Tym sposobem usiedliśmy wspólnie przy stole po raz pierwszy w moim świadomym życiu i zaczęliśmy jeść. Adam przyznał, że od dawna nie jadł domowego posiłku - zwykle kupował coś w stołówce w szpitalu lub zamawiał na wynos, dlatego zachwycał się każdym kęsem. Jest wiele prawdy w stwierdzeniu, że wspólne jedzenie buduje więzi. W ciągu tych kilkunastu minut zdążył się dowiedzieć, że jestem wegetarianką, że właśnie jadł mielone z zielonej soczewicy i że zakończyłam rok ze świadectwem z paskiem. On z kolei mógł się pożalić na biurokrację w swoim zawodzie i na to, że ludzie wolą słuchać celebrytów niż lekarzy i na ich opiniach opierać medyczną wiedzę.

Po skończonym posiłku przyniosłam kartkę i kolorowe pisaki.

- Dostałam kiedyś książkę o brush letteringu - powiedziałam, a na widok zdziwionej miny ojca dodałam szybko: - Nowoczesnej kaligrafii. Dobra. Moja pierwsza zasada brzmi: nie donosimy mamie na problemy między nami.

Miałam nadzieję, że zrobiło mu się choć trochę głupio, że skontaktował się z nią, gdy ta dotarła do Los Angeles.

- Jasne. Dodajmy też, że o późnym wracaniu do domu trzeba informować.

- Dobrze, ale pamiętaj, że mam siedemnaście lat. Nie mam godziny policyjnej i jutro idę na imprezę.

- Tak szybko?

- Zaprosili mnie znajomi z biblioteki - wyjaśniłam. - To może zrobisz dla mnie miejsce i dopiszę swoje wyjścia na twoim terminarzu? Dzięki temu wystarczy, że zerkniemy na lodówkę, i będziemy wiedzieć, gdzie jest druga osoba.

- Sprytne. Zapisuj. Co dalej?

- Mogę gotować, ale niedługo skończy mi się kieszonkowe na zakupy.

- Będę robić zakupy i ustawię przelew, żebyś co tydzień dostawała dodatkową, drobną sumę.

- Może być.

Milczeliśmy, wpatrując się w kartkę. Zdołaliśmy zapisać na liście tylko kilka punktów.

- Nie wiem, co możemy tu jeszcze dodać - zastanowił się Adam głośno.

- Może zostawimy kartkę i będziemy przez całe wakacje dopisywać, co nam przyjdzie do głowy?

- Bardzo dobry pomysł.

Zasady przyczepiliśmy magnesem i nastała niezręczna cisza. W końcu rzuciłam, że muszę czytać, i schowałam się w swoim pokoiku.

W sobotni poranek opuściłam mieszkanie uzbrojona w telefon z mapą. Dowiedziałam się, że kilkanaście minut dzieli mnie od sklepu papierniczego, i tam właśnie próbowałam się udać. Poza biblioteką i parkiem to było moje ulubione miejsce w każdym mieście. Uwielbiałam oglądać kolorowe karteczki, pastelowe długopisy, notesiki z milionem wzorów. Uznałam, że skoro wybieram się na urodziny, muszę przyjść z prezentem, a elegancki zestaw do origami wydał mi się najlepszym pomysłem - było to nie tylko ładne, ale zawsze mogło się przydać.

Po powrocie zaczęłam się szykować. W kwestiach mody pozostawałam wierna swojemu stylowi. Wąskie jeansy i koszula w kratę mogłyby się stać moimi znakami rozpoznawczymi, gdyby były rozpoznawalne. Z premedytacją wybierałam taki strój, bo nie lubiłam się wyróżniać. Przy okazjach - a za taką uznałam urodziny - robiłam sobie delikatny makijaż. Kolejną zaletą takiego wyglądu była oszczędność czasu. Wystarczyło rozczesać krótkie jasne włosy i już byłam gotowa.

Spakowałam prezent i czekałam pod blokiem. W końcu podjechał samochód, a za kierownicą siedział TEN chłopak. Miałam nadzieję, że znów go zobaczę. Wiedziałam, że w czwartek prawdopodobnie spotkamy się w bibliotece, ale ucieszyłam się na myśl, że spędzimy razem też sobotnie popołudnie. Oczywiście otwarcie bym się do tego nigdy nie przyznała. Na siedzeniu obok kierowcy siedziała jego siostra, a Zuza i Oliwia zajęły miejsca z tyłu. Otworzyłam drzwi i przysiadłam się do nich.

- Hej - przywitałam się.

- Cześć. Co sądzisz o smokach i jednorożcach? - odezwała się Lili z przedniego siedzenia.

- Lubię, ale jeszcze nie widziałam na żywo - odpowiedziałam z uśmiechem.

Zuza wyszczerzyła zęby.

- Och, bo właśnie rozmawialiśmy i zdałam sobie sprawę, że nie powiedziałam ci o jednym szczególe. Siostra Konrada, Amelka, kończy sześć lat.

- O.

Spodziewałam się stereotypowej imprezy, wypełnionej alkoholem i warszawskimi dzieciakami zadzierającymi nosa. Odetchnęłam z ulgą. Zgodnie z nowym, wakacyjnym postanowieniem miałam lepiej dostosować się do osób w moim wieku, ale myśl o szalonej imprezie rodem z serialu działała na mnie trochę przerażająco. Mama oglądała namiętnie takie programy, zachwycona blichtrem nastoletniego życia, a ja miałam ochotę jedynie krzyknąć do telewizora, żeby w końcu poszli odrabiać zadania domowe, zamiast rozbijać mafię, otwierać bary czy łazić wszędzie w negliżu.

- Zdziwiła mnie właśnie godzina - powiedziałam, zadowolona, że origami pasuje i dla dwudziestolatki, i sześciolatki.

- Nie wycofujesz się? - zapytał chłopak, patrząc na moje odbicie w lusterku.

Spojrzałam na niego i aż mnie przeszedł drobny dreszcz.

- Bartek, daj spokój, oczywiście, że nie - wtrąciła Zuza. - Jedziemy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i spuściłam wzrok. Zapowiadał się ciekawy dzień.

- Zazwyczaj przemieszczamy się zbiorkomem lub na rowerach, ale Konrad mieszka na obrzeżach miasta i jesteśmy dziś paskudnie leniwi - dodała.

- Nie możemy dać się zwariować - wyjaśniła ­Lidka. - Ekologia jest ważna i codziennie trzeba brać ją pod uwagę przy naszych wyborach, ale główna odpowiedzialność ­powinna spaść na korporacje, nie sumienie szarego ­obywatela.

- Dobra, młoda, przynudzasz - uspokoił ją brat.

- Nie można pozwolić jej się rozgadać - szepnęła do mnie Oliwia.

- Słyszałam to! - usłyszałyśmy oburzenie z przedniego siedzenia i wybuchnęłyśmy śmiechem.

W końcu podjechaliśmy pod zdobioną bramę prawie w środku lasu. Bartek wystawił rękę przez szybę i nacisnął przycisk wideofonu.

- Dzień dobry - odezwał się mężczyzna z głośników.

- Dzień dobry, Bercik - powiedział chłopak i pomachał do kamery. - Przyjechaliśmy na urodziny Amelki. Bartek, Lidka, Oliwia, Zuzka i nasza nowa koleżanka, Lena.

- Dobrze, dobrze. Nie musisz się meldować za każdym razem - usłyszeliśmy piknięcie i po chwili brama zaczęła się otwierać.

- Bercik jest pomocą domową u Szulców - wyjaśniła Zuza, widząc moją zaskoczoną minę.

Tylko kiwnęłam głową i obserwowałam półdziki ogród, przez który przejeżdżaliśmy. Do tej pory takie sceny widziałam tylko w ekranizacjach powieści mojej ukochanej Austen. Podjechaliśmy pod odnowiony dworek i wysiedliśmy z samochodu. Od razu wybiegła do nas mała dziewczynka i wskoczyła Bartkowi na ręce.

- Cześć, smarkulo - powiedział i poczochrał ją po włosach. - Wszystkiego najlepszego.

- Masz dla mnie LEGO? - zapytała, delikatnie się odsuwając i zakładając na siebie ręce.

- A kto jest twoim najlepszym przyjacielem?

- Tata! - odparła od razu dziewczynka i zeskoczyła na ziemię.

- Ech! Wybaczam, bo sam go uwielbiam. Gdzie Kondzio?

- Lata gdzieś. - Mała wzruszyła ramionami i rozejrzała się po przyjezdnych. Zmrużyła oczy, zauważywszy mnie.

- Proszę - powiedziałam zdenerwowana, wręczając jej upominek. Nie przypuszczałam, że nawet sześciolatka mog­ła mnie stresować, ale biorąc pod uwagę okoliczności i wystawną rezydencję, która mnie onieśmielała, wybaczyłam sobie te nerwy.

- Ooo! - ucieszyła się małolata. - Wiesz, że to jest z Japonii? To taki kraj w Chinach, gdzie mieszka Mulan.

Nie udało nam się powstrzymać wybuchu śmiechu, dlatego Amelka zmierzyła nas wzrokiem. Utkwiła we mnie zaintrygowane spojrzenie i bałam się, że zacznę się pocić ze stresu.

- Jesteś narzeczoną Konrada?

- Nie, nie, nie, nie - powiedziałam szybko.

- Szkoda. Chciałam, żeby był ślub. Nigdy nie byłam na ślubie.

- Dzidku, są przereklamowane - wtrąciła się Zuzka.

- Co to znaczy?

- Hej - uspokoił je Bartek, bo zauważył, że Lidka już chce zacząć pogadankę. - Może o równości małżeńskiej nieco później. Młoda, w bagażniku masz zestaw od naszej czwórki. To łódź piracka.

Dziewczynka pisnęła i pobiegła otworzyć samochód. Równocześnie otworzyły się drzwi dworku i pojawiła się w nich korpulentna, ale przepiękna kobieta, której uśmiech widoczny był z daleka. Zbiegła po schodach i od razu wyściskała wszystkich, nawet mnie.

- Przepraszam - powiedziała. - Przyjaciele Konrada są moimi przyjaciółmi. Anna Szulc.

- Lena Dąbrowska - przedstawiłam się cicho. Mama kolegi wydawała się dziwnie znajoma.

- Piękne imię - skomentowała.

Pomyślałam, że kobieta jest taką osobą, która musi powiedzieć coś miłego, nawet jeśli to tak właściwie nieistotny szczegół jak imię, które nadano po urodzeniu.

- Konrad mówił, że od niedawna mieszkasz w Warszawie - zagaiła pani Szulc.

Miałam wrażenie, że moje ciało kłuje setka lodowatych szpilek. Nie byłam gotowa na pogaduszki z dorosłymi, przełknęłam ślinę.

- Od czwartku - powiedziałam prawdopodobnie jeszcze ciszej i zerknęłam bezradnie na Zuzkę. Na szczęście domyśliła się, że czułam dyskomfort. Znała mnie dwa dni, a już... mnie znała.

- Kiedy przyjadą dzieci? Mogę pokazać Lenie ogród? Gdzie pani zgubiła Konrada? - zasypała ją pytaniami, na które pani Szulc musiała odpowiedzieć.

Po chwili pojawił się brat solenizantki i cała uwaga skupiła się na nim.

- A gdzie Sebastian? - spytał Konrad, szukając drugiej rudowłosej głowy wśród nas.

- Musiał zostać z dzieciakami - odezwała się Oliwia.

- Ma czwórkę młodszego rodzeństwa - wyjaśniła mi Zuzka.

- Coś wymyślę - powiedział Konrad i popatrzył na mamę, prawdopodobnie licząc, że to właściwie ona coś wymyśli.

Pani Szulc od razu podjęła decyzję, że całą rodzinę Stefanowskich trzeba przywieźć na imprezę córki, więc wysłała jednego człowieka z obsługi, by to załatwił.

Przyjęcie urodzinowe rozpoczęło się punktualnie. Konrad zdradził nam, że dzieci z grupy Amelki zostały przywiezione mikrobusikiem z dwoma opiekunkami - stażystkami z przedszkola. Zazwyczaj na takie wydarzenia zapraszano też rodziców, ale większość z nich odmówiła pani Szulc udziału, tłumacząc się obowiązkami zawodowymi. Kobieta nie chciała rozczarować córki, a ta marzyła, żeby wszyscy jej najlepsi przyjaciele (dwadzieścioro dzieci) pojawili się na urodzinach. Gdy pani Szulc zaproponowała przejęcie opieki nad pociechami na całe sobotnie popołudnie, nawet rodzice z innych grup chcieli skorzystać z zaproszenia.

Wkrótce po przybyciu całej przedszkolnej ekipy pojawił się również samochód z Sebastianem i jego rodzeństwem. Dzieci od razu ruszyły do szalonej zabawy z innymi dziećmi. Mama Konrada sama organizowała wszystkie aktywności i wygibasy dla najmłodszych. Zawsze wydawało mi się, że tacy ludzie zatrudniają animatorów, a tu pani Szulc mnie zaskoczyła. Dla sześciolatków wszystkie atrakcje były wspaniałe, nawet ja byłabym zachwycona - zawody, na których koniec każde dziecko wygrało dyplom i słodycze, gigantyczna zabawa w ciepło-zimno prowadzona w rozległym ogrodzie czy pieczenie pianek przy ognisku - pomysł zaczerpnięty z ulubionej bajki małej Amelki.

W końcu zarządzono przerwę na koncert. Oliwia usiadła z gitarą pod wierzbą i zaczęła przygrywać piosenki uwielbiane przez najmłodszych. Doskonale wiedziała, jak dobrać repertuar. Przedszkolaki słuchały z zainteresowaniem i śpiewały razem z nią. Kawałek Mam tę moc wciąż był hitem i zaklinaczem młodych dziewczynek.

Trzymałam się na uboczu. Z jednej strony obawiałam się, że moja obecność przeszkadza, z drugiej wiedziałam, że prawdopodobnie nikt nie zwraca na mnie uwagi.

- Uwierzyłabyś, że grupa sześciolatków potrafi zrobić taki hałas? - zagadała Zuzka, zbliżając się. - Pomyśleć, że jeszcze niedawno sami tacy byliśmy.

- Nigdy taka nie byłam - odezwałam się.

- Jak to?

Gdybyśmy znały się nieco lepiej, opowiedziałabym jej historię o tym, jak nauczyłam się czytać. Miałam pięć lat i długo przebywałam w szpitalu na kompleksowych badaniach. Z pomocą wolontariuszy od biblioterapii nauczyłam się składać litery, sylabizować, a potem czytać całymi zdaniami. Po planowym zabiegu i powrocie do domu przeczytałam wszystkie pozycje z biblioteczki dziadków. Wielu z nich nie rozumiałam, większość nie miała żadnych ilustracji, ale tak nauczyłam się spędzać czas z nosem w książkach. Przedszkole i towarzystwo innych dzieci stały się dla mnie nudne.

- Należę raczej do cichych osób - powiedziałam zamiast tego, choć wciąż zgodnie z prawdą.

- Zdążyłam zauważyć.

- Czym zajmują się rodzice Konrada? - odważyłam się zapytać.

- Ojciec jest szefem mafii, a matka prowadzi dom publiczny.

- Serio? - Na mojej twarzy odmalowało się przerażenie.

W warszawskim świecie wszystko było według mnie możliwe, w tym takie sytuacje. Zuzka na szczęście wybuch­nęła przyjemnym śmiechem.

- No weź, to tylko żart. Spokojnie. Jego tata pochodzi z Szulców, więc podejrzewam, że część kasy odziedziczył. Prowadzi fundację i właściwie wszystko, co się tutaj w okolicy dzieje, jest w pewnym sensie zasługą jego wsparcia. Ale to tutaj... - Zuza pomachała palcem wokół ogrodu - ...to zasługa jego mamy. Jest twórczynią takiej restauracji na Starych Bielanach. "Śniadaniówka".

- Gdzieś to już chyba słyszałam - zastanowiłam się ­głośno.

- Każdy chyba słyszał. To prawdziwy warszawski hit. Od rana do wieczora możesz zjeść tam najlepsze śniadania na świecie. Czasami nawet zapraszają panią Szulc do telewizji.

- Śniadaniowej? - zapytałam i roześmiałam się, rozbawiona własnym żartem.

- Dokładnie tak. To trochę tacy nasi przybrani rodzice, wiesz? Są wspaniali dla Konrada i Amelki, ale dla naszej paczki też są dużym oparciem. Jeżeli masz problem, idziesz do nich i od razu pomogą wymyślić rozwiązanie. Co innego u Lizaków...

- Rodziców Lidki? Są złymi ludźmi?

- Gorzej. Lili i Bartolinio mają najsłodszych rodziców na świecie, takich do rany przyłóż. Dosłownie. Ciągle by tylko przytulali, pocieszali i karmili czekoladą.

- To chyba też miłe.

- I pyszne, ale czasami potrzebuje się czegoś innego. Oczywiście uwielbiam ich szalenie. Są tak zgranym małżeństwem, że można pozazdrościć. Patrzysz na ich relację i myślisz, że to przesłodzona komedia romantyczna. Wiesz, kiedyś myślałam, że są tacy tylko wtedy, kiedy mają gości, ale Lizaki mówią, że oni tak zawsze. Miłość dwadzieścia cztery na siedem. Miłe i przytłaczające równocześnie. Z kolei rodzice Sebastiana cały czas pracują. Zresztą dziwisz się im? Piątka dzieciaków na karku. Nie myśl, że są jakąś patologią. Mieli nieco pod górkę, ale już jest dobrze.

- A twoi rodzice?

- Mieszkam tylko z mamą.

- Też całe życie mieszkałam z mamą - powiedziałam. - I dziadkami.

- Wyczuwam czas przeszły?

- Wyjechała na dwa miesiące.

- I to wyjaśnia twoją obecność w Warszawie - dopowiedziała Zuzka.

Konrad wychylił się z altanki znajdującej się nieopodal basenu i nas zawołał. Towarzystwo po długich naradach wybrało grę planszową. Na stole rozłożono planszę z narysowaną mapą fikcyjnego świata, a dookoła rozstawionych było kilkaset elementów w różnych kolorach. Wskazali mi jej miejsce, wzięłam kilka kart do ręki.

- Dostaniesz smoki - powiedziała uśmiechnięta Lidka.

- Znam to z telewizji - odezwałam się, patrząc na wizerunek Daenerys. - Serial, nie grę. Moja babcia uwielbiała to oglądać.

- Musisz mieć zajebistą babcię - skomentował Bartek, wybierając krzesło naprzeciwko.

Uśmiechnęłam się delikatnie. Konrad machnął ręką w stronę przyjaciela.

- Kończcie z gadaniem, tłumaczę zasady, bo Oliwia i Lena jeszcze nie grały.

Gdy zaczął wyjaśniać skomplikowane zasady, bałam się, że wyjdę na głupią, ale po półgodzinie udało się rozpocząć rozgrywkę. Ileż to było emocji! Atakowaliśmy siebie nawzajem, zawieraliśmy sojusze, pozostali przekrzykiwali się i bez przerwy śmiali. Początkowo nie rozumiałam niczego, ale Zuza wyszeptała mi kilka szczegółów i ostatecznie to właśnie ja zostałam zwyciężczynią całej rozgrywki, choć chyba pierwszy raz w życiu grałam w coś bardziej skomplikowanego niż chińczyk.

- Nie kopiesz przypadkiem w piłkę nożną? - zapytała Zuzka. - Tworzymy zgrany zespół, przydałabyś się.

Po kilkugodzinnej grze musieliśmy wrócić do zabawy z głośnymi sześciolatkami. Przekonał nas do tego duży tort urodzinowy w kształcie latarni morskiej, dzieło pani Szulc. Był przepyszny, ale duża ilość cukru sprawiła, że maluchy dostały jeszcze więcej energii i trzeba było ich pilnować na każdym kroku.

Wieczorem położyłam się na leżaku przy oświetlonym basenie. Cały dzień w towarzystwie dzieciaków okazał się dla mnie dość obciążający. Nauczyciele powinni dostawać wszystkie pieniądze świata. Nie zauważyłam nawet, kiedy podszedł Bartek i usiadł obok.

- Cześć - powiedział.

Odważyłam się uśmiechnąć. 

- Słyszałaś o eksperymencie Arthura Arona?

- Nie wiem - odpowiedziałam szczerze i próbowałam sobie przypomnieć to nazwisko z zajęć fizyki lub chemii.

- To kanadyjski lub amerykański psycholog, który opracował teorię budowania bliskości. Wystarczy drugiej osobie zadać odpowiednie pytania i to pozwala na stworzenie dobrego związku.

Powoli pokiwałam głową z pobłażliwą miną.

- Nie wierzę w takie rzeczy.

- Dobra, skoro nie wierzysz, to niczego nie ryzykujesz. Mam propozycję. Zadajmy sobie te pytania.

Roześmiałam się. Przystojny chłopak proponował mi wzięcie udziału w eksperymencie naukowym, który miał sprawić, że się w nim zakocham. Też coś!

- Ty tak na serio? - zapytałam po chwili.

- Tak, tylko trzydzieści sześć pytań. Niczego nie ryzykujesz.

- I chcesz to zrobić teraz?

- Nie, wprowadźmy urozmaicenie. - Chłopak podniósł ręce i zaczął gestykulować. - Każde pytanie to osobna randka, a przy okazji pokażę ci moją Warszawę.

- Nie potrafiłeś mnie namówić na jedno spotkanie. Skąd pewność, że zgodzę się na prawie czterdzieści?

- A masz lepsze zajęcie na lato?

Nie pomyślałam o tym. Byłam skazana na dwa miesiące życia w stolicy, z tym zdążyłam się pogodzić. Zapomniałam jednak, że wiązało się to z próbą budowania głębokich przyjaźni czy nawet wchodzenia w związki na tak krótki czas. Z ojcem mogłam zaryzykować i inwestować uczucia, w przypadku przystojnego chłopaka odległość później tylko by to utrudniała. Chciałam się zakochać, ale już wiedziałam, że Bartek nie jest odpowiednim kandydatem.

- Dziękuję za propozycję, ale odpuszczę - powiedziałam mimo wszystko ze smutkiem w głosie. - Jeżeli moglibyśmy wracać już do domu, byłoby dobrze.

Nie dał po sobie poznać, czy przejął się moją odmową. Po prostu wstał.

- Zgarnę dziewczyny - rzucił.

Popatrzyłam za odchodzącym chłopakiem i żałowałam, że musiałam podjąć taką decyzję. Po dwóch miesiącach zostałabym ze złamanym sercem w małopolskiej wsi, a tęsknota tylko dodałaby mi zmarszczek i anibym się obejrzała, zmieniłabym się w starą dziwaczkę, którą wszystkie dzieciaki wytykają palcami.

Bezpieczniej było zakochiwać się w bohaterach literac­kich.

Rozdział czwarty: Nieoczekiwana wiadomość

Minął tydzień od przeprowadzki. Gdybym musiała podsumować go w tabelce, stwierdziłabym, że należał do zaskakująco udanych. Powoli wspólne przebywanie z ojcem nabierało kształtu. Czasami nawet udało nam się porozmawiać, głównie o tym, co akurat wyświetlało się na ekranie telewizora, ale od czegoś trzeba zacząć. Adam zaopatrzył księgozbiór w swoim mieszkaniu w kilka pozycji na temat bezmięsnej kuchni, dzięki czemu mogłam eksperymentować. Nigdy nie będę tak zdolną kucharką jak babcia, ale gdy odkryłam, że łączenie smaków jest nieco podobne do tworzenia dzieł sztuki, gotowanie stało się łatwiejsze.

Środowy wieczór spędzałam w swojej sypialni, próbując skupić się na czytaniu, ale coś nie dawało mi spokoju. Czy tak miały wyglądać następne dwa miesiące? Gotuję, czytam książki za zamkniętymi drzwiami i wpatruję się w sufit... Podniosłam się z kanapy i wyszłam do salonu, gdzie Adam oglądał wiadomości i jadł odgrzany obiad na kolację.

- Jutro idę na spotkanie kółka dyskusyjnego do biblioteki na Maczka - oświadczyłam i podeszłam do stolika, żeby nalać sobie herbaty.

- Widzę, że ci się tam spodobało - uśmiechnął się i wziął kęs wytrawnego naleśnika ze szpinakiem.

- Nie wiem, czy mi się podoba, ale chcę mieć jakieś zajęcie na wakacje.

- Jestem pewien, że organizują też coś w roku szkolnym - powiedział, kiedy przełknął.

Wzruszyłam ramionami.

- Być może, ale co mi do tego?

- Jak pójdziesz tu do liceum, to pewnie będziesz chciała korzystać z zajęć pozalekcyjnych.

Zmrużyłam oczy, a na moim czole pojawiła się ta irytująca pionowa zmarszczka.

- Dlaczego miałabym pójść tutaj do liceum? - zapytałam niepewnie.

- Sylwia ci nie mówiła?

Przestałam nalewać herbatę do kubka i zaczęłam wpatrywać się w ojca, chociaż myślami odpłynęłam do rozmowy sprzed kilku tygodni, kiedy mama postanowiła pojechać za Nathanem do Hollywood. Mówiła wyraźnie, że zdjęcia potrwają niecałe dwa miesiące, a ja w tym czasie zamieszkam u swojego biologicznego ojca. Po kilku dniach podniesionych głosów (ze strony mamy) i ponurego milczenia (moja działka) wydawało mi się, że doszłyśmy do kompromisu. Zmroziło mnie i odłożyłam imbryk na podstawkę ze świeczką.

- Muszę zadzwonić - powiedziałam niemrawo i wróciłam do pokoju.

Miałam wrażenie, że moja jasna cera stawała się coraz bledsza. Uznałam, że nie będę przejmować się liczeniem, która jest godzina za oceanem. Musiałam z nią porozmawiać i było mi obojętne, czy tam właśnie świta, czy zachodzi słońce, czy jest gdzieś pomiędzy. Wybrałam numer, który mi udostępniła, i czekałam na połączenie.

- Hello, darling - usłyszałam po chwili głos mamy w słuchawce. - Słyszysz, jak amerykańsko już brzmię? Tu jest wspaniale. Muszę ci wysłać zdjęcia!

- Czy to prawda, że idę tu do szkoły? - przerwałam jej.

Cisza po drugiej stronie była wystarczającą odpowiedzią.

- Myślałam, że to oczywiste - odparła po chwili.

- Nieprawda. Ustaliłyśmy, że to tylko na wakacje.

- Kochanie, mam teraz szansę na międzynarodowy sukces. Nie mogę tego zaprzepaścić. Myślałam, że to wiesz. Nathan załatwił mi rolę w swoim filmie, ale też w serialu, który ma już dwanaście lat. Na jeden odcinek, ale jak dam z siebie wszystko, to propozycje się posypią. Przecież o tym marzyłyśmy.

- To dlaczego mnie tu zostawiłaś, skoro zostajesz tam na dłużej? - nie wytrzymałam.

Bez babci i dziadka nic mnie w Polsce nie trzymało. Mog­łam z nią jechać. Mogło być inaczej. Mama nigdy nie liczyła się z tym, co dla nas byłoby najlepsze. Zawsze myślała najpierw o sobie. Matki powinny skupiać uwagę na dobru swoich dzieci, a nie na samorealizacji.

- Lentilku, przecież wiesz, że nie miałabym dla ciebie czasu, a tak spędzisz go trochę z tatą.

- Adam nie jest moim tatą - burknęłam do telefonu.

- Kochanie, na pewno wybrał dla ciebie dobre liceum i się stara. Od ciebie też tego oczekuję.

- Porzuciłaś mnie.

- Już nie bądź taka dramatyczna. Jesteś prawie dorosła. Jak mi się powiedzie, to spróbuję cię tu ściągnąć. Wcześniej niż później. Obiecuję.

Przymknęłam oczy, usiłując się uspokoić, chociaż tak naprawdę nie czułam wściekłości. Kochałam ją z całego serca, ale mieszkałam z nią siedemnaście lat i doskonale wiedziałam, jak często składała obietnice bez pokrycia. Na dobrą sprawę nie okłamała mnie, mówiąc, że zdjęcia potrwają dwa miesiące. Nie dodała, że po ich zakończeniu nie ma zamiaru wracać, a w świecie wielkiej Sylwii Dąbrowskiej to było szczytem szczerości.

- Ma... - zaczęłam, ale przerwała mi.

- Sweetie, muszę iść na brunch. Zadzwonię do ciebie niedługo. Miss you. Bye!

Rozłączyła się, a ja wpatrywałam się przez kilka minut w wygaszony ekran. Czy kiedykolwiek nadejdzie taki dzień, że mama najpierw pomyśli, a potem zrobi? Czy kiedykolwiek uwzględni mnie w swoich planach? Czasami zastanawiałam się, jakim cudem taka matka mogła doczekać się takiej córki. Czasami zazdrościłam jej tej spontaniczności i nieustannych prób zmiany życia na ciekawsze. Wprawdzie nigdy do tej pory nie spakowała walizki i nie uciekła za ocean, ale namiastki takiej impulsywności często towarzyszyły naszej codzienności. Dziadek się śmiał, że przez to tak wcześnie posiwiał. Jego jedyna córka szukała szczęścia w amatorskich teatrach, chwytała się dziwacznych, dorywczych prac i poznawała specyficznych ludzi na licznych imprezach. Jego jedyna wnuczka wolała układać origami, czytać książki czy sprzątać. To działało kojąco. Wzięłam głęboki oddech i odłożyłam telefon.

Pora dorosnąć.

Znowu.

Sięgnęłam po swoją piżamę i ruszyłam w stronę łazienki.

- Nie chcę o tym na razie rozmawiać - odezwałam się, przechodząc przez salon.

Adam lekko skinął głową.

- Może w weekend będziesz mógł mi pokazać liceum, które wybrałeś.

- Będzie mi bardzo miło.

- Przepraszam. Nie wiedziałam, że będziesz musiał się ze mną tak długo męczyć.

Być może chciał coś odpowiedzieć, ale zamknęłam się w łazience. W takich chwilach schowanie się pod prysznicem wydawało mi się jedyną opcją. Gdy odkręciłam kran, myślałam, że łzy polecą wraz z wodą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy nawet to nie sprowokowało mnie do płaczu. Może mój organizm przeczuwał wcześniej, że zostanę w Warszawie i nie powinnam odczuwać rozczarowania.

W czwartkowe popołudnie pojawiłam się na spotkaniu w bibliotece jako pierwsza. Miałam nadzieję, że będę mile widziana. Skoro byłam skazana na Warszawę, na życie w obcym mieście, musiałam poznać to miejsce jak najlepiej. Gdy zauważyłam wchodzącego do sali Bartka, wiedziałam dokładnie, co chcę powiedzieć. Był już nieco oswojony, to nasze trzecie spotkanie, wystarczyło się odezwać. Nic trudnego. A jednak. Uśmiechnął się i przez moment wydawało mi się, że zapomniałam wszystkie powitalne zdania, które miałam ułożone w głowie. Gorzej! Miałam wrażenie, że zapomniałam wszystkich słów, jakie kiedykolwiek istniały i jakie kiedykolwiek znałam. Opanuj się, dziewczyno. Przymknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech, a kiedy otworzyłam je z powrotem, zdobyłam się na uśmiech. Bartek musiał potraktować to jako zachętę, bo wziął sąsiednie krzesło, ustawił je oparciem do przodu i usiadł na nim.

- Czy twoja propozycja jest nadal aktualna? - udało mi się odezwać.

Zerknął na mnie, a uśmiech na jego twarzy wydawał się jeszcze szerszy.

- Skąd ta nagła zmiana? - zapytał.

- Jednak przyda mi się przewodnik po waszym mieście.

- Warszawa da się lubić. Sama się przekonasz.

Zanim się zorientowałam, pozostali członkowie kółka dyskusyjnego pojawili się w pobliżu. Przesunęłam się nieco do tyłu, żeby nie rzucać się w oczy. Miejsce po mojej prawej stronie zajęła Zuza, co przyjęłam z wdzięcznością. Obawiałam się, że będę za często spoglądać w lewo, na Bartka, a tak istniała szansa, że koleżanka będzie mnie zagadywać. Pani Kasia przybiegła, zanim wybiła osiemnasta, i od razu rozpoczęła dyskusję.

- Dzisiaj porozmawiamy o przyjaźni. Ulubione, znienawidzone, dobre wzorce, słabe tropy. Czas start!

- Legolas i Gimli - odezwała się moja sąsiadka. - Nie ma innej opcji. Najlepsza książkowa przyjaźń. Na przekór okolicznościom, pochodzeniu. Osoby z tak różnych środowisk, a darzą się szacunkiem i wsparciem.

- Pójdę w tradycję. Ania Shirley i Diana Barry. Rozkwitały przy sobie.

- A dla mnie Percy Jackson i Grover.

- Rany, który to był Grover? Riordan wydał chyba milion książek i już mi się poplątało.

- Ten satyr, który od samego początku czuwał nad Percym.

- Tak, ale jeżeli chodzi o twórczość Ricka Riordana i przedstawioną przyjaźń - wtrąciła Lili - to ja bym jednak stawiała na trio: Magnus, Hearth i Blitz.

- A teraz to już przeginasz. Nie pamiętam tych ­bohaterów.

- To z tej serii o mitologii nordyckiej. Łączą cechy wymienionych przez was bohaterów: człowiek, elf, krasnolud. Pomijam już setki przypadków, kiedy ratowali sobie życie, ale są przyjaciółmi również w takich zwyczajnych, pozafantastycznych relacjach. Nauczyli się języka migowego i rozumieli dosłownie bez słów.

- Dobrze, kilka przykładów za nami. A jakich wątków nie cierpicie, jeśli chodzi o przyjacielskie relacje?

- Nienawidzę, jak autor na koniec wszystkich ze sobą ustawia w pary. Super, wojna się skończyła, ale dlaczego od razu musi być wątek romantyczny? Co się stało z platoniczną przyjaźnią?

- Zgadzam się z tobą w więcej niż stu procentach.

Przysłuchiwałam się tej dyskusji i wiedziałam, że nadeszła moja szansa. Musiałam coś powiedzieć, ale było to trudne. Ścisnęłam delikatnie lewą dłoń tak, że paznokcie wbiły mi się w skórę. Może nie był to najlepszy mechanizm radzenia sobie z silnymi emocjami, ale działał.

- Czasami może się to udać - odezwałam się, a spojrzenia wszystkich skierowały się na mnie. - Najlepszą książkową przyjaźń, jaką znam, sportretował David Nicholls w powieści Jeden dzień. Opowiedział dwudziestoletnią historię przyjaciół, którzy ostatecznie stali się dla siebie kimś więcej. Nie raziło to, że pojawił się tam wątek romantyczny, bo Emma i Dexter nawet wtedy, gdy byli skłóceni, byli dla siebie. Zresztą pada tam takie zdanie: "Dex, kocham cię, ale już cię nie lubię". Czasami przyjaźń jest właśnie taka.

- Boskie zdanie. Muszę je sobie zapisać. - Oliwia od razu wyjęła notes ze swojej torebki. - Podasz jeszcze raz tytuł?

Podyktowałam koleżance nazwisko autora i książkę. Udało się. Nie tylko powiedziałam coś na temat, ale jeszcze wzbudziłam zainteresowanie. Rozejrzałam się po grupie. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu pomyślałam, że może nie powinnam ograniczać własnych przyjaźni do powieściowych bohaterów lub członków rodziny.

- A ja uwielbiam - zaczął Sebastian, ale przerwał, by podrapać się po brodzie - kiedy w książce poznajemy grupę przyjaciół ze zmienną dynamiką pomiędzy nimi. To bardziej życiowe. Nie razi mnie nawet, jeśli autorzy później swatają takich bohaterów, ale też bez przesady. Nie każda osoba na zakończenie powieści musi mieć drugą połówkę.

- Powiedz to Cassandrze Clare - rzuciła uśmiechnięta Lidka.

Kolejną godzinę wypełniły rozmowy o książkowych inspiracjach i przyjaźniach przedstawianych na kartach różnorodnych powieści. Analizowaliśmy fabuły pod wieloma względami, szukaliśmy wad nawet w ukochanych wątkach i dzieliliśmy się przykładami przygód świetnie zrealizowanych na papierze. Właściwie, poza tamtą jedną wypowiedzią, nie odzywałam się zbyt wiele, ale kiwałam głową w odpowiednich momentach, więc i tak czułam się aktywną członkinią dyskusji.

Po spotkaniu poszłam do łazienki, żeby umyć kubek. Byłam z siebie zadowolona. Miałam świadomość, że prawie w tym samym gronie spędziłam ostatnie sobotnie popołudnie, ale okoliczności sprawiły, że wydobycie z siebie głosu było dla mnie wyzwaniem. Wracając do sali, wpadłam na korytarzu na Bartka i odetchnęłam z ulgą, kiedy w ostatniej chwili udało mi się uniknąć zderzenia. To dopiero byłoby krępujące.

- Jeżeli chcesz, mogę odprowadzić cię do domu i będziesz mieć z głowy pierwsze pytanie - powiedział od razu.

- Cóż za entuzjastyczne podejście - wyrwało mi się.

- Mówiłem, że umiem się dostosować - odparł, przeczesując palcami włosy. Przez moment zastanawiałam się, czy ten gest u chłopaka jest naturalnym odruchem czy raczej podpatrzył go u hollywoodzkich amantów. Jeszcze nie znałam odpowiedzi.

- Pozbieram tylko swoje rzeczy i możemy iść.

Ruszyłam w stronę sali bibliotecznej, żeby zabrać moją zieloną torbę z kącika, w którym siedzieliśmy. Rzuciłam niezdarny uśmiech w stronę krzątającej się tam jeszcze Zuzki i opuściłam budynek. Bartek akurat odczepił swój rower ze stelaża.

- Pierwsza warszawska zasada według nieistniejącego podręcznika napisanego przeze mnie: rower jest obowiązkowy. Przy tych korkach tak ratuje skórę, że jeszcze mi podzię­kujesz.

- Nie jeździłam chyba od dziesięciu lat. Myślałam, że zdam się na zbiorkom.

- Ta opcja też ma sporo zalet, ale mimo wszystko jesteś bardziej zależna od wszechświata, motorniczych i rozkładów.

Ruszyliśmy w stronę ulicy Magiera. Bartek prowadził swój dwukołowiec pomiędzy nami. Spodobało mi się to. Taka bariera sprawiała, że czułam się swobodniej.

- Pozwól w takim razie, że zadam pierwsze pytanie. Gdybyś mogła zaprosić do siebie na obiad kogokolwiek ze świata, żywego lub nie, kto by to był i dlaczego?

Zrobiłam wielkie oczy. Czegoś takiego się nie spodziewałam i nie miałam pojęcia, kogo wybrać. Chciałam zrobić dobre wrażenie, rzucić nazwisko, które sprawi, że będę wyglądać na nieco ciekawszą osobę, niż w rzeczywistości byłam.

- Myślę, że William Turner - powiedziałam szybko tonem, który, miałam nadzieję, był pełen pewności siebie, a może nawet nonszalancji.

- Tego pirata z Karaibów? - zapytał Bartek zdziwiony.

Pokręciłam głową, punkt dla mnie. Czy te pytania były w ogóle na punkty?

- Nie, chodzi o takiego malarza, od którego rozpoczął się nurt impresjonistyczny. Cenię sobie jego styl i łudzę się, że dzięki tej znajomości miałabym odwagę sama tak malować.

- Nie wiedziałem, że malujesz.

- Nie maluję, ale w tym rzecz, że chciałabym - odpowiedziałam z delikatnym uśmiechem. Był jeszcze jeden powód, dla którego nazwisko Turnera pojawiło się w mojej głowie od razu, ale nie musiałam się do tego przyznawać. Wolałam sprawiać wrażenie natchnionej artystki niż bezradnej dziewczyny. - A ty? Kogo byś zaprosił?

- Ciebie.

- Zabawne, zaiste zabawne. Nawet nie wiesz, co lubię.

- To mi powiesz. A co do odpowiedzi na serio, to zabrzmi to kiczowato, ale Kurta Cobaina. Lubię Nirvanę i czasami wydaje mi się, że urodziłem się o trzydzieści lat za późno. Lata dziewięćdziesiąte musiały być super. Wtedy ta muzyka znaczyła coś więcej. Poza tym dzielimy datę urodzin.

Przystanęłam w miejscu i przez chwilę mogłam wpatrywać się w jego plecy. Nie wierzyłam jego słowom. Czy to jakaś opatrzność lub przeznaczenie wysyłały mi znaki? Nie wiedziałam, ale nie mogąc się powstrzymać, zaczęłam się tak histerycznie śmiać, że aż musiałam złapać się za brzuch. Bartek się odwrócił i patrzył na mnie, zdziwiony.

- Ej, grunge jest retro, ale nie do śmiechu. Wręcz przeciwnie.

Otarłam pojedynczą łzę i się wyprostowałam.

- Przepraszam. Nie śmieję się z twojego ulubionego gatunku.

- To z czego?

- Z dzielenia urodzin.

- Spróbujesz wyjaśnić?

Kiwnęłam lekko głową, a kącik ust nieświadomie podniosłam do góry. Nici z bycia tajemniczą malarką.

- Gdy zadałeś pytanie, od razu w mojej głowie wyszukałam kogoś znanego, kto urodził się lub zmarł w moje urodziny. Kiedyś niemal na pamięć znałam hasło na Wikipedii o dziewiętnastym grudnia. Prawdopodobnie gdybym dłużej zastanowiła się nad odpowiedzią, padłoby inne nazwisko.

- Też zaczerpnięte z artykułu?

Wzruszyłam ramionami, ale widząc, że Bartek też się uśmiechnął, odetchnęłam. Nie musiałam się przejmować, co sobie o mnie pomyśli.

- Masz specyficzne poczucie humoru, ale dobrze. Zastanów się teraz dłużej: kogo byś chciała zaprosić?

Ruszyliśmy znów przed siebie, a ja delikatnie przymknęłam oczy, starając się zwizualizować osobę, z którą chciała­bym porozmawiać. Zdałam sobie sprawę, że odpowiedź znałam wcześniej, ale nie wiedziałam, jak ją ubrać w słowa.

- Zabrzmi to banalnie, ale chciałabym zjeść obiad z moimi dziadkami - odezwałam się. Nie chciałam wnikać w szczegóły i opowiadać nowo poznanemu chłopakowi o tym, że straciłam ich oboje w ciągu kilku tygodni. Ta rana była wciąż zbyt świeża. Na szczęście znaleźliśmy się już pod blokiem ojca, więc mogliśmy się pożegnać.

- Spotkamy się jutro? - zapytał Bartek.

- Naprawdę masz pomysł na trzydzieści pięć ran... spotkań?

- Wiesz, jak to jest. Jeżeli ktoś wyjątkowy nie chce zgodzić się na jedną randkę, to trzeba być bardziej kreatywnym.

- Skąd poczucie, że jestem wyjątkowa?

- Otacza cię taka aura.

Wchodziliśmy na niebezpieczny grunt. Jego słowa sprzed tygodnia o najpiękniejszej kobiecie na świecie czy prawdziwej miłości ciągle dzwoniły mi w uszach. Jakaś część mnie chciała, żeby było w nich ziarnko prawdy, ale nie byłam na to jeszcze gotowa. Teraz, kiedy wiedziałam, że jestem skazana na Warszawę na dłużej niż dwa miesiące, mogłam przynajmniej spróbować.

- Skończyłam czwarty tom tego twojego Pottera - zmieniłam temat, żeby przypadkiem Bartek znów nie rzucił górnolotnych deklaracji.

- O, i jak?

- Dobrze się czyta, ale ta Rowling zupełnie nie umie w sport.

- To znaczy?

- Quidditch ma bezsensowne zasady, jedna sekunda może całkowicie pokrzyżować mecz lepszej drużyny.

- Przecież tak samo jest w piłce nożnej. Lepsza drużyna może przez przypadek stracić gola.

- No to chociażby to, że w szkole trenują przez cały rok, niemal od świtu do nocy, a mają tylko trzy mecze. W ciągu całego roku.

- Muszą się uczyć, to priorytetowe, ale nie mogą wypaść ze sportowej formy.

- Dobrze, panie mądry, a jak wyjaśnisz trybuny podczas Turnieju Trójmagicznego i zadania z jeziorem? Kilka godzin widzowie wpatrują się w taflę i czekają. Nie przypominam sobie, żeby mieli kamery i telebimy w czarodziejskim ­świecie.

- W sumie... - zastanowił się Bartek. - Tak samo przy labiryncie. Siedzi tłum i patrzy na krzaki. Weź, Lena! Nie psuj mi mojej ukochanej serii. Nie możesz wykazywać błędów logicznych w tych książkach.

- Dopiero zaczynam - odpowiedziałam z uśmiechem.

- A i tak nadal chcę się spotkać. To jak z jutrem? Widzimy się w porze obiadowej?

- Nadal nie wiesz, co lubię jeść.

- Zaufaj mi.

Podyktowałam mu swój numer telefonu i weszłam do bloku. Zanim przekroczyłam próg mieszkania, musiałam się uspokoić. Nie wiem dlaczego, ale moje serce zaczęło bić nieco szybciej niż zwykle. Może było to właśnie to uczucie, o którym do tej pory czytałam tylko w książkach? Bartek miał w sobie coś, skrywało się to w jego uśmiechu, oczach i tym, jak mówił. Chciałam spędzać z nim czas i bałam się go z zupełnie innych powodów niż większości ludzi. Ostatnie dni wywróciły moje życie do góry nogami, ale towarzystwo Bartka działało kojąco. Chciałam mu zaufać i czuć się bezpiecznie.

Rozdział piąty: Zaczęło się zwyczajnie

Nie mam siły za tobą biec. Dlaczego uciekasz? Odwróć się! Kim jesteś? Zaczekaj. Po przebudzeniu chwilę zajęło mi zorientowanie się, że pościg po gruzowiskach Warszawy był tylko złym snem. Nie wiem, dlaczego postapokaliptyczny świat pojawił się w mojej nocnej wizji, i nie mam pojęcia, kogo próbowałam złapać, ale pozostało we mnie lekkie uczucie niepokoju. Spojrzałam na zegarek i jęknęłam cicho. Przed zaśnięciem sprawdziłam terminarz Adama i wiedziałam, że zaraz zniknie na dwudziestoczterogodzinny dyżur. Z jednej strony nie chciałam poruszać trudnych tematów, ale musiałam się dowiedzieć, na co właściwie umówili się rodzice. Od tego zależała moja przyszłość. Narzuciłam zbyt dużą bluzę na piżamę i wyszłam do kuchni, skąd dobiegały dźwięki porannej krzątaniny.

- Jestem gotowa, żeby rozmawiać - powiedziałam od razu i założyłam ręce na siebie. Miałam nadzieję, że bojowa postawa doda mi pewności siebie.

- Co chcesz wiedzieć? - zapytał ojciec. Nalał kawy do drugiego kubka i usiadł przy wyspie.

- Wszystko, co powinnam. Co ustaliliście, gdzie pójdę do szkoły, co z moimi rzeczami w domu.

Unoszący się zapach był obezwładniający. Sięgnęłam po gorący napój i wypiłam łyczek.

- W każdej chwili możemy pojechać i zabrać wszystko, czego potrzebujesz i co chciałabyś tutaj mieć. Nasze ustalenia to właściwie był monolog twojej mamy.

- Ma to w zwyczaju.

- Musisz też prawdopodobnie wiedzieć, że formalnie nigdy nie wzięliśmy rozwodu.

Wyznanie ojca mnie zaskoczyło.

- Jak to? Przecież wysyłałeś alimenty.

- Tak, ale to była umowa między nami. Mną a twoją mamą.

- Dlaczego nigdy tego nie zrobiliście?

- Byłaś malutka, a my byliśmy zajęci. Dogadaliśmy się i nie potrzebowaliśmy mieszać do tego państwa. Mówię o tym, ponieważ dzięki temu mam możliwość zapisania cię do liceum. Mam znajomości w dwóch szkołach, więc nie będzie z tym problemu. Możemy też poszukać innych placówek.

- Mam teraz wybrać?

- Wydaje mi się, że to temat na dłuższą rozmowę. Zaraz muszę jechać do szpitala. Jeśli chodzi o te szkoły, o których mówię, jestem absolwentem jednej z nich i masz ją rzut beretem stąd. Wysoki poziom, lata tradycji, zróżnicowane zajęcia pozalekcyjne. Do drugiej natomiast musiałabyś dojeżdżać półtorej godziny komunikacją publiczną.

Na moim czole pojawiła się lwia zmarszczka, gdyż jedna z tych opcji wydawała mi się oczywistym rozwiązaniem.

- To dlaczego się zastanawiasz?

- Druga korzysta z filozofii Marii Montessori.

- Nie mam pojęcia, kto to jest.

- To taka szkoła, w której patrzą na ucznia, ale jako człowieka, a nie na jego oceny. Myślę, że to by ci się spodobało. Wracając do twojego pierwszego pytania, to Sylwia wymyśliła, że ze mną zamieszkasz. Byłem pewny, że ci powiedziała.

Nie wiedziałam, jak to skomentować, więc tylko napiłam się kawy. Adam najwidoczniej chciał jeszcze coś dodać.

- Sylwia zawsze marzyła o aktorstwie. Szansa na karierę w Hollywood nie zdarza się każdemu. Musiałem się zgodzić.

- Rozumiem. Może jak mama zapuści tam korzenie, będzie chciała mnie ściągnąć do siebie.

- Chciałabyś tego?

Odpowiedziałam na jego pytanie wzruszeniem ramion. Ostatnie miesiące, a nawet dni, tak zmieniły moje życie, że nie potrafiłam wybiec myślami dalej niż do nadchodzącego popołudnia. Wcześniej wszystko miałam zaplanowane, na pamięć znałam rozkład busów do Krakowa, wiedziałam, do której szkoły pójdę po liceum. Teraz utknęłam w obcym miejscu z nieznajomymi i nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak to się dalej potoczy. Musiałam przez chwilę popłynąć z prądem.

- Właśnie - przypomniałam sobie. - Spakujesz wczorajszy obiad do pracy?

- A co ty będziesz jeść?

- Kolega mnie zaprosił.

- Ach, tak, kolega?

Jego wnikliwe spojrzenie omal nie wypędziło mnie z kuchni. Pokręciłam głową, ale się uśmiechnęłam.

- Znajomy z biblioteki. Uparł się, że skoro jestem tutaj nowa, musi pokazać mi miasto. Poznałam ciekawych ludzi na tym kółku dyskusyjnym, a ta pani Kasia jest bardzo sympatyczna. Znasz ją?

- Tak, tak, obiła mi się o uszy.

Zmarszczyłam brwi, usłyszawszy taki dziwny zwrot, ale nie skomentowałam tego.

- Cieszę się, że jednak aklimatyzujesz się w Warszawie - dodał Adam.

Znów mogłabym wzruszyć ramionami, ale zamiast tego podeszłam do wyspy i zaczęłam robić dla siebie kanapkę na śniadanie.

- Na razie nie mam alternatywy - powiedziałam. - Mogę siedzieć w pokoju i składać żurawie z papieru, licząc, że spełnią moje życzenia, ale równie dobrze mogę też coś porobić. Tego chyba ode mnie oczekujesz.

- Lena, nie oczekuję od ciebie niczego. Chcę jedynie, żebyś była tutaj szczęśliwa.

- Szczęśliwa byłabym, gdybyście traktowali mnie choć trochę jak dorosłego człowieka i powiadamiali wcześniej o swoich planach - rzuciłam ponuro.

- Wiesz, jaka jest Sylwia.

Wiedziałam o tym aż za dobrze. Dałam się nabrać, a lata praktyki powinny mnie lepiej przygotować na impulsywne pomysły mojej mamy. Zerknęłam na Adama. Nawet jeśli bardzo bym tego chciała, nie mogłam obwiniać go o wszystkie swoje problemy.

- Wiem. Damy radę.

- Dziękuję. Czy ze mną też chciałabyś pozwiedzać Warszawę?

- Może powinniśmy pójść na zakupy, żebyś zobaczył, jakim przekleństwem jest nastoletnia córka?

Adam aż pobladł na twarzy, więc mimowolnie się uśmiechnęłam. Od razu go uspokoiłam:

- Żartuję. Proszę, nie umieraj mi tu na zawał, bo to skomplikuje mi wakacje i nie tylko. Jestem mało wymagająca w utrzymaniu, serio.

- Masz rację. Nie wziąłem tego pod uwagę. Może powinniśmy pojechać do IKEA i kupić więcej mebli i dodatków do twojego pokoju, żebyś się w nim lepiej czuła.

Machnęłam ręką.

- Nie trzeba. Może jedynie, jak kiedyś będziesz mieć wolny weekend, wybierzemy się do domu, zgarnę kilka przedmiotów, książek i roślinek? Tego trochę mi brakuje, a wątpię, czy sąsiadka się nimi zajmie.

- Co w ogóle Sylwia zrobiła z domem dziadków?

- Córka Tychmanowiczów akurat się hajtała, więc wrzuciłyśmy nasze drobiazgi do jednego pomieszczenia, a resztę wynajęłyśmy młodemu małżeństwu. Myślałam, że to tylko na dwa miesiące, więc nie przywiązywałam do tego wagi. Teraz sytuacja się zmieniła.

Adam sięgnął do torby po swój terminarz. Okazało się, że następne wolne ma w przyszły weekend, więc wstępnie umówiliśmy się na tę datę. Musiał już iść do pracy, w samotności dokończyłam kromkę z dżemem brzoskwiniowym i wróciłam do łóżka. Jedna sprawa dnia załatwiona, za kilka godzin czekała mnie kolejna, równie stresująca. Zaczęłam się zastanawiać, jak potoczy się spotkanie z Bartkiem, ale nagle kołdra zrobiła się wyjątkowo ciepła i zwyczajnie zasnęłam.

Obudziłam się zrelaksowana i zadowolona. Dawno nie spało mi się tak dobrze. Dopiero gdy sięgnęłam po zegarek, oprzytomniałam. Przecież byłam umówiona! I miałam tylko trzydzieści minut. W takich chwilach doceniałam to, że należałam raczej do nieskomplikowanych ludzi, którym szykowanie się zajmowało niewiele czasu. Szybko odświeżyłam się w łazience, przed lustrem rozczesałam splątane podczas snu włosy i wróciłam do pokoju, żeby wyjąć z szafy swoje zwyczajowe ubrania. Oceniłam odbicie w lustrze i byłam usatysfakcjonowana - nie wyglądałam na osobę, która ledwo zakończyła drzemkę. Do torby wrzuciłam mój rozczytany egzemplarz Dumy i uprzedzenia Austen i wyszłam przed blok. Zawsze starałam się mieć przy sobie książkę, lubiłam wracać do ulubionych fragmentów i poznawać nowe. Nigdy nie mogłam przewidzieć, kiedy nadarzy się okazja do zabicia czasu, a powieści zdawały się najlepszymi towarzyszkami w takich momentach.

Usiadłam na ławce przy skwerku i już miałam sięgnąć po wolumin, kiedy zauważyłam zbliżającego się Bartka. Gdybym tworzyła ranking, pewnie dostałby właśnie punkt za punktualność. Dodatkowy przyznałabym mu za to, że nie był przesadnie wystrojony. Eleganccy ludzie często mnie stresowali. Tym razem na czarnym podkoszulku był rysunek jak z bajki, wydaje mi się, że nawiązywał do jednego z tych nowych filmów o superbohaterach, ale moja wiedza na ten temat skończyła się na Batmanie z Christianem Bale'em w roli głównej.

- Nie wiedziałem, czy lubisz kwiaty z takiej okazji, dlatego zamiast bukietu wybrałem pojedynczy goździk - powiedział, wręczając mi roślinę. Mógłby dostać za to kolejny punkt, gdybym prowadziła kartotekę.

- Gdzie pobierałeś lekcje dżentelmeństwa?

- Nie uwierzysz, ale w szkole.

- Nie uwierzę. Dokąd się wybieramy?

- Musimy podjechać tramwajem. Zastanawiałem się, czy bawić się w zasłanianie ci oczu opaską...

- Proszę, nie - przerwałam mu od razu, a on spojrzał na mnie pytająco. - I tak się denerwuję.

- Dlaczego?

Wypuściłam z siebie powietrze i podzieliłam się swoimi obawami.

- Obce miasto, a obok właściwie nieznajomy facet, który może zrobić wszystko. Dobrze, że jest wczesne popołudnie.

- Wiesz, że wiele przestępstw na tle seksualnym dzieje się w biały dzień i zdecydowana większość popełniana jest przez znajomych ofiar?

- Dzięki za pocieszenie - zaśmiałam się nerwowo.

- Spokojnie. Nie będziemy robić nic wbrew twojej woli, a gdybyś pozwoliła mi wcześniej wyjaśnić, dowiedziałabyś się, że przepaska to głupi pomysł, skoro masz zwiedzać i poznawać Warszawę.

Przyznałam mu rację. Podeszliśmy na przystanek i po chwili nadjechał tramwaj, do którego mieliśmy wsiąść. Bartek wziął sobie do serca rolę przewodnika i wskazywał niemal każdy ważniejszy budynek. Ważniejszy w jego mniemaniu, dlatego po chwili byłam uraczona setką anegdotek z życia osobistego. "Tu Zuzka była kiedyś u fryzjera, ale wróciła niezadowolona, w tym miejscu kupiłem kiedyś świetny sweter, ciepły, mogę ci pożyczyć, tam świętowaliśmy osiemnastkę Oliwki". Wymieniał miejsca i opowieści, co sprawiało mi dużą przyjemność. Nie musiałam się odzywać, a jednocześnie poznawałam pozostałych członków bibliotecznego klubu dyskusyjnego. Aktualnie oswojenie ich i Warszawy było moim jedynym planem na wakacje, dlatego z ciekawością wsłuchiwałam się w każdą, nawet najnudniejszą historyjkę.

- Zaraz będziemy wysiadać - powiedział w końcu Bartek, a gdy tramwaj się zatrzymał, opuściliśmy pojazd i przystanek.

Rozejrzałam się po okolicy i rozpoznałam budynek Stadionu Narodowego. Dziadek był zapalonym kibicem polskiej reprezentacji w piłce nożnej, czasami oglądałam razem z nim mecze, choć nie była to moja ulubiona rozrywka. Zaczerpnęłam powietrza. W przeciwieństwie do ścisłego centrum nabitego wieżowcami tutaj poczułam przestrzeń. Bartek wskazał kierunek, w którym powinniśmy zmierzać, i po chwili staliśmy na placu wypełnionym przyczepami i samochodami, z których serwowano jedzenie na wynos. Widać było burgerownie, food trucki z frytkami belgijskimi i ze słodyczami. Zapachy tworzyły idealną, kulinarną mieszankę, która odwróciła moją uwagę od tłumu rozkoszującego się smakowitymi potrawami.

- Powiedziałaś, że nie wiem, co lubisz. Tu masz wszystkie kuchnie świata do wyboru.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Może faktycznie powinnam otworzyć notes i zapisywać Bartkowi punkty?

- To ci się udało - przyznałam. W końcu wypatrzyłam przyczepę z wegańskim jedzeniem i ruszyłam w tamtą stronę. Bartek do mnie dołączył.

- Tak myślałem. Wyglądasz na wegetariankę.

- To znaczy? Świecę w ciemności?

W czasach, gdy przejmowałam się słowami dzieciaków w szkole, niejednokrotnie nasłuchałam się, jak mizernie wyglądam. Wyzywali mnie od wampirów, kościotrupów, krzywdząco próbowali wmówić zaburzenia odżywiania. Taka była moja uroda. W szkole podstawowej bardzo mnie to dręczyło, ale później nauczyłam się to ignorować. Miałam jednak nadzieję, że Bartek nie widzi we mnie umarlaka.

- Po prostu otacza cię dobra aura. Troska o zwierzęta wypisana na twarzy.

- Jasne. Moja mama jest mięsożerna, a wyglądamy niemal identycznie. Takie geny.

Zamówiliśmy wegańskie tortille - wybrałam "mięso" z sosem mango i marynowanym ananasem, a Bartek zdecydował się na krem fistaszkowo-kokosowy i tofu wędzone. Usiedliśmy na ławeczce w pobliżu.

- To może w oczekiwaniu na zamówienie następne pytanie? - zaproponował, a gdy się zgodziłam, wyjął z kieszeni telefon i wyszukał odpowiedni plik. - Czy chciałabyś być znana? Jeśli tak, to z czego?

- Nigdy w życiu!

- Dlaczego nie?

- To przerażające. Poza tym nigdy nie zrozumiem, że można być znanym z tego, że jest się znanym, a im ktoś bardziej nieuprzejmy, tym więcej zdobywa uwagi.

- Delikatnie mówiąc.

- Dlatego wyłączyłam się z tych wszystkich mediów społecznościowych. Próbowałam przez krótki moment, ale to nie dla mnie. Wydaje mi się, że cenię sobie inne wartości. A ty?

- Staram się łączyć dwa światy - odparł, wzruszywszy wcześniej ramionami. - Można mieć wartości i równocześnie korzystać z dobrodziejstw Internetu i social mediów, chociażby po to, żeby pokazać innym, że można żyć inaczej, lepiej. Popatrz na moją siostrę. Lidka prowadzi konto na Instagramie, na którym pokazuje zdjęcia polecanych książek i czasami dzieli się swoimi przemyśleniami na temat świata. Różni ludzie piszą do niej z podziękowaniami. Być może łatwiej stać się znanym, rozbierając się przed kamerą, niż pisząc filozoficzne rozważania, ale to chyba nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić.

- Może masz rację. To chciałbyś być znanym filozofem? - zażartowałam.

- Nie. Gdybym miał być znany, postawiłbym na muzykę. Gram na gitarze, lubię komponować, czasami pobawię się syntezatorem.

- Nie wiedziałam.

- Dopiero się poznajemy. Z drugiej strony czasami sobie marzę, że chciałbym być najlepszym lekarzem na świecie. W zeszłym roku niezbyt szło mi w nauce, więc będę miał sporo do nadrobienia, ale myślę, że odnalazłbym się w tym zawodzie. Bo przede wszystkim nie traktowałbym tego jak zawód, ale jak powołanie.

Starałam się powstrzymać krzywy uśmiech, ale mimowolnie zadrgały mi kąciki ust. Przypomniałam sobie artykuł przeczytany wieki temu o tym, że córki podświadomie wybierają na partnerów osoby podobne do swoich ojców. Nie znałam jeszcze Bartka, prawdę mówiąc nie znałam nawet Adama, ale musiałam przyznać, że dopatrywałam się teraz podobieństw.

- Jaką specjalizację byś wybrał?

- Nie będziesz się śmiać?

- Nie.

- Chciałbym być pediatrą.

Musiałam się uśmiechnąć. Wyobraźnia podpowiadała zabawne scenariusze. Może powinnam ich sobie ­przedstawić?

- Wydaje mi się, że to dobry pomysł na życie - odpowiedziałam. - Wiesz, nikt nie broni ci zostać lekarzem i czasami grać w zespole. Są takie przypadki przecież. Ojciec tych z Kwiatu Jabłoni jest bodajże kardiochirurgiem z doktoratem i śpiewa.

- A wiesz, że mieliśmy zespół? Z Oliwką i znajomymi, których jeszcze nie poznałaś. Nazywaliśmy się Lucas Plays. Próbowaliśmy nawet występować ze swoimi kawałkami.

- Dlaczego już nie macie zespołu? Używasz czasu przeszłego.

- Oni w sumie nadal grają. Ja odpadłem. Szkoła i tak dalej.

Wydawało mi się, że Bartek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale pan z wegetariańskiego kampera do nas pomachał, żebyśmy podeszli i odebrali zamówienie. Jeżeli w słowniku jest definicja pojęcia "niebo w gębie", obok figuruje zdjęcie tych kebabów. Były przepyszne! Bartek nie mógł uwierzyć, że w jego zestawie nie było ani grama mięsa, a takie cuda zostały wyczarowane dzięki płatkom drożdżowym i glutenowi.

- Wisła czy park Skaryszewski? - spytał, kiedy zjedliśmy i wrzuciliśmy opakowania do odpowiedniego kosza do recyklingu. Ucieszyłam się, że nadal chce ze mną spędzać czas. Bałam się, że zakończony posiłek będzie się równać końcowi spotkania, a tego nie miałam zamiaru jeszcze robić.

Skręciliśmy w stronę parku, gdzie Bartek znów wszedł w rolę kierownika wycieczki. Opisywał historie znajdujących się tam rzeźb i pokazywał swoje ulubione miejsca. Musiałam przyznać mu rację - niektóre zakątki wyglądały zjawiskowo. Nie mogłam uwierzyć, że widzę wodospad w samym centrum ogromnego miasta. Poczułam się jak w prawdziwym lesie, przez co zatęskniłam za domem. Przez całe życie mieszkałam zaledwie trzy kroki od wzgórza porośniętego tysiącem drzew, znajdowały się tam moje ukochane zakamarki. Nie spodziewałam się, że tak nagle zostanę wyrwana ze swojego świata. Żałowałam, że między Polską a Stanami Zjednoczonymi ustanowiono ruch bezwizowy - gdyby mama musiała się starać o pozwolenie na wyjazd, miałabym więcej czasu na przygotowanie się do przeprowadzki.

Przy powrocie na Bielany Bartek wybrał inną trasę, żeby móc się podzielić kolejnymi wspomnieniami dotyczącymi mijanych miejsc.

Odprowadził mnie pod sam blok, a buzia mu się nie zamykała. Gdy rzuciłam uwagę, że nie starczy mu anegdot na następne wyjścia, przyznał mi rację, roześmiał się i zawrócił w stronę, z której kilka godzin temu przyszedł.

Cieszyłam się, że Adam był na dyżurze, bo właściwie nie wiedziałam, czego się po nim spodziewać. Mógł zasypać mnie setką pytań na temat popołudnia, a najpierw sama musiałam sobie to poukładać. Miałam nadzieję, że nie zanudziłam sobą Bartka. Zaczęłam się zastanawiać, czy będzie miał ochotę na kolejne pytania i tyle samo spotkań. Ta liczba była onieśmielająca i nieco mnie przerażała. Czasami czułam, że nie polubiłabym siebie, gdybym się poznała. Skąd mogłam wiedzieć, co siedziało w głowie przystojnego chłopaka?

Schowałam się pod gorącym prysznicem i po kilku minutach leżałam już w piżamie w świeżej pościeli. Sięgnęłam po książkę, ale wtedy zauważyłam, że miga światełko powiadomienia w moim telefonie komórkowym. Nowa wiadomość.

BARTEK

To był udany dzień. Do zobaczenia na następnej randce.

Odetchnęłam z ulgą i znów nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Od razu odpisałam.

LENA

To nie była randka. Tylko spotkanie. Też dobrze się bawiłam.

BARTEK

Dziękuję za nierandkę w takim razie. :*

Zapatrzyłam się w emotikon, który zostawił na końcu wiadomości. Doskonale wiedziałam, co oznaczał. Ciekawe, co przyniesie nam ta zabawa w eksperyment psychologiczny. Zapowiadało się interesująco. Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy zasnęłam. Już nie śniły mi się gruzowiska.

Rozdział szósty: Świetnieśmy się bawili

Czy to były te słynne motyle w brzuchu? Nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, co się ze mną dzieje. Uśmiechałam się bez przerwy i chichotałam do samej siebie. Do tej pory podobne uczucia wywoływali we mnie jedynie fikcyjni bohaterowie z książek. Bartek był człowiekiem z krwi i kości. Przystojny, ciekawy, pełen zainteresowań, a przede wszystkim miły. Po prostu miły. Czasami miałam wrażenie, że jest to jedna z najbardziej niedocenianych cech charakteru.

Z trudem powstrzymałam się od sięgnięcia po telefon i zaproponowania kolejnego spotkania. Nie chciałam sprawiać wrażenia nadgorliwej. Musiałam znaleźć sobie zajmującą czynność, która odciągnęłaby mnie od napisania wiadomości. Posprzątałam już dokładnie mieszkanie Adama, wstawiłam pranie, ułożyłam wszystkie szpargały w moim pokoiku. Nawet zaczęłam mieć nadzieję, że ojciec wróci z dyżuru i coś będziemy mogli razem zrobić, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że byłby zbyt zmęczony. Na nocnym stoliku leżała czwarta część przygód Harry'ego Pottera. To była odpowiedź na moje rozterki. Mogłam się wybrać do biblioteki i wypożyczyć wszystkie pozostałe części. Po skończeniu serii miałabym obiektywny pretekst, żeby zadzwonić.

Nie zdziwił mnie już gwar, kiedy przestąpiłam przez próg biblioteki. Sprawdziłam informacje na stronie i wiedziałam, że w soboty odbywały się tu zajęcia dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym, dlatego nie zaskoczyło mnie, że niewielkie grupy biegały z tabletami między regałami. Przystanęłam, żeby im się chwilę poprzyglądać. Kręcili filmy i mieli przy tym mnóstwo zabawy. Gdy ruszyłam w stronę bibliotecznej lady, w rogu sali zauważyłam Lidkę siedzącą przy złączonych stołach z rozłożonymi materiałami plastycznymi. Zawahałam się. Wypadałoby do niej podejść, planowałam się zaprzyjaźnić nie tylko z jedną osobą z kółka dyskusyjnego. Tak właśnie zrobiłam.

- Cześć - zagadałam pierwsza i od razu poczułam dumę z siebie, że staram się realizować postanowienie wakacyjne. W innym wypadku pewnie tylko niezręcznie kiwnęłabym głową i poszła dalej.

- No siemka. - Lidka oparła się na krześle. - Nie mów, że mój głupi brat zabrał cię na randkę do biblioteki.

Poczułam, że moje policzki pokrywają się czerwienią.

- Jestem tu sama. I to nie są randki, tylko spotkania.

- On twierdzi co innego - odparła dziewczyna z zawadiackim uśmiechem.

Musiałam założyć ręce na siebie, żeby ukryć delikatne drżenie dłoni. Rozmawiali o mnie? Co jeszcze jej o mnie mówił? Musiałam szybko zmienić temat, żeby się nie dener­wować.

- Co robisz? - zapytałam, wskazując na rozłożone materiały.

- Baner na przyszłą sobotę. Idę na protest.

- O, jaki?

- Jakikolwiek - usłyszałam za sobą głos Konrada, chłopak niósł pudełko z flamastrami. - Lidka uwielbia protestować.

- Nieprawda! - zaprotestowała.

Oboje wbiliśmy wzrok w dziewczynę.

- Wystarczy słowo, a już biegniesz na Krakowskie Przedmieście.

Lidka zmierzyła Konrada ostrym spojrzeniem.

- Bo mamy dwudziesty pierwszy wiek i wierzę, że przy niektórych sprawach nadal trzeba protestować. To niedorzeczne. Nie będę siedzieć cicho.

- Wydaje mi się, że to dobrze, że ci zależy - zaczęłam nieśmiało, a dziewczyna mi przyklasnęła.

- Dobrze, dobrze, ale boimy się, że z taką energią Lidka zmieni się nam w supernową i niedługo zniknie. Stąd przyjacielskie dyżury, żeby hamować jej entuzjazm.

- Pomysł mojego szanownego braciszka - mruknęła.

- Przynajmniej nie jesteś sama i tak jest bezpieczniej.

- Bu-hu, losujcie sobie kolejną sprawę, przy której możecie mi towarzyszyć. - Lidka pokazała mu język, ale po chwili się uśmiechnęła. Wydawało mi się, że pod pozorem tego zirytowania pilnowaniem kryje się zadowolenie ze wsparcia, ale skąd mogłam wiedzieć, jaka była prawda? Nie znałam jej. Jeszcze.

- A nie próbowałaś dołączyć do jakiegoś stowarzyszenia?

- Oczywiście, że próbowałam. Anarchiści mnie nie chcą, bo jestem zbyt grzeczna, a ci grzeczni to uważają, że jestem albo zbyt radykalna, albo zbyt młoda.

- Stąd właśnie dyżury prawie pełnoletnich przyjaciół - dodał Konrad.

- W przyszłą sobotę będziemy protestować przeciwko hodowlom zwierząt futerkowych.

Gdyby nie to, że w tłumie mogłabym dostać ataku paniki, chętnie bym dołączyła do takiej demonstracji. Pozwoliłam sobie na odwagę i moment szczerości i przyznałam się do tego Lidce i Konradowi.

- Jasna sprawa. To nie jest dla każdego - skomentował chłopak z niebieskimi włosami. - Zawsze trzeba pamiętać o sobie i swojej strefie komfortu. W samolocie najpierw zakładasz maskę tlenową sobie, potem dziecku. Tak powinno być też w życiu.

- Od godziny próbuję wymyślić jakieś spoko hasło na baner.

- Lidka lubi być w tym oryginalna.

- Na czarnych protestach ubierałam się fandomowo i miałam tablicę z tekstem: "Nawet Tiara Przydziału pozwala na wybór".

Przyjrzałam się jej graficznym próbom rozłożonym na stole. Uwielbiałam malować, szkicowałam w zeszytach, kiedy nikt nie patrzył. Na początku szkoły podstawowej nauczycielka plastyki skomentowała, że mam do tego żyłkę, a ja nieopatrznie jej uwierzyłam. Żałowałam jedynie, że nie mogłyśmy z mamą pozwolić sobie na dodatkowe kursy, nie było na to środków w domowym budżecie. Sięgnęłam po dwie kartki, które Lidka miała przed sobą.

- A może spróbuj to połączyć i dodaj coś w stylu: "Twoje futro miało buzię"? Całość można ozdobić słodkimi rysunkami zwierzaczków.

- Ty! Wiesz, że to ma sens? - powiedziała dziewczyna wpatrzona w baner, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. - Ale jest problem.

- Nie potrafimy rysować zwierzaków - dodał Konrad.

- Ja potrafię - odpowiedziałam im i usiadłam obok.

Kolejną godzinę wypełniła mi jedna z czynności, które uwielbiałam. Zamykałam się w swoim artystycznym świecie i co chwilę słyszałam słowa uznania. Przez kilka sekund poczułam, jakbym przeniosła się w czasie, a przy mnie siedzieli dziadkowie, który zachwycali się każdą kreską na papierze i każdym, nawet przypadkowym kleksem. To było miłe uczucie. Gdy skończyliśmy, a Lidka wydawała się zadowolona z efektu, pożegnałam się i poszłam wypożyczyć książki, po które przyszłam do biblioteki.

Nie potrzebowałam ich już jako pretekstu. Wiedziałam, czym mogę się zająć, więc podczas powrotu do domu skręciłam do sklepu papierniczego. Kupiłam dwa szkicowniki, kilka ołówków i kredki akwarelowe. Najważniejszą jednak rzeczą, jaką chciałam tam znaleźć, były zestawy do origami. Podczas rozmowy z Adamem przypomniała mi się legenda, która głosiła, że złożenie tysiąca żurawi z papieru gwarantowało spełnienie życzenia. Nie miałam jeszcze pomysłu, o co poproszę japońskie bóstwa, ale z drugiej strony w obcym mieście i z trudnym postanowieniem wakacyjnym każda pomoc mogła mi się przydać.

Zastałam ojca przy stole w kuchni, pił z gigantycznego kubka wypełnionego aromatyczną kawą. Drzemka po dyżurze musiała się skończyć wcześniej.

- Fotowoltaika mnie obudziła - ziewnął, kiedy spytałam, czemu nie śpi.

Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie, jak dziadek często dostawał telefony od telemarketerów. Zawsze jednak uprzejmie z nimi rozmawiał, nawet jeśli nie potrzebował danego produktu, a oni usilnie namawiali go na zakup. Tak samo zawsze odbierał ulotki od osób wręczających je na ulicy. Życzył im miłego dnia i przy tym tłumaczył mi, że każdą pracę należy szanować.

Zabrałam się do gotowania obiadu, a Adam sam z siebie zaczął opowiadać o znajomych z pracy. Dołączył do nich nowy rezydent, który przeprowadził się z Poznania i porównywał korki z zatłoczonej Warszawy do rozkopanej stolicy Wielkopolski. To sprawiło, że coś sobie przypomniałam.

- Czy moglibyśmy kupić mi rower? Może być używany - zapytałam, na co ojciec od razu się zgodził.

W poniedziałek byłam już dumną posiadaczką nowego, pięknego i obrzydliwie drogiego roweru. Nie chciałam, żeby Adam się na mnie aż tak wykosztowywał, ale moje protesty zdały się na nic. Przyjęłam więc turkusowy prezent z wdzięcznością. Powstrzymałam się od napisania do Bartka - chciałam się pochwalić, że skorzystałam z jego pierwszej warszawskiej porady, ale chłopak nie odzywał się od naszej ostatniej nierandki. Może zrobiłam na nim złe wrażenie?

Gdy nadeszła środa, wibracja w telefonie zwiastująca nadejście wiadomości była dla mnie zaskoczeniem. Bartek proponował spotkanie w Złotych Tarasach, dużej galerii handlowej położonej w pobliżu głównego dworca kolejowego. Milczał tyle dni, więc pomyślałam, że chciał się wycofać. Z drugiej strony to było tylko moje założenie, a skoro wymyślił trzydzieści sześć spotkań w ciągu wakacji, to powinny się one odbywać co dwa, trzy dni. Schowałam naczynia do zmywarki i poszłam się szykować - wzięłam po prostu moją torbę, do środka włożyłam książkę, którą wcześniej czytałam, i wyszłam z mieszkania. Nauczyłam się już korzystać z aplikacji internetowej, która obliczała, do jakiego środka lokomocji należy wsiąść, żeby jak najszybciej znaleźć się w wyznaczonym miejscu.

Po kilkudziesięciu minutach niepewnie wkroczyłam na teren hałaśliwego centrum. Przez moment miałam wrażenie, że wszyscy mieszkańcy wpadli na ten sam pomysł, i musiałam zamknąć oczy, żeby pozbyć się uczucia niepokoju, które wpełzło na mój kark. Wzięłam dwa głębokie oddechy, a kiedy ponownie otworzyłam powieki, zobaczyłam Bartka, który już czekał przy ruchomych schodach. Pomachał do mnie energicznie, dzięki czemu poczułam się nieco pewniej i podeszłam bliżej.

- Cześć. To jakie mamy plany na dzisiaj?

- Idziemy do kina. - Chłopak wskazał głową w kierunku multipleksu, który znajdował się kilka pięter nad nami.

Powiedzieć, że się zdziwiłam, to nic nie powiedzieć. Owszem, komedie romantyczne nauczyły mnie, że filmy były typowym pomysłem na spotkania dla par, ale wydawało mi się, że randki z Bartkiem nie będą należały do typowych. Upomniałam się w duchu - to przecież nie były randki! Nie mogłam mieć wygórowanych oczekiwań wobec chłopaka, którego znałam kilkanaście dni i który po prostu chciał mi pokazać Warszawę.

- Nie jest to zbyt wyszukane - pozwoliłam sobie jednak na komentarz, gdy staliśmy już w kinowym holu.

- Wiem, to celowe zagranie - oświadczył, a uśmiech na jego twarzy sprawiał wrażenie, że chłopak jest z siebie gigantycznie dumny.

Zmrużyłam oczy i wycelowałam w niego wskazujący palec.

- Chcesz, żebym szybko się znudziła i odpuściła?

- W życiu! Chcę, żebyś wybrała film.

Bartek wskazał na wyświetlający się na ekranie harmonogram seansów, ale moje spojrzenie musiało być na tyle dziwne, że od razu dodał:

- Masz do wyboru dziesięć różnorodnych pozycji. Chciałbym, żebyś wybrała tę, którą obejrzymy wspólnie. Wbrew pozorom powie nam to sporo o sobie.

- Chcesz wiedzieć, czy mamy podobny gust filmowy?

- Mniej więcej.

- Skąd bierzesz te dziwaczne testy psychologiczne?

- To akurat moja kreatywność.

- Dobrze, no to spróbujmy. Najbliższy seans zaczyna się za kwadrans. Daj mi chwilę na wybór.

Zaczęłam spacerować po korytarzu i z trudem powstrzymałam się od wyciągnięcia notatnika, by zrobić szczegółową analizę dostępnych mi danych. Do dyspozycji miałam tytuły filmów, ich gatunki i czas trwania. Kilka z nich reklamowanych było na plakatach, a na dużym telebimie wyświetlały się zwiastuny. Wzięłam do ręki kilka ulotek i usiadłam na kanapie przed ekranem. Wybór był rzeczywiście duży. Animacja, która zapowiadała się wyjątkowo szkaradnie. Czarno-biały artystyczny film ze znanym aktorem, który prawdopodobnie chciał przełamać swoje emploi. Dwie romantyczne propozycje - jedna na smutno, druga na wesoło. Typowe kino sensacyjne, które dzięki efektom specjalnym przeżywało renesans. Fantastyka będąca prawdopodobnie ekranizacją książki. Trzymający w napięciu thriller. Uwielbiałam testy i w tym momencie czułam się, jakbym zdawała naprawdę istotny egzamin, dlatego moja decyzja musiała być dobrze przemyślana.

- To - powiedziałam po kilku minutach, wskazując na plakat głupkowatej komedii.

Mina Bartka świadczyła, że też go dzisiaj zaskoczyłam. Może oczekiwał, że wybiorę coś bardziej niszowego?

- Dlaczego? - zapytał, przyglądając się plakatowi, tak jakby próbował znaleźć w nim odpowiedź na swoje pytanie.

- W ramach sprawdzenia, czy śmiejemy się w tych samych momentach. Tego nauczył mnie dziadek. Wspólny śmiech to najważniejsza rzecz, jeżeli jest się parą.

- Już jesteśmy parą?

Uśmiechnęłam się, bo złapał mnie za słówko.

- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele. Chodzi o to, że nawet jeżeli to będzie najgłupszy film na świecie, to wspólne oglądanie będzie przeżyciem. Może się okazać, że jedno z nas pokocha każdą sekundę, a drugie będzie miało nieprzyjemne ciarki na myśl o tej produkcji, co sprawi, że zmienimy wakacyjne plany, bo nie będziemy chcieli spędzać ze sobą czasu. Nie znamy się przecież.

Podeszliśmy do kasy i kupiliśmy bilety. Bartek, na szczęście, nie należał do miłośników popcornu, który, nawiasem mówiąc, w kinach miał horrendalną marżę. Znaleźliśmy odpowiednią salę, usiedliśmy i po kilku minutach reklam i trailerów zaczęliśmy oglądać. Według mnie trafiłam idealnie z filmową propozycją. Na pierwszy rzut oka była to komedia, która korzystała z niewybrednych żartów i gagów znanych od dziesięcioleci. Dopiero po chwili do widza docierało przesłanie produkcji, które z jednej strony było błahe i banalne, a z drugiej prawdziwe i ważne. Miłość i rodzina są najważniejsze. Ot, cała filozofia. Zauważyłam, że podczas finałowej sceny Bartek z trudem powstrzymywał się od łez, które akurat nie były spowodowane śmiechem. Też wzruszył mnie ten fragment. Wcześniej chłopak śmiał się w momentach, które i mnie rozbawiały. Nasza filmowa kompatybilność była całkiem miłym odkryciem przy drugiej randce. Nierandce - poprawiłam się szybko w myślach.

Wyszliśmy z kina bez słowa. Gdy Bartek sięgnął po moją dłoń, odsunęłam się. Trzymanie drugiej osoby za rękę było dla mnie bardziej intymne niż pocałunki.

- Przepraszam - powiedziałam szybko, gdy się do tego przyznałam.

- Nie masz powodów do przepraszania. To szczere i prawdziwe - skomentował i z uśmiechem na ustach demonstracyjnie wsunął swoje dłonie do kieszeni lekkiej kurtki.

W drodze na przystanek dyskutowaliśmy o obejrzanym filmie - mieliśmy wiele podobnych spostrzeżeń. Nie była to aż tak wybitna produkcja, żeby tworzyć na jej temat publikacje naukowe, jednak sprawiła nam sporo radości, a analizowanie niemal każdej ze scen sprawiło, że komedia stała się jeszcze zabawniejsza. Nawet się nie zorientowałam, kiedy staliśmy pod blokiem Adama.

- To był udany wieczór - przyznał Bartek.

- Zapomniałeś o dzisiejszym pytaniu.

- Celowo chciałem wyłudzić dodatkowe spotkanie - rzucił wesoło. - Niech będzie. Brzmiało tak: Czy kiedykolwiek ćwiczysz, co chcesz powiedzieć, zanim do kogoś dzwonisz? Dlaczego tak, dlaczego nie? Zgodnie z zasadami eksperymentu powinniśmy uzasadniać nasze wypowiedzi. Jeżeli chcesz, mogę zacząć.

- Śmiało.

- Nie ćwiczę, bo nie dzwonię.

Olbrzymi uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, sugerował, że jest zadowolony z takiej, w jego mniemaniu, błyskotliwej odpowiedzi. Czasami żałowałam, że brakuje mi tej pewności siebie.

- Tak, ćwiczę nawet przy rozmowach twarzą w twarz - przyznałam po chwili.

- Dlaczego?

- To trudne.

- Co? Mówisz, co myślisz, i gotowe.

Pokręciłam głową.

- Muszę się zastanowić, jak zostanie to odebrane, co właściwie chcę przekazać i co się stanie, jeżeli powiem coś głupiego.

- Wtedy wystarczy rzucić "sorry" i po problemie.

- Mówisz tak, bo jesteś przystojny i cały świat leży u twoich stóp. W moim przypadku nie jest to takie proste.

- Lena, kup sobie lusterko, zamiast pieprzyć takie głupoty. Ale wróćmy do tego, co naprawdę ważne - zrobił pauzę. - Uważasz, że jestem przystojny?

- Dobranoc - powiedziałam, wycofując się w stronę klatki schodowej. Miałam nadzieję, że w blasku latarni aż tak nie widać tego, że policzki zaczynają mi się czerwienić.

- Do jutra.

- Jesteśmy umówieni?

- Spotkanie kółka w bibliotece. I w ogóle przepraszam, że odezwałem się dopiero dzisiaj. Zaplanowanie trzydziestu wyjątkowych randek w moim mieście trwało nieco dłużej, niż myślałem.

- To nierandki - przypomniałam mu.

- No właśnie - skomentował z uśmiechem, pożegnał się i ruszył w stronę ulicy, z której ostatnio nadjechał. Ciekawe, czy mieszkaliśmy blisko siebie. Warszawa wydawała mi się tak rozległa, że nawet nie wiedziałam, jak zdefiniować tutaj pojęcie "blisko".

Nazajutrz wypróbowałam nowy sprzęt w drodze do biblioteki. Cieszyło mnie to, ile prawdy jest w powiedzeniu o jeździe na rowerze. Wystarczyło przypomnieć sobie podstawę i po chwili już czułam wiatr we włosach. Sprawiło mi to tyle przyjemności, że nawet nie zauważyłam, że źle skręciłam i trafiłam na Żoliborz. Zawróciłam i na spotkanie dojechałam na styk. Nie cierpiałam się spóźniać.

Zajęłam swoje miejsce obok Zuzki, obdarzyłam wszystkich uśmiechem, powtarzając w duchu ich imiona oraz informacje, które znałam na ich temat. Dla innych być może poznanie kilku osób nie było wyczynem. Ja musiałam sobie wszystko poukładać, powtórzyć. Nie chciałam ryzykować pomyłki i sprawić komuś przykrości, myląc jakieś fakty, które mogły być dla niego znaczące. Zaletą takiego zachowania było też to, że nie musiałam się specjalnie starać, żeby nie patrzeć na Bartka - skupiałam swoją uwagę na pozostałych.

Bibliotekarka usiadła w różowym fotelu uszaku i zerknęła do sporych rozmiarów notatnika.

- Moi drodzy, nie wiem dlaczego, ale nasz Bartolinio - wskazała na chłopaka, więc mimowolnie na niego zerknęłam - wpadł tu wczoraj wieczorem i poprosił, żebyśmy dzisiaj rozmawiali o ekranizacjach książkowych pierwowzorów.

- Serio? - Lidka spojrzała na brata spode łba.

- Ale o co chodzi? - Chłopak udał niewiniątko.

- Sorry, Lena, że wyciągam prywatę - powiedziała Lidka, a do mnie po chwili dotarło, że mówi właśnie o mnie. - Pani Kasiu, bo Bartek chce, żeby pasowało mu to tematycznie do wczorajszej randki.

- Nieprawda! Po prostu uznałem to za ciekawy temat do rozmów. - Przyłożył jedną dłoń do serca, a drugą skierował prosto we mnie. - Zresztą Lena sprostuje, że to nie są randki.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

- I nie będzie ci przeszkadzać, jeśli o filmach pogadamy w sierpniu? - wtrąciła się do rozmowy Zuza.

Mina Bartka stanowiła jednoznaczną odpowiedź, nawet ja potrafiłam ją zinterpretować.

- Możemy zrobić głosowanie, jeśli wam przeszkadza taki temat - odezwała się pani Kasia, ale Lidka machnęła ręką.

- Niech się już cieszy. Poza tym to wątek, o którym możemy gadać godzinami.

- Znowu się skłócimy - odezwała się Oliwia, po czym popatrzyła na mnie. - Uważam, że skoro to ekranizacja, niech będzie wierna. Koniec, kropka. Tacy cwani i kreatywni, zarabiają kupę szmalu, to niech sobie wymyślają własne opowieści. Jeżeli przenoszą na ekran moją ukochaną książkę, ma być idealnie odwzorowana.

- Jeszcze najlepiej według twoich wyobrażeń.

- Polecam się, Konrad. Mam bujną wyobraźnię.

- Ja z kolei jestem zdania, że filmy to całkowicie osobne historie. Nawet jeśli mówią, że to adaptacja, oddzielam ją od pierwowzoru. Dzięki temu mogę się cieszyć bez denerwowania się, że bohater ma zły kolor włosów albo przejęzyczył się w wypowiedzi.

- Dlaczego powstają ekranizacje? - zapytała pani Kasia po zerknięciu do swojego notatnika.

- To trochę tak, jak Oliwia powiedziała - odezwała się Zuza. - Na miejscu twórców filmowych częściej robiłabym ekranizacje. Podchwycił to Netflix i inne platformy. Sięgają po popularne młodzieżowe książki i tworzą filmy czy seriale. Prosty przepis. Gotowa historia, w dodatku już daje grupę fanów, która z pewnością obejrzy produkcję.

- Uwielbiam Do wszystkich chłopców, których kochałam. To było cudowne! Od razu przeczytałam obie książki, bo trzecią wydali u nas później. Uroczo i śmiesznie, a film idealnie się zgrał z perypetiami książkowymi.

- Kocham to, co zrobili z Szóstką wron. Reinterpretacja, która pasowała, a połączenie dwóch serii w jednym serialu sprawiło, że powiało świeżością.

- Jeszcze pomyślcie nad lekturami szkolnymi. Istna maszynka do robienia pieniędzy.

- Czytaliście Dumę i uprzedzenie? - odezwałam się odważnie. - Powstało już mnóstwo ekranizacji i każda ma w sobie coś wspaniałego, ale myślę teraz szczególnie o tej z bodajże dwa tysiące piątego roku. Nie tylko malownicze widoki, ale też sceny zapierające dech w piersiach. Ta ręka pana Darcy'ego. Sam seks.

Zorientowałam się, że użyłam słowa, którego zwykle nie używałam w rozmowach ani nawet myślach, dlatego od razu spąsowiałam.

- Zgadzam się - dodała Oliwia. - Film nudny jak cholera, sorry, ale tamta scena z ręką zostaje w pamięci, nawet mojej.

- Już nie bądź taka cyniczna - mruknął Konrad.

Przez kilka następnych minut dyskusja w bibliotecznym kąciku skupiła się wyłącznie na prywatnych rozmówkach i docinkach. Pani Kasia musiała przywołać towarzystwo do porządku, żebyśmy mogli się skoncentrować na wspominaniu swoich ulubionych ekranizacji, a złość i żale wylewać na te znienawidzone. Byłam szczęśliwa, bo zgodnie ze swoim maleńkim postanowieniem odezwałam się kilka razy. Oswajałam grupę i było to moim niewielkim powodem do dumy, który zachowam tylko dla siebie.

DALSZA CZĘŚĆ W PEŁNEJ WERSJI