Rozdział I To nie podlega dyskusji
Gdyby nie to przeklęte przeznaczenie, dwudziesty siódmy września dwa tysiące dziewiątego roku - dzień szesnastych urodzin Julka - wyglądałby zupełnie inaczej.
Pewnie też nie kładłby się spać, ale z powodu imprezowania z kolegami, a nie dlatego, że była pełnia księżyca i musiał wraz z ojcem iść na zwyczajowe polowanie. Pewnie uderzałby kijem w piniatę, a nie ostrym mieczem w szyję wroga, który czaił się w wąskiej alejce na bezbronnych śmiertelników. Pewnie po prostu by się bawił, zamiast szkolić się do swojej przyszłej pracy.
A potem stanąłby przed rodzicami, założył kosmyk długich włosów za ucho, wziął głęboki oddech i powiedział to samo, co zamierzał powiedzieć teraz. Tyle że nie miałby z tyłu głowy myśli, że właśnie próbuje zrujnować ustalony wiele wieków temu porządek, oszukać bogów i nagiąć prawa rządzące całym światem.
- Idź spać, zamiast gadać głupoty - fuknęła na niego matka, przecierając zmęczone oczy. - Dziewczyna, też wymyślił - dodała i prychnęła pod nosem.
- Mówię poważnie - niemal jęknął.
- Julek, ja cię proszę - powiedział ojciec, wywracając oczami.
- Ale, tato...
- Żadnego "ale" - przerwał mu. - Dobrze wiesz, że to nie podlega dyskusji.
- Co nie podlega dyskusji? - spytał żałośnie. - To, że nigdy nie uważałam się za chłopaka, że nigdy nie byłam chłopakiem? Że nie chcę być żadnym pogromcą, że...
- Tak, właśnie to. I nie wydurniaj się z tym "byłam" - dodał.
Julek - który Julkiem wcale się nie czuł - popatrzył po swoich rodzicach, wypuszczając powoli powietrze.
Wiedział... wiedziała, że tak będzie. Wyjście z szafy nie należało do najłatwiejszych zadań nawet dla zwykłych ludzi, których przeznaczenia nie dyktowały żadne wyższe byty. Oni też często spotykali się z niezrozumieniem, pogardą i niedowierzaniem. Ich też odrzucano, odpychano, negowano ich słowa i ignorowano uczucia, uważając genitalia za jedyny i nieomylny wyznacznik płci. Co więc miała powiedzieć ona - ona, nie on! Od zawsze posiadała zdolności, które skazywały ją na odgrywanie roli mężczyzny niezależnie od tego, kim była w rzeczywistości.
- Kiedy ja naprawdę... - spróbowała znowu, usiłując opanować drżenie głosu. - To nie tak, że coś sobie wymyśliłam, to się nie zaczęło wczoraj...
- Przestań. - Matka machnęła ręką. - Idź spać i zastanów się nad sobą. Wrócimy do tego rano.
Przełknęła ślinę. Jej ramiona opadły, plecy zgarbiły się, a pięści rozluźniły.
- Jasne - mruknęła z rezygnacją, po czym powoli odwróciła się i ruszyła w stronę schodów prowadzących do jej pokoju na piętrze.
Oczywiście, że jej nie rozumieli. Nawet sama siebie nie rozumiała, więc jak mogła liczyć na to, że pojmą ją przedstawiciele starszego pokolenia, wychowani w poszanowaniu dla prostych, dawno ustalonych zasad?
Perun, bóg burz i piorunów, stworzyciel lądu, obdarzał swą mocą mężczyzn, by walczyli z wampirami, nie dopuszczając do zagłady ludzkości. Każdy otrzymywał jedną konkretną moc, nadnaturalną zdolność, która miała pomagać w walce. Jedni dostawali supersiłę, inni telekinezę, jeszcze inni władzę nad ogniem. Możliwości było mnóstwo, ale nie dało się wybrać samodzielnie.
Weles, bóg wody i pan zaświatów, udzielał swego błogosławieństwa wybranym kobietom, dzięki czemu te wchodziły w posiadanie zdolności magicznych. Były to jednak zdolności zupełnie inne niż te od Peruna. Bardziej ogólne, zwykle rytualne, a rozwijane samodzielnie w wybranych przez siebie kierunkach. By czarownice mogły wspierać i pomagać tym, których uważały za wartościowych.
Tak było od zawsze, a teraz ona - Hanna, nie Julian Maliniak - próbowała to zburzyć tylko dlatego, że...
No właśnie, dlaczego?
Dlatego, że to, co mam w głowie, nie pasuje do tego, co mam między nogami - stwierdziła w myślach. - Nigdy nie pasowało i nigdy nie będzie pasować. Ale nikogo to nie obchodzi.
Pociągnęła nosem, zamykając za sobą drzwi. Położyła się na łóżku, wtuliła twarz w prześcieradło i nakryła głowę poduszką, by nikt nie usłyszał jej płaczu.
Pewnie, że nikogo to nie obchodzi... W końcu mam tę przeklętą moc. Błogosławieństwo Peruna, ha, też mi błogosławieństwo, podła klątwa! Ale Peruna, nie Welesa, więc muszę być chłopakiem. Nie ma innej opcji. Bogowie, czemu mnie taką stworzyliście?!
Czy miała jakieś alternatywy? Tego nie wiedziała. Przez jakiś czas łudziła się, że może rodzice ją zrozumieją, że wymyślą jakieś wyjście z tej sytuacji. Ci jednak nie tylko jej nie zaakceptowali, ale nawet nie potraktowali poważnie.
Na co liczyła? To nie do rodziców należała decyzja, że skoro Julek przyznał się do bycia Hanią, to od teraz może porzucić misję pogromcy i rozpocząć życie jako czarownica. Jeśli ktokolwiek mógł to zrobić, to tylko bogowie.
Ale czy oni w ogóle istnieją? Może nie ma tam nikogo, a ta niby-religia to tylko wymysł, mający na celu zniewolenie nas? O, bogowie... jeśli w ogóle tam jesteście... wysłuchajcie mnie, pomóżcie mi, proszę, błagam! Czemu daliście mi to przeklęte ciało? Jeśli nie możecie zmienić mojego życia, pozwólcie mi... rzucić wszystko w diabły i być nikim!
***
- Krążę, krążę dookoła, o przybycie bogów wołam - powiedziała cicho Bożena, obracając się wolno wokół własnej osi. W rękach trzymała ceramiczną miskę, z której unosił się dym żywicznego kadzidła. - Magiczny krąg zataczam, duchy przodków zapraszam.
Usiadła na ziemi i odłożyła miskę na leżącą przed nią drewnianą tacę. Odetchnęła głęboko, a potem przysunęła do siebie moździerz oraz słoiczki z ziołami.
- Bogowie, daliście mi syna. Perunie, pobłogosławiłeś mego syna. Syn jest synem i zawsze nim będzie. Niech i on o tym pamięta. Niech przestanie wprowadzać zamęt do naszego domu. Niech ponownie zapanuje spokój - szepnęła.
Nie to, że wierzyła w osobowego Peruna czy innych bogów; nigdy ich tak nie traktowała. To jednak nie przeszkadzało jej zwracać się do nich w czasie rytuałów. Do kogoś przecież musiała.
- Kozłek dla spokoju ducha - oznajmiła, biorąc szczyptę suszonego kłącza i przesypując do moździerza. - Buzdyganek dla męskości. - Wzięła szczyptę z drugiego słoiczka. - Piołun dla rozsądku. Mięta dla oczyszczenia. I... - zawahała się, ale po chwili kontynuowała: - I czarcie ziele, ponieważ wiem, co najlepsze dla naszej rodziny.
Tego ostatniego dodała tylko odrobinę. Nie chodziło w końcu o otrucie kogokolwiek, a o rzucenie zaklęcia na nagięcie woli i podporządkowanie się.
Tak naprawdę miała wątpliwości, czy jej czary cokolwiek dadzą. Gdyby Julek dostał jakąś normalną zdolność... Ale nie. Gdy inni pogromcy władali ogniem, podnosili samochody albo czytali w myślach, jej syn posiadał tarczę ochronną, która uniemożliwiała użycie na nim jakiejkolwiek innej mocy. Nienawidziła tego z całego serca. Mimo to próbowała.
Zamknęła oczy, wdychając zapach kadzidła, a po chwili wzięła moździerz i tłuczek, by dokładnie sproszkować i zmieszać ze sobą wszystkie wybrane zioła.
- Oto przyprawa na jutrzejsze śniadanie - wyrecytowała. - Taka moja wola. Niechaj tak się stanie - zakończyła.
***
- I co? - spytała mama zamiast powitania, gdy Hania zeszła na śniadanie. - Zastanowiłeś się nad sobą? Przeszły ci te głupie pomysły?
- To nie są głupie pomysły - powiedziała Hania cicho, wbijając wzrok w swoje stopy, w jej oczach stanowczo zbyt duże jak na dziewczynę. - Ja naprawdę...
- Nonsens - przerwała jej. - Kiedyś było: "mamo, tato, jestem gejem", ale przestało robić wrażenie, to młodzież wymyśliła sobie: "mamo, tato, jestem córką, nie synem". Wszystko dla zwrócenia uwagi. Czego ci tu niby brakuje? Za co się na nas wyżywasz?
- Bożenko, spokojnie - odezwał się ojciec, przełykając kęs naleśnika. - Może zacznijmy inaczej. - Spojrzał na Hanię. - Powiedz, jak ty to sobie wyobrażasz? Jesteś moim dziedzicem. Każdy pogromca może mieć tylko jednego. Ja mam ciebie. Linia nie może tak po prostu się urwać, chyba że wszyscy zginiemy.
- Wiem - jęknęła Hania piskliwie. - Po prostu... wolałabym być czarownicą - oznajmiła prawie szeptem.
- Bo co, bo nie chce ci się trenować, tak? - podjęła matka. - Zawsze byłeś strasznym leniem - dodała z naciskiem na czasownik, jakby chciała podkreślić w ten sposób, że nie będzie akceptowała żeńskiej formy, ale nie ma ochoty tego komentować w tym momencie.
- Wcale nie, ja...
- Oczywiście, że tak. Ojciec dawno już wspominał, że się nie przykładasz.
Spostrzeżenie było trafne. Hania rzeczywiście nie chciała trenować fizycznie, jednak nie było to spowodowane lenistwem. Jej problem stanowiły mięśnie. Nie chciała wyglądać jak mężczyzna; nie chciała mieć muskułów, szerokiej klatki piersiowej, mocnego karku... Bała się, że jeśli przyłoży się do ćwiczeń, jej ciało będzie przerażać ją jeszcze bardziej niż teraz.
- No jedz, na co czekasz? - ponagliła ją matka. - I pij herbatę, bo wystygnie.
Hania się skuliła. Tego też nie chciała; tak naprawdę bała się przybrać na wadze w jakikolwiek sposób. Dopóki utrzymywała szczupłą sylwetkę, było źle, ale nie tragicznie. Upiła jedynie łyk napoju.
- Nie jestem głodna - oznajmiła prawie szeptem.
- Pewnie, pluj na wszystko, co dla ciebie robimy.
- Nie pluję, ja... uch...
Wzięła głęboki wdech, po czym nałożyła sobie na talerz kromkę suchego pieczywa.
- Nazywasz to śniadaniem? Weź też pomidory - naciskała matka, podsuwając talerz bliżej z dziwnie natarczywym wzrokiem.
- Daj mu spokój - rzekł ojciec z westchnieniem. - Niech je, co chce. Jest prawie dorosły. Będzie głodny, to sobie weźmie.
- No, ale wyraźnie domaga się uwagi. Więc proszę, daję mu swoją uwagę - oświadczyła i spojrzała z powrotem na Hanię, która w końcu nałożyła na chleb plaster obsypanego ziołami warzywa.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale mężczyzna odezwał się pierwszy.
- Coś w tym jest - powiedział. - Może naprawdę czegoś ci brakuje, Julek? Jak chcesz, to zrób sobie przerwę w treningach i polowaniach. Powiedzmy... tydzień. Zamiast tego możemy jechać w sobotę na ryby, chcesz?
- Chcę tylko, żebyście... żebyście pozwolili mi być dziewczyną - rzekła Hania, nie odwracając wzroku od pomidorów. Smakowały gorzko. Zupełnie jak ta rozmowa. Przełknęła ślinę; głos jej drżał. - Nie chodzi mi o uwagę.
- Dobrze wiesz, że tak się nie da. Urodziłeś się z mocą pogromcy, więc jesteś pogromcą. I jest na to kilka dowodów, na przykład to, że twoja mama dostała moce, gdy była w ciąży.
- Tak, wiem, po prostu...
- Po prostu jesteś leniem śmierdzącym - stwierdziła matka. - Przestań wymyślać. Jeśli ojciec się zgadza, to pewnie, możesz sobie zrobić tę przerwę, ale potem...
- Nie o to mi chodzi! - Hania półświadomie niemal krzyknęła. - Dlaczego wy mnie w ogóle nie słuchacie? Nie chcę przerwy, nie wołam o uwagę, ja po prostu nie jestem "Julek"! I nigdy nie byłam! - zawołała łamiącym się głosem. - Nie chcę przerwy, chcę być sobą, na Welesa!
- Do pokoju - fuknęła matka lodowatym tonem. - Natychmiast. Jeśli wolisz pyskować, zamiast jeść, to nie będzie ani jednego, ani drugiego. Wyjdź.
- Pewnie, że wyjdę!
Hania prędko wstała z miejsca i wybiegła z kuchni.
Rodzice jej nienawidzili, to było pewniejsze niż fakt, że czuła się teraz jak najgorszy śmieć. Nie obchodziła ich. Jej uczucia były ostatnim, co ich interesowało; istniało tylko przeznaczenie i stary porządek, do którego przywykli.
Zatrzasnęła za sobą drzwi pokoju i oparła się o nie, usiłując pohamować głośny szloch. Przecież zdawała sobie sprawę, że będzie trudno. Nie wiedziała nawet, czego innego mogłaby oczekiwać. Na co więc miała nadzieję?
Obrzuciła zrozpaczonym spojrzeniem pomieszczenie, w którym mieszkała od urodzenia. Zielone ściany, meble z jasnego drewna, stary komputer na biurku, szkolne książki na półkach... Jedynie przewieszona przez oparcie krzesła granatowa bluza, wciśnięty w kąt szkolny plecak i rozrzucone na komodzie papiery świadczyły o tym, że ktoś rzeczywiście żył tu na stałe. Nie było plakatów ulubionych zespołów czy sportowców przyklejonych taśmą do ściany, zdjęć w ramkach, nawet rzuconego niedbale sprzętu do ćwiczeń.
To nie jest mój pokój. To pokój moich rodziców, ja tu tylko śpię.
Kiedy była młodsza, zatrzymywała się przy witrynach sklepów z zabawkami i patrzyła na lalki z taką tęsknotą, jakby za szybą stał fragment świata, do którego nie miała wstępu. Marzyła choć o małej kolekcji. Wyobrażała sobie, że stoją na półce nad jej łóżkiem, że czesze ich włosy i nadaje im imiona.
Z czasem marzenia zaczęły boleć. Coraz dotkliwiej odczuwała, że z tym ciałem coś jest nie tak, jak powinno. Czuła się w nim obco, jakby ktoś źle dopasował skórę. Zdarzały się chwile, gdy ogarniała ją tak silna rozpacz, że pragnęła rozszarpać je na strzępy gołymi rękami, byle tylko przestać w nim tkwić.
Nie miała nikogo, komu mogłaby o tym powiedzieć. Nie miała rodzeństwa, kuzynów widywała rzadko, dziadkowie od strony matki mieszkali po drugiej stronie kraju i nigdy nie byli z Hanią szczególnie blisko. Ci od strony ojca zginęli z rąk wampirów. Do tej pory nikt nie wiedział, co dzieje się w jej wnętrzu.
W końcu przestała marzyć o zmianach. O porcelanowych lalkach i książkach, które naprawdę chciała czytać. Bezpieczniej było nie dać po sobie niczego poznać.
- A co by się stało, gdybym był dziewczynką? - spytał, siedząc na kolanach babci i ozdabiając ciastka.
Miał tylko sześć lat, ale już wtedy chętniej bawił się w dom niż w strzelanki i wolał spędzać czas z babcią w kuchni, niż biegać z drewnianym mieczem.
- Och, kochanie. - Babcia zaśmiała się cicho. - Kochalibyśmy cię tak samo.
- Mama i tata też? - dopytywał. - Kiedyś mówili, że to dobrze, że jestem chłopcem.
Kobieta, która nie wyglądała na dużo starszą od jego mamy, spoważniała i westchnęła krótko. Odstawiła na stół polewę, którą malowała na ciastkach specjalny symbol: krzyżyk oraz cztery przekrzywione kwadraty. Nazywała to znakiem Mokoszy, bogini ziemi.
- Mama i tata też - oznajmiła, ale jej głos nie był już taki stanowczy.
- A jeśli nie? - Julek odłożył cukrowe gwiazdeczki, które układał na środku każdego kwadracika, i odwrócił się bokiem, by popatrzeć babci w oczy. - Co by się ze mną stało, gdyby mnie nie kochali? Wyrzuciliby mnie do śmieci?
- My byśmy cię kochali, skarbie - zapewniła i rozciągnęła usta w lekkim uśmiechu. - Gdyby rodzice cię nie chcieli, bo byłbyś dziewczynką, po prostu mieszkałbyś u nas. Może nawet od samego początku.
- Aha... - Zastanowił się chwilę. - A jak miałbym na imię? Julka?
- Hania - odparła bez namysłu. - Zawsze chciałam mieć wnuczkę Hanię.
- Hania... - powtórzył powoli. - Podoba mi się. Chciałbym mieć na imię Hania.
Hania osunęła się na podłogę i wtuliła mokrą od łez twarz we własne kolana. Nie miała teraz nikogo, komu mogłaby się wyżalić.
Pociągnęła nosem, na chwilę podnosząc głowę; jej wzrok padł na czarny plecak.
A gdyby faktycznie rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady...?
Westchnęła, przecierając oczy. Owszem, byłoby miło, lecz miała tylko szesnaście lat, a do tego, mimo wszystko, musiała wypełniać misję, której tak nienawidziła. Rodzice nie kłamali; miała obowiązki i powinna przedłożyć je ponad własny komfort czy nawet zdrowie psychiczne.
Nikogo nie interesowało, że przymus walki z wampirami całkowicie ją wykańczał. Nie było ważne, że sobie nie radziła, że w tym wieku powinna już umieć zabijać, a nie tylko nędznie asystować swojemu ojcu; że była bardziej zawadą niż pomocą.
Co by się stało, gdyby zniknęła?
Wiedziała, że gdy w danym sektorze linia pogromców ulegała nagłemu przerwaniu, innemu pogromcy rodził się drugi dziedzic, którego zadaniem było zająć się tym miejscem, gdy dorośnie. Oznaczało to, że w najgorszym wypadku - gdyby jej ojciec zginął - sektor czekało kilka, może kilkanaście lat problemów... ale czym było kilkanaście lat względem nieskończoności?
Świat sobie poradzi. Natura sobie poradzi. Tata też sobie poradzi. Zgłosi do Rady, że stracił dziedzica, a oni coś wymyślą. Gdybym zniknęła, na dłuższą metę nie stałoby się nic złego. Wszyscy tylko by na tym skorzystali, prawda?
Gdy Hania otarła ostatnie łzy i poszła do szkoły, ta myśl tylko się wzmocniła.
Koledzy odzywali się do niej normalnie, nikt jej nie dokuczał, nie stała na pozycji ofiary. Ale nie była też nikim ważnym. Julian Maliniak, uczeń klasy drugiej o profilu biologiczno-chemicznym. Nie był przewodniczącym klasy, kapitanem żadnego klubu ani prymusem kółka matematycznego. Był przeciętnym uczniem, bez przyjaciół ani nawet bliższych kolegów, ale też bez wrogów. Nie sprawiał problemów, nie osiągał sukcesów. Po prostu był.
A Hania?
Hania oficjalnie nie istniała.
Nikt o niej nie wiedział, nie figurowała w dokumentach, nikt nie interesował się tym, jak chciałaby być nazywana. Nikt nie wpadł na to, że przez cały czas czuła ogromny dyskomfort.
Nie chcę tu być, nie mogę tu być, to nie jest moje miejsce! - jęknęła w duchu, wchodząc do męskiej toalety.
Nie mogła jednak iść do damskiej. Musiała zagryźć zęby i załatwić się jak najszybciej - w kabinie, ponieważ nie byłaby w stanie zrobić tego przy pisuarze.
Najgorszą szkolną torturą były lekcje wychowania fizycznego, a konkretniej przebieranie się w strój sportowy wraz z chłopakami z klasy. Hania ledwo hamowała się przed wpadnięciem w panikę za każdym razem, także tego dnia.
Oddychaj i nie patrz na nich, oddychaj i nie patrz, oddychaj i udawaj, że wszystko jest w porządku - powtarzała sobie.
- Zawsze mnie zastanawiało, po co ci ten podkoszulek - odezwał się jeden z kolegów. - Słyszysz? E, Julek!
- Co? - Odwróciła się, zdawszy sobie sprawę, że słowa były skierowane do niej.
- No, zawsze na WF-ie masz ten podkoszulek pod drugim podkoszulkiem. Nie pocisz się w tym jak świnia?
- Eee... - zawahała się, poprawiając koszulkę na ramiączkach, którą rzeczywiście nosiła, ponieważ nie byłaby w stanie rozebrać się do półnaga. - Nie, to właśnie lepiej wchłania pot i mniej śmierdzę - powiedziała, przypominając sobie, co kiedyś przeczytała.
- Serio? - zdziwił się chłopak, ale nie czekał na odpowiedź. - Skoro tak twierdzisz.
Owszem, zadał pytanie z ciekawości, lecz nie czuł zainteresowania dłuższą, prawdziwie szczerą rozmową. Był tylko dalekim kolegą, znajomym z klasy. Jak wszyscy inni.
Hania mogłaby zniknąć - Julek mógłby zniknąć - i nikt by się nie przejął.
***
- Umówiłam cię do fryzjera - oznajmiła oschle matka, gdy usiedli razem do obiadu. - Trzeba ci w końcu ostrzyc te kudły.
- A-ale... - Hania prędko złapała sięgający łopatek ciemnoblond kucyk, jakby ktoś chciał jej go ostrzyc już w tym momencie.
Nie pozbawiajcie mnie chociaż tej jednej rzeczy, proszę! To tylko włosy, wielu chłopaków nosi długie, pozwólcie mi...
- Nie będziesz się w naszym domu przebierał za dziewczynę - powiedziała matka tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Postanowiliśmy z ojcem, że trzeba ci jak najszybciej wybić z głowy te pomysły. Zaczniemy od tego.
- Poza tym długie włosy u pogromcy tylko przeszkadzają - dodał tata. - Są niepraktyczne. Łatwo ich użyć przeciwko tobie w czasie walki.
- Mogę je spinać w koka - rzekła Hania półszeptem.
- Nonsens - prychnęła mama. - Jutro po lekcjach idziesz do salonu. Może jak zobaczysz się z normalną, zadbaną fryzurą, to przejdą ci te wymysły.
- Ale ja nie chcę! - jęknęła. - Lubię mieć długie.
- Nie pytam cię o zdanie, tylko informuję.
- Nigdzie nie pójdę - oświadczyła, zaciskając zęby, by się nie rozpłakać. - Nie proszę was przecież o stanik ani spódnicę...
- Tego by tylko brakowało!
Przełknęła ślinę. Raz w czasie zakupów z matką zobaczyła różową koszulę w kwiaty. Męską, ale w delikatnym kolorze i we wzór, który rzeczywiście jej się podobał. Matka tylko ją ofuknęła. Bo to nie był odpowiedni strój dla pogromcy.
- Po prostu pozwólcie mi nosić długie włosy. Mogę o sobie decydować. Mam szesnaście lat, nie sześć.
- Ale zachowujesz się na sześć - stwierdziła kobieta. - Zresztą, dopóki mieszkasz pod naszym dachem, masz się słuchać. Nie podoba się, to możesz się wynosić.
- Jasne, jak zwykle. - Hania zacisnęła dłonie na sztućcach. - Czy was w ogóle kiedykolwiek obchodziło, jak się czuję? - spytała, wbijając wzrok w talerz z nietkniętym kotletem, rozgrzebanymi ziemniakami i napoczętą mizerią. - Że może... może nie lubię takich kolorów jak wy, może chciałabym się inaczej ubierać, może...
- Marsz do pokoju - przerwała jej matka. - Nie będziesz mówił o sobie jak o dziewczynie w naszej obecności.
Hania bez słowa rzuciła sztućce na talerz, rozpryskując wokół śmietanę i sos. Nie zwróciła na to uwagi; gwałtownie zerwała się z krzesła i pobiegła na górę.
Jej wzrok padł na ściany pokoju. Kilka lat wcześniej, gdy rodzice planowali remont, prosiła o fiolet. Tymczasem gdy pewnego dnia wróciła ze szkoły, zastała pokój pomalowany na zielono. Pamiętała to ukłucie w żołądku, które przyszło wraz ze zrozumieniem, jak niewiele znaczy jej zdanie.
Dość tego. Koniec. Wynoszę się stąd! Wynoszę się na zawsze. "Nie podoba się, to możesz się wynosić"? Doskonale! Nienawidzę ich! Nie obchodzi mnie żadna cholerna misja! Moja noga więcej w tym domu nie postanie!