Córa lasu (Tom 2). Kapłanka chaosu - J. K. Komuda

Kup ebooka

39.90 zł
33.08 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I

Obu­dził mnie dzwo­nek do drzwi. Iry­tu­jący brzę­czyk wi­bro­wał w po­wie­trzu, prze­ga­nia­jąc le­niwy spo­kój. Zwle­kłam się z ka­napy. W tle, na ekra­nie te­le­wi­zora wi­dzia­łam inny pro­gram niż ten, który oglą­da­łam.

Jak długo drze­ma­łam?

Za drzwiami stała Ka­te­lyn, uśmiech­nięta, ubrana w sło­necz­ni­kową su­kienkę.

Do­brze wy­gląda, ale prze­cież mamy je­sień, tro­chę za chłodno na taki strój. No i to zu­peł­nie nie jest w jej gu­ście.

- Spa­łaś? - za­py­tała.

- Chyba tak...

- Wy­cho­dzimy! - za­rzą­dziła. - Wiesz, jak ład­nie jest dzi­siaj na ze­wnątrz?

- Te­raz? - za­py­ta­łam sko­ło­wana. - Która go­dzina?

- Od ty­go­dni prze­kła­da­ły­śmy ten pik­nik! Nie dam się więc zbyć. - Wy­po­wie­działa te słowa z uśmie­chem na twa­rzy, ale wi­dzia­łam, że ją nieco zi­ry­to­wa­łam. - Ubie­raj się i idziemy. - Po­pchnęła mnie zde­cy­do­wa­nie w stronę szafy.

Chwilę póź­niej sie­dzia­ły­śmy już na czer­wono-bia­łym ko­cyku w kratę. Wo­kół nie było ni­kogo, tylko my. Straszny upał. Dla­czego są­dzi­łam, że jest je­sień, choć ewi­dent­nie był śro­dek lata? Czemu Ka­te­lyn nie po­wstrzy­mała mnie od wło­że­nia skó­rza­nej kurtki i dłu­gich spodni?

Za­raz się ugo­tuję!

By­ły­śmy w parku, który z tego, co ko­ja­rzy­łam, parę lat temu zrów­nano z zie­mią i prze­isto­czono w no­wo­cze­sną miesz­ka­niówkę. Czy­ta­łam o tym w lo­kal­nych wia­do­mo­ściach. Wciąż pa­mię­ta­łam, jak było mi smutno z tego po­wodu. Bo­wiem w tym miej­scu jako dziecko wie­lo­krot­nie się ba­wi­łam. Kie­dyś miesz­ka­łam w po­bliżu - bie­ga­łam klo­no­wymi ale­jami, wdra­py­wa­łam się na co przy­stęp­niej­sze drzewa, a w krza­kach two­rzy­łam tajne bazy.

Czy to moż­liwe, że jed­nak go nie zli­kwi­do­wali? Może ar­ty­kuł do­ty­czył in­nego parku? Tylko że ja by­łam prze­cież tego pewna...

- Po­dasz mi po­ma­rań­cze? To je obiorę - za­szcze­bio­tała Ka­te­lyn, trzy­ma­jąc w pra­wej ręce nóż.

Czemu ona dzi­siaj taka szczę­śliwa? Po­ma­rań­cze? La­tem? I skąd wziął się ten wi­kli­nowy ko­szyk? Nie ko­ja­rzę, że­by­śmy go tu przy­nio­sły... Otwo­rzy­łam jego klapy w po­szu­ki­wa­niu cy­tru­sów, ale nie było ich tam. W grun­cie rze­czy to nie było ni­czego poza paczką pa­pie­ro­sów - zmarsz­czy­łam brwi - która była cał­ko­wi­cie mo­kra.

- Skom­laj o ła­skę. - Usły­sza­łam za ple­cami ni­ski, chro­po­waty dam­ski głos, który z pew­no­ścią nie na­le­żał do mo­jej przy­ja­ciółki.

Ob­ró­ci­łam się gwał­tow­nie. Na kocu nie sie­działa Ka­te­lyn ani żadna inna ko­bieta, tylko czar­no­włosy męż­czy­zna o bla­dej ce­rze. Wy­da­wał się dziw­nie zna­jomy, choć by­łam pewna, że ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łam tych zim­nych, ciem­nych oczu. Za­pa­mię­ta­ła­bym je...

Na­chy­lił się w moją stronę, dzier­żąc ten sam nóż, któ­rym jesz­cze przed chwilą miały być ob­rane nie­ist­nie­jące po­ma­rań­cze. Od­ru­chowo pró­bo­wa­łam się od­su­nąć, ale za­nim wy­ko­na­łam ja­ki­kol­wiek ruch, zdą­żył się za­mach­nąć i wy­ce­lo­wać we mnie ostrzem. Za­ci­snę­łam po­wieki.

- Od­daję ci się. - Usły­sza­łam głos, który do­brze zna­łam, ale nie by­łam pewna skąd.

Chwilę póź­niej za­sma­ko­wa­łam peł­nych ust i me­ta­licz­nej krwi. Pod po­wie­kami prze­le­ciały mi roz­ma­zane ob­razy, jakby wspo­mnie­nia, ale ja­kieś obce... ra­czej nie moje.

Serce za­ło­mo­tało szyb­ciej. Oczy­wi­ście, że go zna­łam. To ten chło­pak z baru, który nie chciał ni­czego za­mó­wić. Po­czu­łam, jak mnie po­py­cha z ca­łej siły, by po­wa­lić i przy­gwoź­dzić do pod­łoża.

Otwo­rzy­łam oczy i na­cisk znik­nął, na­past­nik też...? Ale jak to?

Zdez­o­rien­to­wana za­czę­łam się roz­glą­dać, by od­kryć, że znowu mi coś umknęło... Wcale nie le­ża­łam na kocu na tra­wie, tylko na łóżku z bal­da­chi­mem.

Łóżko po­środku parku?! Co do ja­snej cho­lery?!

Chcia­łam z niego zejść jak naj­szyb­ciej i za­cząć ucie­kać - sama nie wiem przed czym, ale działo się tu­taj ewi­dent­nie coś dziw­nego. Za­nim jed­nak wy­ko­na­łam ja­ki­kol­wiek ruch, ktoś zła­pał mnie za ra­mię.

Czar­no­włosy męż­czy­zna wciąż tu był?!

Silne dło­nie oplo­tły mnie i po­cią­gnęły z po­wro­tem na łoże. Do­tyk ten był jed­nak zgoła inny od po­przed­niego.

Piękna, nie­ludzko wy­glą­da­jąca istota po­gła­dziła mnie po po­liczku. Szczu­płą twarz po­staci oka­lały dłu­gie, pro­ste, śnież­no­białe włosy, spod któ­rych wy­sta­wały pi­ku­jące ku gó­rze uszy. Lekko sko­śne, szma­rag­dowe oczy spra­wiały wra­że­nie roz­ba­wio­nych.

Był ide­alny. Cały mój strach ulot­nił się w jed­nej chwili. Ktoś tak piękny nie mógł być prze­cież zły... Czyż nie?

- Po­ca­łuj mnie, złotko - szep­nął osob­nik.

Chwy­ci­łam go za czarną ko­szulę, któ­rej da­ła­bym słowo jesz­cze przed chwilą na so­bie nie miał, przy­cią­gnę­łam do sie­bie i zło­ży­łam po­ca­łu­nek na jego cien­kich ustach.

Co ja ro­bię?!

On tylko na to cze­kał. Ca­ło­wał piesz­czo­tli­wie, tak że nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, z kim by­łam, choć nie wie­dzia­łam, skąd go zna­łam...

Czy to miało ja­ki­kol­wiek sens?

Za­mknę­łam oczy i za­czę­łam chło­nąć ten długo wy­cze­ki­wany po­ca­łu­nek.

Długo wy­cze­ki­wany?

Po­pchnął mnie na po­duszki, a jego usta stały się na­tar­czywe, na­chalne i przy­znaję, że w ja­kiś spo­sób mi to po­chle­biało. Unio­słam po­wieki. Czarne oczy... pa­trzyły na mnie z pra­gnie­niem.

Dla­czego wcze­śniej tego nie do­strze­głam?

Po­je­dyn­cze zimne kro­ple zbłą­dziły na moje roz­grzane po­liczki.

Deszcz? Noc?

Kiedy zro­biło się tak późno?

Nad na­szymi gło­wami zwi­sało roz­złosz­czone, ciemne niebo. Za­grzmiało. Po­ściel za­częła na­sią­kać wodą w eks­pre­so­wym tem­pie. Mia­łam wra­że­nie, że za­raz w niej utonę - serce ło­mo­tało mi ze stra­chu - choć myśl ta nie miała żad­nego sensu.

Czar­no­włosy po­chy­lał się nade mną z pa­skud­nym uśmie­chem. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się triumf. Po­dą­ży­łam za jego spoj­rze­niem... Z mo­jej klatki pier­sio­wej wy­sta­wał nóż, a lepka, bor­dowa ciecz za­le­wała ubra­nie!

Ale jak to?!

Chwy­ci­łam za rę­ko­jeść i za­ci­snę­łam po­wieki go­towa na nad­cho­dzący ból.

Wy­cią­gnę­łam ostrze, otwo­rzy­łam oczy i uj­rza­łam, że już nie le­ża­łam, a sie­dzia­łam okra­kiem na po­pie­la­to­wło­sej elfce...

Przy­gwoź­dzi­łam ją do twar­dej, chro­po­wa­tej ziemi. Jej nie­bie­skie oczy były za­mglone, a może nie? Może szkli­ste? Ucho­dziło z nich ży­cie.

Unio­słam dłoń i wbi­łam szty­let jesz­cze raz. Wcho­dził gładko, skóra nie sta­wiała oporu. Po kilku se­kun­dach po­wtó­rzy­łam tę czyn­ność. Krew try­snęła. Obry­zgała mi twarz. Skle­iła włosy. Me­ta­liczny za­pach ude­rzył w noz­drza. Było duszno, lepko, brudno i cie­pło.

Szum zło­ści ki­piał mi w gło­wie, bu­zo­wała we mnie nie­na­wiść...

To nie mo­głam być ja. To nie moje uczu­cia! Ja bym ni­gdy...! To nie ja oka­le­czy­łam to mar­twe ciało! To nie ja ją za­bi­łam! Ale to moje dło­nie dzier­żyły nóż.

Bła­gam niech to się skoń­czy!

Otwo­rzy­łam usta, chcia­łam krzy­czeć, wo­łać o po­moc, ale wy­darł się z nich tylko hi­ste­ryczny śmiech.

Ze­rwa­łam się jak opa­rzona. Serce wy­ry­wało mi się spo­mię­dzy że­ber. Ro­zej­rza­łam się.

Gdzie je­stem? Co to za po­kój?!

Po chwili wszystko za­częło się ukła­dać, wra­cać na miej­sce. To był sen. Kosz­mar. Pa­skudny, ob­le­śny, taki co zo­sta­nie jesz­cze na długo w mo­jej gło­wie. Ko­lejny. Wes­tchnę­łam. Usia­dłam po­woli na łóżku. By­łam w swo­jej kwa­te­rze, w tym prze­klę­tym le­sie.

Skąd mi się wziął ten park? Nie by­łam w nim od wie­ków. Dla­czego aku­rat on mi się przy­śnił?

I ta elfka... Co noc wi­dzę jej twarz, jej pu­ste oczy... Kim ona jest, że nie daje mi spo­koju? Prze­cze­sa­łam dło­nią włosy.

Za­raz! La­wina wspo­mnień zwa­liła mi się na głowę. Wszyst­kie wy­da­rze­nia z ulew­nej nocy prze­mknęły przed oczami - ucieczka od tań­czą­cych w nar­ko­tycz­nym tran­sie bie­siad­ni­ków, atak ze strony elfki, ból, ciemna, za­tę­chła ja­ski­nia, strach przed śmier­cią i Sheut za­bi­ja­jący na­past­niczkę... Nie... ra­tu­jący mnie.

Za­raz... Sheut! Wła­śnie! Gdzie jest Sheut?! Ro­zej­rza­łam się. Nie ma go! Za­brali go!

Ru­szy­łam bie­giem do drzwi.

Roz­dział II

Otwo­rzy­łam oczy. Obu­dził mnie stu­kot cy­no­wych na­czyń obi­ja­ją­cych się na tacy. Jak to?! Ko­lejny sen?! Prze­tar­łam spo­cone czoło i ro­zej­rza­łam się z pa­niką w oczach.

Gdzie on jest?!

- Śnia­da­nie, pani - przy­wo­łał mnie chłod­nym to­nem.

Jest! Ode­tchnę­łam.

Lep­kie od ukropu po­wie­trze wy­peł­niło płuca. Uff! Już nie śni­łam - tym ra­zem to pewne - tej du­choty nie można było po­my­lić z ni­czym in­nym. Nie dało się jej so­bie tak po pro­stu wy­obra­zić, bo skwar był nie do opi­sa­nia. Wszystko było kle­iste i ta­kie le­niwe. Go­rąco wle­wało się przez za­sło­nięte li­ścia­stymi fi­ra­nami okno. Grube żyły zie­lo­nych płacht od­zna­czały się wy­raź­nie na ich bło­nach.

Las Pół­nocny nie znał in­nej po­gody niż upał, za­duch, go­rąc czy skwar. Mimo to zdą­ży­łam już po­lu­bić tu­tej­szy kli­mat. Cie­pło za­zwy­czaj tłu­mione było przez ko­rony drzew, a lekki wia­te­rek niósł orzeź­wie­nie. Tylko w ostat­nich dniach bra­ko­wało rze­czo­nego wia­tru, przez co trudno było wy­trzy­mać. Mimo wszystko i tak wo­la­łam ten kli­mat od prze­pla­ta­ją­cych się śnie­giem, mro­kiem i zim­nem pór roku.

Nie­przy­jemne były tu­taj je­dy­nie te spo­ra­dyczne, ulewne desz­cze, które wy­glą­dały tak, jakby świat miał się za­raz skoń­czyć. To cud, że nie po­czy­niły one do tej pory żad­nych więk­szych znisz­czeń w oko­licy.

Elfy wie­rzą, iż to Serce Lasu chroni osadę przed wszel­kim złem i nie­do­stat­kiem. Mó­wią, że to naj­star­sze i naj­więk­sze drzewo w oko­licy ma ma­giczne wła­ści­wo­ści - nie tylko jest ich do­mem, opoką, ale też ob­da­rza ich dłu­go­wiecz­no­ścią. Ro­ślina w po­dzięce za spra­wo­waną nad nią opiekę ob­da­rza elfy do­brym zdro­wiem i dłu­gim, nad wy­raz dłu­gim ży­wo­tem.

Prze­ka­zy­wane przez służbę Sheu­towi na­czy­nia po­now­nie za­brzę­czały i wy­rwały mnie z za­my­śle­nia.

Od trzech ty­go­dni każdy dzień wy­glą­dał tak samo. Bu­dziły mnie albo kosz­mary, albo służba, która przy­no­siła po­siłki. Za­wsze byli to ci sami lu­dzie, któ­rzy ni­gdy nie wda­wali się w roz­mowę. Każda próba wy­łu­dze­nia od nich ja­kich­kol­wiek in­for­ma­cji speł­zała na ni­czym. To pewne, że otrzy­mali za­kaz ko­mu­ni­ko­wa­nia się z nami. Mieli do­star­czać tylko nie­zbędne do zdro­wego funk­cjo­no­wa­nia rze­czy - żyw­ność, środki hi­gie­niczne, a z po­czątku także leki i ban­daże. Na szczę­ście te ostat­nie nie były już po­trzebne, bo więk­szość ran i ob­ra­żeń zdą­żyła się za­goić.

Trzy ty­go­dnie - tak długo sie­dzie­li­śmy już za­mknięci w mo­jej, na­szej, kwa­te­rze. Od mo­mentu fe­ral­nej nocy, kiedy to Sheut za­mor­do­wał elfkę z Lasu Środ­ko­wego, nie po­zwo­lono nam prze­kro­czyć progu tego lo­kum na­wet raz. Przed drzwiami po­sta­wiono straż, która za­cho­wy­wała się tak ci­cho, że zda­rzało mi się za­po­mnieć o jej ist­nie­niu, ale nie o tym, że zo­sta­łam tu uwię­ziona. O tym nie dało się prze­stać my­śleć.

- Pani. - Słu­żąca, za­nie­dbana, ni­jaka ko­bieta w śred­nim wieku, po­kło­niła się przede mną i wy­co­fała z po­miesz­cze­nia.

Usia­dłam na łóżku, opar­łam łok­cie na ko­la­nach i po­tar­łam czoło.

Sie­dze­nie w za­mknię­ciu da­wało mi się we znaki. W pierw­szym ty­go­dniu wy­pa­li­łam wszyst­kie po­zo­stałe pa­pie­rosy z mo­jego po­przed­niego ży­cia. Na­siąk­nięte desz­czem prze­le­żały w szu­fla­dzie od­po­wied­nio długo, by naj­pierw za­tęch­nąć, a po­tem wy­schnąć. Wciąż jed­nak były lep­sze niż nic. Trzy­ma­łam je niby na czarną go­dzinę, ale czy może być jesz­cze ja­kaś czar­niej­sza niż ta, w któ­rej ocze­kuje się na śmierć?

Z cza­sem co­raz mrocz­niej­sze ob­razy na­wie­dzały moje my­śli. Z po­czątku du­siły mnie tylko wie­czo­rami, nie po­zwa­lały za­snąć. Póź­niej wsiąk­nęły do mo­ich snów, do­kład­nie tak jak dzi­siaj. Two­rzyły ma­ka­bryczne wi­zje, tak przy­kre, że nie chcia­łam wy­po­wia­dać ich na głos w oba­wie, że mo­głyby się zi­ścić. Były ze mną cały czas - bu­dzi­łam się z nimi i ja­dłam, prze­wi­ja­jąc je w my­ślach. A w bez­czyn­no­ści od­twa­rza­łam je po­now­nie. Ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie opcje, wszyst­kie za­koń­cze­nia, tylko po to, by nie znaj­dy­wać żad­nych od­po­wie­dzi i każ­dego dnia za­sy­piać z tymi sa­mymi py­ta­niami za­snu­wa­ją­cymi mi oczy. Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że udu­szą mnie w nocy. Ale to nie­prawda - czło­wiek to bar­dzo silne stwo­rze­nie - jest w sta­nie znieść znacz­nie wię­cej, niż mu się wy­daje. Samo my­śle­nie ni­kogo jesz­cze nie za­biło. Zresztą po co się tak przed­wcze­śnie wy­chy­lać? Mu­sia­łam tylko za­cze­kać dzień, dwa, może ty­dzień, i elfy same mnie do­biją.

Pro­ces Spra­wie­dli­wych, na który cze­ka­li­śmy, po­wi­nien od­być się już dawno - tak do­kład­niej to 19 dni temu. Ne­storka Sy­nów i Cór Lasu Pół­noc­nego przy­stała na niego nie­chęt­nie. Praw­do­po­dob­nie tylko dla­tego, że mie­li­śmy świadka - jej syna, je­dy­nego na­stępcę, mo­jego pry­wat­nego na­uczy­ciela i drę­czy­ciela w jed­nym - Shiro. Gdyby nie jego obec­ność, zo­sta­li­by­śmy z Sheu­tem za­szlach­to­wani jak pro­siaki w dniu uboju świń. Jed­nakże elfy lu­bią za­sady, lu­bią je tak bar­dzo, że na­wet ich przy­wód­czyni nie może ro­bić tego, co jej się żyw­nie po­doba.

W jej oczach je­ste­śmy tylko dwójką plu­ga­wych lu­dzi, ale w świe­tle ich­niego prawa je­stem he­ge­mo­nem. Obroń­czy­nią osady (jak­kol­wiek ab­sur­dal­nie by to nie brzmiało), choć w obec­nych cza­sach jest to ra­czej po­zy­cja czy­sto re­pre­zen­ta­tywna. Sheut na­to­miast jest moim za­bójcą - wo­jow­ni­kiem. A w wol­nych chwi­lach (czyli prze­waż­nie) słu­żą­cym, który teo­re­tycz­nie po­wi­nien wy­ko­ny­wać każde moje po­le­ce­nie.

Ozna­czało to tyle, że w el­fiej spo­łecz­no­ści pia­sto­wa­łam wy­so­kie i po­wa­żane sta­no­wi­sko. I je­śli ktoś z in­nej osady miał w pla­nach ukró­cić moje ży­cie, a mój sługa temu za­po­biegł, to zna­czy, że wy­ko­nał wła­ści­wie swoją ro­botę. Szko­puł w tym, że el­fie ży­cie stoi po­nad tym ludz­kim. A Sheut za­bił elfkę w mo­jej obro­nie, a ja prze­cież je­stem tylko czło­wie­kiem.

Nie są­dzę, by ja­kie­kol­wiek sta­ro­żytne za­pi­ski prze­wi­dy­wały, co uczy­nić z de­li­kwen­tami ta­kimi jak my.

Czy to dla­tego ocze­ki­wa­nia na pro­ces trwały tak długo? Czy może przy­go­to­wa­nia do na­szej eg­ze­ku­cji oka­zały się bar­dziej cza­so­chłonne, niż prze­wi­dy­wała to na po­czątku ne­storka?

Do tej pory, kiedy my­ślę o tym, co mi się tu­taj przy­tra­fiło, to wy­daje mi się, że za­pa­dłam w śpiączkę i chorą wi­zję umie­ra­ją­cego umy­słu po­my­li­łam z rze­czy­wi­sto­ścią.

To jedna z teo­rii, którą wy­snu­łam, sie­dząc w za­mknię­ciu.

Nie­całe dwa mie­siące temu, wra­ca­jąc póź­nym wie­czo­rem do domu z pracy, zo­sta­łam za­ata­ko­wana przez nie­zna­jo­mego. Sie­dzący ze mną obec­nie w kwa­te­rze celi Sheut po­wa­lił mnie na zie­mię i prze­bił moje serce no­żem. My­śla­łam, że umrę, ale stało się ina­czej. Chwilę póź­niej tra­fi­łam tu­taj. Ock­nę­łam się cała, nie­dra­śnięta w le­sie peł­nym el­fów.

Wciąż nie udało mi się do­wie­dzieć - jak to się stało? Jak to było moż­liwe? Nie­stety za każ­dym ra­zem, kiedy pró­bo­wa­łam po­ru­szyć ten te­mat, czar­no­włosy za­bójca wpa­dał w złość, gro­ził mi lub zby­wał. Po­wie­dział, że ta­jem­nicę tego, kto udzie­lił mu moż­li­wo­ści "jed­no­ra­zo­wej po­dróży" mię­dzy świa­tami, za­chowa dla sie­bie, zgod­nie ze zło­żoną obiet­nicą.

Tym sa­mym do­wie­dzia­łam się cho­ciaż jed­nej no­wej rze­czy - Sheut nie po­sia­dał żad­nych ma­gicz­nych zdol­no­ści. Nie po­tra­fił sam się te­le­por­to­wać ani nic w tym stylu. On je­dy­nie spo­tkał ko­goś, kto mu tę wy­prawę umoż­li­wił. Na wię­cej in­for­ma­cji jed­nak nie mo­głam li­czyć, bo za­bójca mil­czał jak grób.

Py­ta­nia z tej dzie­dziny dzia­łały po­dob­nie też i na in­nych. Za­wsze sły­sza­łam po­krętne, ogól­ni­kowe wy­tłu­ma­cze­nia. Je­dyne, w czym zo­sta­łam utwier­dzona, to to, że do domu już nie wrócę.

"Kiedy raz umrzesz w da­nym świe­cie, nie mo­żesz już ni­gdy do niego po­wró­cić. To nie­zgodne z pra­wami ma­te­rii. Twój za­bójca, by sta­bil­nie prze­nieść twoje ciało do na­szego świata, mu­siał prze­ciąć łą­czącą cię nić z tam­tym miej­scem" - tak brzmiały słowa Syn­thii, je­dy­nej przy­jaź­nie na­sta­wio­nej do mnie elfki. Do­brze je za­pa­mię­ta­łam. Wy­ryły się w mo­jej pa­mięci ni­czym na na­grobku, który moż­liwe że już otrzy­ma­łam w swoim świe­cie. O ile fak­tycz­nie to wszystko wy­da­rzyło się na­prawdę...

- Mu­sisz jeść, pani. - Usły­sza­łam głos Sheuta prze­bi­ja­jący się przez falę wspo­mnień, którą od­twa­rza­łam wła­śnie w gło­wie.

Nie wiem na­wet kiedy, ale naj­wy­raź­niej nie­świa­do­mie prze­mie­ści­łam się z łóżka na krze­sło po­sta­wione przy stole i obec­nie dłu­ba­łam łyżką w wa­rzyw­nej po­trawce. Pod­nio­słam wzrok na za­bójcę. Chło­pak pa­trzył na mnie po­na­gla­jąco.

Zimne, ciemne oczy wy­glą­dały spod przy­dłu­giej czar­nej grzywki. Wy­raź­nie za­ry­so­wane, kan­cia­ste ko­ści szczęki były za­ci­śnięte. Za­wsze za­ci­skał zęby, kiedy się nie­cier­pli­wił bądź iry­to­wał, czyli wła­ści­wie bez prze­rwy. Dla mnie było to nie­malże jego wi­zy­tówką - wiecz­nie zły, po­grą­żony w my­ślach, mil­czący, jakby nie­obecny. Prze­by­wa­jąc z nim, mia­łam wra­że­nie, że mam do czy­nie­nia z kimś znacz­nie star­szym, bar­dziej do­świad­czo­nym przez ży­cie. Jed­nak wy­star­czyło tylko na niego po­pa­trzeć i od razu było wia­domo, że jest rów­nie młody jak ja. Tyle że prze­szedł przez więk­sze ba­gno. Być może wła­śnie dla­tego, kiedy każ­dego dnia za­drę­cza­łam się py­ta­niami, co te­raz bę­dzie, on wy­glą­dał na spo­koj­nego i po­go­dzo­nego z lo­sem. Szcze­rze mó­wiąc, wkur­wiało mnie to nie­mo­żeb­nie.

Na po­czątku na­szego uwię­zie­nia dzie­li­łam się z nim wszel­kimi po­my­słami, jak by tu zwy­cię­sko wyjść z Pro­cesu Spra­wie­dli­wych. Po­słusz­nie mnie słu­chał, po czym każdą ideę ne­go­wał. Mó­wił, że sprawa jest prze­są­dzona. W ten spo­sób osła­biał mo­jego i tak wą­tłego du­cha walki. W końcu prze­sta­łam się z nim na­ra­dzać i wszyst­kie prze­my­śle­nia zo­sta­wia­łam dla sie­bie.

Za­bi­cie elfa to zbrod­nia, któ­rej nie do­ko­nał ża­den czło­wiek od cza­sów El­fiej Rzezi. Był to okres w hi­sto­rii tak za­mierz­chły, że aż trudno uwie­rzyć w to, że lu­dzie kie­dyś nie byli pod el­fim bu­tem, że pró­bo­wali stać się wład­cami tych ziem. Wszystko po­to­czyło się jed­nak tak, że po dziś dzień pła­cili za swoje wy­bu­jałe am­bi­cje.

Moim zda­nie wła­śnie dla­tego Sheut wo­lał nie da­wać so­bie na­dziei i zwy­czaj­nie się pod­dał. Mógł po­ka­zy­wać, że mu nie za­leży, ale prawda była taka, że nie bez po­wodu za­my­kał się co­raz bar­dziej w so­bie. Cho­wa­jąc się za ma­ską spo­koju, przy­go­to­wy­wał się na ko­niec - chciał go do­świad­czyć z unie­sioną głową i nie­nad­szarp­nię­tym ho­no­rem. Gdyby pla­no­wał, jak się z tego wy­ka­ra­skać, przy­znałby przede mną, ale przede wszyst­kim przed sobą sa­mym, że jed­nak boi się śmierci i na czymś mu za­leży. A prze­cież za­bójcy nie mają ta­kich uczuć.

No i wszystko niby pięk­nie - ho­nor, duma i inne tego typu bzdury - ale ja nie mia­łam za­miaru umie­rać! A kim bym się stała bez swo­jego za­bójcy? He­ge­mo­nem bez za­bójcy! Ja­sne, że tak można, ale nie kiedy jest się czło­wie­kiem. By­łam świa­doma, że bez obrońcy by­ła­bym ni­czym upier­dliwa muszka owo­cówka, którą można zgnieść mię­dzy pal­cami bez naj­mniej­szego wy­siłku. Tak więc Sheut mógł się pod­da­wać, ale ja nie mia­łam ta­kiego za­miaru, je­śli nie przez wzgląd na niego, to cho­ciaż dla sie­bie.

W tej chwili w po­miesz­cze­niu roz­le­gło się pu­ka­nie. Ktoś stał za drzwiami i anon­so­wał swoje przy­by­cie. Pa­trzy­li­śmy, aż się otwo­rzą, gdyż od kiedy sta­li­śmy się więź­niami, nikt ni­gdy nie cze­kał na za­pro­sze­nie. Usły­sze­li­śmy zza nich jed­nak je­dy­nie głos:

- He­ge­mo­nie Apopi, Pro­ces Spra­wie­dli­wych w spra­wie mor­der­stwa He­ge­mon Rivy od­bę­dzie się ju­tro o zmierz­chu.

Prze­sta­łam od­dy­chać, by przy­pad­kiem nie za­głu­szyć żad­nej waż­nej in­for­ma­cji, ale to był ko­niec oświad­cze­nia. Osoba - wnio­sku­jąc po bar­wie głosu, sługa ne­storki El­dric - za­częła się już od­da­lać. Drew­niana kładka za­trzesz­czała pod cich­ną­cymi kro­kami.

Za­lała mnie fala go­rąca. Po trzech ty­go­dniach ocze­ki­wań nieco zwąt­pi­łam, że dzień pro­cesu na­dej­dzie. Czu­łam się tro­chę jak owad nie­spo­dzie­wa­nie wy­cią­gnięty z ulepu, do któ­rego no­ta­bene sam wpadł. Stan ten trwał w moim od­czu­ciu już tak długo, iż mia­łam wra­że­nie, że tak po­zo­sta­nie. Chyba na­wet li­czy­łam na to, bo wo­la­łam żyć w taki spo­sób, w wiecz­nym stra­chu, niż ze­tknąć się z urze­czy­wist­nie­niem wszyst­kich mo­ich wi­zji i obaw zwią­za­nych z nad­cho­dzą­cym pro­ce­sem.

Serce sa­mo­ist­nie za­częło ko­ła­tać w klatce pier­sio­wej. Nie zno­si­łam tego. Nie­za­leż­nie jak bar­dzo pra­co­wa­łam nad tym, by za­cho­wać chłodny umysł, to nie po­tra­fi­łam za­trzy­mać na­tu­ral­nych pro­ce­sów za­cho­dzą­cych w moim ciele.

Spoj­rza­łam na Sheuta, ale on jak zwy­kle nie uze­wnętrz­niał swo­ich my­śli i uczuć. Sie­dział z taką miną, jakby nic przed chwilą nie usły­szał.

- Mu­simy usta­lić pewne za­sady - wy­pa­li­łam. - Ty się nie od­zy­wasz, ja mó­wię za nas oboje. Je­śli cię o co­kol­wiek spy­tają, po­wiedz, że wy­ko­ny­wa­łeś tylko moje roz­kazy.

Zda­wa­łam so­bie sprawę, że tymi sło­wami pod­ko­py­wa­łam sama sie­bie, że zrzu­ca­łam na sie­bie winę za za­bój­stwo elfki, ale moim zda­niem to była je­dyna słuszna li­nia obrony. Mu­sia­łam przed­sta­wić moją osobę jako peł­no­praw­nego he­ge­mona, który bez­pod­staw­nie zo­stał za­ata­ko­wany, a jego za­bójca uczy­nił tylko to, co na­le­żało zro­bić.

- Pani, nie ma zna­cze­nia, co po­wiemy...

- Więc co pla­nu­jesz? - Prze­rwa­łam mu, za­nim do­koń­czył. - Mamy stać jak słupy soli i mil­czeć czy od razu się przy­znać, że to na­sza wina? Weź się w garść! - Ude­rzy­łam otwartą dło­nią w stół. - Je­śli ode­tną ci łeb, to moja głowa bę­dzie na­stępna! - Być może za­brzmia­łam zbyt szorstko, ale w moim sercu po­now­nie roz­go­rzała wola walki. - Po to mnie tu spro­wa­dzi­łeś!? Za­da­łeś so­bie po­noć tyle trudu, tylko po to, by nie­długo póź­niej umrzeć? My­śla­łam, że mia­łeś ja­kiś lep­szy plan, że chcia­łeś się zbun­to­wać, do­wieść swego? Wsa­dzić kij w to el­fie mro­wi­sko sa­mo­uwiel­bie­nia! - Tak przy­naj­mniej zga­dy­wa­łam. - Wy­cho­dzi jed­nak na to, że twój plan nie był zbyt da­le­ko­siężny!

- Sprawy po­to­czyły się ina­czej, niż za­kła­da­łem - rzekł smęt­nie i bez prze­ko­na­nia.

- Nie chcę tego sły­szeć! Chcesz, by na­sza śmierć stała się prze­strogą dla lu­dzi, że nie na­leży się wy­chy­lać?! Prze­stań my­śleć tylko o so­bie i po­myśl, ja­kie to bę­dzie miało kon­se­kwen­cje dla in­nych?! Chcesz, żeby lu­dzie w swych po­kło­nach przed el­fami przy­kle­ili się do pod­łogi? Chcesz być hi­sto­ryjką dla dzieci, dla­czego na­leży być bez­względ­nie po­słusz­nym? - Szcze­rze mó­wiąc, w ob­li­czu śmieci gówno mnie to wszystko ob­cho­dziło, ale by­łam pewna, że jego nie.

Sheut za­ci­snął zęby tak gwał­tow­nie, że aż usły­sza­łam, jak się ze sobą zde­rzają, a chwilę póź­niej cierpko zgrzy­tają. Chyba ude­rzy­łam w czuły punkt.

Za­raz znów wy­buch­nie zło­ścią. No i do­brze, może to go obu­dzi.

Spoj­rzał mi pro­sto w oczy i to, co tam zo­ba­czy­łam, prze­ra­ziło mnie. Nie zna­la­złam w nich ni­czego poza za­wo­dem i cier­pie­niem. On już dawno wziął tę winę na sie­bie i no­sił ją w sercu sam, a ja wła­śnie wier­ci­łam pal­cem w otwar­tej ra­nie.

Za­mknął po­wieki, opu­ścił głowę i oparł ją na dło­niach.

Po­czu­łam się nie­pew­nie, nieco winna. Na pewno nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wa­łam.

Nie mogę prze­cież po­zwo­lić na to, by tak to się skoń­czyło. Ten chło­pak w ży­ciu nie za­znał do­bra i nie­za­leż­nie jak silny by nie był, nie po­ra­dzi so­bie ze wszyst­kim sam. Nie za­słu­guje na taki ko­niec. Oboje nie za­słu­gu­jemy.

Nieco sztywno, nie­na­tu­ral­nie pod­nio­słam się z krze­sła i jakby od­ru­chowo po­de­szłam do niego, nie bar­dzo wie­dząc, co zro­bię da­lej. Wy­cią­gnę­łam rękę i z wa­ha­niem za­wie­si­łam ją nad jego głową.

On się nie po­ru­szył, nie zmie­nił po­zy­cji. Był sam ze sobą. Po­grą­żony w my­ślach.

Po­ło­ży­łam dłoń na jego wło­sach i nieco nie­zgrab­nie je po­gła­dzi­łam. Sheut, nie spo­dzie­wa­jąc się z mo­jej strony czu­łego ge­stu, ze­sztyw­niał. Była to dziwna chwila. Bar­dzo nie­zdarna i nie­zręczna, a jed­no­cze­śnie po­trzebna nam obojgu. Tak przy­naj­mniej wnio­sko­wa­łam, bo on nie za­re­ago­wał w ża­den spo­sób, nie przy­bli­żył się, ale też się nie od­su­nął.

W tej chwili zro­zu­mia­łam, że je­śli bę­dzie mi dane po­żyć choćby jesz­cze chwilę dłu­żej, to mu­szę stać się sil­niej­szą osobą. Nie jest to miej­sce, w któ­rym na­leży po­le­gać na in­nych, nie dla­tego, że nie są warci za­ufa­nia (choć w więk­szo­ści nie są), ale dla­tego, że każdy nie­sie swój ba­gaż. Ba­gaż, któ­rego jako osoba z ze­wnątrz nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć ani na­wet przy­rów­nać do swo­jego. Nie dla­tego, że mój jest lżej­szy, ale dla­tego że jest zu­peł­nie ina­czej uszyty.

Każdy jest prze­siąk­nięty prze­ko­na­niami wpo­jo­nymi za młodu do głowy - ja rów­nież. Wie­rzę, że je­stem wol­nym czło­wie­kiem, który ma prawo do głosu, do wła­snej opi­nii i tak we­dług mnie jest wła­ści­wie. Ale w tym świe­cie nie jest to już ta­kie oczy­wi­ste. Klu­czo­wym wy­ra­że­niem jest to "we­dług mnie", bo tu­taj nie li­czy się moje zda­nie. Je­stem pewna, że gdy­bym po­tra­fiła otwo­rzyć swój umysł, za­czę­ła­bym do­strze­gać też inne per­spek­tywy. Mo­gła­bym się nie zga­dzać z tym, co mnie ota­cza, ale przy­naj­mniej bym ro­zu­miała.

Po­sta­no­wi­łam - mu­szę otwo­rzyć sze­rzej oczy i sta­nąć twardo na ziemi. To jest te­raz moja rze­czy­wi­stość i kiedy prze­stanę ją bier­nie przyj­mo­wać, a za­cznę nią ste­ro­wać, to znowu za­cznę żyć, a nie tylko eg­zy­sto­wać. Je­śli będę miała na to jesz­cze szansę...

- Sheut, ju­tro to ja będę pro­wa­dziła roz­mowę na prze­słu­cha­niu. Ty masz je­dy­nie po­twier­dzić moje słowa, a nie­py­tany nie od­zy­wać się - po­wie­dzia­łam z siłą w gło­sie.

Za­bójca po­ru­szył się i już chciał nie zgo­dzić się ze mną, ale nie po­zwo­li­łam mu na to.

- To jest roz­kaz.

Ju­styna Ko­muda - ab­sol­wentka In­sty­tutu So­cjo­lo­gii Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Uro­dziła się i do­ra­stała w War­sza­wie. Obec­nie mieszka w Ber­li­nie. Poza fan­ta­styką ko­cha mu­zykę. Pi­sze włas­ne tek­sty pio­se­nek i śpiewa. W wol­nym cza­sie jej naj­więk­szym hobby są po­dróże. Ma­rzą jej się wy­prawy w naj­dal­sze za­kątki świata. Fa­scy­nuje ją po­zna­wa­nie od­mien­nych kul­tur i ucze­nie się o ich zwy­cza­jach. Po­nadto ko­cha wszyst­kie zwie­rzęta, lubi grać na kom­pu­te­rze i jak każdy pi­sarz nie umie się oprzeć do­brej książce.

fa­ce­book.pl/j.k.ko­muda

in­sta­gram.com/j.k.ko­muda

tik­tok.com/@j.k.ko­muda