Początek
Dwadzieścia trzy lata wcześniej...
Tego dnia od rana było szaro, ponuro, a z nieba siąpił deszcz.
To był zły dzień.
Kto wie, czy nie najgorszy w życiu trzynastoletniego chłopca, jakim był
wtedy Marek Rosiński? Gorszy nawet niż ten, w którym jego matka została
napadnięta, pobita i trafiła na kilka dni do szpitala. Wtedy strasznie
się o nią bał, ale przecież była jego matką -?najsilniejszą na świecie i najmądrzejszą. Święcie wierzył, że wyzdrowieje. Nie dopuszczał do siebie
innej myśli. Nie pomylił się.
Teraz było inaczej.
Czuł rozpacz, przygnębienie i brak nadziei. Bezwzględny morderca
dzieci, grasujący od kilku lat w okolicach Środy Śląskiej, nieuchwytny
dla policji, porwał jego najlepszą przyjaciółkę z podwórka, Agnieszkę
Dudek. Na początku oczywiście nikt z dorosłych nie chciał mu nic
powiedzieć. Po ich marsowych minach i sztucznych uśmiechach szybko
poznał, że stało się coś strasznego. Próbował pytać mamę, lecz nic mu
nie powiedziała i zaraz wyszła z domu, nie mówiąc mu, dokąd idzie. Na
progu absolutnie zabroniła mu opuszczać mieszkanie.
Przerażony Marek został posłusznie z policjantem pilnującym ich rodziny
od czasu napadu na mamę. Wujek Michał był posterunkowym, jednym z podwładnych ojca Marka, komisarza Rosińskiego. Prywatnie wujek mieszkał
dwie ulice od ich bloku, Marek znał go od dzieciństwa i bardzo lubił z nim rozmawiać, i grać z nim w makao. Policjant również darzył Marka
wielką sympatią. To on w końcu ugiął się pod presją próśb chłopca i powiedział mu o Agnieszce.
Marek Rosiński poczuł, jakby ktoś wepchnął mu bryłę lodu do gardła.
Tylko nie Aga!
Przerażenie spowodowało dziwną słabość w nogach i drżenie warg. Oczy
zaczęły go niepokojąco piec, ale się nie rozpłakał. Nic nie powiedział.
Usiadł na łóżku w swoim pokoju i siedział jak skamieniały, nie słysząc
już ani jednego ze słów pocieszenia płynących z ust policjanta.
Tylko nie Aga!
Była tylko jedna osoba, która mogła uratować Agnieszkę Dudek. Jego
ojciec!
Skorzystał z pierwszej okazji do ucieczki. Posterunkowy poszedł do
kuchni, wtedy Marek włożył po cichu trampki i wybiegł z mieszkania.
Dopiero kiedy biegł ulicą, rozpłakał się. Oczy zaszły mu gwałtownie
łzami, które popłynęły po policzkach i zmieszały się z kroplami deszczu.
Przestał cokolwiek widzieć. Biegł jednak szybko w górę ulicy Kolejowej.
Drogę znał na pamięć. Po pewnym czasie za plecami usłyszał wołanie
posterunkowego. Było jednak odległe i tylko upewniło go, że zdąży do
ojca, zanim zostanie doścignięty. Myśl ta dodała mu skrzydeł i wlała w serce nadzieję.
Skręcił w prawo w krótką uliczkę Świętego Andrzeja, na której do
dzisiaj znajduje się budynek komisariatu policji, i wtedy gwałtownie się
z kimś zderzył. Poczuł, jak silne dłonie chwytają go za ramiona i unieruchamiają. Wszystko stracone, posterunkowy na pewno go teraz dogoni
i nie pozwoli przeszkadzać ojcu w pracy. Marek podniósł wzrok na
górującego nad nim wzrostem mężczyznę i znowu odzyskał nadzieję.
Przytrzymywał go najlepszy przyjaciel ojca i zarazem jego najbliższy
współpracownik, komisarz Romuald Greń.
-?Muszę się zobaczyć z tatą -?wysapał cicho, patrząc na niego
błagalnie. -?Porwali Agnieszkę...
Zanim odpowiedział, Greń zmierzył go badawczym spojrzeniem i przez jego
twarz przemknął grymas, którego mały chłopiec nie zrozumiał.
-?Wszystko będzie dobrze -?odezwał się policjant. -?Na pewno znajdziemy
porywacza.
-?Ale ja muszę do taty...
W tej chwili dogonił ich posterunkowy i zatrzymał się, ciężko dysząc.
Nie wziął z mieszkania czapki, blond włosy na grzywce miał mokre i potargane.
-?Przepraszam -?wysapał. -?Zagapiłem się.
-?Nie szkodzi -?odpowiedział mu Greń, po czym spojrzał na Marka i zmierzwił mu dłonią mokre włosy. -?Zmokniesz cały. Chodź, zaprowadzę cię
na chwilę do ojca. On na pewno cię pocieszy.
Od skrzyżowania z Kolejową do budynku komendy policji było dwieście
metrów. To dziwne, ale Marek Rosiński dokładnie zapamiętał każdą sekundę
tej drogi i później, kiedy był już dorosły, wielokrotnie wracała mu w pamięci w coraz bardziej nierealnej poświacie. Wydawało mu się, że
wszystko wtedy odbywało się jakby w zwolnionym tempie. Szli
nieprawdopodobnie wolno, ich kroki odbijały się echem, zupełnie jakby
znajdowali się na korytarzu jakiegoś opuszczonego urzędu państwowego.
Kroki brzmiały i brzmiały, a oni szli i szli.
Po przeciwnej stronie ulicy ciągnął się mur, a za nim strzelała w niebo
wielka, gotycka budowla z czerwonej cegły -?Kościół pod wezwaniem
Świętego Andrzeja. Marek zawsze patrzył na bryłę kościoła z szacunkiem i podziwem. Nie wyobrażał sobie, jak można było wznieść tak okazałą
budowlę. Ile do tego potrzeba cegieł. Nie dałoby się ich policzyć na
żadnym kalkulatorze!
Kościół górował nad małym budynkiem komendy miejskiej policji, jakby
drwiąc sobie z władzy świeckiej, która od końca drugiej wojny światowej
próbowała wykorzenić na stałe religię ze społeczeństwa. Bezskutecznie.
Karzeł nie mógł pokonać giganta. Doskonałym przykładem była ulica
Świętego Andrzeja, na której po jednej stronie stał mały budynek
komendy, jeszcze do niedawna milicji, teraz policji, a po drugiej -
okazały i majestatyczny kościół.
Marek pamiętał, że tego dnia gmach kościoła wyglądał jakoś inaczej.
Tajemniczo i... złowrogo. Tak przynajmniej zapamiętał go mały chłopiec,
który tego dnia, za chwilę, miał zobaczyć swojego ojca ostatni raz w życiu.
1. Wstręt
(17 maja 2025 -?sobota)
-?Chyba jesteśmy na miejscu.
Przy jednym ze zjazdów w leśną dróżkę, na poboczu po prawej stronie
drogi, zobaczyli zaparkowany srebrno-niebieski radiowóz. Joanna zdjęła
nogę z gazu, wrzuciła kierunkowskaz i zatrzymała służbową Skodę Superb
zaraz za nim. Marek wysiadł pierwszy i ciekawie rozejrzał się wokoło.
Polna droga pełna dziur, które po ostatnich deszczach wypełniły się
wodą, prowadziła w głąb lasu. Na linii drzew stał zaparkowany jeszcze
jeden pojazd -?stary wojskowy jeep. Właśnie wysiadało z niego dwóch
mężczyzn: policjant w mundurze i drugi po cywilnemu. Od razu rzucały się
w oczy ich ubłocone buty i spodnie mokre prawie do kolan. Marek pewnie
ruszył w ich stronę.
-?Sierżant Jabłoński? -?zapytał.
-?Tak.
-?Komisarz Marek Rosiński z komendy wojewódzkiej we Wrocławiu.
Pokazał mu odznakę i uścisnęli sobie dłonie. Policjant przedstawił
drugiego mężczyznę.
-?To mój brat, Jerzy -?powiedział. -?Mieszka w wiosce nieopodal tego
miejsca. Ma terenowy samochód, więc poprosiłem go o pomoc. To jest dosyć
daleko w lesie, a tą drogą po deszczu może przejechać tylko mocne auto.
-?Rozumiem.
W tym momencie obok nich stanęła Aśka.
-?To jest podkomisarz Joanna Borowiec -?przedstawił ją Marek. -?To z Joanną rozmawiał pan telefonicznie. Pracujemy razem.
Po wymianie kolejnych uścisków dłoni sierżant spojrzał na nich pytająco.
-?To może pojedziemy? -?zapytał. -?Będziemy mieli czas porozmawiać po
drodze.
-?Dobrze.
Wsiedli do jeepa. Rozrusznik zazgrzytał przeraźliwie i ruszyli w głąb
lasu. Kierowca prowadził auto wolno i uważnie. Błoto i kałuże były w niektórych miejscach tak wielkie, że nawet auto z napędem na cztery koła
mogło im nie sprostać. Dwa razy zdarzyło się, że musieli zjechać z drogi
i szukać przejazdu, lawirując pośród drzew. Liczący wiele lat silnik
samochodu wydawał przy tym odgłosy, jakby za chwilę miał eksplodować
albo w najlepszym razie rozpaść się na kawałki. Na domiar złego w środku
wszystko drżało i stukało. Musieli przekrzykiwać cały ten zgiełk, żeby
się usłyszeć. Marek z Joanną usiedli na tylnym siedzeniu, a policjant na
miejscu pasażera z przodu. Nie patrzył na drogę, cały czas obrócony był
w ich stronę.
-?Tak jak mówiłem, na nasz posterunek w Miliczu przyszedł wczoraj list
polecony -?powiedział sierżant Jabłoński. -?Nie wiem, dlaczego nikt go
nie otworzył od razu. W końcu ja się nim zainteresowałem. Brakowało
nadawcy, ale na kopercie przyklejono znaczki i napisano nasz adres.
Podał Markowi foliową koszulkę z kopertą formatu B5. Ten obejrzał ją
szybko i oddał Aśce.
-?Stempel pocztowy z Wrocławia -?zauważyła.
-?Rozpakowałem list. W środku była tylko dokładna mapa tych okolic z zaznaczonym krzyżykiem. Krzyżyk opisany został jako miejsce ukrycia
zwłok.
Teraz podał im drugą koszulkę. Mapę w środku tak zagięto, żeby widać
było fragment, o którym mowa. Marek przyjrzał się niedbałemu dopiskowi
czerwonym cienkopisem umieszczonemu trochę z boku zaznaczonego punktu.
Joanna też pochyliła się zaintrygowana. Na wertepach prawie zderzali się
głowami. Aśka odsunęła się, ziewając ostentacyjnie, jakby ciągle jeszcze
nie mogła się obudzić.
-?Nie wiedziałem za bardzo, co zrobić -?ciągnął policjant. -?Wczoraj
było już późno, wie pan, piątek, koledzy poszli do domu. Nie miałem
nawet kogo zapytać o zdanie. Pomyślałem, że skoro dzisiaj i tak mam
służbę, poproszę brata, żeby mnie tu przywiózł. Tak się składa, że
pochodzimy z tych okolic i w dzieciństwie często chodziliśmy po tych
lasach na grzyby.
-?Teraz też czasem to robimy -?odezwał się po raz pierwszy kierowca.
-?Szczerze mówiąc, myślałem, że ktoś sobie kawał jakiś robi. Kiedy
jednak dzisiaj rano tam pojechaliśmy... No cóż, znaleźliśmy zwłoki
kobiety.
Sierżant zamilkł.
-?Rozumiem. -?Komisarz Rosiński pokiwał głową.
W tym momencie silnik pojazdu zawył ostrzegawczo i utknęli w kałuży.
Kierowca szybko wrzucił wsteczny, skrzynia biegów zarzęziła donośnie,
koła zabuksowały i udało im się wycofać, ominąć kałużę i ruszyć dalej
przez las. Nad maską auta unosiły się kłęby pary wodnej.
-?Uważaj, Jurek -?powiedział policjant.
-?Zagapiłem się.
-?Czy ktoś jeszcze oprócz pana dotykał koperty i mapy? -?zapytała
Joanna.
-?Koperty pewnie wiele osób -?odparł sierżant. -?Co do mapy, jestem
pewien, że była wyłącznie w moich rękach.
-?Jasne. Daleko jeszcze?
-?Kilka minut.
Marek obejrzał się do tyłu, potem wyciągnął szyję i spojrzał przez
przednią szybę. Droga prowadziła przez gęsty las liściasty, czasem do
góry, czasem w dół, i lawirowała pomiędzy zielonymi gęstwinami krzaków.
Szare chmury od wielu dni przysłaniały niebo, izolując ziemię od
promieni słonecznych i pogrążając ją w deszczowej szarości. Szczególnie
dawało się to odczuć pośrodku lasu. Auto miało włączone światła, lecz
ten fakt niczego nie zmieniał.
-?O której znalazł pan zwłoki? -?zapytała podkomisarz.
-?Ponad dwie godziny temu. W tym miejscu mój telefon nie ma zasięgu.
Żeby po was zatelefonować, musiałem wrócić do głównej drogi.
Wreszcie jeep stanął.
Wysiedli.
Jabłoński wskazał im lewą stronę drogi. Poszli za nim gęsiego po
wyraźnie wydeptanej ścieżce pośród rzadkich traw wyrastających ze
ściółki. Trawy pokrywały wielkie krople rosy i natychmiast zamoczyli
buty i spodnie. W lesie było chłodno i wilgotno.
-?Jak pan znalazł to miejsce? -?zapytała ze zdziwieniem idąca na końcu
Borowiec. -?Nawet z mapą trafienie tu graniczy z cudem.
Zdążyła już wyjąć papierosa i zapalić. Ciągnął się za nią siwy obłoczek
dymu.
Jabłoński, nie zatrzymując się, rzucił jej do tyłu zadowolone
spojrzenie.
-?Proste -?odpowiedział. -?Tu jest taki mały stawek leśny. Pamiętam go
jeszcze z dzieciństwa, jak był większy. Teraz zarósł prawie zupełnie.
Marek przypomniał sobie, że na mapie rzeczywiście zaznaczone było oczko
wodne.
Po następnych kilkudziesięciu krokach sierżant zatrzymał się i wskazał
im coś palcem.
-?Pod tymi dwoma drzewami -?powiedział.
-?Proszę tu zaczekać.
-?Dobrze.
Dalej poszli już tylko we dwoje. Po prawej stronie, tak jak mówił
policjant, znajdował się zarośnięty wodną roślinnością staw. Na jego
skraju rosły bardzo blisko siebie dwie olchy. U ich stóp dostrzegli
przykryte gałęziami ciało. Podeszli blisko, uważnie patrząc pod nogi,
chociaż zdawali sobie sprawę, że znalezienie śladów na leśnej ściółce,
po kilku dniach intensywnych deszczów, było niemożliwe.
Kobieta leżała na brzuchu, twarzą do ziemi. Jej prawa ręka ułożona była
wzdłuż ciała, lewa schowana pod brzuchem, nogi zgięte w kolanach pod
niewielkim kątem, burza mokrych blond włosów otaczała głowę,
uniemożliwiając zajrzenie denatce w twarz. Na lewej nodze brakowało
buta, rajstopy miała podarte w wielu miejscach, widać było liczne
otarcia na skórze, które nabrały nieprzyjemnej sinej barwy. Ubrana była
w czarną spódnicę mini. Na jasnozielonej kurtce w okolicach lewej
łopatki widniała wielka, chociaż już rozmyta przez padający deszcz,
czarno-czerwona plama krwi. Ktoś niedbale rzucił na zwłoki kilka
znalezionych pewnie nieopodal suchych gałęzi, starając się w ten sposób
-?raczej bezskutecznie -?je zamaskować.
Rosiński stał z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie spodni, Aśka
rzuciła niedopałek na mokrą ściółkę, przydusiła go podeszwą buta i zaczęła krążyć dookoła zwłok, uważnie się im przypatrując.
-?Dobrze, że ten policjant ma więcej oleju w głowie od swojego brata -
wycedziła przez zęby.
-?Pan Jerzy nie wpadł ci w oko? -?zakpił Marek.
-?Wygląda, jakby skończył trzy klasy, ale w czterech podstawówkach.
Rosiński parsknął śmiechem i zaraz się opanował, zerkając szybko do tyłu
na stojącego w oddali sierżanta. Śmiech echem rozszedł się po lesie.
-?Nie śmiej się z człowieka. Gdyby nie jego dobra wola, musielibyśmy tu
przyjść piechotą.
-?Co to dla ciebie, biegacza?
-?Mogę biegać, ale chodzenie okropnie mnie męczy.
Popatrzyła na niego ironicznie, po czym przykucnęła po drugiej stronie
zwłok i starała się zajrzeć ofierze w zakrytą włosami twarz.
-?Ciągle cię męczy kac? -?zapytała.
-?Jak cholera!
-?Gdzie tu logika? Trenujesz do maratonu, biegasz dziesiątki kilometrów,
a później upijasz się do nieprzytomności.
-?Jedno nie przeszkadza drugiemu.
-?Ta! Niezła teoria.
Wstała z kucek.
-?Nic nie widać...
Stanęła obok Marka i też wcisnęła dłonie w kieszenie spodni.
Joanna Borowiec była jego wzrostu, miała ciemne, proste włosy sięgające
do ramion, zawsze w pracy upięte starannie w koński ogon, brązowe oczy i szeroki uśmiech. Ubierała się zazwyczaj w obcisłe spodnie, podkreślające
jej kobiece kształty, i skórzaną kurtkę z dużą liczbą zamków
błyskawicznych. Nieraz widział, jak faceci na korytarzach komendy
tęsknie odprowadzają ją wzrokiem. Niedawno skończyła trzydzieści dwa
lata i była od niego o cztery lata młodsza. Pracowali ze sobą dopiero od
początku roku, odkąd została przeniesiona z komendy miejskiej. Jeszcze
wcześniej pracowała w Poznaniu.
Miała wszystkie cechy dobrego policjanta, chociaż na początku tego nie
dostrzegał. Może dlatego, że ciągle sprawiała wrażenie, jakby jej się
nie chciało, albo ziewała i zasypiała w aucie, jakby wciąż była
niewyspana. Dopiero po jakimś czasie zmienił o niej zdanie. Tak naprawdę
była dociekliwa, logiczna do bólu, czasem stawała się nerwowa, kiedy coś
jej nie wychodziło, uwielbiała swoją pracę i podporządkowała jej całe
życie osobiste. Kiedyś wyrwało się jej po paru drinkach, że już dawno
nie miała faceta. Brak czasu, tłumaczyła. Kiedy tylko nadarzała się
okazja, potrafiła się też nieźle zabawić. Koledzy w wydziale do dzisiaj
wspominają, jak pierwszy raz wyszli na wódkę do jakiegoś baru. Piła
równo z facetami i nikt jej nie sprostał.
Od pierwszego spotkania z Joanną Rosiński postanowił, że będzie
traktować ją z pewnym dystansem, jak starszy i bardziej doświadczony
kolega. Ona jednak miała tak bezpośredni sposób bycia, że nawet nie
zauważył, kiedy zaczęli rozmawiać o wszystkim, jakby znali się od lat.
Co więcej, Marek polubił jej zaczepki i złośliwości. Mógłby z nią
rozmawiać bez przerwy.
Wyciągnęła z kieszeni kurtki paczkę papierosów, włożyła jednego do ust i zapaliła. Paliła bardzo dużo i wcale nie ukrywała, że to lubi. Kupowała
zawsze cienkie mentolowe papierosy i zwykle miała otwartych jednocześnie
kilka paczek. Jedną nosiła w kieszeni, drugą trzymała w skrytce w aucie,
kolejną w biurku. Marek złośliwie mówił, że pewnie w domu otwarte paczki
trzyma w każdym pomieszczeniu, żeby daleko nie chodzić. Zawsze gubiła
gdzieś zapalniczki, dlatego często kupowała nowe. Potem te zgubione
nagle się odnajdywały i walały się wszędzie w biurze. Parę dni wcześniej
Marek pozbierał te odnalezione -?było ich sześć -?i rozdał innym palącym
kolegom.
-?Komisarz Marek Rosiński, miłośnik kobiet i dobrej whisky -?odezwała
się nagle. -?Albo odwrotnie. Już nie pamiętam. Zresztą różnica
niewielka.
-?Co?
-?Takie opowieści o tobie krążą po wydziale. Wcześniej nie wiedziałam,
na co cię stać. Teraz zaczynam sobie co nieco wyobrażać.
Półtorej godziny wcześniej ledwo wyciągnęła go z łóżka. W jednej z knajpek na rynku spotkał się z przyjacielem z czasów studiów i nie
pamiętał, jak wrócił nad ranem do domu.
-?Tak mówią? -?zapytał. -?Kto?
-?Twoi koledzy.
-?Pierwsze słyszę...
-?To jak miała na imię ta laska?
Spojrzał na nią z ukosa, trochę zaskoczony fałszywą nutą w tonie jej
głosu. Niby miała być kpina, a wyszło nie wiadomo co.
-?Johnny.
-?Ach tak! -?Pokiwała głową ostentacyjnie, dając do zrozumienia, że nie
wierzy w takie tłumaczenia.
Zamilkli, patrząc na leżące przed nimi zwłoki. Marek jeszcze raz
obejrzał się na sierżanta Jabłońskiego i przywołał go gestem dłoni.
Zanim policjant przyszedł, zapytał Joannę:
-?I co o tym myślisz?
W jednej sekundzie znowu była śledczą.
-?Ułożenie ciała wskazuje, że zginęła w tym miejscu -?powiedziała. -?Nie
pytaj mnie, co robiła na takim odludziu. Nie mam pojęcia.
-?Morderca strzelił jej w plecy, upadła i tak już została -?dodał Marek.
-?Też tak uważam. -?Pokiwała głową. -?Otarcia na nogach i brak jednego
buta sugerują, że przed kimś uciekała, przedzierając się przez zarośla.
Sprawca musiał ją w tym miejscu dogonić i zastrzelić. Zauważ, że nigdzie
nie widać torebki. Kobieta nigdzie nie rusza się bez torebki. Musiała ją
wyrzucić podczas ucieczki. Trzeba dokładnie przeczesać połać lasu. Moim
zdaniem gdzieś musi być but, torebka i może coś jeszcze.
-?Masz rację.
-?Ciało niezbyt przyjemnie pachnie, widać już początek procesów
rozkładu. Musi tu leżeć jakiś czas.
Zamilkła i spojrzała na bladego Jabłońskiego.
-?Dobrze się pan czuje? -?zapytała.
-?Nie jestem przyzwyczajony do takich widoków -?odpowiedział, z trudem
przełykając ślinę.
-?Jeśli panu niedobrze, proszę wrócić do auta. Zaraz też tam
podejdziemy.
-?Nie jest mi niedobrze, czuję raczej... wstręt.
Policjant odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając się za siebie.
-?Mogłem go nie wołać -?odezwał się Marek, odprowadzając go wzrokiem.
-?Jesteśmy nienormalni.
-?Skąd taki brutalny osąd? -?zakpił.
-?Zwykli ludzie na widok śmierci zachowują się w sposób podobny do
naszego przystojnego sierżanta. Nikomu nie przyszłoby do głowy żartować
lub gadać o pierdołach, jak nam. Dlatego jesteśmy inni.
Marek wzruszył ramionami.
-?Tylko czy od razu nienormalni? -?zapytał z powątpiewaniem w głosie. -
Chirurg kroi ludzi, myśląc o tym, co zje na obiad, a patolog robi sekcję
zwłok, przypominając sobie krągłości ciała swojej kochanki.
Nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
-?Dlaczego akurat kochanki?
Rzucił okiem za siebie, jakby upewniając się, czy mężczyźni przy aucie
nie usłyszeli jej śmiechu.
-?A dlaczego nie? Nie jesteśmy aż tak bardzo nienormalni. W grę wchodzi
raczej rutyna.
-?Chciałabym ci wierzyć. Czasem dochodzę do innych wniosków.
-?Uważasz, że nasz sierżant Jabłoński jest przystojny? -?zapytał,
zmieniając nagle temat.
Teraz Aśka się obejrzała.
-?Niezłe ciacho -?mruknęła, oblizując wargi.
Marek rzucił jej pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym przeniósł wzrok
na swoje przemoczone buty i spodnie i nagle wzdrygnął się, kiedy wielka,
zimna kropla spadająca z drzewa wylądowała mu za kołnierzem.
-?Niech to cholera! Zmarzłem już na kość.
-?Po co ta szopka z mapą? -?zapytała. -?Przecież tutaj nikt nie
znalazłby zwłok do wczesnej jesieni, kiedy ludzie ruszają na grzyby, jak
słyszeliśmy z opowieści sprzed kwadransa.
-?Zależało mu, żebyśmy ją znaleźli.
-?Po co?
-?Chciał się pochwalić? Mordowanie go kręci.
-?Mordowanie czy świadomość, że policja go szuka?
-?Może i jedno, i drugie?
Patrzyła na zwłoki z twarzą zastygłą w dziwnym grymasie, po czym
zapytała:
-?Co robimy?
-?Dzwonimy po prokuratora i techników, może jeszcze uda się znaleźć
jakieś ślady.
-?Zastanawiam się, jak tu dojadą?
-?Może podwiezie ich pan Jerzy. Idź i z nim porozmawiaj.
Szybko wyciągnęła z kieszeni swój aparat.
-?Cholera, brak zasięgu! Obiecałam, że zatelefonuję do prokuratora
Kotowicza i zdam mu relację z miejsca zdarzenia. Chyba się nie ucieszy,
że będzie musiał tu przyjechać.
-?Jak uważasz. -?Uśmiechnął się pod nosem i ruszył w kierunku stojącego
na leśnej drodze pojazdu.
2. Niepokój
(17 maja 2025 -?sobota)
Piwnica była zimna i wilgotna. Dzienne światło sączyło się przez
niewielkie okno przy samym suficie i ledwo rozświetlało mrok.
Agnieszka Dudek siedziała naga, przywiązana do krzesła stojącego na
środku pomieszczenia. Usta miała zakneblowane szmatą i zaklejone taśmą
izolacyjną. Szmata była brudna, miała posmak oleju silnikowego i przyprawiała ją o mdłości. Walczyła, żeby nie zemdleć. Dygotała z zimna
i przerażenia.
Najgorzej było, kiedy przychodził On. Stawał blisko, tak że czuła kwaśny
zapach jego potu. Gładził ją po szyi, zanurzał palce we włosach, kładł
dłonie na ramionach, po czym nagle chwytał ją boleśnie za piersi albo
brutalnie wciskał dłoń między zaciśnięte rozpaczliwie uda. Jego dotyk
był jak tortury rozpalonym żelazem. Wyobrażała sobie, że każde muśnięcie
jego palców zostawia na jej delikatnej, dziecięcej skórze krwawe znaki,
z których później bez przerwy sączy się krew.
Najgorsza była jednak chwila, kiedy się dostatecznie podniecił. Wtedy
opuszczał spodnie i robił sobie dobrze. Drugą ręką trzymał ją za
policzki i krzyczał, żeby otworzyła oczy i patrzyła. Groził, że w przeciwnym razie ją udusi, a później pójdzie do jej matki i wytnie jej
nożem serce z piersi. Ta groźba jeszcze bardziej ją przerażała niż
perspektywa uduszenia. Była posłuszna. Patrzyła szeroko otwartymi
oczami, w których groza z każdą upływającą godziną zmieniała się w pustkę i beznadzieję.
Potem On odchodził. Miała chwilę ulgi. Raz zerwał jej z twarzy taśmę
izolacyjną, wyszarpał z ust szmatę i dał pić. Drugim razem oprócz picia
przyniósł jej batona w mlecznej czekoladzie. Później okrywał ją całą
kocem z wyciętym otworem na głowę, żeby zbytnio nie zmarzła, i wychodził. Najpierw czuła ulgę, która wraz z upływającym wolno czasem
zmieniała się powoli w strach i na końcu przerażenie. Wiedziała, że On
znowu wróci.
Pamiętała dokładnie, że przychodził do niej cztery razy.
Agnieszka Dudek obudziła się, gwałtownie łapiąc oddech. Usiadła na łóżku
i opuściła stopy na miękki i ciepły dywan. Zupełnie inaczej niż w piwnicy.
To był jedynie sen.
Tym bardziej przerażający, bo prawdziwy.
Kiedy porwał ją człowiek, nazywany później Bestią ze Środy, miała
trzynaście lat. Trzy doby przetrzymywał ją w piwnicy opuszczonego domu
swoich rodziców. Dom stał blisko lasu, z dala od ludzkich siedzib. Potem
planował ją zabić, a ciało porzucić gdzieś w rowie na skraju drogi,
podobnie jak wcześniejsze swoje ofiary. Siedem dziewczynek w wieku od
jedenastu do trzynastu lat.
Przeżyła cudem. Policjanci ocalili ją w ostatnim momencie. Jeszcze
godzina, a zostałaby zgwałcona i zamordowana, jeszcze kilkanaście
godzin, a sama zmarłaby z wychłodzenia i wycieńczenia organizmu.
Zanim trafiła do piwnicy Bestii, była wesołą, pełną energii, ciekawą
świata dziewczynką o prześlicznym uśmiechu. Sanitariusze pogotowia
ratunkowego wyciągnęli z piwnicy istotę tylko z pozoru przypominającą
dziecko. Odtąd przestała się odzywać, zapomniała o uśmiechu, a jedynym
uczuciem, jakie znała, był strach. Szczególnie bała się mężczyzn.
To był jedynie sen.
Nawiedzał ją regularnie przez ostatnie dwadzieścia trzy lata i stało się
coś bardzo dziwnego. Oswoiła go. Nie był już tak przerażający jak na
samym początku, przez lata stracił swoją grozę i teraz był tylko
straszny. Czas spiłował jego ostre kły. Co dziwne, zawsze był taki sam.
Często sny są absurdalnym kolażem nonsensu. Nawet sen o minionych
prawdziwych wydarzeniach mógł zrobić się znienacka irracjonalny i kpić z nich, rozgrywając je na swój własny, nieprzewidywalny sposób. Z tym snem
było inaczej. On nigdy nie zmieniał swojej formy. Zawsze był nadzwyczaj
realny. Odtwarzał złe chwile z przeszłości z chirurgiczną wręcz
precyzją, nie pomijając żadnych szczegółów. Nawet zapachu nasienia
mordercy.
Agnieszka wstała z sofy i nie zwracając uwagi na koc, który spadł na
podłogę, poczłapała do kuchni. Sięgnęła do szafki nad zlewem po puszkę z kawą, papierowe filtry i po chwili z jej przelewowego, starego jak świat
ekspresu rozszedł się po całym domu rześki zapach kawy. Siedziała przy
stole kuchennym i czekała, aż ostatnie krople spłyną do dzbanka. Zegar
wiszący na ścianie pokazywał piętnastą siedem. Ziewnęła i przejechała
dłonią po zmierzwionych długich, ciemnych włosach. Znowu będzie miała
problem z ich rozczesaniem.
Poprzedniego dnia siedziała do trzeciej w nocy nad nową książką. Potem
wstała, jak zwykle o ósmej, do południa starała się normalnie
funkcjonować, jednak przeceniła swoje siły. Nie miała już przecież
osiemnastu lat. Zarwana noc szybko dała o sobie znać uczuciem ciężkości,
zwolnionym myśleniem, brakiem ochoty na cokolwiek -?nawet nie zrobiła
sobie kawy na przebudzenie. Pokręciła się bez celu po domu i w południe
ogłosiła kapitulację. Prawie trzy godziny spała zawinięta w koc na sofie
w salonie, lecz teraz nie czuła się ani krztynę lepiej. Najchętniej
położyłaby się znowu.
Może gdyby śniło jej się coś innego, jeszcze by trochę pospała.
Niestety, ten sen, mimo że znany i już nie tak straszny, zawsze odbierał
ochotę na przytulenie się do poduszki.
Z kubkiem gorącej czarnej kawy w dłoni Agnieszka włączyła laptopa i przeglądała ostatnie strony książki, które powstały w nocy. Zdziwiła
się, że nie bardzo pamięta, co napisała. Tak było zawsze, kiedy pisała w nocy. Z zadowoleniem stwierdziła, że tekst jest bardzo dobry. Według
niej nie wymagał żadnych poprawek. Zaraz jednak uśmiechnęła się cierpko
pod nosem. Redaktor z wydawnictwa i tak pewnie zechce wszystko
pozmieniać i wyjdzie z tego nie to, co było jej zamierzeniem.
Nie tym razem -?pomyślała z determinacją. Potem przypomniała sobie, że
przy poprzednich dwóch książkach też tak mówiła i w końcu przystawała
bez walki na propozycje zmian.
Zła taktyka. Stanowczo.
Nagle coś wyrwało ją z zamyślenia.
Co to było?
Rozglądała się po salonie zdziwiona. Omiotła spojrzeniem otwarte drzwi
do korytarza, obok których znajdowały się schody na pierwsze piętro i na
poddasze, potem jej spojrzenie prześlizgnęło się po starych meblach,
które odziedziczyła -?podobnie jak dom -?po dziadkach ze strony mamy,
popatrzyła na koc nadal leżący przy sofie. Dłużej zatrzymała wzrok na
dwuskrzydłowych drzwiach na taras i do ogrodu.
Nareszcie się rozpogadzało. Po wielu dniach deszczów chmury się
rozpraszały i pojawiła się szansa na słońce. Potem popatrzyła jeszcze na
kuchnię. Po śmierci dziadków, kiedy wreszcie mogła wyremontować dół domu
tak, jak chciała, zrezygnowała z osobnej kuchni i kazała wyburzyć ścianę
działową. Teraz salon i kuchnia stanowiły jedno. Tu też nie znalazła
nic, co mogło wyrwać ją z zamyślenia.
Co to było?
Wzruszyła ramionami i wróciła do czytania. Po czterdziestu pięciu
minutach ciągłego wpatrywania się w ekran komputera z przygarbionymi
plecami rozprostowała się z rozkosznym westchnieniem i stwierdziła, że
jest głodna. Poszła do kuchni, usiadła przy stole i otworzyła książkę z przepisami na potrawy zapobiegające powstawaniu nowotworów. Miała
obsesję na tym punkcie. Wmówiła sobie, że ma wady genetyczne i na pewno
w końcu zachoruje na raka, i z tego powodu umrze. Była o tym przekonana,
dlatego starała się za wszelką cenę naturalnymi sposobami odwlec moment
zachorowania. Przecież jej ojciec zmarł na raka tuż przed jej drugimi
urodzinami -?znała go jedynie z kilku czarno-białych fotografii, które
zostawiła jej matka w spadku. Dziadkowie, po których odziedziczyła dom,
również zmarli na raka. Przecież rekombinacja genów następuje zawsze w drugim pokoleniu. A to oznacza, że najbardziej jesteśmy podobni do
swoich dziadków. Dziedziczymy też ich wady. Stąd jej pewność. Na pewno
umrze na nowotwór. Kwestią otwartą było, kiedy pojawią się pierwsze
objawy choroby. Odwlekała ten moment, jak mogła -?regularnie od lat
łykała tabletki tranu, starała się zażywać codziennie duże dawki
witaminy C, każdego dnia rano piła łyżeczkę oleju lnianego, jadła pestki
moreli gorzkich, które zawierały amigdalinę. Wyczytała w internecie, że
amigdalina hamuje rozwój nowotworów i można ją również stosować
zapobiegawczo. Kupiła też książkę z przepisami kucharskimi na potrawy o właściwościach antyrakowych i odtąd korzystała tylko z niej.
Teraz również szybko przerzuciła listę przepisów, oceniając, które
składniki ma w tej chwili dostępne w lodówce.
Około osiemnastej, ciągle jeszcze ziewając, siedziała zamyślona na
krześle w salonie, grzebiąc widelcem w resztkach. Nie smakowało jej,
wsypała za dużo pieprzu cayenne i teraz czuła nieprzyjemne pieczenie w gardle. Sięgnęła więc do szafki po swoje ulubione czerwone wino Faustino
V, w które regularnie zaopatrywali ją znajomi jeżdżący często do
Hiszpanii, nalała sobie lampkę i znowu siadła do komputera. Nawet nie
chciało się jej sprzątnąć po obiedzie. Ciągle nie mogła dojść do siebie.
Wino nie było dobrym rozwiązaniem. Pewnie kiedy wypije go za dużo, zaraz
znowu pójdzie spać i nie zrealizuje planu. Całą sobotę miała poświęcić
na pisanie.
Nagle ponownie poczuła niepokój.
Podniosła głowę, rozejrzała się i... znowu nic. Odstawiła kieliszek,
włożyła kapcie, na ramiona zarzuciła rozpinany sweter i wyszła na
korytarzyk, skąd skrzypiącymi schodami ruszyła w górę. Weszła na
poddasze. Na szczycie schodów zatrzymała się na chwilę, żeby
przyzwyczaić oczy do panującego tu wiecznie półmroku. Ta część domu była
praktycznie nieremontowana od wojny. Wcześniej dziadkowie uważali, że
remont jest niepotrzebny, teraz Agnieszki po prostu nie było na niego
stać. Sprzątała tu raz. Zaraz po śmierci babci dziesięć lat temu.
Wyrzuciła wtedy cały kontener nikomu niepotrzebnych starych mebli i ubrań, w końcu dała sobie spokój. Poddasze i tak wyglądało jak
nietknięte. Porozstawiane bezładnie po korytarzyku i dwóch pokojach
stare, zakurzone meble patrzyły na nią ponuro. Miała wrażenie, jakby
zazdrośnie strzegły tajemnicy zawartości swoich wnętrz. Tak naprawdę już
tylko one pamiętały, co jest w środku. Agnieszka nie chciała sprawdzać.
Przynajmniej na razie. Zawsze obiecywała sobie, że gdy zarobi na
kolejnej książce więcej pieniędzy, zdecyduje się na remont. Wtedy
wszystkie meble po prostu wyrzuci, nie zastanawiając się, jakie mogą
kryć skarby sprzed lat.
Wydawało jej się, że z pokoju naprzeciw schodów dobiegło skrzypnięcie.
Bez wahania weszła do środka i stanęła zaskoczona. Jedna z szafek była
otwarta, a na zakurzonym, poszarzałym ze starości dywanie leżały
rozrzucone wycinki z gazet. Akurat oświetlała je smuga światła wpadająca
do środka przez szczelinę w zaciągniętych zasłonach.
Jak to możliwe, że szafka sama się otworzyła?
Każda inna kobieta samotnie mieszkająca w wielkim, starym domu,
pamiętającym jeszcze początki dwudziestego stulecia, poczułaby w tym
momencie strach. Ale nie Agnieszka Dudek. Ona miała defekt. Od wielu lat
nie czuła strachu. Chyba że we śnie, kiedy wracały wspomnienia koszmaru
z piwnicy. Oczywiście odczuwała stany niepokoju, może nawet lekkiego
lęku, lecz jej zdaniem nie był to strach. Znajomym często mówiła, że
jest rozregulowana. W dzieciństwie przeżyła takie przerażenie, że teraz
nic nie mogło jej przestraszyć. Nic nie dorównuje skalą tamtemu
Strachowi.
Teraz też się nie bała. Spokojnie schyliła się i podniosła wycinki z podłogi. Wiedziała, czego dotyczą. Zbierała je przez dwa lata,
przygotowując się do napisania swojej pierwszej książki.
Wspomnienia z piwnicy odniosły wielki sukces, bardzo dobrze się
sprzedały, zrobiły spory szum na rynku, dostała nawet jakieś nagrody
literackie za debiut roku, sprzedała prawa do filmu. W książce opisała
minuta po minucie swój pobyt w piwnicy mordercy, nie pomijając żadnych
brutalnych szczegółów, a później wieloletnią tułaczkę po szpitalach
psychiatrycznych i powolny powrót do normalnego życia. Redaktor zmienił
jednak zakończenie na bardziej optymistyczne. I żyli długo i szczęśliwie
-?szyderczo komentowała nowe zakończenie, ale zgodziła się. Jedynie w tym miejscu książka rozmijała się z prawdą.
Ona nigdy już nie będzie normalna. Tylko udaje normalność, żeby nie
zrażać do siebie innych i móc żyć spokojnie na wolności, a nie w zakładzie zamkniętym, gdzie umieściłaby siebie bez wahania, gdyby była
lekarzem.
Włożyła wycinki do szafki, nawet na nie nie spojrzawszy, i zamknęła ją.
Drzwiczki zaskrzypiały z oporem, poddając się naciskowi dłoni. Nie mogły
się same otworzyć. Pewnie otworzył je któryś z Gości nawiedzających
czasem jej dom.
Tak nazywała duchy zmarłych. Wierzyła, że jest nawiedzona, przyciąga do
siebie dusze skrzywdzonych i zamordowanych osób jak płomień świecy ćmy.
Po raz pierwszy zmarli odwiedzili ją w szpitalu już na drugi dzień po
tym, jak sanitariusze wyciągnęli ją z piwnicy. Odwiedzały ją dzieci
zamordowane przez Bestię ze Środy. Stawały w drzwiach, nagie,
okaleczone, pokrwawione, cierpiące i patrzyły na nią jakby z wyrzutem,
że jej udało się przeżyć ten koszmar. Czasem w ich oczach malowała się
niemożliwa do spełnienia prośba o pomoc. Odwiedzały ją w nocy, w trakcie
dnia, były dni, kiedy czuła, że któreś z nich ukrywa się pod jej
szpitalnym łóżkiem, przesiadywały godzinami na jego skraju, nie zważając
na wizyty pielęgniarek i lekarzy, lub stały pod ścianami. Tak było przez
lata. Bez względu na miejsce, w którym akurat przebywała.
Nie bała się duchów i nie potrafiła im pomóc.
Potem odeszły, lecz odtąd przychodzili do niej inni. Nie mieli już
widzialnej postaci. Miała świadomość ich obecności, czasem zostawiali
widoczne znaki, tak jak teraz. Wszyscy cierpieli, byli przerażeni i zagubieni.
Wyszła z pokoju i schodziła zamyślona po schodach. Duchy też opisała w swojej pierwszej książce. Były przecież nieodłącznym elementem jej
życia. Redaktor zmienił zakończenie jej książki, pisząc, że przestały
przychodzić. To nie była prawda.
Usiadła na sofie z lampką wina w dłoni, zawinęła się w koc i rozmyślała
o wszystkim i o niczym. Dzisiaj już nie będzie w stanie napisać nawet
zdania. Szkoda.
We Wspomnieniach z piwnicy świadomie pominęła jeden bardzo ważny wątek
swojego życia: gorący romans z młodą panią psycholog, Izą Karewicz. Nie
chciała sprowadzić na nią kłopotów -?przecież wiadomo, że media są
bezwzględne. Ich romans trwał wiele lat, nawet kiedy Iza wyjechała do
pracy do Francji, a Agnieszka próbowała ułożyć sobie kilkakrotnie życie
w związkach z mężczyznami. Korespondowały i spotykały się przy każdej
nadarzającej się okazji. Wtedy zawsze szły do łóżka. Nawet teraz
utrzymywały mailowy kontakt, mimo że Iza od kilku lat mieszkała na stałe
w Bostonie, gdzie pracowała w tamtejszej klinice psychiatrycznej. Ocean
stał się przeszkodą trudną do pokonania. Powrót Agnieszki do świata i normalnego życia był w całości zasługą Izy. Nigdy jej tego nie zapomni i będzie wdzięczna do końca życia, jakkolwiek się jeszcze ono potoczy.
Doktor Iza często powtarzała aforyzm: "Życie jest jak jajo, trzeba je
znieść". Takie motto swojego życia przyjęła Agnieszka.
W drugiej książce: Ja i śmierć, która ukazała się na rynku półtora
roku po pierwszej, Agnieszka wspominała swoje życie po tym, jak opuściła
mury szpitalne. Opisała wieloletnie zmagania z depresją, próby
samobójcze, aż wreszcie zaakceptowanie życia takiego, jakie przynosi
los, i pogodzenie się z nieuchronnością śmierci. Znowu sukces,
pieniądze, nagrody i -?co najważniejsze -?listy od czytelników
zmagających się z podobnymi problemami, których podniosła na duchu i którym pomogła, uświadamiając im, że nie są sami. Miała jednak niesmak,
wspominając tę książkę. Redaktor namówił ją, żeby zaczęła od opisu
samobójstwa swojej matki, która nie wytrzymała psychicznie tragedii
córki i któregoś wieczora odkręciła gaz. Sąsiedzi znaleźli ją martwą po
kilku godzinach. Cud, że cały blok nie wyleciał w powietrze. Nie powinna
się na to zgodzić, ale uległa. I teraz żałowała.
Obecnie pisała trzecią książkę, zatytułowaną roboczo Ja i życie, w której opisywała swoją przemianę duchową i uzasadniała, dlaczego jednak
warto żyć.
Około dwudziestej odstawiła wino i stanęła przed drzwiami prowadzącymi
na taras. Miała stąd doskonały widok na dom obok. Ogrodzenie
oddzielające obie posesje dawno się zawaliło ze starości i bardzo dobrze
widać było drzwi wejściowe i ścieżkę prowadzącą do furtki. Poprzedni
właściciele nie wyrażali chęci naprawy płotu, a Agnieszka nie miała
zamiaru sama finansować takiej poważnej inwestycji. Jednak od dwóch
miesięcy sąsiedni dom miał nowego mieszkańca i spodziewała się, że
kwestia ogrodzenia wypłynie prędzej czy później. Miała nawet odłożone na
ten cel pieniądze w banku.
Nie wiedziała dlaczego, ale nowy właściciel domu bardzo ją pociągał. Był
wysoki, dobrze zbudowany, miał nie więcej niż czterdzieści lat i był...
dziwny.
Tak jak ja.
Rzadko wychodził z domu, zakupy dowoziła mu firma transportowa, często w trakcie dnia przyjmował gości, lecz wieczorami czas spędzał samotnie.
Teraz właśnie zobaczyła, że otwierają się drzwi i pojawia się w nich
sąsiad. Jakby z wahaniem, niepewnie przestępuje przez próg, blady, z mocno zaciśniętymi wargami. Potem drżącymi jak u alkoholika rękami
przekręca klucz w zamku i nieruchomieje, oparty o drzwi. Wyraźnie
uspokaja oddech. Minęły co najmniej dwie minuty, zanim zdecydował się
iść dalej. Niepewnie zbliżył się do furtki prowadzącej na ulicę i znowu
przystanął, przytrzymując się klamki. W końcu ostrożnie otworzył furtkę,
nieśmiało, ze strachem wyjrzał na zewnątrz, jakby miało mu tam grozić
śmiertelne niebezpieczeństwo. Wreszcie zniknął jej z oczu.
Dziwne. Podejrzewała, że musiał być na coś ciężko chory. Taka procedura
wyjścia na ulicę powtarzała się codziennie, mniej więcej o tej samej
porze. Wracał zawsze po trzydziestu minutach. Jakby go ktoś gonił,
szybko, nie oglądając się za siebie, wpadał do domu i zatrzaskiwał
drzwi.
Naprawdę dziwne. Tym bardziej że już kilka tygodni temu Agnieszka
dokonała nieoczekiwanego odkrycia. Sąsiad obserwował ją całymi
godzinami, stojąc w oknie naprzeciwko okien jej salonu. Szczególnie
wieczorami. Miał doskonały widok przy zapalonym u niej świetle. Nie
wyrobiła w sobie nawyku opuszczania żaluzji. Kiedyś sąsiedni dom
zajmowała starsza pani, która bardzo wcześnie chodziła spać, później
przez półtora roku dom stał pusty.
Po pierwszym szoku spowodowanym tym odkryciem uspokoiła się. Teraz jej
to nie przeszkadzało. Nawet czasami czuła coś na kształt podniecenia,
mając świadomość, że on tam jest i patrzy.
Zresztą ona też go często obserwowała z okna sypialni na piętrze.
3. Fobie
(17 maja 2025 -?sobota)
Robert Wójtowicz obudził się już o ósmej rano i to nie było dobre
przebudzenie.
Kiedy otworzył oczy i wróciła mu świadomość, poczuł w gardle niepokój w postaci wielkiej śnieżnej kuli, której chłód rozchodził się po całym
ciele.
Poprzedniego wieczora nie mógł zasnąć. Do późnej nocy chodził po całym
domu jak zły duch, potem siedział w kuchni, usiłując się uspokoić,
wreszcie położył się do łóżka, lecz sen nie przychodził. Pamiętał
jeszcze, jak stary zegar wiszący w salonie wybił wpół do czwartej. Potem
nagle pogrążył się w sennym niebycie pozbawionym marzeń i nagle ten sam
zegar obudził go, wybijając ósmą. Było już jasno i liczył uderzenia,
żeby się dowiedzieć, która jest godzina.
Za oknem był nowy dzień, może nawet pierwszy od wielu dni bez opadów? Na
moment promienie wiosennego słońca wpadły do sypialni przez szpary w żaluzjach. Nie było sensu dłużej leżeć. I tak by już przecież nie
zasnął. Wstał, powlókł się do łazienki i długo stał pod prysznicem. Miał
nadzieję, że woda spłucze z niego lęk i pozwoli wrócić do równowagi, ale
oczywiście nic takiego się nie stało.
Z każdą chwilą było coraz gorzej.
Miał problemy z umyciem zębów, ponieważ każda próba włożenia do ust
końcówki elektrycznej szczoteczki powodowała gwałtowne napady mdłości.
Zrezygnował więc z mycia zębów i tylko przepłukał usta płynem do higieny
jamy ustnej. Nienawidził tego smaku, który niezmiennie kojarzył mu się z odorem szaletu miejskiego. Za każdym razem płyn palił go w usta, tak że
nie mógł wytrzymać. Zawsze miał wtedy w oczach reklamę telewizyjną tego
płynu: facet płucze usta z rozkoszą na twarzy.
Gówno prawda!
Reklamy kłamią. Gdyby ten gość naprawdę płukał usta płynem, który
reklamuje, nie byłby w stanie dwóch sekund wytrzymać z takim wyrazem
twarzy. Pewnie na planie używali odpowiednio zabarwionej wody i dlatego
tak wspaniale wyszło. Robert znał się na produkcji, ponieważ był
współwłaścicielem sporej agencji reklamowej. Co prawda nie udzielał się
już w niej zawodowo od około dwóch lat, ale czasem zdarzało się, że
pracownicy prosili go o konsultacje albo uwagi do różnych projektów -?w tym scenariuszy filmów reklamowych.
Narzucił na siebie szlafrok i poszedł do kuchni, choć wiedział, że nie
zdoła niczego przełknąć. Jego żołądek był boleśnie ściśnięty i położony
gdzieś bardzo blisko śnieżnej kuli lęku, która ogarniała go swoim
chłodem i zaburzała normalną pracę organizmu. Miał jednak nadzieję, że
uda mu się wypić chociaż kubek gorącej kawy. Niestety zebrało mu się na
wymioty, gdy poczuł zapach, który zaczął rozchodzić się po kuchni z ekspresu. Wyłączył więc ekspres, kawę z metalowego dzbanka wylał do
zlewu i przepłukał wodą, żeby nic nie było czuć.
Następnie poszedł do salonu i próbował się czymś zająć. Niewiele z tego
wyszło. Ciągłe wewnętrzne uczucie lęku powodowało przyspieszone bicie
serca i nieznośne drżenie narządów wewnętrznych, które przenosiło się na
ręce i osłabiało mięśnie nóg. Nie potrafił spokojnie przejść kilku
kroków. Nie mógł też usiedzieć na jednym miejscu ani skupić się na
najprostszych czynnościach.
Na początek usiadł w fotelu i włączył w telewizorze kanał TVN24, żeby
zobaczyć wiadomości ze świata. Przed oczami migały mu obrazy i nic nie
docierało do mózgu. Zerwał się, wyłączył telewizję i usiadł przy biurku.
Okazało się, że wczoraj zapomniał wyłączyć laptop i rozładowała się
bateria. Sięgnął pod biurko, znalazł końcówkę kabla zasilającego i bezskutecznie próbował włożyć ją do gniazda w urządzeniu. Ręka mu drżała
i nie mógł trafić. Próbował oburącz, lecz i tak się nie udało. Wściekły
rzucił kablem o podłogę. Lęki zagnały go w inne miejsce. Próbował czytać
wczorajszą "Gazetę Wyborczą" leżącą na blacie pomiędzy kuchnią a salonem. Bezskutecznie. Literki były zbyt małe, żeby mógł skoncentrować
na nich rozbiegany wzrok, a poza tym z kuchni czuć było jeszcze kawą, co
nadal powodowało nudności. Uwielbiał kawę i pił jej wielkie ilości.
Czasem jednak zdarzały się takie dni jak ten, kiedy coś go odrzucało i nie mógł nawet o niej myśleć.
Wreszcie zrozpaczony zaczął chodzić bez celu po salonie, na uginających
się od uczucia lęku nogach, i w końcu już nawet o niczym nie myślał. W ostatnim przebłysku rozsądku pomyślał o tabletkach, które miał
przepisane na stany lękowe takie jak ten. Nie zdecydował się ich zażyć.
Może to był kolejny etap jego choroby, lecz starał się nie brać niczego,
co mogłoby go otumanić, uśpić, spłaszczyć jego myślenie, czyli sztucznie
poprawić mu nastrój. To byłoby dla niego skrajne poniżenie. Okazałoby
się, że jest za słaby, nie potrafi walczyć ze swoimi chorobami, i oznaczałoby ostateczną klęskę jego jako człowieka. Wiedział, że
postępował idiotycznie, ale nie zmieniał zdania. Oczywiście kilka razy
już zdarzyło mu się ulec i sięgnąć po środki medyczne. Kiedy wspomaganie
chemiczne pozwalało jego umysłowi wrócić na właściwy tor, śmiał się z tych swoich zasad. Przecież po tabletkach czuł się tak wspaniale. Kiedy
tylko znikał gdzieś lęk, wydawało mu się, że jest kilka razy lżejszy,
wstępowała w niego chęć do życia i do rozpoczęcia nowego etapu walki ze
swoimi słabościami. Zawsze jednak szybko, sam nie wiedząc dlaczego,
odstawiał lekarstwa i po kilku, w najlepszym wypadku kilkunastu, dniach
fobie wracały.
Wreszcie położył się w salonie na sofie, przykrył kocem i trwał tak
bardzo długo w pozycji embrionalnej, aż w końcu zapadł w nieprzyjemny
letarg, z którego nie mógł się wyrwać. W tym czasie we śnie odwiedził
dziesiątki miejsc i spotkał setki ludzi, których znał albo i nie. Wiele
razy wracał na granice przytomności i wtedy wpadła mu do głowy myśl, że
może powinien się już obudzić, lecz nie miał dość siły i po kilku
sekundach zwyciężał sen, zabierając go do swojego mrocznego królestwa.
Kiedy się wreszcie gwałtownie ocknął, wydawało mu się, że jest już
piętnasta, ponieważ słyszał trzy uderzenia zegara. Musiał jednak coś
pokręcić -?wskazówki na cyferblacie pokazywały szesnastą.
Sen podziałał na niego kojąco -?czuł się wyspany, pełen energii i, co
najważniejsze, obezwładniający lęk gdzieś zniknął. Zwlókł się więc
zdrętwiały z sofy i postanowił jeszcze raz zacząć dzień od nowa. W kuchni nastawił kawę i miły aromat z ekspresu szybo rozszedł się po
domu. Tym razem czuł, że ma na kawę wielką ochotę i nic go już nie
powstrzyma przed wychyleniem dużego kubka. Albo najlepiej dwóch.
Zazwyczaj pił dwie kawy jedną po drugiej, a czasem miał jeszcze ochotę
na trzecią. Wtedy jednak przychodziło uczucie przesytu i nie kończył
ostatniej filiżanki.
Jeszcze raz wziął prysznic, potem umył zęby i przepłukał usta płynem do
higieny jamy ustnej o smaku miejskiego szaletu. Teraz jego aromat mniej
mu przeszkadzał. Ubrał się w świeżą koszulkę i spodnie od dresu i poszedł do kuchni. Kawa była już gotowa. Wyciągnął z szafki wielki
piankowy kubek jednorazowy, w jakich podaje się kawę w fast foodach, i nalał sobie do pełna z termosu ekspresu. Trochę nawet przesadził i musiał odrobinę upić, ponieważ nie zmieściłaby się taka ilość mleka,
która gwarantowała najlepszy smak. Pił kawę, rozkoszując się każdym
łykiem, i nagle poczuł, że jest głodny. Sięgnął znowu do szafki
kuchennej nad zlewem, gdzie trzymał poskładane w eleganckie stosy
jednorazowe talerze różnej wielkości i rodzaju -?od papierowych tacek na
grilla, przez większe talerze z plastiku, aż po głębsze na zupę -?i wyciągnął sobie jeden, średniej wielkości. W lodówce znalazł kawałek
kiełbasy, w koszu na owoce dostrzegł awokado, o którym musiał zapomnieć,
gdyż było już bardzo miękkie i na skórce pojawiły się czarne plamy.
Znak, że to ostatnia chwila, żeby je zjeść. Uwielbiał awokado, ale nie
dopuszczał, żeby robiło się za miękkie. Z bardzo dojrzałego owocu
łatwiej schodziła skórka, lecz w środku robiło się rozlazłe i miało
konsystencję masła. Teraz poczuł taką ochotę na awokado, że nie miało to
znaczenia. Obrał owoc rękami, wydłubał ze środka pestkę i miąższ zmienił
się w bezkształtną bryłę na talerzu. Umył zaraz ręce i sięgnął do
chlebaka, gdzie znalazł ostatnią, trochę czerstwą bułkę. Trudno ją było
rozłamać, więc gryzł ją w całości.
Po jedzeniu, przy drugiej kawie, poczuł przypływ weny twórczej. Poszedł
szybko na górę, gdzie miał spore atelier fotograficzne, i zaczął
zmieniać dekoracje. Jakiś czas temu, na zamówienie jednego z czasopism
kobiecych, przez kilka dni fotografował modelki w wiosennych
płaszczykach, dlatego na ścianie rozwieszona była wielka fototapeta
przedstawiająca ukwieconą majową łąkę, przy której postawił
przyciągnięty z garażu wiklinowy stolik i cztery krzesła pamiętające
jeszcze czasy Peerelu. Po obróbce komputerowej zdjęcia nawet nieźle
wyszły. Teraz należało posprzątać. Miał teraz zamówienie na serię
subtelnych aktów znanej celebrytki. Był bardzo dobry w kobiecych aktach
i nawet kiedyś sporo u niego zamawiano tego typu fotografii. Odkąd ukrył
się przed światem w domu, powoli o nim zapominano. Liczba zamówień
zmalała. Na razie nie narzekał, odłożył sporo pieniędzy na lokatach,
duże kwoty zainwestował w giełdę i fundusze inwestycyjne, na bieżące
życie starczało mu wynagrodzenie za członkostwo w radzie nadzorczej
swojej firmy. Na razie nie narzekał -?miał czas na malowanie,
odpoczynek, a jego fobie nikomu nie zatruwały życia.
Nie wiedział, dlaczego celebrytka wybrała właśnie jego. Wymyśliła, żeby
przedstawiać ją przy wielkim łóżku i otwartej szafie z ubraniami i bielizną. Przymierzałaby różne ciuszki i całą sesję by temu poświęcono.
Robert był zadowolony z takiego pomysłu. Nie musiał wychodzić z domu.
Wystarczyło przygotować dekoracje w domowym atelier. Sesja miała odbyć
się w czwartek.
Do wieczora pracował w atelier. Sygnał przypomnienia w telefonie
komórkowym go zaskoczył. A nie powinien. Odzywał się przecież codziennie
o tej samej porze. Za kwadrans dwudziesta. Nienawidził tej chwili.
Przypominał sobie, że musi wyjść z domu na krótki spacer.
Jak zwykle zaczął szukać wymówek i usprawiedliwiać się w myślach przed
samym sobą. Nic się nie stanie, jeśli dzisiaj zostanie w domu. Takie
jednorazowe odstępstwo od ustalonego z lekarzem rytuału nie powinno
wpłynąć negatywnie na terapię. Teraz przecież czuje się całkiem dobrze,
po ciężkim poranku wrócił do normalnego funkcjonowania. Już miał
kontynuować pracę przy rozstawianiu oświetlenia, gdy przypomnienie w telefonie rozległo się znowu. Tym razem sygnał był głośniejszy i brzmiał
jak wyrzut sumienia.
No dobrze, już idę -?pomyślał niechętnie i wrócił na dół. Zmienił
spodnie, włożył wiatrówkę, na głowę wcisnął czapkę z daszkiem i długo
wiązał buty.
Nie mógł dopuścić do tego, aby lęk wrócił. Uczył się panowania nad
własnym strachem od dawna. Na razie z mizernym skutkiem.
Zastygł z dłonią na klamce, oddychając ciężko. Świat po drugiej stronie
drzwi był dla niego obcym i bardzo niebezpiecznym miejscem. W krzakach
przy ulicy, za ogrodzeniami, w trudno dostępnych zakamarkach w ogrodach
sąsiadów, czaiła się ciemność. Wiedział, że taka ciemność potrafi pełzać
za nim bezgłośnie, skrywając w swoim wnętrzu oślizgłe stwory, które
tylko czekały na okazję, aby rzucić się na niego i zamknąć w uścisku
swoich lepkich i zachłannych macek. Ludzie na ulicach mieli twarze
wykrzywione w przerażających grymasach i zawsze kiedy ich mijał,
patrzyli na niego szyderczo. Starał się nie zwracać na nich uwagi.
Wiedział przecież, że kiedy przechodzi obok, oni stają i odprowadzają go
złym spojrzeniem, dopóki nie zniknie w oddali lub za zakrętem. Prawie
słyszał złorzeczenia pod swoim adresem szeptane przez nich pod nosem.
Nie odwracał się więc, starał się tego nie widzieć. Na nierównym
chodniku łatwo było się potknąć, wydawało mu się, że ostre ogrodzenia
sąsiednich domów wykonano z drutu kolczastego, żywopłoty miały długie
kolce i czasem zbliżały się do niego niebezpiecznie. Musiał uważać, aby
się nie pokaleczyć.
Świat był przerażającym miejscem. Musiał się jednak do niego znowu
przyzwyczaić. Chociaż pewnie nigdy nie będzie już tak jak dawniej.
Wychodzenie z domu stanowiło niezbędny element terapii.
Otworzył drzwi, wyszedł na zewnątrz z zaciśniętymi ustami, z trudem
przekręcił klucz w zamku i oparł się, żeby przeczekać. Zawsze na
początku świat atakował go swoimi koszmarnymi kształtami przedmiotów i musiał odczekać, zanim jego oczy przywykną. Potem ruszył do furtki,
tutaj stał dłużej, zanim zdecydował się wyjść na ulicę.
Pół godziny później szybko wrócił. Obszedł taką samą trasę jak co dzień
bez żadnych znaczących incydentów. Raz tylko, kiedy mijał chłopaka i dziewczynę idących wolno objętych ramionami, niepotrzebnie spojrzał na
ich twarze. To były maski, takie jak często widzi się w telewizji, kiedy
pokazywane są obrazki z zamieszek -?Anonymous. Przyspieszył więc kroku,
a oni zatrzymali się i wyśmiewali go piskliwymi głosami, dopóki nie
oddalił się na znaczną odległość.
W domu od razu poczuł się lepiej. W serce wstąpiła nowa nadzieja i energia. Na kolację wyciągnął z zamrażarki kawałek pizzy i odgrzał w piekarniku. Nie miał już w domu nic do jedzenia. Musiał złożyć
zamówienie na dostawę z jakiegoś supermarketu.
Po kolacji stał w oknie, przy zgaszonym świetle, i obserwował sąsiadkę w domu obok. Akurat chodziła po salonie z kieliszkiem wina w ręce, siadała
na dłużej przy komputerze, odchodziła, drapiąc się w głowę, czasem
przeglądała stosy papierów leżących na biurku.
Robiła na Robercie piorunujące wrażenie. Nie potrafił się powstrzymać
przed codzienną sesją zaglądania w jej okna. Była średniego wzrostu,
miała pełne kształty, ale bez nadwagi, czasem pod koszulkę nie wkładała
stanika i wtedy podziwiał cudowne falowanie jej piersi. Miała długie
ciemne włosy i była bardzo ładna. Wyglądała na kilka lat młodszą od
niego.
Marzył o tym, żeby namalować jej akt. Wyobrażał sobie taką scenę -?on
maluje, ona leży i obserwuje każdy jego ruch, bez słów. Pełne
porozumienie dusz.
Z zamyślenia wyrwało go gasnące światło w jej salonie. Była dwudziesta
trzecia. Sąsiadka poszła do sypialni na piętrze. Po chwili zobaczył, jak
gasi światło.
Zapalił światło u siebie i jeszcze przez godzinę chodził po domu. Nie
widział szarej postaci kobiety obserwującej go z okna sypialni na
piętrze w domu obok.
4. Niesmak
(19 maja 2025 -?poniedziałek)
Marek Rosiński stał przy ciśnieniowym ekspresie do kawy i mocował się z uchwytem. Na początku roku ludzie z wydziału zrzucili się i wspólnie
kupili inny ekspres niż najtańszy przelewowy z hipermarketu. Nareszcie
można było napić się porządnej kawy. Pod jednym warunkiem -?trzeba było
nauczyć się obsługi urządzenia. Marek miał wieczny problem z odkręceniem
uchwytu, a później z ponownym jego zamocowaniem ze świeżą kawą do
zaparzenia. Inni radzili sobie z tym bez trudu. Widać miał jakiś feler.
Podobnie było tym razem.
-?Nie szarp tak, bo złamiesz -?usłyszał nagle nad uchem kobiecy głos.
Aśka odsunęła go stanowczym ruchem i sprawnie obsłużyła ekspres, wyjęła
mu z rąk kubek, postawiła w odpowiednim miejscu i włączyła start.
Urządzenie zabuczało i dwoma strumieniami kawa lała się do naczynia.
-?Nie wiem, jak ty to robisz -?mruknął pod nosem.
-?Potrzeba trochę czułości.
-?Bardzo śmieszne.
Spojrzała na niego z ukosa.
-?Coś taki naburmuszony? -?zapytała ostrożnie.
-?Wydaje ci się.
-?Zdążyłam cię już trochę poznać.
-?Złapałem kontuzję.
Poprzedniego wieczoru, jak co niedzielę, w planie treningowym miał
ćwiczenie siły biegowej. W tym celu jeździł do Parku Grabiszyńskiego od
strony cmentarza i tam kilkakrotnie wbiegał na pomnik poległych
żołnierzy, górujący nad otoczeniem. Musiał się przeforsować, ponieważ
rano wstał z bolącą lewą łydką. Miał już kiedyś taką kontuzję i nawet
wybrał się do lekarza po poradę. Prawdopodobnie uszkodził głowę mięśnia
brzuchatego łydki. Rano okładał bolące miejsce lodem i smarował maścią.
Kontuzja nie była poważna, ale czekało go kilka dni przerwy, nie
wspominając o bólu przy chodzeniu w pierwszych dniach.
-?Coś poważnego?
-?Mam nadzieję, że nie.
-?Już rozumiem. -?Pokiwała głową. -?Perspektywa kilku dni bez endorfiny
powoduje rozdrażnienie.
-?Nie jestem jeszcze uzależniony. -?Skrzywił się.
-?Chodź, wiem, kim jest ofiara z lasu.
Kiedy wrócili do pokoju, usiedli obok siebie przy jej biurku i przez
chwilę wpatrywali się w ładną blondynkę, patrzącą na nich z uśmiechem z ekranu. Trudno było uwierzyć, że to denatka z lasu.
-?Nazywała się Marzanna Witkowska, lat dwadzieścia pięć, zamieszkała w Pułtusku, we Wrocławiu z koleżanką wynajmowała mieszkanie blisko
centrum. I właśnie ta koleżanka zgłosiła jej zaginięcie półtora tygodnia
temu. Potem to samo zrobili rodzice w Pułtusku, którzy stracili z córką
kontakt.
-?To by się zgadzało -?przyznał Marek. -?Jednak nie mam pewności, czy to
ta sama osoba.
Joanna szybko zmieniła zdjęcie. Teraz kobieta patrzyła na nich z ekranu
poważnie. Ubrana była w taki sam płaszcz, jaki Marek zapamiętał z lasu.
-?A teraz? -?zapytała Borowiec.
-?Cieplej. -?Pokiwał głową.
-?Pracowała w nocnym Klubie Żądza po drugiej stronie zaułka neonów przy
Ruskiej czterdzieści sześć. Tam też, w nocy z trzeciego na czwartego
maja po skończonej pracy, była widziana ostatni raz przez koleżankę,
która zgłosiła zaginięcie.
-?Żądza to ten klub, z którym mają problemy koledzy z obyczajówki? -
zapytał.
-?Nie tylko. Wydział narkotyków też ma tam co robić -?odpowiedziała. -
Po północy oficjalnie klub jest zamykany, ale zostają klienci, którzy
zapłacili tak zwane wpisowe. Kelnerki zamieniają się w panie do
towarzystwa i korzystają z udostępnionego im wtedy zaplecza klubu.
Oficjalnie to nie jest burdel, nic właścicielom klubu nie można zrobić,
bo zadowolony klient płaci kelnerce. Klub nic z tego nie ma.
-?Nieźle. Jak się nazywa ta koleżanka?
-?Ewa Fornalik, pracuje w tym samym klubie.
-?To chyba ją odwiedzimy, co? -?Marek spojrzał pytająco na koleżankę.
-?Zdecydowanie, już do niej dzwoniłam, jest w domu, pracę zaczyna po
południu. Pij kawę i się zbieramy.
Do bloku na Łaciarskiej przy skrzyżowaniu z Nożowniczą, nieopodal Placu
Nowy Targ, z budynku komendy wojewódzkiej można było dojść piechotą w kilka minut. Aśka chciała się przespacerować, bo po raz pierwszy od
kilkunastu dni było ciepło, jednak Marek wymógł na niej przejażdżkę
autem ze względu na bolącą łydkę. Potem przeklinała go pod nosem, kiedy
krążyła wokoło rynku, szukając miejsca do zaparkowania. Żeby przerwać
ciąg złych spojrzeń rzucanych przez nią za każdym razem, kiedy upatrzone
miejsce było już zajęte, zgodził się zapłacić za podziemny parking pod
Nowym Targiem. Tu przynajmniej była winda i nie musiał wspinać się po
schodach. A od mieszkania Ewy Fornalik na Łaciarskiej dzieliło ich tylko
sto metrów.
Kiedy szli ramię w ramię, Joanna oczywiście nie odmówiła sobie
papierosa. Do tego cały czas ziewała.
-?Ty dzisiaj w ogóle spałaś? -?zapytał trochę złośliwie.
-?Nie bardzo -?odrzekła, znowu ziewając i zasłaniając usta dłonią.
-?Może to przez te fajki nie możesz spać?
-?Odgrywasz się teraz za te moje przekleństwa po drodze?
-?Trochę -?przyznał.
-?Dobra, mnie to wcale nie rusza.
Chciał jeszcze powiedzieć coś złośliwego o jej ubłoconych podeszwach,
ale przypomniał sobie, że padało do majówki i dzisiaj po raz pierwszy
zza chmur wyjrzało słońce. Pewnie weszła gdzieś w błoto na parkingu.
Ewa Fornalik wyglądała, jakby dopiero co wyszła spod prysznica. Była
boso, ubrana w czerwony szlafrok, z mokrymi ciemnymi włosami do ramion
zaczesanymi do góry. Była bardzo ładna. Marek miał przez chwilę problem
z utrzymaniem koncentracji, kiedy usiadła naprzeciw nich w fotelu i założyła nogę na nogę, odsłaniając zgrabne uda i ładne stopy. Widział po
Joannie, że jej się nie spodobało takie swobodne zachowanie kobiety. Nic
jednak nie powiedziała, jedynie zacisnęła szczęki.
-?To pani zgłosiła zaginięcie Marzanny Witkowskiej -?zaczął Marek.
-?Tak -?potwierdziła szybko Fornalik, lekko zaniepokojona -?Czy już
wiecie, co się z nią stało?
-?Niestety nie żyje -?odpowiedział twardo Rosiński. -?Została
zamordowana.
-?Poznaje ją pani? -?Joanna nie dała jej przetrawić tej informacji,
natychmiast pokazując zdjęcie denatki ze stołu sekcyjnego.
Dla Fornalik to był szok. W jednej chwili uleciała z niej cała pewność
siebie i trochę prowokacyjne zachowanie. Nagle się skurczyła, zacisnęła
kolana, szczelniej otuliła się szlafrokiem i zbladła jak papier. Zaczęła
jej drgać dolna warga, za moment po policzkach potoczyły się dwie
wielkie łzy. Pokiwała głową, nie mogąc wykrztusić ani słowa.
Marek zerknął na koleżankę. Z jej kamiennej twarzy nic nie dało się
wyczytać. Mogła to zrobić subtelniej, ale Aśka już taka była, czasem
waliła prosto z mostu i zazwyczaj robiła to wtedy, gdy ktoś jej się
ewidentnie nie podobał. Tak jak Ewa Fornalik teraz. Z jakiegoś powodu
policjantka uprzedziła się do kobiety w sekundę. Może chodziło o jej
zachowanie?
Mimo wszystko Borowiec dała kobiecie dłuższą chwilę na oswojenie się z tą informacją i na opanowanie łez. Marek postanowił przejąć inicjatywę i zaczął powoli:
-?Długo pani znała Marzannę Witkowską?
Fornalik pokiwała głową, nadal nie mogąc wykrztusić słowa.
-?A konkretniej?
-?Dwa lata -?padła cicha odpowiedź. -?Mniej więcej.
-?Jak się poznałyście?
Kobieta sięgnęła na stolik przy jej fotelu po chusteczki i zanim
odpowiedziała, wytarła oczy i wysiąkała nos.
-?Marzanna zaczęła pracę w Żądzy, ja już tam pracowałam, szukała
mieszkania, a to mieszkanie jest dla mnie za duże i za drogie. Jakoś tak
przypadła mi do gustu, więc jej zaproponowałam jeden pokój.
-?Czy kogoś miała? Chłopaka, narzeczonego?
-?Nie.
-?Spotykała się z kimś?
Ewa Fornalik nagle poruszyła się niespokojnie.
-?Czyli jednak ktoś był -?drążył Marek.
-?Nie do końca... -?Zawahała się.
-?Posłuchaj mnie -?odezwała się policjantka twardym głosem. -?Nawet nie
próbuj kręcić. My wiemy, co się dzieje w waszym klubie po oficjalnym
zamknięciu. Czy Witkowska brała pieniądze za seks?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki