Cooper i jego pragnienia - L. Sherman

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szyW ka­łużyLi­sto­pad 2017 roku

Indy

Bie­głam tak szybko, jak tylko się dało, w sza­rych za­mszo­wych bu­tach na wy­so­kim ob­ca­sie. Gwał­tow­nie za­trzy­ma­łam się w ka­łuży desz­czu, woda roz­chla­pała się wo­kół mo­ich stóp. Sta­łam na Pią­tej Alei przed lobby Man­hat­tan Pen­tho­use, ele­ganc­kiego lo­kalu, który wiel­kie kor­po­ra­cje wy­naj­mo­wały na przy­ję­cia.

Po­trzą­snę­łam pa­ra­solką, zdję­łam kap­tur i wy­gła­dzi­łam dło­nią spu­szone te­raz dłu­gie brą­zowe włosy.

- Cho­lerne ku­dły - mruk­nę­łam i po­ża­ło­wa­łam, że z mo­jej ma­łej ko­per­tówki nie wy­łoni się za sprawą cza­rów żadna szczotka do wło­sów. Dziś z pew­no­ścią nie spo­tka mnie ta­kie szczę­ście. Na­ło­ży­łam na usta kilka warstw no­wego ciem­no­czer­wo­nego błysz­czyku. Mu­sia­łam pod­nieść so­bie po­przeczkę i po­ka­zać, kto tu rzą­dzi. - Bar­dzo się de­ner­wu­jesz, Indy? - wy­mam­ro­ta­łam.

Na li­tość bo­ską, je­steś do­ro­słą pro­fe­sjo­na­listką, masz świetną pracę, dasz radę. Prze­pra­co­wa­łaś z nim wiele go­dzin. Dla­czego te­raz mia­łoby być ina­czej? Bo już tu nie pra­cuję i nie na­leżę do jego świata.

- Tak, ga­dam do sie­bie, kiedy się de­ner­wuję, a ty nie?

Przy­znaję, strasz­nie pod­ko­chi­wa­łam się w moim sze­fie. Zda­niem mo­jej współ­lo­ka­torki Anny, przy­szłej pri­ma­ba­le­riny New York City Bal­let, je­stem ska­zana na za­gładę.

- A nie mó­wi­łam? - Je­stem z niej taka dumna! Nie­długo ona też bę­dzie miała wła­sną hi­sto­rię. Ale na ra­zie wciąż mó­wimy o mnie. Tak bar­dzo za­prze­czam temu, że spa­dłam już z klifu mi­ło­ści.

Jed­nak Anna za­wsze po­wie mi prawdę. Sły­szę jej głos w swo­jej gło­wie: "I co za­mie­rzasz z tym zro­bić?".

Dla two­jej in­for­ma­cji: Nic, ab­so­lut­nie nic. Nul. Zero. Nie mam złu­dzeń i nie są­dzę, by co­kol­wiek do­brego mo­gło wy­nik­nąć z po­goni za męż­czy­zną, który na­wet nie chciał, że­bym na niego cze­kała. Za­ko­cha­nie się w sze­fie było głu­pie, a my­śle­nie, że on od­wza­jemni moje uczu­cia, jesz­cze głup­sze. Ale jak na ra­zie nikt nie za­bro­nił mi ma­rzyć, a przez kilka ostat­nich ty­go­dni on da­wał mi na­dzieję. Na wię­cej.

Gdyby okre­ślić mo­jego szefa mia­nem przy­stoj­nego, by­łoby to grube nie­do­po­wie­dze­nie. Za­raz! Stop! By­łego szefa. Jest ab­so­lut­nie cu­downy i do­sko­nale zdaje so­bie z tego sprawę. Przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji ten za­ro­zu­miały drań pręży mu­skuły pod ide­al­nie do­pa­so­wa­nym gar­ni­tu­rem. Ma gę­ste brą­zowe włosy z ja­śniej­szymi pa­sem­kami, po któ­rych mam ochotę prze­je­chać dłońmi. Mo­gła­bym też je szar­pać, krzy­cząc pod­czas epic­kiego or­ga­zmu. Pry­wat­nie na­zy­wam go już Pa­nem Or­ga­zmicz­nym, i to on jest gwiazdą mo­ich spro­śnych ma­rzeń, gdy w dro­dze do siód­mego nieba wspo­ma­gam się Pa­nem Bo­bem - moim przy­ja­cie­lem na ba­te­rie. Nie osą­dzaj mnie; gdy­byś tak jak ja nie miała per­spek­tyw na żadną ak­cję, też ku­pi­ła­byś so­bie Boba. Anna wie o Panu Or­ga­zmicz­nym, bo praw­do­po­dob­nie wy­krzy­ki­wa­łam jego imię tak gło­śno, że nie mo­gła go nie usły­szeć przez cien­kie jak pa­pier ściany w na­szym miesz­ka­niu. A ten jego ta­tuaż, który wi­dać przy koł­nie­rzyku ko­szuli... Że o róż­nych ko­lo­rach tu­szu na skó­rze skry­wa­nych pod man­kie­tami ko­szuli nie wspo­mnę.

Je­stem w stu pro­cen­tach pewna, że do­sko­nale wie, co robi. Drań. Ale cóż to za za­je­bi­ście cu­downy drań.

- Dla­czego? Dla­czego to spo­tyka aku­rat mnie?

W pracy by­łam na każde jego za­wo­ła­nie. Je­śli chcesz wie­dzieć, ozna­czało to wiele prze­pra­co­wa­nych go­dzin, spo­tkań, ko­la­cji biz­ne­so­wych i so­bót w biu­rze.

- Czy wspo­mnia­łam, że był moim sze­fem, czyli bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym?

On jest wła­ści­cie­lem i dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym Co­oper's Lo­unge, jed­nej z naj­lep­szych agen­cji re­kla­mo­wych na Man­hat­ta­nie, a ja by­łam jego dy­rek­torką do spraw mar­ke­tingu w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Co­oper's Lo­unge to jego start-up i in­we­sty­cja w przed­się­bior­czość, a Co­oper's Inc. to firma matka. Co­oper's Inc. jest główną firmą kon­sul­tin­gową. Pełni funk­cję do­radcy stra­te­gicz­nego dla in­nych kor­po­ra­cji, kan­ce­la­rii praw­nych i firm pry­wat­nych. Zro­biło się o niej gło­śno po tym, jak wspie­rała inne przed­się­bior­stwa pod­czas kry­zysu fi­nan­so­wego w la­tach 2008-2009. Dzięki no­wym stra­te­giom wej­ścia na ry­nek po­ma­gała im prze­trwać, prze­or­ga­ni­zo­wać się i prze­bran­żo­wić bez ko­niecz­no­ści zwal­nia­nia do­tych­cza­so­wych pra­cow­ni­ków.

- Wła­śnie po­pu­ści­łaś w majtki? Bo gdy ja usły­sza­łam o tym po raz pierw­szy, do­kład­nie tak za­re­ago­wa­łam.

I nie mia­łam wtedy jesz­cze po­ję­cia, że to wła­śnie on - mroczny i na­chmu­rzony bad boy wo­ka­li­sta - z któ­rym pra­wie się zwią­za­łam sześć lat wcze­śniej.

Co za za­je­bi­ste ba­gno. Prze­pra­szam za mój ję­zyk. W go­dzi­nach pracy za­cho­wuję się jak pro­fe­sjo­na­listka, ale w my­ślach klnę jak szewc. Tak to jest, gdy do­ra­sta się w oto­cze­niu chło­pa­ków. Od naj­młod­szych lat mu­sia­łam umieć wal­czyć, bo nie dość, że by­łam środ­ko­wym dziec­kiem, to jesz­cze dziew­czynką. Bra­cia za­wsze mnie kry­ty­ko­wali, pró­bo­wali zro­bić ze mnie jedną z nich. Strasz­nie ich ko­cham. Star­szy brat, Luke, jest praw­ni­kiem, który od­niósł suk­ces w Wa­szyng­to­nie. A młod­szy, Har­ri­son, zo­stał pro­fe­sjo­nal­nym sur­fe­rem i po­dró­żuje po ca­łym świe­cie.

- A może twoim zda­niem Indy to za­bawne imię?

To skrót od In­diany. Tak, w la­tach osiem­dzie­sią­tych moi ro­dzice uwiel­biali In­dianę Jo­nesa. Uro­dze­nie się dziew­czynki nie prze­szko­dziło im w wy­ko­rzy­sta­niu imie­nia uko­cha­nego bo­ha­tera. Więc nie, nie je­stem z In­diany, jak my­śli więk­szość lu­dzi. Po­cho­dzę z Chi­cago, przed czte­rema laty skoń­czy­łam na­ukę jako naj­lep­sza w kla­sie i ciężko pra­co­wa­łam, aby zna­leźć się w tym miej­scu, w któ­rym je­stem dzi­siaj. Przez tego za­ro­zu­mia­łego su­kin­kota pra­wie stra­ci­łam pracę. Może za­brzmi to dra­ma­tycz­nie, ale po­sta­wi­łam na szali swoją ka­rierę.

By­łam już w in­tym­nej re­la­cji z jego ustami i umię­śnio­nym brzu­chem, ale nie­stety wszystko się skoń­czyło, za­nim na do­bre się za­częło.

Kie­ro­wa­łam dzia­łem so­cial me­diów w Co­oper's Lo­unge i świet­nie mi szło. Jesz­cze pół roku temu było re­we­la­cyj­nie. Mój stary ze­spół na­dal od­nosi ta­kie same - a może na­wet więk­sze - suk­cesy jak wtedy, współ­pra­cuje z ma­łymi i śred­nimi fir­mami, po­maga im w ukła­da­niu stra­te­gii mar­ke­tin­go­wych i pro­wa­dze­niu kont w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych.

A ja je­stem te­raz tylko roz­dy­go­taną, na­pa­loną, za­ko­chaną wa­riatką, która mu­siała zo­sta­wić swoją wy­ma­rzoną pracę dla fa­ceta swo­ich ma­rzeń.

Roz­dział drugiIm­preza z oka­zji Hal­lo­ween w brac­twie Phi Delta ThetaChi­cago, Nor­th­we­stern Uni­ver­sity, 6 lat wcze­śniej

Indy

Anna i ja śmia­ły­śmy się i za­ta­cza­ły­śmy, idąc ulicą w pa­su­ją­cych do sie­bie stro­jach. Nie­źle szu­miało nam już w gło­wach od wina, które wy­pi­ły­śmy pod­czas przy­go­to­wań na naj­waż­niej­szą im­prezę hal­lo­we­enową w kam­pu­sie. Ona prze­brała się za aniel­ską uwo­dzi­cielkę, ja za dia­blicę. Za­ło­ży­ły­śmy krót­kie, prze­świ­tu­jące i za­chę­ca­jące su­kienki, bo tego wie­czoru szu­ka­ły­śmy tylko jed­nego: do­brej za­bawy.

- Wiesz, że Chest­nut Ave­nue grają? - Anna wska­zała scenę, gdy wresz­cie zna­la­zły­śmy się w sta­rym wik­to­riań­skim bu­dynku Phi Delta Theta i pró­bo­wa­ły­śmy ogrzać zmar­z­nięte koń­czyny.

- Dżi­zas! Na ze­wnątrz jest cho­ler­nie zimno, a to jesz­cze na­wet nie li­sto­pad. Ale Chi­cago to Chi­cago, prawda? - Od­wró­ci­łam głowę w stronę słabo oświe­tlo­nej, wciąż pu­stej sceny. - Chest­nut Ave­nue, wow! Alex i Grant są po pro­stu ta­aak przy­stojni i sek­sowni, w uczel­nia­nej ga­zetce prze­czy­ta­łam, że Grant śpiewa tylko go­ścin­nie i nie jest już człon­kiem żad­nego ze­społu.

Le­dwo skoń­czy­łam zda­nie, na sce­nie po­ja­wiło się dwóch po­dob­nych do sie­bie chło­pa­ków. Mieli na so­bie roz­pięte białe ko­szule, dżinsy i oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Roz­po­częli a cap­pella utwór Back­street Boys. Reszta ze­społu za­jęła swoje miej­sca i za­częła grać.

Grant, naj­wyż­szy z nich, chło­pak ze zdję­cia w ga­zetce, krzyk­nął do nas:

- Je­ste­ście go­towi dać czadu na tej im­pre­zie? Na­prawdę nie mo­gli­śmy się do­cze­kać, żeby wy­stą­pić dla was dziś wie­czo­rem!

Wszy­scy wrzesz­cze­li­śmy:

- TA­AAAK!

Po chwili kon­ty­nu­ował swoim sek­sow­nym ba­sem:

- To mój brat Alex, praw­dziwy główny wo­kal tego ze­społu, ja je­stem tylko zwy­kłym ama­to­rem, który udaje sław­nego raz na ja­kiś czas w week­endy, kiedy to ma dość praw­ni­ków, księ­go­wych i ca­łej tej ka­ru­zeli dla cho­mi­ków. - Uśmiech­nął się do nas i każ­dej z obec­nych na sali dziew­czyn rzu­cił na­miętne spoj­rze­nie.

Po­miesz­cze­nie za­pło­nęło. Mu­zyka ry­czała, lu­dzie tań­czyli i śpie­wali. Anna na­lała do dwóch jed­no­ra­zo­wych kub­ków eg­zo­tyczny poncz. Z ra­do­ścią wzię­łam od niej je­den z nich i od razu wy­pi­łam po­łowę za­war­to­ści.

- To ja­kieś sza­leń­stwo! - krzyk­nę­łam, po­cią­gnę­łam przy­ja­ciółkę na par­kiet i za­czę­łam się po­ru­szać w rytm mu­zyki.

Anna, stu­diu­jąca ba­let na Ju­il­liard School, krzyk­nęła z ra­do­ści i za­częła po­trzą­sać swoim chu­dym, ale pięk­nie umię­śnio­nym cia­łem w syn­chro­ni­za­cji z moim. Zwy­kle wy­ko­ny­wała w tańcu pozy ba­le­towe, dziś jed­nak by­ły­śmy na­sta­wione na do­brą za­bawę i fa­ce­tów.

Spoj­rza­łam w górę na scenę. Wła­śnie skoń­czyli grać pierw­szy utwór. Alex prze­jął mi­kro­fon i za­czął przed­sta­wiać człon­ków ze­społu, pod­czas gdy Grant pił wodę z bu­telki. Obaj zdjęli oku­lary prze­ciw­sło­neczne i wy­da­wało mi się, że wi­dzia­łam, jak ten drugi pa­trzy na mnie po­nad wszyst­kimi gło­wami. Jak na dziew­czynę by­łam wy­soka - mia­łam metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu - ale je­śli do­dać do tego jesz­cze la­kie­ro­wane szpile na trzy­na­sto­cen­ty­me­tro­wym ob­ca­sie, wy­róż­nia­łam się spo­śród po­zo­sta­łych uczest­ni­czek im­prezy. Pu­ścił do mnie oko, a ja uśmiech­nę­łam się do niego le­ni­wie i po­my­śla­łam, że je­śli tego wie­czoru chce być mój, to się na to zga­dzam.

- Za­biorę go dziś do domu albo pójdę tam, do­kąd on ze­chce mnie za­brać - za­śmia­łam się do Anny.

Moja przy­ja­ciółka tylko po­ki­wała głową i wró­ciła do tań­cze­nia. Była już przy­zwy­cza­jona do tego, że wy­bie­ram so­bie fa­ceta i pró­buję go zdo­być.

Nie za­wsze mia­łam szczę­ście, ale kiedy by­łam zde­ter­mi­no­wana, nic nie mo­gło mnie po­wstrzy­mać. Tej nocy Grant miał być mój. Całe metr dzie­więć­dzie­siąt tego wy­so­kiego, ciem­nego, mu­sku­lar­nego i sek­sow­nego wo­ka­li­sty.

Alex za­czął śpie­wać, po chwili do­łą­czył do niego Grant i na sali roz­brzmiał utwór Give Me Eve­ry­thing Pit­bulla. Śpie­wa­łam ra­zem z nimi, za­do­wo­lona z ta­kiego do­boru re­per­tu­aru.

Wró­ci­łam do tańca i do­brej za­bawy, ale pa­trzy­łam mo­jemu wy­bran­kowi w oczy tak czę­sto, jak tylko mo­głam. Wy­da­wało mi się, że zwró­ci­łam na sie­bie jego uwagę, jed­nak co ja tam wie­dzia­łam? Prze­cież ga­piły się na niego prak­tycz­nie wszyst­kie dziew­czyny.

- Zro­bimy so­bie krótką prze­rwę, włą­czymy ja­kąś mu­zykę i w tym cza­sie pój­dziemy do baru się cze­goś na­pić. Je­ste­ście nie­sa­mo­wici, dawno nie gra­li­śmy dla tak sza­lo­nej pu­blicz­no­ści.

Pu­ścili On The Floor Jen­ni­fer Lo­pez, więk­szość lu­dzi po­zo­stała na par­kie­cie.

- Mu­szę do to­a­lety - krzyk­nę­łam przy­ja­ciółce do ucha. Wła­śnie ob­ra­cał ją ka­pi­tan dru­żyny fut­bo­lo­wej, więc tylko kiw­nęła głową i się do mnie uśmiech­nęła.

Przedar­łam się przez tłum i po­bie­głam ko­ry­ta­rzem do to­a­lety. Po chwili do­ce­ni­łam to, jak ła­two się sika w krót­kiej spód­niczce i naj­cień­szych moż­li­wych strin­gach. Nie mu­sia­łam zdej­mo­wać raj­stop, moje czarne poń­czo­chy były przy­pięte czer­wo­nymi pod­wiąz­kami pa­su­ją­cymi do sta­nika i maj­tek. Umy­łam ręce i wy­ru­szy­łam na po­szu­ki­wa­nie Anny.

Przed to­a­letą za­trzy­ma­łam się gwał­tow­nie na wiel­kiej, pra­wie na­giej twar­dej piersi.

- Do­kąd idziesz, skar­bie? - Spo­częło na mnie spoj­rze­nie cie­płych zie­lo­nych oczu. Męż­czy­zna po­ło­żył dło­nie na mo­ich ra­mio­nach.

To był główny wo­ka­li­sta, Grant.

- Ups, prze­pra­szam, nie za­uwa­ży­łam cię - wy­du­ka­łam i spoj­rza­łam w jego ra­do­sne oczy. Po chwili sta­nę­łam na pal­cach i go po­ca­ło­wa­łam, nie po­tra­fi­łam się po­wstrzy­mać.

Na se­kundę za­marł, za­sko­czony, ale po­tem z całą mocą od­wza­jem­nił mój po­ca­łu­nek. Za­czął li­zać ję­zy­kiem moją górną wargę, pro­sił, że­bym otwo­rzyła dla niego usta. Wpu­ści­łam go. Na­sze ję­zyki roz­po­częły sza­lony ta­niec. Grant do­ci­snął mnie do ściany, prawą dłoń oparł nad moją głową, drugą ręką zje­chał po moim le­wym boku. Za­trzy­mał się na bio­drze, pod­cią­gnął krótką spód­niczkę, a po­tem przy­su­nął palce nie­bez­piecz­nie bli­sko roz­pa­lo­nego kro­cza.

- Kuźwa, aleś ty cu­downa, pra­gnę cię, po­czuj to. - Zła­pał mnie za rękę i przy­ci­snął ją do twar­dego wy­brzu­sze­nia w swo­ich spodniach. - Chcesz tego tak bar­dzo jak ja? Zo­ba­czy­łem cię w tłu­mie, roz­świe­tli­łaś całą salę, i nie cho­dzi tylko o tę twoją cho­ler­nie sek­sowną kieckę. - Ogar­nął wzro­kiem całe moje ciało.

Po­ki­wa­łam głową i po­ca­ło­wa­łam go w szczękę, za­czę­łam ssać skórę na szyi aż do płatka ucha, a po­tem wró­ci­łam do ust i po­now­nie je za­ata­ko­wa­łam. W ten spo­sób po­wie­dzia­łam mu, że pra­gnę go tak samo jak on mnie.

Z gło­śni­ków ryk­nął utwór Ri­hanny i Ca­lvina Har­risa We Fo­und Love.

- Prze­rwa za­raz się skoń­czy, ale mu­szę cię po­sma­ko­wać, te­raz, na­tych­miast. Je­śli mi na to po­zwo­lisz, obie­cuję ci, że po kon­cer­cie spę­dzimy ze sobą wię­cej czasu.

Na­pa­lona jak ni­gdy do­tąd - a by­łam prze­cież młodą, cie­szącą się ży­ciem stu­dentką - po­da­łam mu dłoń. Po­cią­gnął mnie do ciem­nej wnęki na ko­ry­ta­rzu i padł przede mną na ko­lana. Pod­wi­nął spód­niczkę i od­su­nął na bok cienki pa­sek czer­wo­nych strin­gów.

Zer­k­nął na mnie w ciem­no­ści, po­now­nie py­ta­jąc o po­zwo­le­nie, a po­tem po­szedł na ca­łość. Dmu­chał na moje na­brzmiałe kro­cze, a na­stęp­nie zna­lazł ję­zy­kiem łech­taczkę. Li­zał po­woli, naj­pierw w górę i w dół, po­tem do­okoła. Wplo­tłam palce w ciem­no­brą­zowe włosy, cią­gnę­łam za nie, wi­łam się. Po­chy­lił się jesz­cze bar­dziej i wło­żył we mnie ję­zyk. Po chwili wró­cił od li­za­nia łech­taczki, wsu­nął we mnie je­den, po­tem drugi pa­lec. De­li­kat­nie je wy­giął i za­czął nimi po­ru­szać.

- Dojdź dla mnie - szep­nął, na chwilę za­darł­szy głowę. - Wiem, że tego chcesz. - Po­ru­szał pal­cami co­raz gwał­tow­niej, jego usta na mnie pło­nęły.

Wow, po pro­stu wow. W tej chwili zro­zu­mia­łam, że seks oralny już ni­gdy nie bę­dzie taki sam. Jego wargi i palce były tak zręczne... Co za uro­czy, sek­sowny, przy­stojny i sza­lony fa­cet.

- Boże, jaki ty je­steś do­bry, za­raz dojdę, pro­szę, po­zwól mi...

Za­śmiał się, li­zał i po­ru­szał pal­cami co­raz moc­niej i szyb­ciej.

- Ci­cho, skar­bie, prze­cież nie chcesz, żeby ktoś nas przy­ła­pał.

Czu­łam jego uśmiech na mo­jej cipce.

- Do­cho­dzę... liż da­lej... nie prze­sta­waj... - po­wie­dzia­łam zdy­szana i tak strasz­nie pra­gnąca or­ga­zmu.

Wresz­cie całe moje ciało się spięło. Trzę­słam się i ję­cza­łam naj­ci­szej, jak po­tra­fi­łam. Ale or­gazm był tak po­tężny, że siłą rze­czy za­cho­wy­wa­łam się gło­śno. Dzięki Bogu za mu­zykę i ha­łasy wo­kół nas. Po chwili moje ciało opa­dło bez­wład­nie na ścianę. Grant mnie przy­trzy­mał. Gdyby tego nie zro­bił, na pewno zwa­li­ła­bym się na pod­łogę.

Wstał, ob­li­zał palce i po­ca­ło­wał mnie w usta. Nie ma nic sek­sow­niej­szego niż męż­czy­zna roz­ko­szu­jący się za­pa­chem ko­biety. A on był taki mę­ski.

Po­ru­szył ustami, mó­wiąc:

- Nie ma za co. - A po­tem do­dał już gło­śniej: - Mu­szę wra­cać na scenę, Alex już do mnie pi­sze. Pra­gnę cię i chcę, że­byś na mnie po­cze­kała. Pro­szę, wróć ze mną do ho­telu, do­brze? - bła­gał.

Kiw­nę­łam głową.

I już go nie było.

Mu­sia­łam wró­cić do to­a­lety i ze­brać się do kupy. Moje włosy były w kom­plet­nym nie­ła­dzie, poza tym po­sta­no­wi­łam zdjąć majtki, bo po tym sza­leń­czym or­ga­zmie były całe mo­kre.

- Jezu, co ja zro­bi­łam?

Roz­dział trzeciMove Like You Mean ItChi­cago, Nor­th­we­stern, im­preza brac­twa

Co­oper

Zła­pa­łem mi­kro­fon, który po­dał mi brat, wy­pi­łem bu­telkę wody i wbie­głem na scenę.

Ze­spół grał już wstęp do Mo­ves Like Jag­ger.

Na ustach i ję­zyku wciąż czu­łem jej smak. Mój ku­tas wcale nie był za­do­wo­lony z ta­kiego ob­rotu spraw. Udało mi się ogar­nąć sy­tu­ację, więc moje pod­nie­ce­nie nie rzu­cało się aż tak strasz­nie w oczy.

Za­czą­łem śpie­wać.

Bli­sko przy­jaź­ni­li­śmy się z Ma­roon 5. Oni prze­szli już na za­wo­dow­stwo, a my na­dal by­li­śmy ama­to­rami, ale i tak od­no­si­li­śmy suk­cesy.

Tłum po­now­nie za­czął sza­leć.

Śpie­wa­jąc i tań­cząc, roz­glą­da­łem się w po­szu­ki­wa­niu jej brą­zo­wych wło­sów i osza­ła­mia­ją­cych nie­bie­skich oczu. Ale jej nie zo­ba­czy­łem.

Do­strze­głem ją do­piero po kilku pio­sen­kach.

Od tej chwili ga­pi­li­śmy się na sie­bie przez cały czas, a ja śpie­wa­łem da­lej.

Pa­no­wała mię­dzy nami nie­sa­mo­wita che­mia. Co to za ko­bieta?

Póź­niej, kiedy już się spa­ko­wa­li­śmy, im­preza trwała w naj­lep­sze; roz­glą­da­łem się po sali za moją wy­branką, chcia­łem jak naj­szyb­ciej się stąd za­brać. Z sa­mego rana le­cia­łem do No­wego Jorku z O'Hare i mia­łem za­miar jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać tę noc.

- Chło­paki, pójdę te­raz ko­goś po­szu­kać. Mo­żemy spo­tkać się w lobby o siód­mej i ra­zem zła­pać tak­sówkę na lot­ni­sko?

Alex, Mi­chael i Cory uśmiech­nęli się sze­roko.

- Nie mar­nu­jesz czasu, co? - Mi­chael po­kle­pał mnie po ple­cach. - Przed­sta­wisz ją nam? - Zna­cząco wy­szcze­rzył zęby.

- Chło­paki, nie ma mowy, nie chcę jej od­stra­szyć, za­nim to coś mię­dzy nami za­cznie się na do­bre. To na ra­zie! - Ze­sko­czy­łem ze sceny w mo­rze tań­czą­cych osób.

Dziew­czyna o nie­bie­skich oczach przy­glą­dała mi się z dru­giego końca par­kietu, gdzie są­czyła swo­jego drinka.

Uśmiech­ną­łem się i kiw­ną­łem głową w stronę drzwi, da­jąc jej znać, że­by­śmy się tam spo­tkali. Po­chy­liła się i szep­nęła coś do swo­jej przy­ja­ciółki, a na­stęp­nie wzięła kurtkę.

Roz­da­łem kilka au­to­gra­fów, za­dba­łem o to, by na mo­jej pra­wie na­giej piersi nie po­zo­stały żadne ślady szminki, a po chwili prze­pro­si­łem fanki i ru­szy­łem do drzwi.

Ale dziew­czyny tam nie było.

Roz­dział czwartyNowy szefSześć mie­sięcy wcze­śniej

Indy

"Indy, mo­żesz przyjść do mo­jego biura, pro­szę? :)" - na­pi­sała do mnie na Jab­be­rze sze­fowa, Lo­uisa Clarke.

"Pew­nie, za­raz będę, o co cho­dzi?" - od­po­wie­dzia­łam.

Za­mknę­łam lap­topa i za­ło­ży­łam be­żowe szpilki, które wcze­śniej zdję­łam i zo­sta­wi­łam pod biur­kiem w ga­bi­ne­cie. Za­wsze no­si­łam do pracy buty na ob­ca­sach, ale przy każ­dej oka­zji zsu­wa­łam je ze stóp. Zwłasz­cza po po­łu­dniu, gdy po ca­łym dniu mia­łam już ser­decz­nie dość. Wy­gła­dzi­łam nie­sforne fale i na­ło­ży­łam świeżą war­stwę błysz­czyka. Mia­łam na so­bie jedną ze swo­ich ulu­bio­nych su­kie­nek, gra­na­tową, zwę­żaną w ta­lii, z ma­łymi be­żo­wymi gu­zi­kami od góry do dołu i cien­kim be­żo­wym pa­skiem. Za­nim wy­szłam na ko­ry­tarz, przej­rza­łam się w lu­strze. Wy­glą­da­łam pro­fe­sjo­nal­nie, ale ko­bieco.

W biz­ne­sie ko­biety wcale nie mu­szą się upo­dab­niać do męż­czyzn. Mo­żemy być wpły­wowe i po­tężne bez ko­niecz­no­ści no­sze­nia gar­ni­turu i ko­szuli. Po­dob­nie jak w przy­padku męż­czyzn na­szą siłą są mó­zgi.

Do­ga­dza­nie so­bie pięk­nymi ubra­niami, bu­tami i bie­li­zną było moją pa­sją. Poza pracą nie wio­dłam zbyt in­te­re­su­ją­cego ży­cia. Od czasu ukoń­cze­nia stu­diów przed pię­cioma laty cał­ko­wi­cie po­świę­ci­łam się ka­rie­rze.

Och, jak ja ko­cha­łam swoją pracę. W wieku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat zo­sta­łam dy­rek­torką do spraw mar­ke­tingu w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych w nowo po­wsta­łej agen­cji. Nic mnie nie ogra­ni­czało, wszyst­kie roz­wią­za­nia do­pa­so­wy­wa­li­śmy do klien­tów. By­łam bar­dzo wdzięczna za szansę, którą otrzy­ma­łam, gdy pół roku wcze­śniej po­zna­łam Lo­uisę w mo­jej po­przed­niej pracy w Chi­cago. Lo­uisa spo­tkała się na pry­wat­nym grun­cie z moim by­łym sze­fem Steve'em, po­nie­waż kie­dyś łą­czyła ich przy­jaźń. Dzia­łali w tej sa­mej branży, ale w róż­nych miej­scach. Steve rzą­dził w Chi­cago i na Środ­ko­wym Za­cho­dzie, pod­czas gdy Co­oper's Lo­unge z Lo­uisą na czele był naj­lep­szy na Wschod­nim Wy­brzeżu. Od czasu do czasu wi­dy­wali się, aby nad­ro­bić za­le­gło­ści. Steve za­pro­sił mnie na spo­tka­nie, bo po­sta­no­wił po­móc mi w roz­woju za­wo­do­wym. Nie tylko po­zwo­lił mi pro­wa­dzić wła­sny ze­spół w tak mło­dym wieku, lecz także po­ka­zał mi ten biz­nes od pod­szewki. Jego wiara we mnie wy­warła ogromny wpływ na moje ży­cie. Steve miał około pięć­dzie­siątki, żonę i dzieci i czuł się na tyle pew­nie, że po­zwa­lał pra­cow­ni­kom roz­wi­jać ta­lenty i wy­ko­rzy­sty­wać moż­li­wo­ści.

Krótko mó­wiąc, Lo­uisa i ja od razu przy­pa­dły­śmy so­bie do gu­stu. Chciała mnie z mar­szu za­trud­nić i jesz­cze tego sa­mego dnia do­stała na to zgodę od wła­ści­ciela firmy, Co­opera Granta. Steve nie bar­dzo się pa­lił, żeby się ze mną roz­sta­wać, ale w końcu się opa­mię­tał i po­wie­dział:

- Indy, taka oka­zja może się już nie po­wtó­rzyć, idź pra­co­wać dla Co­opera. Lo­uisa jest ide­alną men­torką. Co­oper z pew­no­ścią znaj­dzie ci od­po­wied­nie miej­sce w swo­jej fir­mie.

W dro­dze do biura Lo­uisy przy­wi­ta­łam się ze współ­pra­cow­ni­kami. Mie­li­śmy po­li­tykę otwar­tych drzwi. Trak­to­wa­li­śmy to do­słow­nie, co ozna­czało, że drzwi były za­mknięte tylko wtedy, gdy prze­pro­wa­dza­li­śmy pry­watne lub po­ufne roz­mowy i spo­tka­nia.

Harry, mój główny me­ne­dżer, po­wie­dział:

- Indy, świet­nie wy­glą­dasz, gdzie scho­wa­łaś swój ba­cik? Ukry­łaś w tym swoim wiel­kim ga­bi­ne­cie ja­kie­goś chłop­ta­sia, że cie­szysz się jak kot, który opił się śmie­tanki?

Był jed­nym z mo­ich naj­lep­szych przy­ja­ciół i za­wsze do­ku­czał mi z po­wodu mo­jego imie­nia. Ja jed­nak nie po­tra­fi­łam się na niego gnie­wać. Od­krzyk­nę­łam:

- Nie dzi­siaj, Har, zo­sta­wi­łam ko­chanka w domu, przy­wią­za­nego do łóżka, ale przy­nio­słam pejcz. Chcesz się za­ba­wić w od­gry­wa­nie ról? - Za­trzy­ma­łam się w drzwiach jego biura. Harry, ru­do­włosy fa­cet o ja­snej kar­na­cji, za­ru­mie­nił się od pod­bródka do li­nii wło­sów. Od­wró­ci­łam się ro­ze­śmiana i... zde­rzy­łam się ze ścianą mię­śni.

To było déja vu czy... pa­mięć mię­śniowa?

- Pejcz? Pra­cu­je­cie dla no­wej firmy, o któ­rej jesz­cze nie wiemy, czy mamy sek­sowny wto­rek? Po­wi­nie­nem był przy­nieść ze sobą klamry na sutki?

- O mój Boże. Roz­stąp się, pod­łogo i za­bierz mnie pro­sto do pie­kła - po­wie­dzia­łam to gło­śno, a po­tem spoj­rza­łam w górę.

Wy­pro­sto­wa­łam się na tyle, na ile mo­głam w swo­ich szpil­kach, i za­czę­łam wy­my­ślać sto­sowną ri­po­stę. Ale... o raju. On był wyż­szy ode mnie. Nie zdą­ży­łam jesz­cze spoj­rzeć mu w oczy, bo mój wzrok za­trzy­mał się na bar­dzo wą­skiej ta­lii i klatce pier­sio­wej, któ­rej mię­śnie od­zna­czały się pod ja­sno­nie­bie­ską ko­szulą.

- Ale pan wy­soki! - tylko tyle by­łam w sta­nie wy­du­kać.

Z jego gar­dła wy­do­był się głę­boki, cie­pły śmiech. Męż­czy­zna wy­cią­gnął rękę.

- Tak za­bawna i prze­bo­jowa, jak opo­wia­dała Lo­uisa. Je­stem Co­oper Grant, szef two­ich sze­fów. Miło mi cię po­znać, Indy z pej­czem, a nie ba­tem.

Nie­stety nie udało mi się wy­my­ślić żad­nej ri­po­sty, spró­bo­wa­łam jed­nak wziąć się w garść i za­pa­no­wać nad mi­miką. Wy­cią­gnę­łam do niego rękę. Przy­naj­mniej za­cho­wa­łam odro­binę do­brych ma­nier.

I wresz­cie spoj­rza­łam mu w oczy.

Na­tych­miast go roz­po­zna­łam, za­sko­czona cof­nę­łam się o krok.

To był mój zie­lo­no­oki, brą­zo­wo­włosy bóg, który dał mi tak cu­downy or­gazm.

Gwoli ści­sło­ści: by­łam cał­ko­wi­cie świa­doma tego, że w Co­oper's Lo­unge mogę się na­tknąć na Co­opera Granta. Prze­cież by­łam ma­niaczką me­diów spo­łecz­no­ścio­wych i po na­szym spo­tka­niu sprzed sze­ściu lat prze­świe­tli­łam go na wszyst­kie strony. Gdy go­dzi­łam się na tę pracę, do­my­śla­łam się, że kie­dyś w końcu na niego wpadnę.

Ale nie by­łam przy­go­to­wana na to, co wła­śnie się wy­da­rzyło.

Z ca­łych sił sta­ra­łam się ukryć emo­cje. Nada­łam swo­jej twa­rzy neu­tralny wy­raz.

- Bar­dzo prze­pra­szam, ale w fir­mie za­wsze za­cho­wu­jemy się swo­bod­nie. W ogóle nie je­ste­śmy po­ważni, cią­gle żar­tu­jemy na te­mat seksu, jed­nak nie je­ste­śmy bandą na­pa­lo­nych pra­cow­ni­ków. Chcia­łam po­wie­dzieć, że je­ste­śmy bar­dzo po­waż­nym i od­no­szą­cym suk­cesy dzia­łem. - Do­bry Boże, je­śli nie masz dla mnie miej­sca w nie­bie, to jak naj­szyb­ciej znajdź dla mnie miej­sce w pie­kle. Bła­gam.

- O tak, wiem, i od­no­si­cie ogromne suk­cesy, dla­tego Lo­uisa i ja chcie­li­by­śmy za­mie­nić z pa­nią słowo w jej biu­rze. I pro­szę się nie mar­twić, daję z sie­bie tyle, ile do­staję. - Pu­ścił do mnie oko.

Po jego ostat­nim zda­niu bły­snęła mi w gło­wie myśl, że może on jed­nak wie­dział, kim je­stem.

- Na mi­łość bo­ską, mu­sisz się opa­no­wać - mruk­nę­łam do sie­bie.

- O co cho­dzi? - po­now­nie zwró­cił się do mnie ze zło­śli­wym uśmiesz­kiem na przy­stoj­nej twa­rzy.

- Och, o nic. - Szłam za nim, co ja­kiś czas się po­ty­ka­jąc.

- Lo­uisa czeka z kawą w swoim biu­rze. - Wska­zał drzwi prawą ręką, a ja prze­szłam obok niego.

Spoj­rzał na mnie z góry, tak strasz­li­wie mę­ski. Zie­lone oczy ze zło­tymi plam­kami, ciem­no­brą­zowe włosy, cu­dow­nie wy­rzeź­bione mię­śnie i ten uśmie­szek na wspa­nia­łych war­gach, z któ­rych dolna była peł­niej­sza od gór­nej. Od­da­ła­bym wszystko, by móc po­now­nie je po­li­zać. Wy­su­nę­łam ję­zyk, by ob­li­zać usta. Nie umknęło to uwa­dze Co­opera.

I w ten spo­sób sta­łam się na­pa­loną biu­rową ję­dzą, flir­tu­jącą ze swoim sze­fem, któ­rego rze­komo po­zna­łam za­le­d­wie kilka mi­nut wcze­śniej. WEŹ SIĘ W GARŚĆ, NA­TYCH­MIAST.

Roz­dział piątyNowy sek­sowny szefPóź­niej tego sa­mego dnia

Indy

- Ko­cha­nie, wró­ciiii­łam! - krzyk­nę­łam i pa­dłam na ka­napę. Zdję­łam buty i roz­pię­łam górne gu­ziki su­kienki, od­sła­nia­jąc tro­chę wię­cej skóry. W biu­rze ubie­ra­łam się ko­bieco, ale za­cho­waw­czo. Jed­nak w domu czę­sto od­sła­nia­łam tro­chę wię­cej ciała.

Do po­koju we­szła Anna z dwoma du­żymi kie­lisz­kami wina.

- Ale nic się nie zmie­niło, wy­cho­dzimy dzi­siaj, prawda?

Rzadko piła, te­raz jed­nak świę­to­wa­ły­śmy to, że do­stała ważną rolę w ba­le­to­wej wer­sji Mia­steczka Hal­lo­ween. Tre­ningi i próby za­czy­nały się do­piero za ty­dzień. Czyli w ten piąt­kowy pla­no­wa­ły­śmy iść do klubu.

- Dzię­kuję, żonko, je­steś naj­lep­sza. I tak, zde­cy­do­wa­nie wy­cho­dzimy. Mu­szę po­tań­czyć, na­pić się i spu­ścić tro­chę pary.

- Czy ma to coś wspól­nego z pew­nym wy­so­kim, mrocz­nym i przy­stoj­nym no­wym sze­fem? - Wzięła łyk wina, po­trzą­snęła blond wło­sami i się do mnie uśmiech­nęła.

Wcze­śniej tego dnia na­pi­sa­łam do niej ese­mesa po tym, jak do­wie­dzia­łam się, że przez naj­bliż­szy mie­siąc Co­oper - a nie Lo­uisa - bę­dzie moim sze­fem. Miał le­piej po­znać dzia­ła­nie swo­jej firmy. Lo­uisa na­to­miast miała za­jąć jego miej­sce w cen­trali i do­wie­dzieć się wię­cej o, jak to mó­wił Co­oper, "spółce". Jesz­cze w tym roku Lo­uisa miała się prze­nieść na Za­chod­nie Wy­brzeże.

Anna i ja by­ły­śmy jak ogień i woda. Ona wy­soka i szczu­pła, z pła­ską klatką pier­siową, wą­skimi bio­drami i ma­łym tył­kiem. Uoso­bie­nie pri­ma­ba­le­riny. Była moją wspól­niczką zbrodni, moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką na za­wsze. Do­ra­sta­ły­śmy ra­zem na przed­mie­ściach Chi­cago, cho­dzi­ły­śmy do jed­nej klasy aż do szkoły śred­niej. Po­tem ja po­szłam na Nor­th­we­stern stu­dio­wać biz­nes i ko­mu­ni­ka­cję, a ona do­stała sty­pen­dium w Ju­il­liard Dance i zro­biła li­cen­cjat ze sztuk pięk­nych. Za­wsze by­ły­śmy bli­sko, pi­sa­ły­śmy do sie­bie i łą­czy­ły­śmy się przez Fa­ce­time'a. Nie mia­ły­śmy przed sobą ta­jem­nic, dla­tego wie­działa wszystko o moim sek­sow­nym nie­zna­jo­mym z im­prezy hal­lo­we­eno­wej sprzed sze­ściu lat. Do dia­bła, po­wie­dzia­łam jej wszystko tuż po tym, jak upra­wia­li­śmy seks - prze­cież ona była ze mną na tej im­pre­zie!

Za­wsze ma­rzy­ły­śmy o tym, żeby ra­zem za­miesz­kać. Kiedy przy­ję­łam pracę w No­wym Jorku, mo­gły­śmy wresz­cie speł­nić na­sze ma­rze­nie. Za­czę­ły­śmy świet­nie za­ra­biać, więc stać nas było na miesz­ka­nie z dwiema sy­pial­niami przy East 39th Street, za­le­d­wie kilka prze­cznic od mo­jego biura. Ja za­wsze mo­głam się wy­pła­kać na ra­mie­niu Anny, a ona na moim. Wy­ty­kała moje kre­tyń­skie za­cho­wa­nia i wy­słu­chi­wała mnie, gdy mia­łam zła­mane serce.

- Więc... no tak. Jak ja zdo­łam pra­co­wać u jego boku dzień w dzień? - Wes­tchnę­łam gło­śno. - Ni­gdy nie wi­dzia­łam pięk­niej­szego męż­czy­zny. Jest śmier­tel­nie nie­bez­pieczny i do­sko­nale zdaje so­bie z tego sprawę - do­da­łam smutno. - Pra­co­wa­łam z nim dzi­siaj przez całe cztery go­dziny. Ze dwa­dzie­ścia razy mu­sia­łam się po­wstrzy­my­wać przed rzu­ce­niem się na niego, a świa­do­mość, że w tych swo­ich ele­ganc­kich spodniach od gar­ni­turu skrywa pierw­szo­rzędny sprzęt, wcale nie po­maga. O ja pier­dziu - jęk­nę­łam.

Anna ro­ze­śmiała się gło­śno i po­ło­żyła się na ka­na­pie.

- Spo­tka­łaś swo­jego boga seksu, ale bę­dzie za­bawa! Chodź, ubie­rzemy cię w naj­sek­sow­niej­szy strój, jaki uda nam się zna­leźć, i ru­szymy na po­szu­ki­wa­nia in­nego przed­sta­wi­ciela mę­skiego ga­tunku, z któ­rym bę­dziesz mo­gła świet­nie się za­ba­wić. Za­po­mnisz o tym wy­so­kim, mrocz­nym i sek­sow­nym go­ściu.

Nie by­ły­śmy pru­de­ryjne i tak jak wszyst­kie go­rą­co­kr­wi­ste ko­biety w na­szym wieku uwiel­bia­ły­śmy do­bry seks i prze­lotne re­la­cje. Anna wy­bie­rała wy­so­kich, blon­d­wło­sych, chło­pię­cych cza­ru­siów, a ja lu­bi­łam fa­ce­tów wy­so­kich, ciem­no­wło­sych i w stylu bad boyów. Cho­dzi­ły­śmy na łowy ra­zem, bo ni­gdy nie po­cią­gał nas ten sam typ męż­czyzn i za­wsze dba­ły­śmy o swoje bez­pie­czeń­stwo. Tylko raz by­ły­śmy bli­skie za­ko­cha­nia się w tym sa­mym fa­ce­cie, ale skoń­czyło się tak, że obie z niego zre­zy­gno­wa­ły­śmy, bo przy­jaźń była dla nas waż­niej­sza. Po tym epi­zo­dzie za­war­ły­śmy pakt, że bę­dziemy za­kle­py­wać so­bie fa­ce­tów i po­ma­gać so­bie na­wza­jem w ich zdo­by­wa­niu.

Trój­kąty to nie na­sza bajka; raz się ca­ło­wa­ły­śmy i tro­chę pie­ści­ły­śmy, żeby spraw­dzić, czy warto za­pusz­czać się w te re­jony. Skoń­czy­ły­śmy na pod­ło­dze, tur­la­jąc się ze śmie­chu.

Otrzy­ma­łam wia­do­mość na te­le­fon.

Szef Co­oper: Czy może Pani przyjść w po­nie­dzia­łek rano o 7.30?

Ja: Tak, ja­sne, coś się dzieje?

Szef Co­oper: Chciał­bym przej­rzeć nowe ra­porty, za­nim reszta do­łą­czy do nas na spo­tka­niu o 8.30.

Ja: Brzmi świet­nie, przyjdę. Mam przy­go­to­wać ja­kąś pre­zen­ta­cję?

Szef Co­oper: A ma Pani ja­kąś ogólną do­ty­czącą me­diów spo­łecz­no­ścio­wych?

Ja: No pew­nie. Je­śli poda mi Pan na­zwę firmy i prze­śle logo, to ją do­sto­suję. Wtedy bę­dzie wy­glą­dała bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie.

Szef Co­oper: Za­raz wy­ślę wszystko ma­ilem.

Ja: Przy­siądę do tego w wolne dni. Do zo­ba­cze­nia w po­nie­dzia­łek i ży­czę mi­łego week­endu!

Szef Co­oper: Do zo­ba­cze­nia i wza­jem­nie. Tylko pro­szę nie sma­gać bi­czem zbyt wielu nie­win­nych męż­czyzn ;-)

Ja: WTF?????

Szef Co­oper: Prze­pra­szam, nie mo­głem się po­wstrzy­mać, prze­cież mnie Pani nie zna... jesz­cze. My­ślę, że mamy ta­kie samo po­czu­cie hu­moru.

Ja: Och, w po­rządku. Na szczę­ście bicz jest bez­piecz­nie scho­wany. Na ra­zie.

Co­oper: <kciuk do góry>.

- Kto to był?

- Mój nowy szef dał mi za­da­nie do wy­ko­na­nia i przy oka­zji chciał mi po­ka­zać, ja­kie ma po­czu­cie hu­moru - od­po­wie­dzia­łam w za­my­śle­niu.

- Wo­lisz od­sło­nić dzi­siaj uda czy brzuch?

Gdy Anna się od­wró­ciła, zo­ba­czy­łam, że w jed­nej ręce trzyma długą spód­nicę i krótką ko­szulkę, a w dru­giej czer­woną su­kienkę, bar­dzo krótką, ale nie na tyle, by od­sło­nić po­śladki. Nie umia­ła­bym świe­cić tył­kiem. Ćwi­czy­łam i by­łam w do­brej kon­dy­cji, jed­nak moje wiel­kie, ukła­da­jące się w kształt serca pół­dupki to jedna wielka ka­ta­strofa.

Wzię­łam do ręki su­kienkę. Miała dłu­gie rę­kawy i była bar­dzo ob­ci­sła, pod­kre­ślała za­równo piersi, jak i uda. Bę­dzie wy­glą­dać fan­ta­stycz­nie w ze­sta­wie­niu z mo­imi dłu­gimi no­gami i fi­gurą klep­sy­dry.

- Ja będę dziś czer­woną dia­bel­ską do­miną, a ty bę­dziesz moją dia­blicą, je­śli za­ło­żysz tamtą fio­le­tową kieckę, którą mia­łaś na so­bie, gdy pod­ry­wa­łaś tego blon­dyna po­dob­nego do Thora.

Ob­lała się ru­mień­cem. Wie­dzia­łam, że jesz­cze nie za­po­mniała o tam­tym wi­kingu, ale przy­je­chał do No­wego Jorku tylko na kilka ty­go­dni w in­te­re­sach, a po­tem wró­cił do Lon­dynu. Spo­tkali się kilka razy i od tej pory Anna nie była sobą.

- A wiesz, że on znowu jest w No­wym Jorku? Tro­chę pi­sa­li­śmy w tym ty­go­dniu. - Przy­gry­zła dolną wargę i się uśmiech­nęła. - Może po­win­nam go za­pro­sić dziś na wie­czór?

- Skoro jest w mie­ście, to ab­so­lut­nie, ale naj­pierw po­móż mi się zro­bić na bó­stwo, że­bym nie utknęła w ba­rze nie­zau­wa­żona przez ni­kogo. Po­trze­buję dziś po­rząd­nego or­ga­zmu. - Pu­ści­łam do niej oko.