Rozdział 1
SOFIA
14 lat
Mijam budynki zabytkowej starówki, stawiając ostrożnie stopy na śliskim bruku. Rano padał deszcz. Zdejmuję sweter, bo słońce przygrzewa już coraz mocniej. Przerzucam go przez tornister, który ciąży mi na plecach.
Nie mogę płakać. Do domu już niedaleko. Dom - to miasto nigdy się nim nie stanie. Nigdy! Pomimo tego, co obiecywał papa, morze, na które teraz patrzę, wcale nie zapiera tchu. Klify Vieste nie dorastają do pięt toskańskim wzgórzom.
Nie jestem u siebie. Dziś na pierwszych zajęciach w szkole dobitnie dano mi to odczuć, kiedy większość klasy ignorowała moje próby podjęcia kontaktu. Jakbym była trędowata. Boli mnie brzuch. To uczucie towarzyszy mi od rana. Nie przełknęłam nawet kęsa kanapki, którą papa przygotował dla mnie wczoraj wieczorem.
Jego wczorajsze zapewnienia okazały się tak bardzo nieprawdziwe. Twierdził, że ludzie tutaj są otwarci. Że w szkole czeka mnie wspaniała przygoda. Tymczasem już sam początek okazał się koszmarem. Nie chcę tam wracać. Gdyby mamma wciąż z nami była, wszystko byłoby jak dawniej. Papa śmiałby się tak, jak kiedyś, kiedy wspólnie graliśmy w gry. Biegalibyśmy pomiędzy krzewami winorośli, ścigając się, kto zerwie więcej kiści, kiedy nadchodził czas zbiorów. Chodziłabym do klasy z moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Cóż z tego, że mogę do nich zadzwonić, skoro nie mogę poczuć ich obecności. Szczęśliwe życie przeminęło. Teraz zostało mi już tylko to. Łatka toskańskiej wieśniaczki, którą zdążyły mi już przypiąć koleżanki z klasy.
Skręcam w wąską uliczkę i mijam trójkołowe auto. Piaggio Vespa, jak mówi mój ojciec. Pełno ich tutaj, bo wszędzie się mieszczą. Nienawidzę dźwięku ich silników. Nie cierpię gwaru, który panuje na ulicy, choć wydaje się znacznie mniejszy niż przed miesiącem, kiedy pełno było tutaj turystów. Docieram do sfatygowanych drewnianych drzwi i naciskam rozklekotaną klamkę. Przekraczam kamienny próg i wchodzę do środka. Uderza mnie zapach ryb, do którego wciąż nie mogę przywyknąć. Jest okropny. Dom zwyczajnie cuchnie, mimo że przecież papa przynosi ze sobą tylko część tego, co udaje mu się złowić. Cała reszta zostaje sprzedana. Wolałam, kiedy prowadził rodzinną winiarnię. Teraz, tutaj, jest rybakiem. Toskańskie Montefioralle zbyt mocno przypominało mu mamę. Mi też. I co w tym złego? Przecież nie możemy wyrzucić jej ze swojego życia! Nie trzeba było się przeprowadzać. Gorzej już być nie mogło.
- Buon pomeriggio, Sofitina - tata wita mnie pieszczotliwie. Tylko on tak do mnie mówi. Na moment mięknie mi serce. Wcale mi teraz nie pomaga tą czułością. Wręcz przeciwnie. Za moment się rozpłaczę, bo czuję, jak po całym dniu schodzi ze mnie napięcie. Nie chcę tego robić. - I jak pierwszy dzień w szkole? - Ojciec wyciera ręce w ścierkę i podchodzi w moją stronę. Łapie mnie za ramiona, wyraźnie ucieszony moim widokiem.
- Dobrze - odpowiadam krótko. Bo niby co mam mu powiedzieć? Nie chcę go martwić.
Przygląda mi się uważnie. Marszczy brwi. Od śmierci mamy zdążyły trochę posiwieć, podobnie zresztą jak jego włosy. Kiedyś były zupełnie czarne.
- Na pewno?
- Tak - kiwam głową, a potem zdejmuję wysłużony szmaciany tornister. Mieliśmy kupić nowy, ale papa przestał poruszać ten temat. Zrozumiałam, że po prostu nas nie stać.
Siadam przy stole.
- Poznałam nowe koleżanki. Marię, Alice - wyliczam. - Tyle na razie udało mi się zapamiętać. - Uśmiecham się sztucznie. Widzę, że się o mnie troszczy. A ja chcę tylko, żeby wciąż uśmiechał się tak, jak kiedyś. Przy mamie. Jej już nie ma, ale ja wciąż tu jestem. Z nim. Chcę, by o tym pamiętał. - Pokazały mi całą szkołę - kłamię, jak z nut, ale właśnie tak wyobrażałam sobie pierwszy dzień w nowej klasie.
- Bene, bene. Pięknie - powtarza zadowolony. - A nie mówiłem? Apulia to piękny rejon, trzeba tylko dać mu się sobą zachwycić, Sofitina. Dziecko moje - wzrusza się na moment. - Jesteś już taka duża. Ach... - Otrząsa się i odwraca, jakby nie chciał dać po sobie poznać, że coś go poruszyło. W ciągu ostatnich dwóch lat wiele razy słyszałam, jak łamie mu się głos. Nie musi przede mną udawać, że nic się nie dzieje. Wiem, że tęskni za mamą. Mnie też bardzo jej brakuje. - A teraz coś specjalnego - zapowiada, zupełnie zmieniając temat. Sięga po metalowy garnek stojący na nowo zakupionej kuchence. Ta, którą tutaj zastaliśmy, nie nadawała się do użytku. Trzeba było wyłożyć wszystkie oszczędności, aby ją wymienić. - Pappa al pomodoro! - Wskazuje na swoje popisowe danie.
- Dziękuję. - Uśmiecham się i żywo klaszczę w dłonie. Zaciągam się zapachem unoszącym się nad garnkiem. W ciągu paru sekund wszystko to, co jeszcze przed momentem mnie dręczyło, znika jak ręką odjął. To namiastka domu. Moja ulubiona zupa, którą mogłabym jeść codziennie. Uwielbiam ją od zawsze. Podbiegam do szafki, wyjmuję dwa talerze oraz łyżki, a potem zaczynamy zajadać, sprawnie omijając temat szkoły.
* * *
Siedzę w ławce, skupiając wzrok na swoim zeszycie. Nie rozglądam się, by nie prowokować innych. Staram się wtopić w grupę dwudziestu trzech osób znajdujących się w klasie, by pozostać niewidoczną dla tych, którzy chcą rozmawiać ze mną tylko po to, żeby mnie upokorzyć. Próbuję ukryć twarz za włosami, których specjalnie dziś nie związywałam. Wczorajszy warkocz sprawił, że moja twarz była bardziej widoczna.
La maestra, starsza nauczycielka języka włoskiego, pani Lucia, czyta listę obecności. Zaczyna mnie boleć żołądek, bo wiem, że za chwilę będę musiała się odezwać. Czekam na ten moment jak na skazanie.
- Colucci Sofia. - Moje nazwisko pada z jej ust jako trzecie.
- Obecna - odpowiadam.
Za moimi plecami rozlega się chichot.
- Campagnola. Wieśniaczka - drwią ze mnie dziewczyny, które najwyraźniej są popularne w klasie. Ich uwaga bawi także grono chłopaków, więc wszyscy śmieją się w najlepsze.
- Cisza - upomina ich pani Lucia, nie przywiązując większej wagi do tego, co stało się powodem ich śmiechu. A właściwie tego, kto stał się jego powodem.
Nic o mnie nie wiedzą i niczego nie chcą się o mnie dowiedzieć. Bo nie pochodzę z miasta, jak oni. Kiedy wczoraj się przedstawiłam i wspomniałam, że dotychczas mieszkałam w niewielkiej wiosce, ściągnęłam na siebie lawinę niesprawiedliwych ocen. Zaczęto mnie traktować, jakbym była co najmniej trędowata. Gorsza. Pewnie nigdy nie byli w Montefioralle. Nie mają bladego pojęcia, jakie widoki przeszły im koło nosa.
Nie reaguję. Nie odwracam się i nie daję się sprowokować. Przygryzam długopis, miażdżąc zębami jego końcówkę. To nerwy. Jeszcze tylko parę godzin, wytrzymam. Ale wbrew pozorom to nie lekcja, a przerwy okazują się najgorsze. Gdybym mogła, nie wychodziłabym z klasy.
Kiedy pani Lucia kończy sprawdzać obecność, przywołuje do tablicy jedną z uczennic i poleca jej zapisanie formułki, którą mamy wszyscy zanotować w zeszytach. Wszyscy milczą, a zupełną ciszę przecina tylko odgłos prowadzonej po tablicy kredy.
Nagle otwierają się drzwi.
- Buongiorno. - Słyszę jakiś nieznany głos. Podnoszę wzrok i widzę sunącego pomiędzy ławkami chłopaka, którego na pewno nie miałam okazji spotkać nigdy wcześniej. Wczoraj go z nami nie było. Zauważyłabym. Na bank.
- Fabio Trovato. - Pani Lucia wymawia jego nazwisko. - Buongiorno - odpowiada mu wyraźnie niezadowolona. Otwiera dziennik i coś w nim notuje. - Dzisiaj się spóźniłeś, a wczoraj nie było cię na zajęciach. Przypominam ci, że wakacje już się skończyły.
Chłopak kładzie plecak obok ławki i zajmuje ostatnie miejsce, jak gdyby nigdy nic. W sali panuje cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko dźwięk przesuwanego krzesła.
- Proszę porozmawiać z moim ojcem - odpowiada chłopak zwięźle, nie przywiązując do słów nauczycielki większej wagi. Skupia się na rozpakowywaniu plecaka.
La maestra nie mówi nic więcej. Spuszcza wzrok z Fabia i przechodzi do lekcji. Wstaje i zerka na tablicę, jakby chciała sprawdzić, czy formułka została zapisana według wzoru na kartce. Porównuje.
A ja wciąż jestem mocno zaskoczona tym, co się przed momentem wydarzyło.
Zerkam na dziewczyny, które wciąż uważnie przyglądają się niejakiemu Fabiowi. Nietrudno zauważyć, że jego pojawienie się trochę wszystkich rozproszyło. Kusi mnie, by odwrócić się za siebie i na niego spojrzeć, ale tego nie robię. Boję się, że mógłby to zauważyć, a ja nie potrzebuję dodatkowych problemów.
Szczupły, ale nie wychudzony, całkiem wysoki, czarnowłosy chłopak. Ma na szyi złoty krzyżyk, który wyraźnie odbija się na tle jego ciemnej koszulki. Tyle zdążyłam zauważyć, kiedy mijał moją ławkę.
Szybko o nim zapominam, starając się skoncentrować na myśli, że każda kolejna minuta przybliża mnie do przerwy. Próbuję więc przywołać wspomnienia tego, co przyjemne. Przypominam sobie moich dawnych przyjaciół. Zabawę w trigon1), która nigdy nam się nie nudziła. Spotykaliśmy się nieopodal mojego domu, pomiędzy nieużytkami, gdzie na spalonej słońcem ziemi można było rysować patykiem pola do gry. Pamiętam, jak kiedyś podczas rzutu kamieniem Leo niefortunnie upadł na kolana. Obmyliśmy mu skórę wodą i opatrzyliśmy bandażem, który przemyciłam z domu. Czułam się wtedy jak prawdziwa pielęgniarka, którą zresztą wciąż mam w planach zostać. Albo nasze wspólne skakanie przez gumę, którą Alessio przywiózł z wycieczki. Był taki dumny, oznajmiając, że to absolutny hit w całej Europie.
1) Wg. eskk.pl: trigon - zabawa dziecięca wywodząca się z Włoch. Dzieci rysują na ziemi trójkąt o długości 4 kroków, następnie ustawiają się w każdym z rogów i rzucają do siebie jedną, dwie lub trzy piłki, w zależności od wieku i możliwości dzieci. Zabawa polega na tym, aby piłka jak najdłużej nie dotknęła ziemi. Brzmi prosto, ale w rzeczywistości wygrana w tej grze to niełatwa sztuka.
Słyszę śmiech, który sprowadza mnie na ziemię.
Wracam do lekcji. Zerkam na panią Lucię i widzę, że jej wzrok utkwiony jest właśnie we mnie. Rozglądam się po klasie. Wszystko wskazuje na to, że właśnie znów staję się obiektem zainteresowania pozostałych uczniów. Nie mając pojęcia dlaczego. Chrząkam nerwowo.
- Obudziłaś się, la Bella Addormentata2)?
2) La Bella Addormentata - Śpiąca Królewna.
Potakuję, zupełnie zdezorientowana. Nie powinnam tak odpływać myślami podczas lekcji.
- Odmienisz nam przez przypadki słowo "kot" czy mamy jeszcze poczekać? Chcesz się jeszcze zdrzemnąć?
W mojej głowie panuje kompletna pustka. Głos więźnie mi w gardle. Potrafię odmieniać wyrazy przez przypadki, to proste. Ale choć bardzo chcę, w tym momencie nie mogę się odezwać.
Nauczycielka zrezygnowana macha ręką i zleca to zadanie innemu chłopakowi. Pochylam się nad ławką i opieram czoło na dłoni. Co ja wyprawiam? Sama wystawiam się na pośmiewisko. W tym momencie marzę tylko o tym, by jak najszybciej stąd uciec.
* * *
Wszyscy uczniowie wychodzą na zewnątrz. Czekam, aż w klasie ucichną ostatnie kroki, i wstaję z ławki, zakładając tornister na plecy. Idę niespiesznym krokiem w stronę drzwi i żegnam się z panią Lucią. Zobaczymy się jutro: kiedy zerkałam na plan, zauważyłam, że język włoski mamy w planie każdego dnia.
- Sofio, zaczekaj na chwilę - nauczycielka woła, kiedy już wychodzę na korytarz. Odwracam się w jej stronę, licząc na burę za to, co dzisiaj zrobiłam. Pani Lucia bierze pod pachę swój wielki zeszyt, po czym wkłada do piórnika jeden z wielu długopisów leżących na biurku.
- Wiem, że jesteś nowa i nie jest ci łatwo. Ale jeśli sama nie zawalczysz o szacunek, nikt nie zrobi tego za ciebie. Nie zaimponujesz im tym, że przysypiasz na lekcji - poucza mnie.
- Mi scusi. Przepraszam - dukam. - Ja nie spałam, ja...
- Myślami byłaś gdzie indziej, wiem - dokańcza za mnie. - Mam nadzieję, że na następne zajęcia przyjdziesz bardziej przygotowana i wypoczęta - pani Lucia akcentuje ostatnie słowo.
- Oczywiście - przyznaję ze skruchą. Ma rację. Jestem beznadziejna. Kiedy widzę, że ze mną skończyła, odwracam się i wychodzę.
Mierzwię moje czarne długie włosy tak, by maksymalnie przykryły twarz. W tym momencie zupełnie nie przeszkadza mi to, że nie są proste, o czym kiedyś naprawdę marzyłam. Tęsknię za dawnymi problemami. Znowu chciałabym martwić się po prostu tylko włosami. Zmierzam w kierunku toalety, gdzie przesiedzę całą przerwę z dala od klasy. Znów zbiera mi się na wymioty. Ta szkoła, to miasto - wszystko okazało się beznadziejne.
Mamma, bądź tu ze mną. Trzymaj mnie za rękę - zwracam się do niej w myślach. Chce mi się płakać.
- Piano, piano. Powoli! - Słyszę głos za swoimi plecami, ale się nie odwracam. Przecież te słowa wcale nie muszą być kierowane do mnie. Szarpnięcie blokujące mi możliwość zrobienia następnego kroku nie pozostawia jednak żadnych wątpliwości. Ktoś złapał mój tornister. Szamoczę się i zerkam za siebie.
Tak jak myślałam. To one. Maria, Alice, Giulia i jeszcze jedna, której imienia nie udaje mi się skojarzyć.
- Śpiąca Królewno, gdzie uciekasz? Czyżbyś uważała się za lepszą od wszystkich? Nie masz zamiaru z nikim rozmawiać? - Najwyższa z nich, Alice, splata ręce na piersi i wychodzi przed szereg.
Dobrze wie, że nie o to chodzi. Pierwszego dnia dosadnie pokazały mi, gdzie moje miejsce, wyzywając przed całą klasą. Teraz wszyscy zdają się mnie unikać, bojąc się im narazić.
- Chciałabym się z wami przyjaźnić, ale... - nie dokańczam, kiedy wszystkie trzy wybuchają śmiechem.
- Chciałabym się z wami przyjaźnić - przedrzeźnia mnie Maria, patrząc na koleżanki. Jakby chciała się upewnić, czy udało się je dostatecznie rozbawić. - Najpierw kup sobie nowy plecak - zwraca się do mnie, sięgając po uchwyt mojego tornistra. Podnosi go i puszcza znienacka tak, że prawie się przewracam. Wyładowany książkami trochę przecież waży.
- Ta szmata - mówi o moim plecaku - jest dostatecznym dowodem na to, z jakiego środowiska się wywodzisz. W naszym gronie nie ma miejsca dla wieśniaczek, prawda? Contadina Addormentata. Śpiąca Wieśniaczko - komentuje. To boli.
- Moi rodzice nie są wieśniakami. Ja też nie jestem wieśniaczką - bronię się. Nie rozumiem jak mogą mnie w ten sposób oceniać, wiedząc o mnie tylko tyle, że nie pochodzę z miasta.
- Ciii! - Ta czwarta, której imienia nie znam, kładzie na ustach palec. Całe grono milknie, zerkając w jedną stronę. Nie mam pojęcia, co skłoniło je do zamilknięcia. Może zbliżający się nauczyciel? Pewnie tak.
Patrzę przez ramię i prawie zapiera mi dech, kiedy przechodząca obok mnie postać ociera się o mnie ręką. Odsuwam się o krok. To on! Znam tego chłopaka. Już go dzisiaj widziałam. To Fabio Trovato w towarzystwie jakiegoś starszego od siebie chłopaka. Mijając mnie, patrzy mi prosto w oczy. Przenikliwie. Jakby był na mnie zły za to, że stanęłam mu na drodze. Uciekam wzrokiem, a potem odwracam się i z drżącym sercem czmycham w stronę łazienki.
Kończymy zajęcia równo o trzynastej. Za chwilę wrócę do domu na obiad. Papa już pewnie na mnie czeka. Obiecał mi, że pójdziemy dziś poszukać dziko rosnących cytrusów. Ponoć gdzieś je widział, kiedy ostatnio wracał z połowu. Ściągam z oparcia krzesła sweter, ale nie zakładam go na siebie. Na zewnątrz jest przecież bardzo ciepło. Klasa pustoszeje. Pakuję leżący na ławce zeszyt do muzyki i wychodzę na korytarz, mieszając się z tłumem uczniów z różnych klas zmierzających w stronę wyjścia. Zdaje się, że całe zło dzisiejszego dnia mam już za sobą.
Grazie Dio! Dziękuję Bogu za to, że udało mi się przetrwać kolejny dzień. Od kiedy zmarła mamma, przestałam się do niego modlić wieczorami, jak to było kiedyś. Nie wysłuchał mnie, kiedy prosiłam, by wyzdrowiała, dlatego już tak bardzo Mu nie ufam. Przekraczam próg potężnego budynku i stawiam pierwszy krok na chodniku. Kieruję się w stronę barierek oddzielających teren szkoły od drogi. Silne promienie słońca zmuszają mnie do zmrużenia oczu.
- Nie pożegnałaś się, Sofio - woła stojąca naprzeciwko postać. Rozpoznaję jej głos, choć niewyraźnie ją widzę. Ignoruję ją, bo nie zamierzam się wdawać w żadne sprzeczki. Alice i członkinie jej teamu najwyraźniej obrały sobie za cel nękanie mnie. Mogłyby iść do domu tymczasem czekają tutaj, żeby się nade mną pastwić.
- Cosi stupida. Idiotka - mówi Maria do swoich towarzyszek. Niby od niechcenia, a jednak dba, by słowa dotarły do moich uszu.
- Zostawcie mnie w spokoju! - w końcu zbieram się na odwagę, by to powiedzieć. Szybko jednak zaczynam tego żałować, bo tylko je to rozjusza. Idą w moją stronę wyraźnie pobudzone moją reakcją.
Jestem sama, co w starciu z ich czwórką daje mi marne szanse. Zastanawiam się nad ucieczką, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Przeraża mnie, że mimo iż niedaleko nas krążą inni uczniowie, nikt nie reaguje. Być może uznają to za koleżeńską sprzeczkę i nie chcą się wtrącać. Nie wszyscy wiedzą, że jestem tutaj nowa. To w końcu dość duża szkoła.
- Co powiedziałaś? - Alice, która wyraźnie góruje nade mną wzrostem, podchodzi do mnie i łapie mnie za bluzkę. Słyszę dźwięk pękającego szwu, który najwyraźniej dociera także do jej uszu. Puszcza mnie, zerkając na mój rękaw. Na szczęście nie widać żadnej dziury. - Nie waż się zwracać do nas takim tonem. - Grozi mi palcem, a ja mam nogi jak z waty. Okrążyły mnie, więc czuję się jak osaczone zwierzę. Staram się nie wybuchnąć płaczem, choć do oczu już cisną mi się łzy.
- Ehi, voi! Nie macie nic lepszego do roboty?! - Za plecami Marii rozlega się jakiś głos. Dziewczyna odskakuje jak rażona prądem, raptownie przesuwając się na bok.
Fabio Trovato staje tuż obok mnie wściekły jak diabli.
- Odwalcie się od niej, zrozumiano?
Nie musi mówić nic więcej. Cała czwórka rozbiega się jak na komendę. Boją się go? Kim jest, że ludzie tak na niego reagują? Z tego, co zdążyłam zauważyć, nie ma w klasie przyjaciół, choć budzi respekt. Ma za to starszych znajomych z przylegającej do naszego budynku szkoły średniej, z którymi spędza przerwy na rozmowach.
Zapada cisza. Zostajemy sami. Gdzieś nieopodal nas przemykają pojedynczy, ostatni uczniowie. Nie wiem, co robić. Nie potrafię na niego spojrzeć, choć jestem świadoma tego, że powinnam coś powiedzieć.
- Grazie - wyduszam podziękowania ze wzrokiem wbitym w jego buty. Są markowe. Drogie. Fabio Trovato z pewnością nie należy do niższej warstwy społecznej.
- Dlaczego to zrobiłeś? - pytam. Tak naprawdę nic o nim nie wiem, poza tym, że chodzi ze mną do jednej klasy. Nie musiał się za mną wstawiać.
- Bo jesteś godna pożałowania - wypowiada słowa, które przecinają powietrze jak błyskawica. Instynktownie na niego zerkam. Naprawdę to powiedział? Otwieram usta ze zdziwienia. - Nie widzisz tego, że żywią się twoim strachem? Jeśli im na to pozwolisz, zawsze będą cię tak traktować. - Brzmi tak mądrze, jakby miał co najmniej dwadzieścia lat. - Dlaczego im na to pozwalasz? - pyta, najwyraźniej oczekując ode mnie odpowiedzi.
Wzruszam ramionami, bo nie jestem w stanie mu jej udzielić. Niby co miałabym mu powiedzieć? Że paraliżuje mnie lęk, kiedy przy mnie stają? Że moja pewność siebie po zamieszkaniu w Vieste spadła poniżej zera?
- Skoro nie wiesz, najwyraźniej naprawdę zasługujesz na takie traktowanie. - Chyba jest na mnie zły, bo odwraca się, żeby odejść.
- Dlaczego to robią? Czy to coś złego, że pochodzę z małej wioski? Nic im nie zrobiłam - mówię.
- Nie boli ich to, że jesteś z wioski. - Sprawia wrażenie, że jest pewien, co mówi. - Dręczą cię, bo jesteś ładniejsza niż one - dodaje. - Ale tego ci nie powiedzą.
Czuję, jak purpurowieją mi policzki. Ładniejsza niż one? Co może być atrakcyjnego w poszarpanych, nierównych włosach i pociągłej, chudej twarzy, którą gdzieniegdzie znaczą ohydne piegi.
- Arrivederci, contadina - żegna mnie, nazywając wieśniaczką. Na odchodne śmieje się pod nosem. Przed chwilą użył słowa, którym dziewczyny zwyczajnie mnie obrażają. Choć w jego ustach zabrzmiało ono jakoś inaczej.
Gapię się na niego, kiedy podchodzi do swoich starszych kumpli, nie racząc mnie już nawet spojrzeniem. Kręci głową, gdy częstują go papierosami. Pozostali palą, pokazowo wypuszczając z ust kłęby dymu. Chwilę później zatrzymuje się przy nich ekskluzywny czarny samochód. Wsiadają do niego całą trójką, by za moment zupełnie zniknąć z mojego pola widzenia.