Connorowie. Dla ciebie wszystko. Tom 1 - Layla Hagen

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszyLandon

- Potrzebujesz urlopu - stwierdził Adam.

Chodziłem w tę i z powrotem po swoim gabinecie znajdującym się w rogu wieżowca w San Jose, masując prawą skroń. Czułem, że nadchodzi ból głowy.

- Wiem.

- Prawdziwego urlopu. Nie takiego, który trwa czterdzieści osiem godzin.

Zaśmiałem się, bo trafnie opisał, jak to wyglądało w ciągu ostatnich kilku lat. Adam, moja prawa ręka, wiedział coś na ten temat. Ale właśnie skończyłem negocjować warunki współpracy z innym ważnym graczem w branży oprogramowania. Przez kilka kolejnych tygodni wszyscy będą skupieni na papierkowej robocie i świętowaniu. Do żadnej z tych rzeczy mnie nie potrzebują, a poza tym byłem wykończony. Miesiące poprzedzające tę chwilę upłynęły na intensywnej pracy.

- Masz rację. Dwa tygodnie wolnego to nie taki zły pomysł.

Adam aż wybałuszył oczy ze zdumienia.

- Serio?

Dalej chodziłem w tę i z powrotem wzdłuż okna, które było moją ulubioną częścią gabinetu. Sięgało od podłogi do sufitu i rozpościerał się z niego imponujący widok na miasto. Większość czasu spędzałem w czterech ścianach, ale patrząc przez szybę, zawsze czułem się nieco mniej odseparowany od świata - tak jakbym uczestniczył w zgiełku panującym na zewnątrz.

- Tak. Racja. Firma się nie zawali, jeśli wezmę dłuższy urlop.

Wspinanie się na szczyt branży wymagało sporego wysiłku. A utrzymanie się na nim - jeszcze większego.

- Landon, dwa tygodnie to nie jest dłuższy urlop. Niektórzy biorą rok wolnego. To jeden z licznych benefitów, który zapewniasz swoim pracownikom, pamiętasz? Ale w twoim przypadku te dwa tygodnie to i tak cud.

Wreszcie przestałem krążyć po gabinecie i spojrzałem na Adama.

- Jesteś pewien, że poradzisz sobie ze wszystkim?

- Jasne. Dlatego mnie zatrudniłeś. Jestem twoją zaufaną prawicą, najlepszym przyjacielem i w ogóle uszczęśliwiam wszystkich dookoła.

Uniosłem brew.

- Nie wiem, czy oczekujesz podwyżki, czy tylko komplementów.

- Może i jednego, i drugiego. A może niczego i chcę cię po prostu kopnąć w dupsko, żebyś wyjechał z San Jose, zanim dopadnie cię wypalenie zawodowe. Dokąd pojedziesz? Na Bahamy? Na Bali? Do Meksyku?

Pokręciłem głową. Nie potrzebowałem egzotyki. Dokładnie wiedziałem, dokąd chcę jechać: do domu. Dorastałem w Los Angeles i piątka mojego rodzeństwa nadal tam mieszkała. Siostrzeniec też. Od ponad czterech lat nie spędziłem z nimi więcej niż dwóch dni z rzędu. Po śmierci żony skupiłem się na pracy.

- Nie, do LA. Chcę spędzić trochę czasu z rodziną.

- To świetnie. Mogę liczyć, że Val wrzuci twój telefon do oceanu, jeśli zaczniesz odpowiadać na "pilne" maile.

Adam potakiwał zachęcająco i ułożył palce w znak cudzysłowu, wymawiając słowo "pilne".

- Nie podsuwaj jej pomysłów - ostrzegłem go.

Valentina - moja siostra bliźniaczka - i tak miała ich w nadmiarze. Sięgnąłem po smartfona, który leżał na biurku. - Zaraz do niej zadzwonię.

Adam zrozumiał sugestię i wyszedł. Wybrałem numer siostry. Odpowiedziała po piątym sygnale.

- Gratulacje! - wykrzyknęła, zanim zdążyłem otworzyć usta. - Właśnie zamknąłeś negocjacje, prawda? Jak będziesz świętować?

Tylko Val mogła zapamiętać dokładną datę podpisania kontraktu. To ten typ człowieka.

- Prawda. A jeśli chodzi o świętowanie... chcę przyjechać do domu na dwa tygodnie.

Zapadła cisza i zacząłem się zastanawiać, czy któreś z nas przez przypadek się nie rozłączyło. I wtedy Val wykrzyknęła:

- Czekaj, czekaj, własnym uszom nie wierzę! Mój najdroższy braciszku, czy ty właśnie powiedziałeś, że jedziesz do domu? Na dwa tygodnie?

Po jej głosie było słychać, że się uśmiecha.

- Właśnie tak.

- W sprawach biznesowych?

- Nie, chcę wziąć wolne.

- Wow! Wow! Czemu zawdzięczamy ten cud? Albo wiesz co? Nic nie mów. Nie chcę, żebyś się rozmyślił. Kiedy będziesz?

- Jutro mogę wsiadać do samolotu.

- Doskonale. Im szybciej, tym lepiej. Ach, Milo nie będzie mógł usiedzieć, kiedy mu o tym powiem. Non stop o tobie gada.

Uśmiechnąłem się. Milo to sześcioletni syn naszej siostry Lori. Dzwonimy do siebie w każdą sobotę rano, ale już nie mogę się doczekać, kiedy spędzę z nim trochę czasu na żywo. Ten chłopak mnie ubóstwiał, a ja robiłem, co w mojej mocy, by sprostać jego wyobrażeniom i wywierać na niego dobry wpływ, ale na odległość było to trudne.

- Zaraz poproszę asystentkę, żeby załatwiła mi bilet. Potrzebujecie czegoś? Mam coś kupić?

- Nie. Chociaż miło by było, gdybyś przywiózł jakiś prezent dla naszego kochanego siostrzeńca.

- Zawsze przywożę mu prezenty - przypomniałem jej, w końcu siadając za biurkiem.

- O której będziesz?

- Rano wpadnę do biura, żeby dopiąć parę spraw, ale wczesnym popołudniem wsiądę w samolot. Zdążę na kolację.

Piątkowe kolacje to nasza rodzinna tradycja. Całe rodzeństwo spotyka się co tydzień, choćby się waliło i paliło.

- Idealnie! Wszyscy będą. Och, Landonie, tak się cieszę. Nie mogę się doczekać. Minęło tyle czasu, odkąd spędziliśmy ze sobą więcej niż kilka dni.

Wyczułem zmianę w jej głosie - nagle złagodniał.

- Ja też nie mogę się doczekać, knypku - powiedziałem.

- Nie mów tak - zaprotestowała Val. Tak przezywał ją ojciec, kiedy się z nią droczył. Zawsze ją to śmieszyło.

- Lojalnie ostrzegam, że będziesz musiała to znosić przez najbliższe dwa tygodnie.

- Ty bydlaku. Daj mi przynajmniej kilka dni, żebym mogła się tobą nacieszyć, zanim zaczniesz mnie wkurzać.

- Niczego nie obiecuję. Do jutra, Val. Chcę poprosić asystentkę, żeby kupiła mi bilet, zanim skończy pracę.

- Pewnie. Idź. Widzimy się jutro.

Kiedy połączenie się zakończyło, wstałem ze skórzanego fotela, wyjrzałem przez okno i uśmiechnąłem się. Jadę do domu.