Rozdział pierwszyLandon
- Potrzebujesz urlopu - stwierdził Adam.
Chodziłem w tę i z powrotem po swoim gabinecie znajdującym się w rogu wieżowca w San Jose, masując prawą skroń. Czułem, że nadchodzi ból głowy.
- Wiem.
- Prawdziwego urlopu. Nie takiego, który trwa czterdzieści osiem godzin.
Zaśmiałem się, bo trafnie opisał, jak to wyglądało w ciągu ostatnich kilku lat. Adam, moja prawa ręka, wiedział coś na ten temat. Ale właśnie skończyłem negocjować warunki współpracy z innym ważnym graczem w branży oprogramowania. Przez kilka kolejnych tygodni wszyscy będą skupieni na papierkowej robocie i świętowaniu. Do żadnej z tych rzeczy mnie nie potrzebują, a poza tym byłem wykończony. Miesiące poprzedzające tę chwilę upłynęły na intensywnej pracy.
- Masz rację. Dwa tygodnie wolnego to nie taki zły pomysł.
Adam aż wybałuszył oczy ze zdumienia.
- Serio?
Dalej chodziłem w tę i z powrotem wzdłuż okna, które było moją ulubioną częścią gabinetu. Sięgało od podłogi do sufitu i rozpościerał się z niego imponujący widok na miasto. Większość czasu spędzałem w czterech ścianach, ale patrząc przez szybę, zawsze czułem się nieco mniej odseparowany od świata - tak jakbym uczestniczył w zgiełku panującym na zewnątrz.
- Tak. Racja. Firma się nie zawali, jeśli wezmę dłuższy urlop.
Wspinanie się na szczyt branży wymagało sporego wysiłku. A utrzymanie się na nim - jeszcze większego.
- Landon, dwa tygodnie to nie jest dłuższy urlop. Niektórzy biorą rok wolnego. To jeden z licznych benefitów, który zapewniasz swoim pracownikom, pamiętasz? Ale w twoim przypadku te dwa tygodnie to i tak cud.
Wreszcie przestałem krążyć po gabinecie i spojrzałem na Adama.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie ze wszystkim?
- Jasne. Dlatego mnie zatrudniłeś. Jestem twoją zaufaną prawicą, najlepszym przyjacielem i w ogóle uszczęśliwiam wszystkich dookoła.
Uniosłem brew.
- Nie wiem, czy oczekujesz podwyżki, czy tylko komplementów.
- Może i jednego, i drugiego. A może niczego i chcę cię po prostu kopnąć w dupsko, żebyś wyjechał z San Jose, zanim dopadnie cię wypalenie zawodowe. Dokąd pojedziesz? Na Bahamy? Na Bali? Do Meksyku?
Pokręciłem głową. Nie potrzebowałem egzotyki. Dokładnie wiedziałem, dokąd chcę jechać: do domu. Dorastałem w Los Angeles i piątka mojego rodzeństwa nadal tam mieszkała. Siostrzeniec też. Od ponad czterech lat nie spędziłem z nimi więcej niż dwóch dni z rzędu. Po śmierci żony skupiłem się na pracy.
- Nie, do LA. Chcę spędzić trochę czasu z rodziną.
- To świetnie. Mogę liczyć, że Val wrzuci twój telefon do oceanu, jeśli zaczniesz odpowiadać na "pilne" maile.
Adam potakiwał zachęcająco i ułożył palce w znak cudzysłowu, wymawiając słowo "pilne".
- Nie podsuwaj jej pomysłów - ostrzegłem go.
Valentina - moja siostra bliźniaczka - i tak miała ich w nadmiarze. Sięgnąłem po smartfona, który leżał na biurku. - Zaraz do niej zadzwonię.
Adam zrozumiał sugestię i wyszedł. Wybrałem numer siostry. Odpowiedziała po piątym sygnale.
- Gratulacje! - wykrzyknęła, zanim zdążyłem otworzyć usta. - Właśnie zamknąłeś negocjacje, prawda? Jak będziesz świętować?
Tylko Val mogła zapamiętać dokładną datę podpisania kontraktu. To ten typ człowieka.
- Prawda. A jeśli chodzi o świętowanie... chcę przyjechać do domu na dwa tygodnie.
Zapadła cisza i zacząłem się zastanawiać, czy któreś z nas przez przypadek się nie rozłączyło. I wtedy Val wykrzyknęła:
- Czekaj, czekaj, własnym uszom nie wierzę! Mój najdroższy braciszku, czy ty właśnie powiedziałeś, że jedziesz do domu? Na dwa tygodnie?
Po jej głosie było słychać, że się uśmiecha.
- Właśnie tak.
- W sprawach biznesowych?
- Nie, chcę wziąć wolne.
- Wow! Wow! Czemu zawdzięczamy ten cud? Albo wiesz co? Nic nie mów. Nie chcę, żebyś się rozmyślił. Kiedy będziesz?
- Jutro mogę wsiadać do samolotu.
- Doskonale. Im szybciej, tym lepiej. Ach, Milo nie będzie mógł usiedzieć, kiedy mu o tym powiem. Non stop o tobie gada.
Uśmiechnąłem się. Milo to sześcioletni syn naszej siostry Lori. Dzwonimy do siebie w każdą sobotę rano, ale już nie mogę się doczekać, kiedy spędzę z nim trochę czasu na żywo. Ten chłopak mnie ubóstwiał, a ja robiłem, co w mojej mocy, by sprostać jego wyobrażeniom i wywierać na niego dobry wpływ, ale na odległość było to trudne.
- Zaraz poproszę asystentkę, żeby załatwiła mi bilet. Potrzebujecie czegoś? Mam coś kupić?
- Nie. Chociaż miło by było, gdybyś przywiózł jakiś prezent dla naszego kochanego siostrzeńca.
- Zawsze przywożę mu prezenty - przypomniałem jej, w końcu siadając za biurkiem.
- O której będziesz?
- Rano wpadnę do biura, żeby dopiąć parę spraw, ale wczesnym popołudniem wsiądę w samolot. Zdążę na kolację.
Piątkowe kolacje to nasza rodzinna tradycja. Całe rodzeństwo spotyka się co tydzień, choćby się waliło i paliło.
- Idealnie! Wszyscy będą. Och, Landonie, tak się cieszę. Nie mogę się doczekać. Minęło tyle czasu, odkąd spędziliśmy ze sobą więcej niż kilka dni.
Wyczułem zmianę w jej głosie - nagle złagodniał.
- Ja też nie mogę się doczekać, knypku - powiedziałem.
- Nie mów tak - zaprotestowała Val. Tak przezywał ją ojciec, kiedy się z nią droczył. Zawsze ją to śmieszyło.
- Lojalnie ostrzegam, że będziesz musiała to znosić przez najbliższe dwa tygodnie.
- Ty bydlaku. Daj mi przynajmniej kilka dni, żebym mogła się tobą nacieszyć, zanim zaczniesz mnie wkurzać.
- Niczego nie obiecuję. Do jutra, Val. Chcę poprosić asystentkę, żeby kupiła mi bilet, zanim skończy pracę.
- Pewnie. Idź. Widzimy się jutro.
Kiedy połączenie się zakończyło, wstałem ze skórzanego fotela, wyjrzałem przez okno i uśmiechnąłem się. Jadę do domu.