Conan (#3). Conan i miecz zdobywcy - Robert E. Howard

Reflow text when sidebars are open.
Uwielbiam te książki. Howard ma styl szorstki, tętniący życiem - to pisarstwo, które mieczem wycina sobie drogę wprost do serca, zaludnione naprawdę ponadczasowymi bohaterami. Z wielkim zapałem polecam je każdemu miłośnikowi fantasy.
David Gemmell, autor powieści Legenda oraz White Wolf
Wyraziste brzmienie narracji Roberta E. Howarda nadal, po tylu dekadach, oddziałuje na czytelników w równej mierze, gdy chodzi o dźwięczącą stal, grzmiący tętent końskich kopyt czy bryzgającą krew. Wykreowany przez niego Conan to prawdziwie wielka postać poszukiwacza przygód, daleka od stereotypów. Jego niesamowita muskulatura i budowa, gorący temperament oraz lubieżny śmiech stały się standardami, z którymi muszą mierzyć się wszyscy współcześni bohaterowie.
Eric Nylund, autor powieści Halo: The Fall of Reach oraz Signal to Noise
Cudowny gawędziarz Robert Howard stworzył po prostu giganta [Conana], w którego cieniu muszą znaleźć się wszystkie inne opowieści o bohaterach.
John Jakes, autor bestsellera z listy "New York Timesa" - trylogii "Północ i Południe"
Co do absolutnego, żywego strachu... Jakiż inny pisarz może równać się w swych dokonaniach z Robertem E. Howardem?
H.P. Lovecraft
Howard... ubarwiony najbardziej zamaszystymi ciosami, jakie można sobie wyobrazić. Masa mieniącej się czerni, która niesie zagrożenie, lodowato błękitna energia tryskająca od głównego bohatera, a pomiędzy nimi pasmo szkarłatu stworzone przez walkę, furię i krew.
Fritz Leiber
Zapomnij o Schwarzeneggerze i o filmach. Oto jest czyste pulp fiction z lat trzydziestych XX wieku, zanim polityczna poprawność i rozmaite grupy nacisku zaczęły dyktować nam kierunki w sztuce. Miecze wirują, wnętrzności płyną, a kobiety mdleją.
"Men's Health"
Howard pisał literaturę wszelkiego rodzaju, dla każdego rynku, który tylko go zechciał, lecz jego prawdziwą miłością były opowieści niesamowite. Wniósł tyle fermentu, nowych, stałych odtąd elementów do fantasy, że zmienił kierunek jej rozwoju w Ameryce. Jego odejście od literatury szlachetnej i statycznego ukazywania rzeczywistości ma tę samą wagę co zmiany, jakie do nurtu amerykańskiej powieści detektywistycznej wnieśli Hammett, Chandler czy inni autorzy z kręgu czasopisma "Black Mask".
Michael Moorcock, autor uhonorowanej wieloma nagrodami sagi o Elryku
Wigor, szybkość, żywotność - to elementy, w których sztukę Roberta E. Howarda trudno prześcignąć. No i jeszcze to wściekle galopujące tempo narracji.
Poul Anderson
Howard szczerze wierzył w podstawowe prawdy, na których zasadzają się jego opowieści. To tak, jakby mówił: "Tak właśnie wyglądało normalne życie w tych minionych, dzikich czasach".
David Drake, autor zbioru opowiadań Grimmer Than Hell, redaktor antologii Dogs of War
W materii nieustannych, toczących się w szalonym tempie przygód oraz soczystych, wręcz kwiecistych scenerii nikt nawet nie zbliżył się do Howarda.
Harry Turtledove
Słudzy Bit-Yakina
I
ŚCIEŻKI INTRYGI
Strome skalne ostańce wyrastały powyżej dżungli. Biegnące łukiem w dal ku wschodowi i zachodowi ponad falującym szmaragdowym oceanem liści drzew i palm wyniosłe fortece z kamienia, który we wschodzącym słońcu połyskiwał nefrytowym błękitem i poszarzałym szkarłatem. Ta olbrzymia palisada z pionową kurtyną z litej skały, gdzie cząsteczki kwarcu migotały oślepiająco w słonecznym świetle, wyglądała na niezdobytą. Ale żmudnie pnący się człowiek był już w połowie drogi na szczyt.
Wywodził się z rasy zamieszkującej góry, przyzwyczajonej do wspinania się po wzbraniających dostępu urwiskach, a był nadto mężczyzną o niezwykłej sile i zwinności. Jego jedyne odzienie stanowiła para krótkich, obcisłych spodni z czerwonego jedwabiu oraz sandały przypasane do pleców, tak by nie stawały mu na przeszkodzie, podobnie jak miecz i sztylet.
Był człowiekiem potężnie zbudowanym, gibkim jak pantera. Jego skóra była brązowa, ogorzała, a prosto obciętą czarną grzywę włosów przytrzymywała wokół skroni srebrna opaska. Żelazne mięśnie, bystre oko i pewne stopy służyły mu tu dobrze, gdyż była to wspinaczka sprawdzająca owe cechy po kres możliwości. Sto pięćdziesiąt stóp pod nim falowała dżungla. Tyle samo w górze krawędź ostańca odcinała się ostro na tle porannego nieba.
Trudził się jak ktoś napędzany koniecznością pośpiechu, jednakże zmuszony przemieszczać się małymi krokami, przywierając do ściany niczym mucha. Błądzące po omacku dłonie i stopy odnajdywały wgłębienia i występy, a w najlepszym razie niepewne uchwyty; czasem w istocie zwisał na czubkach palców. Jednak szedł pod górę, wpijając się, wijąc, walcząc o każdy cal wysokości. Czasami zatrzymywał się, dając odpocząć obolałym mięśniom i strząsając pot z oczu, wykręcał głowę, by rozejrzeć się uważnie po dżungli, przeczesując zielony bezmiar w poszukiwaniu jakiegoś śladu ludzkiego życia bądź ruchu.
Wkrótce wierzchołek pojawił się niedaleko nad nim, a on dostrzegł kilka stóp nad głową wyłom w pionowej skale. Chwilę potem już doń dotarł - do małej groty tuż pod krawędzią szczytu. Kiedy jego głowa wzniosła się ponad skraj jej podłoża, mruknął z dezaprobatą. Oparłszy się na łokciach, wspiął się do środka. Jaskinia była malutka, niewiele większa od wnęki wyciętej w kamieniu, ale miała mieszkańca. W grocie siedziała pomarszczona brązowa mumia ze skrzyżowanymi nogami i rękoma założonymi na zeschniętej piersi, na którą opadła obkurczona głowa. Jej członki przytrzymywały rzemienie z niewyprawionej skóry, które stały się zbutwiałymi włóknami. Jeśli postać była kiedykolwiek odziana, to spustoszenie zasiane przez czas przemieniło strój w pył. Jednak pomiędzy skrzyżowanymi rękami a skurczoną piersią tkwił zwój pergaminu, pożółkłego ze starości na kolor wiekowej kości słoniowej.
Wspinacz sięgnął ku niemu i wyszarpnął rulon. Nie przyglądając się mu, wetknął za pas i podciągnął się, aż stanął w przestrzeni wnęki. Skok w górę i złapał za krawędź ostańca, by wciągnąć się na niego prawie jednym i tym samym ruchem.
Tam zatrzymał się, dysząc ciężko, i spojrzał uważnie w dół.
Było to niczym spojrzenie do wnętrza ogromnej misy otoczonej kamiennym murem. Jej dno pokrywały drzewa i inna zwarta roślinność, choć w żadnym miejscu nie osiągała ona gęstości dżungli, jaka znajdowała się po stronie zewnętrznej. Misę okalały strome ściany o jednolitej wysokości. Był to wybryk natury niemający odpowiednika być może i na całym świecie - rozległy naturalny amfiteatr, okrągły kawał pokrytej dżunglą równiny o średnicy trzech albo czterech mil, odcięty od reszty świata i zamknięty w tym palisadowym pierścieniu stromych skał.
Ale człowiek na szczycie nie zaprzątał sobie myśli zachwytami nad tą topograficzną osobliwością. Z napiętą uwagą przeszukiwał szczyty drzew w dole i wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi, kiedy pośród migoczącej zieleni uchwycił przebłysk marmurowych kopuł. Zatem to nie mit; u jego stóp spoczywał niesamowity i opuszczony pałac Alkmeenonu.
Conan Cimmeryjczyk, który odwiedził wcześniej Wyspy Barachańskie, Czarne Wybrzeże i wiele innych krain, gdzie życie bywa gwałtowne, przybył do królestwa Keshanu, podążając za pokusą zdobycia bajecznego skarbu, jaki przyćmiewał te zgromadzone przez turańskich królów.
Keshan był królestwem barbarzyńskim, leżącym na wschodnich krańcach Kush, gdzie rozległe stepy łączyły się z tropikalnym lasem nadciągającym od południa. Jego lud był rasy mieszanej, smagli nobile rządzili ludnością w większości czysto negroidalną. Władcy - książęta i najwyżsi kapłani - uzurpowali sobie pochodzenie od rasy białej, zawiadującej w czasach mitycznych królestwem, którego stolicę stanowił Alkmeenon. Sprzeczne legendy usiłowały wyjaśnić powód ostatecznego upadku owej rasy i porzucenia miasta przez ocalałych. Równie mgliste pozostawały opowieści o Zębach Gwahlura, skarbie Alkmeenonu. Jednak tych mętnych legend starczyło, by sprowadzić Conana do Keshanu poprzez ogromne odległości równin, przeplataną rzekami dżunglę oraz góry.
Odnalazł on Keshan, który sam w sobie przez wiele narodów północnych i zachodnich uważany był za mityczny, i posłyszał dość, żeby potwierdzić plotki o skarbie, który ludzie nazywali Zębami Gwahlura. Jednak miejsca jego ukrycia poznać nie zdołał, stanął natomiast wobec konieczności wyjaśnienia swego pobytu w Keshanie. Przybysze wolnego stanu nie byli tam mile widziani.
Nie był tym skonsternowany. Z zimną pewnością siebie zaoferował usługi majestatycznym, przybranym w pióropusze, podejrzliwym dostojnikom barbarzyńsko świetnego dworu. Był zawodowym wojownikiem. Przybył do Keshanu (jak powiedział) w poszukiwaniu zatrudnienia. Za pewną cenę mógłby wyćwiczyć miejscowe wojska i poprowadzić je przeciwko odwiecznemu wrogowi - Puntowi - którego ostatnie sukcesy w polu wzbudziły wściekłość popędliwego króla Keshanu.
Propozycja ta nie była tak zuchwała, jak mogło się zdawać. Sława Conana poprzedzała go nawet w odległym Keshanie; wyczyny jako wodza czarnych korsarzy, tych wilków z południowych wybrzeży, uczyniły jego imię znanym, podziwianym i budzącym strach we wszystkich czarnych królestwach. Poddał się sprawdzianom wymyślonym przez smagłych panów. Potyczki wzdłuż granicy trwały nieustannie, stwarzając Cimmeryjczykowi mnóstwo okazji do wykazania się w walce wręcz. Jego brawurowa gwałtowność wywarła wrażenie na dostojnikach Keshanu, już świadomych uznawania go za naturalnego przywódcę, i tak oto widoki na przyszłość najwyraźniej układały się pomyślnie. Wszystkim, czego Conan w skrytości pragnął, było zatrudnienie dające mu wymówkę do pozostania w Keshanie dość długo, aby zlokalizować miejsce ukrycia Zębów Gwahlura. Wtedy pojawiła się pewna przeszkoda. Na czele poselstwa z Zembabwei do Keshanu przybył Thutmekri.
Był on Stygijczykiem, awanturnikiem i łotrem, którego spryt stał się dla niego rekomendacją wobec bliźniaczych królów wielkiego hybrydowego królestwa - wspólnoty handlowej - leżącego o wiele dni marszu na wschód. Obaj znali się z Cimmeryjczykiem od dawien dawna, nie darząc się sympatią. Thutmekri miał do złożenia królowi Keshanu podobną propozycję, również dotyczącą podboju Puntu, który przypadkiem był państwem, z jakiego niedawno przegnano zembabwejskich kupców i jakie spaliło ich fortecę.
Jego oferta przeważyła nawet autorytet Conana. Thutmekri deklarował, iż najedzie Punt ze wschodu z mnóstwem czarnych włóczników, shemickich łuczników i najemnych wojowników, by wesprzeć króla Keshanu w aneksji wrogiego państwa. Dobroduszni królowie Zembabwei pragnęli tylko monopolu na handel Keshanu i jego lenników oraz, jako aktu dobrej woli, paru Zębów Gwahlura. Nie zostałyby one użyte w żadnym niegodziwym celu - pospieszył wyjaśnić podejrzliwym wodzom Thutmekri; zostałyby umieszczone w świątyni w Zembabwei obok krępych złotych bóstw Dagona i Derketo - uświęceni goście w świętym przybytku królestwa dla przypieczętowania układu pomiędzy Keshanem a Zembabwei. To stwierdzenie przywiodło na zacięte usta Conana dziki, złowieszczy uśmiech.
Cimmeryjczyk nie podjął próby mierzenia się na spryt i knowania z Thutmekrim i jego shemickim wspólnikiem Zarghebą. Wiedział, że jeśli Thutmekri osiągnie swój cel, będzie nalegać na natychmiastowe wygnanie rywala. Conanowi pozostawało zrobić tylko jedno: odnaleźć klejnoty, zanim król Keshanu się namyśli, i umknąć wraz z nimi. W owym czasie nabrał już wszak przekonania, że nie ukryto ich w Keshii - mieście królewskim, które stanowiło rojowisko krytych słomą chat stłoczonych wokół glinianych ścian, jakie odgradzały pałac z kamienia, gliny i bambusa.
Podczas gdy Cimmeryjczyk buzował niespokojnym zniecierpliwieniem, najwyższy kapłan oznajmił, iż zanim jakakolwiek decyzja zostanie podjęta, należy ustalić wolę bogów odnośnie do zaproponowanego sojuszu z Zembabwei i oddania w zastaw przedmiotów przetrzymywanych tak długo jako święte i nietykalne. Trzeba poradzić się wyroczni Alkmeenonu.
Była to rzecz straszna, która sprawiła, iż języki mełły o niej z ekscytacją tak w pałacu, jak i w rojnych od ludzi chatach. Od ponad wieku żaden kapłan nie nawiedził milczącego miasta. Wyrocznią, mówili ludzie, była księżniczka Yelaya, ostatnia władczyni Alkmeenonu, która zmarła w pełnym rozkwicie młodości i piękna, a której ciało pozostało cudem nieskażone poprzez wieki. Za dawnych czasów kapłani przetarli drogę do nawiedzonego miasta, a wyrocznia nauczyła ich mądrości. Ostatni z nich był człowiekiem niegodziwym, usiłującym wykraść dla siebie przedziwnie cięte klejnoty zwane przez ludzi Zębami Gwahlura. Jednak w opuszczonym pałacu spadła nań zagłada, o której jego akolici, umknąwszy, opowiadali straszliwe historie, tak że odstraszyli kapłanów od miasta i wyroczni na sto lat.
Gorulga wszelako, obecnie najwyższy kapłan, jako ten ufny w rozeznanie własnej prawości, oznajmił, że wyruszy z garstką swych stronników, by ożywić pradawny zwyczaj. A w podnieceniu języki plotły nieostrożnie i Conan pochwycił wskazówkę, której poszukiwał tygodniami - podsłuchany szept pomniejszego kapłana, który nakazał Cimmeryjczykowi wymknąć się chyłkiem z Keshii w noc przed świtem, kiedy kapłani mieli wyruszyć.
Poganiając wierzchowca nocą i dniem, i jeszcze nocą, przybył wczesnym świtem pod urwiska stromej skały Alkmeenonu, które wznosiły się w południowo-zachodnim zakątku królestwa pośród niezamieszkanej dżungli stanowiącej dla zwykłych ludzi tabu. Nikt, oprócz kapłanów, nie ośmielał się zbliżyć do nawiedzonego miasta na odległość wielu mil. A i kapłani nawet nie wkraczali do Alkmeenonu od stu lat.
Żaden człowiek nigdy nie wspinał się po tych urwiskach, mówiły legendy, a nikt poza kapłanami nie znał ukrytego wejścia do doliny. Conan nie marnował czasu na jego szukanie. Stromizny, które powstrzymywały tych czarnych ludzi - jeźdźców i mieszkańców równin oraz rosnących płasko tropikalnych lasów - nie stanowiły przeszkody dla męża zrodzonego wśród postrzępionych wzgórz Cimmerii.
Obecnie spoglądał ze szczytu urwiska na okrągłą dolinę i zastanawiał się, jakaż zaraza, wojna czy przesąd pchnęły członków tej pradawnej białej rasy do opuszczenia swej warowni i zmieszania się, wchłonięcia przez otaczające czarne plemiona.
Ta dolina stanowiła ich cytadelę. Tu stał pałac, a w nim mieszkała tylko królewska rodzina i jej dwór. Miasto leżało faktycznie na zewnątrz, poza urwiskami. Falujący nawał zielonej tropikalnej roślinności skrył ruiny. Jednak kopuły, jakie połyskiwały między liśćmi, stanowiły zwieńczenie królewskiego pałacu Alkmeenonu, który oparł się niszczącemu upływowi wieków.
Przerzuciwszy nogę poza krawędź, zaczął prędko schodzić. Wewnętrzna strona urwisk była bardziej spękana, nie taka znów stroma. W czasie o połowę krótszym od tego, jaki zajęła mu wspinaczka po stronie zewnętrznej, opadł na pokryte murawą dno doliny.
Z dłonią na mieczu rozejrzał się uważnie dookoła. Nie było powodów, aby przypuszczać, że ludzie kłamią, kiedy mówili, iż Alkmeenon pozostaje pusty i wyludniony, nawiedzany tylko przez duchy martwej przeszłości. Niemniej podejrzliwość i czujność leżały w naturze Conana. Panowała tu czysto pierwotna cisza; nawet jeden liść nie dygotał na gałęzi. Kiedy się schylił, by zajrzeć pod drzewa, nie dostrzegł niczego poza uszeregowanymi rzędami pni odchodzącymi coraz dalej i dalej w błękitną ciemność głębi lasu.
Mimo to szedł czujnie, z mieczem w dłoni, przeczesując spojrzeniem niespokojnych oczu mrok z każdej strony. Jego sprężysty krok nie wydawał na murawie żadnego dźwięku. Wszędzie dookoła dostrzegał znaki starożytnej cywilizacji: bezgłośne, rozsypujące się marmurowe fontanny stojące pośród kręgów smukłych drzew, których sylwetki były zbyt symetryczne, aby natura ukształtowała je przypadkiem. Roślinność lasu i jego poszycie wtargnęły do równo zaplanowanych zagajników, ale ich zarysy pozostawały widoczne. Pod drzewami przebiegały okazałe brukowane trakty, spękane, z trawą wyrastającą przez szerokie szpary. Przelotnie dostrzegał ozdobnie zwieńczone mury, kratownice rzeźbione w kamieniu, które mogły niegdyś służyć za mury przybytków rozkoszy.
Przed nim pomiędzy drzewami przebłyskiwały kopuły, a im dalej się przemieszczał, tym bardziej widoczne stawało się potężne cielsko podtrzymującej je konstrukcji. Wkrótce, przecisnąwszy się przez zasłonę ze splecionych niczym pnącza gałęzi, wyszedł na względnie otwartą przestrzeń, gdzie tkwiły samotne drzewa nieobrośnięte poszyciem, i ujrzał przed sobą obszerny, wsparty na kolumnach portyk pałacu.
Gdy wspiął się po szerokich marmurowych stopniach, zauważył, że budowla zachowała się w stanie dużo lepszym od mniejszych konstrukcji, jakie dostrzegł. Grube ściany i masywne filary zdawały się zbyt potężne, by skruszeć pod naporem czasu i natury. Wszystko dookoła spowijała posępna, magiczna cisza. Kocie stąpnięcia obutych w sandały stóp brzmiały w tym bezruchu zdumiewająco głośno.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.