Coldplay. Życie w trasie - Matt McGinn

-
Proszę czekać

Podziękowania

Trudno uwierzyć, że w czasach, kiedy większość tego typu wspomnień spisywana jest przez ghostwriterów, napisałem tę książkę samodzielnie. Jednak żaden roadie nie jest samotną wyspą, a w szczególności dotyczy to mnie. Dlatego na wstępie chciałbym podziękować kilku osobom i wyrazić dla nich swoje uznanie.

Po pierwsze, muszę uczciwie przyznać, że ta książka nie powstałaby bez pomocy mojego uciążliwego kumpla Grega Parmleya, który nie dawał mi spokoju, namawiał mnie do jej napisania, organizował mi pracę i podjął się zredagowania tekstu. Spojrzał na to przedsięwzięcie z szerszej perspektywy i dzięki niemu dotarło do mnie, że jeśli ta książka nie powstanie, to będę kompletną pipą. Dlatego doszedłem do wniosku, że lepiej po prostu wziąć się do pracy i mieć to za sobą. Dzięki, stary. Czek wysłałem pocztą.

Pozdrowienia dla wszystkich kolegów z tras, o których wspominam i którzy pojawiają się na zdjęciach, a także dla tych, o których w tej książce nie ma ani słowa. Nikt nie został pominięty celowo, po prostu tak wyszło. (Pomimo wysiłków fantastycznych fotografów, których zdjęcia z dumą i wdzięcznością wykorzystałem w tej książce, nie znalazłem praktycznie ani jednego dobrej jakości zdjęcia licznej żeńskiej ekipy, która jeździła z zespołem. Mam nadzieję, że fotka Vicki Taylor wam to wynagrodzi, drogie panie).

Jestem bardzo wdzięczny Jeffowi Drayowi, który w 1996 roku podjął ryzyko zatrudnienia mnie, kompletnego amatora. Dziękuję Nige'owi, Kevowi, Kentowi i wszystkim z Matt Snowball Music za wzięcie mnie pod swoje cenione, doświadczone skrzydła. Muszę również wspomnieć o całej ekipie z mieszczącej się po drugiej stronie ulicy firmy John Henry Enterprise. A także o Mike'u Hillu (efekty i wzmacniacze), Grahamie Nodenie (naprawa gitar), Joem i Flea z Vintage & Rare Guitars i każdym, kto kiedykolwiek coś dla mnie naprawił, sprzedał mi kostkę czy pożyczył vana.

To przypomina mi o podziękowaniach dla zespołów Ballroom, Cuba, JJ72 i wszystkich innych formacji, które mnie zatrudniły i przy których zbierałem doświadczenia w czasach przedcoldplayowych. Muszę też powiedzieć o tych, którzy przez lata ze mną wytrzymywali, co nie było łatwe. Być może nie poświęciłem wam zbyt wiele miejsca w tej książce, ale wszyscy jesteście częścią mojej opowieści. Spędziliśmy razem wiele wspaniałych chwil i o nikim nie zapomniałem.

Chcę również wspomnieć o tych, których nigdy nie zobaczyłem na własne oczy. O chłopaku, który prowadził na dwie zmiany busa z Barcelony do Manchesteru. O dziewczynie, która przez osiem godzin pilnowała tylnej klatki schodowej na Wembley Arenie. O innym roadie, który rzucał wszystko, czym właśnie się zajmował, i wpuszczał nas do schowka na sprzęt. O niej, za to, że tam była, śmiała się od czasu do czasu i stanowiła ważną część tego wszystkiego.

Dziękuję ludziom z Portico, a w szczególności Malcolmowi Croftowi, za to, że spodobał mu się pomysł napisania tej książki i że podtrzymywał mój entuzjazm. Wielki szacunek dla Jo z Russells za nawigowanie tej skrzypiącej łajby przez mgłę oraz dla Phila Harveya za nieodzowne wsparcie i otuchę. Wielkie podziękowania należą się Caroline Michel - gdziekolwiek teraz jest - która kazała mi zrezygnować z kwiecistego języka i pisać tak, jak mówię. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić, czytając tę książkę.

Uznanie dla koncertowych weteranów, którzy poświęcili mnie i Gregowi swój czas i zgodzili się udzielić nam wywiadów: Boba Younga, Scratchy'ego Myersa, Tima Butchera i Robbiego Wilsona. Ich wypowiedzi, które wykorzystałem, dodały całości kolorytu i pozwoliły na spojrzenie z innej perspektywy. Bardzo dziękuję, panowie.

Wielkie dzięki dla Debs Wild i Chrisa Salmona prowadzących stronę internetową Coldplay za to, że pomogli nam odpocząć od tej książki, kiedy razem z Gregiem najbardziej tego potrzebowaliśmy. Pozdrowienia dla Roadie 42, który - i mówię to po raz ostatni - nie jest mną. OK?!

Dziękuję Rolling Stones, Clash, Stray Cats, Jam, Ash, Stranglers, Foals, Kylie, Pixies... ta lista nie ma końca. Sprawialiście, że co chwilę przez trzy i pół minuty świat nabierał sensu. Zresztą dalej tak jest.

Na koniec wielki uścisk dla Jonny'ego i chłopaków z Coldplay za to, że dali mi najlepszą pracę na świecie. W sumie to w tej kategorii mamy remis. Posada w barze Steve'a i Wendy w Village Inn, kiedy miałem piętnaście i pół roku, jako jedyna może się z tym równać.

Najpiękniejsze piosenki na świecie

Piotr Stelmach (Program Trzeci Polskiego Radia)

Kiedy latem 2000 roku ukazał się debiutancki album grupy Coldplay, czułem niekłamaną ekscytację. I właściwie od 14 lat nic się nie zmieniło. Parachutes to wciąż moja ulubiona płyta ekipy z Londynu. Nieefektowna, a przynajmniej nie zawsze efektowna muzycznie, ale za to niezwykle oddziałująca na emocje.

Bo czy ten zespół wymyślił muzykę na nowo? Czy nagle okazało się, że właśnie wynaleziono kilka gramów prochu, a my, słuchając piosenek z kolejnych płyt kwartetu, obcujemy z odkrywcami, jakich świat dotąd nie znał? Pewnie nie. Chris Martin, Guy Berryman, Jonny Buckland i Will Champion od półtorej dekady zaopatrują świat w melodie. Wpadające w ucho, skonstruowane z niezwykłą starannością lub zwyczajnie poruszające. Przykładami można żonglować do woli: Don't Panic, Yellow, Politik, In My Place, Speed Of Sound, Talk, Things I Don't Understand, Fix You i wiele innych.

Kiedy po kilku latach stali się jednym z największych zespołów na świecie, przypomniałem sobie pierwszy utwór z Parachutes. Wciąż fascynujące jest dla mnie zestawienie tej dwuminutowej miniatury z faktem, że niewiele później Coldplay był już marką przewodzącą wielkim festiwalom i koncertom, których zorganizowanie równało się wynajęciu największych, oddychających wielotysięcznym tłumem obiektów. Zgarnęli imponującą publiczność, stali się istotnym elementem muzycznej kultury masowej nowego tysiąclecia, zachowując przy tym swoją artystyczną tożsamość i pamiętając, skąd przyszli. Ta książka i postać autora, Matta McGinna, wciąż zresztą o tym przypominają.

Pamiętam tę radochę szalonego kolekcjonera, kiedy parę lat temu podczas porządkowania płyt w jednym z kartonowych pudeł odnalazłem zaginiony - wydawało się, że bezpowrotnie - egzemplarz singla Shiver. Pamiętam ekscytację swoją i moich kolegów z Redakcji Muzycznej Trójki, kiedy ukazywał się każdy kolejny album Coldplay. Jej apogeum miało miejsce tuż przed premierą płyt X&Y i Viva La Vida Or Death And All His Friends, kiedy to próbowaliśmy odgadnąć, co kryje w sobie materiał zapowiadany jako "najpiękniejsze piosenki na świecie". Piszę o tym, bo te premiery zawsze były swego rodzaju świętem. Nie najważniejszym, nie narodowym, ale jednak świętem. Naszym. Słuchaczy. Fanów.

Matt McGinn nie napisał biografii zespołu Coldplay. Odbieram tę lekturę bardziej jako pamiętnik. Bo ktoś, kto pełni trudną i zarazem barwną funkcję zespołowego roadie, wie najlepiej, jak działa taki artystyczno-towarzyski organizm. Fani, studio, single, płyty, trasy, kluby, koncerty, spotkania, rozmowy, kłótnie... Działo się! I wszystko wskazuje na to, że to nawet nie półmetek. A zatem, szerokości!