I. SKOWRONEK MATKI BOSKIEJ GROMNICZNEJ
2. lutego.
Chwała bądź wielka Świętemu Marcinowi... zupełny zastój w interesach! Niema zresztą za czem karku kręcić, dosyć się napracowałem w życiu, odpocząć pora. Siedzę sobie tedy spokojnie przy stole... kubek wina po prawej, kałamarz po lewej ręce, przede mną zaś, rozwarłszy ramiona, jakby do uścisku, spoczywa nowiutki, czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje, synku... teraz pogadajmy! Z dołu dochodzi rumor jakowyś,... to baba moja hałasuje, jak zwykle. Wichr skowycze za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont polityczny... mniejsza z tem! O, co za radość, co za wielka radość znaleźć się tak sam na sam z sobą. Do ciebie się zwracam, uważasz, gębo pijacka, okraszona pięknym karmazynem, gębo ciekawa, roześmiana, przystrojona trąbiastym, burgundzie im w każdym calu nosem, siedzącym na bakier między oczami, coś niby kapelusz z fantazją na ucho zadziany.
Do licha, sam nie wiem, czemu lubuję się w sobie, czemu mnie ciągnie do wpatrywania się w twarz własną, liczenia z wesołym uśmiechem zmarszczek, do grzebania w głębi serca, niby w piwniczym lochu za flaszczyną starych, mocnych, odleżałych wspomnień.
Mniejsza zresztą, gdy idzie o marzenie, ale rozkoszą jest pisać co się marzy? Zresztą... czyż to marzenia? Oczy, szeroko otwarte, widzą jasno... snuje się coprawda sieć zmarszczek na skroniach, ale spojrzenie mam pogodne, przekorne. Ludzie twierdzą, że oczy me są zapadłe, ale co mi tam ludzie? Tedy nie marzę, ni spisuję marzeń. Opowiadam poprostu ?om widział, mówił, czynił. A może to głupstwa... bo dla kogóż u licha piszę?
Dla sławy... o o o... nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość, Bogu dzięka! Dla wnuków? Phii! I cóż zostanie z papierzysków mych za jakieś lat dziesięć? Moja baba jest zazdrosna, jak sam djabeł, i rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż tedy piszę?
Dla... siebie!.. - Dla własnej uciechy pisze... dlatego, że gdybym nie pisał... szlagby mnie poprostu trafił! Ho! ho! Trzeba wiedzieć, że to żyłka dziedziczna. Ś. p. dziad mój nie byłby za nic w świecie zasnął, nie zanotowawszy bodaj, leżąc w łóżku, liczby wypitych i... oddanych z powrotem kubków wina... Musiał zapisać wszystko w porządku i basta.
Otóż sprawa tak stoi. Muszę się wygadać, a w mojem Clamecy, trudno mi wyzwać kogoś na języki, skoro jestem sam! Muszę się odszpuntować, inaczej na nic wszystko. Przytem, język mam nieco za długi... gdyby mnie tak przypadkiem ktoś usłyszał... dostałbym po czerepie! Trudno, już jestem taki! Zresztą gdyby człowiek czegoś nie zaryzykował, zdechłby chyba z nudów.
Lubię, jak nasze wielkie cisawe woły, przeżuwać wieczór strawę połkniętą zrana. O jakże miło oglądać, przewracać, mieszać to wszystko co się myślało, obserwowało, zbierało, jakże przyjemnie rozdziobywać, kosztować, smakować, pozwalać, by się rozpływało na języku i pomału... pomału połykać. Tych rozkoszy doznaje człowiek, opowiadając sobie od początku wszystko, co się pospiesznie chwyciło w przelocie, nie mając czasu na należytą, spokojną ocenę.
Jakże miło przechadzać się po... swoim własnym wszechświecie, powtarzając sobie po sto razy: to moje, to wszystko moje, jestem tu panem i władcą. Ni grad i ni mróz, ni susza nie mają nad tem żadnej mocy. Ni papież sam, ni król... ba, nawet moja sekutnica... nie dadzą temu rady!
Muszę was, drodzy państwo, oprowadzić po moim skarbcu!
* * *
Przedewszystkiem zwróćcie uwagę na klejnot najdrogocenniejszy. Mam tutaj oto - siebie, Colasa Breugnon! Chłop to, że przyłóż do rany, Burgund rzetelny, okrągławy nieco, ale mu się oczy świecą, już nie pierwszej młodości, bo choć są w kupie kości, zęby zdrowe, gęsta mina, toć przyprószona czupryna... ha, trudno... pięćdziesiątka z okładem!
No, nie będę przeczył, że wolałbym, by klejnot mój był... blondynem. Tak samo, zgodziłbym się ostatecznie zrzucić z ramion jakieś dwadzieścia, czy trzydzieści lat... interes taki mogę zrobić każdej chwili. Zważcież, moi państwo, że pięćdziesiątka, to wcale ładny wiek. Śmiejecie się, młodziki? Ha? Sądzicie, że to nic, tłuc się po tym świecie, a choćby po całej Francji... i to w czasach, jak nasze, przez lat pięćdziesiąt? Mój Boże! Ileż to deszczu spadło człowiekowi na plecy, ile się nasmażył skóry na słońcu! Można powiedzieć, że człowieka przez ten czas gotowano niby mięso, przygrzewano, przysmażano, a potem dla odmiany moczono w wodzie. Twardy jestem skoro się nie rozlazłem do tej pory... co? Jako wór jestem zblakły po wierzchu, ale ileż w tym worku zbytków, facecyj, doświadczeń, szaleństw, ileż słomy i siana, fig i winogron, niedojrzałych i słodkich owoców, ileż głogu i róż, ile rzeczy widzianych, czytanych, wyuczonych, posiadanych i przeżytych! Wszystko to pomieszane, jak groch z kapustą. Co za radość, dobrać się do tego śmietnika i grzebać... grzebać...
Dość, mój Colasie! Jutro rozpoczniemy grzebaninę. Gdybym się wziął do niej dzisiaj... nie skończyłbym nawet pobieżnego inwentarza towarów, jakie mam na składzie.
A więc: posiadam dom, żonę, czterech synów, córkę wydaną za mąż, (dzięki Bogu!) zięcia, (ha... trudno, bez tego się nie obejdzie) ośmnaścioro wnucząt, szarego osła, psa, sześć kur i prosię. Jakżem bogaty!
Poprawiwszy okulary, przystępuję do bardziej szczegółowej analizy skarbów.
O tych ostatnich, prawdę powiedziawszy, wspominam jeno... dla pamięci. Bo oto przeszła po was wszystkich wojna... żołnierze, wrogowie,... a także przyjaciele... Oczywiście prosię nasolone i zjedzone, osieł ochwacony, piwniczka do dna wypita, kury dawno oskubane...
Co do żony... to... do stutysięcy starych djabłów... posiadam ją dotąd... Oo, słyszycie, jak wrzeszczy? Nie sposób zapomnieć o tem szczęściu... Poczciwa ptaszynka... mam ją, mam, jestem jej niezaprzeczalnym właścicielem! Ha, Breugnon, nielada z ciebie ziółko... wszyscy ci zazdroszczą. Panowie... proszę uprzejmie... nie jestem samolubem - porozumiejmy się! Kto ma ochotę wziąć sobie moją turkaweczkę? Posiada mnóstwo zalet, jest oszczędna, czynna, trzeźwa do szaleństwa, uczciwa do niemożliwości... itd. itd Coprawda, nie utyła z tych cnót. Jako grzesznik zatwardziały, wyznaję, że wolę jeden tłusty grzeszek od siedmiu cnót chudych... (ale dość tego, trzeba uszanować cnotę, skoro inaczej być już... z woli bożej, nie może!).
Hej, hej, jak się ta czarownica rozbija po całej chałupie! Pełno jej wszędzie, choć taka szczypa. Przewraca graty do góry nogami, burczy, beszta, klnie, drepci ciągle ze strychu do piwnicy i z powrotem, tępiąc kurz i ciszę z zaciekłością niepojętą.
Już trzydzieści lat minęło od ślubu naszego. Djabli wiedzą, (oraz Opatrzność) poco ją brałem? Kochałem się w innej, ale drwiła ze mnie, a ta znowu uparła się wyjść za mnie, chociaż jej nie chciałem. Wówczas była bladolicą brunetką i wierciła we mnie błyszczącemi ślepiami. Byłaby mnie chciała pożreć, przegryźć, jak woda stal przeżera. Kochała mnie do szaleństwa... na śmierć! Prześladowała mnie, ścigała, tropiła (o, jakże głupi są mężczyźni), a więc potrochu z litości, a także skutkiem tego, że pochlebiła mej próżności, wreszcie ze znużenia (ładny sposób odpoczynku), nakoniec, w chęci pozbycia się napaści - zostałem (Jan de Vrie zanurza się do wody, aby nie przemoknąć na deszczu)... zostałem jej mężem! Od tego czasu posiadłem skarb cnoty wcielonej, a ona, poczciwa gołąbeczka... mści się... mści, od lat trzydziestu. Jakiż powód zemsty? Oto mści się za to, że mie kochała. Doprowadza mnie do wściekłości, a raczej pragnie to uczynić, ale... niedoczekanie! Ho, ho, zanadto miłuję spokój i nie głupim wpadać w melancholję z powodu jakichśtam głupich kilku słów. Deszcz dudni po szybach? Niechże sobie pada do woli... Gdy ona grzmi... mnie się ani śni... gdy ona gniewa się... to mnie się śpiewać chce! I czemuż u djaska mam jej bronić wrzeszczeć skądże prawo? Wszakże tak być musi... nie życzę jej przecież nagłej, a niespodziewanej śmierci! Baba w progi... cisza w nogi! Stara bajka! Każdy sobie nuci własną piosenkę. Niech tylko nie ośmiela się zamykać mi gęby, (o... wie dobrze, coby ją to kosztowało), a chętnie godzę się, by rozdziawiała swoją od ucha do ucha... Każdy pon ma swój ton!
Zresztą, mimo, że instrumenty nasze niebardzo są dostrojone do siebie, odegraliśmy wcale, wcale ładne kawałki: córkę i czterech synów. Wszystkie sztuki zrobione na urząd, wykończone, jak się należy. Nie szczędziłem materjału, ani pracy. Najlepiej mi się udała dziewczyna i w tym plonie odnajduję własne nasienie... Bestyjka bo ta Martynka, kochana odrobinka! Miałem krzyż pański, zanim dożeglowałem z nią do małżeńskiego portu. No! Nareszcie stoi na kotwicy, nie nadwerężona po drodze! Ha... i tak przecie, trudno dowierzać kobiecie... ale to już nie moja sprawa! Dosyć miałem czuwania, dreptania... teraz kolej na drogiego zięciaszka mego... Florymonda... Dostał ciasto, jak się patrzy... niechże baczy, by się nie przypaliło w piecu.
Dysputujemy z Martynka za każdem widzeniem i rozumiemy się doskonale. Dzielna dziewczyna, wie co robi, nawet robiąc głupstwa i uczciwa... z warunkiem, by uczciwość miała uśmiech na twarzy. Wadą najwyższą jest dla niej nuda. Nic lęka się trosk. Troska to walka, a walka, to przyjemność! Kocha życie i wie co dobre, zupełnie jak ja. To moja krew! Tylko... pracując nad nią... byłem może trochę przesadnie wspaniałomyślny... tak mi się coś zdaje.
Gorzej wypadli chłopcy. Matka wtrąciła swoje trzy grosze i ciasto dostało zakalca. Dwu z nich, to bigo ty zatracone, a w dodatku każdy siedzi w innej kruchcie. Jeden nie wyłazi z pod księżej kapoty i obraca się wśród dewotek i innych obłudników, drugi jest hugenotem. Wysiedziałem kukułcze jaja! Trzeci jest żołnierzem, wojuje, włóczy się i nie wiem doprawdy, gdzie się obraca. Czwarty nakoniec jest poprostu niczem... jakimś przekupniem znikomym, cichym, rozlazłym. Ziewam ile razy o nim wspomnę! Rasa wyłazi z wszystkich dopiero, gdy siedzimy pospołu przy stole nad pełną misą. Żadne z sześciorga nie śpi wówczas i wszyscy żywią jedne przekonania. Cudne to widowisko. Sześć par szczęk pracuje dzielnie, gęby pochłaniają kromy chleba, a wino spuszcza każdy do piwnicy brzucha bez pomocy bloku i sznura.
Ruchomości spisane, teraz kolej na dom. Podobny jest do córki mojej. Budowałem go zwolna, rozważnie, gruntownie, wprost rozrzutnie szafując materjałem, a w dodatku budowałem nie raz, ale kilka razy. Stoi na brzegu Beuwionu, nieforemny, przysadkowaty, tonąc w zieloności, otoczony gnojówkami, u krańców przedmieścia, po drugiej stronie niskiego, zapadłego napoły mostu, moczącego nogi w wodzie.
Wprost domu wznosi się dumna, strzelista wieża Św. Marcina, o haftowanym rzeźbą cokole i rozkwieconym sztukaterją portalu, do którego niby do raju wiodą czarne, starorzymskie, strome schody. Moje penaty i lary znajdują się już za murami miasta. To też ile razy dostrzeże warta nieprzyjaciela z wieży, zamyka bramy, a nieprzyjaciel zachodzi prosto do mnie w gościnę. Lubię wprawdzie pogadankę, ale obszedłbym się zupełnie bez takich wizyt. Zazwyczaj odchodzę, zostawiając klucz w drzwiach. Za powrotem nie zastaję ani klucza, ani drzwi, tylko gole ściany bez dachu. Zaczynam wówczas budować na nowo. Mówią mi ludzie:
- Ośle, pracujesz dla wroga! Porzuć to kretowisko i przeprowadź się do miasta, będziesz bezpieczny!
Odpowiadam:
- Mój drogi Landeri! W kretowisku dobrze mi. Wiem naturalnie, że co mur, to mur. Ale cóżbym widział ukryty za wysokim murem? Szlagby mnie trafił z nudów. Tymczasem nad brzegiem mego Beuwronu widzę mnóstwo rzeczy i mam gdzie się rozeprzeć swobodnie. W wolnych od pracy chwilach widzę wprost z ogródka refleksy na wolno płynącej wodzie, koła zataczane za każdem pluśnięciem ryby, nawet włochate porosty na dnie. Mogę tam zarzucać wędkę, moczyć nogi, wylewać nocnik... słowem, czynić, czego dusza zapragnie. A zresztą, widzisz, bracie, siedzę tam od lat i już nie pora mi przenosić się na inne miejsce. Chyba nie spotka mnie nic gorszego, niż dotąd. Powiadasz, że raz jeszcze dom zostanie zniszczony? Być może... Przecież nie mam pretensji, by przetrwał wieki. Ale niełatwo przyjdzie wydrzeć mnie z miejsca, gdzie się zakorzeniłem... niełatwo, do stu djabłów... powiadam! Odbudowywałem już dwa, czy trzy, odbuduję jeszcze dziesięć razy! Coprawda nie zaliczam tego do przyjemności, ale przenosiny sprawiłyby mi wielką przykrość. Czułbym, się, jakby odarty ze skóry. Proponujesz mi inny, nowszy, piękniejszy, bielszy? Nie... nie, spaczyłby mi się nad głową dach, musiałbym uciekać... nie nie... wolę swoją chałupę!
A więc streśćmy się. Opisałem żonę, dzieci, dom... czyż to już wszystko, co posiadam?
Nie, zachowałem na koniec najlepszą rzecz... mianowicie moje rzemiosło. Jestem członkiem cechu stolarzy pod wezwaniem Św. Anny. Noszę podczas pochodów i procesyj godło nasze, wyobrażające lirę z cyrklem u góry. Na lirze tej uczy grać Bóg Ojciec córkę swą, maleńką, niewiększą od pantofla, N. P. Marję. Uzbrojony heblem, dłutem i piłą króluję w warsztacie, władając żylastym dębem, czy połyskliwym orzechem. Co z nich wytworzę, to rzecz mojej fantazji i pieniędzy klienta. Ileż form drzemie przedziwnych, zakopanych w każdym z onych kloców. Wystarczy jedynie wnijść... do pałacu zaczarowanego, by zbudzić śpiącą królewnę. Ale piękna dama, którą chcę przywrócić do życia, to nic jakiś frymuśny koczkodonik. Nie lubię także owej damy chudej, bez piersi ni... pośladków. Miast włoskich form wolę kształty nasze, burgundzkie, połyskujące patyną bronzu, pełne siły, dostatnie, obciążone owocami niby winnica... Cieszę się, robiąc brzuchaty kufer, czy sepet, lub szafę rzeźbioną podług zdrowych, mocnych wzorów takiego n. p. mistrza, jak nasz Hugues Sambin. Przystrajam ściany domów boazerją, roztaczam spiralne skręty schodów. Za mojem czarodziejskiem dotknięciem, niby jabłka wśród szpaleru jabłoni wybłyskują z murów meble szerokie, wygodne, silne, dostosowane do miejsca i użytku.
Ale największa to dla mnie uciecha, kiedy mogę zanotować na papierze to, co tętni w mej fantazji,... ruch, gest... jakiś pochylony grzbiet, gardło rozdęte, rozkwieconą wolutę, girlandę, karykaturę, a wkońcu gębę przypadkowo zaobserwowanego przechodnia. Wszystko to potem przygważdżam do deski i jestem szczęśliwy. Wszakżem to rzeźbił sam, (same arcydzieła, oczywiście) dla własnej przyjemności i uciechy proboszcza. W stallach kościoła w Montreal widnieją moje rzeczy. Są tam mieszczuchy, opowiadający sobie facecje i popijający zdrowo z ogromnego dzbana, a także dwa lwy bijące się o kość.
Popić przed pracą, popić po pracy... hej, to radość nielada! Warto żyć. Widzę wokoło siebie ludzi gniewnych i słyszę wyrzekania. Wypominają mi, żem się nie w porę wybrał z śpiewaniem w tak smutny czas... Nieprawda! Niema smutnych czasów, są tylko smutni ludzie. Nie zaliczam się do tej bandy... Bogu dzięki!
Urywają sobie wzajem głowy... biją się? Oczywiście, tak było zawsze i zawsze będzie! Dam sobie uciąć tekę, jeśli się mylę, ale twierdzę, że za jakieś czterysta lat, wnuki i prawnuki nasze z takiem samem upodobaniem co dziś będą sobie zdzierać skórę z grzbietu, wyrywać włosy, wykluwać oczy i obcinać nosy. Myślę nawet, że dojdą do większej doskonałości i wynajdą co najmniej czterdzieści nowych, genialnych wprost sposobów przenoszenia się wzajem na tamten świat.
Ale wiem i twierdze stanowczo, że nikt nie wynajdzie nowej, lepszej metody picia i nie wierzę, by ci następcy nasi umieli to uczynić lepiej ode mnie.
Licho wie zresztą, do czego doprowadzą idjoci za lat czterysta! Może, dzięki cudotwórczemu zielu proboszcza z Meudon, zwanemu Pantagruelionem, będą mogli podróżować na księżyc, może udadzą się jeszcze dalej, do owej fabryki, skąd lecą pioruny i deszcz, może zamieszkają w niebie i nawiążą stosunki handlowe z bogami...
A niech tam! Ale tu, gdzie siedzę, tu dużo bezpieczniej. Przytem, któż mi zaręczy, że za lat czterysta wino będzie jeszcze tak dobre, jak dzisiaj?
Moja sekutnica zarzuca mi, że nadmiernie lubuję się w pohulankach. Nie pogardzam niczem. Lubię wszystko, co dobre, więc dobre mięso, wino, pełne ciałko i skórkę mięciuteńką, puszystą, o czem śni się tak słodko, dalej boskie próżniactwo, kiedy to robi się tyle różnych rzeczy (leżąc na brzuchu, wiadomo, jest się panem świata, młodym, pięknym, zdobywczym, przewraca się świat do góry nogami, słyszy się, jak trawa rośnie, gada się z drzewami, zwierzętami i bogami).
I ciebie kocham, stary towarzyszu, wierny, pewny, skarbie mój, praco moja! O jakże przyjemnie wziąć w rękę narzędzie i stanąć przy warsztacie. Robisz, co chcesz z onym opornym mat er jąłem, który wreszcie poddaje się, drży pod ręką i oto, jakby czarem wywołane wybłyskują cudne zjawy form. Co za radość, gdy z grubych palców wychodzą te misterne dzieła sztuki. Czuje się monarchą królestwa złud. Pole moje daje mi ciało swe, winnica krew swoją. Moje ręce, to pracownicy posłuszni, któremi kieruje stary mózg mój. Mózgiem znowu władam ja sam, tak. że musi spełnić każdy kaprys, czy marzenie. Któż był kiedy lepiej obsłużony? Czyż nie jestem osobą dostojną? Któż mi śmie zabronić wypić za własne zdrowie - oraz, nie wolno być niewdzięcznym - za zdrowie mych poddanych?
Błogosławiony dzień mego przyjścia na świat! Mój Boże, jakżeż dobrą rzeczą jest życie! Choćbym się niewiedzieć jak napchał, głodny jestem, zawsze mi idzie ślinka, muszę być chyba chory, bo niema takiej chwili przez cały boży dzień, bym nie pragnął zasiąść do stołu zastawionego darami ziemi i słońca...
* * *
Ale, zdaje mi się, sąsiedzie, żem przeholował trochę z tem słońcem, niebardzo grzeje, a w wszechświecie moim panuje mróz. Ta szelma zima wcisnęła się do mego pokoju. Chwieje się pióro w skostniałych palcach.
Na miłość Boga - kryształ} - lodu w szklance z winem! I nos mi pobladł... Ohydna ta barwa, przypomina liberję cmentarza. Nienawidzę bladości.
Hej... trzeba przyjść do siebie! Dzwony św. Marcina biją i śpiewają. To dziś akuratnie M. Boskiej Gromnicznej. Dziś się zima traci, albo się bogaci...
Niechże djabli wezmą ten mróz, ściska coraz lepiej! Trudno, trzeba wyjść i stanąć z wrogiem twarzą w twarz. Może mu dam rady!
Siarczysty mrozik. Tysiące szpilek kłuje mnie po policzkach. Z za rogu ulicy wypada wiatr i porywa mnie za brodę. Uuu! Ale Bogu dzięki, wracają mi rumieńce na twarz. Lubię bardzo chrzęst śniegu pod nogami i tętnienie zmarzłej ziemi. Czuję się młodym... Ha... cóż za miny kwaśne i wstrętne mają ci wszyscy ludzie?
- No, cóż wam to, sąsiadeczko? Czemu nos na kwintę? Oho! Wiatr podwiewa spódniczkę... oo, jak wysoko? Ma rację, jest młody... szkoda, że ja nie taki... Wie dobrze szelma, gdzie dobre miejsce... to smakosz... zna się na tem! Nic nie szkodzi, sąsiadeczko... nic nie szkodzi i wiatr musi mieć swe przyjemności... A gdzież to tak spieszycie, matusiu? Djabeł wam wygląda z za kołnierza. Na mszę? Laus Deo! Odniesie on zawsze zwycięstwo nad złością. Będzie się śmiał ten, który płacze, a smażył się będzie ten, który kostnieje na tym świecie! Śmiejecie się... ano to dobrze! Tak... tak i ja spieszę także... idę jak wy na mszę, ale nie tę, którą odprawia proboszcz w kościele. Idę w pole... tam sam Bóg celebruje...
Wstępuję naprzód do córki, by zabrać swoją małą Glodzię. Codziennie odbywamy wspólne przechadzki. Toż moja najlepsza przyjaciółka ta żabusia, ten skrzacik maleńki. Minęło jej dopiero pięć lat, ale ma rozum... ho... ho! Sprytna, jak mały szczurek, a uprzykrzona, jak musztarda na języku. Biegnie, gdy mnie tylko zobaczy. Wie dobrze, że mam zawsze pełne kieszenie różnych historyjek, lubi je podobnie jak ja. Biorę ją za rączkę.
- Chodź, dziecino! Pójdziemy na spotkanie skowronka, może już przyleciał?
- Skowronka?
- Tak... dziś Gromnicznej. Czyż nie wiesz, że dziś właśnie wraca z nieba?
- A co on tam robił?
- Poleciał po ogień.
- Ogień?
- Tak... po ogień, który sprawia, że słońce grzeje i gotuje potrawy na ziemi.
- Więc go nie było?
- Naturalnie! Odleciał jeszcze na Wszystkich świętych. Co roku odlatuje w jesieni do nieba, by rozgrzewać gwiazdy.
- A czemu wróci?
- Trzy ptaszki poleciały powiedzieć mu, że już czas....
- Opowiadaj...
Drepci po drodze. Nie boi się zimna. Zresztą ciepło ubrana w biały trykot i błękitną kapuzę. Wygląda jak sikorka. Tłuste policzki przybrały barwę karmazynu, z małego, zadartego noska kapie obficie.
- Ano... raz... dwa... siąkaj! Mocno! Już dobrze... idziemy.
- Opowiadaj... opowiadaj, dziadziu... Trzy ptaszki...
Lubię, by mnie proszono.
Trzy ptaszki wybrały się w drogę, trzy śmiał ki co się zowie: mysikrólik, gil i skowronek. Mysikrólik żywy i ruchliwy, jak Tomcio Paluch, a dumny jak nie wiem co, pierwszy spostrzegł w powietrzu ogień, podobny do fruwającego, świecącego ziarnka pszenicy. Rzuca się tedy na owo ziarnko i krzyczy:
- Mam!... Chwyciłem ogień... Ja pierwszy!
- I ja... i ja... - wołają inne, ale mysikrólik już pochwycił ogniste ziarnko i leci w dół, ku ziemi.
- Ratunku... ratunku! Pali mnie! - Krzyczy biedak i przesuwa ogień w te i w tę stronę dzióbka. Ale nie może wytrzymać, bo piecze go w język, tedy wypluwa ziarnko i chowa je pod skrzydełko.
- Ojej! Ratunku! Skrzydło mi się pali! - woła, (widziałaś przecież plamy opalenizny pod skrzydełkami mysikrólika i skręcone od gorąca piórka).
Gil pospiesza mu z pomocą. Chwyta ziarnko i kładzie je na podgardlu, na kamizelce puchowej.
Naraz śliczna kamizelka zaczyna czerwienieć... coraz czerwieńsza.
- Mam dość tej zabawy! - krzyczy gil Spaliło mi się ubranie... cóż teraz pocznę?
Ale wtem poczciwy skowronek przyleciał i chwycił prędko w dzióbek ziarnko ognia, które, upuszczone przez gila; wracało już do nieba. Potem bez namysłu, z szybkością strzały spada prosto na ziemię i zakopuje ziarnko starannie w stężałym od mrozu zagonie, a zagon od gorąca rozmarza... pulchnieje...
Skończyłem swoją historyjkę. Teraz zaczyna Glodzia skrzeczyć, jak sroczka. Za miastem, chcąc dostać się na wzgórze, wziąłem ją na plecy. Niebo szare, śnieg chrzęści pod nogami, krzaki i wychudłe, jakby szkieletowate drzewa, pootulane białemi materacami. Dym wznosi się z kominów prosto w górę i ma szafirowy kolor. Nie słychać nic, prócz rechotania mojej małej żabki. Jesteśmy na szczycie.
U stóp mam miasto przepasane, niby dwiema wstęgami, leniwym nurtem Jonny i krętym Beuwronem. Wszystko ma czapki z śniegu. Mimo, że przemarzłe jest do szpiku kości, skulone i drżące, miasto rozgrzewa mi serce ile razy obejmę je spojrzeniem.
Miasto otaczają piękne wzgórza, wyglądają tak, jak brzeg gniazda słomianego, pośrodku którego spoczywają pisklęta ludzkie. Za wzgórzami garbią się góry, zataczają wielokrotne szeregi, falują wokół przebłękitnione oddalą, niby morze. Ale niema w nich nic z owego chytrego żywiołu, który zagrażał Ulisesowi i jego okrętom. Niema burz ni przepaści. Wszystko trwa w pokoju. Załedwo tu i owdzie łono wzgórza rozpiera coś jakby wnętrzna siła, pragnąca się wyładować. Drogi ścielą się prosto z jednego garbu fali na drugi garb, płyną zwolna, bez pospiechu, zostawiając pas biały, niby ślad łodzi na morzu.
W dali dominuje nad tą rozchwieją, niby maszt okrętu, katedra Św. Magdaleny w Vezelay, gdzie w r. 1147 św. Bernard głosił drugą wyprawę krzyżową.
A bliżej na skręcie Jonny szczerzą swe kły skaliste zbocza Bassewillu.
Pośrodku za toczą wzgórz, w niedbałej pozie, zwieszone nad wodą, przybrane w ogrody, kępy drzew, różne błyskotki i łachmanki spoczywa miasto, uwieńczone koronkową, cudną wieżą.
Podziwiam ślimaczą skorupę, w której sam siedzę. Dzwony biją uroczyście. Krystaliczny rozdźwięk wypełnia całą kotlinę, rozlewając się falą nieuchwytną dla zamrozu. Wsłuchuję się w tę muzykę, a wtem promień słońca, przebiwszy oponę chmur, rozbłyska na ziemi, oblewając nas światłem.
Moja mała Glodzia zaczyna klaskać w rączęta i woła:
- Dziadziu... dziadziu! Słyszę.. słyszę... to skowronek!
Roześmiałem się radośnie, zdejmuję moją drogą żabusię z pleców, całuję serdecznie i zapewniam:
- I ja go słyszę i ja... to skowronek, co głosi wiosnę...
II. OBLĘŻENIE CZYLI PASTERZ, WILK I JAGNIĘ
"Starczy naszych owieczek kilka,
By zgładzić wilka."
Połowa lutego.
Smutno! Piwniczka moja niebawem pokaże dno. Zacne żołnierzyki, przysłane nam ku obronie przez Jaśnie Oświeconego Księcia naszego Jmć. Pana de Nevers, wybili szpunt ostatniej beczki. Dalejże... pić wraz z nimi, nie tracąc ani sekundy! Ruina?... I owszem, niech będzie! Ale musi się to odbyć wesoło. Zresztą nie pierwszy to raz i z pomocą boską... nie ostatni!
Dobrzy z nich chłopcy! Zasmucili się bardziej niż ja posłyszawszy, że płyn wysycha. Mówili mi to sąsiedzi, którzy zresztą wszystko biorą tragicznie. Ja nic mogę, jestem na tym punkcie, zblazowany. Zbyt często bywałem w teatrze i dlatego byle głupstwa traktować serjo nie umiem.
Ileż przesunęło mi się od urodzenia przed oczyma tych... masek! Byli Szwajcarzy, Niemcy, Gaskończycy, Lotaryngowie, cała menażerja wojenna z tornistrem na plecach, bronią w ręku. Znam tych pożeraczy grochu o brzuchach bez dna, zawsze gotowych połknąć każdego poczciwca cywila razem z butami. Któż zgadnąć zdoła za co i o co się biją? Wczoraj pono za króla, dziś za Ligę. Czasem są papistami, czasem hugenotami. Wszystkie stronnictwa djabla warte, w każdym zaś razie szkoda porządnego postronka, by tych hyclów wywieszać po kolei. Drań w drania, niema gadania!
A zwykle mieszają w swe głupie sprawy Pana Boga! Kroćset starych chodaków! Zostawcie Stworzyciela w spokoju, smarkacze! To osobistość w poważnym wieku. Jeśli was skóra swędzi, skrobcie się wzajem do woli... pan poskrobie się sam, jeśli taka będzie jego wola... psiakrew sobacza!
A najgorsze to to, że chcą mnie zmusić do tego niecnego procederu. Panie Boże, szanuję się i sądzę bez przechwałek, iż spotykamy się nieraz po kilkakroć na dzień, jeśli prawdą jest, co mówi przysłowie galickie: "Kto dobre wino pije, za pan brat z Bogiem żyje!" Ale u djaska, przecież nie przyjdzie mi nigdy do głowy twierdzić, jak powiadają ci obwiesie, że cię znam na wylot, że jesteś moim krewniakiem, że dałeś mi do dyspozycji całą swą potęgę i trzydzieści sześć twych doskonałości... Musisz przyznać, Panie Boże, że ci pokoju nijak nie zakłócam i proszę tylko, byś mi tą samą miarką odpłacił. Mamy obaj po uszy roboty z trzymaniem w ryzach naszych domów, ty się borykasz z wielkim wszechświatem twoim, ja z moim małym.
A nicponie z menażerji wojennej każą mi się mieszać w twoje sprawy... Nic z tego! Chcą, bym przemawiał w twem imieniu i decydował, która partja ma się obżerać i wypijać twe piwnice? Nic z tego!... Oświadczam: wrogowie twoi są mymi wrogami!
Przesadziłem trochę, ja bowiem nie mam wrogów. Wszyscy ludzie są mymi przyjaciółmi. Biją się... ot tak... dla rozrywki... a że ja się tem nie zajmuję, przeto chowam do kieszeni stawkę... i wstaję od stołu. Ba... nic pozwalają mi odejść, powiadają: nie chcesz być jego wrogiem, to masz nas dwu przeciw sobie! Tak, więc muszę oberwać po łbie od tego, lub od tego? Co? A no to dobrze, będę prał także... i owszem! Mam być kowadłem? Niedoczekanie wasze pośmidrągi, hetki - pętelki... będę miotem, a wy kowadłem!
A kto mi u stu djabłów powie, poco świat wydał wszystkich tych cymbałów, tych gentlełajdaków, polityków, tych wielmożów, którzy są wielnożami Francji? Opiewają nieustannie jej sławę, a opróżniają jej kieszeń. Pożerają nasze własne denary, twierdząc, że niszczą wrogie mocarstwa. Napastują Niemcy, wciskają się do Włoch, wtykają nos do haremu Turka, chcieliby zagarnąć pól świata, a nie potrafiliby nawet obsadzić go kapustą!
Basta, drogi przyjacielu... płać rachunek i ruszaj do domu! Wszystko jest wyśmienicie, a przyjdzie czas, że się to jeszcze ulepszy (weźmiemy się do poprawy świata przy pierwszej sposobności). Niema tak głupiego osła, któryby nie nosił worków do młyna.
Słyszałem raz, że pewnego dnia pan Bóg (o... Stworzycielu, ciągle dziś gadam o Tobie...), przechadzając się ze Św. Piotrem po Betlejem (to przedmieście Clamecy), zobaczył siedzącą na progu domu kobietę, która była wielce znudzona i smutna. Dobry Stwórca, współczuciem tknięty, sięgnął do kieszeni, wyjął całą garść (około stu) wszy, rzucił jej na kolana i powiedział: "oto zabawka dla ciebie, droga córko moja!" Kobiecina ocknęła się z odrętwienia i zaczęła polowanie. Ile razy udało jej się chwycić i zamordować zwierzątko, wybuchała wesołym śmiechem.
Widać, że wojna to taki sam dowód współczucia boskiego. Chrąc nam dać rozrywkę, niebiosa zesłały nam na kark dwunożne wszy, byśmy się mogli czochrać i oganiać, śmiejmyż się tedy wesoło. Robactwo jest, jak mówią, znakiem świętości (robaki, to nasi ostatni władcy). Radujmyż się. tedy w Panu, bracia moi, bo nikt pod tym względem nie jest lepiej od nas zaprowiantowanym.
A teraz powiem wam (na ucho): - cierpliwości! Jesteśmy na dobrej drodze. Mrozy, śniegi, kanalje wojenne i dworskie nie trwają długo... pójdą sobie precz! Zostanie poczciwa ziemia i my zostaniemy... a to grunt... Będzie rodziła dalej, po staremu. Tymczasem pijmy, pijmy póki starczy ostatniej beczki, trzeba zrobić miejsce na przyszłe winobranie.
* * *
Moja córka, Martynka, rzekła mi pewnego dnia:
- Jesteś blagier, papo drogi! Słuchając cię, każdyby myślał, że nic nie robisz, a tylko leżysz pod beczką. Gadasz o tem ciągle, dzwonisz na wszystkie strony, jakby ci wszystkiem były pohulanki i pijatyka, jakbyś chciał przepić ostatnią koszulę. A przecież nie możesz jednego dnia wytrzymać bez pracy. Udajesz lekkoducha, rozrzutnika, wartogłowa, nie wiedzącego co wpada do kieszeni i co z niej ucieka, a rozchorowałbyś się, gdyby cały dzień, godzina po godzinie nie był najskrupulatniej uregulowany, gdyby wszystko nie szło, jak w zegarku. Masz zapisany każdy grosz, wydany od zeszłorocznej Wielkiej Nocy i nie znajdzie się spryciarz, któryby cię wziął na kawał. Jesteś szalona pałka, baranek w wilczej skórze. Dobrze mówi nasze przysłowie: "starczy takich owieczek kilka, by zgładzić wilka!"
Roześmiałem się wesoło i nie odpowiedziałem nic weredyczce. Ma rację to dziecko, zupełną rację... tylko nie powinna mówić głośno takich rzeczy. Ale prawda, kobieta i sroka zataja tylko to, czego nie potrafi wyskrzeczyć. Zna mnie... o, zna! Cóż dziwnego, wszakże to mój produkt! Tedy przyznaj się, Colasie, możesz czynić głupstwa do woli, głupcem nigdy nie zostaniesz. Masz szaleństwo w rękawie a pokazujesz je, gdy ci przyjdzie ochota. Ale chowasz je, gdy trzeba mieć obie ręce i trzeźwą głowę do pracy. Podobnie jak wszyscy Francuzi masz w zanadrzu nieomylny instynkt porządku i tak dobrze jesteś osadzony na kotwicy rozsądku, że możesz sobie pozwolić udawać warjata. Niema ryzyka, chyba dla durniów, którzy patrzą na ciebie z otwartą gębą i próbują cię naśladować.
Mowy patetyczne, wiersze na poczekaniu, pomysły karkołomne, oto co ci do smaku! To ludzi rozpłomienia i palą się, na obu końcach. Ale my... my... kładziemy na stos tylko suche konary, zaś grube, dobre drzewo mamy w porządku poskładane na zimę pod dachem... tak... tak! Fantazja daje ucieszne widowisko rozumowi, który siedzi sobie w wygodnym fotelu i kiwa uprzejmie głową. Wszystko mnie bawi. Teatr mój, to świat cały. Z fotelu śledzę przebieg komedji, oklaskując ludzi i krzycząc bis tym, którzy karki kręcą na scenie. Czasem, dla zwiększenia przyjemności udaję, że biorę to wszystko na serjo i staję się na chwilę aktorem. Ale nie tracę nigdy świadomości, iż to tylko farsa... W takim samym nastroju słucham opowieści o boginkach... i nietylko o boginkach. To samo dzieje się, gdy idzie o owego wielkiego Jegomości, który żywię na niebie. Gdy patrzymy, jak kroczy w procesji, wśród pomruków oremusów, przybieramy w biel ołtarze i stroimy ściany domów. Ale prawdę mówiąc... cicho bądź, gaduło... to pachnie konfiskatą!... Panie, nie rzekłem nic złego... zdejmuję kapelusz... cicho, sza!
* * *
Koniec lutego.
Osieł, wyskubawszy wszystką trawę na lace, oświadczył, że niema tu co robić i poszedł sobie na łąkę sąsiada. Garnizon księcia de Nevers odmaszerował dziś rano. Radość była patrzyć na tych draniów; każdy spaśny, ciężki, tłusty i czerwony. Byłem dumny z mojej kuchni. Ucałowaliśmy się z dubeltówki na pożegnanie. Życzyli nam gorącem sercem, by nam się darzyło zboże, by winnice nasze nie doznały szkody od mrozu.
- Weź się ostro do pracy, wujaszku! - radził mi specjalnie gość mój, sierżant, który najdłużej stal kwaterą (zasłużyłem na to zaszczytne miano, chociaż nie przyznaję się do pokrewieństwa z tą kanalją) - Weź sic do pracy i fatygi i nie żałuj, zwłaszcza w winnicy. Na św. Marcina przyjdziemy z powrotem i popijemy wesoło!
Poczciwi to ludzie, gotowi zawsze przyjść z pomocą człowiekowi, który wiedzie zacięty bój z dzbanem.
Jakoś mi się ulżyło, gdy sobie poszli. Sąsiedzi otwierają pomału skrytki swoje. Ci, którzy wczoraj jeszcze wyglądali jak po Wielkim Poście, jęcząc z głodu i wyrzekając na nędzę, odnajdują dziś, tu i owdzie pod słomą w spichrzu, lub też pod ziemią w piwnicy, a wreszcie pod warstwą cegieł w ścianie, różne, przedziwne różności arcyprzyjemne dla ciała i ducha. Jakoś każdemu udało się, przy pomocy doskonale wyuczonych żalów na głód i pragnienie, utrzymać w całości baryłki najlepszego wina.
Ja sam (doprawdy nie wiem, jak się to mogło stać), gdy tylko rozstałem się z moim sierżantem (odprowadziłem go aż za miasto), nagle palnąłem się pięścią w czoło i przypomniałem sobie, że została w stajni, postawiona tam umyślnie w cieple, spora baryłka doskonałego, wytrawnego Chablis. Jak sobie każdy może wystawić, byłem w pierwszej chwili ogromnie zasmucony. Ale skoro zło się już stało, trzeba się zgodzić z koniecznością i przyznać, że ostatecznie stało się dobrze. Jestem zgodliwy. Sierżancie, siostrzeńcze drogi... ach... nie wiesz coś stracił! Co za nektar... jak to pachnie! Ale nie poniesiesz straty, chłopcze... zaręczam ci słowem, bo tę beczułkę wypiję wyłącznie za twoje zdrowie!
Sąsiedzi odwiedzają się wzajem. Jeden pokazuje drugiemu, co znalazł w piwnicy, wszyscy mrugają oczyma, niby augurowie starożytni i składają sobie gratulacje. Oczywiście jeden opowiada drugiemu, jakie poniósł straty, jakich doznał gwałtów (w tej materji rozmowy toczą się często na ucho). Wszyscy często pytają z współczuciem Wincentego Pluviaut o stan zdrowia jego małżonki. Jest to dzielna kobiecina, a posiada też tę właściwość, że po każdym pobycie wojsk musi przydłużać pasek, gdyż staje się dziwnie krótki.
Składamy życzenia szczęśliwemu małżonkowi i ojcu, podziwiamy jego ochotność w służbie ojczystej sprawy, a ja żartem, bez zlej myśli klepię go po brzuchu, pełnym, nieposzkodowanym, podobnie, jak gospodarstwo tego spryciarza, które wśród ogólnej katastrofy jakoś nic a nic nie ucierpiało.
Wszyscy śmieją się wesoło, a dyskretnie, nie czyniąc przykrych aluzyj. Ale Pluviaut czuje się urażonym moim żarcikiem i udziela mi rady, bym lepiej pilnował własnej żony. Odpowiadam, że szczęśliwy posiadacz tego skarbu może spokojnie chrapać całą noc, nie obawiając się złodzieja. Naturalnie wszyscy mi przyznają słuszność.
* * *
Ale zbliżają się dni sytości. Chociaż obecnie nie bardzo obfite, to jednak: zastaw się a postaw się! Idzie o reputację obywateli i całego miasta! Cóżby powiedziano o Clamecy, słynącem ze smakoszostwa, gdyby Mięsopust zastał je bez frykasów. W każdym domu skwierczą rondle a cudny zapach przyrumienionego tłuszczu napełnia wszystkie ulice.
A moja Glodzia... moja maleńka, też musi mieć swe ulubione ciasteczka!
Nagle... ra ta ta... ra ta ta! Słychać bębny, flety, trąbki, śmiechy, wykrzyki. To goście z Judei przybywają do Rzymu. (Judeą nazywamy przedmieście Clamecy Betlejem, a miasto Rzymem, nawiązując do staro-rzymskich schodów wieży św. Marcina).
Na czele pochodu kroczy muzyka, a za nią halabardnicy, rozdziobując tłum nosami. Mówiłem już jakie nosy posiadamy my, Burgundowie. Są tu wszelkie kształty, a więc: trąba słonia, coś w rodzaju lancy, dalej nos... róg myśliwski, nos-dmuchawka, nos najeżony cierniami, nos inkrustowany kasztanami, z małemi jakby ptaszętami na końcu.
Nochale rozpychają gapiów, pchają ręce, gdzie nie potrzeba, i klepią kobiety po pośladkach, aż piszczą. Ale wszystko zmyka przed królem nosów, który niby taran, niby kusza potężna toczy się na wyniosłej lawecie z rozpędem, na złamanie... nosa.
Pośrodku tłumu na wysokim wozie widnieje Wielki Post, król rybkojadów. Otaczają go postacie wybladłe, zielone, wychudłe, wypatroszone, oblazłe, dygocące, zawinięte w peleryny. Na kapeluszach i czapkach odznaki w kształcie ryb. A ileż ryb wokoło, tu kilka osób trzyma śledzie za ogon, tam jakiś oberwaniec potrząsa głową szczupaka, słowem wystawa całej fauny wodnej. Naturalnie pochód otacza nieprzejrzany tłum łobuzów, a na końcu pląsa djabeł w fartuchu kucharza z patelnią w jednej, a chochlą w drugiej ręce.
Ale oto triumfatorowie dnia. Jawi się Królowa Kiełbas, siedzi na wysokim tronie szynek, otoczona wieżami ozorów. Na głowie ma salceson, na szyi długi różaniec serdelków, którym bawi się z gracją. Z prawej i lewej strony królowej maszerują kiszki krwawe i pasztetowe, specjalność Clamecy, a prowadzi je na pole chwały pułkownik Smakowęch. Przyozdobione frykasami z ciasta i arabeskami z sadła, wyglądają wspaniale, potężnie, połyskliwie, świetnie.
Przy dźwiękach rondli, cymbałów, przetaków, patelni, oraz wrzasków nieludzkich nadjeżdża wierzchem na ośle król rogali, nasz Wincenty Phmaut we własnej osobie. Został wybrany jednogłośnie i mandat przyjął z powagą. Siedzi na swym kłapouchu twarzą do ogona w wysokim turbanie na głowie, a w ręku trzyma kubek i przysłuchuje się wrzaskliwej owacji swej świty, która prozą, wierszem i pieśnią opiewa jego historję i sławi go wymownie. Jako wytrawny mędrzec nie okazuje pychy. Zachowując równowagę umysłu, popija raz po raz. A tylko, gdy pochód mija jakiś dom, wsławiony podobną przygodą, wznosi puhar i woła: He, he... kolego, za twoje zdrowie!
Pochód zamyka "Wiosna". Jest to śliczna, świeża dziewczyna, rumiana i rozśmiana. Jasne włosy, gładko zaczesane, zdobią pęki żółtych pierwiosnków. Taki sam wianuszek spływa jej z szyi ku zielonemu staniczkowi, w którym, niby jajka w gniazdku, kryją się krągłe piersiątka. W ręku trzyma koszyczek pełen kwiecia. Śpiewa, wznosząc w górę brwi, wytrzeszczając swe modre, wielkie ślepki i robiąc - o - z usteczek. Nieco piskliwym głosikiem zapowiada wszystkim, że jaskółki wnet nadlecą.
Za nią duży wóz, zaprzężony w cztery siwe woły, pełen młodych, pulchnych, kształtnych, wesołych, nawet za wesołych dziewcząt. Jest tam też kilkanaście podlotków w przejściowym wieku, które tkwią po kątach przyćmione zupełnie, niby młode, wątłe drzewiny, wtulone pomiędzy wyrosłe należycie siostry. Tej i owej brakuje jakiegoś kawałka, trafi się maszkara, ale wszystko młode i ochotne, przeto wilk nie będzie narzekał na te owieczki. Trzymają klatki z ptakami przelotnemi, a sięgając często gęsto do koszyka królowej Wiosny, rzucają chłopcom, tłoczącym się wokoło wozu, ciastka, pakieciki i zawiniątka, w których szczęśliwcy znajdują szlafmyce, pończochy, czekoladki, wróżby losu, wiersze miłosne, a czasem... rogi.
Wóz przybył do stóp wieży i zatrzymał się u schodów. Dziewczęta zeskakują i zaczynają tańczyć na placu katedralnym z chłopcami.
Ale Królowa Kiełbas, Wielki Post i król Rogali odbywają dalej swój marsz triumfalny. Zatrzymują się co chwila, by objawić tłumowi jakąś wzniosłą prawdę, albo poszukać jej na dnie szklanki.
Pijmy wino! Pijmy wino!
Nie odjedziem z kwaśną miną...
Żaden Burgund się nie zbłaźni,
By nie wypić po przyjaźni!
* * *
Gdy się pije nad miarę, język kołczeje i werwa roztapia się na nic. Zostawiam tedy zacnego Wincentego wraz z jego eskortą na najbliższej stacji pijackiej w cieniu beczki i idę sobie. Dzień jest zbyt piękny, by go spędzić w ścisku. Trzeba odetchnąć świeżem powietrzem pól.
Dawny przyjaciel mój, proboszcz Chamaille, przyjechał do swej wioski na przyjęcie do kanonika katedry Św. Marcina i zaprasza mnie, bym go odprowadził kawałek drogi. Zabieram moją Glodzię i pakujemy się do małej, trzęsącej biedki, zaprzągniętej w osła. Ośliczka jest tak maleńka, że możnaby ją pomieścić w biedzie pomiędzy mną a Glodzią. Przed nami ściele się biała, równa droga.
Słońce drzemie. Samo się grzeje u własnego kominka, dla nas nie pozostaje dużo ciepła. Ośliczka także zapada co krok w drzemkę, czy zadumę. Proboszcz przywołuje ją do porządku głosem oburzonym, podobnym do brzęku dużego trzmiela:
- Madelon! A to co?
Ośliczka wzdryga się, strzyże uszami w odpowiedzi, potem wlecze się zygzakiem od rowu do rowu. Ale po chwili staje i duma, nie zważając na wymyślanie.
- Niechże cię! - woła proboszcz, okładając jej zad laską - Gdybyś nie miała krzyża na grzbiecie, dalibóg połamałbym ci kości!
Zatrzymujemy się na odpoczynek w pierwszej napotkanej oberży na skręcie drogi, która stąd stacza się lekkim spadkiem ku bielejącej w dali wiosce Armes, która przegląda się w krystalicznych nurtach rzeki. Pośrodku pobliskiego pola stoi wielki orzech i wznosi ku niebu sękate, nagie, czarne ramiona. Łysy jest jeszcze zupełnie. Wokoło drzewa tańczą dziewczęta. Chodźmy do nich. Dzisiaj właśnie zaniosły, wedle obyczaju, kumoszce sroce ciastko świętalne.
- Glodziu... patrzno! Tam na drzewie siedzi sroczka, sroczka-plotkarka, sroczka-złodziej... Widzisz? Ma białą kamizelkę i wychyla się, by nas zobaczyć. Straszna z niej ciekawska. Wszystko musi wiedzieć. Jej gniazdko nie ma drzwi, ni okien, trzyma się ledwo gałęzi i wiatr hula po niem jak chce. To umyślnie, gdyż boi się, że coś ujdzie jej krągłym, ciekawym ślepiom i nie będzie mogła wypaplać. Bardzo często przemarznie do kości, lub przemoknie do nitki... ale nic sobie z tego nie robi. Główna rzecz, to zaspokoić ciekawość. Strasznie zła. Wydaje się, jakby mówiła: Cóż mi tam po darach waszych? Zabierzcie je sobie z powrotem. Czy myślicie, że gdybym miała ochotę na te wasze głupie ciastka, nie umiałabym sobie poradzić? Ha... ha... ukradłabym i basta! Nie sprawia mi przyjemności jeść rzeczy, które mi ktoś pod nos podsunie. Smakuje mi tylko kradzione!
- Więc pocóż, dziadziu, dawać tej głupiej złodziejce ciasteczko, przystrojone w śliczne wstążeczki... Pocóż jej życzyć wszystkiego dobrego?
- Bo widzisz, moja dziecinko, lepiej i mądrzej żyć ze złymi w przyjaźni, niż w nieprzyjaźni!
- Ładnych ją uczysz rzeczy! - oburzał się proboszcz.
- Nie mówię, że to dobrze, powiadam tylko, że tak każdy czyni, a ty sam pierwszy, drogi księże, nie zawracaj tak oczyma. Powiedz, czy nie zatkałbyś ciastkiem gęby dewotce, która przychodzi cię dręczyć, klekotać, która wie wszystko, wszystko słyszy, wtyka nos wszędzie?
- O Boże, byle tylko chciała poprzestać na ciastku! - wykrzyknął proboszcz.
- Ale sroka i tak więcej warta od kobiety. Język jej czasem przydaje się na coś!
- A na co, dziadziu? - spytała Glodzia.
- Gdy się wilk pokaże, sroczka krzyczy na całe gardło.
Ledwo padły te słowa, ptaszysko zaczęło się drzeć w niebogłosy. Biła skrzydłami, piszczała, miotała klątwy, podlatywała i widocznem było, że złości się na kogoś, będącego w dolinie wioski Annes. Żerujący na skraju lasu towarzysze sroki, kawka (Kubuś) i kruk (Kolas), odpowiadały tym samym wrzaskiem niecierpliwym i poirytowanym. A ludzie śmiali się i wołali:
- Wilk... wilk? Ha... ha... ha, omyłka, nigdzie nie widać wilka!
Nie widziano nic. Ale pokazało się, że sroka widziała... bo nagle... do kroćset starych djabłów...
Kupa uzbrojonych ludzi ukazała się na wzgórzu. Posuwają się biegiem. Poznajemy ich. To te łajdaki, żołnierze z Vezeley. Wiedząc, że miasto nasze nie ma załogi postanowili widocznie zaprowiantować się u nas. Mogę zaręczyć, że nie marnowaliśmy czasu na podziwianie ich. Rozległ się krzyk:
- W nogi! W nogi!
Uczyniło się kotłowisko, ludzie zaczęli się pchać, popychać. Wszyscy uciekali, co sił drogą, naprzełaj przez pola, jedni dotykając brzuchem ziemi, inni dotykając jej odwrotną stroną swego ciała.
Wskakujemy do biedki. Jakby zrozumiała, o co idzie, Madelon rusza galopem i pędzi, niby strzała, a poczciwy proboszcz okłada jej boki laską, zupełnie zapominając o respekcie dla istoty, mającej wyobrażenie krzyża na grzbiecie.
Jedziemy otoczeni tłumem uciekających, wydających przeraźliwe okrzyki i dopadamy Clamecy okryci kurzem i słomą jedni z pierwszych, a za nami cisną się spóźnieni. W pełnym galopiena bryczce podskakującej co chwila przebiegamy przedmieście. Madelon unosi się w powietrzu, proboszcz nie przestaje bić, a wszyscy wołają na całe gardło:
- Nieprzyjaciel nadchodzi!
Ludzie, patrząc na nas, śmiali się zpoczątku, ale wnet zmiarkowali, o co idzie. Zaroiło się niby w mrowisku, gdy wetknąć w nie kij. Rej wach powstał, każdy zjawiał się, znikał, wracał, wychodził. Mężczyźni uzbrajali się, kobiety zwijały, składały, wiązały rzeczy, a cała ludność przedmieścia, opuszczając domy, ciągnęła w stronę miasta, pragnąc co prędzej dostać się za mury.Szli, jak kto stał, w kostjumach, w maskach, w dziwacznych czapach, anioł, djabeł, Gargantua, wszyscy biegli do bastjonów zbrojni w proce i harpuny.
Gdy awangarda wojsk z Vezeley znalazła się pod murami, mosty zwodzone były już podniesione, a po drugiej stronie rowu znalazło się ledwo kilku biedaków, którzy, nie mając nic do stracenia, nie spieszyli się ukrywać, oraz nasz przezacny król Rogali Pluviaut, opuszczony przez eskortę, pełny wina aż po dziurki w nosie i napęczniały jak beczka, chrapiący na swym ośle, którego ogon ściskał oburącz.
I oto zaraz okazało się, jak to dobrze mieć za nieprzyjaciół ziomków swych, Francuzów. Inni, są to krasę byki, Niemiec, Szwajcar, czy..Anglik, pojmie dopiero na Wilję to, co słyszy na Wszystkich Świętych i oczywiście, wziąłby za oczywiste kpiny ową awanturę z zacnym Pluviaut. Ale Francuzi rozumieją się bez słowa. Czyś z Lotaryngji, czy z Tours, czy Szampanji, czy Bretanji, czyś gęś z Beauce, czy osioł z Beaune, czy zając z Vezelay, wszystko jedno! Możemy się między sobą bić, kraść, rabować, to inna sprawa, gdy jednak trafi się dobry żart, wszyscy się zaraz na tem poznają.
Ujrzawszy tedy naszego Sylena, cala armja nieprzyjacielska wybuchła szczerym, głośnym, wesołym śmiechem. Śmiali się czysto po francusku a więc oczyma, ustami, nosem, gardłem, twarzą, sercem, brzuchem, a nawet nogami, drgającemi w takt śmiechu.
Na Św. Rigoberta! Widząc jak się śmieją, ryknęliśmy w odpowiedzi i śmiech zahuczał wzdłuż murów.
Potem wymieniliśmy poprzez bastjony połajanki, trzymane w tonie żartobliwym, wzorowane na klasycznych enuncjacjach Ajaksa i Hektora. Tylko nasze były pulchniejsze i więcej... tłuste. Kadbym je zanotować, ale nie mam czasu. W każdym razie nie zaniedbam włączyć ich do zbioru najlepszych facecyj, powiedzeń, przysłów i dowcipów burgundzkich, zasłyszanych czasu pobytu mego na tej dolinie łez, który to zbiór kompletuję od dwunastu lat. Brzuch się trzęsie na samo ich wspomnienie i robią się kleksy na rękopisie.
* * *
Skończywszy wymianę obelg, należało się wziąć do roboty (dobrze robi wygadać się przed pracą). Ale ani my, ani oni nie mieliśmy ochoty posuwać sprawy za daleko. Oni... czuli, że się interes nie udał, gdyż zamknęliśmy na czas bramy, a leźć na mury nikt nie miał rozmachu. Można spaść i skręcić kark. Jednak musieli przecież zrobić coś... jakże pójść bez zakończenia. To nie wypada. Tedy zaczęto marnować proch, rzucać petardy... ale chyba wróble ucierpiały od tej pukaniny. Siedząc oparci o mury parapetów, czekaliśmy spokojnie, aż śliweczki przelecą i wówczas posyłaliśmy im garstkę naszych orzeszków, ale niebardzo mierząc (nie trzeba się nadto odsłaniać) a ten i ów wyjrzał dopiero wówczas, (tknięty ciekawością), gdy doleciały wrzaski ujętych za rowem jeńców naszych. Był tam z jakiś tuzin mężczyzn i kobiet, stali pod murem w szeregu, zwróceni doń twarzami, a... tyły ich okładali żołnierze kijami. Darli się w niebogłosy, chociaż ból nie był znów tak wielki.
Aby się zemścić, ponabijaliśmy na lance szynki, salcesony i kiełbasy i, wzniósłszy je w górę, defilowaliśmy wzdłuż murów. Gdy spostrzegli owe smakołyki, nieprzyjaciele wydali okrzyk wściekłości, i pożądania.
Postanowiliśmy dogodzić sobie tego pierwszego dnia oblężenia (dobra farsa i pieczeń musi być podlana), ustawiliśmy pod murami, gdy nadszedł wieczór, wielkie stoły, a na nich spoczęły góry wiktuałów i baterje flaszek. Bankietowaliśmy hałaśliwie, wznosząc toasty na cześć wiosny. Oblegający mało się nie powściekali ze złości. Tak upłynął pierwszy dzień bez wielkich strat. Zginął coprawda jeden z naszych, tłusty Gueneau. Uparł się spacerować po wierzchu murów z szklanką w ręku, by wroga do większej jeszcze pasji pobudzić. Był podpity, a ledwo się ukazał, gruchnęła salwa i szklanka, oraz własny mózg jego poszły w kawałki. Z swej strony rozciągnęliśmy też jednego, czy dwu. Ale nie popsuło nam to humoru, bo wiadomo, niema uczty, by się coś nie stłukło... a gdzie drzewo rąbią, tam trzaski lecą.
Proboszcz Chamaille czekał nocy, by wyjechać z miasta i wrócić do siebie. Daremnie tłumaczono mu, daremnie mu odradzałem:
- Przyjacielu, narażasz życie. Zaczekaj lepiej, aż się skończy ta awantura. Pan Bóg zajmie się twymi parafjanami.
- Nie mogę opuszczać owieczek moich. Jestem prawicą Boga, a jeśli mnie zbraknie, Pan Bóg zostanie mańkutem. Muszę jechać koniecznie. Jakoś sobie dam rady.
- Wiem, wiem, pokazałeś, co potrafisz, gdy hugenoci obiegli twój kościół. Wówczas zakatrupiłeś własnoręcznie kamieniem ich dowódzcę, papistożercę.
- Ogromnie się zdziwił! - odrzekł proboszcz - Nie mógł hycel pojąć zrazu, co się stało. Ja również niedowierzałem sobie samemu. Jestem człek spokojny i nie pragnę rozlewu krwi. To ohydna rzecz. Ale gdy się człowiek znajdzie pośród szaleńców, sam dostaje bzika. W wilczej norze każdy przemienia się w wilka.
Odpowiadam:
- Racja. Wystarczy być w tłumie, by stracić rozum. Stu mędrców razem, są durnia jednego obrazem, baranów kilka dają jednego wilka. Ale powiedz mi, mój drogi, jak sobie radzisz, by pogodzić z sobą dwa rodzaje zasad etycznych, mianowicie etykę człowieka pojedyńczego, który żyje sam na sam z swojem sumieniem i domaga się pokoju dla siebie, oraz dla bliźnich... a z drugiej strony, etykę stada ludzkiego, państwa, które z wojny i zbrodni robi cnotę. Któraż moralność pochodzi od Boga?
- Ładne pytanie? Oczywiście jedna i druga? Wszakże wszystko pochodzi od Boga!
- Tedy Pan Bóg sam nie wie, czego chce. Chociaż, zdaje mi się, że wie, tylko nie może sobie dać rady. Pół biedy jeszcze, gdy ma do czynienia z pojedyńczym człowiekiem. Nie trudno takiego samotnego nieboraka zmusić do posłuszeństwa. Ale niech się tylko ludzie zbiorą w kupę... ho ho... niełatwa sprawa z tą bandą! Nec Hercules contra plures! W kupie się trzymając, człowiek słucha raczej poszeptu rodzicielki ziemi, która mu gada o żołądku i mięsożercze instynkty podsuwa.
Znasz przecież nasze opowieści ludowe, w których ciągle o tem mowa, że w pewnych okresach czasu ludzie stają się wilkami, a potem włażą we własną skórę. Te legendy to coś realniejszego, coś bardziej związanego z życiem, niż twój brewiarz, kochany przyjacielu! W państwie każdy człowiek przybiera maniery wilka. Niech tam sobie państwa, królowie i ich ministrowie stroją się w kostjumy pastuszków, niech, sobie gadają, że są powinowatymi, czy krewnymi swego wielkiego Dobrego Pasterza - to wszystko wilki krwiożercze, byki, nienasyceńcy, gardła i brzuchy bez dna. A czynią to z rozmysłem, by nie skończył się wieczysty głód świata.
- Pleciesz, mój drogi! - zawołał Chamaille - Pan Bóg stworzył wilka, jak wszystko inne. A uczynił to dla naszego dobra. Czyż nie wiesz, że właśnie sam Pan Jezus powołał do życia wilka, - tak mówi legenda - a to, by bronił, przed kozami i baranami kapusty rosnącej w ogródku dziewicy, matki swojej. I dobrze uczynił. Złóżmy mu hołd. Narzekamy ciągle na silnych. Zważ jednak, mój drogi, że gdyby ci, tak zwani słabi zostali władcami świata... byłoby nierównie gorzej jeszcze! Z tego wynika wniosek: wszystko jest potrzebne, zarówno wilk, jak i owieczka. Owcom potrzeba wilka, by ich pilnował i uczył przezorności, wilkowi potrzebne owce, bo przecież musi żyć Skończyłem, drogi Colasie, a teraz, idę pilnować mojej kapusty.
Podwinął sutannę, ścisnął w garści laskę i ruszył wśród ciemnej, bezksiężycowej nocy, powierzywszy poprzód z wzruszeniem mej opiece małą ośliczkę, Madelon.
Następny dzień miał przebieg mniej wesoły. Mnóstwo jadła poszło pierwszego wieczoru. Ucztowaliśmy bez oglądania się na przyszłość, przez lekkomyślność, pyszałkowatość, wreszcie przez głupotę. A zapasy nasze były więcej niż skromne. Trzeba było ściągnąć brzuch paskiem i tak też się stało. Bufonowaliśmy dalej, ale nie udało się. Gdy brakło kiełbas, zaczęto fabrykować namiastki. Napełniano kiszki rozmaitem śmieciem i spuszczano je na harpunach pod nos nieprzyjacielowi. Te draby wzięły się na sposób. Kula trafiła ową kiełbasę, tak, że spadła wśród wojsk - oblężniczych. Można sobie przedstawić, kto się śmiał wówczas. Prysnęła złuda naszych dostatków.
Mało tego, napastnicy widząc, że łapiemy ryby w rzece, spuszczając z murów wędki wprost w wodę, ponarzucali w tych miejscach sieci o małych oczkach w ten sposób, że cała zdobycz wpadała odtąd w ich ręce. Daremnie kanonik zaklinał owych pogańskich synów, by nam nie wzbraniali dochowywać postu. Tedy z braku rybek przymuszeni byliśmy nadziewać się sadłem.
Mogliśmy naturalnie prosić o pomoc księcia de Nevers, ale prawdę powiedziawszy, niebardzo nam się uśmiechała myśl goszczenia jego wojsk. Taniej kosztowało mieć pod murami nieprzyjaciela, niż przyjaciół w mieście. To też obchodzono się bez obrońców, jak się tylko dało najdłużej. Nieprzyjaciel wchodził zresztą w nasze położenie i zachowywał się tak dyskretnie, że nie byliśmy zmuszeni uciekać się do tej ostateczności. Obie strony wolały raczej porozumieć się bez pośrednictwa, rozpoczęto tedy zwolna, bez pospiechu pertraktować.
W obu obozach płynęło życie spokojnie i ściśle było uregulowane. Kładziono się spać wcześnie, wstawano późno, a przez resztę dnia grano w kości, w korki i ziewano raczej z nudów, niż z głodu. Zresztą i wśród dnia drzemano, tak, że ostatecznie mimo postu, tyliśmy wszyscy.
Staraliśmy się zachowywać jak najspokojniej, ale trudno było sobie dać rady z dziećmi. Było ich sporo. Ta banda, ciągle łatająca, wrzeszcząca, śmiejąca się, doprowadzała nas nieraz do rozpaczy. Dzieciska wyłaziły na mury, narażając się na pociski, pokazywały języki oblegającym, bombardowały ich kamieniami. Chłopcy posiadali całą artylerję proc. katapult, rozszczepionych patyków i innych miotaczy kamieni. Zabieraliśmy im te przyrządy, gdzie kto dopadł, ale czyż to co pomagało? Co chwila wybuchały szalone śmiechy, gdy kamień padł trafnie, smarkacze ryczały z uciechy. Oblegający przysięgali, że ich wybiją do nogi, a każdy malec, który wystawi nos za mury, zostanie zastrzelony.
Przyobiecaliśmy czuwać nad tą hałastrą, ale daremnie naciągaliśmy im uszy i obtłukali pośladki, znikali jak duchy i pojawiali się tam, gdzie nie trzeba. Do tego doszło, proszę jeno pomyśleć, że pewnego dnia, ów aniołek, ono niewiniątko (drżę jeszcze dotąd), Glodzia moja, wdrapawszy się wraz z chłopcami na mury, spadła jak tłumoczek prosto w rów forteczny. Byłbym ją obił w tej chwili. Oczywiście bez namysłu skoczyłem za nią, a cała załoga wychyliła się, patrząc, co się dzieje. Gdyby nieprzyjaciel skorzystał ze sposobności, niktby żywy nie uszedł. Ale oblegający również spoglądali w rów, na dnie którego siedziało sobie spokojnie dziecko. Spadła jak kociak w trawę i nawet się nie przestraszyła. Siedziała i, wzniósłszy głowinę, uśmiechała się do dwu szeregów twarzy spoglądających na nią. Potem zaczęła zrywać kwiatki.
Wszyscy śmiali się z przygody, a zacny kapitan napastników de Raguy dał nawet malej pudełeczko z miętówkami, jakie miał przy sobie, zapowiedziawszy poprzód, by jej nikt palcem nie śmiał tknąć.
Ale, czyż kto poradzi z babami? Podczas gdyśmy byli zajęci Glodzią, Martynka, chcąc jej także spieszyć z pomocą, ześliznęła się również z murów i spadła, a podniesiona aż do samej szyi spódnica ukazała oblegającym wszystkie doczesne skarby jej ciała od wschodu do zachodu, wogóle z czterech, stron świata, oraz wszystkie gwiazdy i konstelacje w całym blasku. Odniosła niesłychany sukces. Nie zmieszana wcale, podeszła do dziecka, pocałowała je, a potem dała Głodzi w skórę.
Pewien żołnierz podniecony tem co widział, nie zwracając uwagi na wołanie kapitana, rzucił się biegiem i skoczył do rowu. Czekała nań nieustraszona. Rzuciliśmy jej z góry miotłę. Chwyciła ją i ruszyła mężnie na nieprzyjaciela. Szła ostro do ataku, machając bronią i wymierzając ciosy, a biedny amator kwaśnych jabłek rej terował ciągle, aż wreszcie opuścił pole walki sromotnie pobity.
Wyciągnęliśmy triumfatorkę wraz z dzieckiem na linie wśród obustronnych śmiechów. Sam ciągnąłem, dumny, jak paw, ów sznur, na końcu którego wisiała moja Martynka, ukazując nieprzyjacielowi księżyc w pełni.
Przez cały jeszcze tydzień trwały narady, potem zaś wobec głuchych wieści o zbliżaniu się księcia de Nevers nastąpiła ugoda i to na bardzo korzystnych dla nas warunkach. Przyrzekliśmy przeciwnikom dziesięcinę z przyszłego winobrania. Niebardzo to obciąża obiecać coś, czego się nie ma, a co dopiero ma się mieć w przyszłości. Może wcale nie nastąpić konieczność dotrzymania umowy, tymczasem dużo wody upłynie w rzece, a więcej jeszcze przeleje się wina do żołądków.
Obie strony były zadowolone z siebie wzajem, a my osobno jeszcze z nas samych. Ale niestety zaledwośmy obeschli z deszczu, dostaliśmy się na nowo pod rynnę. W nocy, jaka nastąpiła po dniu, w którym zawarliśmy traktat pokojowy, ukazał się na niebie znak.
Około godziny dziesiątej kometa wzniosła się od strony Sembart i, sunąc pośród gwiazd ku St. Pierre-du-Mont, wydłużała się nakształt olbrzymiego węża. Podobną była do miecza o klindze, przypominającej płonącą pochodnię. Za płomieniem wlokła się długa wstęga dymu. Rękojeść owego miecza trzymała potężna dłoń, o palcach zakończonych czemś w rodzaju głów ludzkich. Kometa miała kolor krwisto-fioletowy, przy końcu rudawy niby jątrząca się rana.
Oczy wszystkich utkwione były w niebo, wszystkie usta rozwarły się od ucha do ucha, słychać było jak zęby szczękają. Obie strony spierały się teraz o to, do kogo odnosi się owo proroctwo i co oznacza. My byliśmy pewni, że jest to znak zagłady przeciwników, ale drżeliśmy mimo to na całem ciele. To znaczy drżeli wszyscy, prócz mnie. Ja się nie bałem wcale, albowiem spałem właśnie. A spałem dlatego, że czas ten wyznaczony był w moim almanachu, jako pora zażycia lekarstwa i spoczynku. Nie odważyłbym się nigdy sprzeciwić temu, co nakazuje mój almanach i wykonywam jego zlecenia święcie, uważając go za ewangelję. Ale opowiedziano mi wszystko szczegółowo, przeto zapisuję dla dokładności te fakty.
* * *
Po podpisaniu traktatu pokojowego nastąpiła wspólna uczta, a że właśnie nadszedł Mięsopust, przeto można było podjeść godnie. Z sąsiednich wiosek dowieziono nam wiktuałów celem uświetnienia wyzwolenia miasta, przywędrowało też wielu obżartuchów. Był to w całem znaczeniu piękny dzień! Wzdłuż murów ustawiono stoły. Podano trzy młode dziki, upieczone w całości, nadziane podróbką i pasztetem z czystej wątróbki - dalej wonne szynki, wędzone w dymie jałowcowym, pasztety z dziczyzny i wieprzowiny, pachnące czosnkiem i liśćmi laurowemi, potem szczupaki, ślimaki w skorupkach, kiełbasy, flaczki, wędzonkę przerastałą, czarną potrawkę z zająca, główki baranie rozpływające się wprost na języku, całe kupy purpurowych, pieprznych raków, a do tego sałatę czosnkową z octem. Oczywiście polewano jadło gorliwie winkiem: Chapoite, Mandre i Voufiloux, a są to, jak wiadomo, doskonałe marki krajowe. Deser stanowiło cudne, tłuste, krystaliczne, chłodzące kwaśne mleczko i sucharki, które, włożone do wina, niby gąbka wypijały całą szklankę do dna.
Nikt się z miejsca nie ruszył, póki starczyło jadła. Chwała bądź Bogu, który w niewielkim brzuchu, w tak malej przestrzeni utaił tak wielką zdolność wchłaniania jadła i napitku. Nadewszystko pięknym był pojedynek pomiędzy pustelnikiem, zwanym Krótkouchem z St. Martin de Vezelay, który przybył wraz z Vezeleńczykami (ten wielki mąż dokonał pierwszy spostrzeżenia, że osioł nie może ryczeć, nie podniósłszy w górę ogona) - a naszym czcigodnym don Henneguinem, który twierdził, że musiał być w poprzednich swych wcieleniach szczupakiem, lub karpiem, gdyż tak się opił wodą, że teraz pić może tylko wino.
Ostatecznie, gdyśmy wstali od. jedzenia, okazało się, że mamy dla Vezeleńczyków, a oni wzajem dla nas dużo więcej szacunku i miłości, niż się to wydawało przy zupie. W ten sposób jedząc, człowiek dowiaduje się o wartości drugiego człowieka. Kto kocha to, co dobre, tego kocham ja, gdyż jest on dobrym Burgundem.
Właśnie trawiliśmy w najlepszej zgodzie pochłonięte dary niebios, gdy zjawiła się odsiecz w postaci oddziału księcia de Nevers.
- Cóż za głupstwo bić się między sobą, gdy to wychodzi na korzyść naszych obrońców. Zaprawdę, gdybyśmy nie mieli wrogów, stworzyliby ich niewątpliwie, w tym celu, by nas móc brać w obronę. Dziękujemy bardzo! Niechże Bóg wybawi nas od naszych zbawców. Z nieprzyjaciółmi damy sobie radę sami! Biedne owieczki! Gdybyż miały jeno bronić się od wilka... jakośby to poszło. Niestety, muszą, co gorsza, strzec się własnego pasterza!