2. lutego.
Chwała bądź wielka Świętemu Marcinowi... zupełny zastój w
interesach! Niema zresztą za czem karku kręcić, dosyć się
napracowałem w życiu, odpocząć pora. Siedzę sobie tedy spokojnie
przy stole... kubek wina po prawej, kałamarz po lewej ręce, przede
mną zaś, rozwarłszy ramiona, jakby do uścisku, spoczywa nowiutki,
czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje, synku... teraz pogadajmy! Z
dołu dochodzi rumor jakowyś,... to baba moja hałasuje, jak zwykle.
Wichr skowycze za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont
polityczny... mniejsza z tem! O, co za radość, co za wielka radość
znaleźć się tak sam na sam z sobą. Do ciebie się zwracam, uważasz,
gębo pijacka, okraszona pięknym karmazynem, gębo ciekawa,
roześmiana, przystrojona trąbiastym, burgundzie im w każdym calu
nosem, siedzącym na bakier między oczami, coś niby kapelusz z
fantazją na ucho zadziany.
Do licha, sam nie wiem, czemu lubuję się w sobie, czemu mnie
ciągnie do wpatrywania się w twarz własną, liczenia z wesołym
uśmiechem zmarszczek, do grzebania w głębi serca, niby w piwniczym
lochu za flaszczyną starych, mocnych, odleżałych wspomnień. Mniejsza zresztą, gdy idzie o marzenie, ale rozkoszą jest pisać co
się marzy? Zresztą... czyż to marzenia? Oczy, szeroko otwarte,
widzą jasno... snuje się coprawda sieć zmarszczek na skroniach, ale
spojrzenie mam pogodne, przekorne. Ludzie twierdzą, że oczy me są
zapadłe, ale co mi tam ludzie? Tedy nie marzę, ni spisuję marzeń.
Opowiadam poprostu com widział, mówił, czynił. A może to
głupstwa... bo dla kogóż u licha piszę? Dla sławy... o o o... nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość,
Bogu dzięka! Dla wnuków? Phii! I cóż zostanie z papierzysków mych
za jakieś lat dziesięć? Moja baba jest zazdrosna, jak sam djabeł, i
rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż
tedy piszę? Dla... siebie!.. - Dla własnej uciechy pisze... dlatego, że gdybym
nie pisał... szlagby mnie poprostu trafił! Ho! ho! Trzeba wiedzieć,
że to żyłka dziedziczna. Ś. p. dziad mój nie byłby za nic w świecie
zasnął, nie zanotowawszy bodaj, leżąc w łóżku, liczby wypitych i...
oddanych z powrotem kubków wina... Musiał zapisać wszystko w
porządku i basta. Otóż sprawa tak stoi. Muszę się wygadać, a w mojem Clamecy, trudno
mi wyzwać kogoś na języki, skoro jestem sam! Muszę się
odszpuntować, inaczej na nic wszystko. Przytem, język mam nieco za
długi... gdyby mnie tak przypadkiem ktoś usłyszał... dostałbym po
czerepie! Trudno, już jestem taki! Zresztą gdyby człowiek czegoś
nie zaryzykował, zdechłby chyba z nudów. Lubię, jak nasze wielkie cisawe woły, przeżuwać wieczór strawę
połkniętą zrana. O jakże miło oglądać, przewracać, mieszać to
wszystko co się myślało, obserwowało, zbierało, jakże przyjemnie
rozdziobywać, kosztować, smakować, pozwalać, by się rozpływało na
języku i pomału... pomału połykać. Tych rozkoszy doznaje człowiek,
opowiadając sobie od początku wszystko, co się pospiesznie chwyciło
w przelocie, nie mając czasu na należytą, spokojną ocenę. Jakże miło przechadzać się po... swoim własnym wszechświecie,
powtarzając sobie po sto razy: to moje, to wszystko moje, jestem tu
panem i władcą. Ni grad i ni mróz, ni susza nie mają nad tem żadnej
mocy. Ni papież sam, ni król... ba, nawet moja sekutnica... nie
dadzą temu rady! Muszę was, drodzy państwo, oprowadzić po moim skarbcu!
***
Przedewszystkiem zwróćcie uwagę na klejnot najdrogocenniejszy. Mam
tutaj oto - siebie, Colasa Breugnon! Chłop to, że przyłóż do rany,
Burgund rzetelny, okrągławy nieco, ale mu się oczy świecą, już nie
pierwszej młodości, bo choć są w kupie kości, zęby zdrowe, gęsta
mina, toć przyprószona czupryna... ha, trudno... pięćdziesiątka z
okładem! No, nie będę przeczył, że wolałbym, by klejnot mój był...
blondynem. Tak samo, zgodziłbym się ostatecznie zrzucić z ramion
jakieś dwadzieścia, czy trzydzieści lat... interes taki mogę zrobić
każdej chwili. Zważcież, moi państwo, że pięćdziesiątka, to wcale
ładny wiek. Śmiejecie się, młodziki? Ha? Sądzicie, że to nic, tłuc
się po tym świecie, a choćby po całej Francji... i to w czasach,
jak nasze, przez lat pięćdziesiąt? Mój Boże! Ileż to deszczu spadło
człowiekowi na plecy, ile się nasmażył skóry na słońcu! Można
powiedzieć, że człowieka przez ten czas gotowano niby mięso,
przygrzewano, przysmażano, a potem dla odmiany moczono w wodzie.
Twardy jestem skoro się nie rozlazłem do tej pory... co? Jako wór
jestem zblakły po wierzchu, ale ileż w tym worku zbytków, facecyj,
doświadczeń, szaleństw, ileż słomy i siana, fig i winogron,
niedojrzałych i słodkich owoców, ileż głogu i róż, ile rzeczy
widzianych, czytanych, wyuczonych, posiadanych i przeżytych!
Wszystko to pomieszane, jak groch z kapustą. Co za radość, dobrać
się do tego śmietnika i grzebać... grzebać... Dość, mój Colasie! Jutro rozpoczniemy grzebaninę. Gdybym się wziął
do niej dzisiaj... nie skończyłbym nawet pobieżnego inwentarza
towarów, jakie mam na składzie. A więc: posiadam dom, żonę, czterech synów, córkę wydaną za mąż,
(dzięki Bogu!) zięcia, (ha... trudno, bez tego się nie obejdzie)
ośmnaścioro wnucząt, szarego osła, psa, sześć kur i prosię. Jakżem
bogaty! Poprawiwszy okulary, przystępuję do bardziej szczegółowej analizy
skarbów. O tych ostatnich, prawdę powiedziawszy, wspominam jeno... dla
pamięci. Bo oto przeszła po was wszystkich wojna... żołnierze,
wrogowie,... a także przyjaciele... Oczywiście prosię nasolone i
zjedzone, osieł ochwacony, piwniczka do dna wypita, kury dawno
oskubane... Co do żony... to... do stutysięcy starych djabłów... posiadam ją
dotąd... Oo, słyszycie, jak wrzeszczy? Nie sposób zapomnieć o tem
szczęściu... Poczciwa ptaszynka... mam ją, mam, jestem jej
niezaprzeczalnym właścicielem! Ha, Breugnon, nielada z ciebie
ziółko... wszyscy ci zazdroszczą. Panowie... proszę uprzejmie...
nie jestem samolubem - porozumiejmy się! Kto ma ochotę wziąć sobie
moją turkaweczkę? Posiada mnóstwo zalet, jest oszczędna, czynna,
trzeźwa do szaleństwa, uczciwa do niemożliwości... itd. itd
Coprawda, nie utyła z tych cnót. Jako grzesznik zatwardziały,
wyznaję, że wolę jeden tłusty grzeszek od siedmiu cnót chudych...
(ale dość tego, trzeba uszanować cnotę, skoro inaczej być już... z
woli bożej, nie może!). Hej, hej, jak się ta czarownica rozbija po całej chałupie! Pełno
jej wszędzie, choć taka szczypa. Przewraca graty do góry nogami,
burczy, beszta, klnie, drepci ciągle ze strychu do piwnicy i z
powrotem, tępiąc kurz i ciszę z zaciekłością niepojętą. Już trzydzieści lat minęło od ślubu naszego. Djabli wiedzą, (oraz
Opatrzność) poco ją brałem? Kochałem się w innej, ale drwiła ze
mnie, a ta znowu uparła się wyjść za mnie, chociaż jej nie
chciałem. Wówczas była bladolicą brunetką i wierciła we mnie
błyszczącemi ślepiami. Byłaby mnie chciała pożreć, przegryźć, jak
woda stal przeżera. Kochała mnie do szaleństwa... na śmierć!
Prześladowała mnie, ścigała, tropiła (o, jakże głupi są mężczyźni),
a więc potrochu z litości, a także skutkiem tego, że pochlebiła mej
próżności, wreszcie ze znużenia (ładny sposób odpoczynku),
nakoniec, w chęci pozbycia się napaści - zostałem (Jan de Vrie
zanurza się do wody, aby nie przemoknąć na deszczu)... zostałem jej
mężem! Od tego czasu posiadłem skarb cnoty wcielonej, a ona,
poczciwa gołąbeczka... mści się... mści, od lat trzydziestu. Jakiż
powód zemsty? Oto mści się za to, że mie kochała. Doprowadza mnie
do wściekłości, a raczej pragnie to uczynić, ale... niedoczekanie!
Ho, ho, zanadto miłuję spokój i nie głupim wpadać w melancholję z
powodu jakichśtam głupich kilku słów. Deszcz dudni po szybach?
Niechże sobie pada do woli... Gdy ona grzmi... mnie się ani śni...
gdy ona gniewa się... to mnie się śpiewać chce! I czemuż u djaska
mam jej bronić wrzeszczeć skądże prawo? Wszakże tak być musi... nie
życzę jej przecież nagłej, a niespodziewanej śmierci! Baba w
progi... cisza w nogi! Stara bajka! Każdy sobie nuci własną
piosenkę. Niech tylko nie ośmiela się zamykać mi gęby, (o... wie
dobrze, coby ją to kosztowało), a chętnie godzę się, by
rozdziawiała swoją od ucha do ucha... Każdy pon ma swój ton! Zresztą, mimo, że instrumenty nasze niebardzo są dostrojone do
siebie, odegraliśmy wcale, wcale ładne kawałki: córkę i czterech
synów. Wszystkie sztuki zrobione na urząd, wykończone, jak się
należy. Nie szczędziłem materjału, ani pracy. Najlepiej mi się
udała dziewczyna i w tym plonie odnajduję własne nasienie...
Bestyjka bo ta Martynka, kochana odrobinka! Miałem krzyż pański,
zanim dożeglowałem z nią do małżeńskiego portu. No! Nareszcie stoi
na kotwicy, nie nadwerężona po drodze! Ha... i tak przecie, trudno
dowierzać kobiecie... ale to już nie moja sprawa! Dosyć miałem
czuwania, dreptania... teraz kolej na drogiego zięciaszka mego...
Florymonda... Dostał ciasto, jak się patrzy... niechże baczy, by
się nie przypaliło w piecu. Dysputujemy z Martynka za każdem widzeniem i rozumiemy się
doskonale. Dzielna dziewczyna, wie co robi, nawet robiąc głupstwa i
uczciwa... z warunkiem, by uczciwość miała uśmiech na twarzy. Wadą
najwyższą jest dla niej nuda. Nic lęka się trosk. Troska to walka,
a walka, to przyjemność! Kocha życie i wie co dobre, zupełnie jak
ja. To moja krew! Tylko... pracując nad nią... byłem może trochę
przesadnie wspaniałomyślny... tak mi się coś zdaje. Gorzej wypadli chłopcy. Matka wtrąciła swoje trzy grosze i ciasto
dostało zakalca. Dwu z nich, to bigo ty zatracone, a w dodatku
każdy siedzi w innej kruchcie. Jeden nie wyłazi z pod księżej
kapoty i obraca się wśród dewotek i innych obłudników, drugi jest
hugenotem. Wysiedziałem kukułcze jaja! Trzeci jest żołnierzem,
wojuje, włóczy się i nie wiem doprawdy, gdzie się obraca. Czwarty
nakoniec jest poprostu niczem... jakimś przekupniem znikomym,
cichym, rozlazłym. Ziewam ile razy o nim wspomnę! Rasa wyłazi z
wszystkich dopiero, gdy siedzimy pospołu przy stole nad pełną misą.
Żadne z sześciorga nie śpi wówczas i wszyscy żywią jedne
przekonania. Cudne to widowisko. Sześć par szczęk pracuje dzielnie,
gęby pochłaniają kromy chleba, a wino spuszcza każdy do piwnicy
brzucha bez pomocy bloku i sznura. Ruchomości spisane, teraz kolej na dom. Podobny jest do córki
mojej. Budowałem go zwolna, rozważnie, gruntownie, wprost
rozrzutnie szafując materjałem, a w dodatku budowałem nie raz, ale
kilka razy. Stoi na brzegu Beuwionu, nieforemny, przysadkowaty,
tonąc w zieloności, otoczony gnojówkami, u krańców przedmieścia, po
drugiej stronie niskiego, zapadłego napoły mostu, moczącego nogi w
wodzie. Wprost domu wznosi się dumna, strzelista wieża Św. Marcina, o
haftowanym rzeźbą cokole i rozkwieconym sztukaterją portalu, do
którego niby do raju wiodą czarne, starorzymskie, strome schody.
Moje penaty i lary znajdują się już za murami miasta. To też ile
razy dostrzeże warta nieprzyjaciela z wieży, zamyka bramy, a
nieprzyjaciel zachodzi prosto do mnie w gościnę. Lubię wprawdzie
pogadankę, ale obszedłbym się zupełnie bez takich wizyt. Zazwyczaj
odchodzę, zostawiając klucz w drzwiach. Za powrotem nie zastaję ani
klucza, ani drzwi, tylko gole ściany bez dachu. Zaczynam wówczas
budować na nowo. Mówią mi ludzie: - Ośle, pracujesz dla wroga! Porzuć to kretowisko i przeprowadź
się do miasta, będziesz bezpieczny! Odpowiadam: - Mój drogi Landeri! W kretowisku dobrze mi. Wiem naturalnie, że
co mur, to mur. Ale cóżbym widział ukryty za wysokim murem? Szlagby
mnie trafił z nudów. Tymczasem nad brzegiem mego Beuwronu widzę
mnóstwo rzeczy i mam gdzie się rozeprzeć swobodnie. W wolnych od
pracy chwilach widzę wprost z ogródka refleksy na wolno płynącej
wodzie, koła zataczane za każdem pluśnięciem ryby, nawet włochate
porosty na dnie. Mogę tam zarzucać wędkę, moczyć nogi, wylewać
nocnik... słowem, czynić, czego dusza zapragnie. A zresztą,
widzisz, bracie, siedzę tam od lat i już nie pora mi przenosić się
na inne miejsce. Chyba nie spotka mnie nic gorszego, niż dotąd.
Powiadasz, że raz jeszcze dom zostanie zniszczony? Być może...
Przecież nie mam pretensji, by przetrwał wieki. Ale niełatwo
przyjdzie wydrzeć mnie z miejsca, gdzie się zakorzeniłem...
niełatwo, do stu djabłów... powiadam! Odbudowywałem już dwa, czy
trzy, odbuduję jeszcze dziesięć razy! Coprawda nie zaliczam tego do
przyjemności, ale przenosiny sprawiłyby mi wielką przykrość.
Czułbym, się, jakby odarty ze skóry. Proponujesz mi inny, nowszy,
piękniejszy, bielszy? Nie... nie, spaczyłby mi się nad głową dach,
musiałbym uciekać... nie nie... wolę swoją chałupę! A więc streśćmy się. Opisałem żonę, dzieci, dom... czyż to już
wszystko, co posiadam? Nie, zachowałem na koniec najlepszą rzecz... mianowicie moje
rzemiosło. Jestem członkiem cechu stolarzy pod wezwaniem Św. Anny.
Noszę podczas pochodów i procesyj godło nasze, wyobrażające lirę z
cyrklem u góry. Na lirze tej uczy grać Bóg Ojciec córkę swą,
maleńką, niewiększą od pantofla, N. P. Marję. Uzbrojony heblem,
dłutem i piłą króluję w warsztacie, władając żylastym dębem, czy
połyskliwym orzechem. Co z nich wytworzę, to rzecz mojej fantazji i
pieniędzy klienta. Ileż form drzemie przedziwnych, zakopanych w
każdym z onych kloców. Wystarczy jedynie wnijść... do pałacu
zaczarowanego, by zbudzić śpiącą królewnę. Ale piękna dama, którą
chcę przywrócić do życia, to nic jakiś frymuśny koczkodonik. Nie
lubię także owej damy chudej, bez piersi ni... pośladków. Miast
włoskich form wolę kształty nasze, burgundzkie, połyskujące patyną
bronzu, pełne siły, dostatnie, obciążone owocami niby winnica...
Cieszę się, robiąc brzuchaty kufer, czy sepet, lub szafę rzeźbioną
podług zdrowych, mocnych wzorów takiego n. p. mistrza, jak nasz
Hugues Sambin. Przystrajam ściany domów boazerją, roztaczam
spiralne skręty schodów. Za mojem czarodziejskiem dotknięciem, niby
jabłka wśród szpaleru jabłoni wybłyskują z murów meble szerokie,
wygodne, silne, dostosowane do miejsca i użytku. Ale największa to dla mnie uciecha, kiedy mogę zanotować na
papierze to, co tętni w mej fantazji,... ruch, gest... jakiś
pochylony grzbiet, gardło rozdęte, rozkwieconą wolutę, girlandę,
karykaturę, a wkońcu gębę przypadkowo zaobserwowanego przechodnia.
Wszystko to potem przygważdżam do deski i jestem szczęśliwy.
Wszakżem to rzeźbił sam, (same arcydzieła, oczywiście) dla własnej
przyjemności i uciechy proboszcza. W stallach kościoła w Montreal
widnieją moje rzeczy. Są tam mieszczuchy, opowiadający sobie
facecje i popijający zdrowo z ogromnego dzbana, a także dwa lwy
bijące się o kość. Popić przed pracą, popić po pracy... hej, to radość nielada! Warto
żyć. Widzę wokoło siebie ludzi gniewnych i słyszę wyrzekania.
Wypominają mi, żem się nie w porę wybrał z śpiewaniem w tak smutny
czas... Nieprawda! Niema smutnych czasów, są tylko smutni ludzie.
Nie zaliczam się do tej bandy... Bogu dzięki! Urywają sobie wzajem głowy... biją się? Oczywiście, tak było
zawsze i zawsze będzie! Dam sobie uciąć tekę, jeśli się mylę, ale
twierdzę, że za jakieś czterysta lat, wnuki i prawnuki nasze z
takiem samem upodobaniem co dziś będą sobie zdzierać skórę z
grzbietu, wyrywać włosy, wykluwać oczy i obcinać nosy. Myślę nawet,
że dojdą do większej doskonałości i wynajdą co najmniej
czterdzieści nowych, genialnych wprost sposobów przenoszenia się
wzajem na tamten świat. Ale wiem i twierdze stanowczo, że nikt nie wynajdzie nowej,
lepszej metody picia i nie wierzę, by ci następcy nasi umieli to
uczynić lepiej ode mnie. Licho wie zresztą, do czego doprowadzą idjoci za lat czterysta!
Może, dzięki cudotwórczemu zielu proboszcza z Meudon, zwanemu
Pantagruelionem, będą mogli podróżować na księżyc, może udadzą się
jeszcze dalej, do owej fabryki, skąd lecą pioruny i deszcz, może
zamieszkają w niebie i nawiążą stosunki handlowe z bogami... A niech tam! Ale tu, gdzie siedzę, tu dużo bezpieczniej. Przytem,
któż mi zaręczy, że za lat czterysta wino będzie jeszcze tak dobre,
jak dzisiaj? Moja sekutnica zarzuca mi, że nadmiernie lubuję się w pohulankach.
Nie pogardzam niczem. Lubię wszystko, co dobre, więc dobre mięso,
wino, pełne ciałko i skórkę mięciuteńką, puszystą, o czem śni się
tak słodko, dalej boskie próżniactwo, kiedy to robi się tyle
różnych rzeczy (leżąc na brzuchu, wiadomo, jest się panem świata,
młodym, pięknym, zdobywczym, przewraca się świat do góry nogami,
słyszy się, jak trawa rośnie, gada się z drzewami, zwierzętami i
bogami). I ciebie kocham, stary towarzyszu, wierny, pewny, skarbie mój,
praco moja! O jakże przyjemnie wziąć w rękę narzędzie i stanąć przy
warsztacie. Robisz, co chcesz z onym opornym mat er jąłem, który
wreszcie poddaje się, drży pod ręką i oto, jakby czarem wywołane
wybłyskują cudne zjawy form. Co za radość, gdy z grubych palców
wychodzą te misterne dzieła sztuki. Czuje się monarchą królestwa
złud. Pole moje daje mi ciało swe, winnica krew swoją. Moje ręce,
to pracownicy posłuszni, któremi kieruje stary mózg mój. Mózgiem
znowu władam ja sam, tak. że musi spełnić każdy kaprys, czy
marzenie. Któż był kiedy lepiej obsłużony? Czyż nie jestem osobą
dostojną? Któż mi śmie zabronić wypić za własne zdrowie - oraz, nie
wolno być niewdzięcznym - za zdrowie mych poddanych? Błogosławiony dzień mego przyjścia na świat! Mój Boże, jakżeż
dobrą rzeczą jest życie! Choćbym się niewiedzieć jak napchał,
głodny jestem, zawsze mi idzie ślinka, muszę być chyba chory, bo
niema takiej chwili przez cały boży dzień, bym nie pragnął zasiąść
do stołu zastawionego darami ziemi i słońca...
***
Ale, zdaje mi się, sąsiedzie, żem przeholował trochę z tem
słońcem, niebardzo grzeje, a w wszechświecie moim panuje mróz. Ta
szelma zima wcisnęła się do mego pokoju. Chwieje się pióro w
skostniałych palcach. Na miłość Boga - kryształ} - lodu w szklance z winem! I
nos mi pobladł... Ohydna ta barwa, przypomina liberję cmentarza.
Nienawidzę bladości. Hej... trzeba przyjść do siebie! Dzwony św. Marcina biją i
śpiewają. To dziś akuratnie M. Boskiej Gromnicznej. Dziś się zima
traci, albo się bogaci... Niechże djabli wezmą ten mróz, ściska coraz lepiej!
Trudno, trzeba wyjść i stanąć z wrogiem twarzą w twarz. Może mu dam
rady! Siarczysty mrozik. Tysiące szpilek kłuje mnie po
policzkach. Z za rogu ulicy wypada wiatr i porywa mnie za brodę.
Uuu! Ale Bogu dzięki, wracają mi rumieńce na twarz. Lubię bardzo
chrzęst śniegu pod nogami i tętnienie zmarzłej ziemi. Czuję się
młodym... Ha... cóż za miny kwaśne i wstrętne mają ci wszyscy
ludzie? - No, cóż wam to, sąsiadeczko? Czemu nos na kwintę? Oho!
Wiatr podwiewa spódniczkę... oo, jak wysoko? Ma rację, jest
młody... szkoda, że ja nie taki... Wie dobrze szelma, gdzie dobre
miejsce... to smakosz... zna się na tem! Nic nie szkodzi,
sąsiadeczko... nic nie szkodzi i wiatr musi mieć swe
przyjemności... A gdzież to tak spieszycie, matusiu? Djabeł wam
wygląda z za kołnierza. Na mszę?
Laus Deo! Odniesie on zawsze zwycięstwo nad złością.
Będzie się śmiał ten, który płacze, a smażył się będzie ten, który
kostnieje na tym świecie! Śmiejecie się... ano to dobrze! Tak...
tak i ja spieszę także... idę jak wy na mszę, ale nie tę, którą
odprawia proboszcz w kościele. Idę w pole... tam sam Bóg
celebruje... Wstępuję naprzód do córki, by zabrać swoją małą Glodzię.
Codziennie odbywamy wspólne przechadzki. Toż moja najlepsza
przyjaciółka ta żabusia, ten skrzacik maleńki. Minęło jej dopiero
pięć lat, ale ma rozum... ho... ho! Sprytna, jak mały szczurek, a
uprzykrzona, jak musztarda na języku. Biegnie, gdy mnie tylko
zobaczy. Wie dobrze, że mam zawsze pełne kieszenie różnych
historyjek, lubi je podobnie jak ja. Biorę ją za rączkę. - Chodź, dziecino! Pójdziemy na spotkanie skowronka, może
już przyleciał? - Skowronka? - Tak... dziś Gromnicznej. Czyż nie wiesz, że dziś właśnie
wraca z nieba? - A co on tam robił? - Poleciał po ogień. - Ogień? - Tak... po ogień, który sprawia, że słońce grzeje i
gotuje potrawy na ziemi. - Więc go nie było? - Naturalnie! Odleciał jeszcze na Wszystkich świętych. Co
roku odlatuje w jesieni do nieba, by rozgrzewać gwiazdy. - A czemu wróci? - Trzy ptaszki poleciały powiedzieć mu, że już czas.... - Opowiadaj... Drepci po drodze. Nie boi się zimna. Zresztą ciepło ubrana
w biały trykot i błękitną kapuzę. Wygląda jak sikorka. Tłuste
policzki przybrały barwę karmazynu, z małego, zadartego noska kapie
obficie. - Ano... raz... dwa... siąkaj! Mocno! Już dobrze...
idziemy. - Opowiadaj... opowiadaj, dziadziu... Trzy ptaszki... Lubię, by mnie proszono. Trzy ptaszki wybrały się w drogę, trzy śmiał ki co się
zowie: mysikrólik, gil i skowronek. Mysikrólik żywy i ruchliwy, jak
Tomcio Paluch, a dumny jak nie wiem co, pierwszy spostrzegł w
powietrzu ogień, podobny do fruwającego, świecącego ziarnka
pszenicy. Rzuca się tedy na owo ziarnko i krzyczy: - Mam!... Chwyciłem ogień... Ja pierwszy! - I ja... i ja... - wołają inne, ale mysikrólik już
pochwycił ogniste ziarnko i leci w dół, ku ziemi. - Ratunku... ratunku! Pali mnie! - Krzyczy biedak i
przesuwa ogień w te i w tę stronę dzióbka. Ale nie może wytrzymać,
bo piecze go w język, tedy wypluwa ziarnko i chowa je pod
skrzydełko. - Ojej! Ratunku! Skrzydło mi się pali! - woła, (widziałaś
przecież plamy opalenizny pod skrzydełkami mysikrólika i skręcone
od gorąca piórka). Gil pospiesza mu z pomocą. Chwyta ziarnko i kładzie je na
podgardlu, na kamizelce puchowej. Naraz śliczna kamizelka zaczyna czerwienieć... coraz
czerwieńsza. - Mam dość tej zabawy! - krzyczy gil Spaliło mi się
ubranie... cóż teraz pocznę? Ale wtem poczciwy skowronek przyleciał i chwycił prędko w
dzióbek ziarnko ognia, które, upuszczone przez gila; wracało już do
nieba. Potem bez namysłu, z szybkością strzały spada prosto na
ziemię i zakopuje ziarnko starannie w stężałym od mrozu zagonie, a
zagon od gorąca rozmarza... pulchnieje... Skończyłem swoją historyjkę. Teraz zaczyna Glodzia
skrzeczyć, jak sroczka. Za miastem, chcąc dostać się na wzgórze,
wziąłem ją na plecy. Niebo szare, śnieg chrzęści pod nogami, krzaki
i wychudłe, jakby szkieletowate drzewa, pootulane białemi
materacami. Dym wznosi się z kominów prosto w górę i ma szafirowy
kolor. Nie słychać nic, prócz rechotania mojej małej żabki.
Jesteśmy na szczycie. U stóp mam miasto przepasane, niby dwiema wstęgami,
leniwym nurtem Jonny i krętym Beuwronem. Wszystko ma czapki z
śniegu. Mimo, że przemarzłe jest do szpiku kości, skulone i drżące,
miasto rozgrzewa mi serce ile razy obejmę je spojrzeniem. Miasto otaczają piękne wzgórza, wyglądają tak, jak brzeg
gniazda słomianego, pośrodku którego spoczywają pisklęta ludzkie.
Za wzgórzami garbią się góry, zataczają wielokrotne szeregi, falują
wokół przebłękitnione oddalą, niby morze. Ale niema w nich nic z
owego chytrego żywiołu, który zagrażał Ulisesowi i jego okrętom.
Niema burz ni przepaści. Wszystko trwa w pokoju. Załedwo tu i
owdzie łono wzgórza rozpiera coś jakby wnętrzna siła, pragnąca się
wyładować. Drogi ścielą się prosto z jednego garbu fali na drugi
garb, płyną zwolna, bez pospiechu, zostawiając pas biały, niby ślad
łodzi na morzu. W dali dominuje nad tą rozchwieją, niby maszt okrętu,
katedra Św. Magdaleny w Vezelay, gdzie w r. 1147 św. Bernard głosił
drugą wyprawę krzyżową. A bliżej na skręcie Jonny szczerzą swe kły skaliste zbocza
Bassewillu. Pośrodku za toczą wzgórz, w niedbałej pozie, zwieszone nad
wodą, przybrane w ogrody, kępy drzew, różne błyskotki i łachmanki
spoczywa miasto, uwieńczone koronkową, cudną wieżą. Podziwiam ślimaczą skorupę, w której sam siedzę. Dzwony
biją uroczyście. Krystaliczny rozdźwięk wypełnia całą kotlinę,
rozlewając się falą nieuchwytną dla zamrozu. Wsłuchuję się w tę
muzykę, a wtem promień słońca, przebiwszy oponę chmur, rozbłyska na
ziemi, oblewając nas światłem. Moja mała Glodzia zaczyna klaskać w rączęta i woła: - Dziadziu... dziadziu! Słyszę.. słyszę... to skowronek! Roześmiałem się radośnie, zdejmuję moją drogą żabusię z
pleców, całuję serdecznie i zapewniam: - I ja go słyszę i ja... to skowronek, co głosi wiosnę...