CHANEL I JA
Wystawa w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta Gabrielle Chanel:
Fashion Manifesto przyspieszyła nowe wydanie mojej książki. Wydarzenie
zorganizowane z bezprecedensowym rozmachem stało się prawdziwym hołdem
dla artystycznego geniuszu wielkiej projektantki. Mój osobisty powód
jest natomiast taki, że chciałabym wreszcie zrozumieć tę nieuchwytną,
wymykającą się wszelkim próbom precyzyjnego zaszufladkowania postać.
Podczas swojego długiego życia - które zaczęło się w biedzie i zacofaniu
w 1883 roku, a zakończyło w 1971 roku, gdy była już ikoną stylu XX wieku
- Gabrielle Chanel opowiadała swoją historię wiele razy. I to jest ten
paradoks tkwiący w samym sercu jej legendy: nie dałoby się jej pomylić z nikim innym, bo prezentowała swoją osobę z taką samą precyzją, z jaką
podchodziła do projektowania, i błyszczała podobnie jak jej diamenty, a jednak jej przeszłość do dziś pozostaje pełna tajemnic i kontrowersji.
Jeśli Chanel nie potrafiła się zmusić do opowiedzenia całej prawdy swoim
potencjalnym biografom, to nie dlatego, że nie chciała. Spowiadała się
ze szczegółami nie tylko znajomym pisarzom, lecz także pisarzom, których
zatrudniała z nadzieją, że opublikują ostateczną opowieść o jej życiu. A jednak każda taka próba kończyła się porażką, bo Chanel chyba po prostu
nie mogła tego znieść, by ktoś miał opowiedzieć jej historię - nawet ona
sama.
Chanel w swoim ogrodzie przy rue du Faubourg-Saint Honoré 29, Paryż, 1929 r.
? Pictorial Press Ltd/Alamy Stock Photo/BE&W
Po jej śmierci wielu usiłowało rozwikłać sprzeczności, które sobą
reprezentowała. Niby do wszystkiego doszła sama, a jednak była zależna
od mężczyzn, choć walczyła o niezależność finansową. Była symbolem
wyzwolenia kobiet, mimo że sławę zdobyła w czasach, gdy kobiety we
Francji wciąż jeszcze walczyły o prawo głosu (dostały je dopiero w 1945
roku, kiedy Chanel była już po sześćdziesiątce). Urodziła się z nieprawego łoża w epoce, kiedy było to czymś wstydliwym, ale chroniła
pamięć ojca cudzołożnika, mimo że opuścił ją w dzieciństwie; zachowała
nawet jego nazwisko i uczyniła je sławnym, ale nie chciała mówić
otwarcie o swoim pochodzeniu.
Chanel zmarła w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Pracowała do końca,
bo tak jej dyktował niezwykły twórczy impuls, a jednocześnie zmagała się
z poczuciem porażki, że nie znalazła stabilizacji u boku kochającego
męża. Pragnęła być wolna, choć nie miała pewności, czy wolność czyni ją
szczęśliwą. I podczas dwóch wojen światowych odezwały się w niej te same
instynkty, które pomogły jej przeżyć traumatyczne dzieciństwo, czego
dowodem jest przede wszystkim wyrachowanie, z jakim lawirowała w latach
niemieckiej okupacji. Ubogie dzieciństwo nie uczyniło z niej politycznej
idealistki, ale za to nauczyło ją pragmatyzmu i oportunizmu. Nigdy nie
zapomniała upokorzeń zaznanych u zarania życia, ale pod wpływem tych
doświadczeń zrodziło się w niej pragnienie, aby osiągnąć godność dzięki
strojom, choć nie zawsze zasługiwała na miano kobiety przyzwoitej. Fakt,
że jako młoda dziewczyna poznała, co to wstyd, mógł się przyczynić do
tego, że jako dorosła kobieta bywała bezwstydna, ale oczywiście jest w tym stwierdzeniu spore uproszczenie.
Status ikony, jaki osiągnęła Gabrielle Chanel, jest nieodłącznym
elementem firmy, którą założyła i która wciąż funkcjonuje pod jej
imieniem jako jedna z najbardziej wpływowych i najlepiej zarabiających
marek na świecie. Chanel miała w sobie tyle charyzmy, że wiele osób
starało się zgłębić jej życie i dzieło (nie tylko w literaturze, lecz
także na scenie i ekranie), tworząc zarówno jej hagiografie jako
świeckiej patronki świata mody, jak i biografie demonizujące, w których
pomiata się nią za kolaborację z nazistami. Żadna z tych ekstremalnych
ocen nie jest szczególnie przydatna przy analizowaniu nieprzemijającej
spuścizny Chanel.
Moje podejście jest z konieczności subiektywne; nie istnieje jedyna
właściwa metoda ani na przybliżenie postaci Chanel, ani na pokazanie
historii, którą pomogła kształtować. Przez wiele lat metodycznie
przetrząsałam archiwa Chanel (i także inne, w których znajdują się
nawiązania do jej osoby), ale były to poszukiwania wsparte osobistymi
wspomnieniami, jako że Chanel jako nieuchwytna idea towarzyszyła mi od
najwcześniejszego dzieciństwa za sprawą mojej przekornej matki, która
postanowiła iść do ślubu w małej czarnej uszytej według Chanelowskiego
wzoru, na osiem miesięcy przed moimi narodzinami. Ten model sukienki
urósł wręcz do rangi talizmanu i sama zaczęłam ubierać się w małe czarne
już w wieku siedemnastu lat, wcześniej niż moja matka, która brała ślub
w wieku dwudziestu jeden lat. Bez wątpienia postawiła na wyrafinowanie,
ale jednocześnie jawiła się jako buntowniczka, bo przecież wychodzenie
za mąż w czerni oznacza złamanie pewnego tabu. "Elegancja to odmowa",
stwierdziła Gabrielle Chanel i strój ślubny mojej matki stanowił
materialny dowód tego przekonania.
Chanel w swoim apartamencie rozmawia przez telefon, grając na akordeonie. François Kollar
? BE&W
Chanel okazała się ważna także pod innymi względami - ponieważ jak całe
rzesze przede mną zaczęłam kojarzyć jej nazwisko z zapachem kobiecości;
w moim przypadku zamkniętym we flakonie Chanel N°5 w sypialni mojej
matki i we flakonie Chanel N°19, który jej matka, a moja babcia,
sprezentowała mi na osiemnaste urodziny. I tym samym Chanel wplotła się
w nasze życie, ale zrobiła to delikatnie (obłoczkiem perfum, dotykiem
czarnego atłasu na skórze). Kiedy jeszcze byłam uczennicą i studentką,
wpajano mi, że historia to przede wszystkim domena mężczyzn -
prezydentów, premierów, królów i kardynałów - i że wojny, rewolucje i schizmy religijne to epokowe wydarzenia zasługujące na zainteresowanie
naukowców. Koncepcja, aby badać historię przez pryzmat mody, byłaby
wtedy uznana za niedorzeczną, równie śmiechu wartą jak pomysł, że moda,
sztuka i polityka mogłyby koegzystować we wspólnym krajobrazie. Zresztą
także dziś establishment kulturowy okazuje modzie niejaką pogardę,
uznając ją jako zjawisko zanadto frywolne, by dało się je traktować
poważnie. Owszem, zdarzają się takie epoki, kiedy moda jest płytka albo
jeszcze gorzej, ale twierdzenie, że to, co nosimy, nie ma przełożenia na
to, kim jesteśmy, moim zdaniem jest niesłuszne. Nasze ubrania mają swoje
ciche życie; potrafią zarówno skrywać sekrety, jak też wyrażać nadzieje
i obawy. I bardzo rzadko - może raz na jedno pokolenie, a może nawet
tylko raz w życiu - projektantowi mody udaje się uchwycić klimat epoki,
wyrazić głębokie emocje trendem estetycznym, który ma w sobie poetycką
subtelność.
Gabrielle Chanel zaliczała się do takich wyjątkowych projektantów i właśnie z tego powodu wciąż przyciąga naszą uwagę. Nigdy nie mówiła o sobie, że jest artystką - uważała się za zwykłą rzemieślniczkę - a jednak te najwspanialsze z jej dzieł mają ponadczasowy wymiar, który
wykracza poza sferę mody. Elementy modernizmu zawarte przez Chanel w ubraniach i perfumach wyniosły ją na czoło elity artystycznej
międzywojennego Paryża, stawiając ją w jednym rzędzie z Picassem,
Strawińskim, Diagilewem, Dalim i Cocteau - wszyscy oni wysoko ją cenili
i współpracowali z nią przy wielu projektach. A jednak nawet w awangardzie dominowały poglądy patriarchalne - kobieta prędzej stawała
się muzą niż twórczą artystką. Fakt, że Chanel to jedyny w swoim rodzaju
przypadek kobiecego spojrzenia, nadal czyni ją ważną, całe sto lat po
tym, jak wywalczyła sobie miejsce w awangardzie designu.
Czy Chanel jest wciąż osądzana za swoje życie prywatne tak, jak
prawdopodobnie nigdy nie osądzano by mężczyzny? Jakby musiała dowieść,
że była porządną kobietą, aby zasłużyć na sławę i szczęście? Zadaję to
pytanie nie po to, by odeprzeć uzasadnioną krytykę postępowania Chanel
podczas II wojny światowej, kiedy weszła w nierozważny związek z niemieckim szpiegiem, tylko z autentycznej ciekawości. W tamtych latach,
kiedy zaledwie niespełna jeden procent Francuzów uczestniczył aktywnie w ruchu oporu, Chanel szła na podobne kompromisy jak milcząca większość
jej rodaków: robiła, co musiała, żeby przetrwać i żeby ochronić ludzi,
których kochała. Czy ten niewłaściwy wybór moralny sprawia, że pod
innymi względami także jest niegodna szacunku? Mam nadzieję, że moja
szczegółowa analiza życia Chanel w czasie wojny uzupełnia debatę o tym
kontrowersyjnym okresie jej życia o nieco szerszy kontekst.
Mija właśnie ćwierć wieku, odkąd zaczęłam zgłębiać historię Chanel. Na
samym początku, kiedy zaczynałam gromadzić materiały, nie spodziewałam
się, że dotrę nie tylko do wielkich salonów modnego Paryża, ale także do
dzikich wrzosowisk północnej Szkocji. Nie miałam też pojęcia, że Archiwa
Churchilla przechowywane na Cambridge University okażą się równie
intrygujące jak archiwa Chanel przy placu Vendôme. A jednak podczas
swojej pierwszej wizyty w prywatnym apartamencie Gabrielle Chanel przy
rue Cambon 31 poczułam, że chyba znalazłam się we właściwym miejscu we
właściwym czasie, mimo że okoliczności były trudne, bo zmagałam się z żalem po przedwcześnie zmarłej siostrze. Ruth miała trzydzieści trzy
lata, kiedy zmarła, tyle samo co młodsza siostra Chanel, która zmarła w 1921 roku. Wiedziałam też, że Chanel straciła także starszą siostrę,
która popełniła samobójstwo w wieku dwudziestu siedmiu lat, że wszystkie
trzy zostały we wczesnym dzieciństwie osierocone przez matkę i że krótko
potem opuścił je ojciec, którego nigdy więcej nie zobaczyły. Może
właśnie z powodu swojej żałoby poczułam nieoczekiwany napływ sympatii
dla Gabrielle Chanel, której życie było naznaczone serią bolesnych
strat.
Zgodnie z tradycją historycy i biografowie nie powinni ulegać emocjom
przy gromadzeniu materiałów. Wyznam, że jestem innym rodzajem pisarki.
Śladów Chanel szukałam latami, przemieszczając się od średniowiecznego
opactwa na francuskiej prowincji do okazałej willi na Riwierze. Na jakiś
czas zatrzymałam się u zakonnic w ukrytym za wysokim murem klasztorze,
który ukształtował wyobraźnię Chanel, gdy była dzieckiem, odtworzyłam
jej podróże po Europie i do Hollywood, pisałam przy jej biurku na rue
Cambon i poznałam jej ukochane miejsca na Wyspach Brytyjskich. Podczas
tych podróży moje uczucia do Chanel nieustannie się zmieniały: od
empatii do rozdrażnienia, od gniewu do podziwu, od rozczarowania do
zachwytu. I jednocześnie zastanawiałam się, jak Chanel oceniałaby moją
obsesję na punkcie jej osoby, choć miałam nadzieję, że dostrzegłaby upór
i pochwaliłaby to, że uważałam ją za bohaterkę jej własnego życia.
Miałam to szczęście, że podczas tej odysei mogłam korzystać z rad
eksperta, a mianowicie Karla Lagerfelda, którego poznałam w 1998 roku.
Karl - dyrektor artystyczny Domu Mody Chanel od 1983 roku aż do swojej
śmierci w 2019 roku - rozpoczął karierę w paryskim świecie wykwintnego
krawiectwa na początku lat pięćdziesiątych i władał językiem mody w niedościgniony sposób. Niezmiennie wspierał moje pisanie i opublikował
przekłady mojej biografii Chanel we Francji i Niemczech, ilustrując je
zresztą swymi zachwycającymi rysunkami. Skądinąd jego niezwykłe życie
też domaga się odrębnej biografii - nawet jeśli podobnie jak Chanel
bardzo niejasno opowiadał o swojej przeszłości. Cieszy mnie jednak, że
jego niezwykła twórczość została uhonorowana w 2023 wystawą w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.
Miałam też kilku innych ważnych przewodników, szczególnie dwie kobiety,
które były blisko z Chanel: jej przyjaciółka Claude Delay, pisarka i psychoanalityczka (i dlatego spostrzegawcza interpretatorka
skomplikowanych emocji, marzeń i koszmarów sennych Chanel), oraz
Gabrielle Palasse-Labrunie, cioteczna wnuczka Chanel, co do której
istnieje domniemanie, że była jej rodzoną wnuczką. Obie te kobiety
traktowały mnie nadzwyczaj wspaniałomyślnie; Gabrielle Labrunie
pozwoliła mi nawet mieszkać w swoim wiejskim domu, kiedy gromadziłam
materiały do tej książki.
Obie okazały mi tyle serca pewnie dlatego, że w czasie, gdy nawiązałam z nimi kontakt, rozpadało się moje małżeństwo. Wtedy właśnie bardzo
nieszczęśliwa pojechałam do dalekiego Aubazine, gdzie znajduje się
żeński klasztor urządzony w dawnym opactwie cysterskim ukrytym w górzystym rejonie Corr?ze. To właśnie tam Chanel mieszkała z siostrami
po śmierci matki i zniknięciu ojca. Bałam się tej wyprawy z powodu
mroźnej aury, ale uparłam się, że pojadę, bo wiedziałam, że okazja
wyjazdu do Aubazine i pobytu w klasztorze może się nigdy nie powtórzyć.
Apartament Chanel. Na zabytkowym koromandelskim parawanie widoczne rysunki Christiana Bérarda i Jeana Cocteau
? BE&W
Do dziś pamiętam tamtą podróż - jak wyjeżdżałam z Londynu zapłakana, z poczuciem nadciągającej katastrofy, jak dotarłam do Paryża pod ołowianym
niebem roniącym deszcz ze śniegiem; jak przesiadłam się na pociąg jadący
do miasteczka Brive-la-Gaillarde, gdzie zmarła matka Chanel, a potem
pokonałam tę samą trasę, którą przemierzyła z ojcem i dwiema siostrami,
krętą górską drogą wiodącą do Aubazine. Szare kamienne mury opactwa
wyglądały bardziej odpychająco, niż je sobie wyobrażałam; do środka
prowadziły ciężkie odrzwia zamykane metalową sztabą. Przeorysza wyraziła
zgodę na mój pobyt, pod warunkiem że dostosuję się do harmonogramu dnia
zakonnic: modlitwa o świcie, w południe, o zmierzchu i po zapadnięciu
zmroku, obowiązek zachowania milczenia, wyłączając posiłki, i szacunek
dla ich rytuałów religijnych i duchowego odosobnienia.
Z długich nocy w Aubazine najlepiej zapamiętałam ponury chłód
wypełniający pokoik, w którym spałam na wąskim łóżku, pod drewnianym
krucyfiksem z postacią umęczonego Chrystusa. W kaplicy, w której
klęczałam razem z modlącymi się zakonnicami, panował taki sam chłód;
kamienna posadzka była zimna jak czarna ziemia w przyklasztornym
ogrodzie z bezlistnymi drzewami i uschniętymi albo gnijącymi roślinami.
W samotności swojego pokoju na przemian płakałam i pisałam, ale z czasem
przestałam rozmyślać o swojej niedoli, bo coraz bardziej mnie
absorbowało nieznane otoczenie. Podczas krótkiego dnia, między
modlitwami, zwiedzałam opactwo i w końcu zaczęłam odczuwać zachwyt. Nie
był to skutek nagłego nawrócenia, raczej tego, że odkrywałam coraz
więcej elementów kojarzących się z ikonografią Chanel: splecione
podwójne C, które pojawiało się w jej projektach, powściągliwa estetyka
oparta na bieli, czerni i beżu, gwiazdy tak charakterystyczne dla jej
biżuterii i innych ozdób - wszystko to wydawało się zaczerpnięte ze
świata Aubazine. Kiedy odtwarzałam drogę Chanel wiodącą przez korytarz
do dormitorium, w którym mieszkała, widziałam mozaikę z pięcioramiennych
gwiazd utworzonych z tysięcy maleńkich kamyków osadzonych w posadzce
przez cystersów, którzy mieszkali w Aubazine w średniowieczu, a wnętrze
opactwa zdobiły witraże ze stylizowanymi wzorami, które zdawały się
powielać (albo stanowiły pierwowzór) logo Chanel. Zakonnice nosiły
czarne habity z białymi mankietami i kołnierzykami - także budzącymi
skojarzenie z ascetyczną, monochromatyczną paletą barw stosowanych przez
Chanel - a ich różańce sprawiały wrażenie zdumiewająco podobnych do jej
naszyjników z pereł i krucyfiksów.
Apartament Coco Chanel przy rue Cambon 31. Żyrandol wiszący w salonie zaprojektowała Chanel: ramiona z kutego żelaza i kryształy ukrywają jej własną ikonografię - G od Gabrielle, podwójne C od Coco Chanel oraz piątkę, liczbę, która przyniosła jej fortunę.
? SuperStock/PhotoPower
Kiedy wyjeżdżałam z Aubazine, nie doświadczyłam cudownego uzdrowienia z bólu po rozwodzie, ale czułam, że dostąpiłam błogosławieństwa, bo
pozwolono mi pomieszkać w opactwie i potem zeń odejść w odróżnieniu od
sierot, które żyły zamknięte za furtą z kutego żelaza. Przed powrotem do
Paryża odwiedziłam jeszcze Gabrielle Labrunie i opowiedziałam jej o tym,
czego doświadczyłam w Aubazine. To właśnie wtedy zaprowadziła mnie do
skromnej sypialni i pokazała szafę pełną ubrań, które kiedyś należały do
Chanel. Większość była utrzymana w barwach Aubazine: biały jedwab i len
jak bielone ściany klasztoru; beżowy tweed na pamiątkę wyłożonych
piaskowcem posadzek opactwa; czarny szyfon niczym cienie spowijające
kaplicę. I do tego delikatny zapach, który pamiętałam z dzieciństwa -
Chanel nr 5 - zapach kobiety...
Gabrielle Labrunie zmarła w 2014 roku, ale tego zimowego ranka wiele lat
później, gdy piszę te słowa, w bladych promieniach słońca
przesączających się przez mgłę za oknami mojego gabinetu, wspominam z czułością jej twarz i łagodny głos, jej współczucie i zrozumienie, dotyk
jej ciepłej dłoni. Jej wpływ na mnie był bezcenny, gdy szukałam jakiegoś
kompasu, który wskazałby mi drogę do jej imienniczki. "Wszyscy pisarze
uczą się od zmarłych", twierdzi Margaret Atwood w jej genialnej książce
Negotiating with the Dead, "bo zmarli pilnują przeszłości, pilnują
tych historii, [...] jeśli więc zamierzasz oddawać się pisaniu, prędzej
czy później będziesz zmuszony dogadać się z tymi z poprzednich złogów
czasu".
Ciekawe, co Gabrielle Chanel powiedziałaby mi teraz, gdyby zechciała
przerwać milczenie zmarłych? Czy udzieliłaby mi reprymendy, bo
ośmieliłam się pomyśleć, że uda mi się zgłębić niedocieczone zagadki jej
przeszłości? Zapewne tak... Ale nawet jeśli, to i tak nadal z nią paktuję
i przy każdej próbie uczę się czegoś nowego, zarówno o niej, jak i o sobie. Czy zakochałabym się jeszcze raz, gdyby nie te negocjacje? Być
może, ale mam to upodobanie do magicznego myślenia (cecha, którą
przypadkiem dzielę z Chanel) i dlatego jestem przeświadczona, że mogła
odegrać w tym jakąś rolę. Ostatecznie, kiedy poznałam człowieka, który
jest teraz moim mężem, nasza pierwsza rozmowa dotyczyła Chanel. W rzeczy
samej poznaliśmy się przypadkiem i to on mnie zawiódł do tych miejsc
ukrytych wśród szkockich gór, gdzie się zatrzymywała, i otworzył drzwi
do La Pausa, jej willi na Riwierze. A kiedy braliśmy ślub pewnego
czerwcowego dnia w Szkocji, w otoczeniu naszych rodzin i przyjaciół,
miałam na sobie suknię z jedwabiu barwy kości słoniowej od Chanel.
Oczywiście moja Chanel jest tylko jakąś wersją jej legendy i jej życia,
bo przecież nie potrafimy w pełni zrozumieć cudzych doświadczeń ani też
zatopić ich w bursztynie jak ważki. Wolę w zamian myśleć o Chanel jako o urzekającym duchu, niby zwodniczo bliskim, a jednak niedającym się
uchwycić, wślizgującym się do zamglonych luster w jej salonie. I nawet
wtedy ona wciąż przywołuje mnie gestami, jakby obiecywała, że opowie mi
coś jeszcze, pod warunkiem że znajdę drogę na drugą stronę lustra.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki