Co zjadłem przez rok. (i o czym wtedy myślałem) - Stanley Tucci

Kup ebooka

47.90 zł
38.80 zł (38,31 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3 stycz­nia

Dzi­siaj roz­pa­ko­wa­łem się jak na­leży, bo wspo­mnia­łem już, że spę­dzę tu pra­wie dwa ko­lejne mie­siące. Ale kiedy tylko będę miał kilka dni wol­nego, za­mie­rzam la­tać do Lon­dynu i z po­wro­tem. Sta­ram się ni­gdy nie prze­by­wać poza do­mem dłu­żej niż dwa ty­go­dnie z rzędu. Po­dróże by­wają mę­czące, ale w dłuż­szej per­spek­ty­wie taki układ jest lep­szy dla mo­jego zdro­wia psy­chicz­nego i mo­jej ro­dziny.

Próby i mie­rze­nie ko­stiu­mów za­czy­nam w po­nie­dzia­łek, więc dziś po pro­stu akli­ma­ty­zo­wa­łem się w no­wym miej­scu, by­łem na si­łowni, po­sie­dzia­łem nad sce­na­riu­szem i zro­bi­łem lekki lunch. Fa­sola can­nel­lini, tuń­czyk z puszki, czer­wona ce­bula, po­mi­dory i oliwa z oli­wek. Przy­go­to­wa­łem cały gar­nek sosu po­mi­do­ro­wego, bo pod­no­szą mnie na du­chu jego aro­mat i sam akt jego przy­rzą­dza­nia; poza tym przez na­stępne kilka dni będę go jadł z ma­ka­ro­nem lub ry­żem.

Pró­bo­wa­łem włą­czyć te­le­wi­zję. Bez skutku. Nie je­stem zbyt do­bry w ko­rzy­sta­niu z no­wi­nek tech­no­lo­gicz­nych i po­nie­waż ten te­le­wi­zor oka­zał się rów­nie skom­pli­ko­wany w ob­słu­dze jak za­mon­to­wany na ścia­nie ekran do­ty­kowy do oświe­tle­nia, za­pro­jek­to­wany chyba przez wście­kłego astro­nautę, po­trze­bo­wa­łem po­mocy. Wkrótce zja­wiła się uro­cza ko­bieta, która po­maga człon­kom ob­sady z po­dró­żami, spra­wun­kami i pro­ble­mami tech­nicz­nymi, ta­kimi jak mój obecny. Po­in­for­mo­wała mnie, że nie ma żad­nych za­gra­nicz­nych ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych, tylko kilka wło­skich, co uzna­łem za oso­bliwe; jest za to mul­tum plat­form stre­amin­go­wych, typu Net­flix i tak da­lej. Prze­czu­wam, że w nad­cho­dzą­cych ty­go­dniach od­dam się mo­jej gu­ilty ple­asure: oglą­da­niu masy fil­mów do­ku­men­tal­nych o dru­giej woj­nie świa­to­wej. Ni­gdy nie mam ich dość. Se­rial Hi­sto­ria II wojny świa­to­wej z lat sie­dem­dzie­sią­tych wi­dzia­łem co naj­mniej dzie­sięć razy. O tej po­rze roku po­goda w Rzy­mie może kon­ku­ro­wać z lon­dyń­ską. A wła­ści­wie jest jesz­cze gor­sza. Jest bar­dzo zimno i mo­kro.

Dziś wie­czo­rem zja­dłem ko­la­cję z moją przy­ja­ciółką Clau­dią i jej mę­żem, An­dreą. Po­zna­łem Clau­dię wiele lat temu w Rzy­mie i wciąż się przy­jaź­nimy. Pi­sa­łem o niej w Smaku, wy­stę­puje też w rzym­skim od­cinku mo­jego se­rialu W po­szu­ki­wa­niu wło­skich sma­ków. Spo­tka­li­śmy się na Za­ty­brzu, w sta­ro­żyt­nej i obec­nie bar­dzo mod­nej dziel­nicy, o wiele bar­dziej zgen­try­fi­ko­wa­nej niż trzy­dzie­ści lat temu, kiedy Clau­dia za­brała mnie tam po raz pierw­szy. Usie­dli­śmy na ze­wnątrz, pod mar­kizą, w re­stau­ra­cji Ta­verna Tri­lussa i zje­dli­śmy kla­syczny rzym­ski po­si­łek - czyli duże ilo­ści ma­ka­ronu. Pi­li­śmy białe i czer­wone wino, wzię­li­śmy tro­chę prze­ką­sek: pla­sterki sa­lami, pro­sciutto i kwiaty cu­ki­nii fa­sze­ro­wane moz­za­rellą.

Za­mó­wi­łem bu­ca­tini all'Ama­tri­ciana, Clau­dia zaś zde­cy­do­wała się na stroz­za­preti Zia An­to­nietta, twardy ma­ka­ron z par­me­za­nem, pe­sto i po­mi­dor­kami kok­taj­lo­wymi. Nie pa­mię­tam, co wy­brał An­drea.

Ist­nieje wiele wer­sji stroz­za­preti, ma­ka­ronu, któ­rego na­zwa ozna­cza do­słow­nie: "księ­żow­scy dła­wi­ciele". Po­dobno po­cho­dzi ze śre­dnio­wie­cza, kiedy ka­to­liccy księża nie wi­dzieli nic złego w tym, by ra­czyć się jaj­kami ze­bra­nymi przez swo­ich pa­ra­fian. Z po­wodu tak ego­istycz­nego za­cho­wa­nia biedni rol­nicy, któ­rym i tak bra­ko­wało pra­wie wszyst­kiego, mu­sieli przy­rzą­dzać je­dze­nie bez ja­jek i wy­cho­dził im wy­jąt­kowo twardy ma­ka­ron, więc ser­wo­wali go od­wie­dza­ją­cym ich księ­żom z na­dzieją, że się nim udła­wią.

We­dług in­nej wer­sji księża byli po pro­stu z na­tury żar­łoczni i tak szybko po­chła­niali ogromne por­cje ma­ka­ronu, że czę­sto dła­wili się nim i umie­rali. Nie wiem, który wa­riant jest praw­dziw­szy, ale po­doba mi się to, że je­dze­nie, re­li­gia i śmierć są tak ści­śle po­wią­zane w hi­sto­rii jed­nego prze­pisu.

2 stycz­nia 2023

Smutno było wy­jeż­dżać z domu, bo spę­dzi­łem cu­downe święta z Fe­li­city, dziećmi, przy­ja­ciółmi i krew­nymi. Mu­sia­łem jed­nak le­cieć do Rzymu, gdzie za­czy­nają się zdję­cia do Kon­klawe, filmu w re­ży­se­rii Edwarda Ber­gera, z udzia­łem Ral­pha Fien­nesa, Johna Li­th­gowa i Isa­belli Ros­sel­lini. To ad­ap­ta­cja książki o tym sa­mym ty­tule, au­tor­stwa jed­nego z mo­ich ulu­bio­nych po­wie­ścio­pi­sa­rzy, Ro­berta Har­risa. Czy­ta­łem tę po­wieść o wy­bo­rze no­wego pa­pieża kilka lat temu i kiedy przy­słano mi sce­na­riusz z pro­po­zy­cją wy­stępu w ekra­ni­za­cji, by­łem za­chwy­cony. Po­dob­nie jak per­spek­tywą współ­pracy z Ral­phem i Isa­bellą - z któ­rymi gra­łem już wcze­śniej - oraz Joh­nem, któ­rego też tro­chę znam. Edward cał­kiem nie­dawno na­krę­cił do­sko­nałe Na Za­cho­dzie bez zmian. Spo­tka­łem się z nim dwa razy przed roz­po­czę­ciem zdjęć i nie mam wąt­pli­wo­ści, że to cza­ru­jący czło­wiek.

Lot do Rzymu ra­czej bez za­kłó­ceń. Za­mel­do­wa­łem się w ho­telu/apar­ta­men­cie na wy­na­jem krót­ko­ter­mi­nowy, który już zna­łem ze zdjęć w in­ter­ne­cie. Nie­któ­rzy człon­ko­wie ob­sady no­cują w tym sa­mym bu­dynku. To miej­sce high-con­cept, w świet­nej lo­ka­li­za­cji, bo je­dzie się stąd rap­tem dwa­dzie­ścia pięć mi­nut do stu­dia Ci­ne­citta, gdzie bę­dziemy fil­mo­wać więk­szość scen.

Moje tym­cza­sowe miesz­ka­nie okre­ślił­bym w naj­lep­szym ra­zie jako spar­tań­skie. Z pew­no­ścią nie zo­stało za­pro­jek­to­wane z my­ślą o kom­for­cie tego, kto bę­dzie tu miesz­kał. Zo­stało za to za­pro­jek­to­wane, żeby na­kar­mić ego ar­chi­tekta, a ar­chi­tekt ze swoim ego czuł się wy­raź­nie kom­for­towo. Apar­ta­ment składa się z sa­lonu z bar­dzo małą nie­wy­godną ka­napą i mar­mu­ro­wym sto­li­kiem oraz aneksu ku­chen­nego z ku­chenką i szaf­kami ze stali nie­rdzew­nej. Jest tu też mała sy­pial­nia z łóż­kiem, które wy­gląda tak, jak po­winno wy­glą­dać łóżko, ale nie czu­jesz się w nim tak, jak po­wi­nie­neś czuć się w łóżku. No ale przy­naj­mniej mam małą kuch­nię. A wła­ści­wie dwie, bo po­pro­si­łem o apar­ta­ment po­łą­czony z dru­gim, który bę­dzie cze­kał na od­wie­dza­ją­cych mnie przy­ja­ciół i ro­dzinę - ten też ma kuch­nię. Nie jest tak źle. Po­wiedzmy.

Pro­du­cenci uprzej­mie za­opa­trzyli to miej­sce w pro­dukty pierw­szej po­trzeby, o które po­pro­si­łem: ma­ka­ron, po­mi­dory świeże i z puszki, oliwę z oli­wek, chleb, sól, ma­sło, mar­chewki, se­ler, fa­solę i tuń­czyka w pusz­kach, sok po­ma­rań­czowy, kap­sułki z kawą Ne­spresso, wodę bu­tel­ko­waną, po­jem­niki Tup­per­ware, ze­staw de­sek do kro­je­nia i no­wych noży. Za­mó­wi­łem po­jem­niki, że­bym mógł przy­wo­zić wła­sne je­dze­nie, bo po­ziom ca­te­ringu na pla­nach zdję­cio­wych - na­wet we Wło­szech - nie jest zbyt wy­soki. Jesz­cze do tego te­matu wró­cimy.

Sta­ram się nie my­śleć o tym, że spę­dzę tu­taj na­stępne dwa mie­siące. Już tę­sk­nię za ro­dziną i do­mem. A zwłasz­cza za kuch­nią. I łóż­kiem - bo we wła­snym łóżku czuję się jak w praw­dzi­wym łóżku, a nie jak na mar­mu­ro­wym bla­cie w pra­cowni cu­kier­ni­czej.

Na­la­łem so­bie kie­li­szek wina i na­gle po­czu­łem głód. Uro­czy lu­dzie z re­cep­cji po­le­cili mi miej­sce tuż za ro­giem, w któ­rym mógł­bym coś zjeść.

Po­sze­dłem tam.

Zja­dłem.

I zde­cy­do­wa­nie bym tego miej­sca nie po­le­cił.

Wstęp

Nigdy nie śnię o je­dze­niu. A przy­naj­mniej nie pa­mię­tam snów, w któ­rych po­ja­wi­łoby się je­dze­nie. Śnię o wielu rze­czach i jak u więk­szo­ści lu­dzi, moje sny są sza­le­nie skom­pli­ko­wane, non­sen­sowne, wy­peł­nione po­krę­co­nymi wer­sjami daw­nych do­świad­czeń czy lę­ków, które mia­łem i na­dal mam, na przy­kład to, że nie mogę się skon­tak­to­wać z moją żoną Fe­li­city albo ochro­nić sie­bie lub ko­goś bli­skiego przed fi­zycz­nym za­gro­że­niem.

Czę­sto śni mi się koń­cówka li­ceum: już pra­wie je ukoń­czy­łem, ale przez cały rok nie cho­dzi­łem na lek­cje ma­te­ma­tyki z na­dzieją, że uj­dzie mi to na su­cho i wciąż będę mógł otrzy­mać dy­plom. Ten sen jest za­wsze tak re­ali­styczny, że bu­dzę się śmier­tel­nie prze­stra­szony, z prze­świad­cze­niem, że zo­stanę zde­ma­sko­wany, nie po­zwolą mi zda­wać na stu­dia i zmu­szą do po­wta­rza­nia ostat­niej klasy - aż do mo­mentu, w któ­rym uświa­da­miam so­bie, że to tylko sen, a ja je­stem sześć­dzie­się­cio­let­nim fa­ce­tem, nie li­ce­ali­stą, i choć wciąż bez­na­dziej­nie so­bie ra­dzę z ma­te­ma­tyką, to udało mi się skoń­czyć szkołę i wiodę cał­kiem speł­nione ży­cie.

Re­gu­lar­nie po­wraca też do mnie kla­syczny "kosz­mar ak­tora". Ta ma­ni­fe­sta­cja za­ko­rze­nio­nego głę­boko w pod­świa­do­mo­ści lęku wy­gląda zwy­kle tak, że tra­fiam na scenę nago albo le­d­wie w po­ło­wie ubrany, albo w nie­wła­ści­wym ko­stiu­mie, i po­nie­waż w ostat­niej chwili wy­zna­czono mnie na za­stęp­stwo za in­nego ak­tora, to za­czy­nam grać kom­plet­nie nie­przy­go­to­wany, nie znam ani jed­nej li­nijki tek­stu. (Za­py­taj­cie o to ja­kie­go­kol­wiek przed­sta­wi­ciela mo­jej pro­fe­sji i każdy za­pewni was, że na­wie­dza go ten sam kosz­mar). Iro­nia po­lega na tym, że dwa­dzie­ścia lat temu rze­czy­wi­ście do­świad­czy­łem ta­kiej sy­tu­acji: gra­łem w przed­sta­wie­niu, w któ­rym przez pierw­sze dzie­sięć mi­nut mu­sia­łem być nagi i w ciągu tych dzie­się­ciu mi­nut co naj­mniej raz zu­peł­nie za­po­mnia­łem, co mam mó­wić. Nie­stety, sny się cza­sami speł­niają.

No i oczy­wi­ście jest jesz­cze śmierć. Czę­sto śnię o śmierci. O zmar­łych. Człon­kach ro­dziny, przy­ja­cio­łach i - czę­sto - o mo­jej żo­nie Kate. Mówi się, że je­śli mamy z kimś lub czymś nie­do­koń­czone sprawy, to zda­rze­nie lub ta osoba będą nas nie­jed­no­krot­nie od­wie­dzać w snach. My­ślę, że to ma sens. W ten spo­sób na­sze umy­sły i serca ra­dzą so­bie z kwe­stiami, z któ­rymi ni­gdy w pełni się nie upo­ra­li­śmy.

Jak wspo­mnia­łem, cho­ciaż je­dze­nie od­grywa ogromną rolę w moim ży­ciu na ja­wie, ni­gdy nie po­ja­wia się w mo­ich snach. Może dla­tego, że się go nie boję. Je­dze­nie mnie po pro­stu uszczę­śli­wia. Nie wzbu­dza nie­po­koju i w isto­cie może być spo­śród klu­czo­wych ele­men­tów mo­jego ży­cia je­dy­nym, który nie­odmien­nie przy­nosi mi uko­je­nie. Wszyst­kie inne - praca, dzieci, mał­żeń­stwo, przy­jaź­nie, krewni - dają mi wiele ra­do­ści, ale nie będę uda­wał, że nie po­wo­dują także stresu. A je­dze­nie po pro­stu czeka na stole. Piękne, ko­lo­rowe, go­towe za­pew­nić mi po­cie­sze­nie i uczu­cie sy­to­ści, na­dzieję w chwi­lach, gdy za ro­giem czają się śmierć i aryt­me­tyka.

Skoro już je­ste­śmy przy licz­bach, po­sił­kach i śmierci, za­wsze so­bie wy­obra­ża­łem, że gdy umie­ramy, czeka nas je­den z trzech moż­li­wych sce­na­riu­szy.

We­dług pierw­szego umie­ramy i po pro­stu już nas nie ma. Nie ma nic. I tyle.

We­dług dru­giego umie­ramy i oka­zuje się, że śmierć to długi sa­motny po­si­łek z bez­na­dziej­nym je­dze­niem.

We­dług trze­ciego umie­ramy i do­wia­du­jemy się, że śmierć to stół suto za­sta­wiony do­sko­na­łymi po­sił­kami dla nas i wszyst­kich, któ­rych ko­cha­li­śmy - i że mo­żemy się wspól­nie dzie­lić je­dze­niem przez resztę nie­skoń­czo­no­ści.

Kiedy na­dej­dzie mój czas, po­sta­ram się dać wam znać, który sce­na­riusz okaże się praw­dziwy - je­śli tylko bę­dzie to moż­liwe.

.

Po­wiedz mi, co jesz, a ja po­wiem ci, kim je­steś.

JEAN AN­THELME BRIL­LAT-SA­VA­RIN