Wstęp
Nigdy nie śnię o jedzeniu. A przynajmniej nie pamiętam snów, w których pojawiłoby się jedzenie. Śnię o wielu rzeczach i jak u większości ludzi, moje sny są szalenie skomplikowane, nonsensowne, wypełnione pokręconymi wersjami dawnych doświadczeń czy lęków, które miałem i nadal mam, na przykład to, że nie mogę się skontaktować z moją żoną Felicity albo ochronić siebie lub kogoś bliskiego przed fizycznym zagrożeniem.
Często śni mi się końcówka liceum: już prawie je ukończyłem, ale przez cały rok nie chodziłem na lekcje matematyki z nadzieją, że ujdzie mi to na sucho i wciąż będę mógł otrzymać dyplom. Ten sen jest zawsze tak realistyczny, że budzę się śmiertelnie przestraszony, z przeświadczeniem, że zostanę zdemaskowany, nie pozwolą mi zdawać na studia i zmuszą do powtarzania ostatniej klasy - aż do momentu, w którym uświadamiam sobie, że to tylko sen, a ja jestem sześćdziesięcioletnim facetem, nie licealistą, i choć wciąż beznadziejnie sobie radzę z matematyką, to udało mi się skończyć szkołę i wiodę całkiem spełnione życie.
Regularnie powraca też do mnie klasyczny "koszmar aktora". Ta manifestacja zakorzenionego głęboko w podświadomości lęku wygląda zwykle tak, że trafiam na scenę nago albo ledwie w połowie ubrany, albo w niewłaściwym kostiumie, i ponieważ w ostatniej chwili wyznaczono mnie na zastępstwo za innego aktora, to zaczynam grać kompletnie nieprzygotowany, nie znam ani jednej linijki tekstu. (Zapytajcie o to jakiegokolwiek przedstawiciela mojej profesji i każdy zapewni was, że nawiedza go ten sam koszmar). Ironia polega na tym, że dwadzieścia lat temu rzeczywiście doświadczyłem takiej sytuacji: grałem w przedstawieniu, w którym przez pierwsze dziesięć minut musiałem być nagi i w ciągu tych dziesięciu minut co najmniej raz zupełnie zapomniałem, co mam mówić. Niestety, sny się czasami spełniają.
No i oczywiście jest jeszcze śmierć. Często śnię o śmierci. O zmarłych. Członkach rodziny, przyjaciołach i - często - o mojej żonie Kate. Mówi się, że jeśli mamy z kimś lub czymś niedokończone sprawy, to zdarzenie lub ta osoba będą nas niejednokrotnie odwiedzać w snach. Myślę, że to ma sens. W ten sposób nasze umysły i serca radzą sobie z kwestiami, z którymi nigdy w pełni się nie uporaliśmy.
Jak wspomniałem, chociaż jedzenie odgrywa ogromną rolę w moim życiu na jawie, nigdy nie pojawia się w moich snach. Może dlatego, że się go nie boję. Jedzenie mnie po prostu uszczęśliwia. Nie wzbudza niepokoju i w istocie może być spośród kluczowych elementów mojego życia jedynym, który nieodmiennie przynosi mi ukojenie. Wszystkie inne - praca, dzieci, małżeństwo, przyjaźnie, krewni - dają mi wiele radości, ale nie będę udawał, że nie powodują także stresu. A jedzenie po prostu czeka na stole. Piękne, kolorowe, gotowe zapewnić mi pocieszenie i uczucie sytości, nadzieję w chwilach, gdy za rogiem czają się śmierć i arytmetyka.
Skoro już jesteśmy przy liczbach, posiłkach i śmierci, zawsze sobie wyobrażałem, że gdy umieramy, czeka nas jeden z trzech możliwych scenariuszy.
Według pierwszego umieramy i po prostu już nas nie ma. Nie ma nic. I tyle.
Według drugiego umieramy i okazuje się, że śmierć to długi samotny posiłek z beznadziejnym jedzeniem.
Według trzeciego umieramy i dowiadujemy się, że śmierć to stół suto zastawiony doskonałymi posiłkami dla nas i wszystkich, których kochaliśmy - i że możemy się wspólnie dzielić jedzeniem przez resztę nieskończoności.
Kiedy nadejdzie mój czas, postaram się dać wam znać, który scenariusz okaże się prawdziwy - jeśli tylko będzie to możliwe.
.
Powiedz mi, co jesz, a ja powiem ci, kim jesteś.
JEAN ANTHELME BRILLAT-SAVARIN