1
Mamy miesiąc!
Sara odebrała telefon od przyjaciółki i oddaliła od ucha słuchawkę. Zerknęła na wyświetlacz: trzecia w nocy. Z jednej strony poczuła wściekłość za ten nocny telefon, z drugiej wdzięczność. Sen, z którego została właśnie wybudzona, był w swojej tajemniczości przerażający. Magiczne kwiaty i dziwne jaguary ze skrzydłami zdecydowanie do niej nie przemawiały, zwłaszcza, a może właśnie przede wszystkim w snach.
- Czy ciebie Bóg opuścił? - zapytała i ziewnęła.
- Tak, już dawno, ale siedzę właśnie w gabinecie i czytam gniota, to znaczy pracę doktorską faceta, który jutro wylatuje do Waszyngtonu.
- Trzecia.
- Nie. Praca doktorska pierwsza. Do trzeciej nie dobrnęłam, takie farmazony nawypisywał.
- Olka, jest trzecia w nocy!
- Nie u mnie.
- U ciebie też. Mieszkasz po drugiej stronie miasta. To ta sama strefa czasowa. No chyba, że gniota uprzedziłaś i siedzisz w Waszyngtonie.
Sara usiadła na łóżku po cichu, nie chcąc zbudzić śpiącego obok męża. Adam wrócił po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze i był zmęczony. Odkąd trzy lata temu został ordynatorem ortopedii, w domu bywał jedynie gościem. Westchnęła cicho na tę myśl. Niechętnie wyszła spod ciepłej pierzyny i usiadła na kanapie w salonie. Znała przyjaciółkę na tyle, by wiedzieć, że za żadne skarby nie da się zbyć zbyt szybko.
- No to mów. - Sara ziewnęła kolejny raz i urwała jedno winogrono z miski stojącej na niewielkiej ławie.
- Przecież mówię, że gniot.
- Nie. Mówiłaś, że został ci miesiąc. Miesiąc do czego? A może miesiąc czego?
- Ty tak na serio?
Sara czuła, że traci cierpliwość.
- Jest trzecia w nocy. Wybacz, że nie śmigam intelektualnie jak odrzutowiec.
- Tak. Nie śmigasz intelektualnie w ogóle, ale to temat na inną rozmowę.
Sara chrząknęła, po czym kąciki jej ust się lekko uniosły. Rzeczywiście, przyjaciółka często poruszała tematy, które ją zwyczajnie nudziły, a matematyka nigdy nie była jej konikiem.
- Przypominam, że to ty jesteś blondynką. Ja mam włosy kruczoczarne - sprostowała Sara.
- Ciemne. Ciemna jesteś!
- Ciemna to jest teraz noc, a ty lepiej mów. Zostało mi tylko kilka winogron.
Przyjaciółka zachichotała i wzięła głęboki wdech.
- Mamy miesiąc, żeby spełnić nasze marzenia.
- Jest trzecia, przypominam, proszę jaśniej.
- Ty marzyłaś o tym, by porozmawiać z Laurą Esquivel, ja o Międzynarodowym Sympozjum Matematyków z Powołania, a Marika o nurkowaniu z rekinami.
Sara poczuła, że na krótką chwilę stanęło jej serce. A kiedy ten moment się przedłużał, przestraszyła się, że może dostać zawału, zatoru albo innego kardiologicznego problemu.
- Ty chyba żartujesz! - krzyknęła po chwili Sara, odzyskując siły.
- Nie.
- Oszalałaś! Jakieś dziecięce pomysły nie są powodem, żeby mnie budzić w środku nocy! Wiesz przecież...
- Tak, wiem. Masz słabe serce. I co z tego? Miałaś umrzeć jakieś piętnaście razy w przeciągu ostatnich lat, a nie umarłaś. To znaczy, że czas przestać się tym sercem zasłaniać. Zobaczysz, że przeżyjesz nas wszystkie.
- Mariki nie przeżyję. Ona jest nadczłowiekiem. Terminatorem!
- Marika jest bizneswoman ze stali, ale niech ci będzie, normalna nie jest.
- Chyba w tym momencie powinnam zakończyć tę rozmowę - odparła Sara, coraz mocniej ściskając swój telefon.
- A ja uważam, że nie wolno się zdradzać!
- Nikt nikogo nie zdradził!
- Zdradziłyśmy same siebie. Naprawdę tego nie widzisz?
Ton Olki stawał się coraz bardziej piskliwy.
- Nie. Nie zapaliłam światła. Siedzę w ciemnym salonie i nic nie widzę.
- Jeśli teraz ty się poddasz i porzucisz tę dziesięcioletnią dziewczynkę, jak ona będzie się czuła? Jak spojrzysz jej w oczy?
- Nie ma takiej ilości alkoholu, którą bym mogła wypić, żeby cię zrozumieć.
- Chodzi mi o to, że niedługo mamy urodziny. Czterdzieste... - odparła łamiącym się głosem.
Sara wyprostowała plecy i wbiła wzrok w kominek. Zaczęła się zastanawiać, kiedy ostatni raz spędzała tak spokojnie czas. Nie potrafiła sobie przypomnieć tego momentu. Brak wspomnień o prostych, ale ciepłych chwilach przy kominku zasmucił ją bardziej niż szalone odkrycia Olki.
- Tak, czterdzieści lat...
- Sarcia, serio nie wiesz, o co mi chodzi?
Sara wiedziała. Co jak co, ale Olkę i Marikę rozumiała czasami nawet lepiej niż siebie samą.
Czterdzieści lat. Przełom. Podsumowanie. Refleksja.
- I co teraz? - Westchnęła i ukradkiem otarła jedną łzę.
- Skoro jeszcze nie umarłaś i wciąż żyjesz, jest szansa. Póki żyjemy i nadal wschodzi słońce, wciąż możemy coś zrobić. Możemy spełnić nasze marzenia.
- W miesiąc? W miesiąc mam zaaranżować spotkanie z Laurą Esquivel?
- Tak, w miesiąc masz zaaranżować spotkanie, ja wziąć udział w Międzynarodowym Sympozjum Matematyków z Powołania, a Marika popływać z delfinami.
- Rekinami - poprawiła ją Sara.
- Serio?
- Serio. Ja wtedy zapisywałam nasze marzenia...
- Czyli pamiętałaś... - Olka zniżyła głos.
- Oczywiście.
Sara oparła głowę o zagłówek sofy i lewą dłonią dotknęła spięte w kok włosy. Jednym zwinnym ruchem je rozpuściła i pozwoliła, by ciemne fale miękko opadły na jej ramiona. Odruchowo zsunęła dłoń na klatkę piersiową i przypomniała sobie swój ostatni pobyt w szpitalu. Osiem miesięcy temu zasłabła. Adam kazał jej iść na oddział i zrobić wszystkie badania. Posłuchała go. Przez siedem dni lekarze przebadali ją wzdłuż i wszerz. Oprócz wady serca, którą miała od zawsze, nic ich nie zaniepokoiło. Ale Sara nie przestawała czuć kłującego uścisku w klatce piersiowej. Teraz poczuła go znowu. A co, jeśli ten ból nie miał nic wspólnego ze stanem jej zdrowia?
Kobieta wzięła głęboki wdech i przypomniała sobie moment, kiedy po raz pierwszy poczuła to mocne kłucie w klatce.
30 lat wcześniej
Ola usiadła na bordowym dywanie. Na dziesięcioletniej twarzy pojawiła się iskra determinacji. Marika zajęła miejsce obok przyjaciółki i drżącymi dłońmi wyciągnęła jedną zapałkę z pudełka. W tym czasie Sara usadowiła się po turecku z blokiem i zieloną kredką w dłoni.
- Ja nie wiem, czy to jest dobry pomysł. - Usta Sary zadrżały, układając się w smutną podkówkę.
- Inaczej się nie spełni! - krzyknęła Ola tak głośno, że z nosa Mariki zsunęły się okulary.
Sara westchnęła, wystawiła język i opierając blok o kolana, zaczęła pisać.
- Poczekaj! - Ola znowu podniosła głos. - Marika jeszcze świeczki nie zapaliła!
- A ta świeczka jest konieczna?
Ola zacisnęła pięści i zrobiła z ust dziubek, który zamiast wystraszyć dwie przyjaciółki, szczerze je rozbawił.
- Zaraz wrócą moi rodzice i nici z naszej mapy. Bierzcie się do roboty! Marika, zapalaj tę świeczkę, a ty, Sara, zapisuj.
- A ty?
- Ja, Sarcia, będę ci dyktować. Ktoś musi zarządzać naszą przyszłością - odparła Ola.
Marika kiwnęła głową i zapaliła świeczkę, a Sara zaczęła zapisywać słowa. Ciepły płomień rozświetlił ogromny salon, odbijając swój jasny blask od marmurowej podłogi.
My, obecnie dziewczyny, wkrótce kobiety: Aleksandra Szary, Marika Laskowska oraz Sara Malinowska, zobowiązujemy się spełnić wszystkie nasze marzenia do dwudziestego pierwszego czerwca dwa tysiące dwudziestego czwartego roku.
- Czy to na pewno nie za długo? - zapytała cicho Marika, gdy Sara skrupulatnie kaligrafowała każdy wyraz. - Będziemy mieć wtedy czterdzieści lat. Pewnie nawet do tego wieku nie dożyjemy. Nawet moja mama tyle nie ma. - Oczy Mariki zaszły łzami.
- Cii... Bo Olka się zaraz wkurzy - wyszeptała Sara i przyłożyła palec do ust, by Marika już nic nie mówiła.
Ola dyktowała dalej.
Ja, Aleksandra, zobowiązuję się wziąć udział w MSMzP.
- Co to jest to "MSMzP", bo zapomniałam? - Marika znowu nachyliła się nad ramieniem Sary.
- Międzynarodowe Sympozjum Matematyków z Powołania. Nie przeszkadzaj! -skarciła koleżankę i wróciła do notowania.
Ola zaś powoli i bardzo wyraźnie wypowiadała każde słowo.
Ja, Marika, zobowiązuję się pływać z rekinami.
Ja, Sara, zobowiązuję się porozmawiać z Laurą Esquivel.
- Czy któraś chce coś dodać do marzeń?
Ola otworzyła oczy tak szeroko, że teraz przypominały dwa bezkresne oceany. Marika zaprzeczyła ruchem głowy, podobnie jak Sara.
- To teraz się podpiszcie, a ja potem schowam nasz dokument.
- Dokument?
- Wszystko, na czym jest twój podpis, Sarcia, to dokument.
- A jak będę chciała coś zmienić?
- To teraz albo nigdy!
Donośny głos Oli odbił się od kryształów jej mamy, równo ułożonych w kredensie za jej plecami. Sara westchnęła. Marzenie wydało się jej zbyt zuchwałe i nierealne. Z drugiej strony, dziewczynka miała cichą nadzieję, że za trzydzieści lat nikt o ich dokumencie nie będzie pamiętał. I wtedy poczuła intensywny ból w klatce piersiowej. Zacisnęła powieki i próbowała złapać oddech. Chwilę siedziała bez ruchu, próbując opanować ból, rozchodzący się po całym jej ciele.
Nagle do Sary podbiegł jamnik Oli. Zwierzę pomerdało sprężystym ogonkiem i położyło pyszczek na kolanach dziewczyny. Bolesne mrowienie powoli ustępowało.
- Maksiu - szepnęła mu na ucho, drapiąc go po karku. - Maksiu, dodasz mi odwagi?
Piesek uniósł pysk i spojrzał dziewczynce prosto w oczy. Po chwili w jej dłoni znalazła się łapa Maksa. Sara wzięła głęboki wdech i poczuła błogi spokój. W tej jednej sekundzie nabrała pewności, że nawet jeśli jej marzenie się spełni, ona to spełnienie udźwignie. Dopiero kiedy emocje opadły, zorientowała się, że przez cały czas mocno trzyma w dłoniach egzemplarz Przepiórki w płatkach róży. Nie zauważyła, kiedy Maks uciekł na swoje legowisko. Rozluźniła palce i położyła książkę przed sobą na podłodze. Nie wiedziała, jak wygląda jej prawdziwa okładka, bo ta, którą miała, była oprawiona w starą gazetę "Przyjaciółka". Sara przyjrzała się jej uważniej i dostrzegła datę wydania egzemplarza poradnika: 30.03.1984. Uśmiechnęła się. To była data jej urodzin. Właśnie w tym momencie upewniła się, że nie ma przypadków, a świat z pewnością będzie jej sprzyjał.