Daniel Olbrychski. Wychowanek romantyków
Daniel Olbrychski
Wychowanek romantyków
"Pragnęłam, aby któryś z moich synów został aktorem, tym bardziej że
sama, mimo pomyślnie złożonego egzaminu u Zelwerowicza w przedwojennej
szkole teatralnej, wybrałam dziennikarstwo, a potem literaturę.
Starszego, Krzysia, przyprowadzałam do teatru, żeby nauczył się go
kochać, ale on, przyszły fizyk, gdy kurtyna szła w górę, odwracał się
plecami i liczył krzesła. Nadzieję dawał Daniel, który w domu robił
teatr. Na drewnianym koniu na biegunach, prezencie od ojca, cwałował,
zapiąwszy sobie na ramieniu płaszczyk na jeden guzik, tak jak Piotr I" -
wspomina Klementyna Sołonowicz-Olbrychska w książce Teatr radości.
Teatr szkolny. Doświadczenia, uwagi, myśli.
* * *
Z Danielem Olbrychskim spotykam się w jego domu w Podkowie Leśnej.
Słysząc, jaki będzie główny temat naszej rozmowy, uśmiecha się i w odpowiedzi recytuje łagodnym głosem, charakterystycznie przeciągając
niektóre samogłoski: "Kraj lat dziecinnych, on zawsze zostanie święty i czysty jak pierwsze kochanie...".
W gabinecie pełnym zdjęć i pamiątek wspomnienia z lat dziecinnych snuje
Olbrychski niespiesznie, z momentami zadumy, czasem ze śmiechem,
chwilami z łezką w oku. Doskonale pamięta szczegóły, co przecież nie
dziwi, wszak pamięć to narzędzie pracy aktora.
Niedawno obchodził wyjątkowy jubileusz. Sześćdziesiąt lat temu, czyli 13
grudnia 1961 roku, wystąpił w telewizyjnym Młodzieżowym Studiu Poetyckim
prowadzonym przez Andrzeja Konica. Recytował Kwiaty polskie Juliana
Tuwima. Miał wtedy 16 lat i ogromną tremę, bo program szedł na żywo.
Od tamtej pory zagrał w ponad stu osiemdziesięciu filmach, ma w dorobku
także kilkadziesiąt wspaniałych ról teatralnych.
Siedemdziesięcioletni Daniel Olbrychski jest wciąż w doskonałej formie i nie zamierza jeszcze zejść ze sceny. Codziennie ćwiczy, pokazuje mi
swoją siłownię, gdzie centralne miejsce zajmuje worek bokserski, jego
ulubiony sprzęt sportowy. Na jubileuszowe przedstawienie wybrał spektakl
w Teatrze Imka zatytułowany Niespodziewany powrót, wcielił się w rolę
starego aktora grającego szekspirowskiego króla Leara.
Olbrychski jest jednym z największych spośród żyjących aktorów. I chyba
też największym spośród nich romantykiem.
* * *
"Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną..."
Kraina dzieciństwa Daniela Olbrychskiego to oczywiście Drohiczyn. Małe
miasteczko nad Bugiem, wyjątkowe krajobrazowo, bo wyrasta
niespodziewanie po płaskim Mazowszu. Na wzgórzach na tle zieleni drzew
widnieją malownicze kościoły, w dole zakolami wije się rzeka.
Wzgórza to były wprawdzie niewielkie, ale wystarczały nam, dzieciakom,
do zjeżdżania na sankach i nartach. Większość miała narty zrobione przez
ojca czy dziadka, ja od pewnego momentu miałem prawdziwe. Dostałem je od
ojca, który jako dziennikarz był kiedyś korespondentem sportowym w Zakopanem. W dzieciństwie te pagórki były dla mnie górami, prawdziwe
góry zobaczyłem wiele lat później, dopiero kiedy kręciliśmy z Polą Raksą
scenę ze zbójnikami w Popiołach.
W czasach dzieciństwa Daniela zimy były śnieżne i mroźne, Bug zamarzał i chłopcy grali na nim w hokeja. Lata były upalne, chłopcy kąpali się w rzece, pływali łódkami, łowili ryby, a na łąkach nadbużańskich jeździli
na oklep konno. W wakacje prawie nikt nie wyjeżdżał na kolonie, rodziców
nie było na nie stać, ale Drohiczyn był tak atrakcyjny, że wyjazdy nie
były potrzebne. Kilkuletni Daniel jeździł na nieosiodłanym koniu,
nauczył się tego, gdy tylko zaczął chodzić.
Wskakiwało się na konia, kawałek sznurka wkładało mu do pyska i gnało
na łąkę, razem z kolegami, żeby przygonić do domu krowy. Byliśmy takimi
kowbojami podlaskimi - opowiada, uśmiechając się do tego wspomnienia. -
Konie stały się moją miłością, a umiejętność jazdy przydała mi się wiele
lat później, gdy grałem w Popiołach. Miałem wtedy możliwość
udoskonalić ją pod okiem najlepszych mistrzów.
I jak tu nie wracać do takiego miejsca? Dorosły Daniel jeździł po całym
świecie i mieszkał w pięknych okolicach, ale zawsze w jakimś momencie
odzywała się tęsknota za Drohiczynem. Aż w połowie lat 70. kupił
wzgórze, z którego kiedyś zjeżdżał na nartach, i postawił na nim dom. W jego drugim domu, w Podkowie, obraz Drohiczyna z Bugiem i kościołem na
wzgórzu wisi przy wejściu do gabinetu.
No bo jak tu nie kochać miejsca, które zachwyciło samego Miłosza?
W latach 80., gdy przebywałem w Paryżu, zorganizowaliśmy z Romkiem
Polańskim wieczór poezji Miłosza. Czytaliśmy jego wiersze, ja i Romek po
francusku, Miłosz po polsku. Miłosz wiedział, kim jestem, i przypuszczam, a nawet mam przekonanie, że wcześniej przygotował sobie
tekst, gdy usłyszał, że pochodzę z Drohiczyna. Powiedział: "A, pan z Drohiczyna... znałem stamtąd piękną dziewczynę, Klementyna jej było,
bardzo byliśmy zaprzyjaźnieni, ale potem pojechała do Warszawy i wyszła
za mąż za jakiegoś Olbrychskiego... o przepraszam!". Powiedział to
wszystko na jednym oddechu. Okazało się, że studiował równolegle z moją
mamą na uniwersytecie w Wilnie i flirtowali ze sobą.
Gdy po początkowych miesiącach pierwszej, tej prawdziwej "Solidarności"
(1980-1981) Miłosz przyjechał do Polski, wyraził życzenie, żebym mu
pokazał Drohiczyn. Nie mogłem wtedy osobiście, bo byłem zajęty w jakimś
filmie, więc pojechał ze swoim bratem. Chodził po miasteczku, był na
Górze Zamkowej, na łąkach, nad Bugiem i gdy się jakiś czas później
spotkaliśmy, powiedział: "Rozumiem, dlaczego tak dobrze czuje pan poezję
Mickiewicza i prozę Sienkiewicza, skoro jest pan wychowany w takim
miejscu, wśród takich krajobrazów. Krajobrazy z Drohiczyna są jak te
znad Niemna...".
Matka, ojciec, brat
Rodzice Daniela poznali się i pobrali w Warszawie przed wojną. Po
powstaniu wraz z czteroletnim synem Krzysztofem i innymi wygnanymi z miasta cywilami trafili do obozu przejściowego w Pruszkowie. Klementyna
Olbrychska była wtedy w ciąży. Udało im się przedostać do Czerniewa koło
Łowicza, gdzie zamieszkali u jej krewnych. W lutym 1945 roku w szpitalu
w Łowiczu, przy lampie naftowej, urodził się im drugi syn. Dali mu na
imię Daniel.
Wkrótce wrócili do Warszawy. Obydwoje byli dziennikarzami, ale w stolicy
nie mogli znaleźć ani pracy, ani przyzwoitego mieszkania, Klementyna
Olbrychska zdecydowała więc o wyjeździe z obydwoma synami do rodzinnego
Drohiczyna, gdzie mieszkała prawie cała jej rodzina, ojciec chłopców
został w Warszawie.
Tata próbował znaleźć pracę, przed wojną był dobrym dziennikarzem, miał
wiele kontaktów. Co z tego, skoro na znak protestu przeciwko porządkowi
pojałtańskiemu i panującej po wojnie władzy nie wyrobił sobie dowodu
osobistego. No to jak miał znaleźć zatrudnienie? Od czasu do czasu
ratowali go dawni koledzy, dając jakieś drobne zlecenia, i to wszystko.
Cały ciężar utrzymania spadł więc na matkę. Była osobą wykształconą,
więc bez problemu znalazła pracę w drohiczyńskim gimnazjum jako
nauczycielka języka polskiego i francuskiego.
Mama właściwie wychowywała nas sama. Dziś jako dorosły wiem, że tak
było dla nas lepiej, ponieważ gdy byli razem, to często się kłócili.
Mama bardzo o nas dbała, ale nie rozpieszczała. A my obaj z bratem
mieliśmy poczucie, że nie jest jej łatwo, więc staraliśmy się nie
sprawiać kłopotów. Choć oczywiście zdarzało się, że jak byłem o coś zły,
to uciekałem z domu na cały dzień i miałem satysfakcję, że się martwią i mnie szukają.
Mamie zawdzięcza dobrą znajomość języka francuskiego, uczyła synów w domu jakby mimochodem, zanim jeszcze poszli do szkoły. To się w dorosłym
życiu bardzo przydało, dzięki biegłej znajomości języka w latach 80.
mógł Olbrychski mieszkać we Francji, grać tam w filmach i teatrze.
Krzysztof był od Daniela starszy o sześć lat. Od dzieciństwa poważny,
skupiony, o ścisłym umyśle, utalentowany muzycznie. Był niezwykle
uzdolniony, w wieku 23 lat obronił doktorat z fizyki jądrowej. O tym,
jak genialnego ma brata, Daniel dowiedział się w trakcie kręcenia
Potopu. Dzieli się tym wspomnieniem ze wzruszeniem i z dumą.
Mój brat - ścisły umysł, naukowiec, fizyk, był delikatny, wycofany, był
jakby zaprzeczeniem mojej ekspansywności. Był bardzo, wręcz fanatycznie
religijny, podobno często tak jest, że umysły ścisłe uciekają w religię,
ale tego dowiedziałem się wiele lat później. W dzieciństwie niewiele
bawiliśmy się razem, dzieliła nas różnica wieku i zainteresowań. Ja
byłem w liceum, on kończył studia, ja stawiałem pierwsze kroki w zawodzie aktora, on już pracował naukowo. Kiedy kręciliśmy zdjęcia do
Potopu na Białorusi, asystentka Belarusfilmu, która pomagała Hoffmanowi
(Belarusfilm dawał nam wtedy wojsko do scen batalistycznych), zaprosiła
kilka osób na obiad do swojego domu. Po drodze uprzedzała mnie: "Daniel,
tylko się nie zdziw, że mój mąż nie będzie wiedział, kim jesteś. Cała
Białoruś cię zna, ale on jest fizykiem i w ogóle nie interesuje się
innymi sprawami, a co dopiero filmem. Może będziesz się nudził, ale na
szczęście będą przecież inne osoby". I oto stała się rzecz niezwykła.
Wchodzimy, witamy się, mówię swoje nazwisko i nagle ten facet
rozpromienia się i woła: "O! Olbrychski! Czy pan jest może rodziną
wybitnego fizyka Krzysztofa Olbrychskiego?!". Kiedy powiedziałem, że to
mój rodzony brat, rozpływał się w pochwałach, cóż to za wybitny umysł
ten mój brat i jakie wspaniałe są jego prace. Większa przyjemność nie
mogła mnie spotkać.
Niestety znakomicie rozwijającą się karierę naukową Krzysztofa przerwała
nagła choroba - w wieku 30 lat zachorował na schizofrenię. Zmarł w 2017
roku.
Oddychać historią
Drohiczyn to były dla małego Daniela nie tylko piękne krajobrazy
nadbużańskie, ale także specyficzna atmosfera tego małego miasteczka,
zamieszkanego pół na pół przez potomków ubogiego ziemiaństwa i chłopstwa, miasteczka o tysiącletniej historii. Historia to długa i barwna, rządzili tu Litwini, Jaćwingowie, Tatarzy, książęta ruscy, z których najważniejszy - Daniel Halicki - tu właśnie koronował się na
króla Rusi.
Młody Olbrychski nasiąkał tradycją i historią od najwcześniejszych lat,
zwłaszcza że w historii Drohiczyna rodzina matki miała swój udział.
Pradziadek był powstańcem styczniowym, dziadek przedwojennym urzędnikiem
państwowym, wujek o pseudonimie "Szumny" był dowódcą oddziału AK na ten
region. Po wojnie nie złożył broni, uważając, że Jałta to oszustwo,
przez które Polska została oddana w łapy Stalina.
Nie napadał wprawdzie na przedstawicieli nowej władzy, jak oddział
Maćka Chełmickiego z Popiołu i diamentu, ale siedział z niedużym
oddziałem w lesie, czekając z bronią u boku, aż coś się zmieni. Doczekał
się jedynie obławy, został dopadnięty i zastrzelony. Ciała rodzinie nie
wydano. Gdy byłem dzieckiem, inny wujek mamy woził nas łódką na drugi
brzeg Bugu, gdzie w miejscu zastrzelenia "Szumnego" stał drewniany
krzyż.
W Drohiczynie nie było właściwie rodziny, która by w czasie wojny albo
tuż po wojnie nie straciła kogoś bliskiego. Prawdę o Katyniu Daniel znał
od dziecka, bo żyli tu ludzie, których ta tragedia dotknęła. Nie pamięta
natomiast faktów związanych z okresem stalinizmu, może poza tym, że
przewodniczącego ZMP w szkole, gdzie uczyła matka, wszyscy się bali, bo
pisał donosy. Dorośli rozmawiali o tym szeptem, chronili dzieci, dzięki
czemu żyły bez poczucia zagrożenia.
Pamiętam, że w roku 1953, kilka miesięcy po śmierci Stalina,
pojechaliśmy do ojca do Warszawy. Wszędzie były ruiny, chodziło się
ścieżkami wydeptanymi wśród gruzów. Ale z tego pobytu najbardziej
zapamiętałem to, że odbywały się wtedy mistrzostwa Europy w boksie i pięć razy z rzędu grany był Mazurek Dąbrowskiego, bo wygrało pięciu
Polaków, a w dodatku trzech pokonało radzieckich bokserów, co sprawiało
radość dodatkową. To byli Henryk Kukier, Zenon Stefaniuk, Józef Kruża,
Leszek Drogosz i Zygmunt Chychła. Po latach byli oni moimi
sparingpartnerami, gdy przygotowywałem się do filmu Bokser, a trenerem
był Feliks Stamm, który po tych mistrzostwach został bohaterem
narodowym. Nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że kiedyś
poznam ich osobiście, a co dopiero, że się zaprzyjaźnię. Leszek Drogosz
był nawet świadkiem na moim pierwszym ślubie.
Radio i świat sportu
Założenie elektryczności było wielkim wydarzeniem w Drohiczynie.
Wcześniej trzeba było się uczyć i czytać przy lampie naftowej. To może
miało swój klimat tajemniczości, ale elektryczność była dla
ośmioletniego Daniela jak brama do innego życia. Co najmniej taka jak
radio. Jeszcze przed nastaniem elektryczności słuchali całą rodziną
radia na kryształki, potem mieli radio Pionier. Matka prenumerowała
gazetę, w której był tygodniowy program radiowy, i zaznaczała w niej
ważne audycje kulturalne, zwłaszcza Teatr Polskiego Radia, brat
zaznaczał koncerty muzyki poważnej, bo był zapalonym melomanem, a Daniel
transmisje sportowe.
Brat dopuszczał mnie też czasem do słuchania muzyki klasycznej,
mieliśmy tylko jedne słuchawki, więc zakładaliśmy je każdy na jedno ucho
i słuchaliśmy razem. Za to audycji sportowych słuchałem sam. One
pieściły moją duszę i wyobraźnię. Triumfatorzy mistrzostw Europy w boksie w 1953 roku czy Wyścigu Pokoju byli moimi bohaterami ważniejszymi
niż ci z przeczytanej właśnie Trylogii.
Marzył, żeby kiedyś na własne oczy zobaczyć swoich bohaterów, na
przykład uwielbianego Bogdana Tomaszewskiego, sprawozdawcę Wyścigu
Pokoju, którego znał tylko po głosie. Po latach nie tylko go zobaczył,
ale i zaprzyjaźnił się z nim, gdy pracowali razem przy filmie Bokser.
Tomaszewski był autorem scenariusza opartego na motywach autentycznej
historii boksera Mariana Kasprzyka, który trafił do więzienia za pobicie
milicjanta, a gdy wyszedł, Stamm mu zaufał i wystawił go w reprezentacji
olimpijskiej. Kasprzyk zdobył złoty medal, mimo że w finale walczył ze
złamanym kciukiem. W scenariuszu opartym na tej historii dwudziestoletni
Olbrychski zagrał rolę utalentowanego boksera Tolka Szczepaniaka.
Radio i świat teatru
Wychował się na Teatrze Polskiego Radia, gdzie występowali wtedy
wszyscy ówcześni wielcy aktorzy: Aleksander Zelwerowicz, Jan
Kurnakowicz, Aleksander Dzwonkowski. Rozpoznawał ich wszystkich po
głosach. Ach, jak się ich słuchało! Co to było za przeżycie!
Miał jakieś 10 lat, kiedy usłyszał w radiu Wielką Improwizację w wykonaniu Mieczysława Mileckiego.
To było fascynujące! Tylko ktoś z wielkim talentem mógł słuchaczowi
namalować głosem coś takiego jak Wielka Improwizacja! I nawet przez myśl
mi nie przeszło, że sam będę ją kiedyś recytował, i to dla wyjątkowej
widowni.
Przypomniała mi się ta recytacja Mileckiego, kiedy za czasów pierwszej
"Solidarności", w 1980 roku na życzenie "Solidarności" Śląskiej
wystąpiłem w Spodku Katowickim w roli Gustawa - Konrada z Dziadów. Na
widowni było pięć tysięcy ludzi, więc musiałem mówić przez mikrofon. To
było już po Panu Wołodyjowskim, cała Polska znała mnie jako Azję
Tuhajbejowicza i recytując Wielką Improwizację, drżałem, czy raptem ktoś
z widowni nie krzyknie: "Ty pieronie, lepiej opowiedz nam, jak cię na
pal nabijali!" - śmieje się na wspomnienie tego występu. - Na szczęście
nic takiego się nie zdarzyło, wszyscy słuchali jak zaczarowani.
Ale to było wiele lat później, na razie, w połowie lat pięćdziesiątych,
dla małego Daniela świat teatru rozgrywał się najpierw głównie w wyobraźni, potem, gdy zaczął chodzić do szkoły, zetknął się ze sceną na
żywo. Klementyna Olbrychska prowadziła w gimnazjum szkolny teatr. Może
realizowała swoje niespełnione marzenia sprzed lat, kiedy to zdała
egzaminy równolegle do szkoły teatralnej i na dziennikarstwo, ale
wybrała to drugie. Teatr był na bardzo dobrym poziomie, wygrywał w konkursach zespołów amatorskich. I był ważnym elementem życia
kulturalnego w Drohiczynie.
- Czyli geny aktorskie odziedziczył pan po mamie?
Zdecydowanie tak.
- Czy odwiedzał pan mamę podczas prób, podglądał, chciał brać udział w przedstawieniach?
O tak! Oczywiście! Kiedyś mama przygotowywała wystawienie Niemców
Kruczkowskiego. Miałem wtedy osiem lat i koniecznie chciałem grać,
oczywiście najlepszą rolę, główną, pierwszoplanową, czyli profesora
Sonnenbrucha. - Śmieje się. - Oczywiście nic z tego nie wyszło, rolę
dostał chłopak z gimnazjum i zagrał świetnie. Ja zadebiutowałem nieco
później w jakiejś jednoaktówce maleńką rólką biednego dziecka, które
musi zarabiać na chleb. Cała rola to raptem dwa zdania. Byłem ubrany w jakąś obdartą koszulę i cały przejęty czekałem za kulisami na swoje
wyjście na scenę, gdy nagle podszedł do mnie kolega i spytał: "Danek, a coś ty się w taką brudną koszulę ubrał?!".
Występowałem natomiast na akademiach szkolnych, recytując wiersze,
pamiętam też, jak śpiewałem "Autobus czerwony przez ulice mego miasta
mknie", a brat akompaniował mi na pianinie. To wszystko było fajne,
ciekawe, ale jednak o wiele bardziej pociągał mnie wtedy sport.
Syn niepokorny
Sielskie życie w Drohiczynie skończyło się, kiedy matka poważnie
zachorowała na serce. Spędziła kilka miesięcy w szpitalu, chłopcami w tym czasie zajmowali się dziadkowie i ciotki, a gdy stamtąd wróciła,
zamieszkali razem z ojcem w Warszawie na Nowogrodzkiej. Warunki były
okropne - kuchnia i łazienka wspólne z trzema innymi rodzinami, a pokój
przejściowy. Za ścianą mieszkał aktor Teatru Klasycznego Tadeusz
Grabowski, pierwszy aktor, którego Daniel poznał osobiście.
Ojciec był dla synów we wczesnym dzieciństwie postacią nieco tajemniczą,
gdy odwiedzał ich w Drohiczynie, gdy opowiadał o Warszawie, gdy
podglądali, jak goli się dziwnymi przyrządami. Bardzo im imponował. Miał
ogromną wiedzę, był człowiekiem lubianym i życzliwym dla przyjaciół, ale
w domu dość apodyktycznym. Gdy zamieszkali razem, próbował wprowadzić
twardą dyscyplinę i podporządkować sobie synów. Z łagodnym, wycofanym
Krzysztofem to mu się częściowo udało, ale dwunastoletni Daniel nie dał
się złamać. Stawiał się ojcu albo obchodził zakazy, jak wtedy, gdy
lekarze odkryli u niego wadę serca i zabronili uprawiania sportu, a on w tajemnicy przed rodzicami chodził na treningi szermierki. Zresztą
diagnoza o wadzie serca wkrótce okazała się bzdurą.
Uczeń "nieregularny"
Na szkołę średnią rodzice wybrali mu liceum im. Stefana Batorego, już
wtedy legendarne, elitarne, o którym marzyła cała młodzież warszawska.
- Był pan dobrym uczniem?
Określiłbym to raczej, że byłem uczniem nieregularnym - odpowiada ze
śmiechem. - Raz nie miałem zeszytu, innym razem zapomniałem odrobić
pracę domową, no i dość często byłem nieobecny, bo akurat wypadł mi
trening albo zawody, a od dziesiątej klasy także próby w Studiu
Teatralnym dla młodzieży przy telewizji, w którym zacząłem regularnie
występować.
Te częste nieobecności oczywiście musiały odbić się na wynikach w nauce.
Coraz częściej zdarzały się dwóje i brak zaliczeń. Do tego dochodził
niepokorny charakter Daniela, który potrafił wręcz demonstracyjnie
okazywać, że na niczym mu nie zależy.
Rozrabiałem, byłem takim komikiem klasowym, lubiłem błaznować,
rozśmieszać kolegów, i to często na lekcjach. Część nauczycieli mnie za
to nie lubiła, irytowały ich moje, udawane przecież, pewność siebie i arogancja.
Oczywiście były też szkolne miłości, kochał się to w jednej, to w drugiej koleżance. Jak twierdzi - romantycznie i platonicznie.
Niby nie byłem takim pewnym siebie aroganckim młodzieńcem, ale w istocie pozostawałem nieśmiałym, ciągle platonicznie zakochanym
chłopakiem.
Chyba jednak nie tylko platonicznie. Miał 17 lat, gdy w Studiu
Teatralnym zauroczyła go czarnoskóra Aissata z Mali, która przyjechała
do Polski uczyć się zawodu spikerki telewizyjnej. Wystąpili wspólnie w jakimś spektaklu poetyckim poświęconym Afryce. Jej też spodobał się
wysportowany blondyn i szybko zostali parą. Kiedyś przyprowadził ją do
szkoły, żeby pochwalić się kolegom, potem przedstawił także mamie, żeby
- jak mówi - zrozumiała przyczyny jego "nocnych nieobecności w domu".
Miłość trwała krótko, Aissata musiała wracać do siebie, potem nie
odpowiadała na listy i kontakt się urwał.
Ten tryb życia dał znać o sobie w jedenastej klasie, na pół roku przed
maturą, kiedy okazało się, że uczeń Daniel Olbrychski ma aż pięć dwój i grozi mu niedopuszczenie do egzaminu. Uratowało go trzech nauczycieli -
polonista, który jednocześnie prowadził teatr szkolny, gdzie Daniel był
aktorem, nauczycielka francuskiego, bo z tego przedmiotu był najlepszy w klasie, i oczywiście nauczyciel WF-u. Stanęli za nim murem, przekonali
grono pedagogiczne, żeby dano mu szansę, i poręczyli za niego.
Zawziąłem się. Moją dewizą stało się - ja wam pokażę! I udało się! -
wspomina.
Warunkowo dopuszczony uczeń Olbrychski zdał doskonale, rzec by można,
brawurowo: z przedmiotów maturalnych dostał cztery piątki i jedną
czwórką.
W liceum znał się też z Adamem Michnikiem, wiedział, że tak jak paru
innych kolegów działa on w jakimś klubie dyskusyjnym, że krytykują
władze, ale młodego Olbrychskiego nie interesowała wtedy polityka.
Zostać mistrzem olimpijskim
W okresie licealnym ważna była dla niego nie tyle renoma Batorego i tradycje tej szkoły, ile miejsce, gdzie się znajdowała - niedaleko
stadionu Legii, parku Agrykola i Torwaru. Rzucał się we wszystkie
dyscypliny sportu, które można było uprawiać w klubach. Na Torwarze grał
w hokeja, w klubie Legii uprawiał szermierkę, grał w ping-ponga,
badmintona, z czasem zaczął uprawiać boks.
Owszem, bakcyl zaszczepiony przez mamę działał, zwłaszcza że często
chodziliśmy do teatru. Byłem pod ogromnym wrażeniem Kordiana w reżyserii Erwina Axera w Teatrze Narodowym z Tadeuszem Łomnickim i Aleksandrą Śląską, pierwszą amantką kina tamtego czasu. Łomnicki -
Kordian był fascynujący, księcia Konstantego genialnie grał Jan
Kurnakowicz. Chłonąłem to wszystko, ale jednak na pierwszym miejscu był
dla mnie sport.
Sport uwielbiał w każdej postaci, nie wiedział jeszcze, jak bardzo
przyda mu się to w przyszłości. Wiele ról, które później zagrał w filmach, wymagało dużej sprawności fizycznej. Uprawiał różne dyscypliny,
zmieniał je w zależności od tego, jakie sukcesy odnosili polscy
sportowcy. Był zachłanny, wszystkiego chciał spróbować.
Chciałem zostać mistrzem olimpijskim, nie byłem jednak zdecydowany, w jakiej dyscyplinie - żartuje.
Zachwycał się Andrzejem Badeńskim, Emilem Zatopkiem, więc gdy kiedyś
podczas gry w piłkę wypatrzył go trener warszawskiego klubu
lekkoatletycznego i zaproponował treningi, chętnie się zgodził. Biegał
na 800 metrów, osiągał coraz lepsze wyniki i trenerzy wróżyli mu
sportową przyszłość. Ale coraz trudniej było godzić treningi ze szkołą i teatrem amatorskim, w którym występował i który coraz bardziej go
pociągał. Trzeba było wybrać. Podjął decyzję i... zrezygnował z kariery
biegacza. Gdy oznajmił to trenerowi, usłyszał: "Szkoda. Aktora to z ciebie nigdy nie będzie, a biegać na światowym poziomie byś mógł".
A może jednak aktor?
Od dzieciństwa pochłaniał poezję, czytał Mickiewicza, Norwida, Leśmiana,
znacznie szerzej, niż było to w zakresie szkolnej lektury.
Wyrosłem z polskiej literatury romantycznej i nie wyzwolę się już chyba
nigdy od poetów romantyzmu, od Wyspiańskiego i romantyka prozy -
Sienkiewicza - napisze wiele lat później w swojej książce Anioły wokół
głowy.
W Batorym działał znakomity teatr prowadzony przez polonistę, profesora
Cichonia. Zemstę Fredry wystawiali dla uczniów warszawskich liceów
nawet na deskach teatru Buffo, i to aż kilkanaście razy. Szesnastoletni
Daniel zagrał Papkina, jednego z murarzy grał w tym spektaklu Maciej
Englert, który opracował też scenografię. Młodzież była zachwycona,
owacjom nie było końca.
Czterdzieści lat później Olbrychski zagra Dyndalskiego w filmowej wersji
Zemsty zrealizowanej przez Andrzeja Wajdę, a w Teatrze Polskim w Warszawie w dwóch inscenizacjach - Cześnika. Tego ostatniego gra też do
dzisiaj w Teatrze STU w Krakowie. Ale rola Papkina ze szkolnego
przedstawienia wryła się mu w pamięć szczególnie. To był ten pierwszy
raz, kiedy stojąc na scenie, poczuł się jak prawdziwy aktor. Od tego
momentu decyzja o wyborze zawodu była już przesądzona.
Nie miałem telewizora w domu, ale któryś z kolegów powiedział mi, że
telewizja ogłasza nabór do studia teatralnego dla młodzieży prowadzonego
przez Andrzeja Konica. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Była tam już
Magda Zawadzka, Jola Zykun, Witek Dębicki.
Na zajęcia w tym studiu chodziłem dwa lata. Przygotowywaliśmy dwa
programy w miesiącu: jeden poetycki, drugi kabaretowy. I chociaż sport
był nadal moją miłością największą, poczułem, że aktorstwo jest moim
żywiołem. Recytowałem Mickiewicza, Norwida, Tuwima, śpiewałem piosenki,
do których muzykę pisał specjalnie dla nas Jan Ptaszyn Wróblewski. Za
wykonanie Grande Valse Brillante, a muszę zaznaczyć, że było to, zanim
jeszcze spopularyzowała ten fragment Kwiatów polskich Ewa Demarczyk,
dostałem swoje pierwsze honorarium. Było większe niż miesięczna renta
mojej matki! Zarobiłem pieniądze za mówienie tekstów przeze mnie
nienapisanych i od tej pory tak właśnie zarabiam na życie...
- Co pan kupił za te pierwsze zarobione pieniądze?
Nic nie kupiłem. Dałem mamie, żeby uregulowała zaległe płatności, i dzięki temu znów mieliśmy prąd wyłączony z powodu niepłaconych
rachunków. Renta mamy i okazjonalne zarobki ojca nie wystarczały na
utrzymanie domu. Wcześniej przez wiele miesięcy musiałem uczyć się przy
świeczkach albo lampie naftowej.
Dwa lata później za debiutancką rolę w filmie Ranny w lesie zarobił
szesnaście tysięcy złotych. Sprawił sobie wtedy pierwszy garnitur, a resztę pieniędzy zawiózł dziadkom do Drohiczyna, żeby kupili węgiel.
Porażka czy sukces
Będąc jeszcze w klasie maturalnej, Daniel zagrał w Teatrze Młodego Widza
w widowisku Kuba według Newerlego, reżyserowanym przez Andrzeja
Konica. Wystąpił razem z Magdą Zawadzką i wielką aktorką Ryszardą Hanin,
która była również wykładowczynią w szkole teatralnej. To właśnie wtedy,
po słowach Hanin: "Daniel, ty musisz zdawać do teatralnej!" podjął
ostateczną decyzję. Ale tak na wszelki wypadek równolegle z PWST złożył
papiery także na filologię romańską. Rozważał egzaminy na AWF, ale tam
trzeba było zdawać biologię, z której nie był zbyt mocny.
Mama była pomysłem zdawania do szkoły teatralnej zachwycona, ojciec
przeciwnie. Uważał, że syn powinien zdobyć jakiś "konkretny" zawód -
lekarza albo dziennikarza.
Na egzamin przygotował wiersz, którym debiutował w studiu Konica 13
grudnia 1961 roku - fragment Kwiatów polskich Tuwima. W komisji
zasiadały same znakomitości: Aleksander Bardini, Jan Kreczmar, Zofia
Mrozowska, Janusz Warnecki, Zbigniew Zapasiewicz, co oczywiście tylko
dodatkowo zwiększyło tremę młodego człowieka.
Zacząłem mocno, z uczuciem: "Czy pamiętasz, jak z tobą tańczyłem walca,
panno, Madonno, legendo tych lat! Czy pamiętasz, jak ruszył świat do
tańca, świat, co w ramiona ci wpadł!"... i w tym momencie ktoś z komisji
powiedział: Stop! Zamarłem... "Dziękujemy panu!", usłyszałem. Całe
powietrze ze mnie zeszło, poczułem się przegrany, zgnębiony wyszedłem z budynku szkoły i pobiegłem do baru, który był po przeciwnej stronie
ulicy. Zamówiłem w bufecie kufel piwa i pięćdziesiątkę wódki, żeby jakoś
się podnieść na duchu po tej klęsce. Gdy wlewałem wódkę do kufla z piwem, usłyszałem za sobą charakterystyczny głos: "A czemuż to pan,
panie Olbrychski, leje wódkę do piwa?". Odwróciłem się gwałtownie. Za
mną stał profesor Bardini, który przed chwilą był w tej komisji.
- Żeby oblać swoją porażkę! - odpowiedziałem.
- A dlaczego myśli pan, że to była porażka? - indagował Bardini tym
swoim nauczycielskim tonem.
- Bo przerwaliście mi i uznaliście, że nie warto dalej słuchać.
- A może my, panie Danielu, przerwaliśmy, bo uznaliśmy, że to było
dobre i że warto pana dalej uczyć...
No i okazało się, że nie tylko zostałem przyjęty, ale byłem na
pierwszym miejscu wśród zdających, na drugim była Basia Brylska.
Po raz pierwszy w filmie
Jeszcze w tym samym roku dostał pierwszą propozycję filmową. Zagrał rolę
Korala, nieśmiałego chłopaka ze wsi w filmie wojennym Janusza Nasfetera
Ranny w lesie. Nie był tą rolą zachwycony, nie był też zachwycony sobą
w tym filmie. W filmie, inaczej niż w teatrze, gdzie wszystko szło na
żywo, po kilku dniach zdjęciowych mógł zobaczył siebie na ekranie. Był
bardzo niezadowolony, tak bardzo, że myślał o tym, żeby pozostać aktorem
tylko teatralnym.
Miał zaledwie 18 lat i był absolutnym nowicjuszem na planie filmowym, w dodatku między samymi znanymi aktorami. Wielkim wsparciem był dla niego
wtedy starszy kolega z planu, Stefan Friedmann. Przeszedł swój chrzest
bojowy z godnością, starsi koledzy go zaakceptowali, pomysł zarzucenia
aktorstwa filmowego został na szczęście zaniechany.
Na planie Rannego w lesie spotkał osoby, który miały decydujący wpływ
na jego dalszą karierę - Jerzego i Walę Hoffmanów. Wypatrzyli go w tym
filmie i od tego momentu wszystko potoczyło się tak, jak miało się
potoczyć.
Po raz pierwszy u Wajdy
Pewnego dnia na zajęcia w szkole teatralnej prowadzone przez Zofię
Małynicz wszedł szczupły, niewysoki mężczyzna. Usiadł na końcu sali i przysłuchiwał się studentom. Był to Andrzej Wajda, o czym studenci wtedy
nie wiedzieli. Telewizja nie była jeszcze tak powszechna, z gazet znało
się twarze aktorów, ale nie reżyserów. Wiedzieli owszem, kim jest Wajda
i że nakręcił Popiół i diament, ale nie znali jego twarzy. Okazało
się, że reżyser szuka nowych młodych, nieopatrzonych aktorów do filmu
Popioły.
To było niedługo po tym, jak na ekrany weszła Wojna i pokój Siergieja
Bondarczuka, w którym reżyser obsadził aktorów wprawdzie legendarnych,
ale niestety mających już pod pięćdziesiątkę. Taki starszawy Wołkoński
czy Bezuchow byli nieprzekonujący, obraz poniósł porażkę i było to żywo
dyskutowane, nie tylko w świecie filmowym. Andrzej Wajda początkowo też
zamierzał postawić w Popiołach na znanych aktorów. Rafała Olbromskiego
miał grać trzydziestoletni wtedy Roman Wilhelmi, a Krzysztofa Cedrę
trzydziestodwuletni Zbyszek Cybulski. Jednak po dyskusji, jaka się
przetoczyła po filmie Bondarczuka, Wajda stwierdził, że musi mieć kogoś,
kto jest dosłownie w wieku niespełna dwudziestoletnich bohaterów.
Podobno moją osobę podpowiedziała Wajdzie najlepsza madame casting
Hoffmana, czyli jego żona Wala, która zawsze wiedziała wszystko, co się
dzieje w świecie filmowym. To ona wypatrzyła mnie rok wcześniej na
planie Rannego w lesie. Ale o tym dowiedziałem się od Andrzeja Wajdy
wiele lat później, podczas mojego benefisu na pięćdziesięciolecie, który
odbywał się w teatrze Rampa. Andrzej opowiedział wtedy, że moją
kandydaturę do Popiołów mocno poparł rektor Jan Kreczmar. Podobno
powiedział: "Panie Andrzeju, niech pan nie szuka w różnych klasach, tu
jest wielu zdolnych ludzi, ale jest chłopak, który będzie się panu
idealnie nadawał, nawet nazwisko ma podobne, Olbrychski - prawie jak
Olbromski. Problem z nim jest tylko taki, że jest jakby trochę wyblakły,
albinosowaty, ale w filmie, jak go dobrze pomalujecie, to nawet amanta
może zagrać".
Informacja o tym, że Olbrychski będzie grał w Popiołach, szybko
rozeszła się po szkole. Jeden z profesorów, wykładowca filozofii,
gratulując mu sukcesu, powiedział: "Panie Danielu, nie rola będzie dla
pana najważniejsza, ale to, że przez rok albo dłużej będzie pan
przebywał w towarzystwie Andrzeja Wajdy - jednego z największych
intelektualistów w Europie, oraz ludzi, którzy go otaczają. Niech pan
nie zmarnuje tego czasu!".
Gdy to mówił, jeszcze nie do końca rozumiałem wagę tego, czego miałem
doświadczyć. Miałem 19 lat i co innego było mi w głowie. Ale bardzo
szybko doceniłem przebywanie w środowisku Andrzeja Wajdy. Poznałem
Konwickiego, Brandysa, Andrzejewskiego, Żuławskiego, Jasienicę,
Iwaszkiewicza i wielu innych. Nieraz siedziałem z nimi przy stoliku, w kawiarni Związku Literatów Polskich. Starałem się być uważnym słuchaczem
ich rozmów, nie tylko o kulturze, ale także o świecie, o polityce. Z czasem stałem się też tych rozmów uczestnikiem. Byłem w centrum życia
kulturalnego, a jako bardzo młody człowiek, bo przecież w sumie to ja
byłem jeszcze dzieciakiem, szybko się uczyłem.
Po spotkaniu w szkole teatralnej Wajda zaprosił młodego Olbrychskiego na
plan Popiołów, żeby zrobić zdjęcia próbne. Rolę Heleny miała zagrać
Pola Raksa. Kończyła właśnie szkołę filmową w Łodzi, była bardzo
popularna po filmie Szatan z siódmej klasy i połowa Polski się w niej
kochała.
Andrzej, z którym oczywiście nie byłem jeszcze wtedy na "ty", postawił
mnie naprzeciwko Poli i kazał nam zagrać scenę miłosną. "Tu macie tekst,
ale on jest mniej ważny, ja chcę zobaczyć wasze emocje, to, że się
bardzo kochacie" - powiedział. Pomyślałem sobie: "Zagram czy nie zagram
tego Rafała, ale co się naściskam Poli Raksy to moje!". Gramy więc tę
scenę miłosną, a kamerzysta wciąż nas musztruje: "Polu, bardziej w lewo!", "Panie Danielu, trochę do tyłu!", "Nie musicie grać tak ciasno,
to jest panorama!". Wajda mrugnął do mnie, że jest okej, więc się
uwagami operatora nie przejmowałem. Może nie zagrałbym tak dobrze
bezczelnego, pewnego siebie Rafała Olbromskiego, gdybym wtedy wiedział,
że ten kamerzysta to świeżo poślubiony mąż Poli Raksy - operator Andrzej
Kostenko - śmieje się na wspomnienie tamtej sceny.
Rok po wejściu na ekrany Popioły otwierały pozakonkursowy pokaz na
Festiwalu Filmowym w Cannes. Tam dwudziestoletni Daniel Olbrychski
poznał wielu światowej sławy aktorów, m.in. zaprzyjaźnił się z Kirkiem
Douglasem.
U Andrzeja Wajdy w ciągu następnych pięćdziesięciu lat zagrał w sumie
trzynaście razy. Każda rola była znacząca, wiele wybitnych, jak Karola
Borowieckiego w Ziemi obiecanej, pana młodego w Weselu, Wiktora
Rubena w Pannach z Wilka czy Gerwazego Rębajły w Panu Tadeuszu.
Każdej z ról dał wiele ze swojego charakteru romantyka.
Bez kaskaderów
Na planie filmowym Popiołów ujawnił się perfekcjonizm młodziutkiego
Olbrychskiego. Nie miał jeszcze obycia filmowego, brakowało mu techniki,
ale rozpierały go energia i wręcz zachłanność, jeśli chodzi o naukę
zawodu. Okazało się, że musi popracować nad głosem. Wysłano go do Łodzi,
gdzie pod kierunkiem doskonałej nauczycielki impostacji w ciągu kilku
tygodni jego głos został prawidłowo ustawiony, pozbył się mówienia przez
nos i warszawskiego akcentu.
Rola Rafała Olbromskiego wymagała sprawnej jazdy konnej. Daniel, który
konno jeździł od najmłodszych lat, za punkt honoru postawił sobie, że w filmie będzie jeździł perfekcyjnie, co najmniej tak jak kowboje w amerykańskich filmach. Dawny kawalerzysta rotmistrz Olędzki, który
został jego instruktorem, uznał, że trzy miesiące na naukę, a tyle czasu
dostali, to za mało. Ale Daniel się zawziął, a rotmistrz traktował go
jak rekruta, bez zmiłowania. Sprzątał więc stajnie, czyścił konia i jeździł, jeździł, jeździł. Ćwiczył jazdę bez strzemion, spadanie,
wskakiwanie w biegu, konie dostawał różne i każdego musiał sobie ułożyć.
A wszystko to działo się równocześnie z zajęciami w szkole teatralnej, z których nikt go nie zwolnił. Biegł więc skoro świt na ćwiczenia z rotmistrzem Olędzkim, a potem do szkoły. Nieraz przysypiał podczas
zajęć.
Perfekcyjna jazda konna przydała się nie tylko w Popiołach. Kilka lat
później zaprezentował wspaniałe umiejętności jako Azja w Panu
Wołodyjowskim, w Potopie pokazał kilka niezwykłych sztuczek, m.in.
kładąc konia pod sobą w scenie zwiadu prowadzonego z dwoma Tatarami, a sceną, kiedy to Kmicic prezentuje zalety swojego wierzchowca Bogusławowi
Radziwiłłowi, zachwycił największych profesjonalistów.
Nie przyszło to łatwo. Przygotowując się do tego ujęcia, perfekcjonista
Olbrychski przez dwa tygodnie ćwiczył po kilka godzin dziennie pod okiem
mistrza Polski w jeździe konnej Antoniego Pacyńskiego, trenując piruety,
kłusowanie w miejscu, czyli piafy i inne taneczne popisy.
Od Popiołów przez wszystkie kolejne filmy nigdy nie korzystał z kaskadera.
Za tę miłość do koni kochali Daniela instruktorzy jeździectwa i dyrektorzy stadnin, którzy wypożyczali konie do filmów. Ta miłość mogła
się kiedyś tragicznie skończyć.
Podczas kręcenia w Popiołach sceny przeprawy przez zamarzniętą rzekę
pod koniem nagle załamał się lód. Razem z nim wpadłem do wody na środku
Pilicy. Udało mi się wydostać na zmarzniętą część, ale koń nie dawał
rady, szedł na dno. Ekipa stała na brzegu, wołali, żebym zostawił konia
i sam się ratował. Ale jak ja mógłbym go zostawić? Ciągnąłem go w stronę
brzegu z całej siły, aż trafił przednimi nogami na twardy grunt.
Uratowaliśmy się obaj. Było 20 stopni mrozu, ja dostałem od razu
szklankę wódki, a koniowi dolali pół litra do wiadra wody. Żaden z nas
tej przygody nie odchorował, a dyrektor stadniny za uratowanie Windsora,
ulubionego konia jego żony, został moim dozgonnym przyjacielem -
wspomina, pokazując zdjęcie, na którym uwieczniono tę przygodę.
Mogło się przewrócić w głowie
Prosto z planu Popiołów latem 1965 roku przeszedł na plan filmu
Janusza Morgensterna Potem nastąpi cisza. W Popiołach grał obok
takich sław jak Jan Świderski, Władysław Hańcza, Beata Tyszkiewicz,
Stanisław Zaczyk, w Potem nastąpi cisza - z Tadeuszem Łomnickim i Markiem Perepeczko.
- Grał pan z aktorami bardzo znanymi, niektórzy, jak Świderski, byli
pana profesorami, wykładowcami ze szkoły teatralnej. Czy to pana nie
peszyło?
Nie. To jest właśnie ta bezczelność młodości. Miałem w sobie coś z tego
bezczelnego, pewnego siebie Rafała Olbromskiego.
Popularność, jaka dopadła go po Popiołach, zaskoczyła nawet jego
samego. Zdjęcia były w gazetach, na ulicy nastolatki piszczały na jego
widok, dostawał mnóstwo listów, nie tylko z Polski, bo film wyświetlany
był także za granicą. Można było dostać zawrotu głowy.
Wie pani, to się tak szybko na mnie zwaliło, rola, która w wieku 18-20
lat uczyniła mnie rozpoznawalnym...
- ...gwiazdorem raczej.
No właściwie tak, gwiazdorem. Obejrzało mnie w Popiołach kilkanaście
milionów Polaków, rozgorzała dyskusja narodowa o patriotyzmie itd.
Wygrywałem plebiscyty na najpopularniejszego aktora. Sukces był
zawrotny. To mogło przewrócić w głowie...
- A przewróciło?
Myślę, że chyba nie, mama ukształtowała mi dobry kręgosłup. Ona
dyskretnie czuwała nade mną. Często mi powtarzała, żebym był skromny... A ja po tych dwóch filmach chciałem grać, grać i grać. Wszystkiego było mi
mało - wspomina.
Matka wiedziała, dlaczego trzeba czuwać nad Danielem. "Wszystko, co
robił, czynił z wielką wytrwałością. Był trudnym chłopcem, bardzo
upartym i zawsze musiał mieć to, czego chciał, a chciał ciągle innych
rzeczy" - wspominała w Teatrze radości.
A Andrzej Wajda o swoim dziewiętnastoletnim aktorze powiedział:
"Rozsadzał go nadmiar energii i nadmiar talentu".
Jednak nie do końca było tak, że gwiazdorstwo nie uderzyło mu do głowy.
Zdarzyło się kilka ekscesów po alkoholu, jeden nawet z udziałem milicji,
i parę szalonych przygód z kolegami. W towarzystwie uwielbiał być w centrum zainteresowania, rywalizować, ulubioną zabawą było siłowanie się
na rękę. No i oczywiście łamanie serc kobiecych. Ale to całkiem inna
historia...
Udźwignięcie sławy nie było dla dziewiętnasto-dwudziestolatka łatwe. Na
szczęście "nadmiar talentu" zwyciężył nad "nadmiarem energii"...
Znowu szkoła
Kiedy został zaangażowany do Popiołów, za zgodą rektora zresztą,
zgodnie z jego poleceniem wziął urlop dziekański. Po roku, gdy wrócił do
szkoły teatralnej, koledzy byli już na trzecim roku, a on musiał
kontynuować rok drugi. Doskonale trafił, było tam wielu świetnych w przyszłości aktorów, m.in. Andrzej Seweryn i Piotr Fronczewski.
Był już po dwóch filmach, poznał tajniki pracy na planie, nauczył się,
jak chodzić przed kamerą, jak współpracować, miał ułożony głos i udoskonalone umiejętności fizyczne. Szkolne zajęcia z dykcji, emisji
głosu, ruchu scenicznego, proste scenki i tym podobne nudziły go.
Wiedział jednak, że szkołę powinien skończyć.
Zaliczyłem pierwszy semestr na tym drugim roku, kiedy nagle wezwał mnie
na rozmowę rektor.
- Danielu, czy masz jakieś propozycje filmowe? - spytał.
- No... mam - odpowiedziałem z wahaniem - ale odmawiam, bo mama mówi, że
przede wszystkim muszę skończyć szkołę.
Kreczmar uśmiechnął się i powiedział:
- Mamę biorę na siebie! Danielu, widzę, że nudzisz się na tych
zajęciach, i ja cię rozumiem. Ty już jesteś prawie zawodowcem, a program
w szkole jest taki, jaki jest i my go musimy realizować. Nie wszyscy
mieli takie szczęście jak ty, żeby szkolić się w praktyce na planie
filmowym. Poza tym trochę mi tu demoralizujesz studentów i utrudniasz
życie nauczycielom, bo ciągle są tu jacyś dziennikarze, telewizja,
przychodzą stosy listów, kręcą się jakieś wielbicielki i to nam
dezorganizuje pracę. Ty idź już, chłopaku, swoją drogą! Dobrze by tylko
było, żebyś posiadał jakiś papierek, że masz odpowiednie wykształcenie,
bo w tym kraju to ważne. Przyjdziesz za rok czy dwa i zdasz egzamin
eksternistycznie.
No i tak zrobiłem. Jak tylko stałem się wolny od szkoły, od razu
sypnęły się propozycje: Małżeństwo z rozsądku, Jowita, Bokser.
Niestety, za rok ani dwa nie było egzaminów eksternistycznych. Zdał je
wiele lat później. Miał już wtedy za sobą udział w dwudziestu siedmiu
filmach u czołówki polskich reżyserów, m.in. u Barei w Małżeństwie z rozsądku, u Kutza w Skoku i Soli ziemi czarnej, u Zanussiego w Zaliczeniu i Strukturze kryształu, u Antczaka w Hrabinie Cosel, u Wajdy we Wszystko na sprzedaż, Polowaniu na muchy, Krajobrazie po
bitwie i Brzezinie, u Hoffmana w Panu Wołodyjowskim.
Gdy dowiedział się o egzaminie eksternistycznym, był właśnie na planie
Potopu pod Częstochową. W dodatku równocześnie grał wtedy Hamleta w Teatrze Narodowym u Hanuszkiewicza. Wziął urlop z planu filmowego i pojechał na egzamin do PWST.
Na egzaminie trzeba było odegrać przed komisją jakąś scenę. Byłem już
znanym aktorem, ale egzamin to egzamin, nie lekceważyłem go, broń Boże,
naprawdę byłem przejęty. Grałem wtedy Hamleta w Narodowym u Hanuszkiewicza, matkę grała Zofia Kucówna. Wybrałem na egzamin scenę
rozmowy Hamleta z matką i poprosiłem Zofię, żeby zechciała mi
towarzyszyć. Weszliśmy, stanęliśmy naprzeciw siebie, zacząłem "Matko,
matko, matko...", a przewodniczący komisji Bohdan Korzeniewski przerwał
mi, tak jak przed laty profesor Bardini, i mówi: "Wszyscy byliśmy na
premierze Hamleta i widzieliśmy tam pana, panie Danielu. Dziękujemy, że
potraktował pan ten egzamin poważnie, i z radością witamy w naszym
gronie!". I tak oto zostałem "aktorem dyplomowanym".
Po tym egzaminie wrócił na plan Potopu. Dwa lata później film otrzymał
nominację do Oscara, ale dla Olbrychskiego sukces Potopu ma też wymiar
osobisty. Kiedy bowiem Jerzy Hoffman ogłosił, kto zagra Kmicica,
rozpętała się burza, a na Olbrychskiego zaczęła się wręcz nagonka.
Jeszcze niedawno wygrywał plebiscyty na najpopularniejszego aktora,
teraz nagle okazało się, że publiczność nie chce go w roli Kmicica, "bo
przecież grał Azję". Rozgorzała ogólnonarodowa dyskusja, włączali się w nią krytycy filmowi, dziennikarze, pisano, że przecież jest wielu innych
aktorów, którzy z powodzeniem mogliby zagrać tę rolę. Z pytaniami
pełnymi pretensji, dlaczego przyjął tę rolę, Olbrychski spotykał się w kawiarni i na ulicy. Nagonka była tak dotkliwa, że zaczął się
zastanawiać, czy nie odrzucić roli. Zwłaszcza że dostał wtedy propozycję
od Kirka Douglasa zagrania w reżyserowanym przez niego filmie o piratach. Podczas rozmowy telefonicznej Olbrychski opowiedział
Douglasowi o tej ogólnonarodowej histerii związanej z obsadzeniem go w roli Kmicica.
Dziś wspomina to ze śmiechem.
Kirk powiedział mi wtedy: "Daniel, ty żyjesz w pięknym kraju dla
aktora! U mnie po filmie opinia publiczna wyrazi się co najwyżej, czy
byłem dobry czy zły w danej roli. Ale żeby jeszcze przed zagraniem całe
społeczeństwo dyskutowało, czy mam zagrać czy nie, no to takiego
zaszczytu jeszcze nigdy nie dostąpiłem!".
Gaża za rolę w filmie Douglasa byłaby kilkakrotnie wyższa od tej, którą
mógł zaoferować Hoffman. Wybrał Potop. Odezwał się w nim ten sam
przekorny Daniel, który przed maturą postanowił: "Ja wam pokażę!".
I pokazał. Dziś nikt nie wyobraża sobie innego Kmicica. Jest z tą rolą
zrośnięty.
Hamlet, czyli aktorska korona
- Czy jako młody aktor w początkach kariery miał pan jakąś szczególnie
wymarzoną rolę?
Zdziwi się pani, ale nie. To było zupełnie niezwykłe, bo każda kolejna
rola wyprzedzała moje marzenia. Przychodziła, nim zdążyłem pomyśleć.
Trenowałem boks i uwielbiałem bokserów - zagrałem boksera, uwielbiałem
na przykład Zbyszka Cybulskiego i zagrałem w filmie o nim Wszystko na
sprzedaż, kochałem Trylogię - zagrałem Azję Tuhajbejowicza, potem
Kmicica... I to trwało aż do premiery Hamleta.
- Hamlet - przysłowiowy szczyt marzeń każdego aktora. Dla pana też?...
I tak, i nie. Ja o tym Hamlecie nie marzyłem, bo ciągle byłem czymś
zajęty, aż tu nagle Adam Hanuszkiewicz ściągnął mnie do Teatru
Powszechnego. A ja po wielu dokonaniach filmowych, wielu plebiscytach,
festiwalach, nawet międzynarodowych, jeszcze nie debiutowałem w teatrze,
poza teatrem amatorskim oczywiście. Czego, nawiasem mówiąc, żałowała
mama, bo dla niej teatr był miłością pierwszą. Hanuszkiewicz, proponując
mi pracę w teatrze, zaznaczył, że na rozgrzewkę, żeby otrzaskać się ze
sceną, najlepsza jest klasyczna komedia. "Żeby za rok zagrać Hamleta,
trzeba wcześniej sto razy zagrać w komedii Fredry. Jeśli pan się zgodzi,
to proponuję na początek rolę Gustawa w Ślubach panieńskich" -
powiedział do mnie.
I tak też się stało. Śluby panieńskie odniosły ogromny sukces, potem
Hanuszkiewicz przeniósł się z zespołem do Teatru Narodowego i rok
później przyszedł Hamlet.
W dniu premiery Hamleta, po długich owacjach na stojąco, zszedłem ze
sceny szczęśliwy. Rozbieram się w garderobie, zmywam makijaż, patrzę w lustro i mówię do siebie w myślach: "No cóż, istnieje taka teoria, że
Hamlet to marzenie każdego aktora. No to ja właśnie to marzenie
zrealizowałem. I co dalej? Czy to już szczyt i koniec? Czy już
powinienem czuć się spełniony?".
Nie przekonywało mnie to. I od tej pory mam taką filozofię:
najważniejsza jest ta rola, którą właśnie gram, a marzeniem jest nie
jakaś konkretna, tylko ta, która jest przede mną.
* * *
- Czy to wszystko mógł sobie wyobrazić zachłanny na życie, ciekawy
świata kilkuletni chłopak z Drohiczyna? Że zagra w stu osiemdziesięciu
filmach, że pięć filmów z jego udziałem będzie nominowane do Oscara, że
będzie grał w produkcjach polskich, amerykańskich, węgierskich,
włoskich, francuskich, niemieckich? Czego można chcieć więcej?
W amerykańskim hollywoodzkim filmie sensacyjnym już zagrałem - z megagwiazdą Angeliną Jolie, a film Salt obejrzało pół miliarda ludzi
na świecie. To jest wielki sukces. Nie mówiąc o satysfakcji finansowej -
upłynęło kilkanaście lat od premiery, a ja wciąż dostaję tantiemy, które
przewyższyły już wysokość samej gaży.
Ale gdzieś tam w środku zatrzymałem w sobie takie ciche marzenie - żeby
na stare lata zagrać główną rolę w amerykańskim westernie. - Śmieje
się, pokazując swoje zdjęcia z gwiazdami światowego kina.
Pewnie już się nie spełni, ale warto pomarzyć - dodaje.
Od podlaskiego kowboja gnającego na oklep nad Bug do filmowego
amerykańskiego kowboja na prerii - to dopiero byłoby dopełnienie marzeń
z dzieciństwa...