Co z ciebie wyrośnie?. Znani ludzie o swoim dzieciństwie i niepokornej młodości - Elżbieta Sitek-Wasiak

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autorki

Od autorki

Boha­te­ro­wie tej książki to czter­na­ścioro zna­nych współ­cze­snych Polek i Pola­ków, któ­rzy osią­gnęli suk­cesy w róż­nych dzie­dzi­nach: nauce, poli­tyce, spo­rcie, lite­ra­tu­rze, dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej i arty­stycz­nej. Każde z nich jest osobą wyjąt­kową, droga każ­dego do suk­cesu była inna. Ale wszystko zaczy­nało się w dzie­ciń­stwie. O swoim dzie­ciń­stwie i mło­do­ści, które ich ukształ­to­wały, opo­wia­dają: sio­stra Mał­go­rzata Chmie­lew­ska, była pre­zy­den­towa Jolanta Kwa­śniew­ska, wybitny aktor Daniel Olbrych­ski, pierw­sza w Pol­sce kobieta pastor Kościoła Ewan­ge­licko-Meto­dy­stycz­nego Monika Zuber, euro­de­pu­to­wany Robert Bie­droń, pisarz i szpieg Vin­cent V. Sever­ski, dzien­ni­karka, obroń­czyni praw zwie­rząt Dorota Sumiń­ska, pro­fe­sor prawa Mar­cin Mat­czak, biz­ne­swo­man, wła­ści­cielka firmy kosme­tycz­nej Irena Eris, pio­sen­karka Ali­cja Majew­ska, wice­mar­sza­łek senatu Michał Kamiń­ski, pro­fe­sor medy­cyny Krzysz­tof Simon, gene­rał poli­cji Adam Rapacki, wie­lo­krotny meda­li­sta olim­pij­ski Robert Korze­niow­ski.

Dali się namó­wić na wspo­mnie­nia, na powrót do "kraju lat dzie­cin­nych", jak mówi poeta, na opo­wie­ści o swo­ich marze­niach i moż­li­wo­ści ich reali­za­cji, o zwa­rio­wa­nych pomy­słach, szkol­nych miło­ściach, pierw­szych suk­ce­sach i poraż­kach. Więk­szość z nich nie była zbyt grzecz­nymi dziećmi, nie­raz przy­spa­rzali kło­po­tów wycho­waw­czych i nie­je­den sły­szał od rodzi­ców lub wycho­waw­ców sakra­men­talne: "Co z cie­bie wyro­śnie?".

Kto mógłby przy­pusz­czać, że mała Jola, z wiecz­nie podra­pa­nymi kola­nami, ubrana i bawiąca się jak chło­pak, zosta­nie kie­dyś ikoną stylu i ele­gan­cji, lubiący bójki Adam - gene­ra­łem poli­cji, Wło­dek, który miał trójkę z języka pol­skiego, wzię­tym pisa­rzem powie­ści szpie­gow­skich Vin­cen­tem V. Sever­skim, a cho­ro­wity Robert, który kilka mie­sięcy spę­dził w szpi­talu w Rabce, będzie wie­lo­krot­nym meda­li­stą olim­pij­skim.

Daniel Olbrych­ski usły­szał od swo­jego tre­nera, że karierę zro­biłby w spo­rcie, ale akto­rem ni­gdy nie będzie, Michał Kamiń­ski był naj­więk­szym waga­ro­wi­czem w kla­sie, a Roberta Bie­dro­nia wyrzu­cono z inter­natu.

Co zde­cy­do­wało, że Monika Zuber posta­no­wiła zostać księ­dzem, czyli kobietą pastor, i jakie kłody rzu­cano jej pod nogi? Jakie sza­lone zabawy wymy­ślała w szkole Mał­go­rzata Chmie­lew­ska, przy­pra­wia­jąc opie­kunki o ból głowy? Dla­czego Mar­cin Mat­czak kopał stud­nie? Jaki przy­pa­dek zade­cy­do­wał, że Irena Eris została far­ma­ceutką? Dla­czego Krzysz­to­fowi Simo­nowi gro­ziło wyrzu­ce­nie ze szkoły, Dorotę Sumiń­ską zawie­szono w pra­wach ucznia, a Ali­cja Majew­ska musiała powta­rzać rok na stu­diach? Jak wyglą­dał coming out Roberta Bie­dro­nia przed rodziną?

Moi roz­mówcy bar­dzo szcze­rze przy­ta­czają zarówno dobre, jak i złe wspo­mnie­nia, opo­wia­dają o mło­dzień­czych suk­ce­sach, ale i o poraż­kach. Nie­które zda­rze­nia są zaska­ku­jące i zupeł­nie nie pasują do ich dzi­siej­szego wize­runku, inne zabawne albo wzru­sza­jące. Wycho­wali się w róż­nych warun­kach, jedni mieli łatwiej, inni "pod górkę", ktoś miał akcep­ta­cję rodziny dla swo­ich życio­wych pla­nów, ktoś inny musiał iść "pod prąd", ale na drogę życiową i przy­szły suk­ces wszyst­kich wpływ miały pasja, deter­mi­na­cja i to, co wynie­śli z rodzin­nego domu.

Daniel Olbrychski. Wychowanek romantyków

Daniel Olbrychski

Wychowanek romantyków

"Pra­gnę­łam, aby któ­ryś z moich synów został akto­rem, tym bar­dziej że sama, mimo pomyśl­nie zło­żo­nego egza­minu u Zelwe­ro­wi­cza w przed­wo­jen­nej szkole teatral­nej, wybra­łam dzien­ni­kar­stwo, a potem lite­ra­turę. Star­szego, Krzy­sia, przy­pro­wa­dza­łam do teatru, żeby nauczył się go kochać, ale on, przy­szły fizyk, gdy kur­tyna szła w górę, odwra­cał się ple­cami i liczył krze­sła. Nadzieję dawał Daniel, który w domu robił teatr. Na drew­nia­nym koniu na bie­gu­nach, pre­zen­cie od ojca, cwa­ło­wał, zapiąw­szy sobie na ramie­niu płasz­czyk na jeden guzik, tak jak Piotr I" - wspo­mina Kle­men­tyna Soło­no­wicz-Olbrych­ska w książce Teatr rado­ści. Teatr szkolny. Doświad­cze­nia, uwagi, myśli.

* * *

Z Danie­lem Olbrych­skim spo­ty­kam się w jego domu w Pod­ko­wie Leśnej. Sły­sząc, jaki będzie główny temat naszej roz­mowy, uśmie­cha się i w odpo­wie­dzi recy­tuje łagod­nym gło­sem, cha­rak­te­ry­stycz­nie prze­cią­ga­jąc nie­które samo­gło­ski: "Kraj lat dzie­cin­nych, on zawsze zosta­nie święty i czy­sty jak pierw­sze kocha­nie...".

W gabi­ne­cie peł­nym zdjęć i pamią­tek wspo­mnie­nia z lat dzie­cin­nych snuje Olbrych­ski nie­spiesz­nie, z momen­tami zadumy, cza­sem ze śmie­chem, chwi­lami z łezką w oku. Dosko­nale pamięta szcze­góły, co prze­cież nie dziwi, wszak pamięć to narzę­dzie pracy aktora.

Nie­dawno obcho­dził wyjąt­kowy jubi­le­usz. Sześć­dzie­siąt lat temu, czyli 13 grud­nia 1961 roku, wystą­pił w tele­wi­zyj­nym Mło­dzie­żo­wym Stu­diu Poetyc­kim pro­wa­dzo­nym przez Andrzeja Konica. Recy­to­wał Kwiaty pol­skie Juliana Tuwima. Miał wtedy 16 lat i ogromną tremę, bo pro­gram szedł na żywo.

Od tam­tej pory zagrał w ponad stu osiem­dzie­się­ciu fil­mach, ma w dorobku także kil­ka­dzie­siąt wspa­nia­łych ról teatral­nych.

Sie­dem­dzie­się­cio­letni Daniel Olbrych­ski jest wciąż w dosko­na­łej for­mie i nie zamie­rza jesz­cze zejść ze sceny. Codzien­nie ćwi­czy, poka­zuje mi swoją siłow­nię, gdzie cen­tralne miej­sce zaj­muje worek bok­ser­ski, jego ulu­biony sprzęt spor­towy. Na jubi­le­uszowe przed­sta­wie­nie wybrał spek­takl w Teatrze Imka zaty­tu­ło­wany Nie­spo­dzie­wany powrót, wcie­lił się w rolę sta­rego aktora gra­ją­cego szek­spi­row­skiego króla Leara.

Olbrych­ski jest jed­nym z naj­więk­szych spo­śród żyją­cych akto­rów. I chyba też naj­więk­szym spo­śród nich roman­ty­kiem.

* * *

"Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną..."

Kra­ina dzie­ciń­stwa Daniela Olbrych­skiego to oczy­wi­ście Dro­hi­czyn. Małe mia­steczko nad Bugiem, wyjąt­kowe kra­jo­bra­zowo, bo wyra­sta nie­spo­dzie­wa­nie po pła­skim Mazow­szu. Na wzgó­rzach na tle zie­leni drzew wid­nieją malow­ni­cze kościoły, w dole zako­lami wije się rzeka.

Wzgó­rza to były wpraw­dzie nie­wiel­kie, ale wystar­czały nam, dzie­cia­kom, do zjeż­dża­nia na san­kach i nar­tach. Więk­szość miała narty zro­bione przez ojca czy dziadka, ja od pew­nego momentu mia­łem praw­dziwe. Dosta­łem je od ojca, który jako dzien­ni­karz był kie­dyś kore­spon­den­tem spor­to­wym w Zako­pa­nem. W dzie­ciń­stwie te pagórki były dla mnie górami, praw­dziwe góry zoba­czy­łem wiele lat póź­niej, dopiero kiedy krę­ci­li­śmy z Polą Raksą scenę ze zbój­ni­kami w Popio­łach.

W cza­sach dzie­ciń­stwa Daniela zimy były śnieżne i mroźne, Bug zama­rzał i chłopcy grali na nim w hokeja. Lata były upalne, chłopcy kąpali się w rzece, pły­wali łód­kami, łowili ryby, a na łąkach nad­bu­żań­skich jeź­dzili na oklep konno. W waka­cje pra­wie nikt nie wyjeż­dżał na kolo­nie, rodzi­ców nie było na nie stać, ale Dro­hi­czyn był tak atrak­cyjny, że wyjazdy nie były potrzebne. Kil­ku­letni Daniel jeź­dził na nie­osio­dła­nym koniu, nauczył się tego, gdy tylko zaczął cho­dzić.

Wska­ki­wało się na konia, kawa­łek sznurka wkła­dało mu do pyska i gnało na łąkę, razem z kole­gami, żeby przy­go­nić do domu krowy. Byli­śmy takimi kow­bo­jami pod­la­skimi - opo­wiada, uśmie­cha­jąc się do tego wspo­mnie­nia. - Konie stały się moją miło­ścią, a umie­jęt­ność jazdy przy­dała mi się wiele lat póź­niej, gdy gra­łem w Popio­łach. Mia­łem wtedy moż­li­wość udo­sko­na­lić ją pod okiem naj­lep­szych mistrzów.

I jak tu nie wra­cać do takiego miej­sca? Doro­sły Daniel jeź­dził po całym świe­cie i miesz­kał w pięk­nych oko­li­cach, ale zawsze w jakimś momen­cie odzy­wała się tęsk­nota za Dro­hi­czy­nem. Aż w poło­wie lat 70. kupił wzgó­rze, z któ­rego kie­dyś zjeż­dżał na nar­tach, i posta­wił na nim dom. W jego dru­gim domu, w Pod­ko­wie, obraz Dro­hi­czyna z Bugiem i kościo­łem na wzgó­rzu wisi przy wej­ściu do gabi­netu.

No bo jak tu nie kochać miej­sca, które zachwy­ciło samego Miło­sza?

W latach 80., gdy prze­by­wa­łem w Paryżu, zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy z Rom­kiem Polań­skim wie­czór poezji Miło­sza. Czy­ta­li­śmy jego wier­sze, ja i Romek po fran­cu­sku, Miłosz po pol­sku. Miłosz wie­dział, kim jestem, i przy­pusz­czam, a nawet mam prze­ko­na­nie, że wcze­śniej przy­go­to­wał sobie tekst, gdy usły­szał, że pocho­dzę z Dro­hi­czyna. Powie­dział: "A, pan z Dro­hi­czyna... zna­łem stam­tąd piękną dziew­czynę, Kle­men­tyna jej było, bar­dzo byli­śmy zaprzy­jaź­nieni, ale potem poje­chała do War­szawy i wyszła za mąż za jakie­goś Olbrych­skiego... o prze­pra­szam!". Powie­dział to wszystko na jed­nym odde­chu. Oka­zało się, że stu­dio­wał rów­no­le­gle z moją mamą na uni­wer­sy­te­cie w Wil­nie i flir­to­wali ze sobą.

Gdy po począt­ko­wych mie­sią­cach pierw­szej, tej praw­dzi­wej "Soli­dar­no­ści" (1980-1981) Miłosz przy­je­chał do Pol­ski, wyra­ził życze­nie, żebym mu poka­zał Dro­hi­czyn. Nie mogłem wtedy oso­bi­ście, bo byłem zajęty w jakimś fil­mie, więc poje­chał ze swoim bra­tem. Cho­dził po mia­steczku, był na Górze Zam­ko­wej, na łąkach, nad Bugiem i gdy się jakiś czas póź­niej spo­tka­li­śmy, powie­dział: "Rozu­miem, dla­czego tak dobrze czuje pan poezję Mic­kie­wi­cza i prozę Sien­kie­wi­cza, skoro jest pan wycho­wany w takim miej­scu, wśród takich kra­jo­bra­zów. Kra­jo­brazy z Dro­hi­czyna są jak te znad Nie­mna...".

Matka, ojciec, brat

Rodzice Daniela poznali się i pobrali w War­sza­wie przed wojną. Po powsta­niu wraz z czte­ro­let­nim synem Krzysz­to­fem i innymi wygna­nymi z mia­sta cywi­lami tra­fili do obozu przej­ścio­wego w Prusz­ko­wie. Kle­men­tyna Olbrych­ska była wtedy w ciąży. Udało im się prze­do­stać do Czer­niewa koło Łowi­cza, gdzie zamiesz­kali u jej krew­nych. W lutym 1945 roku w szpi­talu w Łowi­czu, przy lam­pie naf­to­wej, uro­dził się im drugi syn. Dali mu na imię Daniel.

Wkrótce wró­cili do War­szawy. Oby­dwoje byli dzien­ni­ka­rzami, ale w sto­licy nie mogli zna­leźć ani pracy, ani przy­zwo­itego miesz­ka­nia, Kle­men­tyna Olbrych­ska zde­cy­do­wała więc o wyjeź­dzie z oby­dwoma synami do rodzin­nego Dro­hi­czyna, gdzie miesz­kała pra­wie cała jej rodzina, ojciec chłop­ców został w War­sza­wie.

Tata pró­bo­wał zna­leźć pracę, przed wojną był dobrym dzien­ni­ka­rzem, miał wiele kon­tak­tów. Co z tego, skoro na znak pro­te­stu prze­ciwko porząd­kowi pojał­tań­skiemu i panu­ją­cej po woj­nie wła­dzy nie wyro­bił sobie dowodu oso­bi­stego. No to jak miał zna­leźć zatrud­nie­nie? Od czasu do czasu rato­wali go dawni kole­dzy, dając jakieś drobne zle­ce­nia, i to wszystko. Cały cię­żar utrzy­ma­nia spadł więc na matkę. Była osobą wykształ­coną, więc bez pro­blemu zna­la­zła pracę w dro­hi­czyń­skim gim­na­zjum jako nauczy­cielka języka pol­skiego i fran­cu­skiego.

Mama wła­ści­wie wycho­wy­wała nas sama. Dziś jako doro­sły wiem, że tak było dla nas lepiej, ponie­waż gdy byli razem, to czę­sto się kłó­cili. Mama bar­dzo o nas dbała, ale nie roz­piesz­czała. A my obaj z bra­tem mie­li­śmy poczu­cie, że nie jest jej łatwo, więc sta­ra­li­śmy się nie spra­wiać kło­po­tów. Choć oczy­wi­ście zda­rzało się, że jak byłem o coś zły, to ucie­ka­łem z domu na cały dzień i mia­łem satys­fak­cję, że się mar­twią i mnie szu­kają.

Mamie zawdzię­cza dobrą zna­jo­mość języka fran­cu­skiego, uczyła synów w domu jakby mimo­cho­dem, zanim jesz­cze poszli do szkoły. To się w doro­słym życiu bar­dzo przy­dało, dzięki bie­głej zna­jo­mo­ści języka w latach 80. mógł Olbrych­ski miesz­kać we Fran­cji, grać tam w fil­mach i teatrze.

Krzysz­tof był od Daniela star­szy o sześć lat. Od dzie­ciń­stwa poważny, sku­piony, o ści­słym umy­śle, uta­len­to­wany muzycz­nie. Był nie­zwy­kle uzdol­niony, w wieku 23 lat obro­nił dok­to­rat z fizyki jądro­wej. O tym, jak genial­nego ma brata, Daniel dowie­dział się w trak­cie krę­ce­nia Potopu. Dzieli się tym wspo­mnie­niem ze wzru­sze­niem i z dumą.

Mój brat - ści­sły umysł, nauko­wiec, fizyk, był deli­katny, wyco­fany, był jakby zaprze­cze­niem mojej eks­pan­syw­no­ści. Był bar­dzo, wręcz fana­tycz­nie reli­gijny, podobno czę­sto tak jest, że umy­sły ści­słe ucie­kają w reli­gię, ale tego dowie­dzia­łem się wiele lat póź­niej. W dzie­ciń­stwie nie­wiele bawi­li­śmy się razem, dzie­liła nas róż­nica wieku i zain­te­re­so­wań. Ja byłem w liceum, on koń­czył stu­dia, ja sta­wia­łem pierw­sze kroki w zawo­dzie aktora, on już pra­co­wał naukowo. Kiedy krę­ci­li­śmy zdję­cia do Potopu na Bia­ło­rusi, asy­stentka Bela­rus­filmu, która poma­gała Hof­f­ma­nowi (Bela­rus­film dawał nam wtedy woj­sko do scen bata­li­stycz­nych), zapro­siła kilka osób na obiad do swo­jego domu. Po dro­dze uprze­dzała mnie: "Daniel, tylko się nie zdziw, że mój mąż nie będzie wie­dział, kim jesteś. Cała Bia­ło­ruś cię zna, ale on jest fizy­kiem i w ogóle nie inte­re­suje się innymi spra­wami, a co dopiero fil­mem. Może będziesz się nudził, ale na szczę­ście będą prze­cież inne osoby". I oto stała się rzecz nie­zwy­kła. Wcho­dzimy, witamy się, mówię swoje nazwi­sko i nagle ten facet roz­pro­mie­nia się i woła: "O! Olbrych­ski! Czy pan jest może rodziną wybit­nego fizyka Krzysz­tofa Olbrych­skiego?!". Kiedy powie­działem, że to mój rodzony brat, roz­pły­wał się w pochwa­łach, cóż to za wybitny umysł ten mój brat i jakie wspa­niałe są jego prace. Więk­sza przy­jem­ność nie mogła mnie spo­tkać.

Nie­stety zna­ko­mi­cie roz­wi­ja­jącą się karierę naukową Krzysz­tofa prze­rwała nagła cho­roba - w wieku 30 lat zacho­ro­wał na schi­zo­fre­nię. Zmarł w 2017 roku.

Oddychać historią

Dro­hi­czyn to były dla małego Daniela nie tylko piękne kra­jo­brazy nad­bu­żań­skie, ale także spe­cy­ficzna atmos­fera tego małego mia­steczka, zamiesz­ka­nego pół na pół przez potom­ków ubo­giego zie­miań­stwa i chłop­stwa, mia­steczka o tysiąc­let­niej histo­rii. Histo­ria to długa i barwna, rzą­dzili tu Litwini, Jaćwin­go­wie, Tata­rzy, ksią­żęta ruscy, z któ­rych naj­waż­niej­szy - Daniel Halicki - tu wła­śnie koro­no­wał się na króla Rusi.

Młody Olbrych­ski nasią­kał tra­dy­cją i histo­rią od naj­wcze­śniej­szych lat, zwłasz­cza że w histo­rii Dro­hi­czyna rodzina matki miała swój udział. Pra­dzia­dek był powstań­cem stycz­nio­wym, dzia­dek przed­wo­jen­nym urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, wujek o pseu­do­ni­mie "Szumny" był dowódcą oddziału AK na ten region. Po woj­nie nie zło­żył broni, uwa­ża­jąc, że Jałta to oszu­stwo, przez które Pol­ska została oddana w łapy Sta­lina.

Nie napa­dał wpraw­dzie na przed­sta­wi­cieli nowej wła­dzy, jak oddział Maćka Cheł­mic­kiego z Popiołu i dia­mentu, ale sie­dział z nie­du­żym oddzia­łem w lesie, cze­ka­jąc z bro­nią u boku, aż coś się zmieni. Docze­kał się jedy­nie obławy, został dopad­nięty i zastrze­lony. Ciała rodzi­nie nie wydano. Gdy byłem dziec­kiem, inny wujek mamy woził nas łódką na drugi brzeg Bugu, gdzie w miej­scu zastrze­le­nia "Szum­nego" stał drew­niany krzyż.

W Dro­hi­czy­nie nie było wła­ści­wie rodziny, która by w cza­sie wojny albo tuż po woj­nie nie stra­ciła kogoś bli­skiego. Prawdę o Katy­niu Daniel znał od dziecka, bo żyli tu ludzie, któ­rych ta tra­ge­dia dotknęła. Nie pamięta nato­miast fak­tów zwią­za­nych z okre­sem sta­li­ni­zmu, może poza tym, że prze­wod­ni­czą­cego ZMP w szkole, gdzie uczyła matka, wszy­scy się bali, bo pisał donosy. Doro­śli roz­ma­wiali o tym szep­tem, chro­nili dzieci, dzięki czemu żyły bez poczu­cia zagro­że­nia.

Pamię­tam, że w roku 1953, kilka mie­sięcy po śmierci Sta­lina, poje­cha­li­śmy do ojca do War­szawy. Wszę­dzie były ruiny, cho­dziło się ścież­kami wydep­ta­nymi wśród gru­zów. Ale z tego pobytu naj­bar­dziej zapa­mię­ta­łem to, że odby­wały się wtedy mistrzo­stwa Europy w bok­sie i pięć razy z rzędu grany był Mazu­rek Dąbrow­skiego, bo wygrało pię­ciu Pola­ków, a w dodatku trzech poko­nało radziec­kich bok­se­rów, co spra­wiało radość dodat­kową. To byli Hen­ryk Kukier, Zenon Ste­fa­niuk, Józef Kruża, Leszek Dro­gosz i Zyg­munt Chy­chła. Po latach byli oni moimi spa­ring­part­ne­rami, gdy przy­go­to­wy­wa­łem się do filmu Bok­ser, a tre­ne­rem był Feliks Stamm, który po tych mistrzo­stwach został boha­te­rem naro­do­wym. Nawet w naj­śmiel­szych marze­niach nie sądzi­łem, że kie­dyś poznam ich oso­bi­ście, a co dopiero, że się zaprzy­jaź­nię. Leszek Dro­gosz był nawet świad­kiem na moim pierw­szym ślu­bie.

Radio i świat sportu

Zało­że­nie elek­trycz­no­ści było wiel­kim wyda­rze­niem w Dro­hi­czy­nie. Wcze­śniej trzeba było się uczyć i czy­tać przy lam­pie naf­to­wej. To może miało swój kli­mat tajem­ni­czo­ści, ale elek­trycz­ność była dla ośmio­let­niego Daniela jak brama do innego życia. Co naj­mniej taka jak radio. Jesz­cze przed nasta­niem elek­trycz­no­ści słu­chali całą rodziną radia na krysz­tałki, potem mieli radio Pio­nier. Matka pre­nu­me­ro­wała gazetę, w któ­rej był tygo­dniowy pro­gram radiowy, i zazna­czała w niej ważne audy­cje kul­tu­ralne, zwłasz­cza Teatr Pol­skiego Radia, brat zazna­czał kon­certy muzyki poważ­nej, bo był zapa­lo­nym melo­ma­nem, a Daniel trans­mi­sje spor­towe.

Brat dopusz­czał mnie też cza­sem do słu­cha­nia muzyki kla­sycz­nej, mie­li­śmy tylko jedne słu­chawki, więc zakła­da­li­śmy je każdy na jedno ucho i słu­cha­li­śmy razem. Za to audy­cji spor­to­wych słu­cha­łem sam. One pie­ściły moją duszę i wyobraź­nię. Trium­fa­to­rzy mistrzostw Europy w bok­sie w 1953 roku czy Wyścigu Pokoju byli moimi boha­te­rami waż­niej­szymi niż ci z prze­czy­ta­nej wła­śnie Try­lo­gii.

Marzył, żeby kie­dyś na wła­sne oczy zoba­czyć swo­ich boha­te­rów, na przy­kład uwiel­bia­nego Bog­dana Toma­szew­skiego, spra­woz­dawcę Wyścigu Pokoju, któ­rego znał tylko po gło­sie. Po latach nie tylko go zoba­czył, ale i zaprzy­jaź­nił się z nim, gdy pra­co­wali razem przy fil­mie Bok­ser. Toma­szew­ski był auto­rem sce­na­riu­sza opar­tego na moty­wach auten­tycz­nej histo­rii bok­sera Mariana Kasprzyka, który tra­fił do wię­zie­nia za pobi­cie mili­cjanta, a gdy wyszedł, Stamm mu zaufał i wysta­wił go w repre­zen­ta­cji olim­pij­skiej. Kasprzyk zdo­był złoty medal, mimo że w finale wal­czył ze zła­ma­nym kciu­kiem. W sce­na­riu­szu opar­tym na tej histo­rii dwu­dzie­sto­letni Olbrych­ski zagrał rolę uta­len­to­wa­nego bok­sera Tolka Szcze­pa­niaka.

Radio i świat teatru

Wycho­wał się na Teatrze Pol­skiego Radia, gdzie wystę­po­wali wtedy wszy­scy ówcze­śni wielcy akto­rzy: Alek­san­der Zelwe­ro­wicz, Jan Kur­na­ko­wicz, Alek­san­der Dzwon­kow­ski. Roz­po­zna­wał ich wszyst­kich po gło­sach. Ach, jak się ich słu­chało! Co to było za prze­ży­cie!

Miał jakieś 10 lat, kiedy usły­szał w radiu Wielką Impro­wi­za­cję w wyko­na­niu Mie­czy­sława Milec­kiego.

To było fascy­nu­jące! Tylko ktoś z wiel­kim talen­tem mógł słu­cha­czowi nama­lo­wać gło­sem coś takiego jak Wielka Impro­wi­za­cja! I nawet przez myśl mi nie prze­szło, że sam będę ją kie­dyś recy­to­wał, i to dla wyjąt­ko­wej widowni.

Przy­po­mniała mi się ta recy­ta­cja Milec­kiego, kiedy za cza­sów pierw­szej "Soli­dar­no­ści", w 1980 roku na życze­nie "Soli­dar­no­ści" Ślą­skiej wystą­pi­łem w Spodku Kato­wic­kim w roli Gustawa - Kon­rada z Dzia­dów. Na widowni było pięć tysięcy ludzi, więc musia­łem mówić przez mikro­fon. To było już po Panu Woło­dy­jow­skim, cała Pol­ska znała mnie jako Azję Tuhaj­be­jo­wi­cza i recy­tu­jąc Wielką Impro­wi­za­cję, drża­łem, czy rap­tem ktoś z widowni nie krzyk­nie: "Ty pie­ro­nie, lepiej opo­wiedz nam, jak cię na pal nabi­jali!" - śmieje się na wspo­mnie­nie tego występu. - Na szczę­ście nic takiego się nie zda­rzyło, wszy­scy słu­chali jak zacza­ro­wani.

Ale to było wiele lat póź­niej, na razie, w poło­wie lat pięć­dzie­sią­tych, dla małego Daniela świat teatru roz­gry­wał się naj­pierw głów­nie w wyobraźni, potem, gdy zaczął cho­dzić do szkoły, zetknął się ze sceną na żywo. Kle­men­tyna Olbrych­ska pro­wa­dziła w gim­na­zjum szkolny teatr. Może reali­zo­wała swoje nie­speł­nione marze­nia sprzed lat, kiedy to zdała egza­miny rów­no­le­gle do szkoły teatral­nej i na dzien­ni­kar­stwo, ale wybrała to dru­gie. Teatr był na bar­dzo dobrym pozio­mie, wygry­wał w kon­kur­sach zespo­łów ama­tor­skich. I był waż­nym ele­men­tem życia kul­tu­ral­nego w Dro­hi­czy­nie.

- Czyli geny aktor­skie odzie­dzi­czył pan po mamie?

Zde­cy­do­wa­nie tak.

- Czy odwie­dzał pan mamę pod­czas prób, pod­glą­dał, chciał brać udział w przed­sta­wie­niach?

O tak! Oczy­wi­ście! Kie­dyś mama przy­go­to­wy­wała wysta­wie­nie Niem­ców Krucz­kow­skiego. Mia­łem wtedy osiem lat i koniecz­nie chcia­łem grać, oczy­wi­ście naj­lep­szą rolę, główną, pierw­szo­pla­nową, czyli pro­fe­sora Son­nen­bru­cha. - Śmieje się. - Oczy­wi­ście nic z tego nie wyszło, rolę dostał chło­pak z gim­na­zjum i zagrał świet­nie. Ja zade­biu­to­wa­łem nieco póź­niej w jakiejś jed­no­ak­tówce maleńką rólką bied­nego dziecka, które musi zara­biać na chleb. Cała rola to rap­tem dwa zda­nia. Byłem ubrany w jakąś obdartą koszulę i cały prze­jęty cze­ka­łem za kuli­sami na swoje wyj­ście na scenę, gdy nagle pod­szedł do mnie kolega i spy­tał: "Danek, a coś ty się w taką brudną koszulę ubrał?!".

Wystę­po­wa­łem nato­miast na aka­de­miach szkol­nych, recy­tu­jąc wier­sze, pamię­tam też, jak śpie­wa­łem "Auto­bus czer­wony przez ulice mego mia­sta mknie", a brat akom­pa­nio­wał mi na pia­ni­nie. To wszystko było fajne, cie­kawe, ale jed­nak o wiele bar­dziej pocią­gał mnie wtedy sport.

Syn niepokorny

Siel­skie życie w Dro­hi­czy­nie skoń­czyło się, kiedy matka poważ­nie zacho­ro­wała na serce. Spę­dziła kilka mie­sięcy w szpi­talu, chłop­cami w tym cza­sie zaj­mo­wali się dziad­ko­wie i ciotki, a gdy stam­tąd wró­ciła, zamiesz­kali razem z ojcem w War­sza­wie na Nowo­grodz­kiej. Warunki były okropne - kuch­nia i łazienka wspólne z trzema innymi rodzi­nami, a pokój przej­ściowy. Za ścianą miesz­kał aktor Teatru Kla­sycz­nego Tade­usz Gra­bow­ski, pierw­szy aktor, któ­rego Daniel poznał oso­bi­ście.

Ojciec był dla synów we wcze­snym dzie­ciń­stwie posta­cią nieco tajem­ni­czą, gdy odwie­dzał ich w Dro­hi­czy­nie, gdy opo­wia­dał o War­sza­wie, gdy pod­glą­dali, jak goli się dziw­nymi przy­rzą­dami. Bar­dzo im impo­no­wał. Miał ogromną wie­dzę, był czło­wie­kiem lubia­nym i życz­li­wym dla przy­ja­ciół, ale w domu dość apo­dyk­tycz­nym. Gdy zamiesz­kali razem, pró­bo­wał wpro­wa­dzić twardą dys­cy­plinę i pod­po­rząd­ko­wać sobie synów. Z łagod­nym, wyco­fa­nym Krzysz­to­fem to mu się czę­ściowo udało, ale dwu­na­sto­letni Daniel nie dał się zła­mać. Sta­wiał się ojcu albo obcho­dził zakazy, jak wtedy, gdy leka­rze odkryli u niego wadę serca i zabro­nili upra­wia­nia sportu, a on w tajem­nicy przed rodzi­cami cho­dził na tre­ningi szer­mierki. Zresztą dia­gnoza o wadzie serca wkrótce oka­zała się bzdurą.

Uczeń "nieregularny"

Na szkołę śred­nią rodzice wybrali mu liceum im. Ste­fana Bato­rego, już wtedy legen­darne, eli­tarne, o któ­rym marzyła cała mło­dzież war­szaw­ska.

- Był pan dobrym uczniem?

Okre­ślił­bym to raczej, że byłem uczniem nie­re­gu­lar­nym - odpo­wiada ze śmie­chem. - Raz nie mia­łem zeszytu, innym razem zapo­mnia­łem odro­bić pracę domową, no i dość czę­sto byłem nie­obecny, bo aku­rat wypadł mi tre­ning albo zawody, a od dzie­sią­tej klasy także próby w Stu­diu Teatral­nym dla mło­dzieży przy tele­wi­zji, w któ­rym zaczą­łem regu­lar­nie wystę­po­wać.

Te czę­ste nie­obec­no­ści oczy­wi­ście musiały odbić się na wyni­kach w nauce. Coraz czę­ściej zda­rzały się dwóje i brak zali­czeń. Do tego docho­dził nie­po­korny cha­rak­ter Daniela, który potra­fił wręcz demon­stra­cyj­nie oka­zy­wać, że na niczym mu nie zależy.

Roz­ra­bia­łem, byłem takim komi­kiem kla­so­wym, lubi­łem bła­zno­wać, roz­śmie­szać kole­gów, i to czę­sto na lek­cjach. Część nauczy­cieli mnie za to nie lubiła, iry­to­wały ich moje, uda­wane prze­cież, pew­ność sie­bie i aro­gan­cja.

Oczy­wi­ście były też szkolne miło­ści, kochał się to w jed­nej, to w dru­giej kole­żance. Jak twier­dzi - roman­tycz­nie i pla­to­nicz­nie.

Niby nie byłem takim pew­nym sie­bie aro­ganc­kim mło­dzień­cem, ale w isto­cie pozo­sta­wa­łem nie­śmia­łym, cią­gle pla­to­nicz­nie zako­cha­nym chło­pa­kiem.

Chyba jed­nak nie tylko pla­to­nicz­nie. Miał 17 lat, gdy w Stu­diu Teatral­nym zauro­czyła go czar­no­skóra Ais­sata z Mali, która przy­je­chała do Pol­ski uczyć się zawodu spi­kerki tele­wi­zyj­nej. Wystą­pili wspól­nie w jakimś spek­ta­klu poetyc­kim poświę­co­nym Afryce. Jej też spodo­bał się wyspor­to­wany blon­dyn i szybko zostali parą. Kie­dyś przy­pro­wa­dził ją do szkoły, żeby pochwa­lić się kole­gom, potem przed­sta­wił także mamie, żeby - jak mówi - zro­zu­miała przy­czyny jego "noc­nych nie­obec­no­ści w domu". Miłość trwała krótko, Ais­sata musiała wra­cać do sie­bie, potem nie odpo­wia­dała na listy i kon­takt się urwał.

Ten tryb życia dał znać o sobie w jede­na­stej kla­sie, na pół roku przed maturą, kiedy oka­zało się, że uczeń Daniel Olbrych­ski ma aż pięć dwój i grozi mu nie­do­pusz­cze­nie do egza­minu. Ura­to­wało go trzech nauczy­cieli - polo­ni­sta, który jed­no­cze­śnie pro­wa­dził teatr szkolny, gdzie Daniel był akto­rem, nauczy­cielka fran­cu­skiego, bo z tego przed­miotu był naj­lep­szy w kla­sie, i oczy­wi­ście nauczy­ciel WF-u. Sta­nęli za nim murem, prze­ko­nali grono peda­go­giczne, żeby dano mu szansę, i porę­czyli za niego.

Zawzią­łem się. Moją dewizą stało się - ja wam pokażę! I udało się! - wspo­mina.

Warun­kowo dopusz­czony uczeń Olbrych­ski zdał dosko­nale, rzec by można, bra­wu­rowo: z przed­mio­tów matu­ral­nych dostał cztery piątki i jedną czwórką.

W liceum znał się też z Ada­mem Mich­ni­kiem, wie­dział, że tak jak paru innych kole­gów działa on w jakimś klu­bie dys­ku­syj­nym, że kry­ty­kują wła­dze, ale mło­dego Olbrych­skiego nie inte­re­so­wała wtedy poli­tyka.

Zostać mistrzem olimpijskim

W okre­sie lice­al­nym ważna była dla niego nie tyle renoma Bato­rego i tra­dy­cje tej szkoły, ile miej­sce, gdzie się znaj­do­wała - nie­da­leko sta­dionu Legii, parku Agry­kola i Tor­waru. Rzu­cał się we wszyst­kie dys­cy­pliny sportu, które można było upra­wiać w klu­bach. Na Tor­wa­rze grał w hokeja, w klu­bie Legii upra­wiał szer­mierkę, grał w ping-ponga, bad­min­tona, z cza­sem zaczął upra­wiać boks.

Ow­szem, bak­cyl zaszcze­piony przez mamę dzia­łał, zwłasz­cza że czę­sto cho­dzi­li­śmy do teatru. Byłem pod ogrom­nym wra­że­niem Kor­diana w reży­se­rii Erwina Axera w Teatrze Naro­do­wym z Tade­uszem Łom­nic­kim i Alek­san­drą Ślą­ską, pierw­szą amantką kina tam­tego czasu. Łom­nicki - Kor­dian był fascy­nu­jący, księ­cia Kon­stan­tego genial­nie grał Jan Kur­na­ko­wicz. Chło­ną­łem to wszystko, ale jed­nak na pierw­szym miej­scu był dla mnie sport.

Sport uwiel­biał w każ­dej postaci, nie wie­dział jesz­cze, jak bar­dzo przyda mu się to w przy­szło­ści. Wiele ról, które póź­niej zagrał w fil­mach, wyma­gało dużej spraw­no­ści fizycz­nej. Upra­wiał różne dys­cy­pliny, zmie­niał je w zależ­no­ści od tego, jakie suk­cesy odno­sili pol­scy spor­towcy. Był zachłanny, wszyst­kiego chciał spró­bo­wać.

Chcia­łem zostać mistrzem olim­pij­skim, nie byłem jed­nak zde­cy­do­wany, w jakiej dys­cy­pli­nie - żar­tuje.

Zachwy­cał się Andrze­jem Badeń­skim, Emi­lem Zatop­kiem, więc gdy kie­dyś pod­czas gry w piłkę wypa­trzył go tre­ner war­szaw­skiego klubu lek­ko­atle­tycz­nego i zapro­po­no­wał tre­ningi, chęt­nie się zgo­dził. Bie­gał na 800 metrów, osią­gał coraz lep­sze wyniki i tre­nerzy wró­żyli mu spor­tową przy­szłość. Ale coraz trud­niej było godzić tre­ningi ze szkołą i teatrem ama­tor­skim, w któ­rym wystę­po­wał i który coraz bar­dziej go pocią­gał. Trzeba było wybrać. Pod­jął decy­zję i... zre­zy­gno­wał z kariery bie­ga­cza. Gdy oznaj­mił to tre­nerowi, usły­szał: "Szkoda. Aktora to z cie­bie ni­gdy nie będzie, a bie­gać na świa­to­wym pozio­mie byś mógł".

A może jednak aktor?

Od dzie­ciń­stwa pochła­niał poezję, czy­tał Mic­kie­wi­cza, Nor­wida, Leśmiana, znacz­nie sze­rzej, niż było to w zakre­sie szkol­nej lek­tury.

Wyro­słem z pol­skiej lite­ra­tury roman­tycz­nej i nie wyzwolę się już chyba ni­gdy od poetów roman­ty­zmu, od Wyspiań­skiego i roman­tyka prozy - Sien­kie­wi­cza - napi­sze wiele lat póź­niej w swo­jej książce Anioły wokół głowy.

W Bato­rym dzia­łał zna­ko­mity teatr pro­wa­dzony przez polo­ni­stę, pro­fe­sora Cicho­nia. Zemstę Fre­dry wysta­wiali dla uczniów war­szaw­skich liceów nawet na deskach teatru Buffo, i to aż kil­ka­na­ście razy. Szes­na­sto­letni Daniel zagrał Pap­kina, jed­nego z mura­rzy grał w tym spek­ta­klu Maciej Englert, który opra­co­wał też sce­no­gra­fię. Mło­dzież była zachwy­cona, owa­cjom nie było końca.

Czter­dzie­ści lat póź­niej Olbrych­ski zagra Dyn­dal­skiego w fil­mo­wej wer­sji Zemsty zre­ali­zo­wa­nej przez Andrzeja Wajdę, a w Teatrze Pol­skim w War­sza­wie w dwóch insce­ni­za­cjach - Cze­śnika. Tego ostat­niego gra też do dzi­siaj w Teatrze STU w Kra­ko­wie. Ale rola Pap­kina ze szkol­nego przed­sta­wie­nia wryła się mu w pamięć szcze­gól­nie. To był ten pierw­szy raz, kiedy sto­jąc na sce­nie, poczuł się jak praw­dziwy aktor. Od tego momentu decy­zja o wybo­rze zawodu była już prze­są­dzona.

Nie mia­łem tele­wi­zora w domu, ale któ­ryś z kole­gów powie­dział mi, że tele­wi­zja ogła­sza nabór do stu­dia teatral­nego dla mło­dzieży pro­wa­dzo­nego przez Andrzeja Konica. Zgło­si­łem się i zosta­łem przy­jęty. Była tam już Magda Zawadzka, Jola Zykun, Witek Dębicki.

Na zaję­cia w tym stu­diu cho­dzi­łem dwa lata. Przy­go­to­wy­wa­li­śmy dwa pro­gramy w mie­siącu: jeden poetycki, drugi kaba­re­towy. I cho­ciaż sport był na­dal moją miło­ścią naj­więk­szą, poczu­łem, że aktor­stwo jest moim żywio­łem. Recy­to­wa­łem Mic­kie­wi­cza, Nor­wida, Tuwima, śpie­wa­łem pio­senki, do któ­rych muzykę pisał spe­cjal­nie dla nas Jan Pta­szyn Wró­blew­ski. Za wyko­na­nie Grande Valse Bril­lante, a muszę zazna­czyć, że było to, zanim jesz­cze spo­pu­la­ry­zo­wała ten frag­ment Kwia­tów pol­skich Ewa Demar­czyk, dosta­łem swoje pierw­sze hono­ra­rium. Było więk­sze niż mie­sięczna renta mojej matki! Zaro­bi­łem pie­nią­dze za mówie­nie tek­stów przeze mnie nie­na­pi­sa­nych i od tej pory tak wła­śnie zara­biam na życie...

- Co pan kupił za te pierw­sze zaro­bione pie­nią­dze?

Nic nie kupi­łem. Dałem mamie, żeby ure­gu­lo­wała zale­głe płat­no­ści, i dzięki temu znów mie­li­śmy prąd wyłą­czony z powodu nie­pła­co­nych rachun­ków. Renta mamy i oka­zjo­nalne zarobki ojca nie wystar­czały na utrzy­ma­nie domu. Wcze­śniej przez wiele mie­sięcy musia­łem uczyć się przy świecz­kach albo lam­pie naf­to­wej.

Dwa lata póź­niej za debiu­tancką rolę w fil­mie Ranny w lesie zaro­bił szes­na­ście tysięcy zło­tych. Spra­wił sobie wtedy pierw­szy gar­ni­tur, a resztę pie­nię­dzy zawiózł dziad­kom do Dro­hi­czyna, żeby kupili węgiel.

Porażka czy sukces

Będąc jesz­cze w kla­sie matu­ral­nej, Daniel zagrał w Teatrze Mło­dego Widza w wido­wi­sku Kuba według Newer­lego, reży­se­ro­wa­nym przez Andrzeja Konica. Wystą­pił razem z Magdą Zawadzką i wielką aktorką Ryszardą Hanin, która była rów­nież wykła­dow­czy­nią w szkole teatral­nej. To wła­śnie wtedy, po sło­wach Hanin: "Daniel, ty musisz zda­wać do teatral­nej!" pod­jął osta­teczną decy­zję. Ale tak na wszelki wypa­dek rów­no­le­gle z PWST zło­żył papiery także na filo­lo­gię romań­ską. Roz­wa­żał egza­miny na AWF, ale tam trzeba było zda­wać bio­lo­gię, z któ­rej nie był zbyt mocny.

Mama była pomy­słem zda­wa­nia do szkoły teatral­nej zachwy­cona, ojciec prze­ciw­nie. Uwa­żał, że syn powi­nien zdo­być jakiś "kon­kretny" zawód - leka­rza albo dzien­ni­ka­rza.

Na egza­min przy­go­to­wał wiersz, któ­rym debiu­to­wał w stu­diu Konica 13 grud­nia 1961 roku - frag­ment Kwia­tów pol­skich Tuwima. W komi­sji zasia­dały same zna­ko­mi­to­ści: Alek­san­der Bar­dini, Jan Krecz­mar, Zofia Mro­zow­ska, Janusz War­necki, Zbi­gniew Zapa­sie­wicz, co oczy­wi­ście tylko dodat­kowo zwięk­szyło tremę mło­dego czło­wieka.

Zaczą­łem mocno, z uczu­ciem: "Czy pamię­tasz, jak z tobą tań­czy­łem walca, panno, Madonno, legendo tych lat! Czy pamię­tasz, jak ruszył świat do tańca, świat, co w ramiona ci wpadł!"... i w tym momen­cie ktoś z komi­sji powie­dział: Stop! Zamar­łem... "Dzię­ku­jemy panu!", usły­sza­łem. Całe powie­trze ze mnie zeszło, poczu­łem się prze­grany, zgnę­biony wysze­dłem z budynku szkoły i pobie­głem do baru, który był po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Zamó­wi­łem w bufe­cie kufel piwa i pięć­dzie­siątkę wódki, żeby jakoś się pod­nieść na duchu po tej klę­sce. Gdy wle­wa­łem wódkę do kufla z piwem, usły­sza­łem za sobą cha­rak­te­ry­styczny głos: "A cze­muż to pan, panie Olbrych­ski, leje wódkę do piwa?". Odwró­ci­łem się gwał­tow­nie. Za mną stał pro­fe­sor Bar­dini, który przed chwilą był w tej komi­sji.

- Żeby oblać swoją porażkę! - odpo­wie­dzia­łem.

- A dla­czego myśli pan, że to była porażka? - inda­go­wał Bar­dini tym swoim nauczy­ciel­skim tonem.

- Bo prze­rwa­li­ście mi i uzna­li­ście, że nie warto dalej słu­chać.

- A może my, panie Danielu, prze­rwa­li­śmy, bo uzna­li­śmy, że to było dobre i że warto pana dalej uczyć...

No i oka­zało się, że nie tylko zosta­łem przy­jęty, ale byłem na pierw­szym miej­scu wśród zda­ją­cych, na dru­gim była Basia Bryl­ska.

Po raz pierwszy w filmie

Jesz­cze w tym samym roku dostał pierw­szą pro­po­zy­cję fil­mową. Zagrał rolę Korala, nie­śmia­łego chło­paka ze wsi w fil­mie wojen­nym Janu­sza Nasfe­tera Ranny w lesie. Nie był tą rolą zachwy­cony, nie był też zachwy­cony sobą w tym fil­mie. W fil­mie, ina­czej niż w teatrze, gdzie wszystko szło na żywo, po kilku dniach zdję­cio­wych mógł zoba­czył sie­bie na ekra­nie. Był bar­dzo nie­za­do­wo­lony, tak bar­dzo, że myślał o tym, żeby pozo­stać akto­rem tylko teatral­nym.

Miał zale­d­wie 18 lat i był abso­lut­nym nowi­cju­szem na pla­nie fil­mo­wym, w dodatku mię­dzy samymi zna­nymi akto­rami. Wiel­kim wspar­ciem był dla niego wtedy star­szy kolega z planu, Ste­fan Fried­mann. Prze­szedł swój chrzest bojowy z god­no­ścią, starsi kole­dzy go zaak­cep­to­wali, pomysł zarzu­ce­nia aktor­stwa fil­mo­wego został na szczę­ście zanie­chany.

Na pla­nie Ran­nego w lesie spo­tkał osoby, który miały decy­du­jący wpływ na jego dal­szą karierę - Jerzego i Walę Hof­f­ma­nów. Wypa­trzyli go w tym fil­mie i od tego momentu wszystko poto­czyło się tak, jak miało się poto­czyć.

Po raz pierwszy u Wajdy

Pew­nego dnia na zaję­cia w szkole teatral­nej pro­wa­dzone przez Zofię Mały­nicz wszedł szczu­pły, nie­wy­soki męż­czy­zna. Usiadł na końcu sali i przy­słu­chi­wał się stu­den­tom. Był to Andrzej Wajda, o czym stu­denci wtedy nie wie­dzieli. Tele­wi­zja nie była jesz­cze tak powszechna, z gazet znało się twa­rze akto­rów, ale nie reży­se­rów. Wie­dzieli ow­szem, kim jest Wajda i że nakrę­cił Popiół i dia­ment, ale nie znali jego twa­rzy. Oka­zało się, że reży­ser szuka nowych mło­dych, nie­opa­trzo­nych akto­rów do filmu Popioły.

To było nie­długo po tym, jak na ekrany weszła Wojna i pokój Sier­gieja Bon­dar­czuka, w któ­rym reży­ser obsa­dził akto­rów wpraw­dzie legen­dar­nych, ale nie­stety mają­cych już pod pięć­dzie­siątkę. Taki star­szawy Woł­koń­ski czy Bez­u­chow byli nie­prze­ko­nu­jący, obraz poniósł porażkę i było to żywo dys­ku­to­wane, nie tylko w świe­cie fil­mo­wym. Andrzej Wajda począt­kowo też zamie­rzał posta­wić w Popio­łach na zna­nych akto­rów. Rafała Olbrom­skiego miał grać trzy­dzie­sto­letni wtedy Roman Wil­helmi, a Krzysz­tofa Cedrę trzy­dzie­sto­dwu­letni Zby­szek Cybul­ski. Jed­nak po dys­ku­sji, jaka się prze­to­czyła po fil­mie Bon­dar­czuka, Wajda stwier­dził, że musi mieć kogoś, kto jest dosłow­nie w wieku nie­spełna dwu­dzie­sto­let­nich boha­te­rów.

Podobno moją osobę pod­po­wie­działa Waj­dzie naj­lep­sza madame casting Hof­f­mana, czyli jego żona Wala, która zawsze wie­działa wszystko, co się dzieje w świe­cie fil­mo­wym. To ona wypa­trzyła mnie rok wcze­śniej na pla­nie Ran­nego w lesie. Ale o tym dowie­dzia­łem się od Andrzeja Wajdy wiele lat póź­niej, pod­czas mojego bene­fisu na pięć­dzie­się­cio­le­cie, który odby­wał się w teatrze Rampa. Andrzej opo­wie­dział wtedy, że moją kan­dy­da­turę do Popio­łów mocno poparł rek­tor Jan Krecz­mar. Podobno powie­dział: "Panie Andrzeju, niech pan nie szuka w róż­nych kla­sach, tu jest wielu zdol­nych ludzi, ale jest chło­pak, który będzie się panu ide­al­nie nada­wał, nawet nazwi­sko ma podobne, Olbrych­ski - pra­wie jak Olbrom­ski. Pro­blem z nim jest tylko taki, że jest jakby tro­chę wybla­kły, albi­no­so­waty, ale w fil­mie, jak go dobrze poma­lu­je­cie, to nawet amanta może zagrać".

Infor­ma­cja o tym, że Olbrych­ski będzie grał w Popio­łach, szybko roze­szła się po szkole. Jeden z pro­fe­so­rów, wykła­dowca filo­zo­fii, gra­tu­lu­jąc mu suk­cesu, powie­dział: "Panie Danielu, nie rola będzie dla pana naj­waż­niej­sza, ale to, że przez rok albo dłu­żej będzie pan prze­by­wał w towa­rzy­stwie Andrzeja Wajdy - jed­nego z naj­więk­szych inte­lek­tu­ali­stów w Euro­pie, oraz ludzi, któ­rzy go ota­czają. Niech pan nie zmar­nuje tego czasu!".

Gdy to mówił, jesz­cze nie do końca rozu­mia­łem wagę tego, czego mia­łem doświad­czyć. Mia­łem 19 lat i co innego było mi w gło­wie. Ale bar­dzo szybko doce­ni­łem prze­by­wa­nie w śro­do­wi­sku Andrzeja Wajdy. Pozna­łem Kon­wic­kiego, Bran­dysa, Andrze­jew­skiego, Żuław­skiego, Jasie­nicę, Iwasz­kie­wi­cza i wielu innych. Nie­raz sie­dzia­łem z nimi przy sto­liku, w kawiarni Związku Lite­ra­tów Pol­skich. Sta­ra­łem się być uważ­nym słu­cha­czem ich roz­mów, nie tylko o kul­tu­rze, ale także o świe­cie, o poli­tyce. Z cza­sem sta­łem się też tych roz­mów uczest­ni­kiem. Byłem w cen­trum życia kul­tu­ral­nego, a jako bar­dzo młody czło­wiek, bo prze­cież w sumie to ja byłem jesz­cze dzie­cia­kiem, szybko się uczy­łem.

Po spo­tka­niu w szkole teatral­nej Wajda zapro­sił mło­dego Olbrych­skiego na plan Popio­łów, żeby zro­bić zdję­cia próbne. Rolę Heleny miała zagrać Pola Raksa. Koń­czyła wła­śnie szkołę fil­mową w Łodzi, była bar­dzo popu­larna po fil­mie Sza­tan z siód­mej klasy i połowa Pol­ski się w niej kochała.

Andrzej, z któ­rym oczy­wi­ście nie byłem jesz­cze wtedy na "ty", posta­wił mnie naprze­ciwko Poli i kazał nam zagrać scenę miło­sną. "Tu macie tekst, ale on jest mniej ważny, ja chcę zoba­czyć wasze emo­cje, to, że się bar­dzo kocha­cie" - powie­dział. Pomy­śla­łem sobie: "Zagram czy nie zagram tego Rafała, ale co się naści­skam Poli Raksy to moje!". Gramy więc tę scenę miło­sną, a kame­rzy­sta wciąż nas musz­truje: "Polu, bar­dziej w lewo!", "Panie Danielu, tro­chę do tyłu!", "Nie musi­cie grać tak cia­sno, to jest pano­rama!". Wajda mru­gnął do mnie, że jest okej, więc się uwa­gami ope­ra­tora nie przej­mo­wa­łem. Może nie zagrał­bym tak dobrze bez­czel­nego, pew­nego sie­bie Rafała Olbrom­skiego, gdy­bym wtedy wie­dział, że ten kame­rzy­sta to świeżo poślu­biony mąż Poli Raksy - ope­ra­tor Andrzej Kostenko - śmieje się na wspo­mnie­nie tam­tej sceny.

Rok po wej­ściu na ekrany Popioły otwie­rały poza­kon­kur­sowy pokaz na Festi­walu Fil­mo­wym w Can­nes. Tam dwu­dzie­sto­letni Daniel Olbrych­ski poznał wielu świa­to­wej sławy akto­rów, m.in. zaprzy­jaź­nił się z Kir­kiem Dougla­sem.

U Andrzeja Wajdy w ciągu następ­nych pięć­dzie­się­ciu lat zagrał w sumie trzy­na­ście razy. Każda rola była zna­cząca, wiele wybit­nych, jak Karola Boro­wiec­kiego w Ziemi obie­ca­nej, pana mło­dego w Weselu, Wik­tora Rubena w Pan­nach z Wilka czy Ger­wa­zego Rębajły w Panu Tade­uszu. Każ­dej z ról dał wiele ze swo­jego cha­rak­teru roman­tyka.

Bez kaskaderów

Na pla­nie fil­mo­wym Popio­łów ujaw­nił się per­fek­cjo­nizm mło­dziut­kiego Olbrych­skiego. Nie miał jesz­cze oby­cia fil­mo­wego, bra­ko­wało mu tech­niki, ale roz­pie­rały go ener­gia i wręcz zachłan­ność, jeśli cho­dzi o naukę zawodu. Oka­zało się, że musi popra­co­wać nad gło­sem. Wysłano go do Łodzi, gdzie pod kie­run­kiem dosko­na­łej nauczy­cielki impo­sta­cji w ciągu kilku tygo­dni jego głos został pra­wi­dłowo usta­wiony, pozbył się mówie­nia przez nos i war­szaw­skiego akcentu.

Rola Rafała Olbrom­skiego wyma­gała spraw­nej jazdy kon­nej. Daniel, który konno jeź­dził od naj­młod­szych lat, za punkt honoru posta­wił sobie, że w fil­mie będzie jeź­dził per­fek­cyj­nie, co naj­mniej tak jak kow­boje w ame­ry­kań­skich fil­mach. Dawny kawa­le­rzy­sta rot­mistrz Olędzki, który został jego instruk­to­rem, uznał, że trzy mie­siące na naukę, a tyle czasu dostali, to za mało. Ale Daniel się zawziął, a rot­mistrz trak­to­wał go jak rekruta, bez zmi­ło­wa­nia. Sprzą­tał więc staj­nie, czy­ścił konia i jeź­dził, jeź­dził, jeź­dził. Ćwi­czył jazdę bez strze­mion, spa­da­nie, wska­ki­wa­nie w biegu, konie dosta­wał różne i każ­dego musiał sobie uło­żyć. A wszystko to działo się rów­no­cze­śnie z zaję­ciami w szkole teatral­nej, z któ­rych nikt go nie zwol­nił. Biegł więc skoro świt na ćwi­cze­nia z rot­mistrzem Olędz­kim, a potem do szkoły. Nie­raz przy­sy­piał pod­czas zajęć.

Per­fek­cyjna jazda konna przy­dała się nie tylko w Popio­łach. Kilka lat póź­niej zapre­zen­to­wał wspa­niałe umie­jęt­no­ści jako Azja w Panu Woło­dy­jow­skim, w Poto­pie poka­zał kilka nie­zwy­kłych sztu­czek, m.in. kła­dąc konia pod sobą w sce­nie zwiadu pro­wa­dzo­nego z dwoma Tata­rami, a sceną, kiedy to Kmi­cic pre­zen­tuje zalety swo­jego wierz­chowca Bogu­sła­wowi Radzi­wił­łowi, zachwy­cił naj­więk­szych pro­fe­sjo­na­li­stów.

Nie przy­szło to łatwo. Przy­go­to­wu­jąc się do tego uję­cia, per­fek­cjo­ni­sta Olbrych­ski przez dwa tygo­dnie ćwi­czył po kilka godzin dzien­nie pod okiem mistrza Pol­ski w jeź­dzie kon­nej Anto­niego Pacyń­skiego, tre­nu­jąc piru­ety, kłu­so­wa­nie w miej­scu, czyli piafy i inne taneczne popisy.

Od Popio­łów przez wszyst­kie kolejne filmy ni­gdy nie korzy­stał z kaska­dera.

Za tę miłość do koni kochali Daniela instruk­to­rzy jeź­dziec­twa i dyrek­to­rzy stad­nin, któ­rzy wypo­ży­czali konie do fil­mów. Ta miłość mogła się kie­dyś tra­gicz­nie skoń­czyć.

Pod­czas krę­ce­nia w Popio­łach sceny prze­prawy przez zamar­z­niętą rzekę pod koniem nagle zała­mał się lód. Razem z nim wpa­dłem do wody na środku Pilicy. Udało mi się wydo­stać na zmar­z­niętą część, ale koń nie dawał rady, szedł na dno. Ekipa stała na brzegu, wołali, żebym zosta­wił konia i sam się rato­wał. Ale jak ja mógł­bym go zosta­wić? Cią­gną­łem go w stronę brzegu z całej siły, aż tra­fił przed­nimi nogami na twardy grunt. Ura­to­wa­li­śmy się obaj. Było 20 stopni mrozu, ja dosta­łem od razu szklankę wódki, a koniowi dolali pół litra do wia­dra wody. Żaden z nas tej przy­gody nie odcho­ro­wał, a dyrek­tor stad­niny za ura­to­wa­nie Wind­sora, ulu­bio­nego konia jego żony, został moim dozgon­nym przy­ja­cie­lem - wspo­mina, poka­zu­jąc zdję­cie, na któ­rym uwiecz­niono tę przy­godę.

Mogło się przewrócić w głowie

Pro­sto z planu Popio­łów latem 1965 roku prze­szedł na plan filmu Janu­sza Mor­gen­sterna Potem nastąpi cisza. W Popio­łach grał obok takich sław jak Jan Świ­der­ski, Wła­dy­sław Hań­cza, Beata Tysz­kie­wicz, Sta­ni­sław Zaczyk, w Potem nastąpi cisza - z Tade­uszem Łom­nic­kim i Mar­kiem Pere­peczko.

- Grał pan z akto­rami bar­dzo zna­nymi, nie­któ­rzy, jak Świ­der­ski, byli pana pro­fe­so­rami, wykła­dow­cami ze szkoły teatral­nej. Czy to pana nie peszyło?

Nie. To jest wła­śnie ta bez­czel­ność mło­do­ści. Mia­łem w sobie coś z tego bez­czel­nego, pew­nego sie­bie Rafała Olbrom­skiego.

Popu­lar­ność, jaka dopa­dła go po Popio­łach, zasko­czyła nawet jego samego. Zdję­cia były w gaze­tach, na ulicy nasto­latki pisz­czały na jego widok, dosta­wał mnó­stwo listów, nie tylko z Pol­ski, bo film wyświe­tlany był także za gra­nicą. Można było dostać zawrotu głowy.

Wie pani, to się tak szybko na mnie zwa­liło, rola, która w wieku 18-20 lat uczy­niła mnie roz­po­zna­wal­nym...

- ...gwiaz­do­rem raczej.

No wła­ści­wie tak, gwiaz­do­rem. Obej­rzało mnie w Popio­łach kil­ka­na­ście milio­nów Pola­ków, roz­go­rzała dys­ku­sja naro­dowa o patrio­ty­zmie itd. Wygry­wa­łem ple­bi­scyty na naj­po­pu­lar­niej­szego aktora. Suk­ces był zawrotny. To mogło prze­wró­cić w gło­wie...

- A prze­wró­ciło?

Myślę, że chyba nie, mama ukształ­to­wała mi dobry krę­go­słup. Ona dys­kret­nie czu­wała nade mną. Czę­sto mi powta­rzała, żebym był skromny... A ja po tych dwóch fil­mach chcia­łem grać, grać i grać. Wszyst­kiego było mi mało - wspo­mina.

Matka wie­działa, dla­czego trzeba czu­wać nad Danie­lem. "Wszystko, co robił, czy­nił z wielką wytrwa­ło­ścią. Był trud­nym chłop­cem, bar­dzo upar­tym i zawsze musiał mieć to, czego chciał, a chciał cią­gle innych rze­czy" - wspo­mi­nała w Teatrze rado­ści.

A Andrzej Wajda o swoim dzie­więt­na­sto­let­nim akto­rze powie­dział: "Roz­sa­dzał go nad­miar ener­gii i nad­miar talentu".

Jed­nak nie do końca było tak, że gwiaz­dor­stwo nie ude­rzyło mu do głowy. Zda­rzyło się kilka eks­ce­sów po alko­holu, jeden nawet z udzia­łem mili­cji, i parę sza­lo­nych przy­gód z kole­gami. W towa­rzy­stwie uwiel­biał być w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia, rywa­li­zo­wać, ulu­bioną zabawą było siło­wa­nie się na rękę. No i oczy­wi­ście łama­nie serc kobie­cych. Ale to cał­kiem inna histo­ria...

Udźwi­gnię­cie sławy nie było dla dzie­więt­na­sto-dwu­dzie­sto­latka łatwe. Na szczę­ście "nad­miar talentu" zwy­cię­żył nad "nad­miarem ener­gii"...

Znowu szkoła

Kiedy został zaan­ga­żo­wany do Popio­łów, za zgodą rek­tora zresztą, zgod­nie z jego pole­ce­niem wziął urlop dzie­kań­ski. Po roku, gdy wró­cił do szkoły teatral­nej, kole­dzy byli już na trze­cim roku, a on musiał kon­ty­nu­ować rok drugi. Dosko­nale tra­fił, było tam wielu świet­nych w przy­szło­ści akto­rów, m.in. Andrzej Sewe­ryn i Piotr Fron­czew­ski.

Był już po dwóch fil­mach, poznał taj­niki pracy na pla­nie, nauczył się, jak cho­dzić przed kamerą, jak współ­pra­co­wać, miał uło­żony głos i udo­sko­na­lone umie­jęt­no­ści fizyczne. Szkolne zaję­cia z dyk­cji, emi­sji głosu, ruchu sce­nicz­nego, pro­ste scenki i tym podobne nudziły go. Wie­dział jed­nak, że szkołę powi­nien skoń­czyć.

Zali­czy­łem pierw­szy semestr na tym dru­gim roku, kiedy nagle wezwał mnie na roz­mowę rek­tor.

- Danielu, czy masz jakieś pro­po­zy­cje fil­mowe? - spy­tał.

- No... mam - odpo­wie­dzia­łem z waha­niem - ale odma­wiam, bo mama mówi, że przede wszyst­kim muszę skoń­czyć szkołę.

Krecz­mar uśmiech­nął się i powie­dział:

- Mamę biorę na sie­bie! Danielu, widzę, że nudzisz się na tych zaję­ciach, i ja cię rozu­miem. Ty już jesteś pra­wie zawo­dow­cem, a pro­gram w szkole jest taki, jaki jest i my go musimy reali­zo­wać. Nie wszy­scy mieli takie szczę­ście jak ty, żeby szko­lić się w prak­tyce na pla­nie fil­mo­wym. Poza tym tro­chę mi tu demo­ra­li­zu­jesz stu­den­tów i utrud­niasz życie nauczy­cie­lom, bo cią­gle są tu jacyś dzien­ni­ka­rze, tele­wi­zja, przy­cho­dzą stosy listów, kręcą się jakieś wiel­bi­cielki i to nam dez­or­ga­ni­zuje pracę. Ty idź już, chło­paku, swoją drogą! Dobrze by tylko było, żebyś posia­dał jakiś papie­rek, że masz odpo­wied­nie wykształ­ce­nie, bo w tym kraju to ważne. Przyj­dziesz za rok czy dwa i zdasz egza­min eks­ter­ni­stycz­nie.

No i tak zro­bi­łem. Jak tylko sta­łem się wolny od szkoły, od razu syp­nęły się pro­po­zy­cje: Mał­żeń­stwo z roz­sądku, Jowita, Bok­ser.

Nie­stety, za rok ani dwa nie było egza­mi­nów eks­ter­ni­stycz­nych. Zdał je wiele lat póź­niej. Miał już wtedy za sobą udział w dwu­dzie­stu sied­miu fil­mach u czo­łówki pol­skich reży­se­rów, m.in. u Barei w Mał­żeń­stwie z roz­sądku, u Kutza w Skoku i Soli ziemi czar­nej, u Zanus­siego w Zali­cze­niu i Struk­tu­rze krysz­tału, u Ant­czaka w Hra­bi­nie Cosel, u Wajdy we Wszystko na sprze­daż, Polo­wa­niu na muchy, Kra­jo­bra­zie po bitwie i Brze­zi­nie, u Hof­f­mana w Panu Woło­dy­jow­skim.

Gdy dowie­dział się o egza­mi­nie eks­ter­ni­stycz­nym, był wła­śnie na pla­nie Potopu pod Czę­sto­chową. W dodatku rów­no­cze­śnie grał wtedy Ham­leta w Teatrze Naro­do­wym u Hanusz­kie­wi­cza. Wziął urlop z planu fil­mo­wego i poje­chał na egza­min do PWST.

Na egza­mi­nie trzeba było ode­grać przed komi­sją jakąś scenę. Byłem już zna­nym akto­rem, ale egza­min to egza­min, nie lek­ce­wa­ży­łem go, broń Boże, naprawdę byłem prze­jęty. Gra­łem wtedy Ham­leta w Naro­do­wym u Hanusz­kie­wi­cza, matkę grała Zofia Kucówna. Wybra­łem na egza­min scenę roz­mowy Ham­leta z matką i popro­si­łem Zofię, żeby zechciała mi towa­rzy­szyć. Weszli­śmy, sta­nę­li­śmy naprze­ciw sie­bie, zaczą­łem "Matko, matko, matko...", a prze­wod­ni­czący komi­sji Boh­dan Korze­niew­ski prze­rwał mi, tak jak przed laty pro­fe­sor Bar­dini, i mówi: "Wszy­scy byli­śmy na pre­mie­rze Ham­leta i widzie­li­śmy tam pana, panie Danielu. Dzię­ku­jemy, że potrak­to­wał pan ten egza­min poważ­nie, i z rado­ścią witamy w naszym gro­nie!". I tak oto zosta­łem "akto­rem dyplo­mo­wa­nym".

Po tym egza­mi­nie wró­cił na plan Potopu. Dwa lata póź­niej film otrzy­mał nomi­na­cję do Oscara, ale dla Olbrych­skiego suk­ces Potopu ma też wymiar oso­bi­sty. Kiedy bowiem Jerzy Hof­f­man ogło­sił, kto zagra Kmi­cica, roz­pę­tała się burza, a na Olbrych­skiego zaczęła się wręcz nagonka. Jesz­cze nie­dawno wygry­wał ple­bi­scyty na naj­po­pu­lar­niej­szego aktora, teraz nagle oka­zało się, że publicz­ność nie chce go w roli Kmi­cica, "bo prze­cież grał Azję". Roz­go­rzała ogól­no­na­ro­dowa dys­ku­sja, włą­czali się w nią kry­tycy fil­mowi, dzien­ni­ka­rze, pisano, że prze­cież jest wielu innych akto­rów, któ­rzy z powo­dze­niem mogliby zagrać tę rolę. Z pyta­niami peł­nymi pre­ten­sji, dla­czego przy­jął tę rolę, Olbrych­ski spo­ty­kał się w kawiarni i na ulicy. Nagonka była tak dotkliwa, że zaczął się zasta­na­wiać, czy nie odrzu­cić roli. Zwłasz­cza że dostał wtedy pro­po­zy­cję od Kirka Douglasa zagra­nia w reży­se­ro­wa­nym przez niego fil­mie o pira­tach. Pod­czas roz­mowy tele­fo­nicz­nej Olbrych­ski opo­wie­dział Dougla­sowi o tej ogól­no­na­ro­do­wej histe­rii zwią­za­nej z obsa­dze­niem go w roli Kmi­cica.

Dziś wspo­mina to ze śmie­chem.

Kirk powie­dział mi wtedy: "Daniel, ty żyjesz w pięk­nym kraju dla aktora! U mnie po fil­mie opi­nia publiczna wyrazi się co naj­wy­żej, czy byłem dobry czy zły w danej roli. Ale żeby jesz­cze przed zagra­niem całe spo­łe­czeń­stwo dys­ku­to­wało, czy mam zagrać czy nie, no to takiego zaszczytu jesz­cze ni­gdy nie dostą­pi­łem!".

Gaża za rolę w fil­mie Douglasa byłaby kil­ka­krot­nie wyż­sza od tej, którą mógł zaofe­ro­wać Hof­f­man. Wybrał Potop. Ode­zwał się w nim ten sam prze­korny Daniel, który przed maturą posta­no­wił: "Ja wam pokażę!".

I poka­zał. Dziś nikt nie wyobraża sobie innego Kmi­cica. Jest z tą rolą zro­śnięty.

Hamlet, czyli aktorska korona

- Czy jako młody aktor w począt­kach kariery miał pan jakąś szcze­gól­nie wyma­rzoną rolę?

Zdziwi się pani, ale nie. To było zupeł­nie nie­zwy­kłe, bo każda kolejna rola wyprze­dzała moje marze­nia. Przy­cho­dziła, nim zdą­ży­łem pomy­śleć. Tre­no­wa­łem boks i uwiel­bia­łem bok­se­rów - zagra­łem bok­sera, uwiel­bia­łem na przy­kład Zbyszka Cybul­skiego i zagra­łem w fil­mie o nim Wszystko na sprze­daż, kocha­łem Try­lo­gię - zagra­łem Azję Tuhaj­be­jo­wi­cza, potem Kmi­cica... I to trwało aż do pre­miery Ham­leta.

- Ham­let - przy­sło­wiowy szczyt marzeń każ­dego aktora. Dla pana też?...

I tak, i nie. Ja o tym Ham­le­cie nie marzy­łem, bo cią­gle byłem czymś zajęty, aż tu nagle Adam Hanusz­kie­wicz ścią­gnął mnie do Teatru Powszech­nego. A ja po wielu doko­na­niach fil­mo­wych, wielu ple­bi­scy­tach, festi­wa­lach, nawet mię­dzy­na­ro­do­wych, jesz­cze nie debiu­to­wa­łem w teatrze, poza teatrem ama­tor­skim oczy­wi­ście. Czego, nawia­sem mówiąc, żało­wała mama, bo dla niej teatr był miło­ścią pierw­szą. Hanusz­kie­wicz, pro­po­nu­jąc mi pracę w teatrze, zazna­czył, że na roz­grzewkę, żeby otrza­skać się ze sceną, naj­lep­sza jest kla­syczna kome­dia. "Żeby za rok zagrać Ham­leta, trzeba wcze­śniej sto razy zagrać w kome­dii Fre­dry. Jeśli pan się zgo­dzi, to pro­po­nuję na począ­tek rolę Gustawa w Ślu­bach panień­skich" - powie­dział do mnie.

I tak też się stało. Śluby panień­skie odnio­sły ogromny suk­ces, potem Hanusz­kie­wicz prze­niósł się z zespo­łem do Teatru Naro­do­wego i rok póź­niej przy­szedł Ham­let.

W dniu pre­miery Ham­leta, po dłu­gich owa­cjach na sto­jąco, zsze­dłem ze sceny szczę­śliwy. Roz­bie­ram się w gar­de­ro­bie, zmy­wam maki­jaż, patrzę w lustro i mówię do sie­bie w myślach: "No cóż, ist­nieje taka teo­ria, że Ham­let to marze­nie każ­dego aktora. No to ja wła­śnie to marze­nie zre­ali­zo­wa­łem. I co dalej? Czy to już szczyt i koniec? Czy już powi­nie­nem czuć się speł­niony?".

Nie prze­ko­ny­wało mnie to. I od tej pory mam taką filo­zo­fię: naj­waż­niej­sza jest ta rola, którą wła­śnie gram, a marze­niem jest nie jakaś kon­kretna, tylko ta, która jest przede mną.

* * *

- Czy to wszystko mógł sobie wyobra­zić zachłanny na życie, cie­kawy świata kil­ku­letni chło­pak z Dro­hi­czyna? Że zagra w stu osiem­dzie­się­ciu fil­mach, że pięć fil­mów z jego udzia­łem będzie nomi­no­wane do Oscara, że będzie grał w pro­duk­cjach pol­skich, ame­ry­kań­skich, węgier­skich, wło­skich, fran­cu­skich, nie­miec­kich? Czego można chcieć wię­cej?

W ame­ry­kań­skim hol­ly­wo­odz­kim fil­mie sen­sa­cyj­nym już zagra­łem - z mega­gwiazdą Ange­liną Jolie, a film Salt obej­rzało pół miliarda ludzi na świe­cie. To jest wielki suk­ces. Nie mówiąc o satys­fak­cji finan­so­wej - upły­nęło kil­ka­na­ście lat od pre­miery, a ja wciąż dostaję tan­tiemy, które prze­wyż­szyły już wyso­kość samej gaży.

Ale gdzieś tam w środku zatrzy­ma­łem w sobie takie ciche marze­nie - żeby na stare lata zagrać główną rolę w ame­ry­kań­skim wester­nie. - Śmieje się, poka­zu­jąc swoje zdję­cia z gwiaz­dami świa­to­wego kina.

Pew­nie już się nie spełni, ale warto poma­rzyć - dodaje.

Od pod­la­skiego kow­boja gna­ją­cego na oklep nad Bug do fil­mo­wego ame­ry­kań­skiego kow­boja na pre­rii - to dopiero byłoby dopeł­nie­nie marzeń z dzie­ciń­stwa...

Jolanta Kwaśniewska. Dama z duszą społecznika

Jolanta Kwaśniewska

Dama z duszą społecznika

Jest naj­le­piej oce­nianą przez Pola­ków pierw­szą damą, przez media okrzyk­nięta ikoną stylu i dobrego smaku. Jolanta Kwa­śniew­ska skoń­czyła nie­dawno 67 lat. I choć wygląda o wiele mło­dziej, niż wska­zuje kalen­darz, nie kokie­tuje i nie ukrywa swo­jego wieku.

Wycią­gam naszą wspólną foto­gra­fię sprzed dwu­dzie­stu pię­ciu lat i żar­tu­jemy, że tylko fry­zury nam się zmie­niły.

Wiek mamy w gło­wie. Ja czuję się znacz­nie mło­dziej, niż wska­zuje to metryka. I tej zasady się trzy­majmy - śmieje się pre­zy­den­towa.

Dżinsy i koszu­lowa bluzka, per­fek­cyjny maki­jaż, krót­kie włosy, spor­towe buty na pła­skiej pode­szwie nadają jej bar­dzo ener­ge­tyczny wyraz. Kiedy wcho­dzi do sie­dziby fun­da­cji, jej ener­gia udziela się wszyst­kim. Wolon­ta­riu­sze przy­go­to­wują wła­śnie kolejny pakiet pomocy dla uchodź­ców z Ukra­iny.

Nim usią­dziemy do roz­mowy, Jolanta Kwa­śniew­ska prze­gląda naj­pil­niej­szą kore­spon­den­cję, pod­pi­suje doku­menty, odbiera tele­fon z Ukra­iny, pamięta też o swo­jej ukra­iń­skiej wolon­ta­riuszce, któ­rej zała­twia woj­skowe buty dla wal­czą­cego na fron­cie męża.

- Zaraża entu­zja­zmem. Ma nie­zwy­kłe pomy­sły. Jest kon­se­kwentna i wie, czego chce. Zawsze dopro­wa­dza sprawy do końca - mówi Anna Jan­kow­ska-Dra­bik, dyrek­torka Fun­da­cji "Poro­zu­mie­nie bez Barier". - Pani pre­zy­den­towa ma wyjąt­kowy dar prze­ko­ny­wa­nia innych do swo­ich idei.

Utwo­rzona w 1997 roku fun­da­cja począt­kowo miała zaj­mo­wać się wyrów­ny­wa­niem szans dzieci nie­peł­no­spraw­nych, ale przez lata posze­rzała obszar swo­jego dzia­ła­nia, obej­mu­jąc pomocą dzieci chore na nowo­twory, dzieci uzdol­nione, sie­roty, wspie­ra­jąc szpi­tale i hospi­cja, two­rząc pro­gramy inte­gra­cyjne, pro­wa­dząc Fun­dusz Pomocy Mło­dym Talen­tom. Jolanta Kwa­śniew­ska anga­żuje się w sprawy kobiet - jest współ­za­ło­ży­cielką w 2009 roku Kon­gresu Kobiet, zaan­ga­żo­wała się w pomoc star­szym ludziom w Domach Opieki Spo­łecz­nej, two­rząc dla nich przy­ja­zne "Kąciki babci i dziadka". Pro­jek­tów, w któ­rych uczest­ni­czyła i uczest­ni­czy, jest wiele.

Przez lata u boku męża pre­zy­denta Jolanta Kwa­śniew­ska spo­ty­kała się z pre­zy­dentami i ich żonami, z arty­stami, pisa­rzami, nobli­stami, ludźmi sportu, roz­ma­wiała z koro­no­wa­nymi gło­wami, jechała nawet papa­mo­bi­lem z Janem Paw­łem II. Ale oprócz tego, kiedy tylko mogła, pod­glą­dała dzia­łal­ność orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych, jak na przy­kład pod­czas wizyty we Fran­cji, gdzie naj­bar­dziej inte­re­so­wał ją szpi­tal onko­lo­gii dzie­cię­cej, czy w Rzy­mie, gdzie zamiast pro­po­no­wa­nego spo­tka­nia z Ver­sace wybrała odwie­dziny w kli­nice dzieci cho­rych na bia­łaczkę.

Jolanta Kwa­śniew­ska ni­gdy nie była tylko żoną pre­zy­denta.

Z domu rodzin­nego wynio­sła naj­waż­niej­sze cechy, które ukształ­to­wały jej doro­słe życie - po mamie odzie­dzi­czyła empa­tię i potrzebę poma­ga­nia, po tacie - ener­gię i dys­cy­plinę wewnętrzną.

* * *

"Byłam chłopczycą"

Dziś piękna, ele­gancka, o nie­na­gan­nych manie­rach, w dzie­ciń­stwie była małą roz­ra­biarą. Wycho­wała się w domu, w któ­rym był tata i cztery kobiety - mama i trzy córki. Jolanta była śred­nia, Wanda o dwa lata star­sza, Ala o dwa lata młod­sza.

Oby­dwie sio­stry z locz­kami na gło­wie, w kolo­ro­wych sukie­necz­kach były spo­koj­nymi, grzecz­nymi dziew­czyn­kami. Jola zawsze ubrana w spodnie, z pro­stymi, krótko obcię­tymi wło­sami do spo­koj­nych zde­cy­do­wa­nie nie nale­żała.

I całe szczę­ście, że nie mia­łam locz­ków, bo prze­szka­dza­łyby mi w mojej aktyw­no­ści podwór­ko­wej - śmieje się.

Zawsze z chło­pa­kami, pierw­sza do cho­dze­nie po drze­wach, gry w wojnę, w palanta, bie­ga­nia po ciem­nych piw­ni­cach pod­czas zabawy w pod­chody. Kiedy sio­stry pisały list do Miko­łaja z prośbą o lalkę, ona pro­siła o... armatkę, z któ­rej strze­lało się kamy­kami, taką jak miał jeden z kole­gów.

Jolanta Konty, póź­niej Kwa­śniew­ska, wycho­wała się w typo­wym blo­ko­wi­sku lat 50. To było osie­dle stocz­niowe w Gdań­sku-Wrzesz­czu, dwu­pię­trowe bloki usta­wione w czwo­ro­bok, a w środku podwórko - kró­le­stwo dzieci. Na podwórku naj­waż­niej­szy był trze­pak.

Jestem z poko­le­nia trze­pa­ko­wego. Prze­wi­sia­łam na trze­paku kawa­łek dzie­ciń­stwa. Robiło się na nim różne akro­ba­cje i wygi­basy, wisiało się na zgię­tych nogach z głową w dół albo na rękach wspi­nało na górę. Pomy­słów było mnó­stwo, bawi­li­śmy się w okręt, wcho­dzi­li­śmy wysoko na maszt, robi­li­śmy zawody, kto wykona naj­lep­szy wymyk. Trze­pak był okrę­tem, szczy­tem góry, łodzią ratun­kową, wie­żow­cem, wszyst­kim, co tylko pod­po­wie­działa wyobraź­nia, a tej ni­gdy nie bra­ko­wało.

Była ini­cja­torką wielu, czę­sto nie­bez­piecz­nych zabaw, wła­ści­wie to nawet - jak sama żar­tuje - podwór­ko­wym hersz­tem. Miała posłuch także wśród chło­pa­ków. A jeśli pro­wa­dzi się tak inten­sywny tryb życia podwór­ko­wego, to oczy­wi­ste, że nie obej­dzie się bez ura­zów. Kil­ku­let­nia Jola miała cią­gle pozdzie­rane kolana i łok­cie, mnó­stwo sinia­ków i zadra­pań. Kie­dyś pod­czas zabawy w okręt spa­dła z trze­paka i nade­rwała sobie nos, innym razem pod­czas zabawy w pod­chody sta­nęła nie­for­tun­nie na stłu­czoną butelkę i pra­wie odcięła sobie kawa­łek pięty. Nie histe­ry­zo­wała, ranę zabez­pie­czyła sąsiadka, która była wtedy ze swo­imi synami na tej wypra­wie, i Jola uczest­ni­czyła w niej na­dal.

Nie­raz, kiedy wra­ca­łam do domu, mama zała­my­wała ręce: "Córeńko, znowu?!" - wołała na mój widok. I już nawet nie przy­po­mi­nała, że prze­cież jestem dziew­czynką, bo to nie odno­siło żad­nego skutku. Wie­działa, że taka jestem, tylko mar­twiła się, gdy za czę­sto te różne urazy mi się przy­tra­fiały. No, muszę się przy­znać - byłam chłop­czycą! - opo­wiada, śmie­jąc się.

Miała zale­d­wie 6 lat, kiedy razem ze star­szą sio­strą poje­chała na obóz zuchowy, póź­niej już w pod­sta­wówce jeź­dziła na obozy har­cer­skie. Uwiel­biała te obozy i wszyst­kie wyzwa­nia, jakim trzeba było podo­łać: roz­bi­ja­nie namiotu, budo­wa­nie pry­czy, goto­wa­nie obia­dów na kuchni polo­wej, mycie menażki w jezio­rze, nawet jeśli była tłu­sta i trzeba było szo­ro­wać ją pia­skiem. To była praw­dziwa szkoła samo­dziel­no­ści, zarad­no­ści i współ­ży­cia w gru­pie.

Balet i lekcje śpiewu

Ale cho­ciaż łobu­zo­wała się z chło­pa­kami, miała też inne, bar­dziej dziew­częce zaję­cia, bo mama uwa­żała, że dziew­czynce potrzebne jest coś wię­cej niż tylko spraw­ność fizyczna. Córki uczęsz­czały więc na lek­cje sol­feżu, na zaję­cia chóru, na zaję­cia spor­towe i na popo­łu­dniowe lek­cje angiel­skiego. A także na zaję­cia bale­towe, pro­wa­dzone przez Bro­ni­sława Prą­dzyń­skiego. Po wielu latach jako pre­zy­den­towa miała oka­zję spo­tkać się z panem Prą­dzyń­skim, który był już wów­czas pro­fe­so­rem, rek­to­rem szkoły bale­towej w Gdań­sku, i wspo­mnieć czasy, gdy pod jego okiem ćwi­czyła balet kla­syczny i tańce ludowe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki