Dopiero co wybiła dziesiąta przed południem, a przechodnie zauważają ze zdziwieniem, że się ściemnia. Ekspedientka w sklepie spożywczym podaje klientowi wędzoną makrelę i zapala lampę. Z minuty na minutę światło słoneczne coraz bardziej szarzeje, gaśnie, mętnieje jak rybie oko.
Nikt jednak nie pada na kolana, żeby przebłagać Matkę Bożą. To już nie te czasy. Ktoś wzrusza ramionami, większość patrzy w ekrany telefonów. Przed jedenastą obok dawnej księgarni zatrzymuje się dziewczyna, wyciąga z torebki okopconą szybkę i spogląda przez nią w niebo.
20 marca 2015 roku księżyc zasłania niemal trzy czwarte tarczy słońca nad Bardem. W tym samym roku niemieccy archeolodzy odkopują w Regensburgu najstarszy na świecie precel z XVIII wieku, grupa amerykańskich naukowców odkrywa w Kenii liczące trzy miliony lat narzędzia krzemienne, a bardzki proboszcz ojciec Mirosław Grakowicz podejmuje decyzję o przeprowadzeniu prac konserwatorskich przy ołtarzu. W następnym roku parafia p.w. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Bardzie będzie obchodzić pięćdziesiątą rocznicę koronacji figury Matki Bożej, świątynia musi być gotowa. A przecież blask wysuniętej do przodu mensy w kształcie zbliżonym do trójliścia, dawniej bogato posrebrzanej i złoconej, przygasł i nie onieśmiela pielgrzymów jak niegdyś. Anioły po obu stronach wiszącej na ścianie nastawy w formie rozchylonej kotary ozdobionej wiciami akantu i karbowanymi wstęgami podtrzymują nie tylko obraz Michaela Willmanna Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny, ale i grube warstwy kurzu. Półnagie putta, w przeszłości o białej skórze w różowawym odcieniu, teraz sine od brudu, sprawiają przygnębiające wrażenie.
- Ojcze, a może zaczniemy od figury? - proponuje Marcin Ciba, konserwator i kustosz zbiorów artystycznych klasztoru dominikanów w Krakowie.
Matka Boża na co dzień patrzy na wiernych z góry, zamknięta w szafce, która wznosi się nad mensą ołtarzową, tabernakulum i tronem pod monstrancję. Z daleka trudno dojrzeć jej uśmiech. Jedyną okazją na spojrzenie z bliska w święte oblicze jest dawny zwyczaj: pobłogosławiwszy zebranych na zakończenie niedzielnej mszy, kapłan wspina się po drewnianych, skrzypiących schodach za ołtarzem. Ludzie wstają z ławek i szurając nogami po posadzce, suną do prezbiterium. W ławkach zostają tylko przypadkowi turyści, którzy rozglądają się, nie wiedząc, co się dzieje. Srebrny wachlarz promieni za figurą rozchyla się na boki, a kapłan wyjmuje Maryję z przeszklonej szafki. Ostrożnie, bo upadki ze schodów z Matką Bożą już się zdarzały, schodzi z nią w objęciach i ustawia na postumencie obok ołtarza. Atmosfera jest podniosła, przez tłum wiernych przebiega szmer szeptów. Oto za chwilę staną twarzą w twarz z Matką Bożą Bardzką. Podchodzą kolejno i każdy całuje rzeźbiony cokół, na którym stoi figura, a właściwie ukryty w nim elipsoidalny, szklany relikwiarz, gdzie przechowywane są relikwie świętych redemptorystów: Alfonsa Marii Liguori, Klemensa Marii Hofbauera i Gerarda Majelli oraz drzewa Krzyża Świętego.
Ojciec Mirosław zwraca uwagę, że według krytyków, gdyby zebrać wszystkie czczone na świecie cząstki krzyża, na którym dokonał żywota Jezus Chrystus, można by z nich zbudować dom. I przytakuje konserwatorowi, że rzeczywiście najlepiej zacząć od figury, w końcu wielkie rzeczy często mają skromne początki, po czym przynosi Matkę Bożą do zakrystii. Ustawia ją na mahoniowym biurku przy oknie, a Marcin Ciba rozpoczyna oględziny.
Kąciki ust Pani z Nazaretu unoszą się w delikatnym uśmiechu. Oczy ma w kształcie migdałów. Policzki lekko zarumienione. Kreski wąskich brwi podkreślają wydatne łuki brwiowe. Na pewno nie jest tutejsza, nie jest dziołchą ze Śląska. Przypomina kobiety z Katalonii czy Nawarry. W hiszpańskim klasztorze Montserrat, gdzie znajduje się Madonna z XII wieku, mówią: "Pojedź do Terrassy albo Manresy, a zobaczysz Madonnę spacerującą po mieście". Rzeźbiarze, zachwyceni urodą miejscowych kobiet, tworzyli figury, które odzwierciedlały ich piękno. Utrwalali w drewnie twarze dziewcząt, które kochali.
Może figura z Barda była darem od polskiej księżniczki Ryksy śląskiej, córki księcia Władysława II Wygnańca, która została żoną cesarza Hiszpanii Alfonsa VII Imperatora.
Możliwe, że przywieźli ją z Czech rycerze zakonni w czarnych habitach i płaszczach z kapturem, zdobionych białymi, ośmioramiennymi krzyżami, którym w 1189 roku biskup wrocławski Żyrosław II podarował kaplicę w Bardzie. W ikonografii bizantyjskiej ten typ wizerunku Matki Bożej nosi nazwę Nikopoia, co po grecku oznacza "przynosząca zwycięstwo". Joannici, znani ze swojego rycerskiego powołania, mogli brać tę figurę na pola bitew, wierząc w jej zwycięską moc.
Nie sposób tego ustalić, pozostają domysły i rozliczne teorie.
Marcin próbuje rozpiąć płaszcz Maryi z czerwonego atłasu obszytego złotą nicią, ale fibula pod szyją nie chce się poddać jego palcom. Madonna cierpliwie się uśmiecha. Proboszcz pewnym ruchem pomaga konserwatorowi i płaszczyk opada: oto figura w całej okazałości.
Matka Boża ma również ubranie wymalowane na warstwie zaprawy klejowo-kredowej: srebrną suknię ze złotą lamówką wokół szyi i biało-złotą u dołu, czerwony płaszcz ze złotymi kołami oraz biały welon, który spływa na ramiona, a spod niego wystają pukle pomalowanych na brązowo włosów. Na głowie spoczywa drewniana korona z trójlistnymi sterczynami polichromowana na złoto. Lewą dłonią Najświętsza podtrzymuje płaszcz, jednocześnie dając podparcie Dzieciątku Jezus, a w prawej, wyciągniętej przed siebie, trzyma złote jabłko - symbol władzy królewskiej.
Mały Jezus ma złotą suknię i zielony płaszcz ze złotymi lamówkami. W przeciwieństwie do swojej matki nie dźwiga korony. Włosy rzeźbiarz ułożył mu na pazia. Lewą dłonią Syn Boży trzyma księgę opartą na kolanach, która symbolizuje prawo Nowego Przymierza - przymierza miłości. Drugą unosi lekko w geście błogosławieństwa.
Z tyłu tronu, na którym siedzi Maryja, jest deszczułka - długa na dwadzieścia osiem centymetrów i szeroka na dwanaście - przytwierdzona do rzeźby za pomocą dwóch drewnianych kołeczków.
Konserwator ostrożnie wyciąga kołeczki, wyjmuje deszczułkę i odsłania wnętrze rzeźby. Do deseczki przyklejona jest pożółkła kartka papieru z krótkim tekstem napisanym na maszynie. To wiadomość dla przyszłych konserwatorów: "W styczniu i lutym 1926 roku figura została poddana artystycznej konserwacji przez kustosza Śląskiego Muzeum Rzemiosła Artystycznego i Starożytności, pana Adalberta Baeckera z Breslau. Usunięto pozostałości polichromii z 1885 roku, w tym artystyczne malunki twarzy, dłoni i stóp, a kolorystykę odsłoniętych drewnianych partii starannie dostosowano do dawnego stylu. Nowa podstawa została wyrzeźbiona przez Georga Materne z Giersdorfu koło Warthy i pomalowana przez Richarda Richtera z Glatzu. Wartha, 30 marca 1926 roku".
W wydrążonym wnętrzu widać pęknięcia. Jedno większe u góry i kilka mniejszych przy podstawie zabezpieczonej od spodu deską z miękkiego drewna przymocowaną sześcioma żelaznymi gwoździami. Na podstawie są ślady zacieków - prawdopodobnie rzeźba stała kiedyś w wilgotnym miejscu, gdzie drewno mocno nasiąkło.
W górnej części Marcin Ciba dostrzega wykaligrafowane w siedmiu wierszach trzydzieści cztery litery oddzielone kropkami. Niektóre niestety są nieczytelne.
M. M.
M. M. M....
M. W. I......W.
M. C. M. C....
... I.... N. T...... ...N. D.
M. M. O. F.
A. F. T.
Poniżej są jeszcze cztery: W. G. i O. G. - być może to inicjały osób, które kiedyś zajmowały się konserwacją figury.
Nie wiadomo, co oznacza ta zaszyfrowana wiadomość. Gdyby tylko Madonna mogła przemówić...
Pod literami wystaje kołeczek, którym przymocowano do rzeźby postać Dzieciątka Jezus wystruganą z osobnego kawałka drewna. W kołku jest szczelina, a w niej - mniejszy od zapałki palisandrowy klinek, zawieszony na srebrnym łańcuszku, którego drugi koniec tkwi w środku figury. Dzięki temu mocowaniu Jezusek nie wypada z objęć Maryi.
Konserwator wyjmuje klinek i popycha kołeczek. Pod Dzieciątkiem odkrywa na tułowiu Matki Bożej wąski, podłużny otwór, który zapewne powstał w wyniku nadmiernego wydłutowania rzeźby.
Marcin Ciba jest zaskoczony, bo jak na swój wiek figura jest w podziwu godnej kondycji. Oprócz miejscowych wytarć polichromii i ubytków zaprawy kredowo-klejowej nie widać większych zniszczeń czy śladów po insektach, a samo drewno zachowało się w nad wyraz dobrym stanie. Dlatego zaplanowanie prac konserwatorskich zajmuje niewiele czasu, podobnie jak uzyskanie zgody Dolnośląskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Następnie Ciba umawia się z proboszczem na transport figury do Krakowa. Datę i trasę przejazdu znają tylko oni. Ze względów bezpieczeństwa wszystko odbywa się w tajemnicy.
Pewnego dnia biały ford na krakowskich numerach rejestracyjnych wjeżdża na przykościelny parking. Wysiada z niego konserwator Ciba i znika za murami klasztoru redemptorystów. Wychodzi po godzinie z zawiniątkiem na rękach. Rzeźba jest starannie otulona folią bąbelkową. Proboszcz odprowadza Marcina i Matkę Bożą do samochodu. Życzy im bezpiecznej podróży i udziela błogosławieństwa.
Marcin delikatnie stawia figurę Madonny na tylnym siedzeniu forda i przypina pasami jak ojciec córkę, którą ma odwieźć do przedszkola.
Trasa prowadzi na wschód. Najpierw przez znany figurze Kamieniec Ząbkowicki, skąd pochodzili opiekujący się Bardem czterysta osiemdziesiąt pięć lat cystersi, a potem drogą krajową numer 46 przez Paczków i Otmuchów. Za Niemodlinem autostradą A4 aż do Krakowa. Tam w średniowiecznym klasztorze dominikanów na ulicy Stolarskiej konserwator kładzie ostrożnie zawiniątko na stole w swojej pracowni.
- Ojcze Mirku, jesteśmy na miejscu, cali i zdrowi - daje telefonicznie znać proboszczowi. - Ja i Matka Boża.
Najpierw pracownicy Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych Muzeum Narodowego w Krakowie robią rzeźbie zdjęcia rentgenowskie w płaszczyźnie bocznej i czołowej. Rentgen potwierdza, że struktura drewna jest nienaruszona. Zdjęcia ujawniają jedynie dwa niewielkie uzupełnienia. Widać na nich, że lewa stopa i trzy palce prawej dłoni Dzieciątka Jezus są wyraźnie ciemniejsze niż pozostała część rzeźby. Wykonano je z drewna o dużo większej gęstości i osadzono za pomocą cienkich, metalowych sztyftów. Być może to pamiątka po upadku figury, o którym zapomniano na przestrzeni lat.
Analiza zdjęcia w płaszczyźnie bocznej wykazuje ponadto, że drewna z wnętrza od strony pleców nie wybrano w momencie powstania rzeźby, lecz zrobiono to znacznie później. Matka Boża od zawsze była często zdejmowana z ołtarza, podawana do ucałowania wiernym i zabierana na procesje. Drewno, z którego ją wykonano, jest materiałem higroskopijnym, co oznacza, że absorbuje wilgoć z otoczenia i oddaje ją z powrotem do atmosfery. W wyniku zmian temperatury może tracić wilgoć i kurczyć się, co prowadzi do wysychania i powstawania pęknięć, a przy nadmiernej wilgotności drewno zwiększa swoją objętość i pęcznieje. Najprawdopodobniej poprzedni opiekunowie Najświętszej Panienki, cystersi, obawiali się, że te naturalne procesy mogłyby doprowadzić do zniszczenia figury, a nawet pęknięcia na pół. Dlatego zdecydowali się na wybranie drewna z wnętrza, aby zminimalizować ryzyko.
Matka Boża się uśmiecha, Marcin nie. Jest skupiony, w dłoni trzyma skalpel. Precyzyjnie wycina fragment ze środka do analizy metodą węgla radioaktywnego - C14, oraz do badania morfologii. Niewiele potrzebuje, tylko dwóch gramów. Nikt nie mówi o tym głośno, ale każdy ma nadzieję, że wyniki potwierdzą wiekowość rzeźby.
Iza Wójcik, szefowa zespołu krakowskiej pracowni Marcina Ciby, przystępuje do głównego etapu konserwacji. W białym fartuchu lekarskim i lateksowych rękawiczkach ostrożnie usuwa kurz i drobne zabrudzenia za pomocą miękkiego pędzelka. Aby delikatnie oczyścić powierzchnie polichromowane, używa nasączonych specjalnym środkiem tamponów podobnych do dużych patyczków do uszu. Złocenia przeciera acetonem rozcieńczonym terpentyną o zapachu sfermentowanych owoców. W miejscach, gdzie zaprawa jest osłabiona, Iza wzmacnia ją klejem z mielonych skór króliczych. Wreszcie usuwa stary, pociemniały werniks, który chronił polichromię.
Konserwatorka uzupełnia ubytki w zaprawie klejowo-kredowej tradycyjnym kitem na bazie kleju glutynowego wytwarzanego z kości i skór zwierzęcych lub rybich pęcherzy, który imituje oryginalnie użyty materiał. Na ubytki złoceń i srebrzeń nakłada warstwę pulmentu - podkładu z glinki ziemnej rozpuszczonej w kleju glutynowym. Po aktywacji alkoholem pulment trwale wiąże z podłożem cenne, sproszkowane kruszce. Tam, gdzie brakuje polichromii, konserwatorka stosuje szelak rozpuszczony w alkoholu, czyli rodzaj żywicy z wydzieliny czerwców, i zabezpiecza go satynowym werniksem. Na tak przygotowanej powierzchni punktowo uzupełnia polichromię najlepszymi włoskimi farbami.
Po wyschnięciu zabezpiecza figurę końcowym werniksem i zapisuje w dokumentacji powykonawczej: "Ze względu na kult, jakim jest otoczona rzeźba Matki Bożej, wykonane zostały jedynie niezbędne zabiegi, jak oczyszczenie powierzchni, podklejenie i konsolidacja osłabionych warstw zapraw z polichromią. Prace z zakresu konserwacji estetycznej obejmowały tylko uzupełnienie ubytków zapraw, polichromii, srebrzeń i złoceń oraz zabezpieczenie rzeźby przy pomocy werniksu".
Program prac konserwatorskich nie zakładał wprowadzania jakichkolwiek zmian w wyglądzie Madonny. Wierni mogliby ich nie zaakceptować.
Figura Matki Bożej Bardzkiej wróciła już białym fordem z Krakowa do Barda. Morfologia wykazała, że rzeźbę wykonano z drewna lipowego - lekkiego, miękkiego i mało wytrzymałego. Proboszcz jeszcze czeka na wyniki badań metodą węgla radioaktywnego, by potwierdzić autentyczność rzeźby - i jej wiek. Opinie historyków sztuki dotyczące daty powstania figury Matki Bożej Bardzkiej są podzielone. Część badaczy twierdzi, że pochodzi z początku XII stulecia, inni, że powstała na początku XIII wieku. Jest też możliwe, że oryginał rzeźby zaginął w zawierusze dziejów, a wierni w Bardzie oddają cześć kongenialnej, ale jednak kopii.
14 kwietnia 2016 roku ojciec Mirosław odbiera telefon z krakowskiej pracowni Marcina Ciby i od razu dzwoni do biskupa świdnickiego Ignacego Deca oraz biskupa pomocniczego Adama Bałabucha, którzy uczestniczą w uroczystym posiedzeniu Episkopatu w Gnieźnie z okazji 1050-lecia chrztu Polski.
Tego dnia w Gnieźnie mówi się przede wszystkim o Bardzie.
Pięć dni później mówi o nim już cała Polska.
Podczas konferencji prasowej konserwator Ciba oficjalnie ogłasza wyniki badań figury Matki Bożej Bardzkiej przeprowadzone metodą węgla radioaktywnego w Laboratorium Datowań Bezwzględnych w Krakowie.
Stoi przy ekranie projekcyjnym i omawia wykres. Meandrująca na diagramie błękitna wstęga krzywej kalibracyjnej przypomina bieg Nysy Kłodzkiej rozcinającej Góry Bardzkie.
- Ale czy jesteście państwo pewni, że figura jest aż tak stara? - pada pytanie z sali.
- Tak. Wyniki nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Były również konsultowane z laboratorium w Seattle, które jest w tej dziedzinie czołową instytucją na świecie.
Na pierwszej stronie przygotowanych materiałów dziennikarze czytają: "Krzywa kalibracyjna wyników badań zaznacza datę około 1011 roku, z tolerancją błędu +/- 26 lat. Przy czym data graniczna uzyskana w tej metodzie nie odnosi się bezpośrednio do momentu powstania rzeźby, ale do czasu pozyskania materiału, czyli ścięcia drzewa. Biorąc jednak pod uwagę margines błędu oraz potrzebę sezonowania drewna przed wykonaniem rzeźby, bezsprzecznie można uznać datę około 1060 roku za pierwszą możliwą do zaakceptowania".
Czyli oryginał. Dziewięćsetpięćdziesięciosześcioletni.
Dwa gramy udowodniły, że najstarsza drewniana rzeźba w Polsce znajduje się w Bardzie, gdzie spogląda na wiernych swoim łagodnym wzrokiem.
Gdyby tylko można było zobaczyć wszystko to, co widziały oczy figury przez wieki...
Od chwili, gdy Maryja po raz pierwszy spojrzała nimi na swego twórcę wpatrzonego w swoje doskonałe dzieło, pochyliło przed nią głowy miliony wiernych, którzy przychodzili przed cudowne oblicze z troskami, prośbami i słowami podziękowania za wstawiennictwo u Boga Ojca. Aby zaskarbić sobie łaskę Madonny, ofiarowywali jej złoto, mirrę, zdobne szaty, klejnoty i najlepsze kadzidła. Korzyli się przed nią na kolanach rycerze, królowie i przyszli papieże, oddając jej cześć. Stawali przed nią ludzie, którzy przybywali do Barda, by ją wielbić, oraz tacy, którzy chcieli jej zagłady. Figura Matki Bożej Bardzkiej była świadkiem zaćmień słońca, katastrof, wojen i plag, których doświadczyło to miasteczko na przestrzeni wieków. Jej oczy widziały bezmiar zdarzeń, z których jedynie nieliczne zapisały się na kartach historii.
Gdyby tylko móc to wszystko zobaczyć...