Co w duszy gra, co w brzuchu burczy - Marcin Wolski

-
Proszę czekać

Stop-klatka - przymiarki do poematu

 

I

 

Nie ma krzyczących murów

i w klapie Matki Boskiej,

stuku dalekopisów 

w gmachu na Mokotowskiej,

zdyszanych zebrań,

czekanych wieści,

występów, w klubach i stołówkach -

szary dzień jak ciasto się miesi, 

normalna bezsensu dniówka... 

Gdzie ci wszyscy młodzi wariaci 

z demograficznego wyżu 

o twarzach jak u Grottgera -

w Wiedniu czy w Paryżu? 

Ktoś na wsi interes otwiera, 

ktoś paczki roznosi, 

za kimś chodzą codziennie, 

ktoś z władzą się przeprosił -

stracone pokolenie. 

Gdzie ta jedność, 

gdy cały kraj 

stawał za trzech pobitych?

Gdzie zapał? 

Dziś każda noc 

ma twarz służbowego bandyty. 

A kłamstwo ściekami ekranów 

wpada z codzienną wizytą 

i nie ma żadnej świętości, 

której by nam nie rozbito... 

Gdzie ten cały zgiełk, cały ruch, 

nasze wspaniałe zwycięstwo? 

Dni puste teraz jak brzuch, 

gdy usunięto zeń dziecko. 

Niby ci sami, znormalnieni, 

większość znów tylko milcząca, 

idziemy jak głuchoniemi, 

ślepi, zresztą brak słońca... 

Ileż razy w tym kraju sosen 

łamały się karki pokoleń, 

nucono pieśni półgłosem 

i potępiono je w szkole... 

Prawdy z fałszem splątane 

na dziejowych przejść zebrach!

Kamienie rzucono na szaniec, 

by później szaniec rozebrać! 

Tymi samymi rękami, 

co biły brawo sukcesom, 

a potem groziły pięściami 

czajkom i mercedesom, 

a potem żegnały się krzyżem 

i znakiem V - solidarnie... 

Dziś chyłkiem w kieszeni dowód ściskasz,

a jutro armię 

pozdrowisz, 

może niechętnie, 

może cokolwiek z ukosa, 

lecz w sumie jakie to piękne - 

wracają chłopaki do koszar. 

I znów w przedpokoju Europy 

wyczekują na moment dziejowy nasi... 

Znów na mównic okopy

włażą święte krowy. 

A między dymami kombinatów i lat babich 

wije się dróżka, 

a na dróżce, być może z plastikowych wykładzin, 

skrada się muza - staruszka. 

Co już wszystko widziała, 

nawet jak kiełbasy rodzi gruszka, 

jak za wszystkim stoi (mimo głosów prasy) 

starszy brat "batiuszka"... 

A ta droga to taka w kółko, przez pola, 

ni korona cierniowa, 

ni aureola, 

nie błędne koło wpisane 

w kwadrat granic 

z dewizą powtarzaną od lat: 

na nic, na nic, na nic. 

A te pola, cykliczna pór roku agonia, 

bielice, piaski, wydmy, 

żadna druga Japonia. 

 

Na cmentarzu przydrożnym świeże lastriko, 

pochowali znów kogoś, kogo zabito. 

Pochówek nasz 

ze stypą i wódką, 

anioł smutną ma twarz - 

widać wieczność też musi trwać krótko. 

Milczy pełna klawiatura grobów, 

nad nią jesiennych liści partytura, 

tu historia narodu 

w ziemię dała nura. 

Tam jest jedność, 

tam dobry każdy Polak,

czy śpiewał "...coś Polskę...", 

czy też może Sto lat, 

czy donosił,

czy kłamał,

czy kradł -

brat.

Wszędzie krzyże - 

dobry Pan Bóg dawno już nie widzi, 

gdzie wczorajsi marksiści, 

niegdysiejsi Żydzi, 

koloniści niemieccy polskością pijani, 

Tatarowie z Azji (wspaniali ułani!),

prawosławni żandarmi, co ostali w Polszcze,

swojscy szabrownicy,

nieswojscy "folksdojcze"...

Polska!

Wiosny teraz szybciej gonią nam jesienie,

rytm historii zdyszany -

już nie pokolenie,

lecz ćwierć pokolenia podnosi się, pada...

w Grenadzie zaraza,

lecz żyje Grenada.

 

W pokątnych transakcyjkach pieniądz robi pieniądz.

Złotóweczki w rękach się nie zarumienią -

Robotnik - urzędnik - prywaciarz - sekretarz...

Upadła moneta,

lecz krąży moneta!

Rosną, rosną wille

wśród kobierców szklarni,

zarobię na bilet,

wyjadę do Danii.

Fotele są ładne 

w hotelowym hallu,

lepiej być z Arabem,

niż pracować w polu.

Wódeczko, wódeczko,

cóżeś ty za pani,

że na sercu lekko,

gdy jestem na bani?

A nasza brygada

pokryła betonem

całe to ojczyste

niebo zadymione...

Kiedyś przychodziłem

kraść wiśnie w tych sadach...

Wkrótce na osiedle zwali się gromada

obijać drzwi blachą,

robić judasze,

wymieniać klepki

z państwowych na nasze,

pędzić bimber nocą,

na malucha składać...

W Grenadzie zaraza -

broni się Grenada...

 

Idą trzy dziewczyny,

śliczne,

zadbane,

pewnie ze szkoły muzycznej...

Niosą futerały,

lecz żołnierz przepuszcza spokojnie.

Automaty

on tylko posiada w tej wojnie...

 
 

II 

 

Jakich fraz szukać, jakich użyć rymów 

dla spisania pragnień, zamiarów i czynów, 

dla wyplucia bólu, ironii i trwogi, 

tylko żarty? 

Dziś żarty wyciągnęły nogi, 

uderzyły w kalendarz, 

poszły na usługi, 

tworzyć żarty? 

O nich?!

Znaczy móc polubić... 

Tu Trzech Wieszczów mało, 

nawet razem z Fredrą, 

wszyscy piszą,

w ustępach, 

w windach, 

tam, gdzie ciemno... 

Półślepej wściekłości tryskają hydranty, 

ale jakie inne mamy dziś warianty? 

"Przechodniu, usta zatnij, 

nie schylaj głowy", 

oto pieśń o chwilach ostatnich 

strajku w kopalni Ziemowit...? 

Czy raczej może - 

"Są rachunki krzywd, 

obca dłoń ich też nie przekreśli, 

a więc swoją uczyńmy dziś 

rzecz niewartą baśni ni pieśni"...?

"O roku ów, kto ciebie widział w naszym kraju, 

roku gardeł otwartych, stojących tramwajów,

gdy dziadkowie mówili pospołu z wnukami - 

Bóg jest z Lechem Wałęsą, 

Lech Wałęsa z nami"?

"Niebo nad nami rozpal w łunę", 

dziś nie kochamy się w tym kolorze, 

po patos sięgać, 

po zadumę...? 

"Smutno mi, Boże, 

a Bóg: mnie toże". 

A może spisać tylko ulice, 

ziemię, dziś lawą ciszy zastygłą, 

Kraków, Warszawa, Gdańsk, Katowice,

Jastrzębie, Szczecin, Ustrzyki, Bydgoszcz? 

A może zacząć po kolei, 

od chwili, kiedy biały dym 

bardzo skutecznie wykoleił 

te wszystkie 

myśli, serca, czyn 

i te manewry dynamiczne, 

z tą poprzeczką podniesioną, 

kiedy frazesy pierzchły wszystkie, 

a z racji -

pozostało ZOMO. 

 
 

III

 

Kapliczki wieszczów zjada grzyb

tragicznej niepamięci,

w żarnach historii nowy byt

zyskują nawet święci.

Szczęśliwcy umierają młodo,

śmierć nie jest najtrudniejszą próbą,

los gdy ukarać pragnie srogo,

każe żyć nazbyt długo!

(...)

Broniewski - polskie czapkowanie,

choć wcześniej się wznosiło lance,

o czym naprawdę mówił z Janem

w więzieniu na Łubiance?

I co czuł w piersi, oprócz czkawki

wśród pustych kart papieru,

gdy go dopuszczał do słuchawki

namiestnik Belwederu?...

Nie każdy los Miłosza wybrał,

nie każdy Borowskiego,

nad MDM czy na Wigrach 

dziś krąży dusza Gałczyńskiego?...

A inni - jakąż mają cenę

ich rymy,

rytmy,

schodków 

tupet?

De mortuis non nisi bene,

a może raczej

a ch... wam w d...?

(...)

Na dnie retorty fuzla osad

i niepamięci kurz,

nie ruszy ziemskiej bryły z posad

tragiczny gracz lub tchórz...

Choćby miał postać Senatora

lub tylko słuch Mackrotta,

gdy brakło czasu, by odwołać

cyrograf zapisany w zwrotkach.

Ja wiem - Picasso, Aragon,

ja wiem - Neruda, Wells...

Lecz również kanał Wołga-Don

i tundry wielka biel.

A pamięć? Gdzież się duch kołacze -

stare komórki i pawlacze,

skrytki, co się przydają znowu?

Ufa się ziemi,

rzadziej słowu!

(...)

Czy kochać was, czy nienawidzić

za waszą wiarę w postęp

tragicznie słabi, bojaźliwi,

co stosem

lub kompostem?

Czerwonych mszy koncelebransi

ze zbrodnią w cichej zmowie,

tragiczni, śmieszni, zapomniani

mych rymów mdłych -

Mistrzowie.

(...)

 
 

IV

 

Cmentarze - miasta szal zielony,

teatr totalny i prawdziwy.

Wciąż więcej martwych tam znajomych

i więcej nieznajomych żywych...

Umiera zwykle się jesienią,

a jeśli nawet porą inną,

to zawsze musi pachnieć ziemią,

musi wilgotno być i zimno.

Ciepłe są tylko cmentarzyki

na wsi, w zapasce brzózek wąskich.

Tam spokój w litość traw zaszyty...

Inaczej Bródno czy Powązki,

Wólka Węglowa - pas startowy

do nieba, ponad Kampinosem,

i znicze siwe niczym głowy

pytają - ile jeszcze wiosen?

Pogrzeby władców. Tłum przybywa,

ciekawy, uczuciowo szczelny...

Jednak to chwila osobliwa,

kiedy chowają nieśmiertelnych.

Pogrzeby tłumnej samotności,

gdzie i łza jedna nie zaświeci.

Ostatni szlak osobistości,

kres cierpień starców,

żertwa z dzieci...

Życie to bardziej bokserski mecz

niż tenis albo koszykówka,

przegrywać można rundy, lecz

w efekcie liczy się końcówka.

Każdy z nas swoje w życiu przeżył -

wierzył, nie wierzył, znowu wierzył...

Nie ma skreślonych raz na zawsze

i odrzuconych w pierwszym słowie,

dziś, jutro, kiedyś,

dajmy szansę,

a się w bydlaku ozwie człowiek.

Błogosławieni, którzy błądzą...

Przejrzą, gdy również ich urządzą!

(1985)

 

V

 

Noc sierpniowa, jak dziewczyna w ramionach,

zawsze lat ma najwyżej dwadzieścia,

ziemia wonią pokosu zemdlona,

księżyc, wielka kusząca czereśnia.

Noc upalna, noc oszalała

i pozornie normalne dni,

coś się budzi, coś się rozpala,

ziemia drży! 

Jak ci młodzi, czują przez skórę

puls nerwowy, żywy sejsmograf,

gdy napięcie mknie stromo w górę,

jak na mapie Wisła i Odra.

Kozakiewicz pokazał gest,

Gierek w Jałcie - "wczasy na daczy".

Tu i ówdzie przemknie się tekst.

o chwilowych przestojach w pracy...

Noc stężała, pot nagich ciał,

zasłuchanie w siebie i w eter,

czy nie słychać już grzmotu dział

albo stuku pancernych tankietek?

Rano się obudzimy inni,

tacy czyści, wolni i prości,

gdy mogliśmy własną niewinność

ofiarować,

pierwszy raz z miłości.

Noc gorąca - kapłanka złudzeń,

osłupienie ogromem szczęścia.

Dojrzewają jabłka i ludzie

i świat znowu ma lat dwadzieścia.

Jutro pewnie cierpieć wypadnie,

dzisiaj brama w kwiatach otwarta

i miłości dwie, takie ładne,

Solidarność i mała Marta.

 

Świeży dopisek kartkę pali,

ile dziś obie macie lat - 

czybyśmy jeszcze się poznali...?

Lecz odpowiedzi brak.      

 
 
 

VI

 

Na morzu wspomnień kroków ślady

zaciera dzień po dniu,

już nie wrócimy nigdy tu,

gdzie nas zaskoczył świt pobladły.

Zimny jak cios

komendą w twarz...

Byliśmy. Nie ma nas.

Lustra czernieją, uciekając w głąb ram i ścian

jak w czasu studnie,

dopiero co było południe,

a tu już wieczór -

siwy pan.

Za młodość piją kwaśne piwo

dzielni młodzieńcy po czterdziestce,

udają, że wciąż niosą drzewce,

choć coraz bardziej im się nie chce.

A gdzie nie spojrzysz, wszystko krzywo...

W dziejowym kinie

truchtem, pędem

film się zakończył happy endem. 

Nawet przegrani też wygrali,

wnet się zamienią czarni, biali,

koszulki drużyn wszak czekają,

a gdy się równo utytłają,

to się rozpuszczą,

bez radości,

i w niepamięci, i w szarości...

Na stole postaw sukna krają...

Pod stołem

psi to nagrywają...

Zwyciężyliśmy z Bożą łaską

i jest tak jakoś dziwnie, troszkę sasko...

Ostatki, dostatki,

dziejowe zagadki.

Na kogo wypadnie, bęc!

 

Za młodość pije kwaśne wino

kombatant oraz kombatantka,

on brał ją, ona była branka,

dziś inne czasy, inne ceny,

o zęby dzwoni gruba szklanka,

jak strach, jak lęk,

że coś nie tak,

że kogoś nie ma, czegoś brak!

Nieważne,

my żyjemy!

 

Morze wysycha. Odpływ trwa.

Ogarnia łby zwątpienia mgła,

czy myśmy tam w ogóle byli...?

 

Przez morze groble wytyczyli,

by nigdy więcej przez te wody

Chrystus piechotą nie przechodził.

(1982-1992)