Co to jest życie? - Carl Zimmer

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy­pisy

Wstęp. Po­gra­ni­cze

[1] Ca­ven­dish Li­brary, A Hi­story of the Ca­ven­dish La­bo­ra­tory 1871-1910, Lon­don: Long­mans, Green & Co, 1910; J. J. Thom­son, Some Ap­pli­ca­tions of the The­ory of Elec­tric Di­scharge Thro­ugh Ga­ses to Spec­tro­scopy, "Na­ture" 1906, t. 73, s. 495-499.
[2] "Gu­ar­dian", 25 maja 1905, s. 6.
[3] In­for­ma­cje do­ty­czące bio­gra­fii Burke'a po­cho­dzą z na­stę­pu­ją­cych źró­deł: Mr. J. B. Bu­tler Burke, "Ti­mes" (Lon­don), 16 stycz­nia 1946, s. 6; J. B. Burke, The Ori­gin of Life: Its Phy­si­cal Ba­sis and De­fi­ni­tion, Lon­don: Chap­man & Hall, 1906; tenże, The Emer­gence of Life, Lon­don: Oxford Uni­ver­sity Press, 1931; tenże, The My­stery of Life, Lon­don: El­kin Ma­thews & Mar­rot, 1931; L. Cam­pos, Ra­dium and the Se­cret of Life, roz­prawa dok­tor­ska, Ha­rvard Uni­ver­sity, 2006; tenże, The Birth of Li­ving Ra­dium, "Re­pre­sen­ta­tions" 2007, t. 97, s. 1-27; tenże, Ra­dium and the Se­cret of Life, Chi­cago: Uni­ver­sity of Chi­cago Press, 2015; A Fi­li­pino Scien­tist, "Fi­li­pino" 1906, t. 1, s. 5.
[4] J. B. Burke, MS Ar­chi­ves of the Royal Li­te­rary Fund, Ni­ne­te­enth Cen­tury Col­lec­tions On­line, b.d.
[5] Tamże.
[6] L. Ba­dash, Ra­dium, Ra­dio­ac­ti­vity, and the Po­pu­la­rity of Scien­ti­fic Di­sco­very, "Pro­ce­edings of the Ame­ri­can Phi­lo­so­phi­cal So­ciety" 1978, t. 122, s. 146.
[7] J. B. Burke, The Ra­dio-Ac­ti­vity of Mat­ter, "Mon­thly Re­view" 1903, t. 13, s. 130.
[8] J. B. Burke, The Ori­gin of Life, "Fort­ni­gh­tly Re­view" 1905, t. 78, s. 398.
[9] Tenże, The Ori­gin of Life: Its Phy­si­cal Ba­sis..., dz. cyt., s. 51.
[10] J. Sat­terly, The Post­pran­dial Pro­ce­edings of the Ca­ven­dish So­ciety I, "Ame­ri­can Jo­ur­nal of Phy­sics" 1939, t. 7, s. 179-185.
[11] J. B. Burke, On the Spon­ta­ne­ous Ac­tion of Ra­dio-Ac­tive Bo­dies on Ge­la­tin Me­dia, "Na­ture" 1905, t. 72, s. 78-79.
[12] Tenże, The Ori­gin of Life: Its Phy­si­cal Ba­sis..., dz. cyt., s. 3.
[13] W. B. Hale, Has Ra­dium Re­ve­aled the Se­cret of Life?, "New York Ti­mes", 16 lipca 1905, s. 7.
[14] The Cam­bridge Ra­dio­bes, "New York Tri­bune", 2 lipca 1905, s. 11.
[15] City Chat­ter, "Sun­day Ti­mes", 25 czerwca 1905, s. 3.
[16] N. R. Camp­bell, Sen­sa­tio­na­lism and Science, "Na­tio­nal Re­view" 1906, t. 48, s. 89.
[17] A Clue to the Be­gin­ning of Life on the Earth, "World's Work", li­sto­pad 1905, t. 11, s. 6813.
[18] J. B. Burke, The Ori­gin of Life: Its Phy­si­cal Ba­sis..., dz. cyt.
[19] Tamże, s. 345.
[20] L. Cam­pos, Ra­dium and the Se­cret of Life, roz­prawa dok­tor­ska, dz. cyt., s. 84.
[21] W. A. Do­uglas Rudge, The Ac­tion of Ra­dium and Cer­tain Other Salts on Ge­la­tin, "Pro­ce­edings of the Royal So­ciety A" 1906, t. 78, s. 380.
[22] N. R. Camp­bell, Sen­sa­tio­na­lism and Science, dz. cyt., s. 98.
[23] J. Sat­terly, The Post­pran­dial Pro­ce­edings of the Ca­ven­dish So­ciety I, dz. cyt.
[24] J. B. Burke, MS Ar­chi­ves of the Royal Li­te­rary Fund, dz. cyt.
[25] L. Cam­pos, Ra­dium and the Se­cret of Life, 2015, dz. cyt., s. 96.
[26] Tamże.
[27] A. Cor­nish-Bow­den, M. L. Cár­de­nas, Con­tra­sting The­ories of Life: Hi­sto­ri­cal Con­text, Cur­rent The­ories. In Se­arch of an Ideal The­ory, "Bio­sys­tems" 2020, t. 188, doi:10.1016/j.bio­sys­tems.2019.104063.

Wstęp

Po­gra­ni­cze

Je­sie­nią 1904 roku w La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha prze­pro­wa­dzano mnó­stwo cie­ka­wych eks­pe­ry­men­tów[1]. Chmury rtęci roz­bły­ski­wały nie­bie­skim świa­tłem, oło­wiane cy­lin­dry krę­ciły pi­ru­ety na mie­dzia­nych tar­czach. Fi­zycy, nie tylko z An­glii, ale wręcz z ca­łego globu, nie znali miej­sca bar­dziej eks­cy­tu­ją­cego niż ten po­ro­śnięty blusz­czem bu­dy­nek przy Free School Lane w sa­mym sercu Cam­bridge, można było tam bo­wiem ba­wić się pod­sta­wo­wym bu­dul­cem wszech­świata. W ist­nym gąsz­czu ma­gne­sów, lamp próż­nio­wych i ogniw gal­wa­nicz­nych ła­two by­łoby prze­oczyć pe­wien mały, ci­chy, skromny eks­pe­ry­ment - ot, tylko szklana pro­bówka za­tkana watą, wy­peł­niona do po­łowy kil­koma łyż­kami bu­rego bu­lionu.

A jed­nak w tej pro­bówce bu­dziło się do ży­cia coś, co kilka mie­sięcy póź­niej za­dzi­wiło cały świat. Wkrótce ga­zety okrzyk­nęły eks­pe­ry­ment jed­nym z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych osią­gnięć w dzie­jach na­uki. Pe­wien dzien­ni­karz opi­sał za­war­tość pro­bówki jako "naj­pry­mi­tyw­niej­szą formę ży­cia, "bra­ku­jące ogniwo" mię­dzy świa­tem nie­orga­nicz­nym a or­ga­nicz­nym"[2].

Owo naj­pry­mi­tyw­niej­sze ży­cie było dzie­łem trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego fi­zyka na­zwi­skiem John Bu­tler Burke[3]. Na fo­to­gra­fiach z tam­tego okresu wi­dzimy jego chło­pięcą twarz za­bar­wioną me­lan­cho­lią. Uro­dził się w Ma­nili, jego matka była Fi­li­pinką, oj­ciec zaś Ir­land­czy­kiem. Jako młody chło­piec po­je­chał do Du­blina, by po­bie­rać tam na­uki, po­tem tra­fił do Tri­nity Col­lege, gdzie zaj­mo­wał się pro­mie­nio­wa­niem rent­ge­now­skim, ba­dał dy­nama i ta­jem­ni­cze iskry krze­sane przy uży­ciu cu­kru. Tri­nity przy­znało mu złoty me­dal w dzie­dzi­nie fi­zyki i che­mii. Je­den z pro­fe­so­rów chwa­lił go na­stę­pu­jąco: "To czło­wiek zdolny za­ra­żać in­nych en­tu­zja­zmem, z któ­rym sam pod­cho­dzi do swo­jej pracy"[4]. Skoń­czyw­szy stu­dia, Burke prze­niósł się z Du­blina do An­glii i uczył na roz­ma­itych uni­wer­sy­te­tach. Jego oj­ciec zmarł, matka - "stara i nie­zwy­kle ma­jętna ko­bieta"[5], jak wspo­mi­nał póź­niej Burke - szczo­drze ło­żyła na utrzy­ma­nie syna i jego ka­rierę na­ukową. W 1898 roku Burke tra­fił do La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha.

Ni­gdy w hi­sto­rii w żad­nym in­nym miej­scu na Ziemi fi­zycy nie do­ko­nali w tak krót­kim cza­sie tak wielu od­kryć w dzie­dzi­nie ma­te­rii i ener­gii. Naj­now­szym osią­gnię­ciem mógł się po­chwa­lić kie­row­nik la­bo­ra­to­rium Jo­seph John Thom­son, który do­piero co od­krył elek­tron. Przez pierw­szych kilka lat Burke kon­ty­nu­ował jego dzieło i pro­wa­dził eks­pe­ry­menty po­świę­cone tym za­gad­ko­wym cząst­kom; pró­bo­wał usta­lić choćby, w jaki spo­sób elek­trony roz­świe­tlają chmury gazu. Po­tem jed­nak uwio­dła go inna ta­jem­nica. Po­dob­nie jak wielu mło­dych fi­zy­ków z La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha, za­czął się ba­wić nowo od­kry­tym pro­mie­nio­twór­czym pier­wiast­kiem: ra­dem.

Kilka lat wcze­śniej, w 1896 roku, fran­cu­ski fi­zyk Henri Be­cqu­erel jako pierw­szy do­wiódł, że zwy­kła ma­te­ria po­trafi emi­to­wać dziwną formę ener­gii. Owi­nął sól uranu w czarne płótno, po­ło­żył je obok kli­szy fo­to­gra­ficz­nej i prze­ko­nał się, że uran utwo­rzył na kli­szy oso­bliwe cie­nie. Naj­wy­raź­niej pier­wia­stek emi­to­wał ja­kie­goś ro­dzaju cząstki. Idąc tro­pem ba­dań Be­cqu­erela, Ma­ria i Pierre Cu­rie wy­eks­tra­ho­wali uran z rudy zwa­nej blendą smo­li­stą. Przy oka­zji od­kryli, że część ener­gii po­cho­dzi od in­nego pier­wiastka. Nadali mu na­zwę "rad", zaś nową formę ener­gii ochrzcili mia­nem ra­dio­ak­tyw­no­ści.

Rad emi­to­wał tak wiele pro­mie­nio­wa­nia, że był cie­pły w do­tyku. Umiesz­czony na bryle lodu to­pił tyle za­mar­z­nię­tej wody, ile sam wa­żył. Kiedy Ma­ria i Pierre po­łą­czyli go z fos­fo­rem, ten za­świe­cił w ciem­no­ści. Wie­ści o tym rzad­kim, eg­zo­tycz­nym pier­wiastku roz­cho­dziły się lo­tem bły­ska­wicy i wkrótce rad stał się praw­dziwą sen­sa­cją. W No­wym Jorku tan­cerki w ko­stiu­mach po­kry­tych świe­cą­cym ra­dem da­wały wy­stępy w za­ciem­nio­nych ka­sy­nach. Lu­dzie za­sta­na­wiali się, czy bę­dzie on fi­la­rem no­wej cy­wi­li­za­cji. "Kto wie, może spełni się chi­me­ryczne ma­rze­nie al­che­mi­ków: po­wsta­nie lampa zdolna świe­cić bez końca, nie­zu­ży­wa­jąca nafty"[6], spe­ku­lo­wał pe­wien che­mik. Zda­wało się też, że rad do­daje wi­goru, ogrod­nicy opró­szali nim więc kwiaty, prze­ko­nani, że dzięki temu będą ro­sły wy­żej, a wiele osób piło "płynne słońce" jako re­me­dium na roz­ma­ite cho­roby, w tym rów­nież na no­wo­twory.

To wła­śnie no­wo­twór za­bił Ma­rię Cu­rie w 1934 roku, za­pewne dla­tego, że przez dłu­gie lata wy­ko­rzy­sty­wała w pracy rad i inne pier­wiastki pro­mie­nio­twór­cze. Dziś, kiedy ro­zu­miemy już, jak śmier­tel­nie groźna jest ra­dio­ak­tyw­ność, trudno wy­obra­zić so­bie, że kto­kol­wiek wie­rzył w wi­talną moc radu, jed­nak na po­czątku XX stu­le­cia na­ukowcy wie­dzieli za­ska­ku­jąco mało na te­mat istoty ży­cia - w naj­lep­szym ra­zie mo­gli stwier­dzić, że kryje się ona w ga­la­re­to­wa­tej sub­stan­cji we­wnątrz ko­mó­rek, którą okre­ślili mia­nem pro­to­pla­zmy. Owa sub­stan­cja ja­kimś cu­dem po­zwa­lała ko­mór­kom funk­cjo­no­wać, łą­czyć się w żywe or­ga­ni­zmy, była też prze­ka­zy­wana z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. I w za­sa­dzie nic wię­cej nie wie­dziano na sto pro­cent, nie dziwi za­tem, że roz­wa­żano naj­roz­ma­it­sze po­my­sły i kon­cep­cje.

Burke do­strze­gał do­nio­słe po­do­bień­stwa mię­dzy ży­ciem a ra­dio­ak­tyw­no­ścią. Atom radu po­tra­fił przejść we­wnętrzną prze­mianę ni­czym larwa prze­ista­cza­jąca się w mo­tyla. "Zmie­nia swoją sub­stan­cję - w pew­nym ogra­ni­czo­nym sen­sie żyje - a jed­nak za­wsze po­zo­staje taki sam", pi­sał Burke w ar­ty­kule z 1903 roku. I do­da­wał:

Sto­so­wane przez bio­lo­gów roz­róż­nie­nie tak zwa­nej mar­twej ma­te­rii i ma­te­rii oży­wio­nej, na po­zór nie do prze­zwy­cię­że­nia, na­leży tedy uznać za fał­szywe. [...] Wszelka ma­te­ria jest żywa - oto moja teza[7].

Pa­mię­tajmy, że Burke wy­po­wia­dał się jako na­uko­wiec, a nie jako mi­styk. "Win­ni­śmy za­cho­wać ostroż­ność, nie dajmy się po­nieść wy­obraźni. Nie wolno nam za­brnąć w kra­inę fan­ta­zji, w sferę my­śli, któ­rej nie pod­pie­rają fakty wy­wie­dzione z eks­pe­ry­men­tów", prze­strze­gał. W celu zwe­ry­fi­ko­wa­nia swo­jej hi­po­tezy za­pro­jek­to­wał za­tem do­świad­cze­nie: po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać rad, aby stwo­rzyć ży­cie z nie­oży­wio­nej ma­te­rii.

Za­czął od spo­rzą­dze­nia bu­lionu. Ob­go­to­wał parę ka­wał­ków wo­ło­winy w wo­dzie, do­dał sól i że­la­tynę, a uzy­skany wy­war prze­lał do pro­bówki i ją pod­grzał. Cie­pło znisz­czyło wszel­kie kro­wie ko­mórki i mi­kroby; po­zo­stała tylko ste­rylna mie­szanka mar­twych czą­ste­czek.

Przy­szła za­tem pora na ko­lejny krok: Burke przy­go­to­wał szczyptę soli radu i umie­ścił ją w ma­leń­kiej za­pie­czę­to­wa­nej fiolce, którą za­wie­sił nad bu­lio­nem. Fiolka była owi­nięta pla­ty­no­wym dru­ci­kiem. Kiedy Burke go po­cią­gnął, pę­kła, a rad wpadł do bu­lionu.

Ra­dio­ak­tywna zupa go­to­wała się przez całą noc. Na­stęp­nego dnia Burke zo­ba­czył, że za­szła zmiana: na po­wierzchni utwo­rzyła się chmur­ko­wata war­stwa. Po­brał próbkę, gdyż chciał się prze­ko­nać, czy nie stało się to za sprawą ja­kichś bak­te­rii, które ska­ziły roz­twór. Roz­pro­wa­dził ją na szalce Pe­triego wy­ło­żo­nej po­żywką bak­te­ryjną. Gdyby w chmur­ko­wa­tej sub­stan­cji kryły się mi­kroby, dzięki po­żywce szybko za­czę­łyby się mno­żyć i po­wsta­łyby ła­twe do za­ob­ser­wo­wa­nia ko­lo­nie.

Ale ko­lo­nie nie po­wstały. Skoro tak, Burke do­szedł do wnio­sku, że sub­stan­cja nie ma po­cho­dze­nia bak­te­ryj­nego. Wziął ko­lejną próbkę, umie­ścił ją na szkiełku, obej­rzał pod mi­kro­sko­pem i zo­ba­czył roz­ma­ite kro­peczki, o wiele mniej­sze od bak­te­rii. Kilka go­dzin póź­niej spraw­dził po­now­nie - kro­peczki znik­nęły. Na­za­jutrz jed­nak wró­ciły i Burke za­czął je ry­so­wać; do­ku­men­to­wał zmiany roz­miaru i kształtu. Przez na­stęp­nych kilka dni zmie­niły się w ku­leczki z ze­wnętrzną otoczką i we­wnętrz­nym ją­drem. Roz­cią­gnęły się i przy­brały kształt han­tli. Pęcz­niały, two­rzyły mi­nia­tu­rowe kwiatki, dzie­liły się, aż w końcu, po dwóch ty­go­dniach, się roz­pa­dły. Można by rzec: umarły.

Gdy Burke szki­co­wał te zmienne kształty, miał pew­ność, że to nie bak­te­rie. Były zbyt małe i - co waż­niej­sze - roz­pusz­czały się w wo­dzie. Bak­te­riom ni­gdy nic po­dob­nego się nie przy­tra­fiało. Za­ra­zem Burke był prze­ko­nany, że te ra­dowe kleksy to nie krysz­tały ani żadne inne znane formy nie­oży­wio­nej ma­te­rii. "Za­słu­gują na za­li­cze­nie ich do grona ży­wych istot"[8], kon­klu­do­wał na­uko­wiec. Udało mu się stwo­rzyć, jak sam to okre­ślał, "sztuczne ży­cie" - od­na­lazł ży­jątka nie­znane wcze­śniej na­uce. Nadał im na­zwę upa­mięt­nia­jącą pier­wia­stek, z któ­rego się zro­dziły: ra­dioby.

Nie po­tra­fił do­kład­nie wy­ja­śnić, w jaki spo­sób po­wstały; spe­ku­lo­wał, że kiedy wrzu­cił rad do bu­lionu, pier­wia­stek za­pew­nił znaj­du­ją­cym się tam czą­stecz­kom moż­li­wość roz­woju, or­ga­ni­za­cji i re­pro­duk­cji. "W bu­lio­nie były skład­niki pro­to­pla­zmy - pi­sał póź­niej. - Siła ży­ciowa kryła się jed­nak w ra­dzie"[9].

W grud­niu 1904 roku uczeni z La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha zło­żyli hołd Burke'owi i jego od­kry­ciu pod­czas co­rocz­nej ko­la­cji, od­by­wa­ją­cej się w jed­nej z re­stau­ra­cji w Cam­bridge. Wszy­scy przy­wdziali ele­ganc­kie stroje wie­czo­rowe i na me­lo­dię sta­rej pio­senki z mu­sic-hallu za­śpie­wali gromko tekst uło­żony przez fi­zyka Franka Hor­tona. Utwór no­sił ty­tuł Atom radu:

Z blendy smo­li­stej do­byty,

Ja, atom radu, po­cho­dzę,

Lecz wkrótce w hel się za­mie­nię,

Roz­trwo­niw­szy ener­gię po dro­dze.

Fi­zycy śpie­wali o pro­mie­niach gamma i beta emi­to­wa­nych przez rad, na­stęp­nie zaś prze­szli do eks­pe­ry­mentu Burke'a:

Jam główną z ży­cia na­mia­stek,

Po­noć z gliny po­wstały zwie­rzęta,

W bu­lio­nie się po­czął pier­wia­stek

I już ży­cia hi­sto­ria za­częta![10]

Pięć mie­sięcy póź­niej, 25 maja 1905 roku, na ła­mach cza­so­pi­sma "Na­ture" Burke opu­bli­ko­wał pierw­sze do­nie­sie­nia na te­mat ra­dio­bów. Opis swo­jego eks­pe­ry­mentu okra­sił trzema nie­zbyt wy­raź­nymi, nieco roz­ma­za­nymi ry­sun­kami przed­sta­wia­ją­cymi "istoty o wy­so­kim po­zio­mie or­ga­ni­za­cji". Na ko­niec uza­sad­nił na­zwę "ra­dioby", która "pod­kre­śla po­do­bień­stwo mię­dzy nimi a mi­kro­bami, za­ra­zem zaś przy­po­mina o ich szcze­gól­nej na­tu­rze i po­cho­dze­niu"[11].

Wkrótce do Burke'a za­częli się do­bi­jać dzien­ni­ka­rze. Z po­czątku na­uko­wiec pró­bo­wał nie roz­dmu­chi­wać swo­jego od­kry­cia i nie wy­cią­gać zbyt da­leko idą­cych wnio­sków, lecz z cza­sem jego siła woli mur­szała ni­czym kłoda sta­rego drzewa pod­gry­za­nego przez kor­niki. Pier­wiastki ra­dio­ak­tywne oka­zały się za­ska­ku­jąco roz­po­wszech­nione, mó­wił i spe­ku­lo­wał, że za­pewne ra­dioby spo­tkać można na ca­łej pla­ne­cie. "Nie­wy­klu­czone, że wła­śnie tak po­wstało ży­cie na Ziemi", po­wie­dział pew­nemu re­por­te­rowi[12].

Pu­blika była za­chwy­cona. "Czy rad po­zwo­lił od­kryć se­kret ży­cia?", py­tał "New York Ti­mes". Ra­dioby Burke'a "pla­sują się mię­dzy znie­ru­cho­miałą, in­er­cyjną ma­te­rią nie­oży­wioną a oso­bli­wym pul­so­wa­niem ro­dzą­cej się wi­tal­no­ści"[13].

Dzięki pra­sie Burke zy­skał rów­nie wielki roz­głos co ra­dioby. "John Bu­tler Burke z dnia na dzień stał się naj­sław­niej­szym na­ukow­cem w Wiel­kiej Bry­ta­nii"[14], do­no­sił "New York Ti­mes". Z ko­lei lon­dyń­ski "Ti­mes" za­li­czył go do grona "wy­bit­nych mło­dych fi­zy­ków w na­szym kraju" i przy­znał mu miano czło­wieka, który "może po­chwa­lić się jed­nym z naj­wspa­nial­szych od­kryć w dzie­jach"[15]. Inny bry­tyj­ski au­tor oce­niał: "Wo­kół pana Burke'a wy­bu­chła na­gła wrzawa, co za­zwy­czaj przy­tra­fia się u nas tylko nie­prze­cięt­nym spor­tow­com"[16]. Burke wspo­mi­nał póź­niej, że li­sty z py­ta­niami na te­mat ra­dio­bów przy­cho­dziły "z naj­dal­szych za­kąt­ków Ziemi".

Roz­ko­szo­wał się sławą; za­miast pro­wa­dzić ko­lejne eks­pe­ry­menty w La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha, po­dró­żo­wał z wy­kła­dami, uzbro­jony w szklane prze­zro­cza. Cza­so­pi­sma szczo­drze mu pła­ciły, mie­sięcz­nik "World's Work" po­rów­nał go na­wet do Dar­wina. Ra­dioby "wy­wo­łały bo­daj in­ten­syw­niej­szą de­batę niż ja­kie­kol­wiek wy­da­rze­nie w świe­cie na­uko­wym od czasu uka­za­nia się O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków"[17], gło­sił pe­rio­dyk. W 1859 roku Char­les Dar­win przed­sta­wił teo­rię opi­su­jącą, w jaki spo­sób ewo­lu­ują żywe istoty. Te­raz, bli­sko pół wieku póź­niej, Burke po­sta­no­wił roz­wi­kłać jesz­cze więk­szą ta­jem­nicę i od­kryć na­turę ży­cia. Po­tężne lon­dyń­skie wy­daw­nic­two Chap­man and Hall pod­pi­sało z nim umowę na książkę. Uka­zała się ona w 1906 roku i no­siła ty­tuł: O po­cho­dze­niu ży­cia. Jego fi­zyczna pod­stawa i de­fi­ni­cja[18].

O ile z po­czątku Burke wy­ka­zy­wał się ostroż­no­ścią, o tyle te­raz zu­peł­nie się jej wy­zbył. W książce wy­po­wia­dał się na te­mat wła­ści­wo­ści ży­wych sub­stan­cji, na te­mat "po­gra­ni­cza mię­dzy kró­le­stwem mi­ne­ra­łów a kró­le­stwem ro­ślin", na te­mat en­zy­mów, ją­der ko­mór­ko­wych, swo­jej elek­trycz­nej teo­rii ma­te­rii i wresz­cie tego, co okre­ślał mia­nem "tre­ści umy­sło­wych". De­fi­ni­cja tych ostat­nich brzmiała nie­stety nie­zbyt zro­zu­miale: owe tre­ści Burke na­zy­wał "per­cep­cjami uni­wer­sal­nego umy­słu, sta­no­wią­cego "wielki ocean my­śli", w któ­rym ży­jemy, po­ru­szamy się i by­tu­jemy"[19].

Słowa te oka­zały się po­cząt­kiem końca ika­ro­wego lotu. Re­cen­zenci bru­tal­nie obe­szli się z książką i Bur­kiem, wzgar­dli­wie wy­ty­ka­jąc mu py­chę. Oto fi­zyk przed­sta­wia swoje po­glądy do­ty­czące na­tury ży­cia, choć nie zna na­wet róż­nicy mię­dzy chlo­ro­fi­lem a chro­ma­tyną. "Bio­lo­gia z pew­no­ścią nie jest mocną stroną au­tora"[20], stwier­dzał ja­do­wi­cie pe­wien re­cen­zent.

Jesz­cze strasz­liw­szy wy­rok wy­dali inni na­ukowcy. W. A. Do­uglas Rudge, nie­gdyś pra­cow­nik La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha, po­sta­no­wił po­wtó­rzyć eks­pe­ry­ment z ra­dio­bami. Ob­my­ślił po­nadto kilka do­dat­ko­wych wa­rian­tów, by wy­niki stały się bar­dziej wia­ry­godne - oprócz bu­lionu wy­ko­rzy­stał też wodę de­sty­lo­waną oraz kra­nówkę. Za­miast iść w ślady Burke'a i spo­rzą­dzać, jak to okre­ślił, "byle ry­sunki"[21], udo­ku­men­to­wał wszystko na fo­to­gra­fiach. Kiedy ugo­to­wał bu­lion na wo­dzie de­sty­lo­wa­nej, nie po­wstały żadne ra­dioby. W kra­nówce udało się zna­leźć czą­steczki o dziw­nych kształ­tach, ale z pew­no­ścią nie były to ży­cio­po­dobne ra­dioby ry­so­wane przez Burke'a.

Burke twier­dził, że Rudge to zwy­czajny ama­tor, ale inni uczeni uznali, że ra­port tego dru­giego, prze­ka­zany To­wa­rzy­stwu Kró­lew­skiemu, osta­tecz­nie roz­strzyga kwe­stię ra­dio­bów. "Pan Rudge prze­pro­wa­dził do­świad­cze­nia, któ­rymi pan Burke po­wi­nien był się za­jąć już dawno temu", ogło­sił Nor­man Ro­bert Camp­bell, fi­zyk z La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha. "Przed­sta­wiono prze­ko­nu­jące do­wody, że "ko­mórki", czyli ra­dioby, to je­dy­nie małe bą­belki wody w że­la­ty­nie, po­wstałe za sprawą dzia­ła­nia soli"[22].

We wrze­śniu 1906 roku Camp­bell przy­pu­ścił za­cie­kły atak prze­ciwko Burke'owi w re­cen­zji O po­cho­dze­niu ży­cia. Chęt­nie się­gał do ar­gu­men­tów ad per­so­nam.

Pan Burke nie kształ­cił się w Cam­bridge; prze­wi­nął się przez dwie inne uczel­nie, za­nim przy­był tu jako doj­rzały stu­dent - pi­sał po­gar­dli­wie Camp­bell. - Nad­uży­ciem jest na­zy­wa­nie go w kon­tek­ście jego naj­now­szych pu­bli­ka­cji "pra­cow­ni­kiem La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha". Kilka lat temu pro­wa­dził tam pewne ba­da­nia w dzie­dzi­nie fi­zyki. Po­nadto pod­czas eks­pe­ry­men­tów do­ty­czą­cych bio­lo­gii tego, co na­zywa ra­dio­bami, wy­ko­rzy­stał swój dawny po­kój la­bo­ra­to­ryjny. Prze­cho­wy­wał tam kilka pro­bó­wek, w któ­rych "doj­rze­wały" te istoty.

Mniej wię­cej w tam­tym okre­sie Burke prze­stał pra­co­wać w La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha. Nikt nie wie, czy od­szedł z wła­snej woli, czy zo­stał wy­rzu­cony. W grud­niu 1906 roku cały per­so­nel znowu ze­brał się na uro­czy­stej ko­la­cji. Było co świę­to­wać: Thom­son wła­śnie otrzy­mał Na­grodę No­bla. Jed­nak za­miast ody na cześć elek­tronu uczest­nicy od­śpie­wali pio­senkę na­pi­saną przez ma­te­ma­tyka Al­freda Ar­thura Robba na me­lo­dię Za­ko­cha­nej zło­tej rybki z mu­si­calu Gej­sza z 1896 roku.

Pio­senka no­siła ty­tuł Ra­diob.

Ra­diob pły­wał so­bie w ro­sole,

Jak to ra­dioby mają w zwy­czaju.

Aż Bu­tler Burke za­wo­łał: "O raju!",

Kiedy w oku­lar mi­kro­skopu zer­ka­jąc,

Uj­rzał isto­tek tych swa­wole.

I rzekł: "Ten ra­diob do­wo­dzi,

Że ży­cie z radu po­cho­dzi!

A, co waż­niej­sze, to do­wód wy­ma­rzony,

Że do­prawdy wy­bitny jest ze mnie uczony!"[23]

Przez na­stępne lata, aż do śmierci w 1946 roku, Burke sta­czał się po równi po­chy­łej. Gdy opu­ścił La­bo­ra­to­rium Ca­ven­di­sha, nikt nie chciał za­ofe­ro­wać mu po­rząd­nej pro­fe­sury. Pe­rio­dyki prze­stały in­te­re­so­wać się jego po­my­słami. Na­pi­sał dwie po­tężne książki, ale długo nie mógł zna­leźć wy­dawcy. Stra­cił do­chód z wy­kła­dów i ar­ty­ku­łów, na do­bitkę matka prze­stała wy­pła­cać mu kie­szon­kowe. Pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej utrzy­my­wał się, pra­cu­jąc jako in­spek­tor sa­mo­lo­tów, ale po kilku mie­sią­cach mu­siał zre­zy­gno­wać z po­wodu pro­ble­mów ze zdro­wiem. W 1916 roku wy­stą­pił do Kró­lew­skiego Fun­du­szu Li­te­rac­kiego o po­życzkę, by uchro­nić się przed "wid­mem ban­kruc­twa"[24]. Jego wnio­sek zo­stał od­rzu­cony.

Przez mo­ment wy­da­wało się, że Burke zdoła od­kryć ta­jem­nicę ży­cia, na­kre­ślić mapę jego po­gra­ni­cza. Ale ży­cie go po­ko­nało. W 1931 roku, ćwierć wieku po krót­kiej chwili sławy, opu­bli­ko­wał swoje opus ma­gnum, dzieło no­szące ty­tuł Po­wsta­nie ży­cia, książkę bę­dącą nie­składną mie­sza­niną bzdur. "Burke kom­plet­nie od­pły­nął"[25], oce­niał póź­niej hi­sto­ryk Luis Cam­pos. Na­uko­wiec brał na po­waż­nie le­wi­ta­cję i inne zja­wi­ska nad­przy­ro­dzone. Po­zo­stał wierny swym ra­dio­bom, dawno już za­po­mnia­nym przez ludz­kość. Twier­dził, że ży­cie zro­dziło się z "fal czasu", prze­pły­wa­ją­cych mię­dzy po­szcze­gól­nymi jed­nost­kami umy­słu, które skła­dają się na wszech­świat.

Im wię­cej roz­my­ślał na te­mat ży­cia, tym mniej je ro­zu­miał. Po­dał na­wet de­fi­ni­cję, ale brzmiała ona jak wo­ła­nie o po­moc: "Ży­cie jest tym, co JEST"[26].

- - -

W szkole nie uczono mnie o Burke'u - za­miast tego po­zna­łem stan­dar­dowy pan­teon bio­lo­gów, któ­rych kon­cep­cje oka­zały się trafne. Do­wie­dzia­łem się więc o Dar­wi­nie i jego drze­wie ży­cia, o Men­dlu i grosz­kach dzie­dzi­czą­cych okre­ślone ce­chy, o Lo­uisie Pa­steu­rze i cho­ro­bo­twór­czych za­raz­kach. Ła­twiej jest po pro­stu prze­ska­ki­wać od jed­nego sław­nego bo­ha­tera do dru­giego, igno­ru­jąc wszystko, co wy­da­rzyło się po dro­dze, a więc brnię­cie w ślepe za­ułki, ule­ga­nie fa­ta­mor­ga­nom, po­rażki, sławę, która się prze­ter­mi­no­wała.

Kiedy za­czą­łem pi­sać na te­mat bio­lo­gii, na­dal nie wie­dzia­łem nic o Burke'u. Mia­łem szczę­ście po­znać wiele form ży­cia, a także na­ukow­ców, któ­rzy je stu­diują: wy­ła­wia­łem ślu­zice z wód pół­noc­nego Atlan­tyku, wę­dro­wa­łem po la­sach igla­stych w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej w po­szu­ki­wa­niu mu­cho­łó­wek, wi­dzia­łem oran­gu­tany wy­le­gu­jące się w ko­ro­nach drzew su­ma­trzań­skiej dżun­gli. Uczeni dzie­lili się ze mną swo­imi od­kry­ciami na te­mat wspa­nia­łej wy­dzie­liny wy­twa­rza­nej przez ślu­zice, owa­do­bój­czych en­zy­mów pro­du­ko­wa­nych przez mię­so­żerne ro­śliny, na­rzę­dzi z pa­tyka, które po­trafi zro­bić oran­gu­tan.

Wszy­scy ci na­ukowcy gro­ma­dzą fan­ta­styczną wie­dzę, lecz zaj­mują się bar­dzo nie­wiel­kimi wy­cin­kami rze­czy­wi­sto­ści. Ba­daczka po­świę­ca­jąca całą ka­rierę na ob­ser­wo­wa­nie oran­gu­ta­nów nie ma czasu, by stać się eks­pertką od mu­cho­łó­wek. Oran­gu­tan i mu­cho­łówka mają pewną ar­cy­ważną wspólną ce­chę: są żywe. Je­śli jed­nak za­py­tać bio­loga, co to zna­czy, że ja­kaś istota żyje, roz­mowa zrobi się dość nie­zręczna. Za­czną się uniki albo ją­ka­nie. Być może bio­log za­pro­po­nuje ja­kąś ku­lawą od­po­wiedź, która po uważ­niej­szym na­my­śle okaże się kom­plet­nie nie­trafna. Przed­sta­wi­ciele nauk przy­rod­ni­czych na co dzień po pro­stu nie my­ślą o ta­kich spra­wach.

Od dawna zdu­mie­wało mnie, skąd ta nie­chęć, bo kwe­stia istoty ży­cia prze­wija się przez hi­sto­rię na­uki co naj­mniej od czte­rech stu­leci. Jest ni­czym nurt pod­ziem­nej rzeki. Gdy fi­lo­zo­fo­wie i przy­rod­nicy za­częli kon­tem­plo­wać świat stwo­rzony z po­ru­sza­ją­cej się ma­te­rii, mu­sieli za­dać so­bie py­ta­nie, pod ja­kim wzglę­dem ży­cie różni się od ca­łej reszty wszech­świata. Szu­ka­jąc od­po­wie­dzi, do­ko­nali wielu od­kryć, ale też po­peł­nili liczne błędy. Burke by­naj­mniej nie był wy­jąt­kiem. Przy­kła­dowo, w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XIX stu­le­cia wielu uczo­nych uwie­rzyło, że całe dno oce­anu jest usłane war­stwą pro­to­pla­zmy. Mimo że od tam­tego czasu mi­nęło sto pięć­dzie­siąt lat, a bio­lo­dzy zdo­byli ogromną wie­dzę na te­mat ży­wych istot, na­dal nie po­tra­fią się do­ga­dać co do de­fi­ni­cji ży­cia.

Za­dzi­wiony tym sta­nem rze­czy, po­sta­no­wi­łem wy­ru­szyć na po­szu­ki­wa­nia. Za­czą­łem w sa­mym sercu kra­iny ży­cia. Każdy z nas ma pew­ność, że żyje, że pew­nego dnia się uro­dził i pew­nego dnia umrze. Czu­jemy się ży­wymi isto­tami, na­wet je­śli nie do końca ro­zu­miemy, co to ozna­cza. Wiemy też, że ist­nieją inne żywe stwo­rze­nia, na przy­kład węże czy drzewa, choć nie mo­żemy za­py­tać ich wprost, co czują. Po­le­gamy na li­ście okre­ślo­nych cech szcze­gól­nych, które wszyst­kie stwo­rze­nia wy­dają się po­sia­dać. Za­ją­łem się więc owymi ce­chami: po­zna­łem stwo­rze­nia speł­nia­jące kry­te­ria ży­cia na naj­bar­dziej nie­zwy­kłe, wy­jąt­kowe spo­soby. Osta­tecz­nie do­tar­łem więc na mgli­ste po­gra­ni­cze mię­dzy tym, co żywe, a tym, co nie­oży­wione[27]. Gdy się tam zna­la­złem, nie­które kry­te­ria oka­zały się co­kol­wiek pro­ble­ma­tyczne. Po­nadto wła­śnie tam spo­tka­łem wresz­cie Johna Bu­tlera Burke'a i po­znaw­szy jego hi­sto­rię, uzna­łem, że za­słu­guje on na miej­sce w na­szej pa­mięci. Ze­tkną­łem się rów­nież z jego na­uko­wymi po­tom­kami na­dal eks­plo­ru­ją­cymi po­gra­ni­cze, pró­bu­jąc usta­lić, jak po­wstało ży­cie i jak dziwne formy może przy­bie­rać w in­nych świa­tach.

Pew­nego dnia ludz­kość zdoła praw­do­po­dob­nie na­szki­co­wać mapę, dzięki któ­rej tego ro­dzaju po­dróż sta­nie się ła­twiej­sza. Nie­wy­klu­czone, że za kilka stu­leci lu­dzie spoj­rzą wstecz, przyj­rzą się na­szym pró­bom zro­zu­mie­nia ży­cia i nie będą mo­gli uwie­rzyć, że wy­ka­za­li­śmy się taką śle­potą. Cztery stu­le­cia temu nasi przod­ko­wie pa­trzyli w nocne niebo i wi­dzieli ta­jem­ni­cze świa­tła, które wę­dro­wały, pę­dziły, roz­bły­ski­wały w ciem­no­ści. Paru astro­no­mów miało już na ich te­mat pewne po­my­sły; tłu­ma­czyli, dla­czego świa­tła po­ru­szają się po ta­kiej, a nie in­nej tra­jek­to­rii, lecz wiele ów­cze­snych teo­rii z cza­sem oka­zało się błęd­nych. Póź­niej­sze po­ko­le­nia spo­glą­dały w górę i wi­działy pla­nety, ko­mety, czer­wone ol­brzymy, naj­róż­niej­sze ciała nie­bie­skie po­słuszne pra­wom fi­zyki, moż­liwe do opi­sa­nia za po­mocą jed­no­li­tej teo­rii. Nie wiemy, kiedy po­wsta­nie teo­ria ży­cia. Mo­żemy je­dy­nie mieć na­dzieję, że uda nam się po­żyć na tyle długo, by jej do­cze­kać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki