Co to będzie?. Krótki przewodnik po końcach świata - Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

Wstęp
[1] C. Mac­kay, Extra­or­di­nary Po­pu­lar De­lu­sions and the Mad­ness of Crowds (1841), Cre­ate­Space In­de­pen­dent Pu­bli­shing Plat­form; Re­print edi­tion 2011.
[2] Tamże.
[3] J.A. Black i in., The Su­me­rian King List [Trans­la­tion], The Elec­tro­nic Text Cor­pus of Su­me­rian Li­te­ra­ture. Uni­ver­sity of Oxford, https://etcsl.orinst.ox.ac.uk/cgi-bin/etcsl.cgi?text=t.2.1.1 &cha­renc=j#, do­stęp 18.04.2025.
[4] T.A. Hoc­key i in. (red.), Bio­gra­phi­cal En­cyc­lo­pe­dia of Astro­no­mers, New York 2014, s. 1083-1084, https://doi.org/10.1007/978-1-4419-9917-7_1322, do­stęp 18.04.2025.
1. Przy­pad­kowa bomba ato­mowa
[1] Tłum. P.W. Cho­lewa, War­szawa 2007.
[2] C. Rum­rill, Air­craft 53-1876A Has Lost a De­vice: How the U.S. Air Force Came to Drop an A-Bomb on So­uth Ca­ro­lina, "Ame­ri­can He­ri­tage" 2000, nr 51 (5), https://www.ame­ri­can­he­ri­tage.com/air­craft-53-1876a-has-lost-de­vice, do­stęp 18.04.2025.
[3] Tamże.
[4] H. Ca­ston, Mars Bluff, "BOMB" 1992, nr 38, s. 71-73, http://www.jstor.org/sta­ble/40424186, do­stęp 18.04.2025.
[5] Tamże.
[6] L. Dit­trich, A Per­fec­tly Un­der­stan­da­ble Mi­stake: The True Story of the Al­bino Rac­coon, the Pig Fra­mer, and the Only Nuc­lear Bomb Ever to Be Drop­ped on Ame­rica, "Esqu­ire" 2005, nr 143 (5), s. 122 i n., https://link.gale.com/apps/doc/A131857301/AONE?u=anon~d689f2c8&sid=go­ogle­Scho­lar&xid=bd33986d. do­stęp 18.04.2025.
[7] PBS, Bro­ken Ar­rows: How Many Nuc­lear Ac­ci­dents Have We Had? Ame­ri­can Expe­rience, b.d., https://www.pbs.org/wgbh/ame­ri­ca­ne­xpe­rience/fe­atu­res/com­mand-and-con­trol-bro­ken-ar­rows-how-many-nuc­lear-ac­ci­dents-have-we-had/, do­stęp 19.04.2025.
[8] Tamże.
[9] Outri­der, Ac­ci­dents, er­rors, and explo­sions. Outri­der, b.d., https://outri­der.org/nuc­lear-we­apons/ti­me­li­nes/ac­ci­dents-er­rors-and-explo­sions, do­stęp 19.04.2025.
[1*] Pro­roc­two No­stra­da­musa - we­dług róż­nych in­ter­pre­ta­cji - miało wiesz­czyć wojnę ato­mową albo nie mniej za­bój­cze przy­wa­le­nie w Zie­mię aste­ro­idy. W 1999 roku do­szło do kilku na­tu­ral­nych ka­ta­strof, ale moż­liwe, że za naj­bar­dziej apo­ka­lip­tyczne wy­da­rze­nie lipca na­leży uznać fe­sti­wal Wo­od­stock '99, który oka­zał się taką klapą, że póź­niej opi­sy­wano go w pra­sie jako przy­po­mi­na­jący "obóz kon­cen­tra­cyjny", "strefę wojny" czy "sceny prze­cho­dze­nia zom­bie przez mury zamku".
[2*] Gen. Cur­tis Le­May w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej wpro­wa­dził sys­tem, w któ­rym wy­brane za­łogi bom­bow­ców szcze­gó­łowo po­zna­wały trasy po­dej­ścia do ce­lów i cała eska­dra jed­no­cze­śnie zrzu­cała z ni­skiego pu­łapu ła­dunki za­raz po tym, jak zro­bił to sa­mo­lot prze­wodni. Pod­czas naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­skiego prze­pro­wa­dzo­nego w ten spo­sób ataku, bę­dą­cego za­ra­zem jed­nym z naj­więk­szych bom­bar­do­wań w hi­sto­rii, 279 bom­bow­ców zrzu­ciło nocą z 9 na 10 marca 1945 roku na To­kio po­nad 1,6 ty­siąca ton bomb. Zgi­nęło 100 ty­sięcy lu­dzi, a mi­lion stra­ciło dach nad głową. Ro­bert McNa­mara, póź­niej­szy se­kre­tarz obrony USA, który w cza­sie wojny z Ja­po­nią ana­li­zo­wał sku­tecz­ność bom­bar­do­wań, tak opi­sał Le­Maya: "Był naj­lep­szym do­wódcą bo­jo­wym spo­śród wszyst­kich, ja­kich spo­tka­łem na woj­nie. Był bar­dzo wo­jow­ni­czy, a wielu uwa­żało go na­wet za bru­tal­nego. Gdy otrzy­mał ra­port [o wy­so­kim wskaź­niku prze­rwa­nych przez pi­lo­tów mi­sji bom­bo­wych], po­wie­dział: "Będę w sa­mo­lo­cie pro­wa­dzą­cym każdą taką mi­sję. Każdy sa­mo­lot, który wy­star­tuje, prze­leci nad ce­lem, albo jego za­łoga sta­nie przed są­dem woj­sko­wym". Wskaź­nik prze­rwa­nych mi­sji spadł z dnia na dzień".Zob. także The Fog of War: Ele­ven Les­sons from the Life of Ro­bert S. McNa­mara [film do­ku­men­talny], reż. E. Mor­ris, Sony Pic­tu­res Clas­sics, 2003.
[3*] Ist­nie­nie kur, któ­rego je­dy­nym świa­dec­twem miały być zwłoki, zo­stało przez przed­sta­wi­cieli rządu USA po­trak­to­wane wy­jąt­kowo in­stru­men­tal­nie. W chwili pi­sa­nia tej książki Stany Zjed­no­czone mie­rzą się z po­tęż­nym pro­blem zwią­za­nym z bra­kiem ku­rzych jaj na kra­jo­wym rynku. Za­sta­na­wia­li­ście się kie­dyś nad ist­nie­niem karmy?
[4*] Jed­nym z naj­więk­szych wy­zwań w kon­struk­cji broni nu­kle­ar­nej jest pre­cy­zyjne skie­ro­wa­nie ener­gii eks­plo­zji ini­cju­ją­cej na rdzeń tak, by skom­pre­so­wać go zgod­nie z wy­ma­ga­niami fi­zyki i za­po­cząt­ko­wać re­ak­cję łań­cu­chową - za­miast po pro­stu ro­ze­rwać na ka­wałki.
[5*] W tam­tych cza­sach sto­so­wano dwa ro­dzaje me­cha­ni­zmów ini­cju­ją­cych wy­buch ła­dunku kon­wen­cjo­nal­nego. W pierw­szym wy­star­czyło, że bomba o coś ude­rzyła - ta­kie bomby były ła­twiej­sze do wy­pro­du­ko­wa­nia i za­pew­niały więk­szą pew­ność dzia­ła­nia w wa­run­kach bo­jo­wych. Drugi typ wy­maga im­pulsu elek­trycz­nego do ak­ty­wa­cji i obec­nie sto­suje się tylko ten drugi me­cha­nizm. Zob. C. Freu­den­rich, Pa­trick J. Ki­ger, How Nuc­lear Bombs Work, How­Stuf­fWorks, b.d., https://science.how­stuf­fworks.com/nuc­lear-bomb.htm, do­stęp 18.04.2025.

Gdyby w ja­kiejś gro­cie umie­ścić duży prze­łącz­nik z ta­bliczką: "Prze­łącz­nik Końca Świata! NIE DO­TY­KAĆ", farba na niej nie zdą­ży­łaby na­wet wy­schnąć.

Terry Prat­chett, Zło­dziej czasu[1]

Po­ra­nek 11 marca 1958 roku w ame­ry­kań­skim sta­nie Geo­r­gia za­po­wia­dał piękny, sło­neczny dzień i nie pa­so­wał do tego, co miało się wy­da­rzyć już po po­łu­dniu.

Zu­peł­nie nie pa­so­wał też do ner­wo­wej at­mos­fery w Ba­zie Sił Po­wietrz­nych Hun­ter, choć aku­rat ner­wo­wość nie była tam ni­czym nie­zwy­kłym. W za­sa­dzie pa­no­wała w ba­zie bez­u­stan­nie od 12 lat, a wpro­wa­dził ją i kon­se­kwent­nie pie­lę­gno­wał gen. Cur­tis Le­May[2*]. Do­wódca Stra­te­gicz­nych Sił Po­wietrz­nych wdro­żył sys­tem punk­to­wa­nia żoł­nie­rzy do­słow­nie za każde za­da­nie, a wszyst­kie wy­niki były prze­ka­zy­wane do kwa­tery głów­nej i tam - jak mó­wią woj­skowi - "agre­syw­nie ana­li­zo­wane". Je­śli za­da­nie lub mi­sja nie uzy­skały wy­so­kich ocen, do­wódcy po­szcze­gól­nych jed­no­stek mo­gli być pewni, że gen. Le­May skon­tak­tuje się z nimi i za­żąda wy­ja­śnień. I jak nie­trudno się do­my­ślić, ro­bili wszystko, co w ich mocy, by ta­kiego kon­taktu unik­nąć.

Wto­rek 11 marca 1958 roku był na­wet bar­dziej ner­wowy niż zwy­kle. Wła­śnie za­czy­nała się ope­ra­cja "Za­mieć" i to nie były ru­ty­nowe ćwi­cze­nia. To była "Sy­mu­lo­wana Mi­sja Bo­jowa Jed­nostki i Ćwi­cze­nia z Uży­ciem Broni Spe­cjal­nej". Czyli bomby ato­mo­wej.

B-47, le­cący w to­wa­rzy­stwie trzech in­nych ta­kich bom­bow­ców, miał prze­trans­por­to­wać "broń spe­cjalną" z Geo­r­gii do bazy Brun­ting­thorpe w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po dro­dze pla­no­wano tan­ko­wa­nie w po­wie­trzu (co pod­le­gało punk­ta­cji) oraz sy­mu­lo­wany na­lot na cel w An­glii - sa­mo­lot miał nadać elek­tro­niczny sy­gnał imi­tu­jący zrzu­ce­nie ła­dunku. Pre­cy­zja "bom­bar­do­wa­nia" także, co oczy­wi­ste, była punk­to­wana[2].

O ósmej rano roz­po­częło się in­sta­lo­wa­nie "broni spe­cjal­nej" na po­kła­dzie B-47. W tego typu sa­mo­lo­tach bomby były za­bez­pie­czane przez dwa sys­temy: me­cha­nizm pneu­ma­tyczny oraz ręcz­nie wpro­wa­dzany sta­lowy ko­łek. Gdy ko­łek był we­tknięty, unie­moż­li­wiał zrzu­ce­nie ła­dunku. Przy kołku wy­ję­tym za­łoga mo­gła prak­tycz­nie na­tych­miast po­zbyć się bomby. Zgod­nie z re­gu­la­mi­nem ko­łek miał być wy­jęty pod­czas startu i lą­do­wa­nia.

Tę koł­kową pro­ce­durę Do­wódz­two Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych wpro­wa­dziło z dwóch po­wo­dów. B-47 były bom­bow­cami sto­sun­kowo trud­nymi w pi­lo­tażu, w szcze­gól­no­ści pod­czas star­tów i lą­do­wań. Do tego w pełni za­tan­ko­wane zbior­niki sta­no­wiły po­nad po­łowę masy ma­szyny, co było do­dat­ko­wym utrud­nie­niem w ma­new­ro­wa­niu. Jed­no­cze­śnie, w prze­ci­wień­stwie do sa­mo­lo­tów pa­sa­żer­skich, B-47 nie miały sys­te­mów umoż­li­wia­ją­cych zrzu­ce­nie pa­liwa w sy­tu­acji awa­ryj­nej i dzięki temu lą­do­wa­nia bez do­dat­ko­wego ob­cią­że­nia. W tych oko­licz­no­ściach szyb­kie po­zby­cie się bomby po­zwa­lało zmniej­szyć wagę sa­mo­lotu i da­wało szansę na unik­nię­cie ka­ta­strofy. Dru­gim - moż­liwe, że waż­niej­szym po­wo­dem wpro­wa­dze­nia koł­ko­wej pro­ce­dury - było skró­ce­nie czasu re­ak­cji w ra­zie alarmu bo­jo­wego. W przy­padku na­głego roz­kazu bo­jo­wego B-47 miały być bły­ska­wicz­nie go­towe do mi­sji. Usu­nię­cie kołka wcze­śniej przy­spie­szało go­to­wość do zrzutu ła­dun­ków, co było klu­czowe w dok­try­nie nu­kle­ar­nego od­stra­sza­nia[3].

Clark Rum­rill, który był świad­kiem tych wy­da­rzeń, na ła­mach "Ame­ri­can He­ri­tage" opi­suje, że ran­kiem 11 marca 1958 roku dwu­oso­bowy ze­spół miał za­in­sta­lo­wać bombę Mark 6 na po­kła­dzie B-47 w re­gu­la­mi­no­wym cza­sie nie­prze­kra­cza­ją­cym 2 go­dzin i 30 mi­nut (co pod­le­gało punk­ta­cji). Jesz­cze przed upły­wem tego czasu oka­zało się, że ko­łek za nic nie chce wejść na swoje miej­sce. We­zwany w try­bie pil­nym (punk­ta­cja, wia­domo) nad­zorca sys­te­mów zrzutu uzbro­je­nia pod­wie­sił bombę za po­mocą hy­drau­licz­nego chwy­taka i "roz­ru­szał ko­łek młot­kiem" (to cy­tat z póź­niej­szych ze­znań), aż ten wsko­czył na wła­ściwe miej­sce. In­sta­la­cję bomby udało się za­koń­czyć w re­gu­la­mi­no­wym cza­sie, choć - jak wy­ka­zało śledz­two - za­bra­kło go na do­dat­kowe spraw­dze­nie, czy ko­łek da się wy­jąć i wło­żyć, gdy bomba już wi­siała w luku.

O 14:30 kpt. Earl Ko­eh­ler (pi­lot), kpt. Char­les Wo­odruff (drugi pi­lot), kpt. Bruce Kulka (na­wi­ga­tor i bom­bar­dier) oraz sierż. Ro­bert Screp­tock (me­cha­nik po­kła­dowy) sta­wili się przy sa­mo­lo­cie. 12 mi­nut póź­niej kpt. Ko­eh­ler uru­cho­mił sil­niki, a kpt. Wo­odruff zgod­nie z re­gu­la­mi­nem ob­ró­cił fo­tel ty­łem do kok­pitu i po­cią­gnął dźwi­gnię wy­su­wa­jącą ko­łek. O 15:53 B-47 o nu­me­rze 531876A wy­star­to­wał, by do­łą­czyć do trzech in­nych ma­szyn, z któ­rymi miał le­cieć w for­ma­cji do Eu­ropy.

Mniej wię­cej w tym cza­sie w miej­sco­wo­ści Mars Bluff w Po­łu­dnio­wej Ka­ro­li­nie (309 ki­lo­me­trów od bazy Hun­ter) sio­stry He­len i Fran­ces Gregg oraz ich ku­zynka Ella Da­vis uznały, że znu­dziła im się za­bawa w drew­nia­nym domku za do­mem. Sze­ścio­let­nia Hel­len i jej dzie­wię­cio­let­nie to­wa­rzyszki zde­cy­do­wały, że pójdą na po­dwórko przed do­mem. Do­kład­nie 180 me­trów od domku[4].

Gdy bom­bo­wiec osią­gnął wy­so­kość 1,5 ty­siąca me­trów, kpt. Wo­odruff zgod­nie z re­gu­la­mi­nem po­now­nie ob­ró­cił fo­tel, tym ra­zem tak, by ko­łek za­bez­pie­cza­jący wło­żyć i za­bez­pie­czyć bombę. Ma­new­ro­wał dźwi­gnią przez ko­lej­nych pięć mi­nut, pod­czas gdy ma­szyna wznio­sła się na do­ce­lowy pu­łap 4,5 ty­siąca me­trów. Ko­łek nie chciał wejść na swoje miej­sce. Stało się ja­sne, że trzeba go za­in­sta­lo­wać ręcz­nie. Do za­da­nia wy­zna­czono kpt. Kulkę. Ten, by do­stać się do luku bom­bo­wego przez bar­dzo wą­skie przej­ście, mu­siał zdjąć spa­do­chron.

Bruce Kulka przy­znał do­piero pod­czas prze­słu­cha­nia kil­ka­na­ście go­dzin póź­niej, że na po­wo­dze­niu ca­łego przed­się­wzię­cia mo­gło za­wa­żyć to, że nie miał po­ję­cia, gdzie do­kład­nie w skom­pli­ko­wa­nym me­cha­ni­zmie za­bez­pie­cza­ją­cym bombę znaj­duje się ów ko­łek. W cia­snym, roz­her­me­ty­zo­wa­nym luku szu­kał go przez 12 mi­nut. W pew­nym mo­men­cie do­szedł do wnio­sku, że musi być nie­wi­doczny z jego per­spek­tywy, bo za­sła­nia go krzy­wi­zna bomby. Pod­sko­czył, by się pod­cią­gnąć i zo­ba­czyć miej­sce, w któ­rym, jak po­dej­rze­wał, znaj­duje się po­szu­ki­wany ko­łek. Tak się jed­nak zło­żyło, że tym, czego się zła­pał, była dźwi­gnia awa­ryj­nego me­cha­ni­zmu hy­drau­licz­nego pod­trzy­my­wa­nia bomby.

Zwol­nił ją.

"Ła­du­nek spe­cjalny" gruch­nął o za­mknięte drzwi ko­mory bom­bo­wej.

Kpt. Kulka, który nie­spo­dzie­wa­nie stra­cił punkt pod­par­cia, spadł i wy­lą­do­wał na bom­bie okra­kiem. Za­nim kil­ka­na­ście se­kund póź­niej drzwi luku bom­bo­wego wy­ła­mały się pod 3,5-to­no­wym cię­ża­rem, ofi­cer zdą­żył się chwy­cić torby przy­pię­tej do burty, która jed­nak wsku­tek na­głego szarp­nię­cia nie­spo­dzie­wa­nie się ob­lu­zo­wała. Bom­bar­dier za­czął się ze­śli­zgi­wać w stronę wy­ła­ma­nych drzwi. Bez spa­do­chronu. Udało mu się cze­goś chwy­cić (ze­znał, że nie ma po­ję­cia czego). Pod­cią­gnął się i prze­czoł­gał w bez­piecz­niej­sze miej­sce. Chwilę póź­niej sa­mo­lo­tem wstrzą­snęła fala ude­rze­niowa.

Była 16:19.

W miej­scu domku, w któ­rym wcze­śniej ba­wiły się trzy dziew­czynki, był te­raz kra­ter o śred­nicy 25 me­trów i głę­bo­ko­ści 11 me­trów. Po drew­nia­nym dzie­cię­cym domku zo­stały wy­łącz­nie strzępy fa­li­stej bla­chy, z któ­rej miał zro­biony dach.

Ci­szę, jaka za­pa­no­wała w kok­pi­cie B-47, po dłuż­szej chwili prze­rwały słowa kpt. Earla Ko­eh­lera: "Zdaje się, że mo­żemy wra­cać".

W przy­padku nie­pla­no­wa­nego zrzu­ce­nia "broni spe­cjal­nej" prze­pisy Stra­te­gicz­nych Sił Po­wietrz­nych zo­bo­wią­zują za­łogę do na­tych­mia­sto­wego nada­nia do bazy za­ko­do­wa­nej wia­do­mo­ści. Tyle że przed 11 marca 1958 roku nikt w ba­zie Hun­ter z ta­kiej pro­ce­dury nie ko­rzy­stał i ofi­cer dy­żurny nie roz­po­znał ko­mu­ni­katu. Uświa­do­miw­szy to so­bie, kpt. Ko­eh­ler przez kil­ka­na­ście mi­nut szu­kał roz­wią­za­nia. Było tylko jedno. Dość upo­ka­rza­jące. Skon­tak­to­wał się z naj­bliż­szą, znaj­du­jącą się we Flo­rence, cy­wilną kon­trolą lo­tów i na­da­jąc na otwar­tym ka­nale, po­pro­sił, by ktoś stam­tąd za­dzwo­nił do bazy Hun­ter i prze­ka­zał, że sa­mo­lot 531876A "zgu­bił urzą­dze­nie".

Przez ko­lejne 2 go­dziny i 26 mi­nut B-47 krą­żył nad ro­dzimą jed­nostką, by wy­pa­lić pa­liwo i bez­piecz­nie wy­lą­do­wać. Tre­ści od­by­wa­ją­cych się w tym cza­sie roz­mów mię­dzy człon­kami za­łogi a wieżą kon­troli lo­tów w ba­zie Hun­ter Stra­te­giczne Siły Po­wietrzne ni­gdy nie ujaw­niły.

Po wy­lą­do­wa­niu za­łogę na­tych­miast aresz­to­wano. Prze­słu­cha­nia trwały kilka go­dzin. Po­ja­wiły się po­dej­rze­nia o sa­bo­taż (był śro­dek zim­nej wojny) i nie wia­domo, jaki sprawa zna­la­złaby fi­nał, gdyby nie gen. Le­May, który za­dzwo­nił do bazy, by oso­bi­ście wy­py­tać kpt. Ko­eh­lera o in­cy­dent. A po­nie­waż był chyba je­dy­nym ope­ra­cyj­nym do­wódcą sił po­wietrz­nych, który oso­bi­ście ser­wi­so­wał bom­bowce, po­znaw­szy szcze­góły, roz­ka­zał zwol­nie­nie za­łogi z aresztu[5].

Fala ude­rze­niowa eks­plo­zji ra­niła wszyst­kich pię­cioro człon­ków ro­dziny Wal­tera Gregga, ale naj­po­waż­niej­sze ob­ra­że­nia od­nio­sła dzie­wię­cio­let­nia Ella Da­vis, któ­rej za­ło­żono 31 szwów i mu­siała zo­stać na noc w szpi­talu. Do­wódz­two Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego Sta­nów Zjed­no­czo­nych za­pro­po­no­wało ro­dzi­nie 44 ty­siące do­la­rów od­szko­do­wa­nia za znisz­czone: dom, sa­mo­chód, ga­raż, szopę na na­rzę­dzia, krysz­tały po babci pani Gregg, jej pre­zenty ślubne, wy­szy­wane ob­rusy i ko­lek­cję 70 por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek, utra­cone rze­czy oso­bi­ste oraz od 6 do 14 kur­cza­ków. Część pta­ków pod­czas wy­bu­chu do­słow­nie wy­pa­ro­wała, ale woj­skowi nie chcieli się zgo­dzić na usta­le­nie kon­kret­nej liczby za­bi­tych kur bez po­li­cze­nia ich zwłok, a że zwłok nie było, bo wy­pa­ro­wały, sprawa długo była jed­nym z wąt­ków są­do­wego sporu mię­dzy Do­wódz­twem Lot­nic­twa Stra­te­gicz­nego a ro­dziną Greg­gów[3*][6].

W Mars Bluff 11 marca 1958 roku nie do­szło do wy­bu­chu ją­dro­wego, bo bomba Mark 6, która przy­pad­kiem wy­pa­dła z sa­mo­lotu, nie miała za­in­sta­lo­wa­nego roz­sz­cze­pial­nego rdze­nia ją­dro­wego. Tego typu bomby zbu­do­wane są z dwóch klu­czo­wych ele­men­tów: ła­dunku wy­bu­cho­wego po­wo­du­ją­cego kon­wen­cjo­nalną eks­plo­zję w taki spo­sób, by kom­pre­so­wała rdzeń plu­to­nowo-ura­nowy do masy kry­tycz­nej, oraz wła­śnie owego rdze­nia umoż­li­wia­ją­cego re­ak­cję łań­cu­chową i eks­plo­zję ją­drową[4*]. W cza­sie lo­tów tre­nin­go­wych rdzeń prze­cho­wy­wany był osobno. Bomba, która spa­dła w Mars Bluff, miała tylko ła­du­nek kon­wen­cjo­nalny. Gdy była uzbro­jona w rdzeń, do­szłoby do eks­plo­zji nu­kle­ar­nej dwu­krot­nie sil­niej­szej niż w Hi­ro­szi­mie[5*].

Choć trudno so­bie wy­obra­zić coś bar­dziej nie­bez­piecz­nego niż bomby ato­mowe, woj­sko­wym za­ska­ku­jąco re­gu­lar­nie zda­rza się je gu­bić albo tra­cić w spo­sób zu­peł­nie nie­pla­no­wany. Ame­ry­ka­nie przy­znają się do 32 ta­kich wy­pad­ków. Sze­ściu utra­co­nych ato­mó­wek wciąż nie mogą zna­leźć[7].

Oto skromna próbka ich do­ko­nań w tym za­kre­sie[8],[9]:

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WSTĘP

W 1806 roku an­giel­skim Le­eds wstrzą­snęła za­po­wiedź końca świata. Nie po­cho­dziła jed­nak od żad­nego ka­płana czy wieszczki, lecz od... kury.

Nio­ska, którą szybko okrzyk­nięto pro­ro­ki­nią, miała zno­sić jajka z wy­pi­sa­nymi na nich za­po­wie­dziami apo­ka­lipsy. Przed do­mem Mary Ba­te­man, jej wła­ści­cielki, szybko za­częły się zbie­rać tłumy. Ko­bieta po­bie­rała pensa od każ­dego, kto chciał zo­ba­czyć skła­da­nie pro­fe­tycz­nego jaja. Za ko­lej­nego pensa można było so­bie ku­pić kar­to­nik z "naj­praw­dziw­szym pod­pi­sem Je­zusa", da­ją­cym po­noć stu­pro­cen­tową gwa­ran­cję wstępu do nieba.

"Ni­czym że­gla­rze w cza­sie bu­rzy, spo­dzie­wa­jący się w każ­dej chwili pój­ścia na dno, lu­dzie na­gle stali się re­li­gijni, mo­dlili się gor­li­wie i schle­biali so­bie, że ża­łują złych uczyn­ków" - opi­sy­wał tamte wy­da­rze­nia szkocki pi­sarz Char­les Mac­kay, za­raz po­tem do­da­jąc: "Prawda wkrótce cał­ko­wi­cie zga­siła tę re­li­gij­ność"[1].

Mac­kay w książce Po­pu­lar De­lu­sions and the Mad­ness of Crowds re­la­cjo­nuje, że oszu­stwo zde­ma­sko­wali dżen­tel­meni, któ­rzy usły­szaw­szy o spra­wie, po­sta­no­wili ją zba­dać i "wkrótce usta­lili po­nad wszelką wąt­pli­wość, że jajka trak­to­wano ja­kimś żrą­cym atra­men­tem i okrut­nie wci­skano z po­wro­tem do ciała ptaka. Ci, któ­rzy wcze­śniej się mo­dlili, te­raz się śmiali, a świat znów mer­dał ogo­nem we­soło jak daw­niej"[2].

We­soło z pew­no­ścią nie było ku­rze, która osku­bana z re­pu­ta­cji, za­pewne skoń­czyła w ro­sole. Ani sa­mej Mary Ba­te­man - ska­zano ją za za­bój­stwo ko­biety, któ­rej na bóle w pier­siach sprze­dała "le­kar­stwo" bę­dące mie­sza­niną rtęci i miodu. Roz­cza­ro­wa­nie kurą-pro­ro­ki­nią nie po­zba­wiło lu­dzi za­mi­ło­wa­nia do sen­sa­cji. Z ga­zet z tam­tego czasu można wy­czy­tać, że na eg­ze­ku­cję Mary przy­szło po­nad pięć ty­sięcy lu­dzi, co dzie­siąty miesz­ka­niec Le­eds.

Czę­ścią na­szej na­tury jest to, że chcemy zaj­rzeć Panu Bogu w karty. Stąd próby prze­wi­dze­nia, kiedy i jak świat się skoń­czy, są spor­tem wy­jąt­kowo po­pu­lar­nym, od­kąd ist­nieje nasz ga­tu­nek.

Je­den z naj­star­szych opi­sów końca świata po­cho­dzi z Su­me­ryj­skiej li­sty kró­lów sprzed około czte­rech ty­sięcy lat. Po­nie­waż jest dość skromny, przy­ta­czamy go w ca­ło­ści:

A po­tem po­top zmiótł wszystko[3].

Nic wię­cej. Ani skąd, ani jak, ani dla­czego. Tylko tyle.

Bar­dziej szcze­gó­łowe opisy za­głady po­ja­wiają się mię­dzy in­nymi w Epo­sie o Gil­ga­me­szu czy w bi­blij­nej Księ­dze Ro­dzaju i tam przy­naj­mniej ja­sno jest po­wie­dziane, że siła wyż­sza uznaje ludz­kość za zbyt po­pa­praną, by mo­gła da­lej ist­nieć. W za­sa­dzie we wszyst­kich ta­kich prze­po­wied­niach po­wta­rza się wą­tek po­topu, choć na tym polu po­my­sło­wość wiesz­czy jest osza­ła­mia­jąca, bo woda czę­sto do­dat­kowo staje się nie­zno­śnie go­rąca albo zimna, albo tru­jąca i to­wa­rzy­szą jej inne ży­wioły, jak ogień, trzę­sie­nia ziemi, erup­cje wul­ka­nów, śnie­życe (Ra­gna­rök), ja­gu­ary (to u Az­te­ków), że­la­zne węże (In­dia­nie Hopi) oraz owrzo­dze­nie (po­wta­rza się wy­jąt­kowo re­gu­lar­nie). W zna­ko­mi­tej więk­szo­ści przy­pad­ków za­wsze jest jed­nak iskierka na­dziei - apo­ka­lipsy da się unik­nąć, je­śli ludz­kość się ogar­nie i za­cznie za­cho­wy­wać przy­zwo­icie.

Gdy szło o pusz­cze­nie wo­dzy fan­ta­zji, wiesz­cze zwy­kle sta­wali na wy­so­ko­ści za­da­nia. W kwe­stii kon­kre­tów, czyli do­kład­nej daty re­ali­za­cji ich wi­zji, jest znacz­nie go­rzej. W za­sa­dzie nikt, kto wska­zał ter­min, nie tra­fił. Wy­mie­niać można na­prawdę długo, po­czy­na­jąc od słyn­nego No­stra­da­musa, który w XVI wieku prze­po­wia­dał, że w lipcu 1999 roku "zstąpi Król Grozy"[1*], czy Char­lesa T. Rus­sella, za­ło­ży­ciela Świad­ków Je­howy, który ko­niec świata mu­siał prze­kła­dać dwa razy - po­cząt­kowo twier­dził, że apo­ka­lipsa na­dej­dzie w 1914 roku, póź­niej, że w 1918 roku (już po jego śmierci w 1916 roku człon­ko­wie jego Ko­ścioła datę zmie­niali ko­lejne trzy razy, osta­tecz­nie uzna­jąc, że ko­niec świata jest bli­ski, ale dnia ani go­dziny nie znamy).

Kom­pro­mi­ta­cja pro­roc­twa to jedno, ale jego kon­se­kwen­cje mogą być bar­dziej do­tkliwe. Prze­ko­nał się o tym nie­miecki hra­bia von Ig­gel­heim, który uwie­rzył w datę po­da­waną przez in­nego Niemca, Jo­han­nesa Stöf­flera. Ten drugi na pod­sta­wie wy­jąt­kowo skom­pli­ko­wa­nych wy­li­czeń astro­no­micz­nych do­szedł do wnio­sku, że 20 lu­tego 1524 roku wielka po­wódź po­chło­nie świat. Prze­po­wied­nia stała się tak po­pu­larna, że na Re­nie za­częto bu­do­wać ło­dzie umoż­li­wia­jące prze­trwa­nie. Hra­bia von Ig­gel­heim po­sta­no­wił apo­ka­lipsę po­trak­to­wać z roz­ma­chem, a przy oka­zji nieco za­ro­bić, i skon­stru­ował po­tężną, luk­su­sową, trój­po­zio­mową arkę. A lu­dzie, prze­ra­żeni wi­zjami zbli­ża­ją­cego się końca świata, pła­cili kro­cie, by zna­leźć miej­sce na jej po­kła­dzie. Tyle że gdy nad­szedł 20 lu­tego 1524 roku, z rana le­d­wie po­kro­piło, a póź­niej zza chmur wy­szło słońce. I w ten wła­śnie piękny sło­neczny dzień hra­bia von Ig­gel­heim zo­stał uka­mie­no­wany przez roz­wście­czony tłum. Wraz z nim w za­miesz­kach zgi­nęło po­noć kil­ka­set osób[4].

Nie mamy kury pro­ro­kini (ani na­wet zwy­kłej). Nie sprze­da­jemy bi­le­tów do nieba ani na arkę. Wbrew po­zo­rom nie wiesz­czymy też ry­chłego końca świata. Nie chcemy się do­kła­dać do jakże bo­ga­tego w tym za­kre­sie do­robku daw­nych pro­ro­ków ani współ­cze­snych me­diów, które bez­u­stan­nie stra­szą, że coś gruch­nie w Zie­mię, po­za­raża nas albo ze­żre. Nie bę­dziemy też spe­ku­lo­wać kto, kogo i kiedy może po­czę­sto­wać ato­mów­kami, co zda­rza się in­nym jakże re­gu­lar­nie, od­kąd Wła­di­mi­rowi Pu­ti­nowi to­tal­nie od­biło, a Do­nald Trump znów zo­stał pre­zy­den­tem. Od razu też uprze­dzamy: więk­szość opi­sy­wa­nych przez nas sce­na­riu­szy za­głady świata lub końca na­szej cy­wi­li­za­cji jest w za­sa­dzie mało praw­do­po­dobna.

Dla­czego więc o tym pi­szemy? Po­sta­no­wi­li­śmy spraw­dzić, ja­kie są so­lidne, na­ukowe fun­da­menty tych wszyst­kich za­po­wie­dzi apo­ka­lipsy (na­wet in­wa­zji zom­bie). Bo rze­telna wie­dza to naj­lep­sze le­kar­stwo na strach. A bez sensu bać się cze­goś, co jest nie­praw­do­po­dobne, jed­no­cze­śnie igno­ru­jąc to, co rze­czy­wi­ście może nam za­gro­zić.

Co to bę­dzie? Krótki prze­wod­nik po koń­cach świata to nasz au­tor­ski wy­bór spo­so­bów, na ja­kie może - choć nie musi - dojść do apo­ka­lipsy. Roz­działy tej książki można czy­tać w do­wol­nej ko­lej­no­ści. Każdy z nich to osobna opo­wieść o na­szej ewen­tu­al­nej za­gła­dzie. Na końcu za­wsze znaj­dzie­cie krótką in­struk­cję, jak ewen­tu­al­nie prze­trwać. A po­nie­waż nie ba­li­śmy się szu­kać od­po­wie­dzi na naj­trud­niej­sze na­wet py­ta­nia, z na­szego prze­wod­nika do­wie­cie się rów­nież, skąd wi­dok na daną ka­ta­strofę bę­dzie naj­lep­szy.

Pa­mię­taj­cie, że je­śli w trak­cie lek­tury po­czu­je­cie na­głą po­trzebę wy­ku­pie­nia w po­bli­skim mar­ke­cie za­pasu kon­serw - to zu­peł­nie nor­malne.

-

Za dzie­le­nie się wie­dzą i cier­pliwe zno­sze­nie na­szych dziw­nych py­tań ser­decz­nie dzię­ku­jemy:

dr. Ja­ku­bowi Bo­chiń­skiemu, prof. Paw­łowi Do­bro­wol­skiemu, dr. Mi­cha­łowi Jar­skiemu, płk. Ro­ber­towi Kaź­mier­skiemu, Mi­cha­łowi Kuź­miń­skiemu, Łu­ka­szowi Kwiat­kowi, dr An­nie Ło­siak, dr. Pio­trowi Łu­ka­sie­wi­czowi, prof. Alek­san­drowi Mą­dremu, Ka­ro­lowi Paw­ło­wic­kiemu, dr Pau­li­nie Pia­sec­kiej i Ka­mi­lowi Ra­ko­cemu. Po­dzię­ko­wa­nia ze­chce także przy­jąć ChatGPT i za­leży nam, by w szcze­gól­no­ści w wy­da­niu cy­fro­wym zo­stało to od­no­to­wane.