Co słychać w ciszy - ks. Adam Boniecki

Reflow text when sidebars are open.
W zasadzie ta książka powinna się obyć bez wstępu. Każdy wchodzący w jej skład tekst, każde zdanie, każda fotografia Grażyny Makary mówi wystarczająco wiele i o Autorze, i o momencie życia, w którym się znajduje, i o miejscu, z którego zabiera głos. Oto jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego Kościoła i polskiego życia publicznego, 92-letni redaktor senior "Tygodnika Powszechnego" robi porządki albo - by użyć jego własnego sformułowania - pakuje walizki. "Sprawy, które kiedyś mnie interesowały, trapiły, niepokoiły, teraz widzę inaczej, z dystansu. Mam takie poczucie, że jestem tu w innym miejscu rzeczywistości. Nowym dla mnie miejscu istnienia" - tłumaczy w rozmowie z Anną Goc opublikowanej w "Tygodniku" w lipcu 2026 roku. A potem nazywa już rzeczy po imieniu: "Mam poczucie, że wszystko wokół mnie dzieje się już beze mnie. Śmierć jest jedynym wydarzeniem, które mnie interesuje. Jak to będzie? Czy do końca będę przytomny? A może wieczorem położę się spać i rano już nie wstanę? Nie wiem. I to jest ciekawe".
Formułowanie swoich myśli wprost, bez żadnych zasłon, bez towarzyszącej mu przez większą część życia obawy, jak wypadnie i jak zostanie oceniony, to cecha charakterystyczna dzisiejszego pisarstwa księdza Adama Bonieckiego. Zmianę, która w nim zaszła, on sam czasami wiąże z wiekiem (jeszcze jeden cytat z rozmowy z Anną Goc: "Nie można sobie wyobrazić tego, co czuje ktoś tak stary. To jest krótki etap, bo ileż można żyć w takiej starości? - ale z tego miejsca zupełnie inaczej się patrzy na wszystko"), a czasami z przebytą chorobą, choć zdarzyło mu się też zasugerować, że to może jednak duchowy dorobek sprawia, iż komunikuje się z nami inaczej niż kiedyś.
Nie wydaje mi się, żeby tu trzeba było coś dodawać. Nie wykluczam zresztą, że już samo pojawienie się w poprzednich akapitach takich słów jak "śmierć" i "starość" może być dla części potencjalnych czytelników trudne. Że z tak zwanych względów marketingowych bezpieczniej byłoby poprzestać na jakimś okrągłym zdaniu, że oto oddajemy Państwu w ręce unikalny przewodnik po szlakach życiowej mądrości, świadectwo głębokiej wiary, garść wspomnień, ale też refleksje nad przyszłością Kościoła i Polski - owszem, refleksje z dystansu, jednak bez podkreślania, z czego ów dystans wynika.
Jestem głęboko przekonany, że byłoby to wbrew intencjom Autora. "Wiem, że dla mnie czas paralelnych obrazów się skończył, dlatego rezygnuję z przenośni i czekam na "zobaczenie", jak to będzie "wyglądało"" - pisze w pewnym momencie. Mimo iż wiele tu powrotów do przeszłości, ksiądz Adam Boniecki nie ogląda się za siebie. To nie jest żaden bilans, podsumowanie, domknięcie ani - jak głosił tytuł jego poprzedniej książki - "testament". To zupełnie nowy rozdział.
W literaturze polskiej - i to nie tylko tej religijnej, mistycznej - tak mocne książki zdarzają się rzadko.
Michał Okoński,
redaktor tomu i dziennikarz "Tygodnika Powszechnego"
Jedni lubią swoją pracę, inni nie. Jedni robią to, co wybrali, świadomie, po nieudanych lub udanych próbach. Znałem człowieka, który, owszem, pracował, ale ta jego praca miała mu tylko przynieść porządny dochód, byle nie zajmowała czasu i umysłu. Bo kochał filozofię i całe życie jej poświęcił. Chciał dowieść ponad wszelką wątpliwość, że Boga nie ma. Pracował więc tylko po to, by zarobić na myślenie. Nie wiem, czy go to uszczęśliwiło.
Inna historia: opowiadał mi jeden z najważniejszych ludzi w "Tygodniku Powszechnym", prezes naszej Fundacji Olek Kardyś, że wśród różnych zajęć, jakie w życiu wykonywał, najmilsza była praca na traktorze. Przez wiele lat wyjeżdżał na wakacje na Zachód i pracował u właściciela ziemskiego. Znakomita maszyna dostarczała dziecku PRL-u niezwykłych radości. Wykonywał i dziś wykonuje prace wymagające wybitnie sprawnego intelektu, ale najlepiej czuł się jako operator potęgi tamtego traktora. Ciekawe.
Są ludzie, którzy całe życie pozostają w tym samym miejscu pracy. Szczególnie imponowali mi w tym pracownicy naukowi. Oczywiście nie robią wciąż tego samego, choć pracują w tej samej dziedzinie. O takich pasjonatach można było (nie wiem, jak jest teraz) powiedzieć, że ten gatunek ludzi potrafi pracować, nie patrząc na zarobki i na trudnych szefów. Ich interesuje niemal wyłącznie to, co robią. Tacy byli i są moi znajomi naukowcy.
Ale domyślam się, że są też pasjonaci mechanicy, pasjonaci organizatorzy, pasjonaci w rozmaitych dziedzinach, świetnie się na swojej dziedzinie znający, których walka z przeciwnościami inspiruje do działania. Są jednak ludźmi, więc czasem nie wytrzymują piętrzonych przed nimi trudności. Zawsze będę miał w pamięci architekta, który wygrał konkurs na Świątynię Opatrzności. Nagle jego projekt został zaniechany, a on potraktowany dość podle. Nie chodziło o ambicje, bo dość miał już świetnych budowli na koncie, żeby ambicje zaspokoić. Ciężko to przechorował, bo zniszczono jego pracę.
Wiem, że mówię tu o przypadkach nadzwyczajnych, bo przecież większość z nas pracuje, żeby z czegoś żyć. Ludzie wykonują różne zawody, różne prace, tworzą różne dzieła, o których nie powstają poematy, choć na nie zasługują. Jest mnóstwo zawodów, bez których społeczność nie mogłaby egzystować. I nie zastąpi ich żadna sztuczna inteligencja (zawsze myślę wtedy o pielęgniarkach).
Są ludzie, którzy po dobrze wykonywanej pracy bez nadających się do opisania sukcesów odchodzą na emeryturę, ale nie w pustkę. Są jednak i tacy, którzy po zakończeniu pracy zawodowej mogą wreszcie poświęcić czas temu, co ich naprawdę pasjonuje. Moja zmarła siostra była takim człowiekiem. Opracowała i wydała zbierane przez wiele lat materiały rodzinne ostatnich lat. Na wydane przez nią trzy tomy składają się listy, kroniki, zapiski, zdjęcia. Uporządkowanie tego materiału przez niespecjalistę wymagało gigantycznej pracy. Była to dla niej jednak praca uboczna. Główną były dorosłe i samodzielne córki i ich dzieci. Lubiła podróże po świecie organizowane dla niej przez wnuka. Miała klarowne poglądy polityczne, lecz nie była w tym agresywna. Przyjęła do siebie odchodzących z tego świata siostrę, potem brata. Robiła to jak coś oczywistego, choć to wcale oczywiste nie było. I jak tu oddzielić pracę od miłości?
Zapominamy, że po młodości następuje starość, potem przychodzi śmierć. Nie zawsze pamiętamy, że życie mamy tylko jedno i że od nas zależy jego smak.
Eudaimonia, najpełniejszy rozwój ludzkich potencjalności albo "etyka cnót", to nabyta i utrwalona dyspozycja do dobrego działania. Ma pozytywny wpływ nie tylko na nasze życie, ale i na życie otaczających mnie ludzi. Oto etyka, która nie koncentruje się na zakazach i obowiązkach, lecz na doskonaleniu cech charakteru czy dyspozycji, które warto w sobie rozwijać. Natasza Szutta, filozofka z Uniwersytetu Gdańskiego, w rozmowie z Piotrem Sikorą ("Tygodnik Powszechny" nr 29/2025) kreśli obraz człowieka, w którym moralność wiąże się z życiem szczęśliwym.
Jak przyswajamy sobie zasady współżycia i współpracy z ludźmi? Oczywiście wzór najbliższych, ojca, matki, siostry, brata może odgrywać wielką rolę. Ale nie wszyscy mają nadających się do tego ojców, matki, braci, siostry. Jeśli pierwsze doświadczenia życiowe będą mówiły: nie wierz ludziom, kłam, kręć, ukrywaj, bo ujawniając prawdę, fatalnie na tym wyjdziesz, od najmłodszych lat będę kłamał, kręcił i ukrywał prawdę.
Może kiedyś w życiu doświadczę fatalnych tego skutków, może jednak przeciwnie, będę na tym dobrze wychodził. Doświadczenia młodości nauczą mnie, że to najlepszy sposób na unikanie kłopotów. Inny problem: ktoś zostaje zatrudniony wśród złych, egoistycznych ludzi. Szedł do nich z sercem na dłoni, a ci ludzie cynicznie go wykorzystali. Od młodości spotykał egoistów i przyswoił sobie taką formę mimikry, która pozwoliła mu wśród nich żyć. Albo - jeszcze inny przykład - od młodości spotykał się z ludźmi dobrymi i nagle, w nowej dla siebie sytuacji, spotyka egoistów, którzy wdeptują go w błoto...
Nie zawsze pamiętamy, że życie mamy tylko jedno i że od nas zależy jego smak.
No i etapy życia. Czy rzeczywiście da się je przejść bez przykazań? Wątpię. We współżyciu z ludźmi człowiek musi się nauczyć form tego współżycia. Oczywiście stadium szczytowe może być "bez przykazań". Ale dojść do tego stadium trzeba przez stadium ignorancji, błędów i popełnianych głupstw. Dowiadujemy się, o co nie należy pytać, czego nie trzeba mówić, czego nie trzeba robić.
Sygnałem, że zbliżamy się do stadium "cnoty bez przykazań", będą sytuacje, w których wiem, że należy coś zrobić, choć tego się zwykle nie robi, albo jednak powiedzieć, choć się zwykle tego nie mówi, i tak dalej. Wyczucia, jak postąpić w niezliczonych nietypowych sytuacjach, człowiek uczy się całe życie i choć ma serce poczciwe, to czasem zachowuje się jak troglodyta. Dlaczego? No właśnie dlatego: zawsze się uczy. Choć i tak niestety bywa, że człowiek nie ma już serca poczciwego, bo egoizm przeżarł wszystkie komórki tego organu sumienia.
A co z człowiekiem, który przez (prawie) całe życie był egoistą, kochał własne wygody i przyjemności, o innych nie myśląc wcale? Co, jeśli ten człowiek w ostatnich (czy przedostatnich) momentach życia się nawraca? Tu mamy do czynienia ze zjawiskiem osobliwym, zmiany wtedy następują czasem błyskawicznie.
Nie przykazania odgrywają tu zasadniczą rolę, nie otrzymane w młodości nauki ani - na ogół - nie fakty zewnętrzne. Jestem pewien, że człowiek został stworzony do dobra. Dość długo chodzę po tym świecie, by zauważyć, że rozeznanie owego dobra bardzo łatwo zostaje zakłócone. Dlatego właśnie ci "robotnicy ostatniej godziny" dobrze świadczą o tym, kim jest człowiek. Tak właśnie: święci i ci ludzie. Święci są ludźmi miłości, nie samych przykazań. Robotnicy ostatniej godziny też, choć całkiem inaczej.
Skromność poznawcza, czyli świadomość ograniczeń naszych kompetencji i wiedzy, każe ostrożnie odnosić się do wszystkich ujęć teoretycznych w odniesieniu do człowieka. Oczywiście z Arystotelesem i wszystkimi filozofami staramy się objąć tajemnicę człowieka, opisać go we wszystkich sytuacjach, lecz jednocześnie wiemy, że człowiek w żadnych formułach nigdy się nie mieści.
Jestem pewien, że człowiek został stworzony do dobra.
Na pewno jest w człowieku przekonanie, że należy czynić dobrze, a źle - nie należy. Kłopot w tym, że rozpoznanie, co jest dobre, a co złe, wynika z... no właśnie, z czego? Pamiętam wizytę Jana Pawła II w jakimś mieście we Włoszech, bodaj w Neapolu. W imieniu ochrzczonych mówił do niego człowiek, który wzrastał w rodzinie bardzo ubogiej. Mówił o tym, iż przez długi czas był przekonany, że kradzież może być czymś dobrym. Uważał, że przyniesienie do domu czegoś zdobytego w ten sposób jest zasługą. Dopiero później, już jako dorosły, zetknął się z Kościołem i dowiedział się, że jednak nie.
Nie wiem, czy znał katolicką formułę: "wobec krańcowej konieczności wszystko jest wspólne". Może to jakoś czuł. Ale czy "wszystko" znaczyło, że okradany bliźni może zostać z niczym i znaleźć się w sytuacji takiej, w jakiej on sam był przed dokonaniem kradzieży? Pocieszmy się hipotezą, że zapewne raczej okradał zamożnych niż krańcowo biednych. A inne przykazania?
"Nie zabijaj"? Wykoncypowaliśmy, że przykazanie nie odnosi się do wrogów na wojnie. Wyroki śmierci - wykonywane w czasach pokojowych - dopiero niedawno zniknęły z niektórych kodeksów karnych. Co więcej: coraz powszechniejsza staje się dopuszczalność odbierania życia chorym, którzy sami o to proszą, albo ich stan nie rokuje poprawy. Nie mówię już o "nie cudzołóż", "nie kradnij", "nie mów fałszywego świadectwa", bo zdążyliśmy wynaleźć sto sposobów, by przykazania te obejść z poczuciem niewinności albo wręcz zasługi. Tyle Dekalog, bo kłopot to dopiero sprawia Ewangelia. "Miłuj bliźniego jak siebie samego"? Taka rewolucja moralna musi budzić niepokój.
Z napięciami między wymogami życia a przykazaniami Ewangelii borykają się teologowie moraliści. Nie brak było takich, którzy konstruowali poglądy pozwalające dobrze żyć w świecie pełnym chciwości, zazdrości i nienawiści z poczuciem bycia dobrym chrześcijaninem. Ale byli też ludzie biorący serio nauczanie Ewangelii. To, że staramy się nim żyć w świecie takim, jaki jest, stanowi cząstkę naszej egzystencji. Nie jest dziwne, że się do ideału zbliżamy albo, w innych okolicznościach, oddalamy. Jedni odczuwają zbliżanie i się cieszą, inni są przybici oddalaniem się. Jedni i drudzy mają rację. Może sprawa jest bardziej personalna, niż sądzimy. Cokolwiek się dzieje na świecie, ja sam ostatecznie odpowiadam za swoją drogę. Każdy zgodnie ze swoim rozeznaniem, czy jeśli kto woli - sumieniem.
Tu dochodzimy do pytania o to, ilu jest na świecie nas, chrześcijan. Myślę, że według nauczania Jezusa właśnie stosunek do przemocy wobec bliźnich jest realnym znakiem relacji z drugim człowiekiem, bardziej aniżeli słowne deklaracje, często niemające żadnego potwierdzenia w życiowej praktyce. Oczywiście natychmiast się rodzi mnóstwo problemów, jak choćby pytanie, czy mamy obojętnie patrzeć na to, że bliźniemu dzieje się krzywda. Bo może jednak, mimo pokojowego nastawienia, mam obowiązek bronić bliźniego? A gdy mam bronić, to czy mogę używać siły albo nawet zabijać?
Może zbytnio uprościliśmy (na własny użytek) Ewangelię? Może coś w nauce Jezusa przeoczyliśmy? Może położyliśmy nacisk nie na to, co w niej jest istotne, i zbudowaliśmy doktrynę zaledwie paralelną? Myślę, że wyjaśnienie jest proste: posłuchaliśmy wykładu doktryny w wersji nam osobiście bliskiej, najmniej naruszającej nasz sposób myślenia i życia. Wersja ewangeliczna brzmi: "bądźcie więc doskonali jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski" (Mt 5, 48). Jeśli te słowa potraktować poważnie, to miara jest nieosiągalna, ale kierunek, w którym należy podążać, wskazany.
Myślę, że według nauczania Jezusa właśnie stosunek do przemocy wobec bliźnich jest realnym znakiem relacji z drugim człowiekiem, bardziej aniżeli słowne deklaracje, często niemające żadnego potwierdzenia w życiowej praktyce.
Dalsza część w wersji pełnej
Najpierw była pasja odkrywania możliwości. Pierwszą świadomie odkrytą było czytanie. Pamiętam doskonale: kiedyś wszedłem na drzewo i kiedy z niego zszedłem, umiałem czytać (oczywiście nie wejście na drzewo o tym zdecydowało). Pamiętam też tytuł: Kiddi, dziecię obozu. Samej książki już nie za bardzo. Miałem wtedy sześć, może siedem lat.
Po latach i wydarzeniach, które w tym momencie nie należą do tematu, zostałem księdzem. A potem zacząłem pracować w "Tygodniku Powszechnym" i do czytania doszło pisanie. Moim mistrzem był niezrównany Tadeusz Żychiewicz, autor Poczty ojca Malachiasza. Zaczęło się od odpisywania na kierowane do niego listy czytelników: Tadeusz czytał wszystkie moje odpowiedzi, korygował, skreślał, dopisywał, dyskutował ze mną, jednym słowem - przeszedłem wtedy prawdziwą szkołę. W miarę upływu czasu pisałem coraz więcej, czasem znacznie więcej (Boże odpuść), niż miałem ochotę. Taki zawód.
To nie jest zresztą szczególnie interesujące. Interesujące się zaczęło, kiedy (już dobrze po osiemdziesiątce) zachorowałem i nie mogłem pisać. A potem, po trochu, znów mogłem. "Tygodnik" zapraszał, drukował, ale już nie było tak jak dawniej. Mniejsza o szczegóły, ale byłem inny. Inaczej myślałem, inaczej patrzyłem na świat. Stopniowo uczyłem się tego nowego sposobu istnienia. Dzięki terapiom nauczyłem się ukrywać niedostatki mózgownicy, ale pisanie przychodziło mi z trudem. Czekałem, aż koledzy powiedzą mi, żebym przestał. Nie powiedzieli.
Piszę więc co tydzień ten niewielki tekst, rodzaj edytorialu. Człowiek, niby krytyczny wobec siebie, myśli, że to jest coś warte. Wiem, że nie mam narzędzi, by to oceniać, jednak piszę te teksty i co gorsza: nie wyobrażam sobie, żebym ich nie pisał. Smutne jest to, że napisanie większego tekstu chyba przekracza moje możliwości. "Chyba" wynika z tego, że nawet nie próbowałem. A tekst na początku numeru musi zainteresować (czasem potencjalnego) czytelnika.
Zwykle się dowiaduję wcześniej, o czym powinien być ten tekścik, i potem rozmyślam, co mam napisać. Rozmyślam, czasem coś czytam w związku z sugerowanym tematem i wreszcie piszę. Nigdy nie wiem, czy tekst pójdzie, czy nie. Ale myślę, że dobry jest taki stan niewiedzy i cotygodniowe czekanie. Na pewno lepszy niż stan niezachwianej pewności siebie.
Nie należy z tego wnosić, że człowiek po wylewie kompletnie zgłupiał. Fakt: są zmiany, pamięć nie taka jak za młodu - zdarzają się jakieś słowa, a nawet wydarzenia kompletnie zapomniane - jednak nie została całkiem wyczyszczona, a myśl nadal działa, nawet może przenikliwiej niż kiedyś. Świat się nadal widzi, nadal wyciąga się wnioski.
Wdzięczny jestem za to miejsce w "Tygodniku", na kartach tej książki, we wszechświecie. To więcej niż jakiekolwiek zapewnienia. Wiem, że kiedyś zniknę, a życie będzie szło naprzód. Wiem nawet i to, że nie będzie mnie nazbyt brakowało. To jest normalne. Ale i tak mam zamiar straszyć redaktorów po nocach. Wszystko po to, żeby "Tygodnik Powszechny", z którego te teksty pochodzą, trwał i zdobywał rzesze kolejnych czytelników.