Co się stanie z Ameryką - Dorota Warakomska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,78 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ni­g­dy tego nie ukry­wa­łam - je­sie­nią 2016 roku je­cha­łam do USA, by być na­ocz­nym świad­kiem hi­sto­rycz­ne­go mo­men­tu, w któ­rym na cze­le je­dy­ne­go su­per­mo­car­stwa po raz pierw­szy sta­je ko­bie­ta wy­bra­na na urząd pre­zy­den­ta. Wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło: son­da­że - czy­li po­ten­cjal­ne po­par­cie w spo­łe­czeń­stwie; wspar­cie par­tii - Par­tia De­mo­kra­tycz­na, mimo po­dzia­łów, mu­rem sta­nę­ła za Hil­la­ry Clin­ton, gdy zo­sta­ła ofi­cjal­ną kan­dy­dat­ką, zaś czo­ło­wi po­li­ty­cy re­pu­bli­kań­scy od­ci­na­li się od Do­nal­da Trum­pa; wiel­ki apa­rat kam­pa­nii i ma­chi­na wy­bor­cza - set­ki ty­się­cy wo­lon­ta­riu­szy i za­wo­do­wych pra­cow­ni­ków kam­pa­nii, gwiaz­dy mu­zy­ki i kina oraz mi­lio­ny do­la­rów od spon­so­rów na rzecz Clin­ton, pod­czas gdy Trump prze­zna­czył sto­sun­ko­wo małe pie­nią­dze na kam­pa­nię, pro­wa­dząc ją oso­bi­ście, po­przez rzecz­nicz­kę, w sta­cji FOX News i w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych; kom­pe­ten­cje i przy­go­to­wa­nie kan­dy­da­tów - Hil­la­ry spę­dzi­ła osiem lat w Bia­łym Domu jako Pierw­sza Dama i do­rad­czy­ni pre­zy­den­ta, sześć w Se­na­cie, czte­ry po­dró­żu­jąc po świe­cie jako se­kre­tarz sta­nu, Do­nald - mi­liar­der, biz­nes­men i gwiaz­da show-biz­ne­su, nie miał żad­ne­go do­świad­cze­nia dy­plo­ma­tycz­ne­go, ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go czy po­li­tycz­ne­go.

No i wresz­cie ar­gu­ment z ka­te­go­rii hi­sto­rycz­no-roz­sąd­ko­wej - prze­cież naj­pierw pra­wo gło­su zdo­by­li w Sta­nach Zjed­no­czo­nych czar­ni męż­czyź­ni (15. po­praw­ka do kon­sty­tu­cji, któ­ra we­szła w ży­cie w 1870 roku), do­pie­ro po­tem ko­bie­ty (19. po­praw­ka do kon­sty­tu­cji, obo­wią­zu­ją­ca od 1920 roku). Oczy­wi­ście wiem, jest to duże uprosz­cze­nie, bo­wiem ko­lo­ro­wym męż­czy­znom utrud­nia­no udział w wy­bo­rach przez wie­le lat i na do­brą spra­wę peł­nię swo­ich praw mo­gli eg­ze­kwo­wać do­pie­ro po znie­sie­niu se­gre­ga­cji ra­so­wej. Ale cho­dzi mi tu o spo­sób my­śle­nia bia­łych męż­czyzn, któ­rzy byli i, jak się oka­za­ło, wciąż są ka­te­go­rią de­cy­du­ją­cą - ła­twiej po­ko­nać ra­sizm niż sek­sizm. Sko­ro był Oba­ma, to może być Clin­ton. Jaka inna ko­bie­ta da­ła­by radę? I wresz­cie mia­ło się to stać. Ame­ry­ka mia­ła po­ka­zać, że doj­rza­ła do tego, by ko­bie­ta nią rzą­dzi­ła.

Nie tyl­ko jako dzien­ni­kar­ka, ale tak­że jako oso­ba dzia­ła­ją­ca na rzecz ko­biet i rów­no­upraw­nie­nia w Pol­sce ob­ser­wo­wa­łam pre­zy­den­tu­rę Ba­rac­ka Oba­my i póź­niej kam­pa­nię Hil­la­ry Clin­ton. Prze­ko­na­na, że już czas, by Ame­ry­ką rzą­dzi­ła ko­bie­ta, czy­ta­łam ar­ty­ku­ły w "The Wa­shing­ton Post", "The New York Ti­mes" i "Los An­ge­les Ti­mes", utwier­dza­jąc się w punk­cie wi­dze­nia miesz­kań­ców wiel­kich miast wschod­nie­go i za­chod­nie­go wy­brze­ża Ame­ry­ki. Jed­nak wie­lo­let­nie do­świad­cze­nia, tak­że te z po­dró­ży po Dro­dze 66, pod­po­wia­da­ły mi, że to nie jest je­dy­na praw­da, bo Ame­ry­ka w grun­cie rze­czy jest kon­ser­wa­tyw­na. Te wąt­pli­wo­ści ka­za­ły mi ru­szyć poza ob­wod­ni­cę, jak to się w ame­ry­kań­skiej sto­li­cy mówi out­si­de the bel­tway, żeby po­czuć, czym na­praw­dę żyją lu­dzie, ja­kie mają pro­ble­my i co my­ślą - o kan­dy­da­tach, o wy­bo­rach, o Ame­ry­ce i przy­szło­ści.

Spę­dzi­łam wie­le lat w USA, pra­cu­jąc jako ko­re­spon­dent­ka te­le­wi­zji, wra­ca­jąc do tego kra­ju pry­wat­nie, jeż­dżąc po le­gen­dar­nej Dro­dze 66, zbie­ra­jąc ma­te­ria­ły do książ­ki. Dla mnie Ame­ry­ka za­wsze była miej­scem, gdzie każ­dy może speł­nić swój sen, gdzie umie­jęt­no­ści i kom­pe­ten­cje za­wsze się obro­nią, gdzie je­śli ktoś jest w czymś na­praw­dę do­bry, to się prze­bi­je. Była też za­wsze kra­jem, w któ­rym lu­dzie sza­nu­ją się na­wza­jem i po­zo­sta­wia­ją dla sie­bie prze­strzeń, zgod­nie z za­sa­dą "Żyj i po­zwól żyć in­nym". I w peł­nym zro­zu­mie­niu była de­mo­kra­cją, któ­ra wca­le nie jest "wol­no­ame­ry­kan­ką", ale praw­dzi­wą wolą więk­szo­ści. Kry­ty­ko­wa­ną przez wie­lu re­gu­łę po­li­tycz­nej po­praw­no­ści uzna­wa­łam za sy­no­nim doj­rza­ło­ści spo­łe­czeń­stwa. I pod­czas mo­ich przed- i po­wy­bor­czych po­dró­ży po USA w 2016 i 2017 roku prze­cie­ra­łam oczy ze zdu­mie­nia - to nie była ta sama Ame­ry­ka, któ­rą zna­łam sprzed za­le­d­wie kil­ku lat.

Oba­wy, by nie ura­zić ko­goś swo­imi sło­wa­mi, za­stą­pio­no bru­tal­ną praw­dą, praw­dę - kłam­stwem po­da­wa­nym w za­leż­no­ści od po­trzeb. Miej­sce wszech­obec­nej uprzej­mo­ści i uśmie­chu za­ję­ły agre­sja i nie­uf­ność. Rów­ne szan­se już nie były dla wszyst­kich. A ra­mio­na za­miast otwar­tych - skrzy­żo­wa­ne. Daw­ne po­czu­cie, że wszy­scy są tu imi­gran­ta­mi i ra­zem wy­ku­wa­ją wspól­ną przy­szłość, za­stą­pi­ła nie­chęć do ob­cych.

Roz­ma­wia­jąc z ludź­mi, za­sta­na­wia­łam się, skąd to się wzię­ło. Jak to moż­li­we, że w USA wszyst­ko się tak bar­dzo zmie­ni­ło?

Jesz­cze przed roz­po­czę­ciem kam­pa­nii wy­bor­czej 2016 roku ry­wa­li­za­cja re­pu­bli­ka­nów (ma­ją­cych więk­szość w Izbie Re­pre­zen­tan­tów i Se­na­cie, a więc blo­ku­ją­cych dzia­ła­nia pre­zy­den­ta Ba­rac­ka Oba­my) i de­mo­kra­tów zmie­ni­ła Ame­ry­kę. Woj­na o wszyst­ko. Po­tem ry­wa­li­za­cja Do­nal­da Trum­pa i Hil­la­ry Clin­ton, dwoj­ga naj­bar­dziej nie­lu­bia­nych kan­dy­da­tów w hi­sto­rii USA, wy­zwo­li­ła nie­spo­ty­ka­ne do­tąd emo­cje.

Kam­pa­nia wy­bor­cza sku­pi­ła jak w so­czew­ce wszyst­kie bo­lącz­ki Ame­ry­ki.

Naj­le­piej to wi­dać w ma­łych miej­sco­wo­ściach, wsiach, mia­stecz­kach, gdzie mia­łam oka­zję zgłę­bić nie­zwy­kle wy­so­ki po­ziom roz­cza­ro­wa­nia jed­nych, na­dziei dru­gich, tę­sk­not trze­cich, nie­zde­cy­do­wa­nia in­nych.

Dzię­ki tej po­dró­ży i nie­zli­czo­nym roz­mo­wom z ludź­mi o róż­nych po­glą­dach, róż­nym sta­tu­sie, róż­nych ras i za­wo­dów, nie by­łam zdzi­wio­na wy­ni­kiem wy­bo­rów. By­łam roz­cza­ro­wa­na, i to bar­dzo, ale nie zdzi­wio­na.

Na zdzi­wio­ne­go wy­glą­dał za to Do­nald Trump, któ­ry prze­cież - jak dziś to wie­my - kan­dy­do­wał, bo chciał na­mie­szać, nie są­dził, że wy­gra. Jed­nak jego we­zwa­nie do ze­rwa­nia z es­ta­bli­sh­men­tem, "osu­sze­nia ba­gna", a przede wszyst­kim za­wo­ła­nie "Make Ame­ri­ca Gre­at Aga­in" do­tar­ło do sed­na wspo­mnień i tę­sk­not mi­lio­nów Ame­ry­ka­nów. I zwy­cię­ży­ło z ha­słem "Stron­ger To­ge­ther". De­mo­kra­ci, po­wta­rza­ją­cy "I am with her", prze­gra­li na wła­sne ży­cze­nie - zbyt pew­ni sie­bie, uspo­ko­je­ni son­da­ża­mi, prze­ko­na­ni o mocy swo­jej kan­dy­dat­ki, wie­rzą­cy, że wszy­scy są tak za­do­wo­le­ni z ży­cia i po­stę­po­wych de­cy­zji pre­zy­den­ta Oba­my jak oni. Gorz­ko się roz­cza­ro­wa­li.

Ta kam­pa­nia zmie­ni­ła Ame­ry­kę. Po­dzie­li­ła na­ród jak ni­g­dy do­tąd. Przy­czy­nił się do tego w du­żej mie­rze sam Do­nald Trump - nie­prze­bie­ra­ją­cy w sło­wach, przy­zwy­cza­jo­ny do re­flek­to­rów i ka­mer, z ła­two­ścią rzu­ca­ją­cy oskar­że­nia - tak jak nie­gdyś w swo­im show The Ap­pren­ti­ce (Prak­ty­kant), kie­dy zwal­niał lu­dzi, krzy­cząc "You're fi­red" i ce­lu­jąc w nich pal­cem jak pi­sto­le­tem - i do­wol­nie in­ter­pre­tu­ją­cy fak­ty. Fake news i nie­zwy­kle spraw­ny apa­rat in­for­ma­cyj­ny, mi­strzow­skie uży­cie me­diów spo­łecz­no­ścio­wych - to jed­nak nie wszyst­ko. Nie moż­na tak­że za wy­nik wy­bo­rów ob­wi­niać je­dy­nie sze­fa FBI, Ja­me­sa Co­meya, któ­ry w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie, na kil­ka dni przed wy­bo­ra­mi, ujaw­nił fakt po­now­ne­go przyj­rze­nia się e-ma­ilom usu­nię­tym z kon­ta Hil­la­ry Clin­ton, w któ­rych, jak się po­tem oka­za­ło, nie było ni­cze­go nie­zgod­ne­go z pra­wem. Osta­tecz­nie bo­wiem to lu­dzie, któ­rzy po­szli na wy­bo­ry, pod­ję­li de­cy­zję. De­cy­zję nie­zwy­kle brze­mien­ną w skut­kach.

Czy to chwi­lo­we za­uro­cze­nie wy­bor­ców? Czy Ame­ry­ka zry­wa z po­li­tycz­ną po­praw­no­ścią na do­bre? Po roku urzę­do­wa­nia 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta py­ta­nia te po­zo­sta­ją ak­tu­al­ne. Zwłasz­cza że Do­nald Trump ogło­sił już za­miar kan­dy­do­wa­nia na ko­lej­ną ka­den­cję i za­pro­po­no­wał nowe ha­sło: "Keep Ame­ri­ca Gre­at Aga­in" - utrzy­maj­my Ame­ry­kę wspa­nia­łą. Ob­ję­cie urzę­du pre­zy­denc­kie­go przez Do­nal­da Trum­pa wy­zwo­li­ło ogrom­ne po­kła­dy nie­zgo­dy, zwłasz­cza ko­biet i mniej­szo­ści. Czy ta nie­zgo­da wy­star­czy do zmia­ny? I jaka może być ta zmia­na?

Nie­wąt­pli­wie 2017 rok - pierw­szy rok urzę­do­wa­nia 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta - był ro­kiem pro­te­stów. Dał mu po­czą­tek Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton - naj­więk­szy pro­test w hi­sto­rii USA. Póź­niej na­stą­pi­ły ko­lej­ne - prze­ciw­ko de­kre­to­wi an­ty­imi­gra­cyj­ne­mu, prze­ciw­ko znie­sie­niu Oba­ma­ca­re (po­wszech­ne­go ubez­pie­cze­nia zdro­wot­ne­go kry­ty­ko­wa­ne­go przez re­pu­bli­ka­nów), prze­ciw­ko mu­ro­wi na po­łu­dnio­wej gra­ni­cy, prze­ciw­ko nie­wła­ści­wym za­cho­wa­niom i prze­mo­cy sek­su­al­nej w ra­mach ak­cji #Me­Too.

Tym­cza­sem Do­nald Trump krok po kro­ku speł­niał swo­je obiet­ni­ce wy­bor­cze. Wal­czył z ca­łym świa­tem i prze­ciw­no­ścia­mi losu, cza­sem jak mały chło­piec upie­ra­jąc się, że ma ra­cję, bo ma. Udo­wad­nia­jąc, że jest mą­dry, bo jest. Wy­mie­nia­jąc lu­dzi, na­wet tych naj­bar­dziej za­ufa­nych, jak Ste­ve Ban­non, gdy mu pod­pa­dli lub gdy uznał, że le­piej mu bę­dzie bez nich.

Wsz­czę­cie śledz­twa w spra­wie kon­tak­tów szta­bu Trum­pa z Ro­sja­na­mi i wpły­wu ro­syj­skich ha­ke­rów na wy­nik wy­bo­rów w USA spra­wia, że Trum­po­wi może za­cząć pa­lić się grunt pod no­ga­mi. Ale, moim zda­niem, nie mniej niż spe­cjal­ne­go pro­ku­ra­to­ra Ro­ber­ta Mu­el­le­ra, po­wi­nien oba­wiać się nie­zwy­kłej mo­bi­li­za­cji róż­nych śro­do­wisk, zwłasz­cza ko­bie­cych. Tym bar­dziej że rok 2018 bę­dzie jesz­cze waż­niej­szy, bo to rok, w któ­rym wy­mie­nia­ny jest cały skład Izby Re­pre­zen­tan­tów i jed­na trze­cia Se­na­tu. A po lo­kal­nych wy­bo­rach w 2017 roku de­mo­kra­ci za­cie­ra­ją ręce, ma­jąc szan­sę na od­zy­ska­nie więk­szo­ści w izbie niż­szej i wy­rów­na­nie szans w wyż­szej.

Co­raz czę­ściej sły­chać we­zwa­nia do im­pe­ach­men­tu, czy­li usu­nię­cia pre­zy­den­ta z urzę­du. Pod­da­wa­na jest w wąt­pli­wość zdol­ność Do­nal­da Trum­pa do peł­nie­nia naj­wyż­sze­go w USA urzę­du. Sam pre­zy­dent wy­da­je się tym nie przej­mo­wać. Po­dob­nie jak fak­tem, że jego i tak naj­niż­sze wy­ni­ki w hi­sto­rii no­to­wań po­pu­lar­no­ści pre­zy­den­tów jesz­cze bar­dziej spa­dły. Zrzu­ca winę na nie­przy­chyl­ne me­dia i pusz­cza oko do swo­ich zwo­len­ni­ków, któ­rzy utwier­dza­ją się w prze­ko­na­niu, że me­diom nie moż­na wie­rzyć. I pa­trzą na ro­sną­ce wskaź­ni­ki gieł­do­we, wie­rząc, że i obiet­ni­ce o po­now­nym otwar­ciu ko­palń i hut Trump wresz­cie speł­ni.

Ta książ­ka jest bar­dzo oso­bi­stym spoj­rze­niem na Ame­ry­kę. Nie jest to szcze­gó­ło­wy, chro­no­lo­gicz­ny za­pis kam­pa­nii wy­bor­czej. Nie ma też być pod­ręcz­ni­kiem sys­te­mu wy­bor­cze­go USA, choć znaj­du­ją się w niej wy­ja­śnie­nia po­zwa­la­ją­ce go zro­zu­mieć oraz opi­sy dzia­łań wo­lon­ta­riac­kich god­nych na­śla­do­wa­nia w każ­dej kam­pa­nii wy­bor­czej. Nie za­wie­ra tak­że do­kład­ne­go opi­su po­su­nięć i de­cy­zji Do­nal­da Trum­pa jako pre­zy­den­ta. To re­por­taż, bę­dą­cy efek­tem mo­ich trzech po­dró­ży do USA w mi­nio­nych osiem­na­stu mie­sią­cach, pod­czas któ­rych po­ko­na­łam wie­le ty­się­cy ki­lo­me­trów. Za­le­ża­ło mi na tym, by być z ludź­mi, po­ka­zać, co oni my­ślą. Nie chcia­łam re­la­cjo­no­wać tego, co wszy­scy mogą zo­ba­czyć w te­le­wi­zji czy prze­czy­tać w in­ter­ne­cie. To jest spoj­rze­nie na zmie­nia­ją­cą się Ame­ry­kę ocza­mi zwy­kłych lu­dzi.

Czu­ję, że to bę­dzie nie­zwy­kły dzień, gdy tyl­ko wcho­dzę ran­kiem na sta­cję me­tra. Pe­ron wy­peł­nio­ny ko­bie­ta­mi w róż­nym wie­ku. Nie ma gdzie szpil­ki wcis­nąć. Sto­ją w grup­kach, trzy­ma­jąc zwi­nię­te ru­lo­ny pla­ka­tów i trans­pa­ren­tów. Są przy­go­to­wa­ne zgod­nie z in­struk­cją: za­miast ple­ca­ków nie­du­że płó­cien­ne tor­by na ra­mię, wy­god­ne buty, spor­to­we blu­zy na wy­pa­dek wia­tru lub desz­czu. Nad­jeż­dża­ją­cy po­ciąg wi­ta­ją okrzy­ka­mi ra­do­ści, wi­dząc, jak dużo w nim lu­dzi. Ale me­tro jest tak na­pcha­ne, że żad­na z nich, żad­na z nas, tych na pe­ro­nie, nie daje rady wejść. Po­ciąg od­jeż­dża. Na­stęp­ny na­wet się nie za­trzy­mu­je na na­szej sta­cji. Wszyst­kie cier­pli­wie cze­ka­my. Gdy wresz­cie pod­jeż­dża pu­sty skład, roz­le­ga­ją się okla­ski.

Wa­szyng­ton, 21 stycz­nia 2017. Dzień po in­au­gu­ra­cji 45. ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton.

W me­trze ści­śnię­te jak sar­dyn­ki w pusz­ce pa­sa­żer­ki ko­men­tu­ją po­ra­dy udzie­la­ne przez czo­ło­we dzia­łacz­ki na rzecz praw oby­wa­tel­skich z lat sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku, dru­ko­wa­ne wraz z map­ka­mi mar­szu w dwóch naj­więk­szych ga­ze­tach wschod­nie­go wy­brze­ża - "The Wa­shing­ton Post" i "The New York Ti­mes". Jed­na: na gaz łza­wią­cy naj­lep­sza jest lek­ko zwil­żo­na ban­dan­ka - za­kryj nią usta i nos. Dru­ga: wy­pisz nie­zmy­wal­nym fla­ma­strem na przed­ra­mie­niu nu­mer te­le­fo­nu bli­skiej oso­by. Jed­na z ko­biet wy­cią­ga pi­sak i wszyst­kie po ko­lei pi­szą nu­me­ry. Szy­ku­ją się jak na woj­nę...

Od sta­cji me­tra idę w pod­eks­cy­to­wa­nym, ra­do­snym tłu­mie. W po­bli­żu In­de­pen­den­ce Ave­nue nie je­stem w sta­nie prze­do­stać się bli­żej czo­ła mar­szu, czy­li sce­ny, gdzie naj­pierw od­bę­dzie się de­mon­stra­cja. Na­pły­wa­ją­ce masy ludz­kie po­py­cha­ją sto­ją­ce już oso­by, wy­peł­nia­jąc prze­strzeń mię­dzy nimi. Nikt się nie de­ner­wu­je, ale też nikt ni­ko­go nie prze­pusz­cza. Ko­bie­ty są zde­ter­mi­no­wa­ne. Zo­sta­ję więc tuż przy Mu­zeum Lot­nic­twa i Ko­smo­su, po­środ­ku Alei Nie­pod­le­gło­ści, trzy prze­czni­ce od sce­ny. Wi­dzę wiel­ki ekran usta­wio­ny kil­ka­dzie­siąt me­trów przede mną, a na nim ob­raz z ka­mer usta­wio­nych na sce­nie. Wraz ze mną stoi mo­rze ko­biet, ty­sią­ce, dzie­siąt­ki, set­ki ty­się­cy osób. Jak się po­tem oka­że, Marsz Ko­biet na ame­ry­kań­ską sto­li­cę był naj­więk­szym w hi­sto­rii USA jed­no­dnio­wym pro­te­stem. Było nas w Wa­szyng­to­nie mi­lion. Au­to­ka­rów przy­je­cha­ło ty­siąc osiem­set, me­tro ogło­si­ło hi­sto­rycz­ny re­kord prze­wo­zów - pra­wie sześć­set ty­się­cy. A mar­sze so­li­dar­no­ścio­we od­by­ły się we wszyst­kich pięć­dzie­się­ciu sta­nach i w po­nad trzy­dzie­stu kra­jach na świe­cie. W su­mie po­nad sześć­set mar­szów i pięć mi­lio­nów uczest­ni­czek i uczest­ni­ków.

Wszyst­ko za­czę­ło się od jed­ne­go wpi­su na Fa­ce­bo­oku.

Te­re­sa Sho­ok, miesz­ka­ją­ca na Ha­wa­jach ko­bie­ta po sześć­dzie­siąt­ce, praw­nicz­ka i bab­cia - o czym z dumą mówi, bo ma czwo­ro wnu­cząt - po wy­bo­rach na­pi­sa­ła, że może by tak ko­bie­ty zje­cha­ły się do Wa­szyng­to­nu na in­au­gu­ra­cję pre­zy­den­tu­ry, by po­ka­zać swo­ją nie­zgo­dę na to wszyst­ko, co Do­nald Trump mó­wił i ro­bił w kam­pa­nii. Za­pro­si­ła na marsz czter­dzie­stu swo­ich zna­jo­mych. Gdy obu­dzi­ła się na­stęp­ne­go ran­ka, już dzie­sięć ty­się­cy osób de­kla­ro­wa­ło chęć ma­ni­fe­sto­wa­nia. Ideę pro­te­stu pod­chwy­ci­ły ko­bie­ty w ca­łych Sta­nach. Po­dob­ne stro­ny z pro­po­zy­cją mar­szu utwo­rzy­ły też Bob Bland, no­wo­jor­ska pro­jek­tant­ka mody, i Fon­ta­ine Pe­ar­son z Mem­phis w sta­nie Ten­nes­see. Z Fon­ta­ine dłu­go roz­ma­wia­łam dwa dni przed mar­szem o po­trze­bach ko­biet i ich ocze­ki­wa­niach, nie­bez­pie­czeń­stwach pre­zy­den­tu­ry Trum­pa i pro­ble­mach to­czą­cych Ame­ry­kę, któ­re spra­wi­ły, że wy­grał, a tak­że o ku­li­sach or­ga­ni­za­cji mar­szu.

Gdy kil­ka dni po rzu­ce­niu po­my­słu mar­szu chęt­nych do wzię­cia w nim udzia­łu było już sto ty­się­cy, trze­ba było sko­or­dy­no­wać róż­ne lo­kal­ne ini­cja­ty­wy. Po dys­ku­sjach na te­mat na­zwy (po­cząt­ko­wo miał to być Marsz Mi­lio­na Ko­biet, ale taki od­był się już w 1997 roku z udzia­łem Afro­ame­ry­ka­nek) i skła­du ko­mi­te­tu or­ga­ni­za­cyj­ne­go (nad­miar bia­łych ko­biet mógł znie­chę­cać przed­sta­wi­ciel­ki in­nych ras i grup et­nicz­nych, wszak bia­łe ko­bie­ty gło­so­wa­ły jed­nak na Trum­pa) przy­go­to­wa­nie de­mon­stra­cji wzię­ły w swo­je ręce czte­ry pa­nie z młod­sze­go po­ko­le­nia. Do Bob Bland do­łą­czy­ły do­świad­czo­ne ak­ty­wist­ki: czar­no­skó­ra Ta­mi­ka Mal­lo­ry, La­ty­no­ska - Car­men Pe­rez i mu­zuł­man­ka o ko­rze­niach pa­ki­stań­skich - Lin­da Sar­so­ur.

Gdy wy­cho­dzą na sce­nę, są za­sko­czo­ne roz­mia­rem swo­je­go suk­ce­su. Spo­dzie­wały się dwu­stu, mak­sy­mal­nie dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy osób. Dźwięk z gło­śni­ków nie do­cie­ra na­wet do po­ło­wy zgro­ma­dzo­nych. Marsz miał przejść dwie mile, od stóp Ka­pi­to­lu do Bia­łe­go Domu, a tym­cza­sem cała jego tra­sa jest za­pcha­na pro­te­stu­ją­cy­mi. Ale - jak po­tem się oka­że - nie do­szło do żad­nych zajść, ni­ko­go nie aresz­to­wa­no.

At­mos­fe­ra jest na­praw­dę nie­zwy­kła. Uśmiech - to naj­bar­dziej rzu­ca się w oczy. Ko­bie­ty są szczę­śli­we, że mogą wy­ra­zić swo­je zda­nie, wy­krzy­czeć, co my­ślą. Są złe, za­gnie­wa­ne, ale szczę­śli­we. Nie prze­szka­dza im stycz­nio­wy chłód.

Te­re­sa Sho­ok wska­ku­je na sce­nę. Od­gar­nia rude, dłu­gie wło­sy. Jest prze­ję­ta, pod­eks­cy­to­wa­na. Mówi krót­ko, że wpa­dła na po­mysł pro­te­stu, bo my­śla­ła o wnucz­kach, żeby mia­ły lep­szą przy­szłość. Po niej na sce­nie po­ja­wia­ją się dzia­łacz­ki, fe­mi­nist­ki, pio­sen­kar­ki, ak­tor­ki - li­sta wy­stę­pu­ją­cych jest dłu­ga i do­brze prze­my­śla­na. Ich krót­kie prze­mó­wie­nia mają po­ka­zać wszyst­ko to, co boli ko­bie­ty w USA, a więc: prze­moc do­mo­wa, mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne, zbyt ła­twy do­stęp do bro­ni, czę­ste przy­pad­ki zbyt szyb­kie­go uży­cia bro­ni w sto­sun­ku do czar­no- i brą­zo­wo­skó­rych osób, nie­rów­ne pła­ce ko­biet, sła­ba ochro­na zdro­wia, edu­ka­cja. Ale pro­te­stu­ją­ce ko­bie­ty upo­mi­na­ją się też o pra­wa in­nych grup: LGB­TQ, osób trans­sek­su­al­nych, osób nie­peł­no­spraw­nych, więź­niów - Afro­ame­ry­ka­nów i La­ty­no­sów, imi­gran­tów, mu­zuł­ma­nów.

- Nie bo­imy się Do­nal­da Trum­pa! - krzy­czy tłum.

Ame­ri­ca Fer­re­ra - ak­tor­ka, któ­rej ro­dzi­ce są imi­gran­ta­mi z Hon­du­ra­su - mówi ze sce­ny, że być i ko­bie­tą, i imi­grant­ką to dziś wy­jąt­ko­wo trud­ne.

- Ale pre­zy­dent to nie Ame­ry­ka. Jego ga­bi­net to nie Ame­ry­ka. Kon­gres to nie Ame­ry­ka. Ame­ry­ką je­ste­śmy my! - mówi. - Je­śli bę­dzie­my ra­zem, sil­ne i zde­ter­mi­no­wa­ne, ura­tu­je­my du­szę tego kra­ju.

Ma­ry­um Ali, cór­ka pię­ścia­rza Mu­ham­ma­da Ali - jed­ne­go z naj­waż­niej­szych spor­tow­ców ame­ry­kań­skich XX wie­ku, któ­rzy prze­szedł na is­lam - wzy­wa:

- Nie fru­struj­cie się, lecz an­ga­żuj­cie. Nie na­rze­kaj­cie, tyl­ko się or­ga­ni­zuj­cie.

So­phie Cruz, sze­ścio­lat­ka, któ­rej ro­dzi­ce są nie­le­gal­ny­mi imi­gran­ta­mi z Mek­sy­ku i gro­zi im de­por­ta­cja, ape­lu­je po an­giel­sku i hisz­pań­sku:

- Ochroń­cie nas!

So­fie na­pi­sa­ła list do pa­pie­ża Fran­cisz­ka, by po­mógł.

- Si se pu­ede, yes we can (mo­że­my, damy radę) - wy­do­by­wa się z ty­się­cy gar­deł.

W tłu­mie sieć in­ter­ne­to­wa jest prze­ła­do­wa­na. Nie mogę nic wrzu­cić na Fa­ce­bo­oka. Ro­bię zdję­cia, na­gry­wam te­le­fo­nem, pod­no­sząc go wy­so­ko nad gło­wę na sel­fie-stic­ku. Wier­cę się i krę­cę. By uspra­wie­dli­wić swo­ją ru­cho­wą nadak­tyw­ność, przed­sta­wiam się, mó­wię o Pol­sce. Po kil­ku mi­nu­tach znam ko­bie­ty sto­ją­ce wo­kół mnie. Wszyst­kie sły­sza­ły o Czar­nym Pro­te­ście.

Gdy na sce­nie po­ja­wia się Glo­ria Ste­inem, dzien­ni­kar­ka i le­gen­da fe­mi­ni­zmu, w tłu­mie wy­bu­cha en­tu­zjazm.

- Ni­g­dy nie bę­dzie­my już ta­kie same, bo je­ste­śmy ra­zem - mówi o zmia­nie, jaka za­cho­dzi w ko­bie­tach. A tak­że o sio­strza­nych pro­te­stach w Niem­czech ("Niem­ki do­brze wie­dzą, że bu­do­wa­nie mu­rów nic nie daje") i w Pol­sce ("Pa­trz­my na Pol­skę, ko­bie­ty w ma­so­wym pro­te­ście za­trzy­ma­ły za­ostrzo­ną usta­wę an­ty­abor­cyj­ną").

Moje są­siad­ki po­kle­pu­ją mnie z apro­ba­tą po ra­mie­niu. A Glo­ria Ste­inem do­da­je:

- Kon­sty­tu­cja nie za­czy­na się słów "Ja, Pre­zy­dent", tyl­ko: "My, Na­ród"!

Sto­ją­ce obok mnie ko­bie­ty ko­men­tu­ją, że Glo­ria Ste­inem jest w zna­ko­mi­tej kon­dy­cji, mimo że ma osiem­dzie­siąt dwa lata. A ona z za­pa­łem na­ma­wia uczest­nicz­ki pro­te­stu:

- Przed­staw­cie się so­bie na­wza­jem i za­sta­nów­cie, co bę­dzie­cie ro­bić ju­tro, ja­kie ak­cje przed­się­weź­mie­cie.

Ko­bie­ty po­da­ją so­bie dło­nie, przed­sta­wia­ją się, roz­ma­wia­ją.

- Je­stem tu, bo nie zga­dzam się na po­pu­lizm i nie­na­wiść do ko­biet i in­nych grup spo­łecz­nie dys­kry­mi­no­wa­nych, jaką pre­zen­tu­je Do­nald Trump i jego zwo­len­ni­cy - mówi Nan­cy, eme­ryt­ka z Ka­li­for­nii.

- Sek­sizm i po­ni­ża­nie ko­biet - to mnie przy­wio­dło na pro­test - mówi trzy­dzie­sto­lat­ka z Ohio, któ­ra nie chce, by pre­zy­dent Trump da­wał zły przy­kład dzie­ciom. Na gło­wie ma zro­bio­ną na dru­tach ró­żo­wą czap­kę z ko­ci­mi uszka­mi. Nosi je więk­szość uczest­ni­czek pro­te­stu. To tzw. pus­sy hats. Cho­dzi o grę słów, bo tym sa­mym sło­wem co "ko­tek", okre­śla się in­tym­ne czę­ści ko­bie­ce­go cia­ła, mó­wiąc wprost - cip­kę, za któ­rą ła­pał ko­bie­ty Do­nald Trump. Mó­wił o tym w na­gra­niu ujaw­nio­nym w paź­dzier­ni­ku. Stąd ko­cie uszka i ró­żo­wy ko­lor. In­struk­cję wy­ko­na­nia czap­ki roz­po­wszech­nio­no w in­ter­ne­cie.

Dzię­ki pus­sy hats tłum jest ko­lo­ro­wy, ró­żo­wy, try­ska­ją­cy do­brą ener­gią. Ali­cia Keys do­dat­ko­wo roz­grze­wa nas pio­sen­ką Girl on Fire.

W tłu­mie jest też dużo męż­czyzn, nie­któ­rzy - zwłasz­cza ci młod­si - w ró­żo­wych cza­pecz­kach. Trzy­ma­ją pla­ka­ty, mię­dzy in­ny­mi z żą­da­niem rów­nych praw dla wszyst­kich. Męż­czy­zna w sile wie­ku pre­zen­tu­je ta­blicz­kę z na­pi­sem: "Moja żona jest wku­rzo­na". Inny na­pis gło­si: "Oże­ni­łem się ze wstręt­ną ko­bie­tą". Such a na­sty wo­man po­wie­dział Do­nald Trump o Hil­la­ry Clin­ton w kam­pa­nii wy­bor­czej pod­czas ostat­niej de­ba­ty pre­zy­denc­kiej. Me­dia spo­łecz­no­ścio­we w mig pod­chwy­ci­ły te sło­wa, okre­śla­jąc mia­nem "na­sty wo­man" sa­mo­dziel­ne, wal­czą­ce o swo­je pra­wa ko­bie­ty.

- Czy jest Hil­la­ry Clin­ton? - do­py­tu­ją co chwi­la uczest­nicz­ki de­mon­stra­cji.

Hil­la­ry Clin­ton nie ma, ale na­pi­sa­ła twe­eta z po­dzię­ko­wa­niem za zor­ga­ni­zo­wa­nie i obec­ność na mar­szu oraz re­pre­zen­to­wa­nie war­to­ści, któ­re są te­raz waż­ne jak ni­g­dy do­tąd. "Je­ste­śmy sil­ne ra­zem" - na­pi­sa­ła wiel­ka prze­gra­na wy­bo­rów pre­zy­denc­kich.

Ko­bie­ty przez chwi­lę ko­men­tu­ją fakt, że po wy­bo­rach Hil­la­ry zu­peł­nie znik­nę­ła z prze­strze­ni pu­blicz­nej. To zro­zu­mia­łe, mu­sia­ła prze­ana­li­zo­wać przy­czy­ny po­raż­ki i od­po­cząć po mor­der­czej kam­pa­nii. Do­sko­na­le pa­mię­ta­ją jej pierw­sze pu­blicz­ne po­ja­wie­nie się, jesz­cze w li­sto­pa­dzie, na gali "Po­ko­nać prze­ciw­no­ści losu", przy­go­to­wa­nej przez or­ga­ni­za­cję cha­ry­ta­tyw­ną Chil­dren's De­fen­se Fund. Z po­sza­rza­łą, za­pad­nię­tą twa­rzą, bez swo­jej fir­mo­wej fry­zu­ry i bez ma­ki­ja­żu, bu­dzi­ła współ­czu­cie. Przy­zna­ła wte­dy, że przyj­ście na galę było dla niej trud­ne, naj­chęt­niej ukry­ła­by się w łóż­ku pod koł­drą. Ale we­zwa­ła ko­bie­ty do ak­tyw­no­ści, mó­wiąc o ro­bo­cie do wy­ko­na­nia.

- Dla do­bra dzie­ci, ro­dzin, kra­ju. Pro­szę was, an­ga­żuj­cie się na każ­dym po­zio­mie - mó­wi­ła Clin­ton z prze­ko­na­niem. - Ame­ry­ka po­trze­bu­je was, wa­szej ener­gii, am­bi­cji, ta­len­tu.

No i te­raz ta ener­gia jest na uli­cach Wa­szyng­to­nu.

Ak­tor­ka Scar­lett Jo­hans­son zwra­ca się ze sce­ny do Do­nal­da Trum­pa:

- Pro­szę o wspar­cie dla mo­jej cór­ki, któ­ra w efek­cie zmian, ja­kie pla­nu­je pan wpro­wa­dzić, może do­ra­stać w kra­ju, któ­ry za­miast się roz­wi­jać - cofa się. Kra­ju, w któ­rym może jej zo­stać ode­bra­ne pra­wo do de­cy­do­wa­nia o sa­mej so­bie i swo­im cie­le, pra­wo, któ­re mia­ła pana cór­ka - Ivan­ka.

Jo­hans­son, na­gra­dza­na co chwi­la bra­wa­mi i okrzy­ka­mi, mówi o edu­ka­cji sek­su­al­nej, o pla­no­wa­niu ro­dzi­ny, o pra­wie ko­biet do abor­cji i o pra­cy Plan­ned Pa­ren­tho­od - or­ga­ni­za­cji dzia­ła­ją­cej na rzecz praw re­pro­duk­cyj­nych, pro­mu­ją­cej świa­do­me ro­dzi­ciel­stwo, edu­ka­cję sek­su­al­ną oraz do­stęp do an­ty­kon­cep­cji i le­gal­nej abor­cji. Or­ga­ni­za­cja za­rzą­dza też jed­ną z naj­więk­szych sie­ci kli­nik dia­gno­zu­ją­cych cho­ro­by we­ne­rycz­ne i prze­pro­wa­dza­ją­cych za­bie­gi zwią­za­ne z abor­cją. Fi­nan­so­wa­na jest z dat­ków pry­wat­nych oraz z pie­nię­dzy pu­blicz­nych. Re­pu­bli­ka­nie chcą za­trzy­mać jej fi­nan­so­wa­nie z bu­dże­tu, mię­dzy in­ny­mi li­kwi­du­jąc Oba­ma­ca­re, czy­li Af­for­da­ble Care Act - sys­tem po­wszech­nych ubez­pie­czeń zdro­wot­nych.

Chwi­lę póź­niej Ce­ci­le Ri­chards, sze­fo­wa Plan­ned Pa­ren­tho­od, mówi:

- Je­ste­śmy dziś tu­taj po to, by po­dzię­ko­wać tym wszyst­kim ko­bie­tom, któ­re two­rzy­ły se­kret­ną sio­strza­ną sieć, za­kła­da­ły przy­chod­nie, do­ma­ga­ły się roz­wią­zań praw­nych. Je­ste­śmy tu, by po­wie­dzieć ja­sno: nie pod­da­my się. Na­sze drzwi po­zo­sta­ną otwar­te.

Tłum skan­du­je:

- Pra­wa re­pro­duk­cyj­ne są pra­wa­mi czło­wie­ka!

Ce­ci­le Ri­chards ape­lu­je:

- Dzwoń­cie do swo­ich kon­gres­me­nów, se­na­to­rów - nie cof­nie­my się. Jed­na może być od­pra­wio­na, dwie zi­gno­ro­wa­ne, ale ra­zem je­ste­śmy nie do za­trzy­ma­nia.

Ten sam apel po­wta­rza re­ży­ser Mi­cha­el Mo­ore:

- Co­dzien­nie, każ­de­go dnia, zwłasz­cza w pierw­szych stu dniach rzą­dze­nia Trum­pa - dzwoń­cie do swo­ich przed­sta­wi­cie­li w Kon­gre­sie, mó­wiąc, na czym wam za­le­ży. Gdy dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go, dzwoń­cie kil­ka razy dzien­nie. Oto nu­mer cen­tra­li: 202 225 3121. - I tłum kil­ka­krot­nie skan­du­je nu­mer.

Sto­ją­ca obok mnie Ann z De­tro­it (nie pra­cu­je, wy­cho­wu­je dzie­ci, chce, by mia­ły do­bre wzor­ce, dla­te­go tu jest) wy­cią­ga swój te­le­fon i za­pi­su­je nu­mer. - Będę dzwo­nić - de­kla­ru­je.

To mię­dzy in­ny­mi zma­so­wa­ny na­cisk te­le­fo­nicz­ny i e-ma­ilo­wy wy­bor­ców i wy­bor­czyń spra­wił, że kil­ka mie­się­cy póź­niej dwie re­pu­bli­kań­skie se­na­tor­ki, Su­san Co­olins z Ma­ine i Lisa Mur­kow­ski z Ala­ski, nie po­par­ły li­kwi­da­cji Oba­ma­ca­re.

Mi­cha­el Mo­ore tym­cza­sem ape­lu­je, by an­ga­żo­wać się, wspie­rać or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we, za­pi­sy­wać się do sto­wa­rzy­szeń, pła­cić skład­ki. Ale tak­że or­ga­ni­zo­wać wła­sne gru­py dzia­ła­nia.

- Po­trze­ba do tego pięć, dzie­sięć osób, człon­ków ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, lu­dzi do któ­rych za­dzwo­ni­cie, wy­śle­cie ese­me­sa lub e-ma­ila wte­dy, gdy trze­ba bę­dzie dzia­łać szyb­ko - prze­ko­nu­je. Wzy­wa też do prze­ję­cia Par­tii De­mo­kra­tycz­nej: - Sta­ra gwar­dia musi odejść, po­trze­bu­je­my mło­dych przy­wód­ców, ko­biet, ko­lo­ro­wych, LGBT, trans.

A na ko­niec, po­pę­dza­ny już przez Ash­ley Judd, ak­tor­kę i dzia­łacz­kę spo­łecz­ną, woła:

- Ko­bie­ty! Kan­dy­duj­cie! Nie bój­cie się, nie wstydź­cie się, kan­dy­duj­cie naj­pierw na mniej eks­po­no­wa­ne sta­no­wi­ska, zdo­by­waj­cie do­świad­cze­nie, a po­tem się­gaj­cie po co­raz waż­niej­sze sta­no­wi­ska i funk­cje!

Gło­wy w ró­żo­wych czap­kach z apro­ba­tą po­ta­ku­ją. Roz­le­ga­ją się burz­li­we okla­ski. Ale już mi­kro­fon chwy­ta Ash­ley Judd. Nie sta­je za mów­ni­cą, tyl­ko cho­dzi po sce­nie.

- I am a na­sty wo­man - za­czy­na swo­je po­ry­wa­ją­ce wy­stą­pie­nie. Jak się póź­niej oka­że - de­kla­mu­je wiersz, któ­re­go au­tor­ką jest dzie­więt­na­sto­let­nia stu­dent­ka po­cho­dzą­ca ze sta­nu Ten­nes­see, z miej­sco­wo­ści Fran­klin. Tam też miesz­ka Ash­ley Judd. - Je­stem wstręt­ną ko­bie­tą. Ale nie tak okrop­ną, jak kon­fe­de­rac­ka fla­ga wy­ta­tu­owa­na przez całe moje mia­sto... Nie je­stem tak wstręt­na jak ra­sizm, oszu­stwo, kon­flikt in­te­re­sów, ho­mo­fo­bia, prze­moc sek­su­al­na, trans­ofo­bia, bia­ła su­pre­ma­cja, mi­zo­gi­nia, igno­ran­cja i bia­łe przy­wi­le­je...

Tłum w sku­pie­niu słu­cha.

- Je­stem okrop­na jak czer­wo­ne pla­my na moim prze­ście­ra­dle. My nie wy­bie­ra­my tego, czy i kie­dy mamy okres. Dla­cze­go tam­po­ny i pod­pa­ski są opo­dat­ko­wa­ne, a ta­blet­ki na erek­cję i pre­pa­ra­ty na po­rost wło­sów nie? - pyta Ash­ley Judd, a tłum krzy­czy, żeby to zmie­nić. A ak­tor­ka da­lej:

- Na­sze cip­ki nie są od tego, żeby za nie ła­pać. Są po to, żeby udo­wod­nić, że ko­bie­ty są sil­niej­sze, niż Ame­ry­ka kie­dy­kol­wiek bę­dzie. Na­sze cip­ki są dla na­szej przy­jem­no­ści. Są po to, żeby ro­dzić ko­lej­ne po­ko­le­nia spro­śnych, wul­gar­nych, wstręt­nych, wy­nio­słych ko­biet. Chrze­ści­ja­nek, mu­zuł­ma­nek, bud­dy­stek, si­khów - pro­szę so­bie wy­brać. Więc je­śli je­steś wstręt­ną ko­bie­tą albo ko­chasz wstręt­ną ko­bie­tę, to krzycz: Hell, yeah!

- Hell, yeah! - tek­sań­skie "O, tak!" wy­do­by­wa się z ty­się­cy gar­deł.

Sto­ją­ce wo­kół mnie ko­bie­ty są wy­raź­nie po­ru­szo­ne. I tre­ścią wy­stą­pie­nia, i za­an­ga­żo­wa­niem ak­tor­ki. Wte­dy jesz­cze nie mają po­ję­cia, jaką la­wi­nę uru­cho­mi Ash­ley Judd, mó­wiąc pu­blicz­nie o mo­le­sto­wa­niu sek­su­al­nym, ja­kie ją spo­tka­ło (wię­cej w roz­dzia­le Seks i wła­dza).

Na sce­nie wy­stę­pu­ją ka­to­licz­ka, ży­dów­ka, hin­du­ska, In­dian­ka. Prze­ma­wia­ją les­bij­ki, oso­by trans­sek­su­al­ne. Na­uczy­ciel­ki, eko­loż­ki, przed­sta­wi­ciel­ki związ­ków za­wo­do­wych i te upo­mi­na­ją­ce się o pra­cow­ni­ce do­mo­we, sprzą­tacz­ki, ku­char­ki, opie­kun­ki.

Kri­stin Rowe-Fink­be­iner z or­ga­ni­za­cji Mom­sri­sing.org mówi o nie­rów­nych pła­cach. Ko­bie­ty w USA za­ra­bia­ją śred­nio 80 cen­tów z 1 do­la­ra, któ­re­go otrzy­mu­ją męż­czyź­ni za tę samą pra­cę. Mat­ki za­ra­bia­ją 71 cen­tów z do­la­ra, a ko­lo­ro­we mat­ki - 46 cen­tów. - Nasz kraj ceni mat­ki i wy­no­si je na pie­de­stał. Ale rze­czy­wi­stość jest bru­tal­na.

Wy­stę­pu­ją mat­ki za­bi­tych przez po­li­cję czar­no­skó­rych chłop­ców (o pro­te­ście wo­bec ra­so­we­go pro­fi­lo­wa­nia i prze­mo­cy po­li­cji wo­bec ko­lo­ro­wej lud­no­ści wię­cej w roz­dzia­le Sport i po­li­ty­ka).

Czar­no­skó­ra Kier­ra John­son, dy­rek­tor­ka za­rzą­dza­ją­ca or­ga­ni­za­cją URGE (Uni­ted for Re­pro­duc­ti­ve & Gen­der Equ­ity), mówi:

- Do­bra wia­do­mość jest taka, że te­raz Do­nald Trump pra­cu­je dla nas. I musi nas sły­szeć każ­de­go dnia. Musi sły­szeć od nas, że nie zga­dza­my się na jego agre­sję, od­ma­wia­my po­li­ty­kom pra­wa de­cy­do­wa­nia za nas i okra­da­nia nas z god­no­ści.

Na sce­nie Ste­pha­nie Schriock, pre­ze­ska Emi­ly's List, or­ga­ni­za­cji wspie­ra­ją­cej de­mo­kra­tycz­ne kan­dy­dat­ki (wię­cej o Emi­ly's List w roz­dzia­le Co da­lej? Ko­bie­ty idą do wy­bo­rów):

- Mamy taki wy­bór: albo same kan­dy­du­je­my, albo wspie­ra­my jed­ną z na­szych sióstr, któ­ra bę­dzie kan­dy­do­wać. - W tłu­mie wy­bu­cha en­tu­zjazm, a Ste­pha­nie koń­czy:

- I wte­dy wy­gra­my!

Przed­sta­wia trzy świe­żo upie­czo­ne se­na­tor­ki, któ­re or­ga­ni­za­cja wspie­ra­ła pod­czas kam­pa­nii: Kir­sten Gil­li­brand z No­we­go Jor­ku, Tam­my Duc­kworth z Il­li­no­is (wię­cej o niej w roz­dzia­le Pra­co­wi­tość, po­ko­ra, za­an­ga­żo­wa­nie) i Ka­ma­lę Har­ris z Ka­li­for­nii (wię­cej o niej w roz­dzia­le Wście­kłość i na­dzie­ja).

Tam­my Duc­kworth mówi moc­nym gło­sem:

- Nie po to na­ra­ża­łam ży­cie, wy­krwa­wia­łam się, by pre­zy­dent ła­mał kon­sty­tu­cję. - Tam­my stra­ci­ła oby­dwie nogi w Ira­ku. Stoi na pro­te­zach na sce­nie i każ­de jej zda­nie na­gra­dza­ne jest okla­ska­mi.

Ka­ma­la Har­ris mówi, że ten pro­test jest mo­men­tem, któ­ry zde­cy­du­je o przy­szło­ści. Uprze­dza, że ła­two nie bę­dzie. - Ale damy radę. Za­pnij­cie pasy, bę­dzie tro­chę trzę­sło. Wra­caj­my do Ohio, na Flo­ry­dę, do Ka­li­for­nii i bierz­my się do pra­cy! - Ka­ma­la Har­ris koń­czy swo­je prze­mó­wie­nie przy ogrom­nym aplau­zie.

- O tych no­wych se­na­tor­kach na pew­no bę­dzie gło­śno w tej ka­den­cji - ko­men­tu­je jed­na ze sto­ją­cych obok ko­biet.

- Czy je­ste­ście go­to­we wstrzą­snąć świa­tem? - Ma­don­na po­ja­wia się na sce­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Nie było jej na­zwi­ska na li­ście pla­no­wa­nych mów­czyń.

Ma­don­na ape­lu­je o "re­wo­lu­cję mi­ło­ści", prze­ciw­sta­wie­nie się no­wej erze ty­ra­nii, któ­ra za­gra­ża nie tyl­ko ko­bie­tom, ale i in­nym mar­gi­na­li­zo­wa­nym śro­do­wi­skom. Nie prze­bie­ra­jąc w sło­wach, mówi, co my­śli o pre­zy­den­tu­rze Do­nal­da Trum­pa. Za­uwa­ża, że ko­bie­ty w USA żyły w le­tar­gu pod­czas przy­ja­znych rzą­dów Ba­rac­ka Oba­my i po­trzeb­ny jest szok wy­wo­ła­ny pre­zy­den­tu­rą Trum­pa.

- Ten okrop­ny mo­ment ciem­no­ści był ko­niecz­ny, by nas wresz­cie, do cho­le­ry, obu­dzić. Re­wo­lu­cja za­czy­na się tu­taj. Wal­ka o pra­wo do by­cia wol­ną i wol­nym, do by­cia sobą, do by­cia rów­ną i rów­nym - prze­ko­nu­je z mocą. - Ma­sze­ruj­my wspól­nie przez tę ciem­ność i z każ­dym kro­kiem wiedz­my, że nie ma się cze­go bać, że nie je­ste­śmy same, że nie damy za wy­gra­ną. Moc tkwi w na­szej jed­no­ści i żad­na ciem­na siła nie ma szans w star­ciu z praw­dzi­wą so­li­dar­no­ścią. A do wszyst­kich kry­ty­ków, któ­rzy uwa­ża­ją, że marsz ni­cze­go nie wnie­sie - pie­prz­cie się! Marsz Ko­biet na Wa­szyng­ton to do­pie­ro po­czą­tek re­wo­lu­cji, wal­ki o pra­wo ko­biet do rów­ne­go trak­to­wa­nia - krzy­czy Ma­don­na do mi­kro­fo­nu. - Na­szą siłą jest jed­ność!

Ręce mi mdle­ją od trzy­ma­nia w gó­rze apa­ra­tu, te­le­fon po­chło­nął już dru­gi po­wer bank. Sto­ją­ce wo­kół mnie ko­bie­ty prze­stę­pu­ją już z nogi na nogę. Po jed­ną, któ­ra za­sła­bła, przy­szła eki­pa ra­tow­ni­cza z po­bli­skie­go na­mio­tu, w ułam­ku se­kun­dy stwo­rzy­ły­śmy "ko­ry­tarz" dla no­szy.

Wresz­cie, po czte­ro­ipół­go­dzin­nej ma­ni­fe­sta­cji, or­ga­ni­za­tor­ki dają ha­sło do mar­szu. Nie ma jed­nak jak i do­kąd iść. Drep­cze­my w miej­scu w rytm śpie­wu Ma­don­ny, roz­ma­wia­jąc. Ko­bie­ty, męż­czyź­ni.

- To do­ty­czy nas wszyst­kich - mówi Fred z No­we­go Jor­ku, na­uko­wiec. - Ko­bie­ty mu­szą co­dzien­nie ra­dzić so­bie z sys­te­mo­wy­mi nie­rów­no­ścia­mi. My, męż­czyź­ni, mu­si­my upo­mnieć się o pra­wa ko­biet, tak, jak bia­li mu­szą upo­mnieć się o pra­wa Afro­ame­ry­ka­nów.

Cyn­die Daw­son z Ka­li­for­nii przez trzy­dzie­ści pięć lat była na­uczy­ciel­ką w szko­le śred­niej. Na marsz przy­le­cia­ła sa­mo­lo­tem, z przy­ja­ciół­ka­mi. Mar­twi się za­nie­czysz­cze­niem po­wie­trza i glo­bal­nym ocie­ple­niem oraz lek­ce­wa­że­niem tych pro­ble­mów przez Trum­pa. - To nie mój pre­zy­dent - mówi. - Jest bar­dzo złym przy­kła­dem dla mło­dzie­ży. Będę dzwo­nić do kon­gres­me­nów i pi­sać li­sty. Ata­ko­wa­nie mu­zuł­ma­nów, dys­kry­mi­na­cja - to nie­god­ne Ame­ry­ki. Za­wsze by­li­śmy otwar­ci na imi­gran­tów. Nie chcę, by to się zmie­ni­ło. Moi przod­ko­wie przy­je­cha­li ze Szwe­cji i Ir­lan­dii. Jej - po­ka­zu­je na ma­sze­ru­ją­cą obok ko­bie­tę - z Włoch.

Alex Fa­bro, ku­zyn­ka Cyn­die z Los An­ge­les, była in­ży­nier­ką w lot­nic­twie woj­sko­wym, te­raz uczy nie­peł­no­spraw­ne dzie­ci. Oba­wia się, że ad­mi­ni­stra­cja Trum­pa bę­dzie fa­wo­ry­zo­wać pry­wat­ne szko­ły, za­nie­dbu­jąc pu­blicz­ne.

Jess Phi­lips, dwu­dzie­stocz­te­ro­lat­ka z Las Ve­gas, mówi, że pod­czas tego pro­te­stu na­bra­ła pew­no­ści, że trze­ba ja­śniej i gło­śniej wy­ra­żać opi­nie, nie­zgo­dę. De­kla­ru­je do­ta­cje na Plan­ned Pa­ren­tho­od i pra­cę wo­lon­ta­riac­ką dla dzie­cia­ków z lo­kal­nych spo­łecz­no­ści (warsz­ta­ty te­atral­ne).

Idzie gru­pa ma­tek z or­ga­ni­za­cji Moms De­mand Ac­tion (Mat­ki żą­da­ją dzia­łań) i Eve­ry­town for Gun Sa­fe­ty (Każ­de mia­sto na rzecz bez­pie­czeń­stwa bro­ni). Jest ich na mar­szu pra­wie ty­siąc, chcą za­ka­zu sprze­da­ży wie­lo­strza­ło­wej bro­ni au­to­ma­tycz­nej i do­głęb­ne­go spraw­dza­nia prze­szło­ści ku­pu­ją­cych. (Wię­cej o do­stę­pie do bro­ni i dzia­ła­niu tych or­ga­ni­za­cji w roz­dzia­le Wol­ność i broń).

Wpa­dam na dwie zie­lo­ne sta­tuy wol­no­ści. To Lee Fi­del z Ka­ro­li­ny Pół­noc­nej i Nan­cy Wi­sniew­ski z De­tro­it (jej mama po­cho­dzi z Po­zna­nia). Mó­wią:

- Mo­gły­śmy pra­co­wać in­ten­syw­niej, żeby Hil­la­ry wy­gra­ła. Do gło­wy nam nie przy­szło, że może prze­grać. - Są po­ru­szo­ne za­rów­no pre­zy­den­tu­rą Do­nal­da Trum­pa, któ­ry ich zda­niem re­pre­zen­tu­je tyl­ko bo­ga­tych, jak i sa­mym pro­te­stem, bo taki ogrom­ny i waż­ny. - Marsz jest po­cząt­kiem. Wró­ci­my te­raz do domu i za­cznie­my dzia­ła­nia od­dol­ne - mó­wią.

Gdy Oj­co­wie Za­ło­ży­cie­le przy­go­to­wy­wa­li Kon­sty­tu­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych i dys­ku­to­wa­li o sys­te­mie wy­bor­czym i sys­te­mie wła­dzy, byli pew­ni, że na cze­le po­wsta­ją­ce­go pań­stwa sta­nie nie kto inny, jak tyl­ko Je­rzy Wa­szyng­ton. Oj­ciec Na­ro­du, jak się dziś mówi, głów­no­do­wo­dzą­cy ar­mii w zwy­cię­skiej woj­nie nie­pod­le­gło­ścio­wej, któ­re­go za­słu­gi były bez­sprzecz­ne. Mło­da re­pu­bli­ka po­trze­bo­wa­ła przy­wód­cy, któ­ry miał po­słuch. Pod cha­rak­ter i tem­pe­ra­ment Wa­szyng­to­na stwo­rzy­li więc sys­tem pre­zy­denc­ki i go­rą­co na­ma­wia­li go do ob­ję­cia urzę­du.

Tho­mas Jef­fer­son, po­dob­nie jak Wa­szyng­ton wy­wo­dzą­cy się z Wir­gi­nii, i tak­że bę­dą­cy po­sia­da­czem ziem­skim oraz wła­ści­cie­lem wie­lu nie­wol­ni­ków, dzie­lą­cy z ge­ne­ra­łem-sa­mo­ukiem za­mi­ło­wa­nie do pi­sa­nia li­stów, w prze­ci­wień­stwie jed­nak do star­sze­go od nie­go o je­de­na­ście lat Wa­szyng­to­na, miał za­cię­cie po­li­tycz­ne i nie­cier­pli­wą chęć do dzia­ła­nia. To on był głów­nym au­to­rem De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści ogło­szo­nej 4 lip­ca 1776 roku w Fi­la­del­fii, da­ją­cej po­czą­tek ist­nie­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, uza­sad­nia­ją­cej pra­wo trzy­na­stu ko­lo­nii bry­tyj­skich do wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści od bry­tyj­skie­go kró­la. Ale Jef­fer­son mu­siał cze­kać do 1801 roku, by zo­stać (trze­cim z ko­lei) pre­zy­den­tem. Do tego cza­su Jef­fer­son wraz ze swo­im ko­le­gą praw­ni­kiem, tak­że z Wir­gi­nii, Ja­me­sem Ma­di­so­nem, utwo­rzy­li Par­tię De­mo­kra­tycz­no-Re­pu­bli­kań­ską opo­wia­da­ją­cą się za więk­szą sa­mo­dziel­no­ścią sta­nów, w prze­ci­wień­stwie do zwo­len­ni­ków sil­nej wła­dzy fe­de­ral­nej - fe­de­ra­li­stów.

To wła­śnie Ja­mes Ma­di­son, go­rą­cy zwo­len­nik trój­po­dzia­łu wła­dzy (zo­stał czwar­tym z ko­lei pre­zy­den­tem w 1809 roku), przy­go­to­wał pro­jekt ame­ry­kań­skiej Kon­sty­tu­cji. Osta­tecz­nie jej za­pi­sy wy­pra­co­wa­no pod­czas burz­li­wych czte­ro­mie­sięcz­nych ob­rad w Fi­la­del­fii w 1787 roku. Naj­więk­sze spo­ry bu­dzi­ła spra­wa re­pre­zen­ta­cji licz­niej za­lud­nio­nych sta­nów pół­noc­no-wschod­nie­go wy­brze­ża oraz tych, któ­re mia­ły dużą po­pu­la­cję nie­wol­ni­ków, nie­uzna­wa­nych za oby­wa­te­li. Osta­tecz­nie za­war­to kom­pro­mis obo­wią­zu­ją­cy do dziś: wszyst­kie sta­ny są re­pre­zen­to­wa­ne w izbie wyż­szej przez taką samą licz­bę se­na­to­rów - dwóch, w izbie niż­szej zaś licz­ba re­pre­zen­tan­tów za­le­ży od licz­by miesz­kań­ców. Na po­cząt­ku ist­nie­nia USA do licz­by miesz­kań­ców wli­cza­no też trzy pią­te nie­wol­ni­ków, co za­pi­sa­no enig­ma­tycz­nie jako trzy pią­te ogó­łu po­zo­sta­łych osób.

Ko­lej­ny spór do­ty­czył tego, czy oby­wa­te­le po­win­ni bez­po­śred­nio wy­bie­rać pre­zy­den­ta, czy też - ze wzglę­du na to, że "lud" ła­two ule­ga­ją­cy de­ma­go­gom nie ma kwa­li­fi­ka­cji do po­dej­mo­wa­nia ra­cjo­nal­nych de­cy­zji - po­wi­nien go wy­ła­niać Kon­gres. W wy­ni­ku dys­ku­sji po­wstał ko­lej­ny kom­pro­mis - dwu­stop­nio­wy sys­tem wy­bor­czy, zgod­nie z któ­rym lu­dzie wy­bie­ra­ją Ko­le­gium Elek­to­rów, a oni do­pie­ro wska­zu­ją pre­zy­den­ta oraz wi­ce­pre­zy­den­ta, któ­ry w ra­zie śmier­ci, ustą­pie­nia lub po­waż­nej cho­ro­by pre­zy­den­ta zaj­mu­je jego miej­sce.

Każ­dy stan ma w Ko­le­gium Elek­to­rów tyle miejsc, ilu ma re­pre­zen­tan­tów w Kon­gre­sie. W ten spo­sób Oj­co­wie Za­ło­ży­cie­le za­dba­li o in­te­re­sy sta­nów mniej­szych i sła­bo za­lud­nio­nych, tych rol­ni­czych, da­jąc im szan­sę re­pre­zen­ta­cji przy po­dej­mo­wa­niu naj­waż­niej­szych de­cy­zji, po­rów­ny­wal­ną ze sta­na­mi uprze­my­sło­wio­ny­mi z dużą licz­bą miesz­kań­ców. Sys­tem przez lata ni­we­lo­wał roz­dar­cie po­li­tycz­ne mię­dzy Po­łu­dniem i Pół­no­cą, a dziś tak­że wy­rów­nu­je nie­co róż­ni­ce mię­dzy bar­dziej za­lud­nio­ny­mi i li­be­ral­ny­mi wy­brze­ża­mi a we­wnętrz­ną, bar­dziej kon­ser­wa­tyw­ną czę­ścią kon­ty­nen­tu.

Ko­le­gium Elek­to­rów

Elek­to­rów jest obec­nie 538, co jest rów­ne licz­bie człon­ków Kon­gre­su (435 Re­pre­zen­tan­tów i 100 Se­na­to­rów) plus 3 do­dat­ko­we gło­sy dla Dys­tryk­tu Ko­lum­bii, czy­li Wa­szyng­to­nu*.

Licz­ba gło­sów elek­tor­skich przy­pa­da­ją­cych na każ­dy stan - po­dob­nie jak licz­ba człon­ków Izby Re­pre­zen­tan­tów - jest płyn­na; w za­leż­no­ści od wzro­stu bądź ubyt­ku lud­no­ści (na pod­sta­wie da­nych ze spi­su po­wszech­ne­go), sta­ny zy­sku­ją bądź tra­cą gło­sy.

Sta­ny z naj­więk­szą licz­bą gło­sów elek­tor­skich to: Ka­li­for­nia - 55, Tek­sas - 38, Nowy Jork - 29, Flo­ry­da - 29, Il­li­no­is - 20, Pen­syl­wa­nia - 20, Ohio - 18.

* O spe­cjal­nym sta­tu­sie ame­ry­kań­skiej sto­li­cy czy­taj w roz­dzia­le Osu­szyć ba­gno!.

Aby wy­grać wy­ścig o pre­zy­den­tu­rę, kan­dy­dat musi ze­brać mi­ni­mum dwie­ście sie­dem­dzie­siąt gło­sów, czy­li bez­względ­ną więk­szość z pię­ciu­set trzy­dzie­stu ośmiu gło­sów elek­tor­skich.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej