Nigdy tego nie ukrywałam - jesienią 2016 roku jechałam do USA, by być naocznym świadkiem historycznego momentu, w którym na czele jedynego supermocarstwa po raz pierwszy staje kobieta wybrana na urząd prezydenta. Wszystko na to wskazywało: sondaże - czyli potencjalne poparcie w społeczeństwie; wsparcie partii - Partia Demokratyczna, mimo podziałów, murem stanęła za Hillary Clinton, gdy została oficjalną kandydatką, zaś czołowi politycy republikańscy odcinali się od Donalda Trumpa; wielki aparat kampanii i machina wyborcza - setki tysięcy wolontariuszy i zawodowych pracowników kampanii, gwiazdy muzyki i kina oraz miliony dolarów od sponsorów na rzecz Clinton, podczas gdy Trump przeznaczył stosunkowo małe pieniądze na kampanię, prowadząc ją osobiście, poprzez rzeczniczkę, w stacji FOX News i w mediach społecznościowych; kompetencje i przygotowanie kandydatów - Hillary spędziła osiem lat w Białym Domu jako Pierwsza Dama i doradczyni prezydenta, sześć w Senacie, cztery podróżując po świecie jako sekretarz stanu, Donald - miliarder, biznesmen i gwiazda show-biznesu, nie miał żadnego doświadczenia dyplomatycznego, administracyjnego czy politycznego.
No i wreszcie argument z kategorii historyczno-rozsądkowej - przecież najpierw prawo głosu zdobyli w Stanach Zjednoczonych czarni mężczyźni (15. poprawka do konstytucji, która weszła w życie w 1870 roku), dopiero potem kobiety (19. poprawka do konstytucji, obowiązująca od 1920 roku). Oczywiście wiem, jest to duże uproszczenie, bowiem kolorowym mężczyznom utrudniano udział w wyborach przez wiele lat i na dobrą sprawę pełnię swoich praw mogli egzekwować dopiero po zniesieniu segregacji rasowej. Ale chodzi mi tu o sposób myślenia białych mężczyzn, którzy byli i, jak się okazało, wciąż są kategorią decydującą - łatwiej pokonać rasizm niż seksizm. Skoro był Obama, to może być Clinton. Jaka inna kobieta dałaby radę? I wreszcie miało się to stać. Ameryka miała pokazać, że dojrzała do tego, by kobieta nią rządziła.
Nie tylko jako dziennikarka, ale także jako osoba działająca na rzecz kobiet i równouprawnienia w Polsce obserwowałam prezydenturę Baracka Obamy i później kampanię Hillary Clinton. Przekonana, że już czas, by Ameryką rządziła kobieta, czytałam artykuły w "The Washington Post", "The New York Times" i "Los Angeles Times", utwierdzając się w punkcie widzenia mieszkańców wielkich miast wschodniego i zachodniego wybrzeża Ameryki. Jednak wieloletnie doświadczenia, także te z podróży po Drodze 66, podpowiadały mi, że to nie jest jedyna prawda, bo Ameryka w gruncie rzeczy jest konserwatywna. Te wątpliwości kazały mi ruszyć poza obwodnicę, jak to się w amerykańskiej stolicy mówi outside the beltway, żeby poczuć, czym naprawdę żyją ludzie, jakie mają problemy i co myślą - o kandydatach, o wyborach, o Ameryce i przyszłości.
Spędziłam wiele lat w USA, pracując jako korespondentka telewizji, wracając do tego kraju prywatnie, jeżdżąc po legendarnej Drodze 66, zbierając materiały do książki. Dla mnie Ameryka zawsze była miejscem, gdzie każdy może spełnić swój sen, gdzie umiejętności i kompetencje zawsze się obronią, gdzie jeśli ktoś jest w czymś naprawdę dobry, to się przebije. Była też zawsze krajem, w którym ludzie szanują się nawzajem i pozostawiają dla siebie przestrzeń, zgodnie z zasadą "Żyj i pozwól żyć innym". I w pełnym zrozumieniu była demokracją, która wcale nie jest "wolnoamerykanką", ale prawdziwą wolą większości. Krytykowaną przez wielu regułę politycznej poprawności uznawałam za synonim dojrzałości społeczeństwa. I podczas moich przed- i powyborczych podróży po USA w 2016 i 2017 roku przecierałam oczy ze zdumienia - to nie była ta sama Ameryka, którą znałam sprzed zaledwie kilku lat.
Obawy, by nie urazić kogoś swoimi słowami, zastąpiono brutalną prawdą, prawdę - kłamstwem podawanym w zależności od potrzeb. Miejsce wszechobecnej uprzejmości i uśmiechu zajęły agresja i nieufność. Równe szanse już nie były dla wszystkich. A ramiona zamiast otwartych - skrzyżowane. Dawne poczucie, że wszyscy są tu imigrantami i razem wykuwają wspólną przyszłość, zastąpiła niechęć do obcych.
Rozmawiając z ludźmi, zastanawiałam się, skąd to się wzięło. Jak to możliwe, że w USA wszystko się tak bardzo zmieniło?
Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej 2016 roku rywalizacja republikanów (mających większość w Izbie Reprezentantów i Senacie, a więc blokujących działania prezydenta Baracka Obamy) i demokratów zmieniła Amerykę. Wojna o wszystko. Potem rywalizacja Donalda Trumpa i Hillary Clinton, dwojga najbardziej nielubianych kandydatów w historii USA, wyzwoliła niespotykane dotąd emocje.
Kampania wyborcza skupiła jak w soczewce wszystkie bolączki Ameryki.
Najlepiej to widać w małych miejscowościach, wsiach, miasteczkach, gdzie miałam okazję zgłębić niezwykle wysoki poziom rozczarowania jednych, nadziei drugich, tęsknot trzecich, niezdecydowania innych.
Dzięki tej podróży i niezliczonym rozmowom z ludźmi o różnych poglądach, różnym statusie, różnych ras i zawodów, nie byłam zdziwiona wynikiem wyborów. Byłam rozczarowana, i to bardzo, ale nie zdziwiona.
Na zdziwionego wyglądał za to Donald Trump, który przecież - jak dziś to wiemy - kandydował, bo chciał namieszać, nie sądził, że wygra. Jednak jego wezwanie do zerwania z establishmentem, "osuszenia bagna", a przede wszystkim zawołanie "Make America Great Again" dotarło do sedna wspomnień i tęsknot milionów Amerykanów. I zwyciężyło z hasłem "Stronger Together". Demokraci, powtarzający "I am with her", przegrali na własne życzenie - zbyt pewni siebie, uspokojeni sondażami, przekonani o mocy swojej kandydatki, wierzący, że wszyscy są tak zadowoleni z życia i postępowych decyzji prezydenta Obamy jak oni. Gorzko się rozczarowali.
Ta kampania zmieniła Amerykę. Podzieliła naród jak nigdy dotąd. Przyczynił się do tego w dużej mierze sam Donald Trump - nieprzebierający w słowach, przyzwyczajony do reflektorów i kamer, z łatwością rzucający oskarżenia - tak jak niegdyś w swoim show The Apprentice (Praktykant), kiedy zwalniał ludzi, krzycząc "You're fired" i celując w nich palcem jak pistoletem - i dowolnie interpretujący fakty. Fake news i niezwykle sprawny aparat informacyjny, mistrzowskie użycie mediów społecznościowych - to jednak nie wszystko. Nie można także za wynik wyborów obwiniać jedynie szefa FBI, Jamesa Comeya, który w decydującym momencie, na kilka dni przed wyborami, ujawnił fakt ponownego przyjrzenia się e-mailom usuniętym z konta Hillary Clinton, w których, jak się potem okazało, nie było niczego niezgodnego z prawem. Ostatecznie bowiem to ludzie, którzy poszli na wybory, podjęli decyzję. Decyzję niezwykle brzemienną w skutkach.
Czy to chwilowe zauroczenie wyborców? Czy Ameryka zrywa z polityczną poprawnością na dobre? Po roku urzędowania 45. amerykańskiego prezydenta pytania te pozostają aktualne. Zwłaszcza że Donald Trump ogłosił już zamiar kandydowania na kolejną kadencję i zaproponował nowe hasło: "Keep America Great Again" - utrzymajmy Amerykę wspaniałą. Objęcie urzędu prezydenckiego przez Donalda Trumpa wyzwoliło ogromne pokłady niezgody, zwłaszcza kobiet i mniejszości. Czy ta niezgoda wystarczy do zmiany? I jaka może być ta zmiana?
Niewątpliwie 2017 rok - pierwszy rok urzędowania 45. amerykańskiego prezydenta - był rokiem protestów. Dał mu początek Marsz Kobiet na Waszyngton - największy protest w historii USA. Później nastąpiły kolejne - przeciwko dekretowi antyimigracyjnemu, przeciwko zniesieniu Obamacare (powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego krytykowanego przez republikanów), przeciwko murowi na południowej granicy, przeciwko niewłaściwym zachowaniom i przemocy seksualnej w ramach akcji #MeToo.
Tymczasem Donald Trump krok po kroku spełniał swoje obietnice wyborcze. Walczył z całym światem i przeciwnościami losu, czasem jak mały chłopiec upierając się, że ma rację, bo ma. Udowadniając, że jest mądry, bo jest. Wymieniając ludzi, nawet tych najbardziej zaufanych, jak Steve Bannon, gdy mu podpadli lub gdy uznał, że lepiej mu będzie bez nich.
Wszczęcie śledztwa w sprawie kontaktów sztabu Trumpa z Rosjanami i wpływu rosyjskich hakerów na wynik wyborów w USA sprawia, że Trumpowi może zacząć palić się grunt pod nogami. Ale, moim zdaniem, nie mniej niż specjalnego prokuratora Roberta Muellera, powinien obawiać się niezwykłej mobilizacji różnych środowisk, zwłaszcza kobiecych. Tym bardziej że rok 2018 będzie jeszcze ważniejszy, bo to rok, w którym wymieniany jest cały skład Izby Reprezentantów i jedna trzecia Senatu. A po lokalnych wyborach w 2017 roku demokraci zacierają ręce, mając szansę na odzyskanie większości w izbie niższej i wyrównanie szans w wyższej.
Coraz częściej słychać wezwania do impeachmentu, czyli usunięcia prezydenta z urzędu. Poddawana jest w wątpliwość zdolność Donalda Trumpa do pełnienia najwyższego w USA urzędu. Sam prezydent wydaje się tym nie przejmować. Podobnie jak faktem, że jego i tak najniższe wyniki w historii notowań popularności prezydentów jeszcze bardziej spadły. Zrzuca winę na nieprzychylne media i puszcza oko do swoich zwolenników, którzy utwierdzają się w przekonaniu, że mediom nie można wierzyć. I patrzą na rosnące wskaźniki giełdowe, wierząc, że i obietnice o ponownym otwarciu kopalń i hut Trump wreszcie spełni.
Ta książka jest bardzo osobistym spojrzeniem na Amerykę. Nie jest to szczegółowy, chronologiczny zapis kampanii wyborczej. Nie ma też być podręcznikiem systemu wyborczego USA, choć znajdują się w niej wyjaśnienia pozwalające go zrozumieć oraz opisy działań wolontariackich godnych naśladowania w każdej kampanii wyborczej. Nie zawiera także dokładnego opisu posunięć i decyzji Donalda Trumpa jako prezydenta. To reportaż, będący efektem moich trzech podróży do USA w minionych osiemnastu miesiącach, podczas których pokonałam wiele tysięcy kilometrów. Zależało mi na tym, by być z ludźmi, pokazać, co oni myślą. Nie chciałam relacjonować tego, co wszyscy mogą zobaczyć w telewizji czy przeczytać w internecie. To jest spojrzenie na zmieniającą się Amerykę oczami zwykłych ludzi.