Wprowadzenie
Był rok 1947, gdzieś na przedmieściach Bournemouth, a pomysł narodził się wraz z telefonem od mojej ciotki Patience, onieśmielającej starej panny, która zadzwoniła do naszego domu rodzinnego, żeby oznajmić o swojej nieuchronnej wizycie.
- Jak się ma twoja droga matka, biedaczka... uparła się, żeby wszystkich was wychowywać samotnie. - Moja matka była wdową. - A ten bystry chłopiec, Lawrence, nadal tam jest, dobrze się miewa i wciąż pisze? - Lawrence miał ambicję zostać genialnym pisarzem. - A co u Lesliego? Dostał już kolejną pracę? Bo chyba już najwyższy czas ku temu! - Leslie, z żyłką przedsiębiorcy i kolejnym zarzuconym śmiałym przedsięwzięciem na koncie, od kilku miesięcy był bez pracy i bez szczególnych szans na karierę. - A twój drogi brat Gerald, nadal jest poza domem i naraża się na tropikalne choroby? - Gerald, od drugiego roku życia przejawiający wyraźną skłonność do natury, znajdował się akurat wśród zwierząt w jakimś ogrodzie zoologicznym, obserwując Bóg jeden wie co. - A ty, moja droga... Ufam, że nie zasypiasz gruszek w popiele? Wróciłam na jakiś czas do domu po tym, jak odważyłam się zarówno wyjść za mąż, jak i odbyć ekscytujące podróże do dalekich krajów, i teraz, nie bardzo wiedząc, co dalej robić, byłam tak naprawdę w stanie zawieszenia.
Ciotka Patience, zadowolona, że przynajmniej żyjemy, wybadała mnie następnie w drugiej najważniejszej sprawie - pieniędzy.
- A jak twoje finanse? - Liczyła niewątpliwie na jakąś cudowną odpowiedź.
- Cóż, mam spadek, który zostawił mi ojciec... chyba - odparłam niepewnie, nie chcąc odmalowywać sytuacji w zbyt czarnych barwach, żeby przypadkiem nie ściągnąć na siebie słów dezaprobaty, ani w zbyt różowych, co prawdopodobnie pozbawiłoby ją wszelkiej ochoty okazania ewentualnej szczodrości. Wyobraziłam sobie, jak czuły uśmiech towarzyszący ciotczynym pytaniom robi się kwaśny od dezaprobaty na wzmiankę o jakimkolwiek nadciągającym zamęcie finansowym.
- Ostatnio sporo o tobie myślę, droga Margo, i mam pewien pomysł - obwieściła to dostojnym tonem, po czym zrobiła złowieszczą pauzę, czekając na mój stłumiony okrzyk radości oczekiwania. - Jesteś nadal na linii, Margo? - zapytała, wyczuwając, że błądzę myślami.
- Tak, oczywiście - odpowiedziałam pośpiesznie i usiadłam zrezygnowana z cichym westchnieniem, wiedząc, że pomysły ciotki Patience wymagają przybrania maksymalnie wygodnej pozycji w oczekiwaniu na dość długą rozmowę.
- Ty naprawdę musisz wziąć się w garść, moja droga, i ciężko pracować na powodzenie w przyszłości, jak ja pracowałam.
Rozpoczął się wykład na temat ciężkiej pracy - czegoś, o czym nie miałam bladego pojęcia. Oburzona, szybko pozwoliłam sobie znowu na błądzenie myślami. Do rzeczywistości przywołał mnie z powrotem nagle natarczywy ton.
- Nie pozostaje nic innego... nie sądzisz?
- Tak! - wykrztusiłam, zaniepokojona sugestiami ciotki.
- Otworzysz, moja droga, pensjonat. Nie jakiś pospolity, ale raczej coś pierwszorzędnego, coś pewnego... i bezpiecznego! - Głos ciotki stał się stanowczy i pełen entuzjazmu. - Małżeństwo nie jest instytucją ani pewną, ani bezpieczną. - Ciotka nie przypadkiem była starą panną. - Będzie to dla ciebie coś w rodzaju kotwicy: w tej chwili jesteś niczym miotana przez fale stara łajba bez steru.
Nie przejmując się walorami opisowymi wypowiedzi mojej ciotki, uspokoiłam się, spojrzawszy w zawieszone naprzeciwko lustro. Mój uśmiech nie przypominał jeszcze jej uśmiechu, lecz myśl o finansowej pewności niespodziewanie i bezdyskusyjnie podniosła mnie na duchu. Szybko przeanalizowałam sytuację. Ciotka Patience miała rację; nieruchomość, bursa. Wyśmienity pomysł! Nie żebym miała w tych sprawach jakiekolwiek doświadczenie.
- Bursa? Nigdy o tym nie myślałam - odparłam z rosnącym zaciekawieniem.
- Nie bursa, moja droga, ale pensjonat... bursy są tak pospolite. Nie dalej jak wczoraj mówiłam mamie - ciągnęła ciotka - że Margo potrzebuje jakiegoś solidnego wsparcia, nie kolejnego małżeństwa, lecz nieruchomości komercyjnej, bo przy jej temperamencie na stabilizację w małżeństwie nie ma szans.
Uśmiechnęłam się z rozrzewnieniem do ciotki Patience przebywającej w "kensingtońskim" pokoju w kolorze akwaryjnej zieleni. Jej pomysł nagle stał się wyzwaniem. W sytuacji, gdy tak trudno było osiągnąć bezpieczeństwo, kimże ja byłam, by lekko potraktować jakąkolwiek propozycję poprawienia swojego statusu materialnego? Otwierała się przede mną perspektywa usłanego różami życia właścicielki pensjonatu, przysłowiowe niebo, które rozświetlał promyk nadziei, było właściwie w zasięgu ręki. W rezultacie, gdy szłam do kuchni w tym pamiętnym dniu, błogosławiłam ciotkę Patience, czyniąc to trochę nieśmiało, czekały mnie bowiem jeszcze nieuniknione komentarze członków rodziny.
Wiadomość o planowanym przedsięwzięciu przekazałam matce i wszystkim, którzy wówczas byli obecni w domu, okraszając ją płomiennymi opisami zysków i bezpiecznego życia do samej śmierci w atmosferze dyskretnego wyrafinowania. Przemawiając z zapałem do szeregu skamieniałych twarzy, wyjaśniłam, że nie będzie to zwyczajne miejsce zakwaterowania, lecz coś na wyższym poziomie: pensjonat.
Przyjęli moje barwne konkluzje przeciągłym milczeniem, po czym w pośpiechu zniknęli za drzwiami, żeby przedyskutować to, co nazwali "tym nowym szaleństwem".
Zadawałam sobie z goryczą pytanie, czemu moja rodzina musi traktować każde nowe przedsięwzięcie, jakby było bardzo bliskie obłędu. Co może być niewłaściwego w tym, że z moralnym - a być może też finansowym, gdyby okazała chęć szczodrej pomocy - wsparciem ciotki Patience stanę się stateczną damą w przyzwoitym mieście, i kimże oni są, by wyrokować w tak ważnej materii biznesowej, skoro nie ma wśród nich nikogo, kto zna się na interesach? W odwecie, z zaprawionym żółcią krytycyzmem przeanalizowałam dokonania moich krewnych na tym polu.
Weźmy na przykład moją matkę: owszem - była drobna i odważna; owszem - niezłomna w swej matczynej miłości, ale nie znała się na prowadzeniu pensjonatów i z pewnością nie była kobietą interesu. Jakżeby mogła nią być ze swoim ograniczonym doświadczeniem, całkowicie pochłonięta sprawami rodzinnymi: zwierzętami; ogrodem; skupiająca się na subtelnej sztuce kuchni indyjskiej oraz fascynujących kartach Prediction. Jak mogła przekładać godną szacunku rolę właścicielki nieruchomości na crippenowski dramat niemożliwych do przewidzenia zagrożeń? Jej dotychczasowe zmartwienia dotyczyły nieuchronnego zadłużenia na rachunku bankowym oraz przerażającego handlu żywym towarem. Wciąż przestrzegała mnie, swoją jedyną córkę, przed strzykawkami, których w kinach błyskawicznie używali ciemnoskórzy nieznajomi, oraz oczywiście przed groźnymi skutkami niepodnoszenia deski klozetowej w szaletach publicznych. Lawrence też nie ułatwiał sytuacji, rozbudzając jej lęki swym diabolicznym geniuszem wynalazczym i głośno zachęcając do tego, by postawiła na swoim. Podobnie jak Leslie, ta przysadzista rabelaisowska postać nakładająca obficie olej na płótno lub głęboko zatopiona w analizie niuansów broni palnej, statków, piwa i kobiet, też bez pensa przy duszy, odkąd cały odziedziczony spadek przeznaczył na zakup łodzi rybackiej, która zatonęła przed dziewiczym rejsem w Poole Harbour. Zgadzał się z każdym wypowiadanym przez Lawrence'a słowem, ilustrując już wyobrażone potworności jeszcze bardziej drastycznymi opisami lubieżnych lokatorów, właścicielek uduszonych na posterunku, wątpliwych narodzin i niezwykłych zgonów. Jego ostateczne oświadczenie, że "właścicielką nieruchomości się rodzisz, nie stajesz", wypowiedziane głosem sugerującym, że właśnie złożyli do grobu bardzo drogiego im nieboszczyka, jeszcze bardziej zdenerwowało matkę.
Na szczęście dzięki swojej nieobecności Gerald chwilowo oszczędził mi swoich komentarzy, które bez wątpienia dorównałyby wszystkiemu, co mieli do powiedzenia pozostali bracia. Wzdrygnęłam się na wspomnienie jego poczynań (które, jak pomyślałam z pewnym sceptycyzmem, nie obejmowały należytego obchodzenia się z majątkiem wielkiej firmy ani prowadzenia skromnej bursy), wyobrażając sobie puszki wypełnione żuczkami, skrzynki dla jaszczurek, śmierdzące odchody ptaków, cuchnące węże zakonserwowane w alkoholu, zwłoki zwierząt rozciągnięte groteskowo do sekcji, powietrze gęste od eteru, gdy okaleczone zwierzę było wprawnie leczone i przywracane do życia, podczas gdy ludzie o wrażliwszych żołądkach oddalali się chwiejnym krokiem, żeby dojść do siebie. Powrót Geralda oznaczałby zamęt i dezorganizację, a my wszyscy, niezależnie od warunków atmosferycznych, bylibyśmy zmuszeni wychodzić z domu, żeby przeczesywać okolicę w poszukiwaniu nieruchomości, w których on mógłby bez przeszkód i ograniczeń stworzyć zalążek ogrodu zoologicznego swoich marzeń. Pod jego nieobecność domem rządziła energiczna kandydatka na mieszkankę tego zoo, marmozeta, niewielkie kudłate zjawisko z obliczem sędziwego mędrca. Sadowiąc się w strategicznych punktach, by złagodzić fizyczne dolegliwości, głęboko urażony, gdy mu w tym przeszkadzano, Pavlo dąsał się godzinami w jakimś niedostępnym miejscu, a przekarmiony mastif tybetański walczył z nim o pierwszeństwo w pozyskiwaniu sympatii naszej rodziny. Źle wypchany krokodyl, z którego potężnymi falami wydobywała się woń stęchlizny, spoglądał gniewnie świdrującymi oczami ze szczytu łazienkowej szafki, poniżej zaś widniała nabazgrana czerwonym mydłem na lustrze przestroga (wyraźne przypomnienie, że nieobecność Geralda jest jedynie chwilowa): "Proszę nie dotykać", razem z przypomnieniem o terminie wizyty u dentysty.
Któż zatem nie chciałby uciec się do utopijnej wizji siebie jako właścicielki pensjonatu?