Wstęp
Ulokowany tradycyjnie w 966 roku chrzest Mieszka I, nazywany na wyrost
"chrztem Polski", jest dzisiaj fundamentalnym elementem narodowej
samoświadomości Polaków. Nic więc dziwnego, że wielkie obchody tysiąc
pięćdziesiątej rocznicy tego wydarzenia, z kulminacją zaplanowaną na
kwiecień 2016 roku, poprzedzane są licznymi konferencjami, wystawami i okolicznościowymi publikacjami. Nadano mu bowiem rangę początku historii
narodowej, co skutecznie utrudnia racjonalną refleksję nad faktycznym
stanem naszej wiedzy o tych odległych czasach. Okołorocznicowy entuzjazm
podsycany przez intensywną kampanię medialną jeszcze bardziej zaciera
granicę między informacją a interpretacją, między podstawą wnioskowania
a wnioskami, czy też między wiedzą a narracją. Wszystko to zlewa się w jedną zmitologizowaną całość bez zachowania należnej dozy krytycyzmu
badawczego.
Jubileuszowy przypływ zainteresowania tym, co się stało w 966 roku,
prowokuje różne wypowiedzi. Swoje opinie formułują fachowcy od dziejów
wcześniejszego średniowiecza, zawodowi popularyzatorzy wiedzy
historycznej, jak też amatorzy, wśród których nie brak i polityków
przeświadczonych, że znają się na wszystkim. Łączy ich wszystkich zbożna
chęć umocnienia samoświadomości historycznej Polaków, którym
skomplikowana przeszłość i teraźniejszość odbierają poczucie jedności.
Szukanie jej w odległych czasach może się jednak okazać płonne, bo
ówczesna jedność, choćby tylko religijna, jest tylko pięknym, lecz
dalekim od prawdy mitem.
Zakorzenienie wspólnej drogi w pradziejach stwarza pozornie bezpieczne
forum poszukiwania narodowej wspólnoty. Bardzo odległe czasy wydają się
niekonfliktowym, bo dawno minionym światem, który nie powinien wzbudzać
emocji prowokowanych przez współczesne debaty i podziały. Daleka
przeszłość jawi się jako stabilna w swojej obiektywnej niezmienności.
Wystarczy ją tylko sformatować odpowiednio do potrzeb percepcji
współczesnych konsumentów strumienia informacji, karmionych na co dzień
skrajnie uproszczonymi przekazami.
Jubileuszowe wzmożenie nie musi jednak znaleźć wyrazu tylko w akcji
propagandowej. Skokowe zwiększenie zainteresowania rokiem 966 można
bowiem wykorzystać do skłonienia mas czytelników, słuchaczy i widzów do
refleksji nad kruchością dominującego obrazu przeszłości, której
przecież nie znamy, lecz tylko mniej lub bardziej świadomie kształtujemy
jej wizję na podstawie dostępnych nam dzisiaj strzępów informacji. Jako
że wiadomości pewnych jest wśród nich bardzo mało, to rekonstruując
dawne czasy, posiłkujemy się często domysłami o bardzo różnym stopniu
prawdopodobieństwa.
Uczciwe "położenie na stole kart", którymi teraz dysponujemy, powinno
więc skłonić niektórych do refleksji nad trudną do uchwycenia
wielowymiarowością przeszłości, której nie da się zredukować do jednej,
kanonicznej i niezmiennej wizji. Skutki takiego zastanowienia będą dużo
bardziej wartościowe od biernego skonsumowania gotowego dania - może
niezbyt wyrafinowanego, ale łatwo przyswajalnego. Wielkie jubileusze
powinny być nie tylko okazją do świętowania, ale też pretekstem do
refleksji nad niepewną materią historii - również tej, którą uważamy za
niepodważalną.
Spróbujmy więc zmierzyć się z "naszym" rokiem 966, przyglądając się jego
rozmaitym uwarunkowaniom historycznym - zarówno tym poprzedzającym go,
jak i późniejszym. Będzie to nie tyle udzielenie autorytatywnej
odpowiedzi na pytanie: "Co się naprawdę stało?", ile raczej autorska
próba opowiedzenia: "Co mogło się wówczas stać?".
Nie jest moim zamiarem zakwestionowanie fundamentalnego znaczenia
decyzji o związaniu się dynastii piastowskiej z chrześcijaństwem
łacińskim, co miało wymiar zarówno religijny, jak i polityczny i kulturowy. Wejście w krąg cywilizacji zachodnioeuropejskiej trzeba
rozpatrywać nie tylko w kontekście historycznym X wieku, ale też w wymiarze jego ponadtysiącletnich skutków dla wszystkich późniejszych
generacji mieszkańców kraju nazwanego u progu XI wieku Polską. Wybranie
przez poza-rzymskich "barbarzyńców" chrześcijaństwa rzymskiego oznaczało
przecież związanie się z cywilizacją po-rzymską, co miało długofalowe,
odczuwane do dzisiaj konsekwencje geopolityczne i kulturowe.
Czas, okoliczności i przyczyny podjęcia tej decyzji są i będą jeszcze
długo przedmiotem analiz specjalistów z różnych dziedzin, ale
tysiącpięćdziesięciolecie 966 roku nieuchronnie owocuje mniej lub
bardziej poważnymi publikacjami i mniej lub bardziej ciekawymi
konferencjami, które podsumowują dostępną już wiedzę. Może przyniosą też
nową wizję okoliczności tego wydarzenia, które wprowadziło państwo
piastowskie na geopolityczną scenę chrześcijańskiej Europy? Nowe
spojrzenie wymaga jednak wyjścia poza sztywne ramy obowiązującego kanonu
interpretacyjnego. Nie chodzi o zastąpienie jednej interpretacji przez
jej bezwzględną alternatywę, lecz o pogłębienie świadomości tego, jak
trudno jest dotrzeć do przeszłości - tym trudniej, im bardziej jest
odległa.
Niestety, okoliczności przystąpienia Piastów do świata chrześcijańskiego
nie oświetla żadne ze źródeł, które zostały spisane przez współczesnych
Mieszkowi I obserwatorów i komentatorów wydarzeń, jakie wówczas miały
miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej! Musimy więc sami konstruować ze
strzępów mniej lub bardziej wiarygodnych informacji pośrednich wizję,
która ma być spójna, przekonująca i jednoznaczna. Jej od dawna
obowiązującą wersję zna każdy, kto przyswoił sobie wykładnię promowaną
przez powszechnie obowiązujące podręczniki szkolne.
A zatem: Wielkopolanin Mieszko, książę Polan, zjednoczył ziemie
wszystkich plemion prapolskich, tworząc państwo, które wprowadził
następnie do cywilizowanej Europy przez ochrzczenie się w 966 roku.
Następnie sprawnie skłonił swoich poddanych do przyjęcia nowej religii.
Tym samym związał Polskę z chrześcijańskim Zachodem, czyniąc ją trwałym
elementem europejskiej sceny geopolitycznej. Jeszcze krócej ujął to Jan
Matejko, objaśniając swój słynny obraz: "Z przyjęciem wiary Mieczysław I zatknął na Polańskiej ziemi krzyż" (ryc. 1).
Ryc. 1. Obraz Jana Matejki Zaprowadzenie chrześcijaństwa
Ta prosta opowieść, znana każdemu uczniowi, który zapamiętał podstawowy
kurs historii, ma jedną zasadniczą wadę - jest w znacznej części
wątpliwa, a w niektórych punktach nawet nieprawdziwa! Dotyczy to głównie
jej "plemiennego" początku, który jest utkany z domysłów o tak niskim
poziomie wiarygodności, że co najwyżej możemy go nazwać wizją bajeczną.
Podobny zarzut postawimy drugiemu zdaniu, które kreuje wiarę w szybkie
schrystianizowanie całego Mieszkowego państwa. Na usprawiedliwienie
zwolenników takich uproszczeń można powiedzieć, że źródła historyczne
dotyczące tego okresu są nieliczne i niejasne. Tym bardziej jednak
trzeba unikać nadinterpretacji przedstawianych jako historia jedynie
prawdziwa i bezalternatywna.
Poniższe rozważania są próbą szerszego uzasadnienia tej krytyki, ale nie
w celu jednoznacznego zaprzeczenia obecnej wykładni, lecz raczej
ukazania wizji opartej na trochę innych lub zupełnie innych
interpretacjach dostępnych nam źródeł informacji - zarówno
historycznych, jak i archeologicznych. Nie chodzi mi o radykalne
zastąpienie jednej wykładni całkowicie inną, lecz o zniuansowanie obrazu
przez ukazanie niepewności lub wręcz luk informacyjnych, których przy
dzisiejszym stanie naszej wiedzy nie da się usunąć. Można je wypełniać
domysłami, ale ich niepewność powinna być jasno postawiona, a alternatywy ujawnione.
1
Wątpliwości
Wpolskiej tradycji chrzest Mieszka I został utożsamiony z "chrztem
Polski", wyznaczając początek polskiej państwowości. Taką interpretację
utrwalił w powszechnej świadomości wielki program archeologicznych i historycznych badań "milenijnych", uruchomiony oficjalnie przez Sejm PRL
25 lutego 1958 roku. Zaowocował on chyba największym w dziejach
światowej archeologii programem badań wykopaliskowych, które całkowicie
zmieniły nasz naukowy i popularny obraz tych odległych czasów. Jego
propagandową kulminacją były zorganizowane z rozmachem w 1966 roku
obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego, uczczone nawet wybitą w srebrze
piękną monetą z wizerunkami Mieszka I i Dąbrówki (ryc. 2).
Ryc. 2. Srebrna moneta jubileuszowa wybita w 1966 roku (zdjęcie z wcn.pl)
Dwie główne siły, które po drugiej wojnie światowej konkurowały ze sobą
o rząd dusz Polaków, tj. Kościół katolicki i partia komunistyczna,
odmiennie rozkładały akcenty przygotowań do obchodów tej rocznicy,
alternatywnie podkreślając jej wymiar religijny albo polityczny. Obie
zaangażowały w nie duży wysiłek - Kościół, oddolnie mobilizując masy
wiernych, rząd, odgórnie inicjując programy badawcze. Obchody kościelne
podsumowano w Gnieźnie w dniach 13-14 kwietnia 1966 roku, podczas gdy
uroczystości państwowe powiązano z tzw. Świętem Odrodzenia Polski
obchodzonym 22 lipca. Zorganizowaną wtedy z rozmachem okolicznościową
defiladę poprowadzili piastowscy wojowie, co miało podkreślić ciągłość
dziejów narodowych (ryc. 3).
Ryc. 3. Defilada "milenijna" 22 lipca 1962 roku na placu Defilad w Warszawie (fot. Lech Charewicz/EAST NEWS)
W ten sposób odległe wydarzenie nabrało po tysiącu lat zupełnie nowego
znaczenia, stając się ważnym elementem całkowicie współczesnego
konfliktu ideologicznego, mającego charakter walki politycznej. Dzisiaj
już mało kto pamięta ten emocjonalny spór o polityczny wymiar symboliki
historycznej, ale długotrwałe zaangażowanie obu stron w przekonywanie
społeczeństwa do swoich racji utrwaliło powszechne przekonanie, że tak
czy inaczej rok 966 był rokiem "pierwszym" w naszych dziejach
narodowych. Nabrał więc cech kamienia węgielnego naszej kolektywnej
tożsamości - wydarzenia początkowego, od którego "wszystko się zaczęło".
Podobne mity założycielskie funkcjonują chyba we wszystkich krajach,
spełniając pożyteczną funkcję unifikującą ludzi przez wskazanie
wspólnego początku. Ta pożyteczność jednak niekoniecznie przekłada się
na prawdziwość naukową, która funkcjonuje na innej płaszczyźnie
poznawczej niż zbiorowe przekonanie o tym, jaka przeszłość powinna była
być. Wiedza o tym, jak przeszłość prawdopodobnie wyglądała, i chęć tego,
żeby przede wszystkim była ona jednoznaczna i chlubna, to dwie odrębne
wizje, które nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego. Bo też pełnią
zupełnie inne funkcje - jedna raczej naukowo-edukacyjną, a druga
dydaktyczno-formującą. Problem pojawia się wtedy, kiedy chcemy je
wzajemnie skonfrontować.
W obu tych sferach poznawczych ważną rolę odgrywa fascynacja
"początkiem" - punktem, z którego można wyprowadzić stosowną narrację.
Toteż kolejne pokolenia badaczy i interpretatorów przeszłości poszukują
może już nie pierwszych, ale przynajmniej najstarszych przykładów
zjawisk oraz tworów i wytworów powstałych wskutek aktywności naszych
przodków. W razie braku przekonujących informacji o czasie i miejscu,
gdzie najwcześniej pojawił się badany element, wskazuje się często
początek symboliczny, który po obudowaniu go specyficzną tradycją dobrze
odgrywa rolę tak pożądanego "początku", od którego można zacząć zgrabną
opowieść.
Tymczasem badania, których celem jest wskazanie jakiejś starożytnej
"kolebki" (np. ludu czy państwa), należą na ogół do kategorii zadań
niemożliwych do zrealizowania. Bo też pierwotna przyczyna i miejsce
pierwsze większości zjawisk i procesów społeczno-kulturowych po prostu
nie istniały. Historia ludzkości ma bowiem charakter ciągły i kumulatywny i zawsze można cofnąć rekonstruowany łańcuch zdarzeń o jeszcze jedno ogniwo logicznie poprzedzające już uchwycony "początek".
Nie inaczej jest z próbami wskazania na przykład pierwszego na danym
terenie miasta czy pierwszego państwa. Pierwszeństwo jest bowiem zależne
od kryteriów, według których je zdefiniujemy.
Te, wydawałoby się, oczywiste problemy nie powstrzymują interpretatorów
przeszłości od pogoni za rozmaitymi "początkami". Im bardziej są one
starożytne, im bardziej heroiczne i im bardziej symboliczne, tym lepiej
dla dydaktycznej narracji, która ma być perswazyjna przez swoją
atrakcyjność i wyrazista przez swoją jednoznaczność. Wskazanie punktu,
od którego "wszystko się zaczęło", pozwala uniknąć konieczności zaczęcia
przekazu od typowej dla opowieści bajecznych inwokacji "dawno, dawno
temu", która obnaża faktyczną niewiedzę autora. Dużo bardziej
przekonujące jest wskazanie momentu przełomowego, który pozwala
podzielić całą przeszłość na "przed" i "po".
Takie założenie przyświecało już wczesnośredniowiecznym kronikarzom
chrześcijańskim, którzy chętnie wyodrębniali z przeszłości dwie
rozłączne epoki przedzielone wydarzeniami będącymi realizacją boskiego
planu uporządkowania uprzedniego chaosu moralno-religijnego. Chrzest
władcy doskonale się nadawał na taki punkt zwrotny. Toteż autor notatki
wpisanej do Rocznika poznańskiego starszego jednoznacznie napisał:
"Mieszko książę Polski, pierwszy Polak chrześcijanin" (Mesco dux
Polonie, primus christianus Polonus). Umożliwiało to prostą
periodyzację jednoznacznie rozdzielającą czasy pogańskiego barbarzyństwa
i chrześcijańskiego oświecenia, które miało być właściwym początkiem
historii narodowej, kroczącej prostą drogą od pierwszego historycznego
władcy ku współczesności.
Z biegiem czasu widać eskalację znaczenia roku 966. Według najstarszych
informacji, zapisanych w Polsce w XI wieku, to wtedy ochrzcił się
piastowski władca. Te dość lakoniczne wzmianki sucho informowały tylko,
że "książę Mieszko przyjmuje chrzest". Ale na początku następnego
stulecia Anonim Gall napisał już, że dzięki chrztowi Mieszka I cały
"naród polski uratowany został od śmierci w pogaństwie". Tym samym
indywidualna decyzja o konwersji religijnej zyskała wymiar kolektywny.
Później to wydarzenie nabierało sensu coraz bardziej mistycznego i dzisiaj powszechnie mówi się o "chrzcie Polski" rozumianej całościowo w symbolicznych kategoriach wspólnoty demograficzno-kulturowo-politycznej.
W ten sposób decyzja jednego człowieka stała się kamieniem węgielnym
narodu utożsamionego z państwem, a chrzest Mieszka stał się chrztem
Polski, a więc i nas wszystkich.
Niestety, żadne z zachowanych do dzisiaj źródeł, które spisano w czasach
Mieszka I, nie zanotowało jakiejkolwiek informacji o ochrzczeniu się
naszego pierwszego historycznego władcy. Możemy się tylko dziwić, że to
fundamentalne dla naszej historii wydarzenie nie zwróciło uwagi autorów
zachowanych kronik i roczników. Można to tłumaczyć ich znacznym
oddaleniem od ziem dzisiejszej Polski, gdzie z kolei nie było jeszcze
środowiska intelektualnego zainteresowanego spisywaniem swojej wiedzy o świecie.
Dopiero po niemal półwieczu saski biskup Merseburga Thietmar, czujny
obserwator początków drugiego tysiąclecia ery chrystusowej i komentator
czasów dawniejszych, zapisał w swojej kronice dydaktyczną opowiastkę o okolicznościach nawrócenia Mieszka I na drogę jedynie słusznej wiary
przez jego wierną chrześcijańskim ideałom żonę. Kronikarz przyznał się
jednak uczciwie do niepewności, czy księżna Dąbrówka1/Dobrawa
dzieliła łoże z poganinem i nie przestrzegała postów tylko przez jeden
rok, czy aż przez trzy lata. Nie podał konkretnych lat, ale znając datę
ich ślubu w 965 roku, możemy sami ocenić, czy Mieszko I dał się
przekonać do porzucenia starych wierzeń już w 966, czy dopiero w 968
roku. Tę wcześniejszą datę wskazała większość przepisywaczy, którzy
jakiś czas później zaczęli kompilować tzw. roczniki polskie, tj.
wyliczenia najważniejszych wydarzeń politycznych z dziejów państwa
piastowskiego. W jednym z nich, Roczniku dawnym, znajdziemy informację
o tym wydarzeniu zapisaną pod rokiem 967 (DCCCCLXVII).
Zatem data powszechnie dziś uznawana za oczywistą bynajmniej nie ma
charakteru bezalternatywnego pewnika. Wybrano ją chyba na zasadzie
"głosowania", ponieważ to ją wskazuje najwięcej źródeł. Jest też
najbardziej atrakcyjna, bo najstarsza z trzech możliwości. Usuwa także
ewentualne wątpliwości odnośnie do urodzin Bolesława Chrobrego, który
powinien być owocem w pełni chrześcijańskiego związku. Współgra to z uwagą Thietmara, który specjalnie podkreślił zadowolenie Mieszka I i "jego szlachetnej żony z ich legalnego już związku". Gwoli prawdy
źródłowej trzeba jeszcze wspomnieć, że w Roczniku poznańskim starszym
wymieniono nawet rok 960, ale ta informacja jest podawana w wątpliwość.
Z perspektywy ponad tysiąca lat nie ma to większego znaczenia
historycznego, ale wybór 966 roku zdeterminował nasz kalendarz
obchodzenia "okrągłych" rocznic, które nieodmiennie przyciągają uwagę
opinii publicznej, a więc otwierają kasę z funduszami państwowymi,
uaktywniają badaczy odległej przeszłości i wzmagają zainteresowanie mas
konsumentów informacji, próbujących zachować orientację w zalewie
oferowanych im wiadomości okolicznościowych.
Taka koncentracja uwagi na konkretnym roku skutecznie zaciemnia źródłową
niepewność odnośnie do daty świętowanego wydarzenia. Sprawia to, że rok
966 stał się pewnikiem utrwalonym w powszechnej świadomości, a jako taki
jest skutecznie chroniony przed kontestacją, która może być uznana wręcz
za "szarganie świętości" i podejrzliwie potraktowana jako podważanie
rangi początku historii narodowej.
Dla złagodzenia takiej reakcji obronnej można przypomnieć, że polski
przypadek nie jest wyjątkowy. Nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi mają bowiem
podobne problemy z ustaleniem "kto, gdzie i kiedy?" się ochrzcił i jaki
to miało skutek historyczny, czy też z ustaleniem początkowej daty
wprowadzenia nowej religii. Również u nich wskazanie konkretnego momentu
przełomowego jest utrudnione wskutek nieoczywistości dostępnych nam
informacji źródłowych, które sugerują raczej długi proces zmian niż
jednorazową rewolucję. Nie powinniśmy więc czuć się osamotnieni w naszych rozterkach historycznych.
Pewnej analogii można upatrywać w długo chrystianizowanej Danii. Według
saskiego kronikarza Widukinda już przed oficjalnym chrztem króla Haralda
Gormssona Sinozębego w 965 roku "Duńczycy byli od dawna chrześcijanami,
ale mimo to służyli idolom według pogańskiego obyczaju". Choć już
wcześniej ochrzczeni i ewangelizowani, byli więc wciąż złymi
chrześcijanami, którzy wymagali nie tyle nawrócenia, ile raczej
ponownego zawrócenia na właściwą drogę. Toteż merseburski kronikarz
Thietmar uważał, że misjonarz "Poppo dokonał odnowienia chrześcijaństwa,
które znajdowało się w upadku... [gdyż Duńczycy] odstąpiwszy od wiary
swoich przodków, bożkom służyli i demonom". Wyrazistym symbolem powrotu
do chrześcijańskiej ortodoksji i początku właściwej drogi stał się więc
chrzest ich władcy w 965 roku.
Dawna szwedzka tradycja lokowała chrzest urodzonego około 987 roku króla
Olofa Skötkonunga dopiero w 1008 roku w Husaby, chociaż jego polska
matka była chrześcijanką. Kronikarze potwierdzają, że córka Mieszka I,
Gunhilda/Świętosława2, wychowała go w wierze
chrześcijańskiej, a on sam już w 995 roku wybił zaprojektowane według
chrześcijańskich wzorców monety z wizerunkiem krzyża. Poza tym już dużo
wcześniej przyjeżdżali do Szwecji frankijscy i angielscy misjonarze, ale
ich próby nawrócenia tubylców spełzły na niczym wskutek oporu szwedzkich
elit silnie zakorzenionych w tradycji pogańskiej. To wszystko uznano za
okres wstydliwej niepewności, który nie oferował punktu jednoznacznie
przełomowego, jakim mógł być konkretny, choćby tylko wymyślony rok
ochrzczenia się króla, który podjął świadomą decyzję jako dorosły już
mężczyzna.
Również na Węgrzech już przed objęciem w 997 roku władzy przez księcia
Vajka, który później został świętym królem Stefanem, wśród Madziarów
"przyjęło się chrześcijaństwo, lecz zmieszawszy się z pogaństwem, stało
się religią skażoną, a to ospałe i trwożliwe chrześcijaństwo zaczęło być
gorsze niż barbarzyństwo". Tak to widział misyjny biskup Bruno z Kwerfurtu, który sam pojechał na Węgry, aby wesprzeć chrześcijańskiego
króla w ewangelizacji jego poddanych uparcie trzymających się dawnych
obyczajów. Wobec niepewności początku dużo atrakcyjniejszy, bo pewny,
jest rok 1001, kiedy Stefan otrzymał koronę królewską, a Węgry
arcybiskupstwo.
Podobnie na Rusi lokalna tradycja pomniejszyła znaczenie penetracji
chrześcijaństwa przed oficjalną konwersją kijowskiego księcia
Włodzimierza (Vladimira) Wielkiego dokonaną uroczyście w 988 roku. A przecież jego babka Olga-Helena już w 957 roku ochrzciła się w Konstantynopolu i rozpoczęła proces chrystianizacji kraju. Jednak
dydaktyczny przekaz autora Powieści minionych lat ograniczył zasięg
tej wcześniejszej konwersji religijnej tylko do elitarnego kręgu
skandynawskich Waregów, którzy pływali do Bizancjum i tam zostali
ochrzczeni. "Chrzest Rusi" skojarzono więc jednoznacznie z decyzją
dorosłego już Włodzimierza, który został potem nagrodzony kanonizacją.
W historii Czech za punkt zwrotny uznaje się rządy księcia Wacława,
kanonizowanego wkrótce po jego tragicznej śmierci w 929 albo 935 roku.
Ale gorliwą chrześcijanką była już jego babka Ludmiła, która wychowała
wnuka, próbując zniwelować wpływ pogańskiej matki, jego dziad zaś książę
Bořivoi miał być ochrzczony przez samego świętego Metodego w 884 roku. A źródłowe początki wejścia Czechów w orbitę cywilizacji chrześcijańskiej
można cofnąć przecież nawet do 845 roku, kiedy to czternastu książąt
czeskich pojawiło się w Ratyzbonie/Regensburgu, prosząc
wschodniofrankijskiego króla Ludwika II Niemieckiego o udzielenie im
chrztu. Te wszystkie drobne kroki nie miały jednak rangi konkretnego
przełomu, od którego można by zacząć dydaktyczną opowieść.
Te przykłady z sąsiednich krajów zdają się tworzyć wspólny horyzont
średniowiecznych zabiegów propagandowych, które próbowały usunąć
niepewność odnośnie do początków chrześcijaństwa w państwach, które w X
wieku stopniowo dołączały do "cywilizowanej" Europy. Chodziło bowiem o wskazanie przełomowych dat włączenia każdego z nich do Kościoła
powszechnego. Takie zabiegi pozwalały podzielić wczesne dzieje narodowe
na dwa skontrastowane ze sobą okresy - "przed" i "po" oficjalnej
konwersji utożsamionej z decyzją świadomie podjętą przez konkretnego,
dorosłego już władcę - Haralda, Olofa, Włodzimierza, Bořivoia czy
Mieszka. Zapisana około połowy XI wieku w polskich rocznikach sucha
informacja, że "książę Polski przyjmuje chrzest", ustanowiła właśnie
taki moment jednoznacznego przełomu religijnego, który ulokowano w 966
roku.
Wobec braku informacji o wewnętrznych rozterkach Mieszka I, rozważając
okoliczności tego wydarzenia, musimy uciec się do analizy kontekstu
historycznego, w którym książę działał przed podjęciem najważniejszej
decyzji swojego życia. Decyzji, która w dużym stopniu ograniczyła
swobodę jego bieżących posunięć politycznych, a w dłuższej perspektywie
zdeterminowała kierunek rozwoju jego państwa, włączając je w krąg
cywilizacji zachodnioeuropejskiej, tj. tradycji wywodzącej się ze
starożytnego cesarstwa i związanego z nią Kościoła łacińskiego z jego
centrum ulokowanym w "apostolskim" Rzymie.
Taka wersja imienia wraca ostatnio do łask. [wróć]
Jej imię budzi liczne kontrowersje. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki