Co przyniesie wieczność - Jennifer L. Armentrout

-
Proszę czekać

Prolog

Zakurzone, puste pudełko po butach wydawało się wyższe i szersze niż jej niewielkie, drżące ciałko, gdy przywarła do niego plecami, przyciągając jednocześnie kościste kolanka do piersi.

Oddychaj. Po prostu oddychaj. Oddychaj.

Ukryta na dnie obskurnej szafy, przygryzając dolną wargę, nie śmiała wydać dźwięku. Skupiając się, by wtłoczyć pełne kurzu powietrze do płuc, poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.

O rany, popełniła tak wielki błąd, a panna Becky miała rację. Była niegrzeczną dziewczynką.

Tego dnia sięgnęła do słoja na słodycze w kształcie misia po dziwnie smakujące ciastka. Nie wolno jej było samej brać łakoci ani żadnego innego jedzenia, ale czuła tak ogromny głód, że bolał ją brzuszek. Panna Becky znów się rozchorowała i drzemała na kanapie. Nie chciała zrzucić popielniczki z blatu i rozbić jej w drobny mak. Niektóre odłamki wyglądały jak sople zwisające z dachu w zimie. Inne, większe, były jak frytki.

Chciała tylko ciasteczko.

Szczupłe ramionka spięły się, gdy coś uderzyło w przyległą do szafy ścianę. Jeszcze mocniej przygryzła wargę. Jej usta wypełnił metaliczny posmak. Jutro zobaczy w tynku dziurę wielkości pięści pana Henry'ego, a panna Becky znów będzie płakać i się rozchoruje.

Zgrzyt drzwi szafy rozlegający się w ciszy był dla jej uszu niczym grzmot.

O nie, nie, nie...

Nie powinien jej tu znaleźć. To było jej bezpieczne miejsce, kiedykolwiek pan Henry się wściekał lub gdy...

Zesztywniała, wytrzeszczając oczy, gdy ktoś wyższy i masywniejszy niż ona wślizgnął się do środka, po czym ukląkł obok niej. W ciemności nie mogła dostrzec jego twarzy, ale dobrze wiedziała, kto to był.

- Przepraszam - powiedziała ochryple.

- Nie szkodzi. - Na jej ramieniu spoczęła dłoń, starając się ją uspokoić. Była to dłoń jedynej osoby, której pozwalała się dotykać. - Musisz tu zostać, dobrze?

Panna Becky powiedziała kiedyś, że miał sześć i pół roku, a ona sześć, choć zawsze wydawał się znacznie większy i starszy, ponieważ był dla niej całym światem.

Skinęła głową.

- Nie wychodź - powiedział i podał jej rudowłosą lalkę, którą upuściła w kuchni, gdy rozbiła popielniczkę i pobiegła schować się w szafie. Zbyt przerażona, by wrócić, zostawiła Velvet, ale martwiła się o nią, bo to właśnie on kilka miesięcy wcześniej podarował jej tę zabawkę. Nie miała pojęcia, skąd ją wziął, ale pewnego dnia po prostu ją dostała, więc była tylko jej.

- Zostań tutaj bez względu na wszystko.

Tuląc lalkę, zacisnęła usta i mocniej przyciągnęła kolana do piersi, kiwając przy tym głową.

Chłopak poruszył się wystraszony, gdy po ścianach poniósł się wściekły krzyk. Wstrząsnął nią dreszcz, ponieważ to jej imię zostało wykrzyczane z tak wielką furią. Z jej ust wymknął się cichutki pisk, nim wyszeptała:

- Ja tylko chciałam ciastko.

- Będzie dobrze. Pamiętasz? Obiecałem wiecznie cię chronić. Tylko się nie odzywaj. - Ścisnął jej ramię. - Siedź cicho, nie wydawaj żadnych dźwięków, a kiedy... kiedy wrócę, poczytam ci, dobrze? O tym głupim króliku.

Mogła tylko ponownie pokiwać głową, ponieważ nigdy już nie zapomni wcześniejszych konsekwencji złamania nakazu milczenia. Wiedziała jednak, co stanie się z nim, jeśli pozostanie cichutko. Nie poczyta jej później. Nie pojawi się jutro w szkole. Nie będzie z nim dobrze, choć postara się wmówić jej, że jest inaczej.

Siedział obok jeszcze przez chwilę, po czym wyślizgnął się z szafy. Trzasnęły drzwi sypialni, więc wzięła lalkę i wcisnęła w nią twarz. Guzik przy sukience Velvet wbijał się jej w policzek.

Tylko się nie odzywaj.

Pan Henry zaczął wrzeszczeć.

Tylko się nie odzywaj.

W korytarzu rozbrzmiały kroki.

Tylko się nie odzywaj.

Stłumione uderzenie. Coś z głuchym łoskotem upadło na podłogę. Panna Becky musiała poczuć się lepiej, ponieważ nagle zaczęła krzyczeć, ale jedynym dźwiękiem, który miał znaczenie dla ukrywającej się w szafie dziewczynki, były nieustające uderzenia pięści w ciało. Otworzyła usta, tłumiąc krzyk lalką.

Tylko się nie odzywaj.

Rozdział 1

W ciągu czterech lat wiele mogło się zmienić.

Trudno mi było uwierzyć, że minęło aż tyle czasu. Upłynęły cztery lata, odkąd ostatni raz postawiłam nogę w publicznej szkole. Jeśli się nad tym zastanowić, był to okres, kiedy nie rozmawiałam z nikim prócz niewielkiego, ścisłego grona osób. Cztery lata przygotowań do powrotu do szkoły, gdzie, co oczywiste, będę musiała rozmawiać z nieznajomymi, a istniało spore ryzyko, że zwrócę przy tym kilka łyżek płatków śniadaniowych, które właśnie w siebie wmusiłam.

Wiele mogło się zmienić w ciągu czterech lat. Pozostawało pytanie, czy ja również się zmieniłam?

Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos łyżeczki uderzającej o ścianki kubka.

Była to trzecia miarka cukru, którą Carl Rivas próbował niepostrzeżenie wsypać do swojej kawy. Kiedy sądził, że nikt nie patrzy, starał się dodać jeszcze dwie. Jak na człowieka po pięćdziesiątce był szczupły, jednak uzależniony od cukru. W swoim studiu, domowej bibliotece pełnej grubych czasopism medycznych, miał biurko z szufladą, która wyglądała, tak jakby obrabował cukiernię.

Zatrzymał rękę w pobliżu cukierniczki, ponownie zbliżając do niej łyżeczkę, a jednocześnie spoglądając przez ramię. Zamarł.

Uśmiechnęłam się, siedząc przy sporych rozmiarów kuchennej wyspie z miseczką płatków śniadaniowych przed sobą.

Westchnął, obrócony twarzą do mnie, opierając się o granitowy blat i zerkając ponad kubkiem, gdy upijał łyk kawy. Jego czarne, zaczesane na bok włosy zaczynały siwieć na skroniach, przez co, przy oliwkowej cerze, wyglądał według mnie niezwykle dystyngowanie. Był przystojny, tak samo jak jego urodziwa żona Rosa. Cóż, "urodziwa" w stosunku do niej to niewłaściwe określenie. Miała ciemną karnację, gęste, kręcone włosy, które zaczynały siwieć, i była bardzo ładna. Właściwie to była oszałamiająca, zwłaszcza że prezentowała się dumnie.

Rosa nigdy nie bała się mówić, co myśli.

Ostrożnie włożyłam łyżkę do miski, by nie stuknęła o porcelanowe naczynie. Nie lubiłam wytwarzać niepotrzebnych dźwięków. Było to stare przyzwyczajenie, którego pewnie nigdy się nie pozbędę.

Spoglądając znad miski, zauważyłam, że Carl mnie obserwuje.

- Na pewno jesteś gotowa, Mallory?

W odpowiedzi na to niewinne pytanie moje serce się zająknęło. Było niczym naładowany karabin. Czułam się na tyle gotowa, na ile tylko mogłam. Jak jakaś idiotka wydrukowałam sobie plan lekcji i mapę szkoły średniej Lands High, a Carl zadzwonił wcześniej do sekretariatu, by zapytać o numer mojej szafki, więc dokładnie wiedziałam, gdzie się wszystko mieściło. Przestudiowałam mapę. Poważnie. Jakby zależało od tego moje życie. Nie musiałam pytać nikogo o drogę do sal, nie musiałam też niepotrzebnie błądzić. Wczoraj Rosa pojechała nawet ze mną pod budynek szkoły, bym zapoznała się z trasą i wiedziała, ile czasu zajmie mi przejazd.

Spodziewałam się, że Rosa zostanie w domu, skoro był to tak ważny dzień, coś, nad czym pracowaliśmy cały ubiegły rok. Zawsze jedliśmy razem śniadania. Jednak Carl i Rosa byli lekarzami. Ona - kardiochirurgiem. Nieplanowana operacja zmusiła ją do pracy, nim wstałam dziś z łóżka. Musiałam przyznać, że to ją usprawiedliwiało.

- Mallory?

Skinęłam szybko głową, zacisnęłam usta i położyłam ręce na kolanach.

Carl odstawił kubek na blat za sobą.

- Jesteś na to gotowa? - powtórzył.

Żołądek skurczył mi się ze zdenerwowania, naprawdę zrobiło mi się niedobrze. Częściowo nie byłam gotowa. Dziś czekał mnie trudny dzień, ale musiałam to zrobić. Popatrzyłam Carlowi w oczy i przytaknęłam.

Jego pierś uniosła się, gdy wziął głęboki wdech.

- Wiesz, jak dotrzeć do szkoły?

Ponownie przytaknęłam, zeskoczyłam z wysokiego stołka i wzięłam miskę. Jeśli wyszłabym w tej chwili, byłabym na miejscu piętnaście minut przed czasem. Zapewne powinnam tak zrobić - pomyślałam, wyrzucając resztkę płatków do śmieci i wkładając miseczkę i łyżkę do zmywarki.

Carl nie był wysokim mężczyzną, miał niecały metr siedemdziesiąt pięć, ale i tak sięgałam mu jedynie do ramion, gdy stanął przede mną.

- Używaj słów, Mallory. Wiem, że jesteś zdenerwowana i masz tysiąc problemów na głowie, ale musisz używać słów. Nie tylko kiwać albo kręcić głową.

Używaj słów.

Zamknęłam oczy. Psycholog, do którego wcześniej chodziłam, doktor Taft, powtórzył to zdanie już jakiś milion razy, tak samo jak logopeda, do którego chodziłam trzy razy w tygodniu przez dwa lata.

Używaj słów.

Była to mantra zupełnie sprzeczna z tym, co wpajano mi przez pierwsze trzynaście lat mojego życia, ponieważ słowa powodowały dźwięk, a dźwięk wywoływał strach i agresję. Jednak teraz dźwięk nie oznaczał bicia. Cztery lata wymagającej terapii miały mnie przyzwyczaić do używania słów. Rosa i Carl poświęcali każdą wolną chwilę, by wymazać z mojej głowy koszmary przeszłości, widząc jednocześnie, jak ich wysiłki idą na marne.

Słowa nie były problemem. Przelatywały przez moją głowę niczym stada ptaków migrujących na zimę na południe. Słowa nigdy nie stanowiły problemu. Zawsze przy mnie były, ale nie potrafiłam ich z siebie wydobyć, nie umiałam ich wyartykułować, ponieważ głos płatał mi figle.

Wzięłam głęboki wdech, po czym powiedziałam oschle:

- Tak. Tak. Jestem... gotowa.

Na twarzy mojego przybranego ojca zagościł nieśmiały uśmiech, gdy odsuwał mi długie pasmo włosów z twarzy. W cieniu były one bardziej brązowe niż rude, jednak w słońcu zmieniały się w ogniście czerwone, zbliżone barwą do pojazdu straży pożarnej.

- Poradzisz sobie. Wierzę w to całym sercem. Rosa również w to wierzy. Teraz już tylko ty musisz w to uwierzyć, Mallory.

Głos uwiązł mi w gardle.

- Dziękuję.

Jedno słowo.

Nie było wystarczająco mocne, bo jakże mogłoby być, skoro Carl i Rosa uratowali mi życie? Dosłownie i w przenośni. Jeśli chodzi o moje pojawienie się w ich życiu, to znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, choć z najgorszych na świecie powodów. Nasza historia była wyciągnięta wprost z programu Oprah lub filmu familijnego. Nierealna. Po wszystkim, co dla mnie zrobili, samo "dziękuję" miało już nigdy nie wystarczyć.

A ze względu na to, co zrobili, i ile możliwości mi dali, chciałam zachowywać się tak perfekcyjnie, jak tylko potrafiłam. Byłam im to winna. I właśnie o to w tym chodziło.

W pośpiechu podeszłam do wyspy kuchennej, wzięłam plecak i klucze, nim miałabym szansę rozpłakać się jak dziecko, które właśnie odkryło, że Święty Mikołaj nie istnieje.

Jakby czytając mi w myślach, Carl, stając przy drzwiach, powiedział:

- Nie dziękuj mi. Okaż to.

Zaczęłam kiwać głową, ale szybko się powstrzymałam.

- No tak - szepnęłam.

Uśmiechnął się, aż skóra zmarszczyła mu się w kącikach oczu.

- Powodzenia.

Otworzyłam drzwi, wyszłam na wąski ganek i stanęłam w ciepłych promieniach słońca. Był późnosierpniowy poranek. Rozejrzałam się po naszym ogródku przy domu, wyglądającym identycznie jak ten po drugiej stronie ulicy na przedmieściach Pointe.

Każdy jeden.

Czasami wciąż dziwiło mnie, że mieszkam w takim miejscu - w wielkim domu z ogródkiem kwiatowym i z należącym do mnie samochodem, stojącym na asfaltowym podjeździe. Czasami wydawało mi się, że to nie jest prawdziwe. Jakbym miała się kiedyś obudzić i wrócić tam, skąd przybyłam...

Otrząsnęłam się z tych myśli i podeszłam do dziesięcioletniej Hondy Civic. Samochód należał do córki Carla i Rosy, Marquette, która dostała go jako prezent z okazji ukończenia liceum, nim wyjechała na studia, by stać się, podobnie jak rodzice, lekarzem.

Była ich prawdziwą córką.

Doktor Taft zawsze mnie poprawiał, gdy mówiłam o niej w ten sposób, i wmawiał mi, że ja również jestem ich dzieckiem. Chciałam mu wierzyć, ponieważ niejednokrotnie czułam się podobnie jak wtedy, kiedy myślałam o wielkim domu z ogrodem.

Czasami moja sytuacja również wydawała się nie być prawdziwa.

Marquette nigdy nie ukończyła studiów. Miała tętniaka. W jednej chwili była, w drugiej już nic nie dało się zrobić. Wyobrażałam sobie, że Rosa i Carl nieustannie się z tym zmagali. Uratowali tak wiele ludzi, a nie potrafili ocalić życia własnej córki.

Nieco dziwaczne było to, że samochód należał teraz do mnie, jakbym zastępowała im dziecko. Nigdy nie sprawili, bym czuła się w ten sposób, nigdy nie powiedzieli tego na głos, ale mimo to, kiedy siadałam za kierownicę, mimowolnie myślałam o jego wcześniejszej właścicielce.

Położyłam plecak na miejscu pasażera. Rozejrzałam się i zobaczyłam w lusterku wstecznym własne spojrzenie. Zbyt szeroko otwarte oczy. Wyglądałam jak łania, która miała zostać potrącona przez ciężarówkę - gdyby tylko łanie miały niebieskie oczy, ale mniejsza o to. Skóra mojej twarzy była blada, brwi ściągnięte w linię. Wyglądałam na przerażoną.

Westchnęłam.

Nie tak miałam wyglądać pierwszego dnia szkoły.

Chciałam odwrócić wzrok, ale moją uwagę zwrócił srebrny medalion zawieszony na lusterku. Nie był większy niż ćwierćdolarówka. Wewnątrz krążka wygrawerowany został brodaty mężczyzna. Pisał ptasim piórem w księdze. Nad nim widniał napis "ŚWIĘTY ŁUKASZU", a pod spodem "MÓDL SIĘ ZA NAMI".

Święty Łukasz był patronem lekarzy.

Medalik należał do Rosy. Podarowała go jej matka, gdy córka dostała się na studia medyczne, a Rosa dała go mnie, gdy oświadczyłam, że jestem gotowa pójść do szkoły, by ukończyć czwartą klasę liceum. Zgadywałam, że wcześniej podarowała go Marquette, ale nie pytałam o to.

Podejrzewałam, że Carl i Rosa liczyli w duchu, że pójdę w ich ślady, obiorę drogę, którą zaplanowała dla siebie ich zmarła córka. Jednak praca chirurga wymagała asertywności, pewności siebie i silnej osobowości, czyli cech, za pomocą których nikt by mnie nigdy nie opisał.

Carl i Rosa wiedzieli o tym, więc popychali mnie bardziej ku karierze analityka, ponieważ według nich podczas nauczania w domu wykazywałam to samo zamiłowanie do nauk ścisłych co Marquette. Choć nie sprzeciwiałam się ich namowom, spędzanie czasu na studiowaniu drobnoustrojów lub badaniu komórek było dla mnie tak samo interesujące jak nieustanne malowanie ścian mojego pokoju na biało. Jednakże nie wiedziałam jeszcze, co chciałabym robić. Poza tym, że zamierzałam pójść na studia, ponieważ zanim Carl i Rosa pojawili się w moim życiu, dalsza nauka w ogóle nie wchodziła w grę.

Podróż do szkoły Lands High zajęła mi jakieś dwadzieścia minut, dokładnie tak, jak zakładałam. W chwili, w której ujrzałam trzykondygnacyjny budynek z przyległymi boiskami do baseballa i futbolu, spięłam się tak, jakby piłka wyrzucona z murawy zmierzała prosto w moją twarz, a ja zapomniałabym założyć rękawicę.

Żołądek mi się skurczył i zacisnęłam palce na kierownicy. Budynek szkoły był ogromny i stosunkowo nowy. Na stronie internetowej wyczytałam, że powstał w latach dziewięćdziesiątych, więc w porównaniu z innymi szkołami wciąż był błyszczący.

Błyszczący i potężny.

Ominęłam autobusy zmierzające na przystanek, by wysadzić uczniów, i pojechałam za innym samochodem na rozległy parking, który nie został zapełniony, ponieważ było jeszcze wcześnie. Przez pozostałe piętnaście minut siedziałam w samochodzie, co krępowało mnie i wyglądało żałośnie.

Dam radę. Poradzę sobie.

Nieustannie powtarzałam te słowa, wysiadając z auta i zakładając nowy plecak na ramię. Serce biło mi jak oszalałe, galopowało tak szybko, że zrobiło mi się niedobrze, gdy się rozejrzałam po morzu ciał zmierzających do wejścia liceum Lands High. Przywitały mnie przeróżne twarze, kolory, kształty i rozmiary. Czułam, jakby w moim umyśle zaraz miało dojść do zwarcia. Wstrzymałam oddech. Wszyscy mi się przyglądali, niektórzy powoli, inni pospiesznie, jakby nie docierał do nich fakt, że tam stałam, co było dobre, ponieważ przywykłam być traktowana jak duch.

Zaschło mi w ustach. Złapałam szelkę plecaka i zmusiłam nogi do ruszenia z miejsca. Dołączyłam do rzeki ludzi, maszerując tuż obok nich. Skupiłam wzrok na blond kucyku dziewczyny przede mną. Spojrzałam niżej. Miała na sobie jeansową spódniczkę i sandały. Jasnopomarańczowe rzymianki. Były ładne. Mogłabym jej o tym powiedzieć. Nawiązać rozmowę. Jej kucyk również mi się podobał. Włosy miała upięte na czubku głowy w sposób, którego nie opanowałabym nawet po obejrzeniu tuzina poradników na YouTube. Ilekroć sama próbowałam się tak uczesać, wyglądałam, jakbym miała na głowie ptasie gniazdo.

Jednak milczałam.

Kiedy ponownie uniosłam głowę, moje spojrzenie osiadło na stojącym nieopodal chłopaku. Miał zaspany wyraz twarzy. Nie uśmiechał się ani nie krzywił, tylko patrzył na trzymaną w ręce komórkę. Nie byłam pewna, czy mnie w ogóle zauważył.

Poranek był ciepły, ale w chwili gdy weszłam do chłodnej szkoły, cieszyłam się, że miałam na sobie kardigan, który uważnie dobrałam do koszulki na ramiączkach i jeansów.

Od wejścia wszyscy rozchodzili się w różnych kierunkach. Mniejsi uczniowie, którzy byli mojego wzrostu, lecz z pewnością młodsi, spieszyli w kierunku części z pomalowaną na czerwono i niebiesko podłogą. Plecaki obijały się im po plecach, gdy wymijali osoby o wyższych, szerszych ciałach. Inni szli niczym zombie, powoli i pozornie bez celu. Ja znajdowałam się gdzieś pośrodku, poruszałam się tak, jak zakładałam, normalnym tempem, choć tak naprawdę miałam je wyćwiczone.

Widziałam też kilkoro uczniów, którzy biegli, ściskając się ze sobą i głośno się śmiali. Domyślałam się, że byli przyjaciółmi, którzy nie widzieli się przez całe wakacje, albo po prostu zachowywali się bardzo wylewnie. Tak czy inaczej przyglądałam się im po kolei, gdy ich mijałam. Widok ten przypomniał mi o mojej przyjaciółce Ainsley. Podobnie jak ja uczyła się w domu - nadal - ale gdyby nie to, wyobrażałam sobie, że byłybyśmy w tej chwili jak te dzieciaki - przytulające się, uśmiechnięte i rozmawiające ze sobą. Byłybyśmy normalne.

Ainsley prawdopodobnie w tej chwili nadal spała.

Nie dlatego, że była leniwa, ale dlatego, że harmonogram naszych letnich zajęć różnił się od siebie. Wciąż miała wakacje, jednak gdy jej rok szkolny znów się rozpocznie, godziny nauczania w domu będą równie surowe i regularne jak moje.

Otrząsnęłam się z zadumy, gdy weszłam na schody znajdujące się na końcu szerokiego korytarza, blisko wejścia na stołówkę. Będąc w pobliżu tego pomieszczenia, poczułam, że żołądek skurczył mi się niemiłosiernie mocno.

Lunch.

O Boże, co niby miałam robić podczas lunchu? Nie znałam nikogo, ani jednej osoby, a...

Przerwałam sama sobie, ponieważ nie mogłam w tej chwili o tym myśleć. Istniała spora szansa, że gdybym to zrobiła, odwróciłabym się na pięcie i uciekła do bezpiecznego samochodu.

Moja szafka znajdowała się na piętrze, pośrodku korytarza, miała numer dwieście trzydzieści cztery. Bez problemu ją odnalazłam i, co zaskakujące, otworzyłam za pierwszym razem. Obróciłam się, z plecaka wyciągnęłam zeszyt, który miał mi się przydać dopiero podczas popołudniowych zajęć, i włożyłam go na górną półkę, wiedząc, że mam dziś odebrać masę podręczników.

Trzasnęły drzwiczki szafki obok, przez co się wzdrygnęłam i spięłam. Uniosłam głowę. Wysoka dziewczyna o ciemnej skórze i maleńkich warkoczykach posłała mi szybki uśmiech.

- Cześć.

Język stanął mi kołkiem w gardle i nie potrafiłam wydusić głupiego pojedynczego słowa, a dziewczyna już odwróciła się i odeszła.

Porażka.

Czując się jak idiotka, przewróciłam oczami i zamknęłam szafkę. Odwróciłam się, a mój wzrok spoczął na plecach chłopaka, który zmierzał w drugą stronę. Spięłam się ponownie, gdy mu się przyjrzałam.

Nie wiedziałam, jak ani dlaczego wpatrywałam się w niego nieprzerwanie. Może dlatego, że był o głowę wyższy od pozostałych. Jak jakiś zboczeniec, nie byłam w stanie oderwać od niego wzroku. Miał kręcone, ciemnobrązowe, niemal czarne włosy, przycięte na krótko przy karku o brązowym odcieniu, jednak na czubku głowy były dłuższe. Zastanawiałam się, czy opadały mu na czoło. Poczułam też ucisk w piersi, przypominając sobie chłopaka o podobnych włosach - opadających nieustannie na oczy, bez względu na to, jak często je odgarniał - którego niegdyś znałam. Serce zabolało mnie na samą myśl o nim.

Chłopak miał szerokie ramiona, okrywała je czarna koszulka, jego bicepsy były ukształtowane w sposób, który wskazywał na to, że uprawiał sport lub wykonywał ciężką pracę fizyczną. Miał wytarte jeansy, ale nie w fabryczny sposób. Wiedziałam, czym różniły się spodnie stylizowane na znoszone od jeansów, które były po prostu stare i wielokrotnie używane. Chłopak trzymał w ręce zeszyt - równie sterany jak jego spodnie.

Poczułam coś dziwnego, coś znajomego, gdy tak stałam przed szafką i myślałam o jedynym dobrym, jasnym aspekcie w morzu cieni i mroków przeszłości.

Myślałam o chłopaku, przez którego bolało mnie serce, o tym, który przyrzekł mi wieczność.

Minęły cztery lata, odkąd widziałam go i rozmawiałam z nim po raz ostatni. Cztery lata, które upłynęły na próbach wymazania z pamięci wszystkiego, co wiązało się z tą częścią mojego dzieciństwa, ale jego wciąż pamiętałam. Zastanawiałam się, co się z nim stało.

Jakżeby mogło być inaczej? Zawsze już miałam to robić.

Tylko dzięki niemu przetrwałam w domu, w którym musiałam się wychowywać.