1Miejsce Ludowego Wojska Polskiego[7] w systemie politycznym PRL[8]
Wojsko jest podstawową siłą aparatu państwowego. Musimy mieć więc to wojsko w ręku, inaczej ujmie je ktoś inny i obróci przeciwko nam. Gdyby tak się stało, nas by historia przeklęła za nieudolność i ślepotę polityczną[9].
Uwagi wstępne
Do pisania tego tekstu przystępowałem z niemałymi oporami, ale i - co może zakrawać na pewien paradoks - ze sporymi oczekiwaniami, gdyż miałem nadzieję, że powstanie coś ważnego i potrzebnego. Moje wątpliwości wynikały przede wszystkim z tego, że nie jestem historykiem wojskowości, a poza tym nigdy nie prowadziłem systematycznych badań archiwalnych na temat dziejów Ludowego Wojska Polskiego, co pociąga za sobą określone konsekwencje. Nie na ostatnim miejscu wymieniłbym tu pewne problemy z nazewnictwem. Niektóre pojęcia, które dla zawodowych wojskowych i historyków wojskowości są ogólnie zrozumiałe, dla badaczy niezwiązanych bliżej z tą problematyką już nie muszą być tak jasne i oczywiste.
Wszelako czynnikiem decydującym o tym, że - mimo wszelkich wątpliwości - podjąłem się tego ambitnego wyzwania, był fakt, iż od ponad 35 lat zawodowo zajmuję się dziejami Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Z tego tytułu przy różnych okazjach niejednokrotnie stykałem się z rozmaitą działalnością LWP. Moje dotychczasowe badania koncentrowały się głównie na okresie rządów Władysława Gomułki i dotyczyły między innymi roli, jaką wojsko odgrywało w Marcu '68 i Grudniu '70. Niemało uwagi poświęciłem także stanowi wojennemu i roli niektórych wojskowych w polskim życiu publicznym lat osiemdziesiątych. Między innymi stąd bierze się wyraźny "przechył" w proporcjach tekstu na rzecz tych właśnie wydarzeń i tych etapów dziejów polskiej wojskowości, przy równoczesnym "niedocenianiu" jej historii w okresie stalinowskim.
To z kolei jest następstwem dwóch czynników, w jakimś stopniu powiązanych ze sobą. Otóż dzieje sił zbrojnych w tych latach są relatywnie najlepiej rozpoznane i opisane, a w konsekwencji ukazało się najwięcej wartościowych prac historycznych na ten temat[10]. Dlatego też uznałem, że w tym wypadku częściej można odsyłać Czytelników do wydanych w ostatnich latach rzetelnych opracowań monograficznych. Zarazem ta właśnie sytuacja skłoniła mnie do zajęcia się głównie znacznie mniej rozpoznanymi badawczo późniejszymi dziejami Ludowego Wojska Polskiego.
Jest to tym bardziej wskazane, że - niezależnie od subiektywnych (nierzadko patriotycznych) motywów wielu ludzi, którzy przewinęli się przez jego szeregi - wojsko miało w Polsce Ludowej do odegrania przede wszystkim ściśle określoną rolę polityczną. Tak było zresztą już i wcześniej, na długo przed zakończeniem działań wojennych. Jerzy Poksiński podkreślał, że już na początku 1944 r. "zasadniczy wpływ na politykę personalną oraz tzw. ideowe wychowanie żołnierzy Armii Polskiej w ZSRR uzyskało Centralne Biuro Komunistów Polski w ZSRR na czele z Jakubem Bermanem, Aleksandrem Zawadzkim oraz kilku innymi, akceptowanymi przez Komitet Centralny WKP(b), polskimi komunistami. Właśnie decyzjom tego politycznego organu, dotyczącym problemów wewnętrznych armii, musiał się podporządkować jej formalny dowódca gen. Zygmunt Berling[11]. Przekazywano mu je bezpośrednio bądź przez przedstawiciela CBKP w armii, zajmującego stanowisko zastępcy dowódcy armii ds. polityczno-wychowawczych. Swego rodzaju transmisją jego decyzji do wojska zajmowali się odpowiedni zastępcy dowódców ds. polityczno-wychowawczych na szczeblu związków taktycznych i oddziałów"[12].
Po utworzeniu w Moskwie w lipcu 1944 r. Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego i powstaniu - w wyniku połączenia przybyłej ze Związku Radzieckiego Armii Polskiej z Armią Ludową - Wojska Polskiego proces jego upolityczniania został zintensyfikowany. Nakładał się na to niemal kompletny brak zaufania do żołnierzy, a zwłaszcza kadry oficerskiej Armii Krajowej, której nie chciano powierzać stanowisk dowódczych w "odrodzonym" Wojsku Polskim. Tego typu - łagodnie mówiąc - nieufne postawy wśród komunistów nasiliły się jeszcze po tym, jak w nocy z 12 na 13 października, w czasie gdy delegacja PKWN przebywała w Moskwie, zdezerterowało 636 żołnierzy 31 pułku z 7 Dywizji Piechoty. Ich ucieczka była wywołana tyleż ogólnym panującym w jednostce bałaganem i złymi warunkami bytowymi, co plotką o możliwości wywiezienia żołnierzy do ZSRR. W następnych dniach znaczna część uciekinierów wróciła z własnej woli do jednostki; część zaś została wyłapana. Tymczasem już 16 października naczelny dowódca gen. Michał "Rola" Żymierski[13] wydał rozkaz o rozformowaniu jednostki[14]. Nazwę 31 pułku przywrócono dopiero w kwietniu 1966 r.
Jesienią 1944 r. proces komunizacji wojska stopniowo się nasilał. Na obradującym 22 października posiedzeniu Biura Politycznego KC PPR Zawadzki skarżył się na brak oficerów i przekonywał towarzyszy, że "obsadzić stanowiska dowódców kompanii i ich zastępców Polakami, prawdopodobnie nie da się". Równocześnie uważał za niecelowe "przekazywanie oficerów politycznych na stanowiska liniowe". Zresztą - w jego ocenie - armii najbardziej doskwierał nie tyle brak doświadczonych oficerów liniowych, ile właśnie godnych zaufania oficerów politycznych. Dość optymistycznie oceniał jednak, że braki te uda się uzupełnić w ciągu trzech miesięcy. Wszelako przypomniał też, że w Centralnej Szkole Oficerów Polityczno-Wychowawczych w Lublinie, gdzie szkolono 700 słuchaczy (w tym ok. 100 członków PPR), "wykryto gniazdo wrogie". W następstwie tego wyrzucono 22 podchorążych[15].
Skomplikowana sytuacja w wojsku i zaostrzająca się walka polityczna w kraju przyczyniły się do tego, że 31 października na mocy rezolucji Biura Politycznego KC PPR utworzono Wydział Wojskowy, w którego skład wchodzili: Bolesław Bierut, Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Aleksander Zawadzki i Michał Żymierski. Zadaniem Wydziału Wojskowego było kierowanie "wszystkimi sprawami związanymi z wojskiem, a w pierwszym rzędzie z organizacją, pracą polityczną i informacyjną". Zamierzano "przeprowadzić gruntowną czystkę w wojsku z elementów reakcyjnych", a zarazem "obsadzić decydujące placówki pewnymi ludźmi, nie stosując ryczałtowo negatywnego stosunku do wszystkich dawnych oficerów polskich, wzmóc czujność w stosunku do nich. Internować wszystkich oficerów AK i NSZ, oddziaływujących szkodliwie na stan polityczny i zdolność bojową wojska". Zapewne nieprzypadkowa była tutaj kolejność: najpierw "stan polityczny", a dopiero na drugim miejscu "zdolność bojowa", a przecież dokument ten powstał w czasie wojny.
Dla komunistów nawet w tak wyjątkowej sytuacji jak wojna światowa najważniejsze było oblicze polityczno-ideowe armii, a nie jej kwalifikacje bojowe. Nie może zatem dziwić, że postulowano "wziąć śmiało kurs na tworzenie korpusu oficerów z młodych Polaków szczerych demokratów". W tym celu zamierzano posłać do jednostek oraz do szkół oficerów politycznych i liniowych "co najmniej 1000 dawnych alowców, nadając im szybko stopnie oraz odznaczenia za walkę w podziemiu. Prócz tego zmobilizować na szkoły oficerów politycznych i liniowych 500 członków PPR. Awansować śmiało na oficerów pewnych politycznie podoficerów, a zwłaszcza z 1 Armii". Jerzy Poksiński trafnie zauważył, że "ukształtowane w końcu 1944 r. instrumenty partyjnego i politycznego kierowania siłami zbrojnymi zachowały swoją aktualność po 1949 r., a niektóre przetrwały aż do końca istnienia Ludowego Wojska Polskiego, tj. do 1989 r."[16].
W myśl popularnego hasła: "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera", jeszcze na długo przed zakończeniem wojny zaczęto w Polsce budowę tak zwanej armii klasowej. Jej głównym zadaniem - wbrew rozmaitym pięknym deklaracjom - przez następne kilkadziesiąt lat była nie tyle obrona Polski przed zewnętrzną agresją (tego na szczęście po 1945 r. nie trzeba było zresztą robić), ile umacnianie - wspólnie z Milicją Obywatelską, Ochotniczą Rezerwą Milicji Obywatelskiej oraz funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa - obowiązującego porządku prawnokonstytucyjnego. W takich wypadkach żołnierze występowali "ramię w ramię" z milicjantami i funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa i - jak na ironię - wraz z nimi byli nazywani siłami porządkowymi, gdy w istocie byli raczej siłami represji.
Gwoli prawdy trzeba jednak dodać, że po 1956 r. wojskowi nie uczestniczyli w brutalnych przesłuchaniach czy znęcaniu się nad zatrzymanymi, w tym w urządzaniu im wraz z milicjantami okrutnych "ścieżek zdrowia". W tym względzie do rangi symbolu urastają znane dokumentalne kadry filmowe z grudnia 1970 r., bodaj po raz pierwszy pokazane przez Andrzeja Wajdę w Człowieku z żelaza. Przez okno z góry została sfilmowana scena, w której widać, jak jeden z milicjantów okłada pałką zatrzymanego młodego mężczyznę. Wyraźnie widać też, że stojący obok i przyglądający się tej scenie żołnierz w hełmofonie (zapewne czołgista), interweniuje u tego milicjanta, aby przestał bić zatrzymanego. Ten przestaje, lecz po chwili - jak widzimy - ponownie uderza go ręką w twarz.
Na pewno warto w tym miejscu przypomnieć o trzech rzeczach. Po pierwsze, o swoistej stałej rywalizacji między z jednej strony MO i "bezpieką" a z drugiej wojskiem. "Gwardia" i "Legia" lub - jeśli ktoś woli - "niebiescy" i "zieloni" nigdy za sobą nie przepadali, choć - jak już wspomniano - niejednokrotnie występowali razem w "obronie porządku publicznego". Po drugie o tym, że o ile służby podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych zwykle nie cieszyły się społeczną sympatią i uznaniem, o tyle wojsko konsekwentnie należało do instytucji legitymujących się najwyższymi wskaźnikami zaufania społecznego. W licznych środowiskach stale żywy pozostawał szacunek i podziw dla żołnierskiego munduru; wielu ludzi poważnie traktowało oficerskie słowo honoru. Trudno się zatem dziwić, że w stanie wojennym strajkujący robotnicy niejednokrotnie byli gotowi zakończyć swój protest i opuścić teren okupowanego zakładu, "kapitulując" przed oficerami LWP, ale nie przed milicjantami.
Po trzecie, konsekwencją tej wysokiej oceny wojska jako instytucji, przy jednoczesnym braku poważania i szacunku dla milicji i Służby Bezpieczeństwa, było szeroko rozpowszechnione przeświadczenie o tym, że za wszystkie brutalne działania, nieprawości, a czasem nawet zbrodnie odpowiedzialność zawsze ponosiła "ich" (tzn. władzy) milicja, a nie "nasze" (społeczeństwa) wojsko. Towarzyszyło temu dość często rozpowszechnione (np. w Grudniu '70) przekonanie o tym, że do demonstrantów strzelali nie żołnierze, lecz przebrani w wojskowe mundury milicjanci. Nikt jednak tego jak dotąd nie potwierdził. Natomiast zdarzało się odwrotnie. Na przykład w Marcu '68 istotnie mieliśmy do czynienia z faktem przebierania się, ale... żołnierzy służby zasadniczej w "jeszcze śmierdzące magazynem" mundury milicyjne[17].
Dość chętnie dawano wiarę opowieściom o buntujących się i odmawiających wykonania rozkazu oficerach i żołnierzach, których jakoby miano później za to rozstrzeliwać. Bodaj najtrwalsze i zarazem chyba najszerzej rozpowszechnione w tym zakresie pogłoski dotyczą rzekomego rozstrzelania 19 zbuntowanych wojskowych w Poznaniu w Czerwcu '56. Mimo ogromnego postępu w badaniach nad "polskimi miesiącami" nie udało się tego dotychczas potwierdzić. Historycy są jednak raczej na ogół zgodni, że do czegoś takiego w ogóle nie doszło[18].
Szacunek dla polskiego wojska prowadził niekiedy do mistyfikacji. Znaczna część uczestników i obserwatorów ulicznych starć w Poznaniu w czerwcu 1956 r., ale i na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. nie mogła uwierzyć, że to naprawdę Polacy strzelają do Polaków. Znacznie chętniej dawano wiarę plotkom mówiącym o tym, że do pacyfikacji tych miast użyto radzieckich żołnierzy przebranych w polskie uniformy. Znajdowali się czasem nawet "wiarygodni" świadkowie gotowi przysięgać na wszystkie świętości, że osobiście słyszeli tych żołnierzy mówiących po rosyjsku. W grudniu 1981 r. zdarzało się, że ludzie podchodzili do stojących przy koksownikach żołnierzy i zagadywali ich, żeby przekonać się, czy potrafią odpowiedzieć po polsku.
Skoro już mowa o "czynniku radzieckim", to w żadnym razie nie można zapominać o tym, że komuniści w 1944 r. zdobyli w Polsce władzę i przez następne 45 lat dzierżyli ją w swoich rękach praktycznie w sposób monopolistyczny, przede wszystkim za sprawą militarnej potęgi Związku Radzieckiego. Zawsze więc, gdy dochodziło do wybuchu społecznego niezadowolenia, mogli liczyć na to, że gdy rodzime "siły porządkowe" nie będą w stanie opanować sytuacji, do "zaprowadzenia ładu i porządku" w ostateczności może być wykorzystana militarna potęga Armii Radzieckiej.
Na koniec tych wstępnych rozważań wypada przypomnieć, że - w znacznym uproszczeniu - istnieją dwie wykluczające się, a nieuzupełniające wzajemnie wizje dziejów LWP. W myśl jednej, którą można by nazwać pozytywną - żywej zwłaszcza wśród wielu byłych zawodowych wojskowych i osób związanych z tradycją PRL - po II wojnie światowej żołnierze rozminowywali i odbudowywali kraj ze zniszczeń, w wypadku klęsk żywiołowych pomagali w ich zwalczaniu (np. ratowali powodzian)[19], masowo wspierali rolników w pracach polowych, uczestniczyli w różnych "wielkich budowlach socjalizmu", brali udział w międzynarodowych misjach pokojowych (Korea, Wietnam, Bliski Wschód), uczestniczyli w realizacji filmów wojennych i historyczno-kostiumowych. Czasem w tej wizji dodawano jeszcze półgłosem udział LWP w walkach z "bandami UPA" oraz "reakcyjnym podziemiem".
W myśl tej wersji historii, po 1945 r. polscy żołnierze nie zrobili nic takiego, czego dzisiaj musieliby się wstydzić; ba, w ogóle nie powinni mieć sobie nic do zarzucenia. Jeżeli zaś pojawiałyby się jakiekolwiek wątpliwości, to zawsze można było powiedzieć, że wykonywało się tylko rozkazy. Czyje rozkazy? Jak to czyje - oczywiście przez ponad 40 lat kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a wcześniej PPR. LWP zawsze było bowiem ramieniem zbrojnym polskich komunistów, którzy konsekwentnie dbali o to, aby na jego czele zawsze stali ich zaufani i doświadczeni towarzysze w mundurach.
Zresztą przez 45 lat tylko pięciu ludzi piastowało stanowisko ministra obrony narodowej. Do roku 1949 był nim marszałek Michał "Rola" Żymierski, później przez siedem lat radziecki marszałek Konstanty Rokossowski[20], następnie generał, a od 1963 r. marszałek Marian Spychalski[21], najdłużej - w latach 1968-1983 - ministrem obrony narodowej był gen. Wojciech Jaruzelski[22] i wreszcie ostatnim szefem resortu w PRL został gen. Florian Siwicki. Była to kadrowa stabilizacja niespotykana na innych stanowiskach w szeroko rozumianym aparacie partyjno-rządowym.
Istnieje wszakże odmienna wersja dziejów LWP, którą równie umownie można by nazwać negatywną. Składa się na nią udział polskich żołnierzy w walkach z partyzantami niepodległościowego podziemia oraz oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii, w tym także udział w przymusowych przesiedleniach Ukraińców i Łemków w ramach akcji "Wisła", "zabezpieczanie" sfałszowanego referendum w 1946 r. oraz takichże wyborów do Sejmu Ustawodawczego w następnym roku, udział w pacyfikowaniu Poznania w 1956 r., uczestniczenie wielu oficerów w antykościelnej kampanii w roku 1966 i dwa lata potem w akcji antyinteligenckiej i antysemickiej, udział LWP w ramach Operacji "Dunaj" w tłumieniu Praskiej Wiosny, uczestniczenie w brutalnym spacyfikowaniu Wybrzeża w Grudniu '70 i wreszcie - last but not least - stan wojenny. Tej szczególnie żywej w kręgach silnie antykomunistycznych wizji towarzyszyły nierzadko bardzo krytyczne i skrajne w swojej wymowie wypowiedzi. Wśród wielu zawodowych żołnierzy szczególne wzburzenie wywołała - nagłośniona przez media - wypowiedź posła Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego Jacka Szymanderskiego o "wojsku polskojęzycznym".
Doprowadzone do momentu przemian ustrojowych z końca lat osiemdziesiątych dzieje LWP, które oczywiście nie mogą być ukazywane w sposób statyczny, bez uwzględniania specyfiki poszczególnych okresów, nadal czekają na swojego dziejopisarza, choć niejednokrotnie podejmowano już próby ich opisania[23]. Z naukowego punktu widzenia zdecydowaną większość z nich trudno byłoby jednak uznać za udane. Stało się tak, gdyż mocno zaciążyła na nich ideologia i bieżąca polityka. W praktyce do końca istnienia PRL próbom takim nie sprzyjały także: mocno ograniczony dostęp do archiwaliów, istnienie cenzury prewencyjnej oraz permanentne straszenie potencjalnych autorów groźbą naruszenia tajemnicy wojskowej, rozumianej zresztą w sposób zupełnie dowolny.
Obok kwestii zależności Polski od Związku Radzieckiego, właśnie o wojsku i szeroko rozumianej obronności kraju praktycznie aż do końca 1989 r. nie można było w krajowym oficjalnym obiegu opublikować w zasadzie żadnych krytycznych tekstów. Jedną z konsekwencji tego, że PRL była państwem zamkniętym, w którym przez cały czas funkcjonowała cenzura, a informacje podlegały ścisłej reglamentacji, było także i to, że o licznych tak zwanych faktach prostych z historii LWP dowiadywaliśmy się niekiedy po wielu latach, a czasem nawet dopiero po zmianie w Polsce ustroju.
Przykładem tragiczny wypadek, do jakiego doszło 9 października 1962 r., kiedy to na zakończenie wspólnych manewrów jednostek Armii Radzieckiej, Ludowego Wojska Polskiego i Narodowej Armii Niemieckiej Republiki Demokratycznej została zorganizowana w Szczecinie defilada wojskowa. Na trybunie honorowej zajęli miejsca lokalni dygnitarze partyjni i wysocy rangą dowódcy, z ministrem obrony narodowej gen. Spychalskim i szefem Głównego Zarządu Politycznego gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele. W tamtych czasach było regułą, że na tego typu imprezy "zganiano" ludzi z okolicznych biur i urzędów, a przede wszystkim dzieci i młodzież szkolną. Zgromadzony wzdłuż trasy przejazdu tłum miał za zadanie wiwatować na cześć gości, machać chorągiewkami, rzucać kwiaty itd.
Organizatorzy defilady - zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami - ustalili, że pojazdy będą jechały z prędkością 20 km/h. Cały czas jednak kierowców czołgów i transporterów opancerzonych pospieszano drogą radiową. Później, analizując nakręcony film i biorąc pod uwagę tempo przesuwu taśmy, filmowcy wyliczyli, że czołgi jechały z prędkością między 27 a 33 km/h. Tymczasem milicja nie dość skutecznie blokowała wejście na jezdnię, wskutek czego tłum - wkraczając na nią - stopniowo ograniczał pojazdom drogę przejazdu.
W pewnym momencie na ulicę wybiegła kilkuletnia dziewczynka, która prawdopodobnie chciała podnieść leżący na ulicy piękny, wręcz hipnotyzujący kwiat. Jakaś kobieta (matka?) ruszyła, aby ją czym prędzej zabrać sprzed jadących pojazdów. Wtedy doszło do tragedii. Kierowca nadjeżdżającego czołgu próbował awaryjnie hamować lub/i wyminąć je, w efekcie czego pojazd wpadł w poślizg i wjechał w tłum dzieci, zabijając siedmioro z nich. Kilkanaście dalszych osób zostało rannych. Rannych i zabitych (niekiedy razem) przewożono potem karetkami, samochodami wojskowymi i przypadkowo zatrzymanymi autami do szpitali. Tam rannych operowano bez przerwy przez wiele godzin, a rozgorączkowani i przerażeni rodzice do wieczora szukali swoich dzieci, które tego dnia na czas nie wróciły do domów. Po mieście szybko rozeszła się wiadomość o tragedii, przy czym ludzie między sobą powtarzali, że szczęściem w nieszczęściu był to czołg polski. Gdyby bowiem do tragedii doszło za sprawą czołgu niemieckiego lub zwłaszcza radzieckiego, prawdopodobnie w Szczecinie doszłoby do rozruchów.
Władze podjęły decyzję o nieinformowaniu o wypadku. Nazajutrz nawet "Żołnierz Wolności", relacjonując szczecińską defiladę, słowem nie zająknął się o tragedii. Za dwa dni miał być wszak - jak zawsze w PRL - uroczyście obchodzony Dzień Wojska Polskiego: awanse, nagrody, okolicznościowe urlopy, przepustki itp., i nikt nie chciał "jakąś" żałobą narodową zepsuć tego radosnego święta. Choć wydaje się to niewiarygodne, tamta tragedia, która rozegrała się na oczach setek ludzi, na ponad 30 lat popadła w historyczny niebyt.
Dotarła ona do szerszej opinii publicznej dopiero za sprawą zrealizowanego w 1996 r. w Studio Video Gdańsk przez Iwonę Bartólewską filmu dokumentalnego ...i wjechał czołg. Jego twórcy w archiwach nie znaleźli jednak praktycznie żadnych dokumentów dotyczących tej tragedii: ze szpitalnych ksiąg przyjęć pacjentów po prostu powyrywano odpowiednie kartki, a w Archiwum Państwowym w Szczecinie nie zachowały się protokoły z posiedzeń Prezydium Rady Narodowej z drugiej połowy października, listopada i grudnia 1962 r.[24]
Do mediów nie przedostawały się też informacje o wymuszonych przez okoliczności, dwulicowych postawach wielu zawodowych żołnierzy, w tym zwłaszcza oficerów, zmuszanych (o ile chcieli robić w wojsku karierę) - wbrew własnemu światopoglądowi - do manifestacyjnego wręcz ateizmu. Tajemnicą poliszynela były zawierane przez wielu - nierzadko w odległych kościołach - niemal potajemne śluby, a potem równie dyskretne chrzty i pierwsze komunie dzieci. Największy jednak problem dla niektórych wojskowych stanowiły pogrzeby bliskich z udziałem katolickich księży. Wiadomo było, że zawsze znajdą się "życzliwi", którzy o udziale w takim pogrzebie poinformują "kogo trzeba". Nadszedł wreszcie czas, aby spróbować to wszystko uczciwie opisać i przeanalizować powikłane dzieje LWP w sposób całościowy, a nie cząstkowy i selektywny.
LWP w procesie odbudowy i "walki o utrwalanie władzy ludowej"
Ludowe Wojsko Polskie zostało utworzone w Związku Radzieckim w 1943 r. Jednak wojenny i zarazem najtragiczniejszy okres jego historii pozostaje poza sferą mojego zainteresowania. Opis dziejów LWP zaczynam w chwili zakończenia II wojny światowej w Europie w maju 1945 r. i od razu w tym miejscu pojawia się zasadnicze pytanie: czy Polska wychodziła z wojny zwycięska, czy pokonana? W PRL corocznie 9 maja mniej czy bardziej uroczyście obchodzono Dzień Zwycięstwa. Po przemianach ustrojowych z końca lat osiemdziesiątych okazało się jednak, że po pierwsze, powinniśmy - jak większość państw dawnej koalicji antyhitlerowskiej - obchodzić tę rocznicę 8, a nie 9 maja, jak czyniono to w ZSRR. Różnica - jak wiadomo - wynikała z tego, że Niemcy bezwarunkową kapitulację podpisały późnym wieczorem 8 maja, gdy w Moskwie - według tamtejszego czasu - było już po północy i właśnie dlatego w ZSRR i krajach pozostających w strefie jego dominacji później świętowano 9 maja.
Po drugie, a to okazało się znacznie ważniejsze, wcale nie było pewne, czy rzeczywiście w 1945 r. Polska wychodziła z wojny zwycięsko. A jeśli tak, to czy było to jedynie zwycięstwo polskich komunistów i ich stronników skupionych w Rządzie Tymczasowym premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego? Było to na pewno także zwycięstwo żołnierzy 1 i 2 Armii Wojska Polskiego, u boku wojsk radzieckich maszerujących na Berlin. Już jednak zdecydowanie trudniej byłoby odpowiedzieć na pytanie, czy w maju 1945 r. istotnie mieliśmy do czynienia z triumfem w oczach szerokich kręgów polskiego społeczeństwa, żyjących w wyniszczonym przez wojnę i okupację kraju, w którym szalał terror NKWD i jego polskich współpracowników? A czy było to także zwycięstwo akowców oraz żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie? Czy było to wreszcie zwycięstwo w oczach - uznawanego niemal wszędzie (poza ZSRR) za jedyną legalną i prawowitą władzę - rządu Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie w Londynie? Sprawa naprawdę nie jest prosta, a dodatkowo często komplikują ją emocje polityczne.
W PRL propaganda często przypominała, że po dodaniu liczby polskich żołnierzy walczących na Froncie Wschodnim i Zachodnim stanowiliśmy czwartą siłę (po armiach ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii) koalicji antyhitlerowskiej. Ale była to tylko arytmetyka. Cóż bowiem w wymiarze politycznym w rzeczywistości łączyło, dajmy na to, podporządkowany władzom RP w Londynie i dowodzony przez gen. Władysława Andersa II Korpus we Włoszech, z podporządkowaną rządowi Osóbki-Morawskiego i dowodzoną przez gen. Karola Świerczewskiego 2 Armią WP? Niezmiennie jednak przez te wszystkie lata głoszono, że Polska wyszła z II wojny światowej zwycięsko, i podkreślano, że w maju 1945 r. obok flagi radzieckiej tylko biało-czerwona załopotała nad gruzami zdobytego Berlina.
To ostatnie oczywiście było prawdą, ale w odczuciu milionów Polaków cała sprawa nie przedstawia się tak jednoznacznie. Jeżeli przyjąć, że nasz kraj istotnie wyszedł z wojny zwycięsko, to przyjąć także należałoby, że to polskie zwycięstwo miało charakter pyrrusowego. Ogrom strat i zniszczeń był wszak zupełnie niewyobrażalny. Mimo nabytków terytorialnych na zachodzie i północy kraj został okrojony terytorialnie. O ile w przededniu wybuchu wojny powierzchnia RP wynosiła ok. 389 tys. km2, o tyle po jej zakończeniu i ostatecznym wytyczeniu granic - nieco ponad 312 tys. km2.
Jednocześnie Polskę w latach II wojny światowej spotkała prawdziwa katastrofa demograficzna. Przez lata przyjmowano, że w jej trakcie zginęło łącznie ponad 6 mln obywateli RP, w tym ponad 3 mln Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia. Jednak szacunki te nie uwzględniały strat poniesionych na Wschodzie. W wyliczeniach tych należy też wziąć pod uwagę fakt przesunięcia na zachód granic (utrata Kresów Wschodnich) oraz wojenną emigrację. W efekcie między 1939 a 1946 r. ludność Polski zmniejszyła się z 35 mln do 24 mln. Ubyło więc w sumie ok. 11 mln obywateli Rzeczpospolitej.
ZSRR zaanektował zamieszkane w przeważającej liczbie nie przez Polaków ziemie na wschodzie, w zamian zaś otrzymaliśmy w praktyce wyludnione tereny na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Liczba ludności z 1939 r. została w Polsce przekroczona dopiero w połowie lat osiemdziesiątych. Jeżeli sytuację, w której terytorium zniszczonego przez wojnę państwa zmniejszyło się o ok. 20%, a ludność o ponad 30%, uznajemy za zwycięstwo, to doprawdy boję się myśleć o tym, jak miałaby wyglądać klęska Polski!
Wszelako jedno nie ulega najmniejszej wątpliwości. Polska wychodziła z wojny gospodarczo zrujnowana. W porównaniu z 1938 r. produkcja rolna w roku 1946 wyniosła 40%, a przemysłowa 70%, choć w miejsce terenów rolniczych utraconych na Kresach Wschodnich zyskaliśmy obszary uprzemysłowione na Śląsku i Pomorzu. Częściowemu lub całkowitemu zniszczeniu uległo 65% zakładów przemysłowych. Podobnie wyglądała sytuacja na wsi, gdzie pogłowie koni - w porównaniu z okresem przedwojennym - spadło o 57%, bydła rogatego o 67%, a trzody chlewnej aż o 83%. Znaczna część pól uprawnych, łąk i pastwisk nie nadawała się do użytku.
Bez wątpienia więc jednym z najpilniejszych zadań, jakie stanęły w 1945 r. przed władzami, było rozminowanie kraju, bez czego nie można było przystąpić do odbudowy z wojennych zniszczeń. Jeszcze w czasie trwania działań wojennych 28 lutego i 3 marca Naczelne Dowództwo wydało rozkazy w tej sprawie. W lipcu w akcji rozminowywania kraju uczestniczyły 32 bataliony wojsk inżynieryjnych. Historyk Jerzy Myśliński napisał na ten temat: "Najgęściej zaminowane były rejony jezior mazurskich, brzegi Biebrzy, Bugo-Narwi, Narwi, Kanału Augustowskiego, Wisły od Sandomierza do Modlina, rejony Jasła, Krosna, Gdańska, Grudziądza, Bydgoszczy i Torunia. Zaminowane też były rejony Śląska i tereny nad Odrą oraz Nysą. Trzeba było rozminować obszar ok. 200 tys. km2. Teren kraju podzielono na siedem rejonów rozminowywania ze swymi sztabami. Do 10 listopada 1945 r. sprawdzono i rozminowano w zasadzie całe terytorium kraju, unieszkodliwiając oprócz granatów blisko 10 mln min, ok. 15 mln pocisków artyleryjskich i ok. 400 tys. ton bomb lotniczych. Rozminowano drogi, linie kolejowe, lotniska, mosty, miasta i osiedla, a także grunty orne". W czasie trwania tej akcji zginęło prawie 300 żołnierzy oraz niemało "cywilów, zwłaszcza prowadzących roboty polowe rolników i bawiących się minami i niewypałami dzieci"[25].
Zakończenie systematycznej akcji nie oznaczało, że teren był już czysty. Jeszcze przez długie lata (a czasem nawet i obecnie to się zdarza, zwłaszcza przy podejmowaniu prac budowlanych) natrafiano na niewypały. Wielokrotnie i w późniejszych latach dochodziło z tego powodu do tragedii. Szczególnie na niebezpieczeństwo kontaktów z niewybuchami były narażone dzieci i młodzież szkolna. Jeszcze długo - zwłaszcza w miastach - na murach domów widniały charakterystyczne napisy: "min nie ma" (często w niepoprawnej formie ortograficznej "nie" było pisane łącznie z czasownikiem), względnie rosyjskie: "min niet".
Wojsko aktywnie uczestniczyło również w akcji odgruzowywania miast ze zniszczeń wojennych, a saperzy budowali pierwsze kolejowe i drogowe przeprawy mostowe. Ponadto na masową skalę żołnierze uczestniczyli w wiosennych pracach polowych, a później także wspierali rolników w akcji żniwnej. Było to o tyle ułatwione, że najliczniejszą grupę wśród żołnierzy stanowiły osoby pochodzące ze wsi, które znały się na pracy na roli. Nie ulega jednak wątpliwości, że z punktu widzenia komunistów sprawą najważniejszą była pomoc wojska w rozbiciu zbrojnego podziemia oraz "oczyszczenie" sił zbrojnych z "wrogich elementów".
Jeszcze przed zakończeniem działań wojennych sprawa ta wielokrotnie powracała w czasie najróżniejszych posiedzeń i narad kierowniczych gremiów PPR. Na posiedzeniu Wydziału Wojskowego 6 listopada 1944 r. Żymierski poinformował towarzyszy o aresztowaniu ok. 400 oficerów i podoficerów wywodzących się z AK oraz z Narodowych Sił Zbrojnych i przesłaniu ich do "obozu izolacyjnego" Informacji w Skrobowie koło Lubartowa, gdzie do końca 1944 r. łącznie uwięziono ponad 500 oficerów. 21 kwietnia 1945 r. przetrzymywanych w Skrobowie Polaków wywieziono do obozów w Związku Radzieckim[26].
Z kolei na posiedzeniu Wydziału Wojskowego 18 grudnia 1944 r., w którym poza stałymi członkami tego ciała udział wzięli gen. Świerczewski i Hilary Minc, Gomułka przedstawił zasady, jakimi miano się kierować w odniesieniu do AK. Sprowadzały się one do przechwycenia akowskiej broni oraz zdobycia "adresów wszystkich członków AK, szczególnie oficerów". Nie zamierzano przyjmować ich do wojska, a zmobilizowanych chciano "odizolować". Ponadto zamierzano "winnych zbrodni bratobójczych mordów przekazać sądom". Z kolei Żymierski przekonywał zebranych, że "niebezpieczeństwo grożące Wojsku Polskiemu ze strony AK zostało w zasadzie zlikwidowane". Zważywszy na fakt, że walka z antykomunistyczną partyzantką miała trwać jeszcze przez kilka lat, na podkreślenie zasługuje użyte przez naczelnego dowódcę wyrażenie "w zasadzie".
Jednocześnie sporządzony przez Gomułkę protokół z tego posiedzenia wiele mówi o - oczywistym w końcu - bezpośrednim wpływie Józefa Stalina na kształt i charakter LWP. Żymierski, referując towarzyszom swoją rozmowę z radzieckim dyktatorem, sugerował, że Stalin nie ma zaufania do polskiego wojska. Jednak w żadnym razie nie może dziwić, że wszystkie "sugestie" personalne przywódcy ZSRR zostały po kilku dniach wcielone w życie. Nakazał on Polakom przesunąć gen. Władysława Korczyca ze stanowiska dowódcy 1 Armii WP na szefa Sztabu Głównego WP. Zwolnione przez niego stanowisko miał zająć dotychczasowy dowódca 2 Armii WP gen. Stanisław Popławski, którego z kolei miał zastąpić gen. Karol Świerczewski. Wszystkie te zmiany zostały przeprowadzone 19 grudnia[27].
Sprawa "oczyszczenia" wojska z "elementów niepewnych ideowo" ciągnęła się zresztą jeszcze długo. Na posiedzeniu Wydziału Wojskowego 12 stycznia 1945 r. mówiono między innymi o oddelegowaniu 350 oficerów i podoficerów do służby w milicji i aparacie bezpieczeństwa, a także niektórych do pracy w administracji państwowej. Równocześnie potwierdzano, że Żymierski - po uprzednim skonsultowaniu się z szefem Głównego Zarządu Informacji płk. Piotrem Kożuszko - "usunie z wojska kilkunastu oficerów akowskich, według przedstawionej mu listy". Autorzy przypisów publikując ten dokument stwierdzili, że - wbrew intencjom Wydziału Wojskowego - ostatecznie z tej listy został represjonowany jedynie umieszczony na pierwszym miejscu ppłk Andrzej Petrykowski "Tarnawa"[28].
Zresztą komuniści dość długo nie mogli się zdecydować na to, jaki kurs przyjąć wobec oficerów i żołnierzy AK. Z jednej strony dążyli do ideologicznego i politycznego zawłaszczenia armii, z drugiej rozpaczliwie byli pozbawieni fachowych kadr. Cechowała ich przy tym nieufność, a czasem wręcz chorobliwa podejrzliwość. Na dłuższą metę nie bardzo mogli wszakże liczyć na oficerów radzieckich, których po zakończeniu wojny stopniowo zaczęto wycofywać do ZSRR. Wcześniej jednak odgrywali oni ogromną rolę w polskich siłach zbrojnych. Historyk Paweł Piotrowski, zwracając uwagę na fakt, że w armii powstałej w ZSRR dramatycznie brakowało oficerów, podkreślał, że o ile przez trzy, cztery miesiące można było wyszkolić oficera artylerii lub piechoty, o tyle już w wojskach pancernych czy lotnictwie było to niemożliwe. "Niemal całe lotnictwo nowej armii - stwierdzał więc Piotrowski - zostało utworzone na bazie radzieckiej 6 Armii Lotniczej. Do końca wojny 90 proc. kadry oficerskiej i personelu technicznego to Rosjanie. Podobnie w 1 Korpusie Pancernym, z kolei w 2 Armii WP oficerowie sowieccy stanowili około 60 proc. kadry dowódczej i technicznej. Najmniej było ich natomiast w 1. Armii WP, "tylko" 40 proc. Również w instytucjach centralnych WP, w Sztabie Głównym i szkolnictwie, odsetek oficerów sowieckich wynosił od 70 do 85 proc. kadry"[29].
W takiej sytuacji po zakończeniu działań wojennych w Europie przez pewien czas przynajmniej część polskiego kierownictwa pewne nadzieje wiązała z oficerami, którzy wojnę spędzili w oflagach i czasem wydawali się mniej antykomunistyczni i antyradzieccy od tych, którzy działali w konspiracji w okupowanym kraju. Liczono także na to, że uda się z Zachodu sprowadzić niektórych oficerów Polskich Sił Zbrojnych, zwłaszcza tych znanych z lewicowych sympatii i "nieskompromitowanych" antyradzieckością.
Tymczasem mimo rozwiązania AK na mocy rozkazu wydanego 19 stycznia 1945 r. przez jej ostatniego dowódcę gen. Leopolda Okulickiego "Niedźwiadka", tysiące żołnierzy nadal tkwiły w podziemiu. Problem "rozładowania lasów" - z różnych rzecz jasna powodów - absorbował zarówno akowskich dowódców, jak i władze komunistyczne. Ci pierwsi przede wszystkim pragnęli umożliwić tysiącom młodych ludzi powrót na honorowych warunkach do jakiegoś w miarę normalnego życia. Natomiast komuniści niemal za wszelką cenę chcieli złamać opór społeczny i spacyfikować panujące w kraju nastroje. Obok rozmaitych kroków o charakterze politycznym sprzyjać temu miała systematycznie nasilająca się walka zbrojna. W maju 1945 r. dowodzona przez gen. Bolesława Kieniewicza 4 Dywizja Piechoty stała się podstawą nowo utworzonego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wspierającego działania polskiego i radzieckiego aparatu bezpieczeństwa.
Złożonej rzeczywistości pierwszych powojennych lat nie należy postrzegać w prostym dychotomicznym układzie: zniewolone i oporne społeczeństwo oraz obca, narzucona z zewnątrz władza. Sprawa była znacznie bardziej skomplikowana. Nie ulega wątpliwości, że w porównaniu z terrorem hitlerowskim ten komunistyczny (polski i radziecki) dotykał mniejszej części społeczeństwa, co oczywiście w żadnym stopniu nie usprawiedliwia zbrodni popełnianych przez NKWD i funkcjonariuszy "bezpieki". Można było otwarcie, a w pewnych wypadkach było to wręcz wskazane, afirmować polskość. Nieprzypadkowo tworzone jeszcze w czasie wojny kolejne jednostki LWP nosiły imiona znanych postaci historycznych: Tadeusza Kościuszki, Jana Kilińskiego, Józefa Bema, Romualda Traugutta czy Jana Henryka Dąbrowskiego.
Przedstawiciele nowej władzy w pełni świadomi negatywnej w Polsce konotacji słowa "komunizm" niemal go publicznie nie używali, nazywając formujący się system "demokracją". Równocześnie pojęciu "demokracja" przeciwstawiali pojęcie "sanacja", w ten sposób za jednym posunięciem zniechęcając ludzi do Polski przedwojennej i gloryfikując tę nową. Nie bez znaczenia dla kształtowania się pożądanych z ich punktu widzenia postaw społeczeństwa była też pojawiająca się przy różnych okazjach groźba - nie wiadomo tak naprawdę, w jakim stopniu w ogóle realna - że Polska mogłaby się stać "siedemnastą republiką" Związku Radzieckiego.
Po utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i oficjalnym uznaniu go przez mocarstwa zachodnie - dążąc do uspokojenia sytuacji w kraju - latem 1945 r. ogłoszono amnestię, która między innymi miała służyć radykalnemu ograniczeniu liczby żołnierzy w konspiracji. Miała też ona za zadanie przyczynienie się do lepszego agenturalnego spenetrowania, a przez to i rozpracowania podziemia niepodległościowego, które - dość umownie - można było podzielić na dwa główne nurty. Pierwszy - poakowski, symbolizowany przede wszystkim przez utworzone we wrześniu 1945 r. Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość - zmierzał do stopniowej likwidacji struktur konspiracji wojskowej oraz przekształcenia ich w organizację oporu obywatelskiego. Jednocześnie znaczna część ludzi WiN wiązała polityczne nadzieje z działalnością kierowanego przez Stanisława Mikołajczyka Polskiego Stronnictwa Ludowego i w swoich rachubach brała poważnie pod uwagę jego wyborcze zwycięstwo. Gwarantami tego, że komuniści nie sfałszują wyborów, miały być Stany Zjednoczone i Wielka Brytania.
Drugi nurt - reprezentowany przez Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i Narodowe Siły Zbrojne - był związany z obozem narodowym i realizował program zbrojnej walki z państwem komunistycznym. Reprezentanci tego nurtu w ogóle nie uznawali Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej; nie bardzo interesowały ich nawet polityczne plany i rachuby Mikołajczyka. Za jedyną legalną polską reprezentację państwową uznawali zwykle - pozbawiony już praktycznie międzynarodowego poparcia - rząd w Londynie. Większość członków podziemia narodowego w swoich politycznych kalkulacjach poważnie brało pod uwagę rychły wybuch III wojny światowej. W ich ocenie konflikt amerykańsko-radziecki był w praktyce nieuchronny i dlatego uważali, że za wszelką cenę należy utrzymać w lasach zbrojne oddziały, które w przyszłej wojnie (na radzieckim zapleczu) miałyby do odegrania ważną rolę.
Krwawe bratobójcze walki w pierwszych latach Polski Ludowej nie doczekały się do tej pory całościowego monograficznego opracowania[30], choć pierwsze poważniejsze próby opisu powojennej zbrojnej konspiracji podejmowano na emigracji już przed wielu laty[31]. Po zmianie w Polsce ustroju także i w kraju - mimo ciągle jeszcze bardzo utrudnionego dostępu do wielu materiałów archiwalnych - historycy inicjowali tego typu badania[32]. Prawdziwy przełom w tym względzie dokonał się jednak dopiero w ostatnich kilkunastu latach, głównie - choć nie wyłącznie - za sprawą grupy historyków zatrudnionych w Instytucie Pamięci Narodowej. Przede wszystkim publikowali oni monografie o charakterze regionalnym[33]. Swoistym ukoronowaniem tego etapu badań było wydanie monumentalnego Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego, prezentującego najnowszy stan wiedzy historycznej na ten temat[34].
Niemniej jednak nadal często dysponujemy jedynie przybliżonymi, szacunkowymi danymi. Nie wiemy nawet dokładnie, ile osób łącznie przewinęło się przez wszystkie organizacje i grupy konspiracyjne. Na podstawie najnowszych badań Sławomir Poleszak i Rafał Wnuk oszacowali ich liczbę na 120-180 tys. Niemal połowa z nich wyszła z AK, a później działała w Delegaturze Sił Zbrojnych i w WiN. Liczbę konspiratorów związanych z podziemiem narodowym (głównie NZW) ci sami autorzy określili na 30-40 tys. osób. Mniej więcej tyle samo ludzi przewinęło się - ich zdaniem - przez różne lokalne organizacje i grupy konspiracyjne oraz "nieafiliowane oddziały zbrojne". Do końca lat czterdziestych przez "stałe oddziały leśne" przeszło w sumie ponad 20 tys. partyzantów. Wspierały ich jednak dziesięciokrotnie liczniejsze struktury konspiracyjne.
Wszelako liczebność podziemia zmniejszała się systematycznie. O ile w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, a roku 1946 jeszcze 6600-8600, o tyle po amnestii z 22 lutego 1947 r. w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się w sumie ok. 1800 partyzantów. Po 1950 r. walkę zbrojną kontynuowało 250-400 osób, z tym że po 1953 r. poza kilkoma wyjątkami nie tworzyli oni już grup o charakterze partyzanckim[35].
Zresztą od 1948 r. losy żołnierzy niepodległościowego podziemia były już praktycznie przesądzone - pozostawała im tylko rozpaczliwa walka do końca. W konfrontacji z "bezpieką" ostatni partyzanci - mimo wsparcia ze strony ludności wiejskiej - nie mieli praktycznie żadnych szans. Zdarzało się niejednokrotnie, że dochodziło do prawdziwych "polowań z nagonką", kiedy to przeciw 3-4 partyzantom wysyłano tysiąc lub nawet więcej funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, milicjantów i żołnierzy KBW. Nie chodziło przy tym w takich wypadkach o to, aby schwytać "żołnierzy niezłomnych" i osadzić ich w więzieniu, lecz najczęściej aby ich po prostu zabić na miejscu.
Gwoli prawdy historycznej dodać należy, że po 1947 r. w akcje zwalczania podziemia - z wyjątkiem podległych Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego żołnierzy KBW - nie angażowano już jednostek LWP. Trzeba zresztą pamiętać, że działania wojska w walkach z podziemiem były nieefektywne. Czasami nawet dochodziło do swoistych niepisanych, regionalnych "paktów o nieagresji" między oddziałami wojska a partyzantami działającymi na danym terenie, w myśl których obie strony unikały wchodzenia sobie w drogę. "Bywało - pisał Paweł Piotrowski - że maszerujące oddziały wojska spotykały się z oddziałami partyzanckimi i mijały się bez żadnej zaczepki. Oddziały leśne też nie chciały walczyć z polskim wojskiem. Uważano, że działają oni pod przymusem, przecież do wojska szli zwyczajni ludzie. Chłopcy z jednej szkoły, z jednej wioski, jeden jest w wojsku, a drugi - w lesie. Wojsko unikało tych konfliktów, unikało walki z partyzantami. Jeżeli dochodziło do jakiegoś starcia, to często pozwalało się rozbrajać. Całkiem inne było podejście zbrojnego podziemia do UB. Jeżeli w ręce partyzantów dostawali się funkcjonariusze UB, to z reguły byli rozstrzeliwani. Jeżeli trafiali oficerowie Ludowego Wojska Polskiego, to byli tylko rozbrajani. O tym wszystkim można przeczytać w materiałach Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego WP i w materiałach służby bezpieczeństwa"[36]. Można tutaj przypomnieć, że dowódca 5 Brygady Wileńskiej AK mjr Zygmunt Szendzielorz "Łupaszka" (wzorem działań antyniemieckich z czasów okupacji, kiedy to jego partyzanci rozstrzeliwali schwytanych gestapowców i esesmanów, natomiast żołnierzy Wehrmachtu zwykle po rozbrojeniu zwalniali), na ogół polecał zabijać funkcjonariuszy NKWD i UB, a oficerów i żołnierzy LWP po rozbrojeniu zwalniać.
Niemałe problemy nastręcza także bilans prowadzonych w Polsce w latach czterdziestych walk bratobójczych. Cytowani autorzy napisali, że do tej pory nie udało się zweryfikować danych funkcjonujących w historiografii PRL, w myśl których poległo "blisko 12 tys. członków polskich formacji mundurowych (UB, KBW, MO, WP, ORMO), 1 tys. żołnierzy Armii Czerwonej[37] i funkcjonariuszy NKWD oraz 10 tys. cywilów. Do ostatniej kategorii zaliczono zarówno aktywistów partyjnych, agentów UB i NKWD, jak też osoby zabite przypadkiem czy ofiary akcji pacyfikacyjnych polskiego i ukraińskiego podziemia przeciwko wsiom zamieszkanym przez "obcą" ludność cywilną". Z kolei liczba 12 tys. obrazuje "całość strat w tej grupie, bez wyodrębniania, ilu z nich zginęło w walce z polskim podziemiem, a ilu w wyniku działań UPA, pospolitych bandytów lub na skutek częstych wówczas wypadków wynikających z pijaństwa czy nieostrożnego obchodzenia się z bronią"[38].
Równie trudno jest zresztą precyzyjnie określić straty drugiej strony. Historycy przyjmują najczęściej, że w czasie kilkuletnich walk poległo w sumie ponad 8600 uczestników podziemia, a kilka tysięcy zginęło w wyniku brutalnych represji, pacyfikacji wsi, "doraźnych likwidacji", torturowania w śledztwie itp. W liczbach tych uwzględniono jednak także członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz UPA. Około 5000 osób skazano na karę śmierci, z czego ponad połowę wyroków wykonano. Nie wszyscy oni zostali jednak skazani za działalność stricte polityczną. W rozmaity sposób z powodów politycznych w latach 1946-1949 ukarano łącznie ok. 350 tys. ludzi.
Równolegle z toczoną walką zbrojną z wolna krystalizowało się w kraju nowe życie polityczne. Dbając o pozory i oficjalnie głosząc umacnianie się systemu demokratycznego, PPR stopniowo zyskiwała pozycję hegemona w życiu politycznym. Nie przychodziło to zresztą komunistom łatwo. W swoim działaniu posłużyli się więc metodą określaną przez przywódcę węgierskich komunistów Mátyása Rákosiego "taktyką salami", która - jak wiadomo - polegała na tym, że tak jak kroi się po kolei cienkie plastry salami, tak komuniści kolejno eliminowali swoich politycznych przeciwników. W Polsce najpierw uznali za faszystowskie Stronnictwo Narodowe i odmówili mu prawa do legalnego działania, później ten sam zarzut podnieśli pod adresem środowisk poakowskich, a jednocześnie zajęli się zwalczaniem reprezentującego orientację chrześcijańsko-demokratyczną Stronnictwa Pracy oraz utworzonego przez Mikołajczyka PSL. Wszystkie te ugrupowania zostały mocno przetrzebione aresztowaniami, a ludowcy także skrytobójczymi mordami dokonywanymi przez tak zwanych nieznanych sprawców. Ostatnim akordem "taktyki salami" było wchłonięcie Polskiej Partii Socjalistycznej przez PPR w ramach przeprowadzonego w grudniu 1948 r. tak zwanego zjednoczenia ruchu robotniczego. Dopiero wówczas komuniści zdecydowali się na otwartą walkę z ostatnią niezależną od nich instytucją - Kościołem katolickim, z którym dotychczas unikali otwartych konfliktów. Słusznie bowiem rozumowali, że w katolickim w swej masie społeczeństwie na pewno nie przysporzyłoby im to popularności ani nowych stronników. Dlatego też Polskie Radio transmitowało nabożeństwa, a każdego dnia program rozpoczynała pieśń Kiedy ranne wstają zorze.
Analogicznie postępowano w siłach zbrojnych, gdzie nie od razu Dzień Wojska Polskiego obchodzono w rocznicę bitwy pod Lenino (12 października). W roku 1944 obchodzono go jeszcze tradycyjnie - jak przed wojną - 15 sierpnia (w rocznicę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej w 1920 r.). W dniu tym w Lublinie po raz pierwszy odbyło się posiedzenie Krajowej Rady Narodowej. W trakcie obrad ogłoszono przerwę, by umożliwić zebranym udanie się na uroczystą mszę polową, w której obok Bieruta, Osóbki-Morawskiego oraz innych dygnitarzy PKWN uczestniczył także przedstawiciel ZSRR Nikołaj Bułganin. Po mszy odbyła się defilada na Krakowskim Przedmieściu, a nad miastem przeleciały polskie i radzieckie samoloty wojskowe. Przez pewien czas w wojsku służyli kapelani, a przysięga żołnierska kończyła się słowami "Tak mi dopomóż Bóg"[39].
Jeszcze w maju 1946 r. - jak wspominał późniejszy gen. Tadeusz Pióro - marszałek Żymierski "w czasie uroczystej mszy polowej z okazji rocznicy zwycięstwa z buławą w ręku, przepasany wielką wstęgą Orderu Virtuti Militari, klęczał z Bolesławem Bierutem przed zbudowanym z brzóz ołtarzem. Miał nalaną, nieco kobiecą twarz i gdyby ubrać go w sutannę, znakomicie by mu pasowała. Jego dobroduszne oblicze wyrażało bezmierne zadowolenie i miał powody uzasadniające taki stan ducha, w euforii zawrotnego wyniesienia nie zdawał sobie sprawy, iż jest postacią przejściową..."[40].
W tym samym czasie komuniści mieli bardzo poważne problemy z niepokornym społeczeństwem. Wbrew zakazom władz 3 maja w wielu miastach zorganizowano niezależne obchody rocznicy uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji. Do ulicznych manifestacji i zamieszek doszło wówczas między innymi w paru miastach na Górnym Śląsku, gdzie miejscowy komendant milicji zwrócił się o pomoc w rozpędzaniu demonstrantów do miejscowego komendanta garnizonu LWP. Wobec zdecydowanej odmowy z jego strony drogą służbową przekazał skargę do Wrocławia do dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego, radzieckiego oficera gen. Wsiewołoda Strażewskiego. Ten odpowiedział na to, że "wojsko to jest siła przeznaczona do obrony kraju, a nie do tłumienia wewnętrznych zamieszek, że to jest rola UB i milicji"[41].
Zmordowane latami wojny i okupacji społeczeństwo polskie żyło w kraju zrujnowanym i niestabilnym. Wielu ludzi uważało, że elementem autentycznej stabilizacji będą zapowiedziane w umowach jałtańskich wolne wybory. PPR wiedziała jednak, że dopóki w kraju działa zbrojne podziemie, jest ciężka sytuacja ekonomiczna i silny opór znacznej części społeczeństwa, dopóty trudno jest liczyć na wyborcze zwycięstwo. Czas pracował jednak na korzyść komunistów, którzy nie byli zainteresowani w szybkim przeprowadzeniu wyborów. Nie mogli wszakże odkładać tego w nieskończoność, tym bardziej że o wybory upominali się partnerzy Stalina z Jałty oraz opozycja w kraju.
Pragnąc mimo wszystko odwlec ich termin, komuniści wysunęli propozycję przeprowadzenia najpierw ogólnonarodowego referendum. Przy tej okazji testowali także, czy wystarczy sama presja administracyjna i ofensywa propagandowa dla zapewnienia sobie zwycięstwa. Innymi słowy, czy możliwe są ich rządy bez terroru. Również przywódcy PSL postanowili wykorzystać referendum jako swoisty test i przy tej okazji sprawdzić, jakim poparciem mogliby dysponować w wyborach parlamentarnych. Naturalnie kampania propagandowa PPR i jej sojuszników, wykorzystujących dla swoich celów między innymi wojsko, była prowadzona z wielkim rozmachem. Towarzyszyły jej zresztą administracyjne i policyjne represje wymierzone w działaczy opozycji.
Ostatecznie 30 czerwca 1946 r., w atmosferze dalekiej od normalnej i swobodnej, odbyło się referendum. Według oficjalnych danych wzięło w nim udział 85,3% uprawnionych do głosowania. Na pierwsze pytanie "tak" - według oficjalnych danych - odpowiedziało 68,2% głosujących, na drugie - 77,1%, na trzecie - 91,4%. Referendum zostało sfałszowane. W rzeczywistości na pierwsze pytanie "tak" głosowało 30,5%, na drugie - 44,5%, na trzecie zaś - 68,3% osób biorących udział w referendum[42].
"Wygrane" przez komunistów i ich sojuszników referendum przyczyniło się do tego, że KRN uchwaliła wreszcie ordynację wyborczą do Sejmu Ustawodawczego. Uznając, że nie można już dłużej odkładać wyborów, w listopadzie ustalono ich termin na 19 stycznia 1947 r. Jednocześnie komuniści uczynili wszystko, aby zwycięstwo wyborcze stało się ich udziałem i w tym celu powołali do życia wojskowe grupy ochronno-propagandowe[43]. Korzystając z siły i pozycji wojska, milicji i aparatu bezpieczeństwa, przygotowywano wybory w atmosferze terroru i zastraszenia. Te wszystkie przedsięwzięte "środki bezpieczeństwa" mogłyby jednak komunistom nie zagwarantować wyborczego zwycięstwa, gdyby nie uciekli się do licznych fałszerstw[44].
4 lutego 1947 r. odbyło się pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego. Następnego dnia prezydentem został Bierut, a 8 lutego powołano nowy rząd - już bez udziału ministrów z PSL - na którego czele w miejsce Osóbki-Morawskiego stanął inny (bardziej oddany komunistom) socjalista Józef Cyrankiewicz. Sejm uchwalił tak zwaną małą konstytucję, która - jak się potem okazało - obowiązywała przez prawie 5 lat. Kończył się w ten sposób ważny etap tworzenia w Polsce systemu komunistycznego. Proces ten dopełnił się w następnym roku wraz z powstaniem PZPR i uformowaniem systemu quasi-monopartyjnego[45].
Przypisy
[1] J. Eisler, Polski rok 1968, Warszawa 2006; idem, Grudzień 1970. Geneza, przebieg, konsekwencje, (wyd. 2 uzupeł. i popr.), Warszawa 2012. Zob. też: idem, "Polskie miesiące" czyli kryzys(y) w PRL, Warszawa 2008.
[2] J. Eisler, Siedmiu wspaniałych. Poczet pierwszych sekretarzy KC PZPR, Warszawa 2014.
[3] W lutym 2011 r. redakcja pisma zebrała te artykuły, wzbogaciła o podtytuł: Subiektywna historia ludowego Wojska Polskiego i opublikowała jako bogato ilustrowane "Wydanie specjalne "Polski Zbrojnej" uzupełnione wspomnieniami o poligonach z okresu PRL spisanymi przez dziennikarzy redakcji". Publikacja ta jest jednak trudno dostępna i dlatego - po dokonaniu dość licznych skrótów, poprawek i uzupełnień - postanowiłem ją po raz pierwszy włączyć z przypisami do tego zbioru artykułów.
[4] Opisałem ją już zresztą w - mającym w znacznym stopniu charakter wspomnieniowy - tekście: Moje "spotkania" z cenzurą, w: Cenzura w PRL. Relacje historyków, oprac. Z. Romek, Warszawa 2000, s. 61-63.
[5] J. Eisler, Wydarzenia poznańskie w Polskim Radiu, "Tygodnik "Solidarność"" 1989, nr 6.
[6] Zob. zwł.: R. Kupiecki, "Natchnienie milionów". Kult Józefa Stalina w Polsce 1944-1956, Warszawa 1993; M. Kula, Religiopodobny komunizm, Kraków 2003; J. Plamper, Kult Stalina. Studium alchemii władzy, tłum. K. Bażańska-Chojnacka, P. Chojnacki, Warszawa 2014.
[7] Należy tutaj od razu wyjaśnić, że w latach 1945-1989 (podobnie zresztą jak przedtem i potem) oficjalna nazwa sił zbrojnych w Polsce brzmiała: Wojsko Polskie, i tylko zwyczajowo - dla odróżnienia od wojska z czasów II Rzeczpospolitej - do nazwy tej dołączano trzeci człon: przymiotnik "ludowe", niekiedy pisany wielką, a czasem - zwłaszcza po zmianie ustroju w Polsce - małą literą i wówczas zwykle także w cudzysłowie. W okresie PRL w środkach masowego przekazu, w wielu opracowaniach propagandowych, licznych publicznych wystąpieniach działaczy partyjnych i państwowych, na ogół konsekwentnie było nazywane Ludowym Wojskiem Polskim, tak też zresztą czasem nazywali je niektórzy służący w nim żołnierze (zwłaszcza zawodowi). Niezależnie od wszelkich wątpliwości w tej kwestii ze względu na jego wyraźnie odmienny charakter od sił zbrojnych II oraz III Rzeczpospolitej, uważam za zasadne w tym tekście konsek-wentne posługiwanie się nazwą Ludowe Wojsko Polskie i równie popularnym w swoim czasie skrótem LWP.
[8] Traktuję tutaj nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa w sposób nieco umowny, obejmując nią cały okres rządów komunistycznych w Polsce, chociaż oczywiście została ona oficjalnie wprowadzona dopiero wraz z przyjęciem Konstytucji PRL w 1952 r. Posunięcie to - rzecz jasna - nie miało w praktyce większego wpływu na kształt ustrojowy państwa tworzonego począwszy od 1944 r. Niemniej jednak należy pamiętać, że w latach 1944-1952 oficjalna nazwa państwa brzmiała: Rzeczpospolita Polska.
[9] Słowa te 29 października 1944 r. na posiedzeniu Biura Politycznego wypowiedział sekretarz Polskiej Partii Robotniczej Władysław Gomułka. Cyt. za: Protokoły posiedzeń Biura Politycznego KC PPR 1944-1945, oprac. A. Kochański, Warszawa 1992, s. 45.
[10] Zob. np.: Z. Palski, Agentura Informacji Wojskowej w latach 1945-1956, Warszawa 1992; idem, Informacja Wojskowa w latach 1943-1957. Kontrwywiad wojskowy czy policja polityczna, Warszawa 2001; P. Piotrowski, Śląski Okręg Wojskowy. Przekształcenia organizacyjne 1945-1956, Warszawa 2003; J. Poksiński, "TUN" Tatar - Utnik - Nowicki. Represje wobec oficerów Wojska Polskiego w latach 1949-1956, Warszawa 1992; idem, "My sędziowie nie od Boga..." Z dziejów Sądownictwa Wojskowego PRL 1944-1956. Materiały i dokumenty, Warszawa 1996; P. Semków, Informacja Marynarki Wojennej w latach 1945-1957, Warszawa 2006; H. Stańczyk, S. Zwoliński, Wojsko Berlinga i Żymierskiego 1943-1945, Warszawa 2015; W. Tkaczew, Powstanie i działalność organów Informacji Wojska Polskiego w latach 1943-1948. Kontrwywiad wojskowy, Warszawa 1994; P. Wieczorkiewicz, Z historii Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945-1956, "Przegląd Historyczny" 1988, nr 1; Wojsko w Polsce "Ludowej". Studia i materiały, red. R. Klementowski, J. Nowosielska-Sobel, P. Piotrowski, G. Strauchold, Wrocław 2014; J. Wtorkiewicz, Wojsko Polskie w akcji propagandowej i wyborach do Sejmu Ustawodawczego w 1947 roku, Warszawa 2002.
[11] Na temat gen. Berlinga szerzej zob.: S. Jaczyński, Zygmunt Berling. Między sławą a potępieniem, Warszawa 1993. Zob. też: Z. Berling, Wspomnienia, t. 1-3, Warszawa 1990-1991.
[12] Kierownictwo PPR i PZPR wobec wojska 1944-1956, oprac. J. Poksiński, A. Kochański, K. Persak, Warszawa 2003, s. 13.
[13] Michał Żymierski był z pewnością postacią niezwykłą, ale i wielce złożoną. W czasie swojego długiego życia (1890-1989) był prawdziwym bohaterem narodowym, ale też spekulantem w tak zwanej aferze z maskami przeciwgazowymi, w 1927 r. skazanym prawomocnym wyrokiem sądowym na 5 lat ciężkiego więzienia, ze wszystkimi tego konsekwencjami (m.in. degradacja do stopnia szeregowca). Był nieprawdopodobnie dzielnym oficerem Legionów, a następnie uczestnikiem I powstania śląskiego oraz wojny 1919-1920 r., aby później, w latach 1932-1937 oraz 1942-1945 zostać tajnym współpracownikiem radzieckiego wywiadu. Z jednej strony był to: bohater, patriota, zdolny oficer (generał w wieku 35 lat), z drugiej: kryminalista, agent obcego mocarstwa, sybaryta głodny sławy, władzy i pieniędzy, po prostu luksusów. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby Michał Żymierski (wtedy używał formy nazwiska Żymirski) zginął w czasie I wojny światowej lub wojny polsko-bolszewickiej, to dzisiaj - po ustrojowej transformacji w Polsce - w wielu miastach byłyby place i ulice upamiętniające bohaterskiego oficera. Nie miałby bowiem możliwości wkroczenia na złą drogę prowadzącą go do kryminału i narodowej zdrady. W czasie II wojny światowej przebywał w okupowanym kraju. W styczniu 1944 r. stanął na czele Armii Ludowej utworzonej z połączenia Gwardii Ludowej z mniejszymi grupkami konspiracyjnymi skrajnej lewicy. W lipcu tego samego roku gen. "Rola" został naczelnym dowódcą LWP. Pierwszy marszałek Polski Ludowej (maj 1945) dopiero niedawno doczekał się poważnej, naukowej biografii, chociaż przedwcześnie zmarły historyk Jerzy Poksiński przez kilka lat pracował nad tego typu książką. Jego uczeń, Jarosław Pałka, po latach udanie uzupełnił i dokończył dzieło swojego Mistrza: J. Pałka, J. Poksiński, Michał Żymierski 1890-1989, Warszawa 2015.
[14] Na ten temat szerzej zob.: I. Blum, Sprawa 31 Pułku Piechoty, "Wojskowy Przegląd Historyczny" 1965, nr 3, s. 40-77.
[15] Kierownictwo PPR i PZPR wobec wojska, s. 64.
[16] Ibid., s. 14, 17, 72-73.
[17] J. Eisler, Polski rok 1968, Warszawa 2006, s. 247-248.
[18] Zob.: Ł. Jastrząb, "Rozstrzelano moje serce w Poznaniu". Poznański Czerwiec '56 straty osobowe i analiza, Warszawa 2006; J. Karwat, J. Tischler, 1956 Poznań - Budapeszt, Poznań 2006; E. Makowski, Poznański Czerwiec 1956. Pierwszy bunt społeczeństwa w PRL, Poznań 2001; E.J. Nalepa, Pacyfikacja zbuntowanego miasta. Wojsko Polskie w Czerwcu 1956 w Poznaniu w świetle dokumentów wojskowych, Warszawa 1992.
[19] Przez lata co roku wiosną w telewizji pokazywano, jak saperzy ładunkami wybuchowymi rozbijali krę na Wiśle, ratując w ten sposób najdłuższy w Europie drewniany most w Wyszogrodzie.
[20] Nie doczekaliśmy się jeszcze poważnej biografii Konstantego Rokossowskiego pióra polskiego historyka. W tej sytuacji zob.: B. Sokołow, Rokossowski, tłum. A. Palacz, Poznań 2014. Niestety w książce tej okresowi, gdy jej bohater był ministrem obrony narodowej w Polsce poświęcono niecały jeden (z czternastu) rozdział - ok. 20 stron.
[21] Gdy Marian Spychalski, którego kwalifikacje czysto wojskowe - łagodnie mówiąc - nie były przez kadrę dowódczą LWP cenione, został marszałkiem Polski, pojawił się złośliwy i gorzki w swojej wymowie dowcip. Pytano w nim, dlaczego Spychalski został marszałkiem, i odpowiadano, że ktoś tak nieprzygotowany wojskowo po prostu nie mógł już dłużej być generałem.
[22] Wojciech Jaruzelski doczekał się, pisanych z różnych pozycji i reprezentujących rozmaite punkty widzenia, ok. 20 książek i broszur na swój temat. Zob. m.in.: M.E. Berger, Jaruzelski, tłum. Z. Bauer, Kraków 1991; J. Burakowski, Uczniowie czarnoksiężnika: Jaruzelski, Kuroń, Rakowski i ich czas, Sierpc 2005; idem, Wojciech Jaruzelski jako przedmiot i podmiot historii, Sierpc 2008; J. Eisler, Wojciech Jaruzelski, w: Siedmiu wspaniałych. Poczet pierwszych sekretarzy KC PZPR, Warszawa 2014, s. 381-453; Generał. Wojciech Jaruzelski w rozmowie z Janem Osieckim, Warszawa 2014; K. Kołodziejski, Żywot szlachcica. Wojciech Jaruzelski, działalność polityczna do 1990 r., Szczecin 2008; J. Kopeć, Dossier Generała, Warszawa 1992; M. Kosman, Los Generała. Wokół medialnego wizerunku Wojciecha Jaruzelskiego, Toruń 2008; idem, Wojciech Jaruzelski. Mąż stanu w czasach przełomu, Toruń 2013; P. Kowal, M. Cieślik, Jaruzelski. Życie paradoksalne, Kraków 2015; L. Kowalski, Generał ze skazą. Biografia wojskowa gen. armii Wojciecha Jaruzelskiego, Warszawa 2001 (wyd. 2 popr. ukazało się w innym wydawnictwie, w innej szacie graficznej, z innymi fotografiami i z nieco odmiennym tytułem - w praktyce jednak niezmienione - Jaruzelski, generał ze skazą. Biografia wojskowa generała armii Wojciecha Jaruzelskiego, Poznań 2012); M. Łatyński, Wariacje na temat Jaruzelskiego, Warszawa 1987; P. Raina, Jaruzelski 1923-1968, Warszawa 2001; D. Wilczak, Generalissimus, Wrocław 2011; Wojciechowi Jaruzelskiemu - żołnierzowi i mężowi stanu, red. J.J. Wiatr (przewodniczący), A. Gąszczołowski, A. Kurz, G. Zmarzliński, Warszawa 2013.
[23] Zob. np.: J. Babula, Wojsko Polskie 1945-1989. Próba analizy operacyjnej, Warszawa 1998; L. Grot, T. Konecki, E.J. Nalepa, Pokojowe dzieje Wojska Polskiego, Warszawa 1988. Zob. też: Sztab Generalny (Główny) Wojska Polskiego 1918-2003, red. nauk. T. Panecki, F. Puchała, J. Szostak, Warszawa 2003.
[24] J. Eisler, Zapomniana tragedia, "Gazeta Polska" 2004, nr 9; P. Miedziński, Parada naszej siły, "In gremio" 2005, nr 11, s. 28-29. Zob. też datowane na 29 czerwca 2005 r. i wydane przez Dariusza Wituszkę, prokuratora Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Szczecinie, Postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa, w którym jest mowa o tym, że w wyżej wymienionym wypadku pod gąsienicami czołgu T-54 z jednostki 2959 w Słubicach zginęło 6 osób, w tym pięcioro dzieci, a 9 osób zostało rannych. Za udostępnienie tego dokumentu bardzo dziękuję Pawłowi Miedzińskiemu.
[25] Kartki z PRL. Ludzie, fakty, wydarzenia, red. W. Władyka, t. 1: 1944-1970, Poznań- Warszawa 2005, s. 38.
[26] Kierownictwo PPR i PZPR wobec wojska, s. 15, 79. Na temat obozu w Skrobowie szerzej zob.: J. Ślaski, Skrobów. Dzieje obozu NKWD dla żołnierzy AK 1944-1945, wyd. 2 popr. i uzup., Warszawa 2003.
[27] Kierownictwo PPR i PZPR wobec wojska, s. 15, 80-81.
[28] Ibid., s. 16, 84-85.
[29] Żołnierze, oficerowie, generałowie. O (Ludowym) Wojsku Polskim z Pawłem Piotrowskim, w: B. Polak, Rozmowy, Warszawa 2007, s. 52. Pierwodruk: "Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej" 2001, nr 6.
[30] Nie uważam za zasadne przywoływanie w tym miejscu w dużym stopniu propagandowych i mocno zakłamanych pseudonaukowych opracowań powstałych na ten temat w PRL. Jest to bowiem w znacznym zakresie literatura apologetyczna z punktu widzenia ówczesnej władzy, niemająca wiele wspólnego ze standardami obowiązującymi w naukowych monografiach i syntezach.
[31] Zob. np.: K. Kluz, W potrzasku dziejowym. WiN na szlaku AK. Rozważania i dokumentacja, Londyn 1978; Z. Siemaszko, Narodowe Siły Zbrojne, Londyn 1982; T. Żenczykowski, Dramatyczny rok 1945, Londyn 1982.
[32] Zob. np.: Armia Krajowa. Dramatyczny epilog, red. K. Komorowski, Warszawa 1994; J. Ślaski, Żołnierze wyklęci, Warszawa 1996; Wojna domowa czy nowa okupacja? Polska po roku 1944. (Materiały sesji zorganizowanej na Zamku Królewskim w Warszawie 6 listopada 1997 roku przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej), red. A. Ajnenkiel, Warszawa 2001.
[33] Zob. zwł.: T. Balbus, O Polskę Wolną i Niezawisłą (1945-1948). WiN w południowo-zachodniej Polsce (geneza - struktury - działalność - likwidacja - represje), Kraków-Wrocław 2004; A. Dziuba, Podziemie poakowskie w województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945-1947, Kraków 2005; M. Korkuć, "Zostańcie wierni tylko Polsce..." Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1945-1947), Kraków 2002; K. Krajewski, T. Łabuszewski, "Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944-1952), Warszawa 2002; K. Krajewski, T. Łabuszewski, Białostocki Okręg AK-AKO VII 1944 - VIII 1945, Warszawa 1997; T. Kurpierz, P. Piątek, "Dobić wroga". Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i żywiecczyźnie (1945-1947), Katowice-Kraków 2007; G. Motyka, Tak było w Bieszczadach, Warszawa 1999; G. Motyka, R. Wnuk, Pany i rezuny. Współpraca AK-WiN i UPA 1945-1947, Warszawa 1997; P. Niwiński, Okręg Wileński AK w latach 1944-1948, Warszawa 1999; G. Ostasz, Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość" Okręg Rzeszów, Rzeszów 2000; S. Poleszak, Podziemie antykomunistyczne w Łomżyńskiem i Grajewskiem (1944-1957), Warszawa 2004; R. Śmietanka-Kruszelnicki, Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948), Kraków 2002; R. Wnuk, Lubelski Okręg AK, DSZ, i WiN 1944-1947, Warszawa 2000; Z. Zblewski, Między wolną Polską a "siedemnastą republiką". Z dziejów oporu społecznego na terenie województwa krakowskiego w latach 1945-1947, Kraków 1998; idem, Okręg Krakowski Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" 1945-1948. Geneza, struktury, działalność, Kraków 2005.
[34] Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956, Warszawa-Lublin 2007.
[35] Ibid., s. XXXIII-XXXIV.
[36] Żołnierze, oficerowie, generałowie, s. 57.
[37] Po 1945 r. powinno się używać prawidłowej formy: Armia Radziecka.
[38] Atlas polskiego podziemia, s. XXXIII-XXXIV.
[39] M. Łatyński, Nie paść na kolana. Szkice o polskiej polityce lat powojennych, wyd. 2 rozsz., Wrocław 2002, s. 664; T. Żenczykowski, Polska Lubelska 1944, Paryż 1987, s. 111-112.
[40] T. Pióro, Armia ze skazą. W Wojsku Polskim 1945-1968 (wspomnienia i refleksje), Warszawa 1994, s. 73.
[41] Żołnierze, oficerowie, generałowie, s. 57.
[42] Na ten temat szerzej zob.: Referendum z 30 czerwca 1946 r. Przebieg i wyniki, oprac. A. Paczkowski, Warszawa 1993; Cz. Osękowski, Referendum 30 czerwca 1946 roku w Polsce, Warszawa 2001. Zob. też: K. Drażba, Urna to jest taki pniak. Wrzucisz "nie", wychodzi "tak". Referendum z 30 czerwca 1946 roku w Polsce na przykładzie województwa gdańskiego, Gdańsk 2016.
[43] Na ten temat szerzej zob.: J. Wtorkiewicz, Wojsko Polskie w akcji propagandowej i wyborach do Sejmu Ustawodawczego w 1947 roku, Warszawa 2002.
[44] Zob.: Koniec jałtańskich złudzeń. Sfałszowane wybory - 19 I 1947, red. M. Wenklar, Kraków 2007; Cz. Osękowski, Wybory do sejmu z 19 stycznia 1947 roku w Polsce, Poznań 2000.
[45] Na ten temat szerzej zob.: Cz. Kozłowski, Rok 1948, Warszawa 1988.
Wstęp
Przez wiele lat zastanawiałem się nad celowością publikowania tego typu wyborów artykułów dokonywanych przez ich autorów. Osobiście nie lubiłem zresztą takich "składanek", tworzonych w zdecydowanej większości z tekstów wcześniej już drukowanych. Po pierwsze, uważałem tego rodzaju wydawnictwa za wtórne i w praktyce nie posuwające wiedzy historycznej naprzód. Po drugie, dostrzegałem coś nieprzyzwoitego w braniu dwukrotnie pieniędzy za ten sam artykuł. Człowiekiem, który w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych zmienił moje spojrzenie na tę kwestię, był Tomasz Szarota. W czasie jednej z dyskusji zorganizowanych w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk, w kierowanej wówczas przez niego Pracowni dziejów Polski po 1945 roku, przekonywał, że z tym podwójnym braniem pieniędzy za ten sam tekst jest bardzo różnie. Bywa czasem i tak, że autor nie otrzymuje ich ani razu, gdy na przykład ów artykuł pierwotnie został opublikowany w księdze pamiątkowej dedykowanej jakiemuś znamienitemu uczonemu.
W takiej sytuacji autorzy tekstów pomieszczonych w takim dziele zbiorowym nigdy nie otrzymują honorarium - ich praca jest rodzajem hołdu dla jubilata i zarazem wyrazem szacunku, uznania, a czasem wdzięczności w stosunku do niego. Niekiedy zaś niektóre wydawnictwa, publikujące później takie "składanki", również nie płacą honorariów autorom, uznając, że samo wydanie drukiem zbioru ich wcześniejszych artykułów powinno być dla nich wys-tarczającym powodem do satysfakcji. Ale pieniądze nie są w tym wszystkim najważniejsze; istotne są również inne czynniki. Przecież praktycznie każdemu człowiekowi zdarzyło się w życiu nie raz pracować za "Bóg zapłać".
Kolejny podniesiony w tamtej dyskusji przez Tomasza Szarotę aspekt był znacznie ważniejszy, i to on właśnie skłonił mnie do zmiany stanowiska w tej kwestii. Profesor przekonywał bowiem, że celem tego typu tomów jest przede wszystkim utrwalenie artykułów, które ze swej natury mają bardzo krótki żywot. W zależności od charakteru danego periodyku bywa to zaledwie parę dni, tydzień, miesiąc lub w najlepszym razie kilka miesięcy. Tymczasem tego typu publikacja książkowa w praktyce "unieśmiertelnia" niektóre naprawdę ważne z naukowego punktu widzenia teksty. Czasem bowiem jest tak, że niektórzy autorzy swoje najcenniejsze i najważniejsze odkrycia i analizy publikują nie w książkach o charakterze monograficznym, lecz właśnie w artykułach rozproszonych. W takiej sytuacji zawsze jest możliwość, że któryś z tych ważnych tekstów pozostanie niedostrzeżony lub przynajmniej nie dość doceniony w środowisku akademickim. Ponowne opublikowanie go w takiej właśnie "składance" jest zatem jak najbardziej zasadne, zwłaszcza w sytuacji, gdy zbiór artykułów jednego autora, dotyczących zresztą zwykle jednolitej problematyki, dodatkowo ograniczonej wyraźnymi cezurami czasowymi, jest gruntownie przemyślany i stanowi pewną logiczną, spójną całość. Mamy wówczas do czynienia z wartością dodaną, a taka książka - z naukowego punktu widzenia - tworzy nową jakość. Nie będę ukrywał, że właśnie coś takiego było moim celem.
Decydując się na przygotowanie wyboru tekstów napisanych przeze mnie w ciągu 30 lat (1985-2015), świadomie zdecydowałem, że znajdą się w nim akurat te, a nie inne artykuły. W selekcji tej kierowalem się kilkoma względami. Po pierwsze, co jest zupełnie zrozumiałe, ważna była samoocena - jest oczywiste, że starałem się wybrać teksty, moim zdaniem, jak najlepsze, najbardziej oryginalne i użyteczne z naukowego punktu widzenia. Po drugie, bez względu na ich wartość, świadomie zrezygnowałem z tych wszystkich artykułów, które dotyczyły najczęściej przeze mnie podejmowanej problematyki związanej z "polskimi miesiącami" (szczególnie z Marcem '68 i Grudniem '70), a które później weszły w skład monografii im poświęconych[1]. Analogicznie, nie włączałem do tej antologii tekstów dotyczących pierwszych sekretarzy Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i ich roli w dziejach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, gdyż temu zagadnieniu także poświęciłem odrębną książkę[2].
Po trzecie, przy wyborze konkretnych artykułów kierowałem się również kryterium ich dostępności. Znacznie trudniej jest bowiem dotrzeć do takiego, który został opublikowany w wydanej w nakładzie, dajmy na to, 400 egzemplarzy księdze pamiątkowej dedykowanej jednemu z wybitnych historyków niż w poczytnym tygodniku o masowym nakładzie. Po czwarte, zależało mi na tym, żeby w zbiorze znalazły się artykuły dwojakiego rodzaju. Chciałem, aby były to tak zwane teksty materiałowe, oparte na moich własnych badaniach archiwalnych lub prasowych, które wnosiły do naukowego obiegu określoną porcję nowej wiedzy i mimo upływu nieraz wielu lat od ich pierwotnego opublikowania oraz ogromnego postępu w badaniach nad dziejami najnowszymi i współczes-nymi nadal mogą być użyteczne dla historyków i interesujące dla ludzi po prostu szerzej interesujących się historią. Jednocześnie zależało mi na pomieszczeniu w tym zbiorze także artykułów bardziej syntetycznych, czasem mających niemal publicystyczny czy może raczej popularnonaukowy charakter i wyrażających moje poglądy w dyskusjach nad dziedzictwem PRL.
Niemało problemów dostarczyła sama kwestia wewnętrznej struktury książki. Zastanawiałem się długo nad tym, jak najlepiej będzie ułożyć poszczególne artykuły, tak aby tworzyły możliwie spójną całość. Brałem pod uwagę opublikowanie ich w takiej kolejności, w jakiej powstawały. Układ taki miałby co najmniej jedną poważną zaletę - Czytelnik książki mógłby podążać za jej autorem krok za krokiem i stopniowo gromadzić coraz większą wiedzę na temat PRL i jej dziedzictwa. Problem stanowiłoby jednak w takim wypadku naruszenie chronologii wydarzeń, gdyż na przykład najpierw zamieszczony byłby tekst o uroczystościach żałobnych po śmierci Józefa Stalina, a dopiero później artykuł, w którym analizowałem cechy konstytutywne stworzonego przez niego systemu. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na układ chronologiczny - od końcowych miesięcy II wojny światowej po współczesność.
Pewne kłopoty sprawiały teksty, które dotyczą dłuższego okresu dziejów Polski Ludowej albo jakiejś konkretnej kwestii w całej jej historii. Przede wszystkim uwaga ta dotyczy najobszerniejszego tekstu Miejsce Ludowego Wojska Polskiego w systemie politycznym PRL, który po dłuższym namyśle zdecydowałem się "wyrzucić przed nawias" i umieścić jako pierwszy. Natomiast dwa inne, bardziej syntetyczne artykuły: Mity i stereotypy w PRL oraz Polska Rzeczpospolita Ludowa - szkic do rozważań o laicyzacji państwa, znalazły się w końcowej części tego wyboru.
Mimo że na końcu książki została zamieszczona informacja o miejscu pierwodruku, chciałbym już we wstępie wyjaśnić kilka kwestii z tym związanych. Przede wszystkim dwa teksty: Wokół powojennych losów żołnierzy Armii Krajowej oraz Stalinizm - pojęcie, cechy konstytutywne, specyfika polska, w ogóle nigdy nie były publikowane. Są to bowiem szkice, stanowiące podstawę wygłaszanych (nie odczytywanych!) przeze mnie kilkakrotnie referatów na te tematy. Również wspomniany wcześniej artykuł Miejsce Ludowego Wojska Polskiego w systemie politycznym PRL w zaprezentowanym tutaj kształcie wcześniej nie był publikowany. Został on zresztą przygotowany w ramach programu badawczego realizowanego przez Wojskowe Biuro Badań Historycznych. W pierwotnej wersji tekst ten liczył 156 stron znormalizowanego wydruku komputerowego. W pierwszej połowie 2010 r. został podzielony na 24 części - bez przypisów i z niewielkimi skrótami, ale za to wzbogacony licznymi ilustracjami - i pod nadanym przez redakcję tytułem Z orzełkiem bez korony opublikowany na łamach wydawanego wówczas jako tygodnik pisma "Polska Zbrojna"[3].
Nieco podobna, ale znacznie dłuższa i bardziej skomplikowana jest historia artykułu Polskie Radio wobec wydarzeń w kraju w 1956 roku[4]. Był to mój pierwszy tekst, jaki w ogóle napisałem na temat PRL. Pracowałem nad nim na przełomie lat 1985/1986, ale materiały archiwalne w Komitecie ds. Radia i Telewizji zgromadziłem już wcześniej w latach 1983-1984. Tymczasem w roku 1986 mijało 30 lat od opisywanych w tym artykule wydarzeń. Z odpowiednim wyprzedzeniem złożyłem więc tekst w redakcji miesięcznika "Więź", aby mógł zostać opublikowany w numerze październikowym, który i tak zresztą, jak zwykle, miał się ukazać z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Artykuł był za długi, jak na możliwości "Więzi", a prawdę powiedziawszy - możliwości jakiegokolwiek periodyku. Liczył 59 stron maszynopisu i koniecznie należało go skrócić. Nie pamiętam już, czy skróty wykonano w redakcji, czy też ja sam je opracowałem. Oczekiwanie na druk przeciągało się, aż w pewnym momencie ówczesny redaktor naczelny "Więzi" Wojciech Wieczorek zaprosił mnie do siebie do gabinetu i oświadczył, że są problemy z moim artykułem.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie odbyła się ta rozmowa (najprawdopodobniej wczesną jesienią 1986 r.) ani jak długo trwała (zapewne około godziny). Znacznie ważniejsze było dla mnie to, że redaktor Wieczorek pokazał mi "szczotkę" mego artykułu z naniesionymi ołówkiem ingerencjami cenzorskimi. Po raz pierwszy w życiu mogłem na własne oczy zobaczyć to, o czym wcześniej wielokrotnie słyszałem od starszych kolegów. Ingerencji było chyba kilkanaście: od paru słów do kilku zdań i łącznie składały się na jakieś trzy, może cztery strony tekstu. Po uważnym przypatrzeniu się poprawkom cenzorskim doszedłem do wniosku, że układają się one w "logiczną całość". Przede wszystkim zostały wykreślone niemal wszystkie fragmenty dotyczące sytuacji w Wojsku Polskim w 1956 r. oraz te, w których była mowa o ruchach wojsk radzieckich stacjonujących w Polsce w przededniu VIII Plenum KC PZPR. Ponadto cenzura, dbając o monolityczny obraz PZPR, usunęła wszystkie określenia niuansujące i doprecyzowujące sytuację wewnątrz partii w rodzaju: "niektórzy członkowie Biura Politycznego", "część kierownictwa partyjnego", "część Komitetu Centralnego" itp. Partia miała się jawić jako monolit i o żadnych grupach, skrzydłach, frakcjach, orientacjach, koteriach nawet nie mogło być mowy. Zauważyłem też, że ingerencje cenzury dotyczyły wszelkich wzmianek na temat działalności tejże cenzury w roku 1956.
Jako się rzekło, tekst był dość poważnie "pokrojony" i redaktor Wieczorek lojalnie zapytał mnie, czy byłbym skłonny opublikować artykuł w takiej okrojonej wersji. Dodał przy tym, że nie ma zresztą żadnej pewności, iż tekst nawet w takiej postaci będzie mógł ostatecznie ujrzeć światło dzienne. Poinformował mnie tylko, że cenzura zgodziła się na wydrukowanie na tylnej stronie wrześniowego numeru zapowiedzi mojego artykułu, co mogło, ale wcale nie musiało oznaczać, że zostanie on dopuszczony do druku. W sposób półoficjalny Wojciech Wieczorek poinformował mnie również, że mój artykuł podobno czytały różne osobistości z kierownictwa partii. Nie padły przy tej okazji żadne nazwiska.
Ponieważ - jak już wspomniałem - był to mój pierwszy tekst na temat PRL i w dodatku został napisany na podstawie materiałów archiwalnych Polskiego Radia, przechowywanych w Archiwum Dokumentacji Aktowej oraz w Centralnej Fonotece, uznałem, że jeśli cenzura zgodzi się ostatecznie na druk mojego artykułu, to jednak chciałbym, żeby ukazał się on choćby nawet w tak okrojonej wersji. Cenzura jednak nie zezwoliła i zamiast obszernego tekstu ukazało się tylko moje imię i nazwisko oraz nawias kwadratowy, w którym informowano, że cały artykuł został zdjęty. Żal mi było wykonanej pracy i po paru latach przekazałem tekst do redakcji kwartalnika politycznego "Krytyka" - wtedy jeszcze ukazującego się poza zasięgiem cenzury. Ostatecznie mój artykuł (w wersji skróconej na potrzeby "Więzi") ukazał się na łamach "Krytyki", ale dopiero w numerze 40 z 1993 r. Wcześniej kilkustronicowy fragment tego tekstu, dotyczący Czerwca '56, został opublikowany w "Tygodniku "Solidarność""[5].
Obecnie - po ponad 30 latach - artykuł Polskie Radio wobec wydarzeń w kraju w 1956 roku jest po raz pierwszy publikowany w pełnej (dłuższej o 30%) wersji. Muszę jednak dodać, że nie tylko w tym tekście posłużyłem się ówczesnymi sygnaturami archiwalnymi, nie wprowadzając w tym zakresie zmian. Zresztą w ogóle starałem się wszelkie poprawki i uzupełnienia ograniczyć do niezbędnego minimum, gdyż zależało mi na zachowaniu pierwotnej wersji publikowanych tutaj ponownie artykułów. Wyjątek stanowiła sytuacja, gdy przy ich pisaniu - dzięki uprzejmości Autorów - posługiwałem się maszynopisami nieopublikowanych jeszcze książek, względnie prac magisterskich lub doktorskich. W takich wypadkach oczywiście obecnie przywoływałem w przypisach już wydane drukiem wersje tych tekstów. Ponadto w publikowanych ponownie artykułach poprawiałem ewidentne pomyłki i uzupełniałem je w tych wszystkich miejscach, gdzie wymuszał to postęp badań historycznych. Przecież coś, co było nieznane historykom dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat temu, nie musi pozostawać nieznane dzisiaj. Niejednokrotnie kiedyś można było jedynie postawić pytania, na które obecnie - dzięki niebywałemu postępowi w badaniach nad dziejami PRL - jesteśmy w stanie udzielać odpowiedzi.
Napisany w końcu 1987 r. artykuł Jak żegnano Stalina, pierwotnie "jako niestosowny ze względu na profil pisma", nie został przyjęty do druku przez redakcję "Przeglądu Katolickiego". Jednak dzięki pomocy Andrzeja Zakrzewskiego - w trzydziestą piątą rocznicę śmierci radzieckiego dyktatora - został opublikowany na łamach "Tygodnika Kulturalnego" z 6 marca 1988 r. Tego samego dnia w telewizyjnej "Panoramie", nadawanej o godz. 22.00, prowadząca magazyn Zdzisława Guca zacytowała fragment mojego artykułu. Piszę o tym nie dlatego, że chcę się pochwalić (choć chyba po trosze też i z tego powodu), ale przede wszystkim dlatego, że - jakby to dzisiaj nie brzmiało nieprawdopodobnie - w okresie pierestrojki i głasnosti w latach 1987-1988, w zakresie badań i upowszechniania wiedzy na temat stalinizmu i historii komunizmu, prasa radziecka wyprzedzała zdecydowanie środki komunikacji społecznej w Polsce. I chociaż w zakresie studiów nad kultem Stalina w Polsce i na świecie od tamtej pory poczyniono ogromne postępy[6], przecież mój artykuł - oparty głównie na kwerendzie prasowej - nadal może być użyteczny dla badaczy dziejów najnowszych.
Niemniej jednak muszę zasygnalizować pewną wątpliwość, jaka nasunęła mi się przy powtórnej lekturze tego tekstu po latach. Otóż opisując żałobny pochód, który 9 marca 1953 r. przemaszerował Alejami Jerozolimskimi przed Domem Partii, pod koniec artykułu napisałem: "Według relacji prasowych przed trybuną przemaszerowało wówczas ponad 350 tys. osób. Była to prawdopodobnie w całych tysiącletnich dziejach Polski największa uroczystość żałobna poświęcona człowiekowi, który nie był Polakiem, a zarazem największa uroczystość żałobna, w której zebrani ludzie nie podążali za trumną". Moje wątpliwości nie odnoszą się przy tym do kwestii - praktycznie niemożliwej do zweryfikowania - liczby uczestników żałobnego pochodu, lecz dotyczą ostatniego fragmentu tego cytatu. O ile aktualne pozostaje stwierdzenie, że była to "największa uroczystość żałobna poświęcona człowiekowi, który nie był Polakiem", o tyle - w kontekście tego wszystkiego, czego byliśmy świadkami i uczestnikami w kwietniu 2005 r. po śmierci Jana Pawła II - mogą pojawić się pewne wątpliwości w odniesieniu do ostatniej części tego zdania. Są to przy tym właśnie wątpliwości, a nie pewność. Właściwe uroczystości pogrzebowe - jak wiadomo - odbywały się w Rzymie, a nie w Warszawie. Ale bez wątpienia więcej osób niż w marcu 1953 r. w Polsce okazywało w sposób otwarty żal, smutek, rozpacz. Co więcej, w przeciwieństwie do tamtych centralnie organizowanych żałobnych uroczystości, w kwietniu 2005 r. ludzie czynili to spontanicznie - nikt "nie organizował" tej wielkiej, narodowej żałoby.
Ze względu na fakt, że publikacja ta była budowana z kilkunastu artykułów, ważnym zadaniem stało się wyeliminowanie ewentualnych powtórzeń. Irytujące dla Czytelnika mogłoby być zwłaszcza przywoływanie tych samych - szczególnie efektownych i plastycznych, a przez to najłatwiej zapadających w pamięć - cytatów w kilku różnych tekstach. Również powtarzanie w kolejnych artykułach tych samych autorskich interpretacji i ocen najpewniej byłoby dla odbiorców nużące. Eliminacja powtórzeń - przeprowadzona zresztą nie do końca konsekwentnie - okazała się zatem konieczna i wynikała z tego, że część tekstów "zachodziła" na siebie, a nawet częściowo pokrywała się ze sobą. Nie chodziło jednak w tym wypadku o intensywnie dzisiaj zwalczane autoplagiaty, lecz przede wszystkim o czytelność i przejrzystość narracji. To zaś miało na celu pomóc Czytelnikowi w uchwyceniu tego, co przede wszystkim stanowi dziedzictwo PRL.
Warszawa, marzec 2016 r.