Co mówią kości - Sue Black

-
Proszę czekać

Wspo­mnie­nia z naszego życia zapi­sują się nie tylko w mózgach. Szkie­let doro­słego czło­wieka składa się z ponad dwu­stu kości i każda mogłaby opo­wie­dzieć swoją wer­sję histo­rii. Nie­które z nich przed­sta­wi­łyby ją wszyst­kim zain­te­re­so­wa­nym, ale byłyby też takie, które strze­głyby swo­ich sekre­tów aż do czasu, gdy do więk­szej otwar­to­ści nakło­niłby je wprawny i uparty badacz. Kości two­rzą zrąb naszego ciała i ist­nieją jesz­cze długo po tym, jak skóra, tłuszcz, mię­śnie i narządy wewnętrzne obrócą się w proch i tra­fią do ziemi. Muszą być wytrzy­małe, muszą zapew­niać nam pio­nową postawę pod­czas cho­dze­nia, muszą nada­wać ciału kształt - logiczne więc, że są ostat­nimi straż­ni­kami naszego ziem­skiego życia, dają­cymi świa­dec­two, jak je prze­ży­li­śmy.

Zwy­kli­śmy postrze­gać kości jako suche i mar­twe, ale tak długo, jak żyjemy, one żyją z nami. Prze­cięte krwa­wią, zła­mane bolą, a potem pró­bują się zre­ge­ne­ro­wać i wró­cić do daw­nej formy. Rosną wraz z nami i wciąż przy­sto­so­wują się do zmian w naszym stylu życia. Ludzki szkie­let to żyjący i zło­żony narząd, który trzeba kar­mić i pie­lę­gno­wać, dostar­czać mu skład­ni­ków odżyw­czych. Tra­fiają one do niego z jelit za pośred­nic­twem ota­cza­ją­cej ów narząd roz­bu­do­wa­nej sieci tęt­nic, któ­rej towa­rzy­szy rów­nie misterna sieć naczyń żyl­nych i lim­fa­tycz­nych, usu­wa­ją­cych wszystko, co nie­po­trzebne.

Za sztyw­ność i wytrzy­ma­łość naszej żywej kon­struk­cji kost­nej odpo­wia­dają mine­rały, takie jak wapń i fos­for, a także pier­wiastki śla­dowe, na przy­kład fluor, stront, miedź, żelazo i cynk, które są nie­ustan­nie w nią wkom­po­no­wy­wane i prze­kom­po­no­wy­wane. Gdyby jed­nak tkanka kostna skła­dała się jedy­nie z mate­ria­łów nie­orga­nicz­nych, byłaby bar­dzo podatna na pęk­nię­cia. Tym ostat­nim zapo­biega obecny w kościach kola­gen, nada­jący im nieco gięt­ko­ści. Kola­gen to białko, a jego nazwa wywo­dzi się od grec­kiego słowa ozna­cza­ją­cego klej - i rze­czy­wi­ście, łączy on mine­ralne czę­ści kości ze sobą, two­rząc amal­ga­mat rów­nie wytrzy­mały, co ela­styczny.

Na lek­cjach bio­lo­gii czę­sto prze­pro­wa­dza­li­śmy eks­pe­ry­ment dobrze ilu­stru­jący funk­cje wspo­mnia­nych dwóch pod­sta­wo­wych skład­ni­ków kości. Bra­li­śmy dwie kości, zwy­kle z uda kró­lika (bywało, że pocho­dzą­cego z wypraw myśliw­skich mojego ojca), a następ­nie jedną spa­la­li­śmy w piecu, by usu­nąć z niej skład­niki orga­niczne. Zosta­wała nam tylko jej mine­ralna część, pozba­wiona ela­stycz­nych kom­po­nen­tów, które ją wcze­śniej spa­jały, wła­ści­wie sam popiół. Po wyża­rze­niu kość zacho­wy­wała kształt aż do momentu, gdy się jej dotknęło, wtedy bowiem momen­tal­nie zmie­niała się w kupkę pyłu.

Druga kość tra­fiała do kwasu sol­nego, wypłu­ku­ją­cego skład­niki mine­ralne. Wów­czas otrzy­my­wa­li­śmy "gumową" wer­sję kości, pozba­wioną mine­ra­łów nada­ją­cych jej twar­dość. Kiedy ści­skało się ją pal­cami, przy­po­mi­nała gumkę do ście­ra­nia, dawało się ją nawet zgiąć w pół, tak że końce się sty­kały, a ona wciąż nie pękała. Tak więc żaden ze skład­ni­ków kości, orga­niczny czy nieorga­niczny, sam w sobie nie jest wystar­cza­jący; skład­niki te wza­jem­nie się uzu­peł­niają i dopiero razem budują nasz krę­go­słup - pod­stawę naszej ewo­lu­cji i naszego ist­nie­nia.

Mimo że kości mogą spra­wiać wra­że­nie jed­no­rod­nych, to po prze­cię­ciu widać, że skła­dają się z dwóch rodza­jów budulca. Więk­szość z nas zapewne zdaje sobie z tego sprawę, jeśli kie­dy­kol­wiek przyj­rze­li­śmy się kościom zwie­rzę­cym w potra­wach na tale­rzu lub bli­żej zain­te­re­so­wała nas zawar­tość psiej miski. Tak więc gruba zewnętrzna powłoka (kość zbita) rze­czy­wi­ście jest bar­dzo zwarta i przy­po­mina wyglą­dem kość sło­niową. Nato­miast część spodnia kości pre­zen­tuje się znacz­nie deli­kat­niej, jest niczym fine­zyj­nie utkana sia­teczka (istota gąb­cza­sta) lub pla­ster miodu. Prze­strze­nie wewnętrzne wypeł­nia zaś szpik kostny, czyli mie­sza­nina komó­rek tłusz­czo­wych i krwio­twór­czych. To tu powstają czer­wone i białe krwinki oraz płytki krwi. A zatem kości to znacz­nie wię­cej niż tylko rama, na któ­rej roz­pięto mię­śnie. Są maga­zy­nem mine­ra­łów, fabryką ele­men­tów mor­fo­tycz­nych krwi i chro­nią narządy wewnętrzne.

Ponie­waż nasza tkanka kostna prze­bu­do­wuje się przez całe życie, przyj­muje się, że ludzki szkie­let co pięt­na­ście lat cał­ko­wi­cie się odna­wia. Nie­które jego czę­ści wymie­niają się jed­nak szyb­ciej niż inne, istota gąb­cza­sta prze­bu­do­wuje się bowiem w szyb­szym tem­pie niż kość zbita. W miarę upływu lat w tej pierw­szej mogą poja­wić się mikro­pęk­nię­cia i uszko­dze­nia poje­dyn­czych wzmoc­nień; należy je napra­wić, zanim pęk­nie cała kość. Stale prze­bie­ga­jący pro­ces utrzy­my­wa­nia szkie­letu we wła­ści­wym sta­nie na ogół nie zmie­nia kształtu kości. Ponie­waż jed­nak mody­fi­ka­cje nastę­pują w odpo­wie­dzi na uszko­dze­nia, a o sku­tecz­no­ści napraw i prze­obra­żeń decy­duje też nasz wiek, wygląd szkie­letu w miarę upływu życia stop­niowo ewo­lu­uje.

To, co spo­ży­wamy, by odży­wić kości, jest rów­nież klu­czowe dla zapew­nie­nia orga­ni­zmowi pod­stawy do opty­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Gęstość mine­ralna kości naj­pew­niej osiąga szczyt w czwar­tej deka­dzie naszego życia. Ze zgro­ma­dzo­nego do tego czasu zapasu mine­ra­łów korzy­stają kobiety cię­żarne i matki kar­miące, lecz nie tylko. Korzy­stamy z niego my wszy­scy, w miarę jak się sta­rze­jemy - przez co kości stają się coraz bar­dziej jałowe, a szkie­let łam­liwy. Widać to szcze­gól­nie u kobiet po meno­pau­zie, u któ­rych obniża się poziom estro­ge­nów, a tym samym ich dzia­ła­nie ochronne. W miarę zmniej­sza­nia się poziomu estro­ge­nów zgro­ma­dzone w tkance kost­nej mine­rały są bez­pow­rot­nie wypłu­ki­wane, a kości stają się bar­dziej kru­che. Może to pro­wa­dzić do oste­opo­rozy i nara­żać na zła­ma­nia, naj­czę­ściej nad­garstka, kości udo­wej lub krę­go­słupa, choć ryzyko zwią­zane z upad­kiem bądź innym ura­zem doty­czy każ­dej czę­ści ciała. I wcale nie musi to być uraz spek­ta­ku­larny, do zła­ma­nia może dopro­wa­dzić po pro­stu nie­zgrabny ruch.

Dla­tego w naszym inte­re­sie leży, by już w dzie­ciń­stwie i wcze­snej doro­sło­ści zapew­nić orga­ni­zmowi tak dobrą mine­ra­li­za­cję kości, jak tylko się da. W okre­sie wzro­stu naj­lep­szym źró­dłem wap­nia, mine­rału o pod­sta­wo­wym zna­cze­niu dla naszych kości, wciąż wydaje się mleko. To z tego powodu w Wiel­kiej Bry­ta­nii po dru­giej woj­nie świa­to­wej wpro­wa­dzono dar­mowe mleko w szko­łach, a dziś otrzy­mują je dzieci do lat pię­ciu uczęsz­cza­jące do żłob­ków i przed­szkoli.

Dla zdro­wych kości nie­zbędna jest rów­nież wita­mina D, która pomaga nam przy­swa­jać wapń i fos­for. Pewne ilo­ści tej sub­stan­cji znaj­dują się w pro­duk­tach mlecz­nych, jajach i tłu­stych rybach, ale jej pod­sta­wo­wym źró­dłem jest pro­mie­nio­wa­nie UVB, pod któ­rego wpły­wem w wita­minę tę prze­kształca się zawarty w skó­rze cho­le­ste­rol. Nie­do­bór wita­miny D pro­wa­dzi do wielu poważ­nych scho­rzeń. Naj­bar­dziej widoczne jest to u dzieci. Stale opa­tu­lane nie­mow­lęta i małe dzieci spę­dza­jące więk­szość czasu w pomiesz­cze­niach mogą być nara­żone na liczne cho­roby, na przy­kład powo­du­jącą mięk­kość lub kru­chość kości krzy­wicę, któ­rej nazwa pocho­dzi od naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cej się w oczy formy tego scho­rze­nia, obja­wia­ją­cego się w postaci wygię­tych na zewnątrz lub do wewnątrz nóg.

Nie­mal każdy frag­ment naszego ciała - zarówno tkanki mięk­kie, jak i układ kostny - może prze­cho­wy­wać dale­kie echa naszych prze­żyć, nawy­ków, aktyw­no­ści. Trzeba tylko wie­dzieć, jakich użyć narzę­dzi, by je odczy­tać, roz­szy­fro­wać i zin­ter­pre­to­wać. Na przy­kład alko­ho­lizm da się roz­po­znać po bli­zno­wa­ce­niu wątroby, a uza­leż­nie­nie od metam­fe­ta­miny po znisz­cze­niu zębów ("meta-usta"). Dieta bogata w tłusz­cze odci­ska piętno na sercu i naczy­niach krwio­no­śnych, a nawet na skó­rze, chrzą­stce i kościach - gdy wywo­łane nią spu­sto­sze­nia dopro­wa­dziły do sytu­acji, w któ­rej dostęp do serca poprzez klatkę pier­siową musiał szybko zyskać chi­rurg.

Wiele wspo­mnień z prze­szło­ści pozo­staje zamknię­tych wewnątrz naszego szkie­letu; z kości można na przy­kład odczy­tać, że ktoś był wege­ta­ria­ni­nem. Zabliź­nione uszko­dze­nie oboj­czyka pod­po­wie, że doszło, powiedzmy, do upadku z roweru gór­skiego. Godziny poświę­cone na macha­nie sztangą na siłowni zapi­sane są w przy­ro­ście masy mię­śnio­wej, a tym samym w powięk­sze­niu obsza­rów przy­czepu mię­śni do kości. Być może takich pamią­tek nie nazwa­li­by­śmy zwy­kłymi wspo­mnie­niami, ale to też jest godny zaufa­nia, choć głę­biej ukryty frag­ment naszej życio­wej nar­ra­cji. Na ogół nikt nie będzie do niego się­gał, chyba że pojawi się taka koniecz­ność, choćby pod­czas inter­wen­cji medycz­nej z wyko­rzy­sta­niem urzą­dzeń do dia­gno­styki obra­zo­wej. Albo też w sytu­acji, gdy po naszym nagłym zgo­nie nie­zbędna sta­nie się ana­liza naszych szcząt­ków, by usta­lić, kim byli­śmy, kiedy żyli­śmy i co przy­tra­fiło się naszemu ciału w trak­cie śmierci.

Do wyko­na­nia tego zada­nia potrzeba jed­nak ludzi, któ­rzy potra­fią roz­po­znać tę spe­cy­ficzną muzykę. Przy czym ocze­ki­wa­nie, że kie­dy­kol­wiek uda się odtwo­rzyć całą "ścieżkę dźwię­kową" orga­ni­zmu, jest mało reali­styczne. Cza­sem jed­nak wszystko, czego trzeba, to zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie, jaka to melo­dia - tro­chę jak w kon­kur­sach i quizach, w któ­rych należy roz­po­znać wła­ściwą pio­senkę po kilku pierw­szych dźwię­kach.

Praca antro­po­loga sądo­wego polega na "czy­ta­niu" kości, jakby były nagra­niem, na prze­su­wa­niu rysika, by ziden­ty­fi­ko­wać frag­menty zapi­sa­nych cie­le­snych wspo­mnień skła­da­ją­cych się na pieśń życia, na łącze­niu frag­men­tów zare­je­stro­wa­nej dawno temu melo­dii. Na ogół cho­dzi bowiem o życie, które już się zakoń­czyło. Inte­re­suje nas, jak ono wyglą­dało i jak wyglą­dała osoba, która je wio­dła. Chcemy dotrzeć do jej doświad­czeń zapi­sa­nych w kościach, które pomogą nam opo­wie­dzieć tę histo­rię, a cza­sem przy­wró­cić toż­sa­mość ano­ni­mo­wemu ciału.

Antro­po­lo­dzy sądowi - prze­pro­wa­dza­jący bada­nia na ludziach i ich szcząt­kach w celach medyczno-praw­nych - zawsze muszą się odnieść do czte­rech pod­sta­wo­wych kwe­stii. Gdy wła­ściwa osoba, zaj­mu­jąc się cia­łem lub jego czę­ściami, zadaje odpo­wied­nie pyta­nia w nale­żyty spo­sób, odpo­wie­dzi w więk­szo­ści przy­pad­ków udaje się zna­leźć.

Po pierw­sze trzeba okre­ślić, czy badane szczątki należą do czło­wieka.

Kiedy ktoś odnaj­duje kości w nie­ty­po­wych oko­licz­no­ściach, poli­cja zaczyna śledz­two wła­śnie od zna­le­zie­nia odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Zakła­da­nie, że mamy do czy­nie­nia ze szcząt­kami ludz­kimi, może pro­wa­dzić do bar­dzo kosz­tow­nych pomy­łek. W rze­czy­wi­sto­ści może się bowiem oka­zać, że kości nale­żały do psa, kota, świni czy żół­wia. Antro­po­log sądowy musi być więc pewien przy­na­leż­no­ści ana­li­zo­wa­nego mate­riału, co ozna­cza koniecz­ność posia­da­nia odpo­wied­niej wie­dzy na temat kości naj­czę­ściej spo­ty­ka­nych w danym miej­scu gatun­ków zwie­rząt.

Ponie­waż Wielka Bry­ta­nia jest wyspą, morze co i rusz wyrzuca na jej brzegi szczątki róż­nych stwo­rzeń, czę­sto mor­skich - musimy więc znać budowę ana­to­miczną foki, del­fina czy wie­lo­ryba i wie­dzieć, jak różne czę­ści ciała tych zwie­rząt wyglą­dają za ich życia, po śmierci i w sta­nie roz­kładu.

Nie­zbędne jest także zazna­jo­mie­nie się z cechami cha­rak­te­ry­stycz­nymi kości zwie­rząt gospo­dar­skich (takich jak konie, krowy, świ­nie i owce), domo­wych (jak psy i koty), a także dzi­kich (kró­li­ków, jeleni, lisów itd.). Choć kości poszcze­gól­nych zwie­rząt nie­znacz­nie się mię­dzy sobą róż­nią, ogól­nie rzecz bio­rąc, są do sie­bie podobne, ponie­waż wygląd poszcze­gól­nych z nich w znacz­nej mie­rze zależy od ich funk­cji. Kość udowa zawsze wygląda jak kość udowa, bez względu na to, czy pocho­dzi od konia, czy od kró­lika - odmienna jest tylko ich wiel­kość, róż­nice kształtu są nie­znaczne.

Jesz­cze trud­niej­sze bywa roz­po­zna­nie kości zwie­rząt, które mają nie­od­le­głego wspól­nego przodka, na przy­kład usta­le­nie, czy dany kręg pocho­dzi od owcy, czy od jele­nia. Przy zało­że­niu, że badacz dys­po­nuje pod­sta­wową wie­dzą z ana­to­mii, nie tak znów wiele kości zwie­rzę­cych można pomy­lić z ludz­kimi - nie­które wyma­gają jed­nak wytę­żo­nej uwagi nawet ze strony antro­po­loga sądo­wego. Bar­dzo podobne są do sie­bie na przy­kład ludz­kie i świń­skie żebra, a koń­skie kości ogo­nowe mogą przy­po­mi­nać ludz­kie paliczki. Ale naj­wię­cej pro­ble­mów mogą nam spra­wić kości przed­sta­wi­cieli gatun­ków, z któ­rymi sami jeste­śmy bli­sko spo­krew­nieni - nale­żące do innych naczel­nych. Nie jest to może pro­blem, z któ­rym w Wiel­kiej Bry­ta­nii mamy do czy­nie­nia wyjąt­kowo czę­sto, ale jedna ze zło­tych zasad nauk sądo­wych każe nie czy­nić żad­nych wstęp­nych zało­żeń, tego typu przy­padki nie są bowiem kom­plet­nie wyklu­czone (o czym zresztą się prze­ko­namy).

Ele­menty szkie­letu można odna­leźć na powierzchni ziemi lub pod nią. Jeśli ciało zostało pogrze­bane, musimy usta­lić, czy stało się tak wsku­tek celo­wego dzia­ła­nia. Ludzie na ogół grze­bią swo­ich zmar­łych, ale cza­sem cho­wają rów­nież zwie­rzęta, szcze­gól­nie te, które były dla nich ważne, czyli zwie­rzęta domowe. Spo­dzie­wamy się, że o ile zwie­rzęta cho­wane są w naj­róż­niej­szych miej­scach, naj­czę­ściej w ogród­kach i lasach, o tyle zwłoki ludz­kie zostaną pogrze­bane w prze­zna­czo­nym do tego miej­scu - na cmen­ta­rzu. Kiedy więc odnaj­du­jemy je na powierzchni ziemi lub zako­pane w ogródku na tyłach domu lub na polu, natych­miast poja­wia się wiele pytań o przy­czyny takiej sytu­acji. Innymi słowy, rodzi się koniecz­ność prze­pro­wa­dze­nia śledz­twa.

Po dru­gie, musimy usta­lić, czy szczątki mają zna­cze­nie z per­spek­tywy sądo­wej.

To, że ciało zostało nie­dawno odkryte, nie ozna­cza, że musiało zostać nie­dawno pogrze­bane, a roz­po­czy­na­nie docho­dze­nia w spra­wie mor­der­stwa od ana­lizy szcząt­ków z cza­sów rzym­skich raczej nie wróży rychłego roz­wią­za­nia. W seria­lach kry­mi­nal­nych pierw­sze pyta­nie zada­wane leka­rzowi, pato­lo­gowi lub antro­po­lo­gowi brzmi: "Ile czasu upły­nęło od chwili śmierci?". Nie zawsze da się na nie łatwo odpo­wie­dzieć; jeśli jed­nak zwłoki wciąż mają frag­menty mię­śni i tłusz­czu, jeśli są wil­gotne i bar­dzo źle pachną, to praw­do­po­dob­nie są sto­sun­kowo świeże i warto prze­pro­wa­dzić docho­dze­nie.

Kło­poty poja­wiają się wtedy, gdy kości są suche, a ciało nie ma już tka­nek mięk­kich. W róż­nych miej­scach na świe­cie zwłoki osią­gną ten stan po innym cza­sie. W stre­fach o cie­plej­szym kli­ma­cie, odzna­cza­ją­cych się osza­ła­mia­jącą aktyw­no­ścią owa­dów, nie­po­grze­bane ciało może ulec kom­plet­nemu zeszkie­le­to­wa­niu w ciągu paru tygo­dni. Jeśli zosta­nie pogrze­bane, roz­kład będzie postę­po­wał wol­niej, ponie­waż gleba jest chłod­niej­sza, a owady prze­ja­wiają w niej ogra­ni­czoną aktyw­ność - w zależ­no­ści od warun­ków zeszkie­le­to­wa­nie zaj­mie od dwóch tygo­dni do dzie­się­ciu lat. W bar­dzo chłod­nym i suchym kli­ma­cie ciało może ni­gdy nie osią­gnąć etapu peł­nego zeszkie­le­to­wa­nia. Taka mno­gość sce­na­riu­szy nie jest czymś, co poli­cja lubi naj­bar­dziej, ale dokładne usta­le­nie prze­działu cza­so­wego śmierci (time death inte­rval, TDI) nie wcho­dzi w zakres nauk ści­słych.

Nie­mniej wska­za­nie sen­sow­nego punktu na osi czasu, za któ­rym ludz­kie szczątki prze­stają inte­re­so­wać medy­cynę sądową, ma istotne zna­cze­nie. Oczy­wi­ście nawet wtedy będą wyjątki, a natknię­cie się na kości w pew­nych spe­cy­ficz­nych miej­scach, bez względu na upływ czasu, nie­uchron­nie zakoń­czy się ich bada­niem sądo­wym. Na przy­kład odkry­cie kości osób mło­do­cia­nych w Sad­dle­worth Moor w pół­nocno-zachod­niej Anglii zawsze dopro­wa­dzi do spraw­dze­nia, czy mają one jakiś zwią­zek z Ianem Bra­dym i Myrą Hin­dley - mor­der­cami z wrzo­so­wisk z lat 60. XX wieku. Do dziś nie odna­le­ziono ciał wszyst­kich ich ofiar, a jakie­kol­wiek infor­ma­cje, które mogłyby rzu­cić na tę sprawę wię­cej świa­tła, zło­czyńcy zabrali już ze sobą do grobu.

Jed­nak w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach, gdy odna­le­ziony szkie­let należy do kogoś, kto zmarł ponad sie­dem­dzie­siąt lat temu, jest bar­dzo wąt­pliwe, by śledz­two pozwo­liło usta­lić oko­licz­no­ści śmierci. Jesz­cze mniej praw­do­po­dobne jest ska­za­nie kogo­kol­wiek. For­mal­nie rzecz bio­rąc, w takiej sytu­acji szczątki można więc uznać za zna­le­zi­sko arche­olo­giczne. Taki sztuczny podział cza­sowy zwią­zany jest z domyśl­nym okre­sem odpo­wie­dzial­no­ści za czyny i domnie­maną dłu­go­ścią ludz­kiego życia. Nie ist­nieje żadna meto­do­lo­gia naukowa, która w takiej sytu­acji pozwa­la­łaby na dokład­niej­sze usta­le­nie prze­działu cza­so­wego śmierci.

Cza­sami pomocne mogą oka­zać się oko­licz­no­ści. Odna­le­zie­nie szkie­letu razem z monetą z cza­sów rzym­skich w miej­scu zna­nym z odkryć arche­olo­gicz­nych raczej nie wzbu­dzi zain­te­re­so­wa­nia poli­cji, podob­nie jak zna­le­zie­nie szcząt­ków po sztor­mie wśród wydm Ork­ney. Ale oczy­wi­ście wszyst­kie takie zna­le­zi­ska trzeba prze­ba­dać, tak na wszelki wypa­dek. Antro­po­log sądowy może prze­pro­wa­dzić wstępną ocenę, jeśli jed­nak nie uda mu się stwier­dzić nic pew­nego, pobie­rze próbki i wyśle je do labo­ra­to­rium. Okre­śle­nie poziomu radio­ak­tyw­nego izo­topu węgla 14C (powsta­ją­cego w spo­sób natu­ralny w atmos­fe­rze) w mate­rii orga­nicz­nej, takiej jak drewno czy kości, w celu usta­le­nia wieku naj­waż­niej­szych zna­le­zisk arche­olo­dzy wyko­rzy­stują już od lat 40. XX wieku. Po śmierci rośliny czy zwie­rzę­cia poziom 14C w tkan­kach zaczyna się zmniej­szać. Gene­ral­nie rzecz bio­rąc, im star­sza jest dana kość, tym mniej tego izo­topu zawiera. Warto przy tym zauwa­żyć, że jego kom­pletny roz­kład w próbce zabiera kilka tysięcy lat, a więc dato­wa­nie radio­wę­glowe przy­daje się tylko w okre­śla­niu wieku szcząt­ków star­szych niż pięć­set lat i nie pomoże nam w usta­la­niu chro­no­lo­gii zda­rzeń w cza­sach nam bliż­szych.

Jed­nak w ciągu ostat­niego stu­le­cia ludz­kość nieco zabu­rzyła poziom radio­ak­tyw­nych izo­to­pów węgla za pośred­nic­twem powierzch­nio­wych testów broni jądro­wej, w wyniku któ­rych do atmos­fery tra­fiły też sztucz­nie stwo­rzone izo­topy pier­wiast­ków, na przy­kład stront-90, któ­rego okres poło­wicz­nego roz­padu wynosi nie­całe trzy­dzie­ści lat. Ponie­waż przed erą testów jądro­wych stront-90 nie ist­niał, a do kości zmar­łego musiał się dostać jesz­cze za jego życia, to gdy wykry­wamy w nich ślady tego izo­topu, możemy zawę­zić prze­dział cza­sowy śmierci danej osoby do około sześć­dzie­się­ciu ostat­nich lat. Wydaje się jed­nak dość oczy­wi­ste, że z upły­wem czasu ta metoda sta­nie się w końcu nie­uży­teczna. Ni­gdy zatem nie wierz­cie pato­lo­gowi, który w tele­wi­zyj­nym show stwier­dza, że szkie­let spę­dził w ziemi jede­na­ście lat. To bez­sen­sowna papla­nina.

Kolejne, trze­cie pyta­nie, które musi posta­wić sobie antro­po­log, brzmi: Kim był ten czło­wiek?

Jeśli się potwier­dzi, że mamy do czy­nie­nia ze szcząt­kami ludz­kimi i że pocho­dzą one sprzed sto­sun­kowo nie­wielu lat, musimy usta­lić, kim zmarły był za życia. Kości nie są, rzecz jasna, pod­pi­sane imie­niem i nazwi­skiem, ale czę­sto zapew­niają wystar­cza­jącą liczbę poszlak, by usta­lić przy­pusz­czalną toż­sa­mość denata. A gdy już dys­po­nu­jemy taką infor­ma­cją, można roz­po­cząć prze­pro­wa­dza­nie porów­nań dzięki tzw. danym przed­śmiert­nym, na przy­kład doku­men­ta­cji den­ty­stycz­nej i medycz­nej, a także bada­niom pokre­wień­stwa. Wysoce spe­cja­li­styczna wie­dza antro­po­loga sądo­wego naj­czę­ściej potrzebna jest wła­śnie na eta­pie iden­ty­fi­ka­cji. To do nas należy wydo­by­cie infor­ma­cji z kości. Czy to była kobieta czy męż­czy­zna? Co można powie­dzieć o wieku denata? Skąd pocho­dził i do jakiej grupy etnicz­nej nale­żał? Ile miał wzro­stu?

Odpo­wie­dzi na te pyta­nia pozwa­lają usta­lić cztery pod­sta­wowe para­me­try cha­rak­te­ry­zu­jące każ­dego czło­wieka: płeć, wiek, pocho­dze­nie etniczne, wzrost. Skła­dają się one na indy­wi­du­alny pro­fil bio­lo­giczny, na przy­kład: męż­czy­zna w wieku od dwu­dzie­stu do trzy­dzie­stu lat, biały, 183-190 cm wzro­stu. Taki pro­fil pozwala auto­ma­tycz­nie wyklu­czyć zgło­sze­nia doty­czące osób zagi­nio­nych, które nie speł­niają tych warun­ków, ogra­ni­cza­jąc tym samym liczbę moż­li­wo­ści. Żeby dać pewne wyobra­że­nie na temat skali, o jakiej tu mowa, wspo­mniany pro­fil pozwo­lił nie­dawno poli­cji zawę­zić grupę poten­cjal­nych ofiar do 1500 nazwisk.

Ale kościom zada­jemy jesz­cze wiele innych pytań, licząc na to, że na któ­reś z nich odpo­wie­dzą. Czy zmarła kobieta miała dzieci? W jaki spo­sób artre­tyzm, na który cier­piała, upo­śle­dzał jej chód? Gdzie prze­pro­wa­dzono zabieg wsz­cze­pie­nia endo­pro­tezy stawu bio­dro­wego? Kiedy i jak doszło do zła­ma­nia kości pro­mie­nio­wej? Czy cho­dzi o osobę prawo-, czy lewo­ręczną? Jaki był roz­miar jej butów? Nie­malże każda część ciała może wiele o nas powie­dzieć, a im dłu­żej żyjemy, tym nar­ra­cja naszego układu kost­nego staje się bogat­sza.

Praw­dziwa rewo­lu­cja w przy­wra­ca­niu toż­sa­mo­ści zmar­łych doko­nała się za sprawą metod iden­ty­fi­ka­cji DNA. Mogą one jed­nak pomóc tylko wtedy, gdy bada­cze dys­po­nują wzor­cem DNA, z któ­rym da się porów­nać mate­riał gene­tyczny zmar­łego. Dopa­so­wa­nie do pro­filu w ogól­nej bazie danych uda się tylko pod warun­kiem, że zmarły za życia oddał do niej próbkę swo­jego DNA. Jeżeli jed­nak nie nale­żał on do mniej­szo­ści, która robi to z powo­dów zawo­do­wych, jak na przy­kład ofi­ce­ro­wie poli­cji, żoł­nie­rze i spe­cja­li­ści sądowi, to jedyną oko­licz­no­ścią, w któ­rej mate­riał gene­tyczny danej osoby mógł zna­leźć się w takiej bazie, jest jej uprzed­nie ska­za­nie. Jeśli poli­cja ma przy­pusz­cze­nia, o kogo cho­dzi, może prze­pro­wa­dzić prze­szu­ka­nia pod kątem DNA w miej­scu zamiesz­ka­nia lub pracy czy w samocho­dzie albo porów­nać próbkę z DNA rodzi­ców, rodzeń­stwa lub potom­stwa. Nie­kiedy się zda­rza, że w bazie prze­stęp­ców figu­ruje krewny poszu­ki­wa­nej osoby i wów­czas udaje się usta­lić czy­jąś toż­sa­mość okrężną drogą.

Cza­sem zaś, gdy kry­mi­na­li­styka mole­ku­larna jest bez­radna, ostat­nią deską ratunku może się oka­zać antro­po­lo­gia sądowa, która sku­pia się na kościach. Dopóki toż­sa­mość zmar­łego nie jest znana, usta­le­nie, czy w ogóle doszło do prze­stęp­stwa, nastrę­cza wła­dzom znacz­nych trud­no­ści, nie mówiąc już o okre­śle­niu, co wła­ści­wie przy­da­rzyło się tej oso­bie, uczy­nie­niu zadość wymo­gom orga­nów wymiaru spra­wie­dli­wo­ści i potrze­bom pogrą­żo­nej w żało­bie rodziny.

Na koniec poja­wia się pyta­nie, czy możemy powie­dzieć coś na temat przy­czyn i oko­licz­no­ści śmierci zmar­łego.

Antro­po­lo­dzy sądowi są naukow­cami i w Wiel­kiej Bry­ta­nii na ogół nie mają wykształ­ce­nia lekar­skiego. Usta­le­nie zarówno przy­czyny, jak i rodzaju śmierci leży więc w sfe­rze odpo­wie­dzial­no­ści pato­loga sądo­wego. "Rodzaj śmierci" może na przy­kład ozna­czać, że ofiara otrzy­mała wiele cio­sów w głowę tępym narzę­dziem, pod­czas gdy "przy­czyną" śmierci może być utrata krwi. Jest to jed­nak prze­strzeń, w któ­rej pato­lo­gia i antro­po­lo­gia har­mo­nij­nie się uzu­peł­niają. Cza­sem kości mówią nam nie tylko, o kogo cho­dziło, lecz także co się tej oso­bie przy­da­rzyło.

Bada­jąc oko­licz­no­ści lub przy­czyny śmierci, zada­jemy nieco inne pyta­nia. Czy znaczna liczba zale­czo­nych ura­zów u tego dziecka może wska­zy­wać na cokol­wiek innego niż prze­moc domową? Czy dane zła­ma­nie przed­śmiertne powstało dla­tego, że kobieta pró­bo­wała się bro­nić?

Eks­perci uczą się, jak odczy­ty­wać infor­ma­cje z róż­nych czę­ści ciała i inter­pre­to­wać je wedle swo­ich potrzeb. Kli­ni­cy­sta przyj­rzy się tkan­kom mięk­kim i narzą­dom, a pato­log może ana­li­zo­wać biop­sje nowo­two­rów lub kate­go­ry­zo­wać zmiany na pozio­mie komór­ko­wym w miarę postę­pów cho­roby. Pato­log sądowy skupi się na przy­czy­nie i oko­licz­no­ściach śmierci, a tok­sy­ko­log sądowy prze­ana­li­zuje płyny ciała, w tym krew, mocz, ciało szkli­ste oka lub płyn mózgowo-rdze­niowy, aby roz­strzy­gnąć, czy ofiara przed śmier­cią spo­ży­wała alko­hol lub przyj­mo­wała nar­ko­tyki.

Bio­rąc pod uwagę ogromną róż­no­rod­ność współ­cze­snych dys­cy­plin nauko­wych, cza­sem krót­ko­wzrocz­nie sku­pia­ją­cych się tylko na swoim wąskim przed­mio­cie badań, dość czę­sto się zda­rza, że gdzieś zagubi się pełny obraz sytu­acji. Dla kli­ni­cy­sty i pato­loga kości mogą być jedy­nie prze­szkodą, którą trzeba roz­trza­skać klesz­czami czy prze­ciąć piłą elek­tryczną, by się dostać do chro­nio­nych przez nie narzą­dów. Ktoś przyj­rzy im się dokład­niej tylko wtedy, gdy cho­dzi o wyraźny uraz lub oczy­wi­stą pato­lo­gię. Bio­lo­gów sądo­wych bar­dziej inte­re­sują komórki kry­jące się w prze­strze­niach wewnątrz kości niż one same. Ode­tną więc kawa­łek kości i zmielą go na pro­szek, by się dobrać do mate­riału zamknię­tego w jądrach komór­ko­wych. Sądowy odon­to­log będzie zain­te­re­so­wany zębami, ale już mniej kośćmi szczęki, w któ­rych one tkwią.

Tak więc pieśń szkie­letu wcale nie musi zostać usły­szana. A prze­cież jest on naj­trwal­szym skład­ni­kiem naszego ciała, czę­sto potra­fią­cym prze­trwać stu­le­cia i prze­cho­wy­wać wspo­mnie­nia prze­szłych zda­rzeń jesz­cze bar­dzo długo po tym, jak histo­rie, które można odczy­tać z tka­nek mięk­kich, ode­szły w nie­pa­mięć.

Po co zaprzą­tać sobie głowę szkie­le­tem, skoro toż­sa­mość można usta­lić na pod­sta­wie DNA, odci­sków pal­ców czy kart den­ty­stycz­nych? Kości nikogo spe­cjal­nie nie inte­re­sują. Chyba że wszy­scy prze­pro­wa­dzą swoje bada­nia i nie­wiele z tego wyj­dzie. Od momentu odna­le­zie­nia ciała mogą więc upły­nąć mie­siące, a cza­sem nawet lata, zanim na scenę wkro­czy antro­po­log i zacznie prze­py­ty­wać kości, co pamię­tają i co mogłyby mu powie­dzieć.

Nauko­wiec oczy­wi­ście nie ma żad­nego wpływu na to, z czym przyj­dzie mu pra­co­wać. Im szczątki śwież­sze, a szkie­let bar­dziej kom­pletny, tym więk­sza szansa na pozna­nie więk­szego kawałka histo­rii, ale nie­stety ludz­kie zwłoki nie zawsze są dobrze zacho­wane i znaj­do­wane w kom­ple­cie. Na roz­człon­ko­wa­nym, ukry­tym czy pogrze­ba­nym ciele piętno odci­ska upływ czasu. Zwie­rzęta zja­dają i nisz­czą kości, a natu­ralne pro­cesy fizyczne i che­miczne dopeł­niają dzieła.

Antro­po­log sądowy musi umieć odsłu­chać choćby frag­ment pie­śni życia, ale żeby to zro­bić, musi też wie­dzieć, czego i gdzie szu­kać. Jeśli wiele kości mówi to samo, możemy być pewni swo­jej opi­nii. Jeśli nato­miast udało się odna­leźć tylko jedną kość, musimy być bar­dzo ostrożni w inter­pre­to­wa­niu tego, co ma ona nam do powie­dze­nia. W prze­ci­wień­stwie do fik­cyj­nych boha­te­rów obsa­dza­nych w naszych rolach, musimy twardo stą­pać po ziemi i wystrze­gać się przy­pusz­czeń. Antro­po­logia sądowa to dys­cy­plina, która zaj­muje się pamię­cią o prze­szło­ści świe­żej, a nie histo­rycz­nej. Nie jest tym samym co oste­oar­che­olo­gia czy antro­po­lo­gia bio­lo­giczna. Musimy być gotowi do pre­zen­to­wa­nia naszych prze­my­śleń oraz opi­nii i bro­nie­nia ich na sali sądo­wej, w ramach postę­po­wa­nia pry­watno-dowo­do­wego. Nasze wnio­ski muszą tym samym ści­śle speł­niać rygory dowo­dowe. Musimy badać, testo­wać i jesz­cze raz testo­wać nasze teo­rie, a przy tym być dobrze zazna­jo­mieni ze sta­ty­styką, by umieć przed­sta­wić w kate­go­riach licz­bo­wych praw­do­po­do­bień­stwo naszych usta­leń. Musimy rozu­mieć i sto­so­wać się do czę­ści 19 Zasad postę­po­wa­nia w docho­dze­niach kry­mi­nal­nych (Cri­mi­nal Pro­ce­dure Rules) w zakre­sie dowo­dów eks­perc­kich, a także towa­rzy­szą­cych im zasad ujaw­nia­nia, postę­po­wa­nia z nie­wy­ko­rzy­sta­nym mate­ria­łem i innymi pro­ce­du­rami doty­czą­cymi sprawy. Będziemy bowiem, cał­kiem słusz­nie, dokład­nie wypy­ty­wani o szcze­góły i o spo­sób, w jaki doszli­śmy do swo­ich wnio­sków. Jeśli nasze usta­le­nia mają zostać uwzględ­nione przez sędziego, który będzie decy­do­wać o tym, czy oskar­żony jest winny, czy też nie, musimy być pewni swo­jej wie­dzy i nauko­wych inter­pre­ta­cji, wyra­żać się jasno i zro­zu­miale oraz prze­strze­gać pro­to­ko­łów i pro­ce­dur.

Nie­wy­klu­czone, że antro­po­lo­gię sądową postrze­gano nie­gdyś jako jedną z łatwiej­szych dróg wio­dą­cych do cie­ka­wego świata nauk sądo­wych. Nie­wąt­pli­wie ema­nuje ona powa­bem docie­kań nauko­wych, nie­od­par­cie fra­pu­ją­cych twór­ców powie­ści kry­mi­nal­nych. Ale z tym już koniec. Obec­nie to pro­fe­sja, któ­rej zasa­dami w Wiel­kiej Bry­ta­nii zarzą­dza pro­fe­sjo­nalne ciało na mocy Karty kró­lew­skiej (Royal Char­ter). Musimy zda­wać egza­miny i powta­rzać je co pięć lat, by pozo­stać aktyw­nymi, kom­pe­tent­nymi i cer­ty­fi­ko­wa­nymi bie­głymi. W naszym biz­ne­sie nie ma miej­sca dla detek­ty­wów ama­to­rów.

Niniej­sza książka zabie­rze was w podróż po całym ludz­kim orga­ni­zmie, któ­remu przyj­rzymy się przez pry­zmat ana­to­mii i antro­po­lo­gii sądo­wej, tak jak odbywa się to naprawdę. Po kolei, roz­dział po roz­dziale, pochy­limy się nad poszcze­gól­nymi czę­ściami ciała i będziemy zapo­zna­wać się z tema­tem w taki spo­sób, jak mógłby to uczy­nić zna­jący ana­to­mię antro­po­log sądowy, który pra­gnie usta­lić wiek zmar­łego, aby pomóc pato­lo­gowi w okre­śle­niu przy­czyny i oko­licz­no­ści śmierci lub odon­to­lo­gowi bądź radio­lo­gowi w zin­ter­pre­to­wa­niu usta­leń wła­ści­wych im dys­cy­pli­nom. Dowiemy się, jak histo­ria naszego życia zapi­suje się w kościach i co może zro­bić nauka, by uła­twić odczy­ta­nie tej histo­rii. Chcia­ła­bym wam poka­zać, jak wyko­rzy­stać wie­dzę na temat kości do odtwo­rze­nia obrazu cza­sem zupeł­nie nad­zwy­czaj­nych zda­rzeń - życie bywa bowiem cie­kaw­sze niż lite­ra­tura.

Wszyst­kie opi­sane poni­żej przy­padki sądowe są praw­dziwe, choć ze względu na sza­cu­nek dla zmar­łych i ich rodzin w wielu miej­scach zmie­ni­łam nazwi­ska i umiej­sco­wie­nie wyda­rzeń. Praw­dziwe nazwi­ska podaję jedy­nie wtedy, gdy sprawa zna­la­zła już finał w sądzie, a prasa zdą­żyła opi­sać wszyst­kie szcze­góły doty­czące pro­ta­go­ni­stów. Śmierć ma prawo do pry­wat­no­ści.

Wśród obra­zów skła­da­ją­cych się na iko­no­gra­fię śmierci nie ma nic bar­dziej roz­po­zna­wal­nego niż widok ludz­kiej czaszki. Więk­szość kul­tur i cywi­li­za­cji od naj­daw­niej­szych cza­sów wyko­rzy­sty­wała czaszki lub też ich przed­sta­wie­nia w celach rytu­al­nych. Obec­nie jest to chyba naj­po­pu­lar­niej­szy sym­bol zwią­zany z Hal­lo­ween, a do tego logo­typ heavy­me­ta­low­ców, moto­cy­kli­stów, daw­nych pira­tów, mię­dzy­na­ro­dowy sym­bol tru­ci­zny i czę­sty motyw na mrocz­nych gotyc­kich T-shir­tach.

W cza­sach wik­to­riań­skich bogato zdo­bione ludz­kie czaszki, jako objets d'art, były cenio­nymi oso­bli­wo­ściami i przed­mio­tami han­dlu, podob­nie jak ich nie­sławne rzeź­bione krysz­ta­łowe odpo­wied­niki, które, jak twier­dzono, w cza­sach pre­ko­lum­bij­skich stwo­rzyli Azte­ko­wie i Majo­wie. Wiele z nich zde­ma­sko­wano w końcu jako dzie­więt­na­sto­wieczne arte­fakty, zapro­jek­to­wane w celu sku­sze­nia i osku­ba­nia boga­tych kolek­cjo­ne­rów. Ale fał­szy­wych cza­szek uży­wano nie tylko jako spo­sobu na wzbo­ga­ce­nie się, lecz także w celu pod­ro­bie­nia "dowo­dów" potwier­dza­ją­cych różne teo­rie naukowe. W 1912 roku roz­po­częła się oszu­kań­cza histo­ria czło­wieka z Pilt­down, mają­cego być "bra­ku­ją­cym ogni­wem" ewo­lu­cji mię­dzy małpą a czło­wie­kiem. Oszu­stwo zde­ma­sko­wano w 1953 roku, gdy dowie­dziono ponad wszelką wąt­pli­wość, że huma­no­idalna czaszka, odkryta w żwi­rowni nie­opo­dal Pilt­down we wschod­nim Sus­sex, składa się z mózgo­czaszki współ­cze­snego czło­wieka oraz żuchwy oran­gu­tana. Cóż, nie były to naj­lep­sze chwile dla nie­ska­zi­tel­nego wzorca bry­tyj­skiego naukowca.

Czaszka stała się też nie­zwy­kle dro­gim obiek­tem sztuki, kiedy w 2007 roku Damien Hirst stwo­rzył iko­niczną pracę For the Love of God (Na miłość boską). Dzieło to autor zaty­tu­ło­wał w ten spo­sób ponoć dla­tego, iż matka arty­sty zwy­kła komen­to­wać jego kolejne doko­na­nia pyta­niem: "Na miłość boską, co ty jesz­cze wymy­ślisz?". W efek­cie powstał oka­zały pla­ty­nowy odlew ludz­kiej czaszki, ozdo­biony 8600 dia­men­tami nie­zwy­kłej czy­sto­ści, w tym wiel­kim różo­wym, w kształ­cie gruszki, który zna­lazł się na czole, jako wyobra­że­nie trze­ciego, wszyst­ko­wi­dzą­cego oka. Dzieło okre­ślono jako memento mori, obiekt stwo­rzony ręką ludzką, by skło­nić nas do reflek­sji nad śmier­tel­no­ścią, a także jako suge­stię, że sztuka może odnieść suk­ces tam, gdzie życie nie daje sobie rady - zwy­cię­ża­jąc nad roz­kła­dem dzięki nie­prze­mi­jal­no­ści piękna. Koszt zwią­zany z wyko­na­niem dzieła wyniósł około 14 mln fun­tów. Komu zostało sprze­dane za cenę wywo­ław­czą 50 mln fun­tów, a wła­ści­wie czy w ogóle zostało sprze­dane, pozo­staje tajem­nicą.

W przed­się­wzię­ciu arty­stycz­nym Hir­sta mar­twią mnie dwie sprawy. Z wyko­rzy­sta­niem dia­men­tów dla tak mało zna­czą­cego dzieła sztuki nie mam pro­blemu, to nie moja rzecz. Ale zakup praw­dzi­wej ludz­kiej czaszki w skle­pie z wypcha­nymi zwie­rzę­tami w Isling­ton budzi już poważne zastrze­że­nia, które doty­czą nas wszyst­kich i każą posta­wić pyta­nie o etyczny aspekt han­dlu szcząt­kami naszych przod­ków, bez względu na to, jak bar­dzo są one stare. Kie­dyś, za życia, były one prze­cież czy­imś synem lub córką. Z pew­no­ścią każdy z nas czułby się ura­żony, gdyby ktoś spró­bo­wał han­dlo­wać szcząt­kami zabra­nymi z naszego rodzin­nego gro­bowca, trudno się zatem nie zgo­dzić z tym, że tak samo mają prawo czuć się inni. Po dru­gie, zęby osa­dzone w pla­ty­no­wej czaszce były praw­dziwe, wyrwano je ze szczęki i umiesz­czono w odle­wie z kruszcu, a to ozna­cza, że dla celów arty­stycz­nych została naru­szona inte­gral­ność ory­gi­nal­nych szcząt­ków ludz­kich. Ich roz­człon­ko­wa­nie bar­dzo mi prze­szka­dza. A ponadto, już na tro­chę innym pozio­mie, nie podoba mi się, iż część zębów arty­sta umie­ścił, jak się zdaje, w nie­wła­ści­wych pozy­cjach.

Być może siła sym­bo­liki czaszki wiąże się z fak­tem, że jest to naj­bar­dziej oczy­wi­sta, naj­bar­dziej "ludzka" część spo­śród naszych szcząt­ków, w dodatku sta­no­wiąca samą istotę osoby ludz­kiej - miej­sce, w któ­rym spo­czywa mózg, sie­dzibę inte­li­gen­cji, mocy, oso­bo­wo­ści, zmy­słów i, jak wie­rzą nie­któ­rzy, duszy. Zwy­kli­śmy roz­po­zna­wać innych ludzi po twa­rzy, a nie na przy­kład po rzep­kach kola­no­wych. Oto część ciała innych osób, z którą naj­czę­ściej mamy do czy­nie­nia, ale też skarb­nica naszych myśli i prze­ko­nań, naszego ja, wszyst­kiego, co w nas naj­bar­dziej ludz­kie. Nie­prze­mi­ja­jąca fascy­na­cja szkie­le­tami i czasz­kami ma zapewne dość pro­stą przy­czynę: choć wszy­scy mamy swoje ciała, nasze kości pozo­stają dla nas prak­tycz­nie nie­wi­dzialne, zacho­wu­jąc tym samym nimb tajem­ni­czo­ści.

Kiedy poli­cja prosi antro­po­lo­gów sądo­wych o pomoc w śledz­twach, jest oczy­wi­ste, że nie­które czę­ści bada­nych ciał mogą nie być kom­pletne, a dzieje się tak z wielu zro­zu­mia­łych powo­dów. Choć w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przy­pad­ków przy­cho­dzimy na świat wypo­sa­żeni w ciało o zwy­czaj­nej ana­to­mii, zda­rzają się wyjątki. Dło­nie i stopy, palce rąk i nóg, mogą się cza­sem nie ufor­mo­wać, na przy­kład wsku­tek zespołu pasm owo­dnio­wych, rzadko wystę­pu­ją­cego scho­rze­nia pro­wa­dzą­cego do ampu­ta­cji koń­czyn lub pal­ców jesz­cze w macicy. Część z nas może utra­cić rękę lub nogę z powodu urazu lub mieć ją ampu­to­waną przez leka­rzy. Poza tym w odkry­wa­nych ludz­kich szcząt­kach cze­goś może po pro­stu bra­ko­wać. Zwy­kle jest to spo­wo­do­wane żero­wa­niem zwie­rząt, ale od czasu do czasu się zda­rza, że czę­ści ciała zostały usu­nięte lub znisz­czone celowo. W podob­nej sytu­acji, zresztą jak zawsze, antro­po­log musi zacho­wać otwarty umysł i być gotów pod­jąć próbę pozy­ska­nia tak wielu infor­ma­cji, jak to tylko moż­liwe, choćby z naj­mniej­szego frag­mentu kości.

Kilka lat temu pod­czas eks­hu­ma­cji ciała z oło­wia­nej trumny w pew­nej kryp­cie w Lon­dy­nie podzie­li­łam się z kole­żanką uwagą: "Ni­gdzie nie mogę zna­leźć lewej nogi". Kole­żanka, rzecz jasna, kazała mi roz­glą­dać się dokład­niej, ponie­waż ludzie na ogół mają dwie nogi. Jak się jed­nak oka­zało, nie w tym wypadku. Sir Joh­nowi Fra­se­rowi odstrze­lono nogę z działa pod­czas wiel­kiego oblę­że­nia Gibral­taru w 1782 roku, w trum­nie nie było więc czego szu­kać. Za to jed­nego możemy być pewni: o ile w życiu dość dobrze dajemy sobie radę bez koń­czyny czy jed­nego lub dwóch pal­ców, to po powierzchni ziemi ni­gdy nie cho­dził czło­wiek pozba­wiony głowy. Tak więc każdy szkie­let ma lub też miał czaszkę. I jest to część ciała, na któ­rej zna­le­zie­niu zwy­kle szcze­gól­nie nam zależy.

Kiedy w począt­kach kariery antro­po­loga pra­co­wa­łam w Lon­dy­nie, pew­nego razu w moje ręce tra­fiły szczątki, które przy­pra­wiły mnie o spory ból głowy. Któ­re­goś poranka skon­tak­to­wała się ze mną poli­cja szu­ka­jąca pomocy w "dość nie­ty­po­wej" spra­wie. Choć prze­cież w naszym zawo­dzie w ogóle nie tra­fiają się sprawy typowe. Nie­mal każde śledz­two ma w sobie jakiś dzi­waczny, w ten czy inny spo­sób odbie­ga­jący od normy ele­ment. Poli­cja popro­siła, abym przy­je­chała na miej­sce i przyj­rzała się pozo­sta­ło­ściom szkie­letu wyko­pa­nego w ogródku i spo­czy­wa­ją­cego obec­nie w lokal­nej kost­nicy.

Zespół zaj­mu­jący się sprawą zebrał się w jed­nym z tych sza­rych, pozba­wio­nych cech szcze­gól­nych pomiesz­czeń, tak czę­sto znaj­du­ją­cych się w komi­sa­ria­tach poli­cji. Dostar­czają tam w obfi­tych ilo­ściach her­batę, a przy odro­bi­nie szczę­ścia można się też zała­pać na kanapkę z beko­nem. Szcze­góły refe­ro­wał jeden z doświad­czo­nych ofi­ce­rów śled­czych.

Jak się oka­zało, na lokal­nym poste­runku bez zapo­wie­dzi poja­wiła się pod­eks­cy­to­wana, sym­pa­tyczna dama w doj­rza­łym wieku, która oświad­czyła sier­żan­towi dyżur­nemu, że jeśli poli­cja pod­nie­sie kilka płyt chod­ni­ko­wych w ogródku na tyłach pobli­skiej par­te­ro­wej posia­dło­ści, natrafi na ludz­kie ciało.

Kobietę zatrzy­mano, a zespół tech­ni­ków poli­cyj­nych wyru­szył na prze­szu­ka­nie. W trak­cie prze­słu­cha­nia dama wyja­śniła, że jakieś dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej zaj­mo­wała się star­szą panią, które miesz­kała pod tym adre­sem. Pew­nego dnia opie­kunka weszła do miesz­ka­nia i natknęła się na swoją pod­opieczną, która leżała mar­twa na pod­ło­dze. Jak zeznała, wpa­dła w panikę i nie wie­dząc, co dalej zro­bić, pogrze­bała ją w ogródku, ponie­waż nie chciała mieć kło­po­tów z poli­cją. Wła­ści­cie­lowi pose­sji powie­działa, że star­sza pani zacho­ro­wała i zabrano ją do domu opieki, sama zaś zajęła się sprzą­ta­niem posia­dło­ści. Jej opo­wieść nie do końca jed­nak wyja­śniała, dla­czego przez kilka lat po śmierci star­szej pani pobie­rała jej eme­ry­turę, co rów­nież, o dziwo, w owym cza­sie nikogo nie zain­te­re­so­wało.

W posia­dło­ści miesz­kał już inny loka­tor, na pewien czas prze­nie­siono go więc w inne miej­sce i tech­nicy sądowi przy­stą­pili do pracy. Do ogródka wycho­dziło się przez prze­su­wane szklane drzwi, wprost na patio wyło­żone sza­rymi beto­no­wymi pły­tami. Ich pod­nie­sie­nie oka­zało się nie­trudne i nie­spełna pięt­na­ście cen­ty­me­trów pod powierzch­nią ziemi tech­nicy natra­fili na pierw­szą kość. Na tym eta­pie poli­cja posta­no­wiła do mnie zadzwo­nić.

Dokład­nie prze­ko­pano oko­licę i wydo­byto kom­pletny zestaw zeszkie­le­to­wa­nych szcząt­ków - wła­ści­wie nie­mal kom­pletny, ponie­waż bra­ko­wało czaszki. Kiedy poin­for­mo­wa­łam o tym poli­cję, naj­pierw zapy­tano mnie, czy jestem pewna tego, co mówię. Może ją prze­oczy­łam? Nie kry­łam wzbu­rze­nia w reak­cji na suge­stię, że nie dość rze­tel­nie wyko­na­łam pracę, a być może nawet nie wiem, jak wygląda czaszka, moja odpo­wiedź była więc raczej cierpka. Jak można prze­oczyć coś, co ma wiel­kość piłki fut­bo­lo­wej? Nie, z pew­no­ścią jej nie prze­oczy­łam. Wszyst­kie czę­ści szkie­letu od czwar­tego kręgu szyj­nego w dół były w kom­ple­cie, ale głowy i trzech naj­bliż­szych jej krę­gów z całą pew­no­ścią bra­ko­wało.

W kost­nicy potwier­dzi­łam, że pozba­wiony głowy szkie­let nale­żał do star­szej kobiety, któ­rej cechy odpo­wia­dały opi­sowi poten­cjal­nej ofiary, także pod wzglę­dem szcze­gó­łów, takich jak dotknięte artre­ty­zmem dło­nie i stopy oraz pro­teza bio­dra. Zna­leź­li­śmy nawet noszony przez nią pasek od spodni z cha­rak­te­ry­styczną woj­skową klamrą, który wcze­śniej nale­żał do jej nie­ży­ją­cego męża. Pato­log stwier­dził, że nie ma żad­nych prze­sła­nek wska­zu­ją­cych na przy­czynę i oko­licz­no­ści śmierci, i zgo­dził się, że toż­sa­mość zmar­łej wydaje się potwier­dzona.

Doku­men­ta­cja medyczna wska­zy­wała, że wiele lat wcze­śniej zmarła prze­szła ope­ra­cję wsz­cze­pie­nia endo­pro­tezy stawu bio­dro­wego. Nie­stety nie zare­je­stro­wano numeru pro­tezy, który byłby dodat­ko­wym potwier­dze­niem, że cho­dzi o tę kon­kretną osobę. Den­ty­sta leczący miesz­kankę tego domu stwier­dził, iż nosiła ona pro­tezy zębowe, ale oczy­wi­ście szkie­let nie miał głowy, więc nie było też zębów. Star­sza pani nie miała rów­nież żad­nych żyją­cych krew­nych, nie mogli­śmy więc zba­dać pokre­wień­stwa na pod­sta­wie DNA.

Po przyj­rze­niu się gór­nej powierzchni pierw­szego pozo­sta­łego kręgu szyj­nego stwier­dzi­łam, że czaszkę oddzie­lono od reszty ciała w tym samym cza­sie, gdy nastą­piła śmierć. Było wystar­cza­jąco dużo śla­dów ura­zów i pęk­nięć wska­zu­ją­cych na siłowe roz­dzie­le­nie krę­gów. Ale musie­li­śmy to jesz­cze potwier­dzić.

Kiedy podej­rzaną prze­słu­chano na tę oko­licz­ność, przy­znała w końcu, że nie była w sta­nie pocho­wać zmar­łej wraz z głową, ponie­waż nie mogła znieść, że star­sza pani na nią patrzy. Dla­tego też, jak zeznała, ucięła jej głowę szpa­dlem i umie­ściła w pla­sti­ko­wej torebce. Nie mogła jej ni­gdzie porzu­cić, bo ktoś mógłby ją zna­leźć, ukryła ją więc w swoim domu, a następ­nie, prze­no­sząc się z miej­sca na miej­sce, zabie­rała ją ze sobą. Następne pyta­nie brzmiało, rzecz jasna, gdzie głowa znaj­duje się obec­nie. Oka­zało się, że w szo­pie w jej ogro­dzie, w pla­sti­ko­wej torebce pod stertą doni­czek.

Poli­cyjny zespół poje­chał więc do jej ogrodu. Trzeba oddać kobie­cie, że przy­naj­mniej tym razem mówiła prawdę. Spe­cja­li­ści wró­cili do kost­nicy z czaszką w tor­bie z super­mar­ketu. Moim naj­waż­niej­szym zada­niem stało się teraz usta­le­nie, czy czaszka rze­czy­wi­ście należy do odkry­tego wcze­śniej ciała. Bada­nia DNA wciąż były wów­czas w powi­ja­kach i dopa­so­wa­nie musiało się opie­rać na cechach ana­to­micz­nych oraz uwzględ­nie­niu wieku i płci. Dys­po­no­wa­łam już czaszką i żuchwą, a także pierw­szym i dru­gim krę­giem szyj­nym, nie było jed­nak trze­ciego kręgu. Nie­wąt­pli­wie w tym wła­śnie miej­scu doszło do roz­człon­ko­wa­nia ciała, ale brak kręgu ozna­czał, że nie mogli­śmy bez­po­śred­nio powią­zać ana­to­micz­nie ciała z czaszką. Jed­nakże cechy ana­to­miczne czaszki i żuchwy wska­zy­wały, że nale­żały one do star­szej kobiety, która w chwili śmierci nie miała nawet jed­nego wła­snego zęba. Jeśli dobrze pamię­tam, jej pro­tez den­ty­stycz­nych ni­gdy nie odna­le­ziono.

To jed­nak nie był koniec nie­spo­dzia­nek. Przede wszyst­kim stało się jasne, że na kościach pod­stawy czaszki widać wyraźne ślady cięć, podob­nie jak na dru­gim kręgu szyj­nym. To zaś wska­zy­wało, że prócz szpa­dla - jeśli rze­czy­wi­ście użyto szpa­dla - wyko­rzy­stano rów­nież jakieś inne narzę­dzie z ostrzem, przy­pusz­czal­nie coś w rodzaju tasaka. Co jesz­cze istot­niej­sze, ziden­ty­fi­ko­wa­łam na czaszce ślady pęk­nięć. Głowę co naj­mniej dwu­krot­nie ugo­dzono tępym narzę­dziem, być może wspo­mnia­nym szpa­dlem, co wywo­łało liczne pęk­nię­cia. Pato­log zgo­dził się, że najprawdopodob­niej śmierć nastą­piła wsku­tek urazu wywo­ła­nego tępym ude­rze­niem w tył czaszki, a głowę oddzie­lono od ciała póź­niej, by ukryć przy­czynę śmierci. Być może to był wła­śnie praw­dziwy powód, dla któ­rego opie­kunka zabie­rała ze sobą głowę zmar­łej za każ­dym razem, gdy się prze­pro­wa­dzała.

Ofiara zbrodni ni­gdy nie zna­la­zła się w reje­strze osób zagi­nio­nych. Nie miała rodziny, która zain­te­re­so­wa­łaby się jej losem. Trudno powie­dzieć, dla­czego spo­tkał ją tak bru­talny koniec z rąk osoby, która rze­komo była jej przy­ja­ciółką. Bez względu na oko­licz­no­ści kobietę oskar­żono o zamor­do­wa­nie star­szej pani, zapewne dwoma ude­rze­niami szpa­dlem, któ­rym potem praw­do­po­dob­nie pró­bo­wała oddzie­lić głowę od reszty ciała. Kiedy to się nie udało, przy­pusz­czal­nie poszła do kuchni, by zna­leźć tam coś bar­dziej odpo­wied­niego. Gdy wresz­cie obcięła głowę, umie­ściła ją w pla­sti­ko­wej tor­bie i zabrała do domu, potem wyko­pała dół w ziemi pod patio i tam pogrze­bała resztę zwłok.

Musiała się bar­dzo natru­dzić, by usu­nąć wszyst­kie ślady zbrodni i wyczy­ścić miesz­ka­nie, zanim zaczęła korzy­stać ze skra­dzio­nego dobytku i prze­ję­tej eme­ry­tury.

Być może moty­wem mor­der­czyni były wła­śnie pie­nią­dze, a zbrod­nię popeł­niła z zimną krwią. A może wyda­rzyło się to pod wpły­wem chwili, wsku­tek kłótni, napadu wście­kło­ści, gdy stra­ciła cier­pli­wość do star­szej pani. Nie zosta­łam wta­jem­ni­czona w wyja­śnie­nia, jakie spraw­czyni zło­żyła na poli­cji. Nie pod­lega dys­ku­sji, że przez ponad dwa­dzie­ścia lat wyda­wało się, iż mor­der­stwo jej się upie­cze, w końcu jed­nak sumie­nie lub też coraz więk­sze pro­blemy z pod­trzy­my­wa­niem sieci kłamstw dopro­wa­dziły ją na poli­cyjny poste­ru­nek, gdzie zło­żyła swoje osza­ła­mia­jące zezna­nia. Osta­tecz­nie przy­znała się do mor­der­stwa, roz­człon­ko­wa­nia ciała, ukry­cia szcząt­ków oraz prze­ję­cia eme­ry­tury ofiary i resztę swo­ich cen­nych dni spę­dzi na wik­cie Jej Kró­lew­skiej Mości. Pode­szły wiek nie jest oko­licz­no­ścią łago­dzącą w przy­padku naszych ska­za­nych, szcze­gól­nie gdy cho­dzi o zabój­stwa kwa­li­fi­ko­wane.

Więk­szość spraw kry­mi­nal­nych koń­czy się ujaw­nie­niem jedy­nie ini­cja­łów zamie­sza­nych w nie osób i było do prze­wi­dze­nia, że niniej­sza sprawa przej­dzie do histo­rii pod hasłem "Head in the shed" (głowy w sto­dole). Jak wie­lo­krot­nie wspo­mi­na­łam twór­com kry­mi­na­łów, nikt by im nie uwie­rzył, gdyby po pro­stu opi­sali sprawy, na jakie naty­kamy się w rze­czy­wi­sto­ści, a sce­na­riu­sze wyda­rzeń kry­ty­ko­wano by jako kom­plet­nie nie­praw­do­po­dobne.

W tym wypadku kości powie­działy nam nie tylko, że głowę usu­nięto celowo, lecz także że star­sza pani została zamor­do­wana. Zanim jed­nak odczy­tamy z nich ludzką histo­rię, trzeba się upew­nić, że mamy do czy­nie­nia wła­śnie z kośćmi. Cza­sami bowiem pod frag­menty ludz­kiego szkie­letu pod­szy­wają się inne obiekty i jeśli nie wiemy, czego szu­kamy, łatwo możemy tra­fić na manowce. Nie­które czę­ści dzie­cię­cego szkie­letu łatwo pomy­lić z kośćmi zwie­rząt, a nawet z kamie­niami, ponie­waż wyglą­dają jak kawałki żwiru o zaokrą­glo­nych brze­gach. Nie jest to na ogół pro­ble­mem w przy­padku mózgo­czaszki, która zwy­kle jest dobrze roz­wi­nięta jesz­cze przed poro­dem. Ale pomyłki się zda­rzają.

W 2008 roku uwagę świa­to­wej opi­nii publicz­nej przy­kuły donie­sie­nia z daw­nego domu dziecka Haut de la Garenne na wyspie Jer­sey o zna­le­zie­niu frag­men­tów czaszki nie­let­niego - zda­rzyło się to w trak­cie śledz­twa doty­czą­cego prze­mocy nad dziećmi we wspo­mnia­nej insty­tu­cji. Odkry­cie "kości" wyda­wało się kolej­nym dowo­dem prze­ma­wia­ją­cym na rzecz oskar­że­nia. Spo­wo­do­wało ono poja­wie­nie się ponu­rych przy­pusz­czeń, że dzieci tor­tu­ro­wano i zabi­jano, a szczątki zmar­łych ukry­wano. Jed­nak testy labo­ra­to­ryjne mające okre­ślić wiek frag­mentu czaszki mło­do­cia­nego dopro­wa­dziły do usta­le­nia, że w ogóle nie jest to frag­ment kości, lecz kawa­łek drewna, naj­praw­do­po­dob­niej odła­mek sko­rupy kokosa.

W końcu poli­cja musiała przy­znać, że nie dys­po­nuje żad­nymi dowo­dami, iż w Haut de la Garenne popeł­niano zbrod­nie. Z około 170 rze­ko­mych odłam­ków kości, które ziden­ty­fi­ko­wano na miej­scu, tylko trzy nale­żały zapewne do czło­wieka, ale naj­praw­do­po­dob­niej liczyły sobie setki lat.

Brak ciał nie ozna­cza jed­nak braku okru­cień­stwa, a śledz­two w Haut de la Garenne i innych domach dziecka na Jer­sey udo­ku­men­to­wało prze­ra­ża­jący kata­log przy­pad­ków prze­mocy wobec dzieci, zapo­cząt­ko­wa­nej pod koniec lat 40. XX wieku. Ska­zano wiele osób, ale jesz­cze wię­cej umknęło spra­wie­dli­wo­ści, ponie­waż zmarli, zanim skan­dal ujrzał świa­tło dzienne. Jed­nak czas, wysi­łek i publiczne pie­nią­dze wydane na podą­ża­nie fał­szy­wym tro­pem nara­ziły poli­cję i spe­cja­li­stów sądo­wych na ostrą kry­tykę i wręcz zagro­ziły głów­nemu śledz­twu.

Wyda­rze­nia na Jer­sey poka­zały, że z samego faktu, iż coś wygląda na dowód o war­to­ści sądo­wej, w dodatku taki, któ­rego możemy się spo­dzie­wać, wcale nie wynika, że nim rze­czy­wi­ście jest. Jeśli nasta­wiamy się na szu­ka­nie szcząt­ków dzieci, nie spo­dzie­wamy się odkry­cia łupin orze­chów koko­so­wych. Całe zło wiąże się z tzw. efek­tem potwier­dze­nia - ten­den­cją do poszu­ki­wa­nia i akcep­to­wa­nia dowo­dów potwier­dza­ją­cych już ist­nie­jące ocze­ki­wa­nia oraz skłon­no­ścią do inter­pre­to­wa­nia zna­le­zisk i usta­leń zgod­nie z tymi ocze­ki­wa­niami - a takiej ten­den­cji wszy­scy musimy się pil­nie wystrze­gać. To naprawdę ważne, by przed­mioty przy­po­mi­na­jące kamie­nie, kawałki drewna, a nawet odłamki pla­stiku (szcze­gól­nie na miej­scach pożaru) przed wycią­gnię­ciem jakich­kol­wiek wnio­sków były nie­zwy­kle dokład­nie badane. Wła­śnie dla­tego, że cza­sami domnie­mana kość jest po pro­stu kawał­kiem kokosa.

Kul­tu­rowa i emo­cjo­nalna meta­fo­ryka wią­żąca się z obra­zem ludz­kiej czaszki jest rów­nie bogata co pra­stara. Jesz­cze bar­dziej godna podziwu i zaska­ku­jąca jest jed­nak sama budowa czaszki, to, czemu ona służy, jak powstaje i jak się roz­wija, no i co może nam powie­dzieć o życiu i śmierci osoby, do któ­rej nale­żała przez krótki czas jej życia.

Kości ludz­kiej czaszki zaczy­nają się kształ­to­wać pod koniec dru­giego mie­siąca życia pło­do­wego. Do chwili przyj­ścia na świat sie­dem mie­sięcy póź­niej wszyst­kie kości czaszki stają się roz­po­zna­walne, nawet jeśli są znaj­do­wane osobno, oczy­wi­ście przy zało­że­niu, że wie się, czego szu­kać. Wzrost i wza­jemne połą­cze­nia pomię­dzy (około - w zależ­no­ści od kla­sy­fi­ka­cji) dwu­dzie­stoma ośmioma kośćmi skła­da­ją­cymi się na w pełni wykształ­coną czaszkę doro­słego czło­wieka spra­wiają, że jest to jedna z tych czę­ści szkie­letu, które naj­trud­niej jest zin­ter­pre­to­wać i zre­kon­stru­ować na pod­sta­wie kawał­ków.

Tuż po uro­dze­niu czaszka dziecka składa się z nie­mal czter­dzie­stu róż­nych kości, przy czym wiele z nich ma zale­d­wie kilka mili­me­trów. Jesz­cze w okre­sie życia pło­do­wego czaszka rośnie nie­pro­por­cjo­nal­nie szybko w sto­sunku do reszty ciała, by pomie­ścić roz­wi­ja­jący się mózg, a jed­no­cze­śnie pozo­staje ela­styczna, tak by mogła się prze­do­stać przez absur­dal­nie wąski kanał rodny w mied­nicy matki. Cie­miączka pozwa­lają kościom czaszki nowo­rodka na prze­su­wa­nie się wzglę­dem sie­bie pod­czas porodu, a póź­niej umoż­li­wiają pomiesz­cze­nie mózgu, rosną­cego szyb­ciej niż ota­cza­jące go kości. Z tego względu, zanim kości zajmą wresz­cie odpo­wied­nie dla sie­bie pozy­cje, a sześć cie­mią­czek się zaro­śnie, cza­sem może się wyda­wać, że czaszka nie­mow­lę­cia jest zde­for­mo­wana. Pro­ces zara­sta­nia cie­mią­czek zaczyna się w wieku około dwóch, trzech mie­sięcy i trwa nawet do osiem­na­stu mie­sięcy. Od chwili porodu czaszka musi speł­niać cztery pod­sta­wowe funk­cje:

Chro­nić bar­dzo miękki i deli­katny mózg oraz jego opony. Wytwo­rzyć otwory (łac. fora­mina), przez które bez­piecz­nie prze­cho­dzą nerwy i naczy­nia krwio­no­śne, a także otwory zewnętrzne dla narzą­dów zmy­słów (oczu, uszu, nosa i ust), tak by mogły one opty­mal­nie funk­cjo­no­wać i umoż­li­wiać inte­rak­cje ze świa­tem zewnętrz­nym. Zapew­niać miej­sce dla kolej­nych kom­ple­tów zębów nie­zbęd­nych do gry­zie­nia i prze­żu­wa­nia, a także wykształ­cić stawy skro­niowo-żuchwowe pozwa­la­jące na zaci­ska­nie i ucie­ra­nie pokarmu przez zęby, co zapo­cząt­ko­wuje pro­ces tra­wie­nia. Zapew­niać miej­sce dla gór­nych czę­ści układu odde­cho­wego i pokar­mo­wego, aby umoż­li­wić swo­bodny prze­bieg pro­ce­sów oddy­cha­nia i prze­su­wa­nia prze­żu­tego pokarmu.

Czaszkę można podzie­lić na dwie pod­sta­wowe czę­ści. Więk­szą z nich jest mózgo­czaszka, skła­da­jąca się z ośmiu kości. Pod­sta­wową i w zasa­dzie jedyną funk­cją tej sztyw­nej komory jest reali­za­cja funk­cji numer 1, czyli ochrona i pod­trzy­my­wa­nie deli­kat­nej tkanki mózgu. Druga, mniej­sza część czaszki to trze­wio­czaszka, która w chwili, gdy osią­gamy doro­słość, składa się z czter­na­stu kości, a służy przede wszyst­kim reali­za­cji funk­cji od 2 do 4.

U nowo­rodka trze­wio­czaszka jest więc znacz­nie mniej­sza niż mózgo­czaszka (w porów­na­niu do pro­por­cji u osoby doro­słej) i sta­nowi mniej wię­cej jedną siódmą całej obję­to­ści puszki mózgo­wej. Nowo­ro­dek ma zatem rela­tyw­nie dużą głowę (oto dla­czego poród bywa nie­bez­pieczny), z nie­pro­por­cjo­nal­nie dużymi oczami i oczo­do­łami, ponie­waż ich wiel­kość ma bez­po­średni zwią­zek z wiel­ko­ścią mózgu. Twórcy kre­skó­wek i ani­ma­to­rzy z Disneya oraz War­ner Bros wyko­rzy­sty­wali róż­nice ana­to­miczne mię­dzy głową dziecka i doro­słego, by przed­sta­wiać cechy "dobra" i "zła" w spo­sób dzia­ła­jący na pod­świa­do­mość widza. Posta­cie miłe i nie­stwa­rza­jące zagro­że­nia, takie jak Elmer Fudd, prze­ciw­nik Kró­lika Bugsa, są niskie i pulchne, mają wielką łysą głowę i małą, lecz pucu­ło­watą twarz bez pod­bródka, no i oczy­wi­ście wiel­kie okrą­głe oczy - ich wygląd jest zde­cy­do­wa­nie pedo­mor­ficzny, czyli mło­dzień­czy. Zupeł­nie ina­czej przed­sta­wiano kie­dyś posta­cie złe lub nie­bez­pieczne. Dża­far z Ala­dyna albo Dia­bo­lina ze Śpią­cej Kró­lewny są wysocy i chu­dzi, mają małe głowy i małe sko­śne oczy, duże pod­bródki i nie­pro­por­cjo­nal­nie wydłu­żone, chude twa­rze. Dzi­siej­sze kre­skówki i obrazy, gene­ro­wane kom­pu­te­rowo, są bar­dziej wyra­fi­no­wane, ale opi­sane zestawy cech na­dal w znacz­nej mie­rze są defi­niu­jące.

Cha­rak­te­ry­styczny wygląd dziecka wynika więc z faktu, że pro­por­cje czaszki zależą od dwóch zupeł­nie róż­nych czę­ści ciała: mózgu i zębów. Ponie­waż mózg roz­wija się o wiele wcze­śniej niż zęby, wymogi zwią­zane z jego wzro­stem są u nowo­rod­ków szcze­gól­nie widoczne. Na eta­pie roz­woju zarod­ko­wego ludzki układ ner­wowy ma postać pła­skiej war­stwy tkanki, która następ­nie zagina się, two­rząc coś w rodzaju rurki do napo­jów, bie­gną­cej przez śro­dek całego ciała od miej­sca, w któ­rym roz­wi­nie się mózg. W czwar­tym tygo­dniu roz­woju pło­do­wego część mózgowa słomki zagina się w miej­scu przy­szłego rdze­nia krę­go­wego i zaczyna puch­nąć niczym balon.

W miej­scu, gdzie w przy­szło­ści powsta­nie mózg, tkanka ta na­dal będzie zwięk­szała obję­tość i osią­gnie cał­kiem zaawan­so­wany poziom roz­woju, zanim jesz­cze wokół niej zacznie powsta­wać zrąb mózgo­czaszki. Tkanka mózgu i, ogól­nie rzecz bio­rąc, tkanka ner­wowa wysy­łają sygnały sprzy­ja­jące odkła­da­niu tkanki kost­nej, która ma je chro­nić. Trudno się więc dzi­wić, że jed­nymi z naj­wcze­śniej powsta­ją­cych kości w ludz­kim orga­ni­zmie są wła­śnie kości czaszki, w szcze­gól­no­ści mózgo­czaszki.

Spo­sób powsta­wa­nia kości kli­no­wej, poło­żo­nej w samym środku pod­stawy czaszki, może nam pomóc w usta­le­niu, czy kość ta pocho­dzi z płodu, czy też z ciała nowo­rodka. Kość kli­nowa powstaje z sze­ściu oddziel­nych czę­ści - dwóch frag­men­tów trzonu oraz pary skrzy­deł więk­szych i pary skrzy­deł mniej­szych. W pią­tym mie­siącu ciąży zra­stają się przed­nia część trzonu i skrzy­dła mniej­sze. Do ósmego mie­siąca powstała część kości kli­no­wej zra­sta się zaś z tylną czę­ścią trzonu. W momen­cie naro­dzin kość kli­nowa zwy­kle składa się więc z trzech oddziel­nych czę­ści: zro­śnię­tego trzonu ze skrzy­dłami mniej­szymi oraz dwóch oddziel­nych skrzy­deł więk­szych.

Wymie­nione ele­menty połą­czą się ze sobą do końca pierw­szego roku życia dziecka. Zdol­ność do ziden­ty­fi­ko­wa­nia każ­dej z nie­wiel­kich czę­ści kości kli­no­wej, zro­śnię­tej lub niezro­śnię­tej, a także zna­jo­mość wzoru i sekwen­cji zacho­dzą­cych w niej zmian w zależ­no­ści od wieku, pozwa­lają antro­po­lo­gowi usta­lić wiek zmar­łego dziecka ze znaczną dokład­no­ścią tylko na pod­sta­wie tej jed­nej kości. Kości, które mogą posłu­żyć do tego samego celu, w czaszce jest jed­nak znacz­nie wię­cej - i wła­śnie dla­tego jest ona tak cen­nym źró­dłem infor­ma­cji.

Jeśli pół­kule mózgu się nie wykształcą, co jest scho­rze­niem noszą­cym nazwę bez­mó­zgo­wia, część kości czaszki nie będzie sty­mu­lo­wana do wzro­stu. Taki płód ma szansę dożyć do porodu, ale choć jego część twa­rzowa, z kiep­sko zary­so­wa­nymi oczo­do­łami, będzie roz­wi­nięta, to jego szcząt­kowy mózg będzie prak­tycz­nie pozba­wiony sztyw­nej osłony kost­nej, przez co głowa będzie mieć wygląd balonu, z któ­rego uszło powie­trze. Nowo­rodki z tym scho­rze­niem nie żyją dłu­żej niż kilka godzin po naro­dzi­nach, rza­dziej kilka dni. Brak mózgu i puszki mózgo­wej ozna­cza tra­gicz­nie krót­kie życie.

Kości mózgo­czaszki powstają w miej­scu błony, która ota­cza roz­wi­ja­jący się mózg, i dla­tego róż­nią się od innych kości two­rzą­cych szkie­let. W prze­kroju wyglą­dają tro­chę jak kanapka: mają cienką war­stwę śród­ko­ścia (gr. diploe), poro­wa­tego, jakby z pęche­rzy­kami powie­trza, wci­śniętą mię­dzy dwie war­stwy twar­dej struk­tury przy­po­mi­na­ją­cej kość sło­niową.

Cza­sem ta war­stwowa struk­tura nie wykształca się w spo­sób wła­ściwy, wsku­tek czego powstają znacz­nie cień­sze niż zwy­kle obszary kości, co naraża czaszkę na łatwe uszko­dze­nie. Rzadka dzie­dziczna cho­roba, uta­jony roz­sz­czep czaszki, w wyniku któ­rej w kościach cie­mie­nio­wych z tyłu czaszki pozo­stają dwie duże zaokrą­glone dziury, potocz­nie nazy­wana jest cza­sem scho­rze­niem "oczu z tyłu głowy". Mniej popu­larną angiel­ską nazwę tego scho­rze­nia, piętno Catlina1, sfor­mu­ło­wał ame­ry­kań­ski bio­log, dok­tor Wil­liam M. Gold­smith, który w 1922 roku opi­sał tę nie­pra­wi­dło­wość u szes­na­ściorga człon­ków pię­ciu poko­leń rodziny Catlin. W jej prze­biegu nie docho­dzi do wykształ­ce­nia kości we wspo­mnia­nych miej­scach - ponie­waż jed­nak zmiana doty­czy nie­wiel­kiego obszaru czaszki, nie wydaje się wpły­wać na dłu­gość życia. Choć oczy­wi­ście przy ura­zach głowy w tym rejo­nie dotknięte scho­rze­niem osoby są bar­dziej nara­żone na uszko­dze­nia.

Piętno Catlina bar­dzo różni się od dziur w gło­wie powsta­łych w wyniku histo­rycz­nych tre­pa­na­cji - prze­pro­wa­dza­nych w róż­nych czę­ściach świata (być może także ze wzglę­dów kul­tu­ro­wych), pod­czas któ­rych wyko­ny­wano otwory w czaszce na ogół wciąż przy­tom­nego pacjenta poprzez wier­ce­nie, dłu­to­wa­nie lub stru­ga­nie. Tę bru­talną ope­ra­cję prze­pro­wa­dzano być może w celu lecze­nia cięż­kich bólów głowy, a być może w celu lecze­nia cho­rych psy­chicz­nie (by wypę­dzić "złe duchy", któ­rym zresztą można było przy­pi­sać każdą z wymie­nio­nych dole­gli­wo­ści). W więk­szo­ści kul­tur wyko­ny­wa­nia tego typu tre­pa­na­cji zaprze­stano do końca śre­dnio­wie­cza, choć w Afryce lub Poli­ne­zji jej przy­padki zda­rzały się nawet na początku XX wieku. Bez dobro­dziej­stwa współ­cze­snych środ­ków znie­czu­la­ją­cych ból odczu­wany przez pacjen­tów musiał był roz­dzie­ra­jący, choć są też suge­stie, że pro­ce­dura mogła cza­sem pro­wa­dzić do wywo­ła­nia stanu eufo­rycz­nego "haju". To nie­sa­mo­wite, że ludzie potra­fili prze­trwać tak bru­talną ope­ra­cję, ale w spo­sób nie­zbity potwier­dza to fakt ist­nie­nia wielu cza­szek z wyraź­nymi śla­dami dłu­go­trwa­łego goje­nia wokół miej­sca uszko­dze­nia.

Pewne budzące prze­ra­że­nie narzę­dzie z XVIII stu­le­cia daje pogląd na to, jak mogła prze­bie­gać rze­czona ope­ra­cja. Przy­po­mi­nało ono nieco wier­tarkę ręczną, z czymś w rodzaju dłuta z ostrym koń­cem, bar­dzo podob­nego do dzi­siej­szych wier­teł łopat­ko­wych do drewna. Zresztą podo­bień­stwa narzę­dzi orto­pe­dycz­nych do tych uży­wa­nych w sto­lar­stwie i cie­siel­stwie jest nie­przy­pad­kowe. Sama sły­sza­łam, jak pewien chi­rurg sta­ży­sta z Walii w ramach szli­fo­wa­nia umie­jęt­no­ści zde­cy­do­wał się zatrud­nić na tydzień jako pomoc­nik sto­la­rza na budo­wie. Nie­wąt­pli­wie pomo­gło mu to roz­wi­nąć talent.

Ale do rze­czy - zmie­rzam ku temu, że antro­po­log sądowy może natra­fić na czaszkę z dziu­rami powsta­łymi z bar­dzo róż­nych przy­czyn, z któ­rych wiele mogło wcale nie mieć wpływu na śmierć danej osoby. Doświad­czony spe­cja­li­sta nie będzie miał dużego pro­blemu z odróż­nie­niem dziur powsta­łych wsku­tek dzie­dzicz­nego roz­sz­czepu czaszki od tych będą­cych wyni­kiem tre­pa­na­cji. Przede wszyst­kim będą się róż­nić umiej­sco­wie­niem i syme­trią - otwory zwią­zane z pięt­nem Catlina zwy­kle są dwa, znaj­dują się w tyl­nej czę­ści kości cie­mie­nio­wych i mają podobną wiel­kość oraz poło­że­nie, nato­miast dziury po tre­pa­na­cji są na ogół poje­dyn­cze i mogą poja­wić się w dowol­nym miej­scu mózgo­czaszki. Odmien­nie będą też wyglą­dać brzegi jed­nych i dru­gich. Kra­wę­dzie otwo­rów piętna Catlina są ostre, nato­miast wokół otwo­rów tre­pa­na­cyj­nych czę­sto widoczne jest cha­rak­te­ry­styczne, przy­po­mi­na­jące spodek wgłę­bie­nie, powstałe na sku­tek prze­mo­de­lo­wa­nia tkanki kost­nej, pod warun­kiem oczy­wi­ście, że osoba po tre­pa­na­cji prze­żyła i roz­po­czął się pro­ces goje­nia. Jeśli czło­wiek ten nie prze­żył lub zmarł wkrótce po tre­pa­na­cji, czę­sto widoczne będą ślady uży­tych do jej prze­pro­wa­dze­nia narzę­dzi, umiej­sco­wione na powierzchni cię­cia rysy i rowki, a także nie­za­le­czone pęk­nię­cia.

Kości skle­pie­nia mózgo­czaszki mają tak cha­rak­te­ry­styczną budowę (wspo­mnia­nej kanapki z dwóch warstw kości zbi­tej roz­dzie­lo­nych śród­ko­ściem), że trudno je pomy­lić z inną czę­ścią szkie­letu, nawet jeśli dys­po­nu­jemy jedy­nie poje­dyn­czym, małym frag­men­tem tkanki. Inne czę­ści mózgo­czaszki nie zawsze można tak łatwo roz­po­znać.

Pod­czas śledz­twa mają­cego usta­lić, co przy­da­rzyło się pew­nej kobie­cie w śred­nim wieku, która nagle zagi­nęła w małym mia­steczku w Szko­cji, jedyną poszlaką, jaką dys­po­no­wa­li­śmy, był malutki kawa­łe­czek cze­goś, co jak przy­pusz­czali tech­nicy kry­mi­na­li­styki, mogło być kością.

Mary widziano ostatni raz, gdy zakła­dała płaszcz i wycho­dziła z pracy na pięć dni przed tym, jak na poli­cję tra­fiła infor­ma­cja o jej zagi­nię­ciu. Ostat­nią rze­czą, jaką powie­działa współ­pra­cow­ni­kom, była infor­ma­cja, że udaje się do domu, by wyrzu­cić swo­jego męża na zbity pysk, ponie­waż ma dość jego kłamstw i kom­bi­no­wa­nia. Tego dnia ode­brała tele­fon z banku, w któ­rym poin­for­mo­wano ją, że w papie­rach doty­czą­cych wnio­sku o kre­dyt na 50 tys. fun­tów, o jaki mał­żeń­stwo wła­śnie wystą­piło, są pewne nie­pra­wi­dło­wo­ści. "Nie­pra­wi­dło­wo­ści" te były istot­nie dość poważne, jako że kobieta nie pod­pi­sy­wała żad­nych papie­rów. Jej pod­pis pod­ro­bił mał­żo­nek, któ­remu nie wyszło kilka biz­ne­sów i nad któ­rym wisiało mnó­stwo dłu­gów.

Mary miała go już ser­decz­nie dość i czę­sto wspo­mi­nała zna­jo­mym, że gdyby któ­re­goś dnia nie zja­wiła się w pracy i zaczęła jej szu­kać poli­cja, to powinni prze­ka­zać funk­cjo­na­riu­szom, by zaczęto poszu­ki­wa­nia od ogródka na tyłach domu. Tym­cza­sem Mary zagi­nęła naprawdę, a jej mąż nie powia­do­mił o tym fak­cie poli­cji przez pięć dni. Pod­czas prze­słu­cha­nia zeznał, że w dniu, w któ­rym zagi­nęła, Mary wró­ciła z pracy, ostro się pokłó­cili, po czym kobieta w zło­ści wybie­gła z domu. Dodał, że nie zamie­rzała wró­cić, dopóki nie ochło­nie. Jak przy­pusz­czał, mogła wyje­chać do Lon­dynu i zatrzy­mać się u ich doro­słych już dzieci. Nie trzeba chyba doda­wać, że tak się nie stało.

Tech­nicy kry­mi­na­li­styki prze­jęli kon­trolę nad domem pary. Zna­leźli ślady krwi w łazience, potwier­dzone póź­niej dzięki bada­niu DNA jako nale­żące do Mary, a kiedy za pomocą endo­skopu zba­dali kolanko odpły­wowe wanny, zna­leźli mały kawa­łek odłu­pa­nego szkliwa zęba. W żad­nym wypadku nie wystar­czało to jed­nak nawet do sfor­mu­ło­wa­nia suge­stii, że Mary nie żyje. Mogła choćby potknąć się w łazience i ude­rzyć pod­bród­kiem w brzeg wanny. Obec­ność krwi i frag­mentu szkliwa można by łatwo wyja­śnić zwy­kłym upad­kiem.

Następ­nie tech­nicy spraw­dzili kuch­nię, gdzie wykryli ślady krwi wokół drzwi­czek pralki. Jak potwier­dzono, nale­żała ona do Mary. Z fil­tra pralki pozy­skali nato­miast dro­binę cze­goś, co jak uznali, mogło być kawał­kiem kości. Zanim wysłali ją do ana­lizy DNA, potrze­bo­wali opi­nii antro­po­loga, który mógłby stwier­dzić, czy rze­czy­wi­ście jest to kość i czy należy do czło­wieka, a jeśli tak, to z jakiej czę­ści ciała pocho­dzi.

Gdy cho­dzi o kolej­ność wyko­ny­wa­nia testów na małych frag­men­tach mate­riału dowo­do­wego, musimy być bar­dzo uważni. Nie­zwy­kle istotne jest, by w pierw­szej kolej­no­ści prze­pro­wa­dzać wszel­kie ana­lizy nie­po­cią­ga­jące za sobą nie­od­wra­cal­nych zmian danego obiektu. Opi­sy­wany frag­ment kości, o ile w isto­cie była to kość, miał zale­d­wie około cen­ty­me­tra dłu­go­ści i pół cen­ty­me­tra sze­ro­ko­ści. Wyko­na­nie testu DNA ozna­cza­łoby zmie­le­nie i znisz­cze­nie tego okru­cha. I tak ana­to­miczna próba ziden­ty­fi­ko­wa­nia kości stała się nie­zwy­kle istotna, bowiem to od niej zale­żało poten­cjalne sfor­mu­ło­wa­nie oskar­że­nia o mor­der­stwo. Można oczy­wi­ście żyć bez nie­któ­rych czę­ści szkie­letu, ale są też takie, któ­rych utrata dość jed­no­znacz­nie wska­zuje na śmierć osoby, będą­cej uprzed­nio ich wła­ści­cie­lem.

Poli­cja przy­wio­zła wspo­mniany frag­ment do mojego labo­ra­to­rium. Usie­dli­śmy z kole­gami przy stole i zaczę­li­śmy go oglą­dać przez szkła powięk­sza­jące, pró­bu­jąc usta­lić, z czym mamy do czy­nie­nia. Był tak deli­katny, że nie­chęt­nie go doty­ka­li­śmy, by nie uszko­dzić go jesz­cze bar­dziej. Tego typu sytu­acje są nie­praw­do­po­dob­nie stre­su­jące, musimy bowiem na bie­żąco rela­cjo­no­wać swoje spo­strze­że­nia prze­by­wa­ją­cym z nami w tym samym pomiesz­cze­niu ofi­ce­rom. A zwy­kle to, co przy­cho­dzi nam do głowy, gdy pró­bu­jemy okre­ślić pocho­dze­nie danego kawałka kości, osta­tecz­nie zmie­nia się w zupeł­nie inny wer­dykt. Docho­dze­nie do koń­co­wych wnio­sków na głos, po pod­ję­ciu kilku fał­szy­wych tro­pów i zabrnię­ciu w parę śle­pych zauł­ków, może budzić obawy doty­czące tego, co myślą sobie na twój temat poli­cjanci i jak oce­niają poziom two­jego pro­fe­sjo­na­li­zmu. Mimo to osta­teczne potwier­dze­nie pocho­dze­nia przed­miotu naszej ana­lizy musimy otrzy­mać na dro­dze bar­dzo rygo­ry­stycz­nych, kolej­nych eli­mi­na­cji. Dla doświad­cze­nia i otwar­tej aka­de­mic­kiej dys­ku­sji nie ma alter­na­tywy. Choć to smutne, rzadko zda­rzają nam się momenty elo­kwen­cji w stylu Sher­locka Hol­mesa, pod­czas któ­rych, trzy­ma­jąc w ręku kawa­łek kości, możemy wykrzyk­nąć: "Ach tak! Jeśli się nie mylę, drogi Wat­so­nie, mamy tu frag­ment lewej gór­nej powierzchni sta­wo­wej kręgu pier­sio­wego nieco uty­ka­ją­cej kobiety w wieku dwu­dzie­stu trzech lat!". W życiu jest tro­chę tak, jak­by­śmy dys­po­no­wali jedy­nym kawał­kiem ukła­danki skła­da­ją­cej się z tysiąca ele­men­tów. Albo­wiem nie ma dwóch podob­nych ana­to­micz­nych ukła­da­nek. Czy frag­ment kości ma jakieś kra­wę­dzie? Czy widać jakiś wzór? Czy powta­rza się on w innych miej­scach?

W tym wypadku od samego początku nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że mamy do czy­nie­nia z kawał­kiem kości i że pocho­dzi ona z czaszki. Był to cienki pła­tek kości o gład­kiej powierzchni zewnętrz­nej, a przez jego lekko pomarsz­czoną powierzch­nię wewnętrzną bie­gła wyraźna fałda. Taka kom­bi­na­cja cech po pro­stu nie mogła wystą­pić w żad­nym innym miej­scu ciała.

Teraz przy­szedł czas na pro­ces eli­mi­na­cji kolej­nych poten­cjal­nych miejsc, z któ­rych mogła pocho­dzić kość. Pła­tek nie mógł być kawał­kiem skle­pie­nia mózgo­czaszki, ponie­waż budu­jące je kości mają opi­saną już budowę "kanap­kową" z war­stwą śród­ko­ścia. Ponie­waż nasz frag­ment nie był tak zbu­do­wany, musiał pocho­dzić z boków, pod­stawy czaszki lub twa­rzo­czaszki. Bio­rąc pod uwagę, że pomarsz­cze­nia wewnętrz­nej powierzchni kości musiały powstać wsku­tek kon­taktu z bruz­dami i zakrę­tami pół­kul mózgo­wych, zawę­zi­li­śmy moż­li­wo­ści jej pocho­dze­nia do trzech miejsc: czę­ści oczo­do­ło­wej kości czo­ło­wej (gór­nej czę­ści oczo­dołu), czę­ści łusko­wej kości skro­nio­wej (z boku czaszki, ponad uchem) oraz skrzy­dła więk­szego kości kli­no­wej (rejonu skroni mię­dzy oczami a uszami, który instynk­tow­nie masu­jemy, gdy drę­czy nas ból głowy).

Uzna­li­śmy, że frag­ment jest zbyt gruby, by pocho­dził z oczo­dołu. Drugą moż­li­wość też odrzu­ci­li­śmy, ponie­waż na tej czę­ści kości skro­nio­wej nie wystę­pują żadne wyraźne fałdy czy występy. To nie to. Ostat­nim i jedy­nym miej­scem, z któ­rego mógł pocho­dzić odprysk, była kość kli­nowa. Buduje ona czę­ściowo puszkę mózgową, nie zawiera śród­ko­ścia, po wewnętrz­nej stro­nie ma wgłę­bie­nia wyni­ka­jące z kon­taktu z pół­kulą mózgową, a także występ ozna­cza­jący miej­sce połą­cze­nia z kością czo­łową. To umiej­sco­wie­nie nam paso­wało i byli­śmy prze­ko­nani, że wyeli­mi­no­wa­li­śmy wszyst­kie inne w miarę sen­sowne moż­li­wo­ści. Nasza narada zajęła godzinę, po któ­rej poli­cja była już zde­cy­do­wa­nie znu­dzona nami i naszą żar­go­nową papla­niną.

Na koniec musie­li­śmy jesz­cze okre­ślić, czy frag­ment pocho­dzi z pra­wej, czy lewej strony czaszki. Jeśli mie­li­śmy rację, odprysk mógł pocho­dzić jedy­nie z lewej strony, ponie­waż w innym wypadku fałda na kości musia­łaby być swoim lustrza­nym odbi­ciem. Bli­sko miej­sca, z któ­rego pocho­dził frag­ment kości, prze­bie­gają bar­dzo duże naczy­nia krwio­no­śne (tęt­nica opo­nowa środ­kowa) i jeśli ta część czaszki została tak strza­skana, że odprysk kości zna­lazł się na zewnątrz, można było z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zało­żyć, że Mary już nie żyła. O tym jed­nak decy­do­wał pato­log. Zgo­dził się z naszymi wnio­skami, acz­kol­wiek przy­znał, że nie może wypo­wia­dać się w kwe­stii iden­ty­fi­ka­cji pocho­dze­nia odłamka kości, ponie­waż wykra­cza to poza jego wie­dzę ana­to­miczną. By­naj­mniej nie ucie­szył nas ten ukłon w stronę naszego doświad­cze­nia, a jego zastrze­że­nie zabrzmiało w naszych uszach raczej jak dzwo­nek ostrze­gaw­czy. Ozna­czało to bowiem ni mniej, ni wię­cej, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zosta­niemy wezwani do sądu na roz­prawę, ponie­waż iden­ty­fi­ka­cja pocho­dze­nia frag­mentu kości zapewne okaże się klu­czowa dla oskar­że­nia. Pro­ku­ra­tor potwier­dził zaś, że od tej pory mamy do czy­nie­nia ze sprawą o mor­der­stwo.

Odła­mek kości został wysłany na bada­nie DNA, które potwier­dziło, że pocho­dził od Mary. Jej mąż zmie­nił zezna­nia. Teraz stwier­dził, że ich kłót­nia prze­bie­gła bar­dziej gwał­tow­nie. Jak powie­dział, Mary miała w ręce nóż, bo aku­rat robiła kanapki, i prze­stra­szył się, że go zaata­kuje. Zła­pał ją więc za rękę i popchnął, a ona nie­szczę­śli­wie prze­le­ciała przez drzwi kuchenne i spa­dła ze scho­dów, ude­rza­jąc głową w beto­nową posadzkę na dole. Wszę­dzie roz­pry­snęły się krew i mózg, zapew­niał dalej śled­czych. Dodam tu może, że skutki moc­nego ude­rze­nia głową w beto­nową posadzkę nie bar­dzo zga­dzają się z tym opi­sem, a śled­czy nie zna­leźli wyraź­nych śla­dów krwi u pod­nóża scho­dów.

Dalej mąż zeznał, że z lewej strony głowy żony, koło ucha, wypły­nęła cała kałuża krwi. Zdał sobie wów­czas sprawę, że Mary nie żyje, prze­niósł więc ciało do łazienki i uło­żył w wan­nie. Następ­nie wyczy­ścił dom, owi­nął ciało w pla­stik i prze­niósł do bagaż­nika. O dru­giej w nocy wsiadł do samo­chodu i odje­chał, aby pozbyć się zwłok. Tę część histo­rii poli­cja mogła już potwier­dzić, ponie­waż krew Mary zna­le­ziono w bagaż­niku auta, a jego wyprawę zare­je­stro­wały uliczne kamery. Następ­nie zeznał, że wrzu­cił ciało do pobli­skiej rzeki o sil­nym nur­cie. Szcząt­ków zmar­łej do dziś nie odna­le­ziono.

Po powro­cie uprał ubra­nie, nie­świa­do­mie prze­no­sząc kawa­łe­czek kości kli­no­wej Mary do pralki. Na szczę­ście nie nasta­wił urzą­dze­nia na pra­nie w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze z bio­lo­gicz­nym deter­gen­tem, ponie­waż wów­czas zapewne nie uda­łoby się zba­dać DNA. Wtedy zaś pro­ku­ra­tu­rze i kry­mi­na­li­styce znacz­nie trud­niej byłoby udo­wod­nić, że odła­mek kości nale­żał do Mary. Logicz­nie rzecz bio­rąc, oczy­wi­ście trudno byłoby wąt­pić, że mógłby nale­żeć do kogoś innego, jed­nak z tro­ski o zapew­nie­nie każ­demu uczci­wego pro­cesu nasz sys­tem prawny wymaga, by cię­żar udo­wod­nie­nia prze­stęp­stwa nale­żał do pro­ku­ra­tury, obrona musi zaś jedy­nie wzbu­dzić uza­sad­nione wąt­pli­wo­ści.

Tak jak się oba­wia­łam, wezwano mnie do sądu, gdzie grun­tow­nym bada­niom miała zostać pod­dana moja spe­cja­li­styczna zna­jo­mość ana­to­mii ludz­kiego ciała, w tym wypadku odno­sząca się do iden­ty­fi­ka­cji drob­nego kawa­łeczka kości. Sala sądowa to doprawdy obce śro­do­wi­sko dla naukowca. Możemy jedy­nie odpo­wia­dać na zada­wane nam pyta­nia, a jeśli te wła­ściwe się nie poja­wiają, prze­ży­cie to może być bar­dzo wyczer­pu­jące i fru­stru­jące. W Szko­cji nie możemy prze­by­wać na sali sądo­wej, kiedy chcemy, lecz wcho­dzimy na wezwa­nie, przez co nie wiemy, jakie tak­tyki prawne przy­jęto czy też jakie zezna­nia już przed­sta­wiono, a jakie dopiero się poja­wią.

W tym wypadku prze­słu­cha­nie mnie roz­po­częła pro­ku­ra­tura w oso­bie swo­jego przed­sta­wi­ciela, któ­rego dotąd nie spo­tka­łam, pyta­ją­cego w imie­niu Korony o moje kwa­li­fi­ka­cje. Następ­nie pozwo­lono mi zło­żyć opi­nię i prze­py­tano, jak doszłam do przed­sta­wio­nych w niej wnio­sków. Kiedy wystę­puje się po stro­nie pro­ku­ra­tury, czę­sto ta część roz­prawy jest naj­prost­sza, ponie­waż zwy­kle jej przed­sta­wi­ciele nie chcą i nie zamie­rzają pod­wa­żać naszych wypo­wie­dzi, chyba że z jakie­goś powodu jest to dla nich przy­datne. Tym razem część ta zakoń­czyła się dla mnie po około godzi­nie, z czego więk­szość czasu poświę­ci­łam na zapew­nia­nie sądu, że mam wystar­cza­jące kwa­li­fi­ka­cje do wyda­wa­nia opi­nii bie­głego.

Jest naprawdę istotne, by opi­nia pre­zen­to­wana przed sądem opie­rała się wyłącz­nie na doświad­cze­niu i zna­jo­mo­ści dys­cy­pliny, którą się zaj­mu­jemy, i by nie zba­czać w rejony, które poza nią wykra­czają. Moje zezna­nia tego dnia nie były skom­pli­ko­wane. Uwa­ża­łam, że to, co zna­le­ziono w pralce, jest frag­men­tem kości i że pocho­dzi z lewego skrzy­dła więk­szego kości kli­no­wej. Nie mogłam wypo­wia­dać się w kwe­stii, czy osoba, do któ­rej nale­żał, wciąż żyje. Nie mogłam wyra­żać opi­nii, czy ten frag­ment nale­żał do ciała Mary. Nie mogłam stwier­dzić, jak długo prze­by­wał w fil­trze pralki ani też jak mógł tam tra­fić.

Ponie­waż sędzio­wie i rada przy­się­głych zwy­kle punk­tu­al­nie robią prze­rwę na lunch, wyli­czy­łam sobie, że przy­naj­mniej jeśli o mnie cho­dzi, nie powin­nam cier­pieć dłu­żej niż dwie lub trzy godziny prze­słu­chi­wa­nia przez obronę. Jej przed­sta­wi­cie­lem był męż­czy­zna, któ­rego bar­dzo dobrze zna­łam i niezwy­kle sza­no­wa­łam, ale to wcale nie ozna­czało, że nasze kon­takty sądowe były spo­tka­niami towa­rzy­skimi przy kawie i cia­stecz­kach. Był bar­dzo dobry w tym, co robił, a przy tym, choć twardo odpie­rał ten zarzut, kul­ty­wo­wał zwy­czaj bar­dzo ele­ganc­kiego ubie­ra­nia się i miał skłon­ność do praw­dzi­wie sce­nicz­nych zacho­wań, z czym świet­nie współ­grały jego boko­brody i fajka w stylu Sher­locka Hol­mesa. Jeśli kie­dyś coś prze­skro­bię i będę musiała sta­nąć przed obli­czem sądu, to jego wybiorę sobie na obrońcę.

W Szko­cji osoba, która składa zezna­nia, pod­czas prze­słu­cha­nia musi stać w wyzna­czo­nym do tego miej­scu. W takiej sytu­acji zawsze ścią­gam buty, by czuć się pew­niej i lepiej się sku­pić. Nikt nie może tego zoba­czyć. Ponie­waż sąd mnie obser­wuje, przy­bie­ram poke­rowy wyraz twa­rzy. Pod­czas wspo­mnia­nej roz­prawy praw­nika repre­zen­tu­ją­cego obronę popro­szono o skie­ro­wa­nie do mnie pytań, ale wciąż sie­dział, cze­ka­jąc, aż w sali zrobi się zupeł­nie cicho. Następ­nie wyko­nał gest godny naj­lep­szych tele­wi­zyj­nych kry­mi­na­łów, się­gnął bowiem pod swoje biurko i wycią­gnął wielki, ciężki pod­ręcz­nik. Dźwi­ga­jąc się powoli do pionu, co miało pod­kre­ślić, z jak dużym cię­ża­rem się zmaga, teatral­nym gestem rzu­cił książkę na blat przed sobą, wznie­ca­jąc przy tym tuman kurzu. Było to naj­now­sze wyda­nie Ana­to­mii Graya, czyli biblii ana­to­mów. Pierw­sze słowa, jakie wyrzekł, wypo­wie­dziane z nie­na­gan­nym edyn­bur­skim akcen­tem, na dobre utkwiły mi w pamięci: "Cóż, pani pro­fe­sor, ani przez moment w panią nie wąt­pię...".

Po czym roz­po­częło się nie­zwy­kle inten­sywne gril­lo­wa­nie, w trak­cie któ­rego odpo­wia­da­łam na pyta­nia o to, jak roz­wi­jają się kości u dziecka, jak rosną, jak pękają, o ota­cza­jące je tkanki i pro­ces eli­mi­na­cji róż­nych moż­li­wo­ści, który na koniec pozwo­lił mi dojść do takich, a nie innych wnio­sków i usta­lić dokładną pozy­cję frag­mentu kości oraz fakt, że pocho­dzi on z lewej, a nie z pra­wej strony czaszki. Pro­ku­ra­tor, zada­jąc mi wcze­śniej pyta­nia, na które nie mogłam odpo­wie­dzieć z braku kwa­li­fi­ka­cji, odciął wiele poten­cjal­nych ście­żek, które przed­sta­wi­ciel obrony z pew­no­ścią spró­bo­wałby wyko­rzy­stać, jak choćby takie, czy frag­ment kości mógł nale­żeć do jakieś innej osoby, jak jesz­cze mógł tra­fić do pralki i tak dalej. Tego typu zasadzki cze­kają na spe­cja­li­stów sta­wia­ją­cych się w sądzie i zawsze trzeba uwa­żać.

Ang. Catlin mark (przyp. tłum.). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki