Coraz więcej krajów na świecie wpada w sidła nadmiernej konsumpcji. Chińska gospodarka przez ostatnie 15 lat wzrastała średnio o 10% rocznie. Rezultatem była istna eksplozja konsumpcji. Obecnie 250 milionów ludzi - czyli dokładnie tyle, ile wynosi cała populacja USA - cieszy się w Chinach nowym, "bogatym" stylem życia. W zachodnim świecie konsumpcjonizm rozwijał się przez przeszło dwa stulecia, w Chinach - niespełna dekadę! Z jednej strony jest to wspaniała wiadomość dla kraju, który przez wieki cierpiał z powodu biedy, jednak odbije się to na innych obszarach życia mieszkańców tego kraju. Chiny planują budowanie 10 nowych portów lotniczych i 35 elektrowni węglowych każdego roku przez najbliższe 5 lat. Codziennie na chińskich ulicach pojawia się tysiąc nowych samochodów - obecnie w Chinach jest więcej pojazdów niż w całych Stanach Zjednoczonych, co oznacza zużycie ropy na poziomie dużo wyższym niż jej wydobycie przez Państwo Środka.
Niemożliwością jest praktyczne przeniesienie amerykańskiego snu do każdego zakątka świata - jest to po prostu niewykonalne. Trzeba pamiętać, że przez konsumpcjonizm cierpi nie tylko planeta, ale również człowiek. Ogromne koncerny robią wszystko, by zadowolić klienta i coraz bardziej obniżają ceny. W rezultacie cierpią kraje, w których zlokalizowana jest największa część produkcji. Badania wykazują, że kiedy osiągniemy pewien poziom dochodów, nasz poziom szczęścia ma niewiele wspólnego z oszczędnościami zgromadzonymi w banku. Szczęście nie jest kwestią absolutnego bogactwa, ale bogactwa relatywnego - w stosunku do sąsiadów, kolegów z pracy, osób publicznych. Nie można żyć pod ciągłą presją posiadania i kupowania coraz większej liczby rzeczy, bo stres, który jest wynikiem tej presji, doprowadza nas do wyniszczenia. Większość z nas chce czuć się pewnie, bezpiecznie, przynależeć do społeczności, czuć się dobrze ze swoim prawdziwym "ja", a nie tylko ze swoim zewnętrznym wizerunkiem. Jednak potrzeby te nie mogą być zaspokojone przez konsumpcjonizm. Ludzie kierujący się w życiu jedynie takimi celami jak bogactwo, pieniądze czy posiadanie, odczuwają szczęście w o wiele mniejszym stopniu niż osoby, które dążą do dobrych relacji z innymi, zadowolenia z pracy i prawdziwej jakości życia. Ponieważ nie możemy zupełnie odejść od obecnego sposobu funkcjonowania, rozwiązaniem jest sprawienie, aby konsumpcjonizm pracował dla nas, dla innych ludzi i dla planety w dobry sposób - można go ukierunkować na nowo i właśnie to powinniśmy zrobić. Możemy sprawić, aby nasze życie było bardziej znaczące, konsumować w sposób odpowiedzialny. Istnieją już technologie oraz wiedza, które pozwalają na to, by nasza konsumpcja stała się bardziej przyjazna dla środowiska, jednak problemem pozostaje przekonanie ludzi do korzystania nich. Powstają projekty, które mają na celu pokazanie, że np. ekologiczna konstrukcja budynków może nie tylko reprezentować dobrą jakość życia, ale też być opłacalna. Musimy jednak brać pod uwagę całokształt naszego sposobu funkcjonowania.
Pomoc przychodzi z najmniej spodziewanego źródła - międzynarodowe organizacje zaczynają inwestować część swoich środków w reanimację środowiska. Należy pamiętać, że odpowiedzialność powinna być podzielona - my, jako konsumenci danego produktu, również nie jesteśmy bez winy. Potencjał tkwi w poważnych, przełomowych zmianach technologicznych. Dzisiejsza ekonomia jest wciąż skandalicznie niewydajna, ponieważ pochłania ogromne ilości wody, energii i różnego rodzaju materiałów. Natomiast technologie, których potrzebujemy, już istnieją - przy dużych nakładach inwestycyjnych mogą stać się tańsze i powszechniejsze.
Dzisiaj celem niemal każdego rządu jest zmaksymalizowanie wzrostu gospodarczego danego kraju. Najprostszym sposobem na rozwój ekonomii jest przekonanie ludzi, by konsumowali i wydawali więcej, co z kolei budzi w człowieku obsesyjną chęć nieustannego konsumowania, które ma sprawić, że nasze życie stanie się lepsze - i tak pętla się zamyka. Paradoksalnie nasze życie może stać się lepsze tylko wtedy, gdy zdołamy ograniczyć konsumpcję do rozsądnych granic. Powinniśmy przesunąć środek ciężkości z ciągłego wzrostu gospodarczego na samopoczucie, jakość życia, społeczną spójność, koncentrując się na umocnieniu ludzkiego poczucia wspólnoty, odpowiedzialności zbiorowej czy na promowaniu zdrowego balansu pomiędzy pracą zawodową a życiem prywatnym. Osobiste spełnienie i dobre samopoczucie powinny zająć miejsce przed pieniędzmi i interesami. To wizja kompletnie innego świata stworzonego przez kombinację innego rodzaju polityki i innego rodzaju konsumpcjonizmu - świata opartego na zasadzie lepszego życia za sprawą mniejszej konsumpcji. Tylko w ten sposób możemy rozwiązać ogólnoświatowy socjalny i środowiskowy kryzys.
REWOLUCJA WELLNESS
Chęć bycia zdrowym i sprawnym w wieku dojrzałym i na starość ma bezpośredni wpływ na podejmowane przez nas każdego dnia decyzje - zaczynając od wyboru szczoteczki i pasty do zębów, poprzez wybory żywieniowe, aż po preferowaną aktywność fizyczną, odpowiednie kosmetyki, strój, a nawet łóżko, w którym zazwyczaj kończymy dzień. Wymagamy coraz więcej od produktów, które konsumujemy, i choć coraz więcej z nas jest świadomymi konsumentami zainteresowanymi składem, pochodzeniem, działaniem produktów, po które sięgamy, a także ich wpływem na ludzki organizm i zdrowie, to świadomość społeczeństw w tym względzie jest wciąż bardzo niska - mamy do czynienie zaledwie z zalążkiem rewolucji, która nadchodzi.
O wielu usługach czy produktach, które mogą poprawić jakość naszego życia i stan zdrowia, ludzie po prostu jeszcze nie słyszeli, a nawet jeśli takie informacje do nich dotarły, nie wiedzą, jak wykorzystać je dla korzyści zdrowotnych czy dla poprawienia jakości życia, co można by osiągnąć dzięki możliwościom, jakie daje branża wellness, zarówno w życiu prywatnym, jak i w aspekcie finansowym (jako źródło zarobków). Przemysł zdrowotny jest na tyle specyficzny, że daje olbrzymie możliwości każdemu, kto chce poprawić swoje życie. Dzięki niemu możemy nie tylko polepszyć swoją sytuację materialną, ale przede wszystkim zapewnić sobie wiele pozytywnych wrażeń - w aspekcie zdrowia duchowego i mentalnego oraz sprawności fizycznej.
Kiedyś zmiany, aby faktycznie zaistnieć i się utrwalić, potrzebowały średnio stu lat. We współczesnym świecie zachodzą one w ciągu dekady, czasem nawet w ciągu zaledwie kilku lat. Paul Zane Pilzer, światowej sławy ekonomista, przedsiębiorca, multimilioner, profesor i autor bestsellerów, szacuje, że w najbliższej dekadzie trylion dolarów dochodu amerykańska gospodarka zawdzięczać będzie przemysłowi wellness, który zapewni ludziom produkty i usługi sprawiające, że ci będą czuć się zdrowiej i wyglądać lepiej, a także takie, które spowolnią proces starzenia się lub będą zapobiegać chorobom. W przemyśle zdrowotnym szacuje się sprzedaż na poziomie 300 bilionów dolarów i 300% wzrostu rocznie.
Grupa społeczna określona mianem baby boomers to obecni pięćdziesięcio-, sześćdziesięciolatkowie osiągający maksimum swoich dochodów, co daje im większą siłę nabywczą. Ich priorytety to zachowanie witalności i zdrowia, powstrzymywanie starzenia się, korzystanie z szeroko rozumianej branży wellness. Skłonni są wydać znaczną część swoich dochodów, aby pozostać w jak najlepszej kondycji fizycznej i psychicznej.
Kluczem do sukcesu w nowej branży jest edukowanie konsumenta na temat oferowanych przez nią produktów i usług, a przede wszystkim na temat jego (nowych) potrzeb. Nie mówimy tutaj jednak o kreowaniu potrzeb nieistniejących, ale o uświadamianiu mu, że we współczesnym świecie, kiedy ekosystem jest intensywnie niszczony, a pożywienie coraz bardziej plastikowe, branża wellness daje mu możliwość prowadzenia szczęśliwego, zdrowego i aktywnego życia mimo utrudnionych warunków egzystencji.
O tym, że nadchodzi ogólnoświatowa rewolucja wellness, mówią nam statystyki i współczesne trendy. Zdrowie i wellness uważane są za megatrendy, a główne obszary ich zainteresowania to:
odżywianie, zarządzanie wagą, zdrowe starzenie się.
Główne przyczyny wzrostu znaczenia wyżej wymienionych trendów to m.in.:
wygoda w aspekcie odżywiania (ważniejsza od jakości), chroniczny brak czasu, wysoki poziom stresu, żywność uboga w składniki odżywcze.
Wszystkie te czynniki razem wzięte tworzą pewny przepis na katastrofę.
Okazuje się, że głównym powodem epidemii otyłości i chorób cywilizacyjnych na świecie (głównie w krajach wysoko rozwiniętych i rozwijających się) nie jest wcale biologia, ale ekonomia. "Niewiarygodnie potężne siły ekonomiczne uniemożliwiają ludziom przejmowanie kontroli nad własnym zdrowiem i wręcz zachęcają ich do zwiększania wagi ciała - są to siły tak potężne, że nie da się ich powstrzymać inaczej jak tylko rewolucją"2.
2 P.Z. Pilzer, "Network magazyn" 2006, nr 9(3), s. 31.
Kluczem do przejęcia kontroli nad własnym zdrowiem jest oczywiście świadomość. W pierwszej kolejności trzeba zrozumieć, jak funkcjonują w Stanach Zjednoczonych3 warta bilion dolarów branża spożywcza i warta 1,5 biliona dolarów branża medyczna, które razem stanowią jedną czwartą całej gospodarki tego kraju.
3 W USA zjawiska te są najbardziej znaczące, zaś amerykańskie trendy są zazwyczaj naśladowane przez inne kraje, stąd Stany Zjednoczone traktowane są tu jako prekursor rozwoju branży spożywczej.
We współczesnym świecie dyskryminacja rasowa i płciowa zostały zepchnięte na drugi plan, a ich miejsce zajęła dyskryminacja z powodu wyglądu, czyli ze względu na wagę, kondycję fizyczną i stan zdrowia. Większość osób z nadwagą czy otyłością zajmuje dziś, zupełnie odwrotnie niż bywało w przeszłości, najniższe szczeble na drabinie ekonomicznej. Szczupłość, niegdyś kojarzona z biedą, dziś stała się synonimem bogactwa, sukcesu, wysokiego standardu życia. Szokujące jest to, że mimo najlepszej koniunktury gospodarczej w dziejach ludzkości oraz dostępu do wiedzy i specjalistów wskaźniki otyłości i nadwagi w USA wzrosły aż o 10% w ciągu zaledwie pięciu lat, a liczba osób z nadwagą prawie się podwoiła od lat 70. Dwieście lat temu o możliwościach człowieka decydowały pochodzenie i nazwisko, dziś o jego szansach stanowi wygląd.
Osoby otyłe mają utrudnione relacje społeczne oraz ograniczone możliwości zawodowe, nie tylko ze względu na dyskryminację, ale po prostu ze względu na limitowane możliwości fizyczne organizmu. Wbrew pozorom osoby szczupłe również borykają się z wieloma dolegliwościami zdrowotnymi, choć nie zawsze są tego świadome. W końcu przemysł farmaceutyczny nieustannie przekonuje nas o tym, że ogólny ból, chroniczne zmęczenie, zespół metaboliczny i inne pozornie niegroźne dolegliwości stały się już nieodłącznymi elementami naszej egzystencji, którą jednak mogą nam uprzyjemnić dziesiątki tabletek dostępnych bez recepty.
Prawda nie leży jednak ani po stronie przemysłu farmaceutycznego, ani zaprzyjaźnionego z nim przemysłu spożywczego, który powoli przekształca się z producenta żywności w konglomerat chemiczny. Należałoby powiedzieć, że za większością z tych schorzeń i dolegliwości cywilizacyjnych stoją przede wszystkim zabójcza dieta plus oczywiście nowy, "lepszy" tryb życia. Koncerny spożywcze warunkują konsumentów od ich najmłodszych lat tak, aby w wieku dorosłym wiedzieli już dokładnie, który produkt czy usługę należy wybrać.
"Tysiące firm z dwóch olbrzymich branż amerykańskiej gospodarki - spożywczej i medycznej - rządzi się uniwersalnymi prawami ekonomii, które prowadzą je do współdziałania tak zgodnego, jakby uczestniczyły w wielkim, niegodziwym spisku"4. W latach 1996-2000 proporcjonalnie do rosnącej w zastraszającym tempie liczby osób otyłych i z nadwagą rosły również koszty produktów i usług medycznych. W czasie, kiedy liczba otyłych Amerykanów sięgnęła 77 milionów, a tych z nadwagą 184 milionów, koszty w "przemyśle choroby" wzrosły z 1 do 1,5 miliarda dolarów. Wszystkie te liczby są wypadkowymi braku informacji, zasobów oraz chęci do ochrony własnego zdrowia. Jednak pozostały odsetek Amerykanów, czyli osoby mieszczące się w uznawanej normie wagowej (39% populacji kraju), stanowi zalążek nowej rewolucji w sektorze zdrowia i w stylu życia5.
4 P.Z. Pilzer, "Network magazyn" 2006, nr 9(3), s. 44.
5 P.Z. Pilzer, Zrób fortunę na zdrowym stylu życia, tłum. G. Łuczkiewicz, Konstancin-Jeziorna 2005, s. 380.
CODEX ALIMENTARIUS JAKO ZBIÓR NORM ŻYWIENIOWYCH
Codex Alimentarius, czyli Kodeks żywnościowy, to zbiór międzynarodowych norm, praktyk, zaleceń i zasad odnoszących się do żywności. Ten wspólny program został stworzony w latach 60. XX wieku przez takie organizacje WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) i FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa). Powołano nawet specjalną Komisję ds. Kodeksu Żywnościowego, która ma m.in.:
chronić zdrowie i interesy konsumentów; zapewniać uczciwe działania w międzynarodowym handlu żywnością; promować współpracę pomiędzy wszystkimi rządowymi i pozarządowymi organizacjami zajmującymi się tworzeniem norm żywnościowych; określać priorytety prac komisji, inicjować powstawanie projektów nowych norm i kierować ich przygotowaniem przy pomocy właściwych organizacji; zatwierdzać nowo opracowane normy i publikować je w kodeksie jako obowiązujące regionalnie lub globalnie; zmieniać dotychczas opublikowane normy po ich weryfikacji w świetle postępującego rozwoju nauki i techniki.
Obecnie do organizacji, oprócz WHO i FAO, należy 180 państw z całego świata oraz Wspólnota Europejska. W opracowywaniu dokumentów do kodeksu, oprócz państw członkowskich, mogą brać udział także inne kraje zainteresowane normami żywnościowymi, które występują wówczas na zasadach określonych dla obserwatorów, podobną rolę mogą przyjąć także różne międzynarodowe organizacje rządowe i pozarządowe. Wszyscy mają prawo zgłaszać uwagi na każdym etapie tworzenia danej normy, z wyjątkiem ustaleń końcowych. Statutowymi celami kodeksu są ułatwianie handlu międzynarodowego i ochrona konsumentów. Jednakże co do tego, czy kodeks naprawdę chroni konsumentów, są spore wątpliwości. Pojawiają się głosy określające go mianem politycznego ekwiwalentu współczesnych dokumentacji toksykologicznych, jako że zatwierdza on i promuje w handlu żywnością m.in. pestycydy, naświetlanie, biotechnologię czy syntetyczne odpowiedniki substancji leczniczych i odżywczych.
Większość ludzi żyje w całkowitej nieświadomości co do praw, jakimi rządzi się rynek żywnościowy, dlatego też nie są oni w stanie kontrolować własnego zdrowia nawet w tym zakresie. Najpierw należałoby zrozumieć działania branży spożywczej, wartej w samym tylko USA 1 bilion dolarów, oraz branży medycznej wartej 1,5 biliona dolarów, które to wspólnie (jak już wspomniałam) stanowią czwartą część gospodarki Stanów Zjednoczonych.
Współczesna medycyna traktuje bóle głowy, zaburzenia trawienia, bóle kończyn, organów, chroniczne zmęczenie czy reumatyzm jako stan normalny bądź też elementy nieuniknionego procesu starzenia się, nie mówiąc publicznie o tym, że wszystkie te tak powszechne w dzisiejszych czasach schorzenia, łącznie z epidemią chorobliwej otyłości, są bezpośrednim skutkiem współczesnej diety promowanej prze koncerny spożywcze, które często są również udziałowcami koncernów farmaceutycznych - i tu błędne koło się zamyka. Jeden gigant napędza drugiego, nie myśląc o długofalowych konsekwencjach swoich działań dla ludzkości czy dla planety, wyznaczając sobie za główny cel wzrost zysków i ekspansję na kolejne rynki. Przemysł spożywczy - o niewyobrażalnych dla przeciętnego człowieka rozmiarach - chce, abyśmy jedli coraz więcej żywności możliwie najgorszej jakości. Firmy produkujące półprodukty, gotowe posiłki, słodycze, przekąski zatrudniają rzesze specjalistów odpowiedzialnych za stworzenie produktu, który dzięki wnikliwym analizom psychologicznym społeczeństwa oraz badaniom demograficznym będzie odpowiadał na najskrytsze pragnienia klientów już (najczęściej) z marką związanych. A to dlatego, że łatwiej sprawić, aby stały klient zjadł np. cztery paczki chipsów niż przekonać nową osobę do ich zakupu, jeżeli ta nigdy nie próbowała danego produktu. Przemysł spożywczy dąży do sprzedaży jak największej ilości wysokoprzetworzonych produktów, co oczywiście przełoży się wprost proporcjonalnie na wzrost sprzedaży leków. Zgodnie z tzw. równaniem marketingowym chipsa ziemniaczanego za 90% sprzedaży odpowiada 10% klientów. W przypadku produktów wysokoprzetworzonych te 10%, czyli najbardziej cenną dla firmy grupę docelową, z reguły stanowią osoby z nadwagą o niskich dochodach, ponieważ to one zjadają średnio dwa razy więcej od przeciętnego konsumenta.
CERTYFIKATY, OZNACZENIA, PRODUKTY REGIONALNE
Czy certyfikaty naprawdę są gwarancją jakości? Używane na opakowaniach określenia typu: organiczne, bio, ze wsi, prosto od rolnika, ściółkowe, zdrowe itp., często są jedynie chwytami marketingowymi stosowanymi przez producentów w celu zwiększenia sprzedaży i nakłonienia bardziej świadomego konsumenta do zakupu danego produktu poprzez przekonanie go, że skoro płaci więcej, to może oczekiwać wyższej jakości produktu.
Według praw unijnych nawet w ekożywności dopuszcza się 5% substancji dodatkowych. "Zdrowi" producenci mają do wyboru 48 sztucznych barwników, wzmacniaczy smaku i zapachu. Dla porównania tzw. producenci konwencjonalni mają prawo korzystać aż z 316 dodatków do żywności!
Nie wszystko też, co faktycznie jest eko, jest jako eko oznaczone. Istnieje wiele gospodarstw rolnych, w których uprawia się rośliny w sposób naturalny, zaś zwierzęta karmione są paszami naturalnymi, co oznacza, że mleko, sery, jaja i mięso są zdrowe dla konsumenta. Nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko, co oznaczone jako zdrowe, jest zdrowe...
EUROPEJSKI SYSTEM OCHRONY PRODUKTÓW TRADYCYJNYCH I REGIONALNYCH
Na pewno przynajmniej raz podczas zakupów widzieliście na produkcie okrągły znaczek, najczęściej w kolorze niebieskim, choć bywa też czerwony, otoczony gwiazdkami, które mogą sugerować związek z Unią Europejską. I faktycznie tak jest. W rzeczywistości mamy do czynienia z trzema rodzajami stosowanych w UE oznaczeń dotyczących pochodzenia i sposobu powstawania produktów, które mają gwarantować ich jakość i zachowanie tradycyjnych metod ich wytwarzania. Europejska polityka rolna przekłada się na politykę jakości, co jest wynikiem coraz większej świadomości konsumentów, ich coraz wyższych wymagań dotyczących spożywanych produktów oraz rosnącej chęci poznania historii kupowanego produktu. Prawa unijne dotyczące wspomnianych znaków mają za zadanie obejmować ochroną drobnych producentów i ich produkty, które często są ściśle związane z tradycją, klimatem i miejscem ich wytwarzania.
Oznaczenia te mają za zadanie wyróżnić dwie grupy produktów:
produkty regionalne znanego pochodzenia - dotyczą ich oznaczenia Chroniona Nazwa Pochodzenia oraz Chronione Oznaczenie Geograficzne, produkty tradycyjne - dotyczy ich oznaczenie Gwarantowana Tradycyjna Specjalność.
CHRONIONA NAZWA POCHODZENIA (CHNP) I CHRONIONE OZNACZENIE GEOGRAFICZNE (CHOG)
Są to europejskie znaki przyznawane produktom regionalnym wyjątkowej jakości, których nazwa nawiązuje do miejsca ich wytwarzania i podkreśla ich związek z daną lokalizacją.
Oznaczenia ChNP i ChOG mogą zostać nadane produktom rolnym przeznaczonym do spożywania przez ludzi (płody ziemi, produkty pochodzące z hodowli i rybołówstwa oraz produkty pierwszego przetworzenia pozostające w związku z tymi produktami) lub środkom spożywczym (m.in. piwo, chleb, ciasto, ciastka, wyroby cukiernicze, inne wyroby piekarnicze, makarony).
Zachodzi jednak między nimi jedna zasadnicza różnica. W przypadku oznaczenia ChNP wszystkie surowce niezbędne do wytworzenia produktu pochodzą z danego obszaru geograficznego, odbywa się na nim również cały proces jego produkcji. Z kolei znak ChOG świadczy o tym, że na obszarze, do którego odnosi się nazwa produktu, przebiega co najmniej jeden z etapów jego powstawania.
GWARANTOWANA TRADYCYJNA SPECJALNOŚĆ (GTS)
Ten europejski znak jakości przyznaje się produktom o tradycyjnej nazwie, która określa ich specyficzne cechy lub jest dla nich tradycyjnie stosowana. Produkt GTS musi być wytwarzany z tradycyjnych surowców według tradycyjnej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie receptury lub tradycyjnymi metodami.
Oznaczenie GTS może może zostać nadane produktom rolnym przeznaczonym do spożycia przez ludzi (płody ziemi, produkty pochodzące z hodowli, rybołówstwa oraz produkty pierwszego przetworzenia będące w związku z tymi produktami) oraz środkom spożywczym (takim jak piwo, napoje z ekstraktów roślinnych, czekolada, chleb, ciasto, ciastka, wyroby cukiernicze, makarony), a także gotowym daniom.
BIO
Skrót "bio" pochodzi od słowa "biologiczne". "Bio" oznacza, że produkt jest ekologiczny lub pochodzenia organicznego - dotyczy to zarówno produktów spożywczych, jak i składników, które wykorzystywane są np. do produkcji kosmetyków. Co się za tym kryje?
Podstawą produkcji i uprawy roślin ekologicznych jest wyeliminowanie nawozów chemicznych i środków ochrony roślin; w zamian stosuje się środki organiczne użyźniające glebę. Rośliny takie powinny być uprawiane daleko od dróg, szlaków komunikacyjnych oraz zakładów produkcyjnych. Ponadto każde gospodarstwo powinno zachować co najmniej dwuletni okres przejściowy przed rozpoczęciem ekologicznej uprawy roślin.
Wymogi hodowli zwierząt są podobne. Obowiązujące zasady to m.in. żywienie paszami pochodzącymi z upraw ekologicznych, zapewnienie stałego dostępu do naturalnych pastwisk i przestrzeni oraz zakaz stosowania wszelkiego rodzaju stymulatorów i hormonów - dotyczy to zarówno surowców genetycznie modyfikowanych, jak i środków konserwujących czy syntetycznych barwników i polepszaczy. Wymagane są również odpowiednie warunki hodowli i traktowania zwierząt oraz ich humanitarny ubój.
EKO
Według prawa unijnego producent ma prawo nazwać swój produkt eko, jeżeli w co najmniej 95% został on wyprodukowany metodami naturalnymi. Uprawy rolne powinny być oddalone zarówno od dróg, jak i od terenów skażonych, gdyż gleba musi być czysta. Obowiązuje również zasada płodozmianu, co oznacza, że dla zachowania wartości gleby na danym obszarze nie można uprawiać wciąż tego samego. Uprawiane rośliny można nawozić jedynie naturalnie, czyli używając kompostu lub obornika. Nie ma mowy o opryskach pestycydami, herbicydami lub fungicydami.
Zwierzęta nie mogą być karmione paszą przemysłową. Nie wolno podawać im również antybiotyków ani hormonów wzrostu.
Producent, który chce opatrzyć swoje wyroby znakami bio lub eko, musi ubiegać się o certyfikat u jednej z dziesięciu jednostek certyfikujących, nad którymi kontrolę sprawuje Główny Inspektor Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Zanim certyfikat zostanie przyznany, reprezentanci takiej jednostki przyjeżdżają, aby upewnić się, że zachowano wymagane standardy uprawy lub hodowli. Jeśli wszystko jest zgodne z normami, wydają certyfikat; potem dany obiekt kontrolowany jest raz w roku.
ORGANIC
Angielskie słowo organic oznacza "organiczny". Używane jest ono głównie w krajach anglojęzycznych w odniesieniu do produktów pochodzących z rolnictwa ekologicznego i dla określenia żywności ekologicznej, jednak zasadniczo oznacza to samo co bio. Prawo unijne rygorystycznie stanowi, iż nazwy takie jak "ekologiczny", "organiczny", "bio" są sformułowaniami zastrzeżonymi i mogą być używane tylko w odniesieniu do produktów spełniających wymogi określone w regulacjach wspólnotowych. Należy uważać na określenia takie jak "naturalne" lub "zdrowa żywność", które nie są kontrolowane przez żadne instytucje ani nie mają związku z rolnictwem ekologicznym.
FAIRTRADE
Określenie fair trade dosłownie należy rozumieć jako "sprawiedliwy handel". Jest to certyfikat przyznawany przez organizację Fairtrade International, oznaczający, że produkt został wytworzony przez organizacje (producenta - najczęściej spółdzielnię produkcyjną lub przedsiębiorstwo, głównie w krajach rozwijających się - oraz nabywcę - głównie przedsiębiorstwa lub stowarzyszenia, będące partnerami producentów w krajach rozwiniętych), które w produkcji i handlu spełniły poniższe warunki:
bezpośredni handel: produkt jest kupowany przez dystrybutorów należących do systemu Fairtrade (zrzeszonych w krajowych bądź międzynarodowych strukturach) bezpośrednio od producenta; uczciwa cena: produkt jest kupowany za cenę minimalną ustaloną przez Fairtrade lub wyższą, jeśli ceny rynkowe są od niej wyższe; długoterminowe zobowiązania: nabywca nawiązuje długoterminową relację handlową z producentem; dostęp do kredytu: producenci mogą żądać od nabywców kredytu lub przedpłaty do wysokości 60% ceny zakupu; demokratyczna i transparentna organizacja: producenci założyli demokratycznie i jawnie zarządzane spółdzielnie lub pozwalają pracownikom organizować się i negocjować z pracodawcą; ochrona środowiska: uprawy prowadzone są w sposób zrównoważony i z poszanowaniem środowiska, a jeśli produkty mają również certyfikat ekologiczny, płacone są dodatkowe bonusy; rozwój lokalnych społeczności: do gwarantowanej przez Fairtrade ceny minimalnej producentom wypłacana jest premia na cele społeczne; uiszczenie opłat udziału w systemie: opłata musi być uregulowana przez wszystkich jego członków, zarówno przez producentów, jak i nabywców.
KOSZERNE
Wielu z nas kupuje koszerne produkty takie, jak: słodycze, soki, wyroby mleczne, alkohole czy orzeszki ziemne. Najczęściej pochodzą one z fabryk międzynarodowych koncernów lub z niewielkich lokalnych wytwórni. W większości przypadków kupujemy je nieświadomie, gdyż koszerność produktów najczęściej łączymy z religią, a nie z ich jakością.
W Polsce moda na produkty koszerne dopiero raczkuje, tymczasem na Zachodzie - zwłaszcza w USA - znak koszerności konsumenci traktują jako wiarygodny znak jakości, plasując go dużo wyżej niż eko lub produkt naturalny. W północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych taki certyfikat ma niż połowa produktów na półkach sklepowych, a cała gałąź przemysłu związana z koszernymi produktami spożywczymi warta jest tam ok. 7 miliardów dolarów rocznie.
Głównymi konsumentami produktów koszernych w USA są muzułmanie, wegetarianie, weganie, adwentyści dnia siódmego, osoby cierpiące na różne alergie, a także ci, którzy uważają, że żywność ta jest zdrowa, sprawdzona i wolna od niepotrzebnych substancji chemicznych. Żydzi stanowią w tej grupie zaledwie 20-30% kupujących.
Skąd przekonanie, że te produkty są zdrowe? Otóż normy zakazujące używania w nich związków chemicznych i wszelkich substancji polepszających smak czy wygląd i przedłużających trwałość są tak restrykcyjne, iż jest prawie pewne, że w krajach wysoko rozwiniętych jest to najzdrowsza żywność. Przykładowo w jedzeniu certyfikowanym jako koszerne nie mogą znajdować się substancje dodatkowe oznaczone jako E. Zakazane są m.in. czerwony barwnik E120, czyli koszenila, wytwarzana z roztartych na proszek meksykańskich robaczków czerwców kaktusowych, oraz E542, czyli fosforan wapnia uzyskiwany z kości zwierząt. Na czarnej liście dodatków znajdują się też: żelatyna, emulgatory i stabilizatory pochodzące z tkanek zwierzęcych. Wszystkie te substancje są dopuszczone do spożycia przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), jednak trudno uznać je za zdrowe i niezbędne dla naszego funkcjonowania. Nawet podczas zwykłego procesu rafinacji cukru wykorzystuje się wiele substancji chemicznych.
Nazwa "koszerny" wywodzi się z języka hebrajskiego i w dosłownym tłumaczeniu oznacza "właściwy". Pojęcie to odnosi się do reguł obowiązujących w prawie żydowskim i dotyczy leków, napojów oraz żywności. Określa sposób produkcji oraz konsumowania danego produktu.
Zgodnie z prawami judaizmu, tzw. halachą, dopuszcza się do spożycia mięso zwierząt mających rozszczepione kopyto i przeżuwających, stworzeń wodnych mających płetwy i łuski, niektórych gatunków szarańczy i ptaków. Zakazane jest spożywanie nerwu kulszowego. Dopuszczalne jest spożywanie mleka i jaj pochodzących od zwierząt, których mięso jest koszerne, ponadto miodu i innych produktów (nabiału, wody, warzyw). Owoce powinny pochodzić z drzew mających co najmniej trzy lata.
Z punktu widzenia kultury europejskiej ciekawostką jest, iż produkty mięsne nie mogą być spożywane razem z produktami mlecznymi - z tego powodu wymagane jest stosowanie w kuchni zgodnej z zasadami kaszrutu dwóch kompletów garnków i odrębnych sprzętów kuchennych oraz nakryć. Posiłki mleczne i mięsne powinno się spożywać z co najmniej kilkugodzinną przerwą. Norma to sześć godzin, jednak czas ten różni się w zależności od stopnia ortodoksji i miejsca zamieszkania. Ekstremalnie ortodoksyjni żydzi uważają, że przerwa ta powinna trwać przynajmniej 24 godziny. Jest to kwestia otwarta i nieokreślona przez żadne normy. Pokarmy możliwe do łączenia i z mięsem, i z mlekiem nazywane są parwe. Pewne produkty, aby można określić je mianem koszernych, nie mogą być wytwarzane ani sprzedawane przez nieżydów, np. wino.
Jak wygląda przyznawanie certyfikatu? Rabin posiada wgląd w całą dokumentację produkcji żywności - producent udostępnia mu spis wszystkich substancji, które wykorzystał do wytworzenia danego produktu oraz ujawnia cały proces. Zanim certyfikat zostanie nadany, rabin sprawdza, czy w magazynie są te same składniki, które w składzie produktu, deklaruje producent. Przeprowadza się również niezapowiedziane kontrole, aby upewnić się, że producent rzeczywiście zachowuje wszelkie niezbędne normy i procedury.
HALAL
W języku arabskim słowo halal oznacza "to, co nakazane". Normy te odnoszą się do religii i dotyczą produktów spożywczych oraz napojów. Podstawą jest zakaz spożywania wieprzowiny, ale również GMO, czyli organizmów genetycznie modyfikowanych, oraz wszelkich produktów wzbogacanych chemicznie. Poza sposobem uboju zwierząt istotny jest również sposób ich karmienia, czyli to, co spożywają i w jakich warunkach. To samo dotyczy roślin, a nawet wody. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że produkty oznaczone jako halal - podobnie jak było w przypadku produktów koszernych - nie są pełne chemii ani nie zostały poddane popularnym dziś w przemyśle spożywczym praktykom, takim jak wzbogacanie produktów, konserwowanie, nastrzykiwanie i wiele innych.
O ŻYWNOŚCI SŁÓW KILKA
WARZYWA, OWOCE
Zaleca się nam jedzenie owoców i warzyw co najmniej pięć razy dziennie, ale nikt nie określa, jakie owoce i warzywa miałyby to być, ani nie mówi o tym, ile faktycznie mają one wartości odżywczych. Praktykowane od dekad monokultury, nadużywanie herbicydów, fungicydów i pestycydów, modyfikacje genetyczne oraz skażenie wód i powietrza doprowadziły do wyjałowienia gleby, w związku z czym obecnie uprawiane rośliny są dużo słabsze i dużo uboższe w składniki mineralne i witaminy niż dawniej, gdyż związków tych po prostu nie ma w glebie. Choć wyglądają tak samo jak kiedyś, są to zupełnie inne rośliny.
W 2004 roku grupa badaczy z teksańskiego uniwersytetu opublikowała w magazynie "The Journal of the American College of Nutrition" swoje badania. Przestudiowali oni zgromadzone w departamencie rolnictwa dane z lat 1950 i 1999 dotyczące 43 różnych warzyw i owoców. Zauważyli znaczący spadek ilości białka, wapnia, fosforu, żelaza, ryboflawiny (witaminy B2) i witaminy C, do którego doszło w ciągu ostatniego półwiecza. Donald Davis, który przewodził grupie badaczy, oraz jego koledzy tę zmniejszającą się wartość odżywczą uprawianych roślin przypisują rozwojowi praktyk rolniczych mających na celu poprawę cech takich jak rozmiar, tempo wzrostu czy odporność na szkodniki, niemających niczego wspólnego z wartościami odżywczymi.
The Organic Consumers Association przytacza kilka kolejnych badań ze zbliżonymi wynikami: analiza danych żywieniowych z lat 1975-1997 przeprowadzona przez Instytut Kushiego wykazała, że średni poziom zawartości wapnia w 12 świeżych warzywach spadł o 27%, poziom żelaza o 37%, poziom witaminy A o 21%, zaś poziom witaminy C aż o 30%. Zbliżone badania dotyczące składników odżywczych w pożywieniu w latach 1930-1980 opublikowano w "British Food Journal". Wykazały one, że w 20 popularnych warzywach średnia zawartość wapnia spadła o 19%, żelaza o 22%, a potasu o 14%. Kolejne badania pokazały, że dziś trzeba zjeść osiem pomarańczy, aby dostarczyć organizmowi taką samą ilość witaminy A, jaką nasi dziadkowie przyjmowali w jednym tylko owocu.
Zmiany w zawartości minerałów i w ich równowadze w roślinach prowadzą do zmian proporcji minerałów w tkankach i kościach człowieka.
Jak więc kupować warzywa i owoce? Staraj się wybierać produkty sezonowe. Nie musisz przecież jeść truskawek w styczniu. Wiadomo, że musiały tu jakoś dojechać, a w związku z tym, że nie należą do produktów, które mogą długo leżakować, jak np. jabłka czy gruszki, swoją świeżość zawdzięczają tonom pestycydów, którymi zostały opryskane.
Nawet w sezonie możemy natknąć się na truskawki nafaszerowane chemią. Sekwencja wygląda mniej więcej tak: zaczyna się sezon. Miła pani sprzedaje truskawki z certyfikatem eko lub bio - widocznym na pierwszy rzut oka - przy głównej ulicy w mieście. Kupujesz kobiałkę, wracasz do domu. Zjadasz owoce - po prostu smak dzieciństwa! Cieszysz się, że w końcu czujesz smak natury sprzed lat. Tydzień później wracasz na stoisko. Certyfikat jest jakby mniej widoczny. Kupujesz kolejną kobiałkę. Wracasz do domu. Zjadasz truskawki. Palą w język. Wciąż jednak myślisz, że może ci się wydaje, bo jesteś już przewrażliwionym konsumentem. Mija godzina, dwie i jesteś cały w plamy, chociaż nie masz alergii na truskawki. Myślisz sobie, o co chodzi? Chemia! Opryski! Twój organizm daje ci znać, jak tylko może, że z produktem jest coś nie tak.
Niestety, z roku na rok jest coraz gorzej. Opryskiwane są maliny, borówki amerykańskie i inne owoce. Czy ktoś pamięta, żeby 10 lat temu maliny pleśniały w ciągu kilku godzin od zakupu? Albo żeby zajadać się dorodnymi borówkami amerykańskimi i czuć, jak pieką w język? W obecnej sytuacji naprawdę dużym dylematem staje się wybór pomiędzy niespożywaniem owoców i warzyw w celu ograniczenia przyjmowanej chemii (dodawanej do nich przed uprawą i w jej trakcie oraz podczas transportu) a dostarczaniem organizmowi składników odżywczych i minerałów niezbędnych do prawidłowego, optymalnego funkcjonowania.
Staraj się kupować warzywa i owoce lokalne i sezonowe. Coraz więcej jest targów, na których możemy zakupić świeże produkty. Pytaj sprzedawców, sprawdzaj na etykietach, skąd pochodzi produkt. Będziesz wiedział, jak daleką drogę przebył, zanim trafił na twój stół. Często okazuje się też, że mrożone owoce i warzywa nie są aż tak straszne, gdyż zamrażane są średnio 12-15 godzin po zebraniu, czyli w porównaniu z produktami, które przejechały pół świata, zanim dotarły do supermarketu, na pewno plasują się wyżej na liście produktów wartościowych.
MIĘSO, WĘDLINY, RYBY
Mięso i jego przetwory to kolejny temat rzeka, który ewoluuje niezwykle szybko. Im bardziej świadomy staje się konsument, tym bardziej przebiegły robi się producent. Trend na poszukiwanie mięsa bio wyczuły supermarkety i coraz częściej znajdziemy w ich lodówkach produkty oznaczone jako mięso pochodzące ze zwierząt hodowanych w sposób tradycyjny, karmionych paszą niezawierająca GMO, bez podawania antybiotyków czy hormonów wzrostu. Najczęściej są to produkty wysokiej jakości. Warto jednak kupować je w formie świeżej, czyli takie, które mają na opakowaniu datę produkcji i kilkudniowy termin przydatności do spożycia.
Kiedyś w sklepach było po prostu mięso i po prostu jaja, dziś mamy już do czynienia z markami - kto by pomyślał kilka lat temu, że kurczak czy jajko mogą być markowe. Otóż coraz częściej tak właśnie jest. Co nie zawsze oznacza jednak, że są to produkty zdrowe. Zdarza się, że markowe jajka oznaczone symbolem 3 w designerskim opakowaniu i z profilem w mediach społecznościowych oraz wysoką ceną są po prostu jajami z chowu klatkowego - czyli najgorszymi dostępnymi na rynku, zarówno pod względem jakości jajek, jak i traktowania kury. Zdarzyło mi się również kupić kurczaka eko, który, choć w formie świeżej jest całkiem dobrej jakości, był zamrożony - w takim wypadku nigdy nie wiemy, jak długo leżał w zamrażarce. Być może sklep zakupił ich zbyt dużo i nie cieszyły się powodzeniem, w związku z czym zostały zamrożone. W każdym razie kurczak po wyjęciu z opakowania śmierdział tak przeraźliwie, że bezpieczniej było się go pozbyć niż narażać siebie i swoich bliskich na zatrucie lub, w najlepszym wypadku, złe samopoczucie. Podobna sytuacja miała miejsce nawet na ekobazarku, gdzie zakupiłam kurczaka młodego, świeżego, odłożonego specjalnie dla mamy chorego dziecka, która nie przyszła po towar. Pani ekspedientka był niezwykle przekonująca, dlatego udało jej się mi tego ptaka sprzedać. Jednak nie miał on nic wspólnego ani ze świeżością, ani ze zdrowiem, a już na pewno nie był młody... Tak więc nieważne, gdzie robimy zakupy, zawsze trzeba zachować dystans do słów sprzedawcy - jak widać, historie łapiące za serce sprzedadzą nawet mięso. Tryb detektywa jest w takich przypadkach zawsze wskazany.
Ryby. Do niedawna przekonywano nas, byśmy jedli ich więcej, bo są zdrowe, dostarczają nam sporo białka, zawierają niezbędne kwasy tłuszczowe i wiele innych wartości odżywczych. Niestety w masowej hodowli ryb nie wygląda to tak pięknie. Ryby trzymane są w ciasnych zbiornikach, w których czystość wody pozostawia wiele do życzenia, nie mówiąc już o obszarach skażonych, jak np. Pacyfik na skutek katastrofy w Fukushimie. Ponadto ryby w hodowlach karmione są paszą GMO, aby rosły szybciej. Często też modyfikuje się już samą rybę, jak np. łososia w USA. W Azji "produkcja" pang, tilapii i ryb maślanych bazuje na istnym koktajlu chemiczno-hormonalnym. Kolejnym problemem, i to ogólnoświatowej wagi, jest wszędobylski plastik. Nadmiar plastikowych polimerów w wodach, trafiających do niej wraz z odpadami, ale też pochodzących z naszej odzieży technicznej, która podczas prania uwalnia cząsteczki plastiku do kanalizacji, skąd przechodzą one do wód gruntowych, oceanów i rzek, sprawia, że już w co drugiej rybie znajdziemy szkodliwe dla zdrowia elementy plastiku!
KASZE, RYŻE, PŁATKI, MAKARONY
Do niedawna sprawa była jasna. Rodzime kasze były najzdrowsze, a coraz więcej konsumentów dowiadywało się, że najlepiej omijać GMO i równowaga na rynku w miarę możliwości była zachowana. Niestety rynek ewoluuje, wraz z konsumentem i z nowymi pomysłami producentów. I tak dziś glifosat - składnik aktywny wszechobecnego pestycydu o nazwie Roundup - ląduje nie tylko na polach kukurydzy, soi czy pszenicy, ale używany jest również do przetwarzania kaszy jaglanej, gryczanej, komosy ryżowej, a nawet ryżu. Coraz więcej osób deklaruje alergię na dane ziarno, tymczasem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż alergizują nas chemikalia dodawane do niego podczas uprawy lub nawet na etapie pakowania.
Obecny w pszenicy glifosat powoduje takie spustoszenia w organizmie, że nic dziwnego, że nie możemy jej jeść. Na tym tle coraz częściej występują też różne problemy związane z przewodem pokarmowym, zarówno u dzieci, jak i u osób starszych. W gruncie rzeczy u każdego. W każdym wieku mogą pojawić się dolegliwości zdrowotne i coraz częściej uważa się, że to właśnie glifosat jest głównym winowajcą. Budzi on wielkie obawy w związku z tym, co robi z naszą florą jelitową, bo kiedy raz zaburzymy równowagę mikrobiomu, proces trawienia staje się bardzo trudny. Aby uspokoić konsumentów, stosowanie glifosatu tłumaczy się tym, że wpływa on tylko na rośliny i bakterie. Jednak nikt nie mówi głośno o tym, że ludzki organizm składa się z dziesięciokrotnie większej liczby bakterii niż komórek. Dlatego stosowanie tej substancji w masowej produkcji żywności staje się dla nas budzącą prawdziwy niepokój kwestią.
Co w takim razie z płatkami? W reklamach często słyszymy "naturalne, bez glutenu", co ma nas zachęcić do zakupu, ale czy oznacza to również "naturalne, bez chemii i modyfikacji"?
Przeanalizujmy zatem przykładowe składy musli i płatków dostępnych na rynku.