Przedmowa
Przedmowa
Zadaniem tej książki jest ukazanie pewnego
światopoglądu. Wychodzi ona od prostego założenia -?że przyszłe
pokolenia są ważne -?a następnie analizuje, do czego to założenie
prowadzi. Czy jesteśmy w stanie dokonać naprawdę trwałej zmiany, a jeśli
tak, to w jaki sposób? Większość z nas zdaje sobie sprawę z długofalowych konsekwencji globalnego ocieplenia, ale czy są kwestie,
które zaniedbujemy? Co jest ważniejsze: udoskonalanie trajektorii, po
której będzie poruszała się przyszłość, czy dopilnowanie, by w ogóle
jakaś przyszłość nas czekała?
Światopogląd przedstawiony w tej książce nazywam longtermizmem.
Początkowo definiowałem ten termin jako przeświadczenie, że wywieranie
pozytywnego, długofalowego wpływu stanowi jeden z moralnych priorytetów
naszych czasów. Od czasu publikacji w Stanach Zjednoczonych pierwszego
wydania niniejszej książki zacząłem jednak określać go jako przekonanie,
że powinniśmy zrobić znacznie więcej, by chronić interesy przyszłych
pokoleń. Wolę tę definicję, ponieważ podkreśla ona potrzebę działania, a abstrakcyjny "długofalowy wpływ" został w niej zastąpiony prawdziwym
przedmiotem naszej troski -?przyszłymi ludźmi.
Pojawienie się w Stanach Zjednoczonych Co jesteśmy winni przyszłości
wywołało wiele reakcji. Niektórych czytelników książka ta zainspirowała
do przeznaczania 10% rocznych dochodów na cele charytatywne, innych
skłoniła do podążania ścieżką kariery o większym znaczeniu. Kolejni nie
zgadzali się z moimi argumentami i odpowiadali na nie w przemyślany
sposób. Byli też tacy, którzy źle mnie zrozumieli. W tej przedmowie
chciałbym odnieść się do najczęstszych sceptycznych reakcji.
Wielu czytelników wyrażało obawy, że longtermizm za bardzo skupia się na
wydumanych spekulacjach na temat odległych zagrożeń, odciągając naszą
uwagę od ważniejszych, współczesnych problemów. Rozumiem, z czego wynika
to przekonanie, ale uważam, że w dokonywanej w jego ramach interpretacji
wyzwań, przed jakimi stoimy, tkwi fundamentalny błąd. Owszem, część
działań, jakie proponuje longtermizm, przyniesie nam korzyści dopiero za
wiele lat, ale w tym podejściu nie ma nic szalonego. Abolicjoniści i działacze feministyczni poświęcili kiedyś życie misji, która zakończyła
się sukcesem dopiero całe dekady po ich śmierci -?i jestem im za to
głęboko wdzięczny.
Częściej jednak w longtermizmie chodzi o połączenie myślenia
długofalowego i bieżącego działania. Wymienione przeze mnie zagrożenia
technologiczne są palące już teraz, a wydarzenia, które nastąpiły po
publikacji tej książki, tylko to potwierdziły. Weźmy choćby wojnę
atomową. W Co jesteśmy winni przyszłości wskazuję, że ryzyko, że
jeszcze za naszego życia wybuchnie III wojna światowa, jest bardzo
realne. Niestety, gdy tylko ukończyłem pisać ten tekst, Władimir Putin,
ku oburzeniu społeczności międzynarodowej, dokonał inwazji na Ukrainę i jednocześnie odmówił rezygnacji z użycia broni jądrowej.
Sądzę, że w 2022 roku byliśmy bliżej wybuchu wojny nuklearnej niż w jakimkolwiek innym roku mojego życia. Stosunki między wielkimi
mocarstwami są nie najlepsze, a nadzieje, że w przyszłości mocarstwa te
wykażą się większą chęcią współpracy, wydają się nikłe. W warunkach
podwyższonego napięcia bardziej prawdopodobne jest, że wskutek
przypadkowego zdarzenia, błędnej kalkulacji lub nieporozumienia
wybuchnie niszczycielski konflikt.
Równie dużym zagrożeniem są sztucznie wywoływane pandemie. W nadchodzących dekadach dziesiątki milionów ludzi mogą umrzeć w wyniku
zakażenia wirusem stworzonym w laboratorium, czy to wskutek wypadku, czy
wyścigu zbrojeń. Jednak pomimo olbrzymich szkód wywołanych przez
COVID-19 jedynie garstka krajów podjęła jakikolwiek znaczący wysiłek, by
przygotować się na przyszłe pandemie.
Nawet ryzyko związane z zaawansowaną sztuczną inteligencją dotyczy już
najbliższej przyszłości. Zaledwie trzy miesiące po publikacji Co
jesteśmy winni przyszłości OpenAI wypuściła ChatGPT, rozbudowany model
językowy zdolny do prowadzenia konwersacji, odpowiadania na pytania,
kodowania i tworzenia poezji1. Po dwóch miesiącach od premiery
miał on już 100 milionów użytkowników, stając się tym samym
najprawdopodobniej najszybciej rozwijającą się aplikacją w historii2.
Pojawienie się programu ChatGPT było ostatnim dzwonkiem dla tych, którzy
dotychczas lekceważyli zagrożenia ze strony zaawansowanej sztucznej
inteligencji. Jakby dla uświadomienia nam dobitnie owych zagrożeń
wkrótce potem Bing wypuścił swój czat -?jeszcze potężniejszego i bardziej alarmującego bota, nazywającego niektórych użytkowników
"wrogami" i wysuwającego pod ich adresem groźby. Przy tym wyjaśnił, jak
mógłby włamać się do dowolnego systemu internetowego i za pomocą
perswazji zdobyć kody dostępu do broni nuklearnej, gdyby go nie
powstrzymano.
Moc AI gwałtownie rośnie, a zewsząd napływają fundusze. Pytanie brzmi
nie tyle, czy AI przekształci społeczeństwa, ile raczej jaką formę
przybiorą te zmiany i jak głębokie będą. Eksperci i analitycy
przewidują, że w ciągu najbliższych dekad sztuczna inteligencja osiągnie
ludzkie rozmiary -?co jest jawnym celem działań OpenAI i innych
wiodących laboratoriów w rodzaju DeepMind Alphabetu3. Czyli
nastąpi to jeszcze za życia większości ludzi czytających tę książkę. Nie
jest to więc problem, który możemy przerzucić na naszych dalekich
potomków; musimy się z nim zmierzyć dzisiaj.
Ponieważ wspomniane zagrożenia pilnie domagają się naszej reakcji,
zawęża się pole do kompromisu w kwestii stosowania rozwiązań krótko- i długoterminowych. Działania longtermistów przynoszą korzyści zarówno
tym, którzy żyją dzisiaj, jak i przyszłym pokoleniom. Sztucznie wywołana
pandemia, III wojna światowa czy spowodowany rozwojem AI kataklizm
mogłyby przynieść współczesnym niewypowiedzianą ilość cierpienia i śmierci, jednocześnie zagrażając całej naszej przyszłości. Longtermizm
może wpłynąć na to, jaka wagę przypisujemy każdemu z wyzwań stojących
przed światem -?biorąc pod uwagę, że dysponujemy jedynie ograniczonymi
środkami i czasem -?ale nie oznacza przy tym pogarszania sytuacji
obecnego pokolenia w imię potomności.
Niektórzy czytelnicy byli zdania, że longtermizm opiera się na budzącym
zastrzeżenia poglądzie etycznym, który mówi, że istnienie większej
liczby ludzi jest dobre, o ile prowadzą oni szczęśliwe i spełnione
życie. Według tego stanowiska zagłada ludzkości byłaby moralną
katastrofą po części dlatego, że uniemożliwiłaby pojawienie się na
świecie wielu przyszłych, dobrze prosperujących istnień. Z pewnością
może wydawać się, że wnioski, do jakich doszedłem w rozdziale ósmym,
przeczą intuicji. Nie stanowią one jednak podstaw longtermizmu per se.
Całe rozdziały trzeci i czwarty traktują o różnych sposobach, w jakie
można by poprawić odległą przyszłość bez wpływania na jej rozmiar czy
długość trwania -?a więc w ogóle nie dotykających etycznego zagadnienia,
czy dobrze jest sprowadzać na świat szczęśliwych ludzi. Przekonanie, że
powinniśmy, na przykład, przeciwstawiać się totalitaryzmowi czy promować
większą troskę moralną o wszystkich ludzi, z etycznego punktu widzenia
nie budzi żadnych wątpliwości. Longtermizm podkreśla tylko, jak bardzo
jest to istotne, ponieważ zwraca uwagę, że wartości, które determinują
funkcjonowanie współczesnego świata, mogą przyświecać społeczeństwu
jeszcze bardzo długo.
Inni odbiorcy martwili się, że longtermizm może zostać wykorzystany w niewłaściwych celach, na przykład jako usprawiedliwienie dla
egoistycznych czy niemoralnych zachowań. Na przestrzeni dziejów
wielokrotnie zdarzało się, że źli ludzie wypaczali dobre idee, więc ta
obawa nie jest mi obca. Wierzę, że powinniśmy podjąć próbę pozytywnego
wpłynięcia na dobrostan przyszłych pokoleń, jednocześnie prowadząc
ogólnie dobre życie: przejawiając pozytwne cechy charakteru, postępując
w sposób uczciwy i rzetelny oraz szanując prawa innych. Wspominam o tym,
co prawda, w ostatnim rozdziale książki, podkreślając, że "postrzegam
longtermizm jako uzupełnienie zdroworozsądkowej moralności, nie zaś coś,
co ma ją zastąpić", żałuję jednak, że nie poruszyłem tego tematu we
wcześniejszej części tekstu.
Ostatnie zastrzeżenie ma związek z tym, że znaczenie przypisywane
ochronie przyszłych pokoleń stawia przed nami dzisiaj wymagania
niemożliwe do spełnienia. Longtermizm nie żąda od nas jednak zubożenia
nas samych. Jak już pisałem, większość longtermistycznych działań
przynosi nam również wielkie, niemal natychmiastowe zyski. A nawet jeśli
tak nie jest, twierdzę jedynie, że chronienie przyszłych pokoleń powinno
być tylko jednym z priorytetów naszych czasów. Przyznaję, że mogłem to
ująć bardziej precyzyjnie, więc jako metodę swoistej operacjonalizacji
longtermizmu proponuję następujący cel: niech bogate kraje świata
przeznaczą 1% swojego PKB na działania, które przyniosą wyraźne korzyści
przyszłym pokoleniom, takie jak przygotowanie się na wypadek pandemii,
bezpieczeństwo AI, opracowywanie prognoz czy budowę infrastruktury
kryzysowej, która pomoże nam przetrwać wielkie katastrofy. Uważam, że to
osiągalny cel -?1% PKB to znacznie mniej, niż większość krajów wydaje na
zbrojenia4 -?a stanowiłoby to wielki krok na drodze do
zapewnienia ludziom dobrej przyszłości. Gdyby udało nam się do tego
dojść jeszcze za mojego życia, umarłbym jako szczęśliwy człowiek.
Ogólnie rzecz biorąc, powinienem był zawrzeć w książce więcej
konkretnych przykładów celów i działań. W trakcie lat spędzonych na
rozmyślaniu i studiowaniu longtermizmu poznałem wielu inspirujących
ludzi. Mogłem poświęcić znacznie więcej stron, by opowiedzieć ich
historie.
Mogłem też zaprezentować działalność Clean Air Task Force, organizacji
zajmującej się polityką dotyczącą zmian klimatu, którą bardzo szanuję.
Dzięki finansowaniu z longtermistycznych źródeł ich zespół ds. strategii
politycznych przyczynił się do tego, że w głównych ustawach
klimatycznych przyjętych przez rząd USA w 2021 i 2022 roku uwzględniono
wsparcie dla niedofinansowanych rozwiązań problemów klimatycznych,
takich jak wychwytywanie dwutlenku węgla i redukcja metanu5.
Efekty tych działań będą odczuwane przez pokolenia.
Mogłem wspomnieć o stale rozwijającej się dziedzinie badań nad
interpretowalnością AI. Naukowcy pracujący w nowo powstałych ośrodkach
takich jak Alignment Research Center czy Anthropic chcą poprawić
bezpieczeństwo AI, starając się zrozumieć, dlaczego generują one
takie, a nie inne wyniki6. To może pomóc nam utrzymać te
narzędzia w ryzach, gdy zostaną wykorzystane w rzeczywistym świecie.
Mogłem także przedstawić dr. Davida J. Brennera, fizyka z Uniwersytetu
Columbia, który bada formę światła zdolną sterylizować powietrze: zabija
ona wirusy, nie robiąc przy tym krzywdy człowiekowi7. Gdyby
udało nam się zadbać o bezpieczeństwo stosowania tej technologii i sprawić, że będzie tańsza, moglibyśmy ustawić urządzenia emitujące takie
światło w biurach i przestrzeniach publicznych na całym świecie. Czyste
powietrze znacznie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo wybuchu przyszłych
pandemii; stosowane powszechnie, urządzenia takie mogłyby nawet
doprowadzić do wyeliminowania większości chorób układu oddechowego. Być
może nigdy już nie złapalibyście przeziębienia.
Ci ludzie i organizacje czynią życie lepszym zarówno obecnie, jak i w przyszłości. Mam nadzieję, że książka ta stanie się dla was inspiracją,
by do nich dołączyć. Wierzę, że dzięki ciężkiej pracy, pokorze i współpracy możemy poradzić sobie z obecnymi wyzwaniami, które stanowią
zagrożenie dla przyszłości. Jestem o tym coraz silniej przekonany;
naprawdę jesteśmy w stanie stworzyć przyszłość, za którą nasi potomkowie
będą nam wdzięczni. Możemy być dobrymi przodkami, przekazującymi swoim
wnukom, ich wnukom i wszystkim kolejnym pokoleniom świat pełen wolności,
radości i piękna.
Wstęp
Wstęp
Wyobraźcie sobie, że przeżywacie -?w kolejności narodzeń -?życie każdego człowieka, jaki kiedykolwiek chodził
po Ziemi8. Wasze pierwsze życie rozpoczyna się około trzystu
tysięcy lat temu w Afryce9. Gdy się ono kończy, cofacie się w czasie i wstępujecie w ciało drugiej osoby, która pojawiła się na
planecie, urodzona niedługo po pierwszej. Po śmierci tej drugiej
odradzacie się jako trzecia, potem jako czwarta i tak dalej. Sto
miliardów żywotów później10 stajecie się najmłodszym z żyjących
współcześnie ludzi. Wasze "życie" składa się ze wszystkich tych
egzystencji doświadczanych po kolei.
Sposób, w jaki przeżywacie dzieje, bardzo różni się od tego, co znamy z większości podręczników historii. Losy słynnych osobistości w rodzaju
Kleopatry czy Napoleona mają jedynie niewielki udział w zbiorze waszych
doświadczeń. Zasadniczą treścią waszego istnienia są codzienne czynności
-?jedzenie, praca i aktywności towarzyskie oraz związane z nimi śmiech,
zmartwienia i modlitwa.
Wasze życie trwa od niemal czterech bilionów lat. Przez jedną dziesiątą
tego czasu jesteście łowcami-zbieraczami, przez 60% -
rolnikami11. Przez jedną piątą życia wychowujecie dzieci, tyle
samo czasu poświęcacie uprawie roli, a prawie 2% życia pochłania wam
udział w rytuałach religijnych. Przez 1% chorujecie na malarię albo
czarną ospę. Przez półtora miliarda lat uprawiacie seks, a przez
dwieście pięćdziesiąt milionów rodzicie. W międzyczasie wypijacie
czterdzieści cztery biliony filiżanek kawy12.
Jesteście jednocześnie źródłem i adresatem zarówno okrucieństw, jak i aktów życzliwości. Jako kolonizatorzy zdobywacie nowe ziemie, jako
kolonizowani cierpicie z powodu tego, że wam je odebrano. Czujecie
wściekłość nękającego i ból nękanego. Przez około 10% życia posiadacie
niewolników; mniej więcej tyle samo czasu to wy jesteście
niewolnikami13.
Dzięki temu eksperymentowi na własnej skórze przekonacie się, w jak
niezwykłych czasach obecnie żyjemy. Z powodu gwałtownego wzrostu
liczebności populacji pełna jedna trzecia waszego życia przypadnie na
okres po 1200 roku, ćwierć swojego żywota spędzicie zaś już po roku
1750. Od tego momentu technologia i społeczeństwo zaczną zmieniać się
szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Wynajdziecie silniki parowe,
fabryki i elektryczność. Będziecie świadkami rewolucji w nauce, wojen
zbierających najbardziej śmiertelne żniwo w historii14 i dramatycznego zniszczenia środowiska. Każde z pojedynczych żyć
składających się na wasze istnienie będzie trwało coraz dłużej.
Doświadczycie luksusów, które nie były wam dane nawet wtedy, gdy
żyliście jako królowie i królowe. Spędzicie sto pięćdziesiąt lat w kosmosie i tydzień, chodząc po Księżycu. Piętnaście procent całego
waszego doświadczenia stanowić będą przeżycia ludzi istniejących
obecnie15.
Oto i całe wasze dotychczasowe życie -?od narodzin Homo sapiens do
dnia dzisiejszego. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić, że przeżyjecie
także wszystkie przyszłe życia. Wówczas okaże się, że wasze istnienie -
miejmy nadzieję -?tak naprawdę dopiero się rozpoczęło. Nawet gdyby
ludzkość miała przetrwać jedynie tyle, ile żyje średnio jeden gatunek
ssaków (około miliona lat), i nawet gdyby liczebność populacji spadła do
jednej dziesiątej obecnej wielkości, wciąż mielibyście przed sobą około
99,5% życia16.
Przekładając to na skalę normalnego ludzkiego istnienia, bylibyście
teraz zaledwie pięciomiesięcznym niemowlęciem. Gdyby natomiast ludzkość
miała przetrwać dłużej niż przeciętny gatunek ssaka -?przez setki
milionów lat dzielących nas od czasu, gdy Ziemia stanie się kompletnie
niezamieszkiwalna, lub dziesiątki bilionów liczonych do momentu
wypalenia się ostatnich gwiazd -?wasze cztery biliony lat życia byłyby
jak pierwszych parę mrugnięć tuż po opuszczeniu macicy17.
Przyszłość jest ogromna.
Gdybyście rzeczywiście mieli przeżyć wszystkie te przyszłe życia, co
waszym zdaniem powininniśmy zrobić dzisiaj? Ile dwutlenku węgla
powinniśmy wyemitować do atmosfery? Ile środków powinniśmy zainwestować
w badania i edukację? Z jak wielką ostrożnością powinniśmy podchodzić do
nowych technologii, które mogą zniszczyć naszą przyszłość lub na trwałe
skierować ją na niewłaściwe tory? Ile uwagi powinniśmy poświęcić
wpływowi naszych obecnych działań w perspektywie długoterminowej?
Przedstawiam ten eksperyment myślowy, ponieważ moralność oparta jest na
umiejętności wczucia się w położenie drugiej osoby i potraktowania jej
interesów tak, jak traktowalibyśmy nasze własne. Gdy robimy to w pełnej
skali całego gatunku ludzkiego, przyszłość -?w której żyją niemal
wszyscy jego przedstawiciele i w której tkwi niemal cały potencjał ich
radości i niedoli -?wysuwa się na pierwszy plan.
Tematem tej książki jest longtermizm: pogląd głoszący, że pozytywny
wpływ na długofalową przyszłość jest kluczowym priorytetem moralnym
naszych czasów. W longtermizmie chodzi o poważne potraktowanie ogromu
rozciągającej się przed nami przyszłości i o zdanie sobie sprawy, o jak
wysoką stawkę gramy, kiedy ją kształtujemy. Nawet gdyby ludzkość miała
przetrwać jedynie przez ułamek przeznaczonego sobie potencjalnie czasu,
to bylibyśmy -?choć może to wydawać się dziwne -?starożytnymi: żyjemy na
samym początku dziejów, w najdalszej przeszłości. To, co zrobimy, będzie
miało wpływ na niezliczone rzesze ludzi, którzy nadejdą po nas. Musimy
zatem działać roztropnie.
Mnie samemu przekonanie się do longtermizmu zajęło sporo czasu. Trudno,
by abstrakcyjna idea ukierunkowana na ludzi, których nigdy nie będzie
nam dane poznać, stanowiła dla nas równie dobre źródło motywacji jak
inne, bardziej uderzające problemy. W szkole średniej działałem w organizacji, która zajmowała się pomocą osobom starszym i niepełnosprawnym. Jako student przejmujący się kwestią ubóstwa na
świecie zgłosiłem się na ochotnika do pracy w etiopskim ośrodku
rehabilitacji dla dzieci, które przeszły polio. Gdy przymierzałem się do
magisterium, zacząłem zastanawiać się, jak sprawić, by ludzie pomagali
sobie wzajemnie z większą efektywnością. Postanowiłem przeznaczać
przynajmniej 10% moich dochodów na cele charytatywne i zostałem
współzałożycielem Giving What We Can -?organizacji, która zachęca
innych, by robili to samo18.
Wszystkie te działania dawały konkretny efekt. W przeciwieństwie do nich
myśl o poprawianiu jakości życia nieznanych ludzi z przyszłości
początkowo nie wzbudzała we mnie żadnych emocji. Gdy jeden z kolegów
przedstawił mi argumenty przemawiające za potraktowaniem poważnie
kwestii przyszłości w długofalowej perspektywie, moją odruchową reakcją
było odrzucenie tej idei. Na świecie istnieją prawdziwe problemy, takie
jak skrajne ubóstwo, brak edukacji czy śmierć z powodu chorób -
pomyślałem -?z którymi mierzą się prawdziwi ludzie. Tym problemom można
z łatwością zapobiec. Na nich powinniśmy się skupić. W zestawieniu z nimi spekulacje na temat tego, co może wpłynąć, a co nie wpłynie na
przyszłość, wydawały się niepotrzebnym rozpraszaniem uwagi rodem z science fiction.
Niemniej jednak argumenty przemawiające za longtermizmem uporczywie
dobijały się do mojego umysłu. Wszystkie opierały się na prostych
założeniach: że obiektywnie rzecz biorąc, z moralnego punktu widzenia
przyszli ludzie nie powinni liczyć się mniej niż pokolenia żyjące
współcześnie; że w przyszłości ludzi może być bardzo dużo; że ich życie
może być wyjątkowo wspaniałe albo niewyobrażalnie okropne oraz że
naprawdę jesteśmy w stanie wpłynąć na świat, który będą zamieszkiwać.
Najważniejszy był dla mnie jednak problem natury praktycznej: nawet
jeśli rzeczywiście powinniśmy przejmować się przyszłością, co właściwie
możemy zrobić? Kiedy jednak dowiedziałem się więcej o wydarzeniach,
które mogłyby nastąpić w niedalekiej przyszłości i zmienić bieg
historii, z większą powagą potraktowałem sugestię, że być może zbliżamy
się właśnie do krytycznego momentu w dziejach ludzkości. Rozwój
technologiczny niesie ze sobą zarówno nowe szanse, jak i zagrożenia,
kładąc na szali życie przyszłych pokoleń.
Obecnie uważam, że losy świata w dalszej perspektywie przynajmniej
częściowo zależą od tego, jakich wyborów dokonamy za naszego życia.
Przyszłość może być wspaniała: możemy stworzyć kwitnące i stabilne
społeczeństwo, w którym wszyscy będą mieli się lepiej niż wybrańcy
cieszący się największym powodzeniem współcześnie. Przyszłość może też
być potworna: mogą zawładnąć nią autorytarni despoci, którzy
wykorzystają systemy inwigilacji i sztuczną inteligencję, by na zawsze
"zamrozić" swoją ideologię, lub nawet sama AI, która będzie
zainteresowana raczej zdobywaniem władzy niż rozkwitem społeczeństwa.
Przyszłości może też nie być wcale: możemy powybijać się za pomocą broni
biologicznej lub rozpętać totalną wojnę nuklearną, po której cywilizacja
upadnie i nigdy się nie podniesie.
Istnieją działania, które możemy podjąć, by skierować ludzkość na lepsze
tory. Możemy zwiększyć szanse na cudowną przyszłość, udoskonalając
wartości, które kierują społeczeństwem, i ostrożnie sterując rozwojem
AI. Możemy dopilnować, by w ogóle mieć przed sobą jakąś przyszłość,
zapobiegając opracowywaniu i używaniu broni masowej zagłady i utrzymując
pokój między największymi światowymi mocarstwami. To wielkie wyzwania,
ale sposób, w jaki do nich podejdziemy, może zmienić naprawdę wiele.
Wobec tego wszystkiego przedefiniowałem swoje priorytety. Wciąż będąc
nie do końca przekonanym co do podstaw i konsekwencji longtermizmu,
zmieniłem kierunek swoich badań i zostałem współzałożycielem dwóch
instytucji, które miały zająć się dalszym analizowaniem tych kwestii:
Global Priorities Institute na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz
Forethought Foundation. Opierając się na zdobytej w ten sposób wiedzy,
spróbowałem spisać argumenty na rzecz longtermizmu, które przekonałyby
mnie dekadę wcześniej.
Do zilustrowania głównych postulatów zawartych w tej książce posługuję
się trzema głównymi metaforami. W pierwszej przedstawiam ludzkość jako
nierozsądnego nastolatka, który wciąż ma przed sobą większość życia i podejmuje decyzje mogące mieć na nie duży wpływ. Wybierając ścieżkę
rozwoju zawodowego, zastanawiając się, ile czasu poświęcić na naukę, i szacując, które niebezpieczne zajęcia są zbyt niebezpieczne, powinien
więc mieć na uwadze nie tylko dreszczyk emocji w odpowiedzi na bieżące
doświadczenia, lecz także wszystkie czekające go jeszcze lata.
Druga metafora to opowieść o dmuchaniu szkła. Obecne społeczeństwo wciąż
jeszcze zachowuje plastyczność -?może przybrać rozmaite kształty. W pewnym momencie jednak stopiona masa szklana ostygnie, utwardzi się i dużo trudniej będzie ją zmienić. W zależności od tego, co z nią zrobimy,
gdy jest jeszcze płynna, ostateczna forma, jaką przybierze, może być
piękna lub zniekształcona -?może też roztrzaskać się w drobny mak.
W trzeciej metaforze porównuję ścieżkę prowadzącą do długofalowego
wpływu do ryzykownej ekspedycji w nieznane. Próbując pozytywnie wpłynąć
na przyszłość, nie wiemy dokładnie, z jakimi zagrożeniami przyjdzie nam
się mierzyć ani nawet dokąd chcemy dojść; mimo wszystko jednak możemy
przygotować się na wyprawę. Możemy wybadać teren bezpośrednio przed
nami, dopilnować, by ekspedycja była dobrze zaopatrzona i skoordynowana,
a także -?pomimo niepewności -?zabezpieczyć się przed
niebezpieczeństwami, które jesteśmy w stanie przewidzieć.
Niniejsza książka jest szeroko zakrojonym przedsięwzięciem; nie tylko
przedstawiam w niej argumenty przemawiające za longtermizmem, lecz także
usiłuję wyjaśnić, jakie może on pociągać za sobą konsekwencje. Ze
względu na sporą rozpiętość poruszanych zagadnień, pisząc ją, w dużej
mierze polegałem na wiedzy zespołu doradców i analityków. Gdy tylko
wychodziłem poza obszar etyki, którą zajmuję się zawodowo, konsultowałem
się ze specjalistami w danej dziedzinie. Dlatego też książka ta tak
naprawdę nie jest "moja", lecz jest wynikiem zbiorowego wysiłku, w sumie
ponad dziesięciu lat pracy na pełen etat, z których niemal dwa lata
poświęcono sprawdzaniu danych.
Ci, których pewne moje twierdzenia skłonią do dalszych poszukiwań, na
stronie whatweowethefuture.com znajdą obszerne materiały uzupełniające,
w tym wyniki analiz zleconych przeze mnie specjalnie na potrzeby tej
książki. Pomimo ogromu pracy, którą już wykonaliśmy, jestem przekonany,
że ledwie zarysowaliśmy kwestię longtermizmu i jego implikacji -?wciąż
musimy się jeszcze wiele nauczyć.
Jeśli mam rację, ciąży na nas wielka odpowiedzialność. W porównaniu z liczbą ludzi, którzy po nas nadejdą, jesteśmy ledwie maleńką
mniejszością -?za to mniejszością, w której rękach spoczywa przyszłość.
Etyka, jaką kierujemy się na co dzień, rzadko dotyka spraw w takiej
skali -?musimy stworzyć światopogląd moralny, który potraktowałby
poważnie stawkę, o jaką gramy.
Jeśli dokonamy mądrych wyborów, możemy odegrać kluczową rolę w skierowaniu ludzkości na właściwe tory. Jeśli tak się stanie, nasze
prapraprawnuki pomyślą o nas z wdzięcznością i będą wyrażać przekonanie,
że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by ofiarować im piękny i sprawiedliwy świat.
Rozdział 1. Argumenty za longtermizmem
ROZDZIAŁ 1
Argumenty za longtermizmem
Nieme miliardy
Przyszli ludzie się liczą. Może być ich mnóstwo. A my możemy sprawić, że
będzie im się lepiej żyło.
Tak najkrócej można ująć argumenty przemawiające za słusznością
longtermizmu. Jego założenia są proste i moim zdaniem niespecjalnie
kontrowersyjne, ale potraktowanie ich poważnie oznacza rewolucję moralną
-?całkowicie zmieniającą sposób, w jaki aktywiści, naukowcy, decydenci
polityczni, a tak naprawdę również my wszyscy, powinni myśleć i działać.
Przyszli ludzie się liczą, ale my rzadko liczymy się z nimi. Nie są w stanie głosować, lobbować ani ubiegać się o sprawowanie funkcji
publicznych, politykom brakuje więc motywacji, by się za nimi wstawić.
Nie mogą z nami handlować ani się targować, więc nie mają swoich
przedstawicieli na rynku. W dodatku nie potrafią wyrazić swoich poglądów
bezpośrednio: nie tweetują, nie piszą artykułów w gazetach, nie
organizują marszów. Są całkowicie pozbawieni prawa głosu.
Wcześniejsze ruchy społeczne -?jak choćby te walczące o prawa
obywatelskie czy prawa wyborcze dla kobiet -?często dążyły do
zapewnienia większego uznania i wpływu marginalizowanym członkom
społeczeństwa. Uważam, że longtermizm jest rozszerzeniem tej idei. Choć
nie możemy rzeczywiście oddać władzy politycznej w ręce przyszłych
ludzi, możemy przynajmniej wziąć ich pod uwagę. Wyrzekając się tyranii
teraźniejszości nad przyszłością, możemy działać jak powiernicy -?pomóc
stworzyć kwitnący świat dla przyszłych pokoleń. Ma to kolosalne
znaczenie. Zaraz wyjaśnię dlaczego.
Przyszli ludzie się liczą
Idea, że przyszli ludzie mają znaczenie, jest oparta na zdrowym
rozsądku. Przyszli ludzie to mimo wszystko ludzie. Będą istnieć. Tak jak
my wszyscy -?będą mieli swoje nadzieje, radości, cierpienia i smutki. Po
prostu jeszcze ich nie ma.
Żeby przekonać się, jak bardzo w gruncie rzeczy jest to intuicyjne,
wyobraźcie sobie, że podczas wycieczki w góry roztrzaskuję na szlaku
szklaną butelkę. Jeśli nie posprzątam odłamków, później pokaleczy się
nimi dziecko19. Czy w podjęciu decyzji o tym, czy powinienem
pozbierać szkło, ma jakiekolwiek znaczenie, kiedy dziecko się porani?
Czy to będzie za tydzień, za dekadę, czy za sto lat? Nie. Krzywda jest
krzywdą, niezależnie od tego, kiedy nastąpi.
Albo przypuśćmy, że na jakieś miasteczko spadnie zaraza i wybije tysiące
ludzi. Możecie ją powstrzymać. Czy zanim ruszycie do działania, musicie
wiedzieć, kiedy wybuchnie choroba? Czy to ma znaczenie samo w sobie?
Nie. Potencjalnie związane z nią ból i śmierć i tak są warte wzięcia pod
uwagę.
To samo dotyczy dobrych rzeczy. Pomyślcie o czymś, co kochacie w życiu -
może to być muzyka lub sport. A teraz wyobraźcie sobie kogoś innego, kto
tak samo kocha coś w swoim życiu. Czy wartość jego radości znika tylko
dlatego, że żyje on w przyszłości? Przypuśćmy, że możecie dać temu komuś
bilety na koncert jego ulubionego zespołu albo na mecz drużyny, której
kibicuje. Czy aby podjąć decyzję o tym, czy mu je ofiarować, musicie
wiedzieć, kiedy je otrzyma?
Wyobraźcie sobie, co przyszli ludzie będą myśleć o nas, zastanawiających
się nad takimi pytaniami. Usłyszą, jak dyskutujemy nad tym, czy przyszli
ludzie mają znaczenie, po czym spojrzą na swoje dłonie i rozejrzą się po
swoim życiu. Czym ono się różni od naszego? Co jest w nim mniej
rzeczywiste? Która strona debaty wyda im się trzeźwo myśląca i posiadająca racjonalne argumenty? A która będzie w ich oczach
krótkowzroczna i ograniczona?
Odległość w czasie jest jak odległość w przestrzeni. Ludzie mają
znaczenie, nawet jeśli mieszkają tysiące kilometrów od nas -?i tak samo
się liczą, nawet jeśli dzielą nas tysiące lat. W obu przypadkach łatwo
pomylić dystans z nierealnością i uznać granice tego, co potrafimy
dostrzec, za granice naszego świata. Ale tak samo jak świat nie kończy
się na naszym progu czy na granicy naszego kraju, nie kończy się też
wraz z naszym czy następnym pokoleniem.
To podejście zdroworozsądkowe. Ludowe przysłowie mówi: "Społeczeństwo
się rozwija, gdy starzy ludzie sadzą drzewa, choć wiedzą, że nigdy nie
usiądą w ich cieniu"20. Kiedy zabezpieczamy odpady radioaktywne,
nie mówimy: "A kogo obchodzi, że za setki lat to zatruje ludzi?".
Podobnie jedynie nieliczni z tych, którzy przejmują się zmianami klimatu
czy zanieczyszczeniem środowiska, robią to tylko dla dobra ludzi
żyjących dzisiaj. Wznosimy muzea, parki i mosty; inwestujemy w szkoły i długoterminowe projekty badawcze; dbamy o zachowanie dzieł sztuki,
tradycji i języków; chronimy piękne miejsca w nadziei, że przetrwają
pokolenia. W wielu przypadkach nie wyznaczamy jasnej granicy między tym,
co robimy dla teraźniejszości i dla przyszłości -?troszczymy się o obie.
Wiele różnych tradycji intelektualnych traktuje troskę o los przyszłych
pokoleń jako przejaw zdrowego rozsądku. W liczącej sobie setki lat,
przekazywanej ustnie konstytucji Konfederacji Irokezów, zatytułowanej
Gayanashagowa, zostało to wyrażone szczególnie jasno. Wymaga ona, by
Wodzowie Konfederacji "zawsze mieli na uwadze nie tylko teraźniejszość,
ale również kolejne pokolenia"21. Oren Lyons, strażnik wiary
wchodzących w skład Konfederacji ludów Onondaga i Seneka, wyraża to w formie "zasady siódmego pokolenia": "Chodzi o to, by każda decyzja,
którą podejmujemy, miała na uwadze dobrostan i dobrobyt siódmego
pokolenia, które nadejdzie po nas (...). Zastanawiamy się: czy to będzie
dobre dla siódmego pokolenia?"22.
Nawet jednak jeśli przystaniemy na to, że przyszli ludzie się liczą,
pozostaje pytanie, jaką wagę powinniśmy przykładać do dbania o ich
interesy. Czy istnieją jakieś powody, by troszczyć się bardziej o ludzi
żyjących współcześnie?
Do głowy przychodzą mi dwa. Pierwszym jest stronniczość. Często
odczuwamy silniejszą, wyjątkową więź z osobami żyjącymi obecnie -?z naszą rodziną, przyjaciółmi i współobywatelami -?niż z tymi, którzy
narodzą się w przyszłości. To rozsądne; możemy i powinniśmy szczególną
uwagą obdarzać bliskich.
Drugim powodem jest wzajemność. O ile nie jesteście samotnikami żyjącymi
w dziczy, działania ogromnej liczby ludzi -?nauczycieli, sprzedawców,
inżynierów i wszystkich płacących podatki -?przez całe wasze życie
przynosiły wam i nadal przynoszą bezpośrednie korzyści. Zazwyczaj
czujemy, że jeśli ktoś zrobił dla nas coś dobrego, jest to powód, by
odpłacić mu tym samym. Ludzie przyszłości jednak nie przynoszą nam
korzyści w tym sensie, w jakim robią to inni członkowie naszego
pokolenia23.
Więzi i wzajemność są ważne, ale nie zmieniają ostatecznej linii mojej
argumentacji. Nie twierdzę, że interesy ludzi żyjących obecnie i tych
żyjących w przyszłości zawsze i wszędzie należy traktować jednakowo.
Twierdzę jedynie, że przyszli ludzie mają duże znaczenie. Tak jak
większa troska o własne dzieci nie oznacza automatycznie całkowitego
ignorowania potrzeb obcych, tak przywiązywanie większej wagi do
współczesnych nie oznacza, że powinniśmy lekceważyć dobro naszych
potomków.
Zilustrujmy to przykładem. Przypuśćmy, że któregoś dnia odkrywamy
Atlantydę, olbrzymią cywilizację na dnie morza. Zdajemy sobie sprawę, że
wiele naszych działań ma na nią wpływ: kiedy wyrzucamy odpady do oceanu,
zatruwamy ich miasta; kiedy tonie nasz statek, odzyskują z niego kawałki
metalu i inne części. Z mieszkańcami Atlantydy nie wiążą nas żadne
specjalne więzi, nie jesteśmy też im nic winni za przysługi, jakie nam
wyświadczyli. Mimo tego jednak powinniśmy brać pod uwagę, jak odbijają
się na nich nasze czyny.
Przyszłość jest jak Atlantyda. To również ogromna, nieodkryta
kraina24: to, czy kraj ten czeka rozkwit, czy upadek, w znacznej
mierze zależy od tego, co zrobimy dzisiaj.
Przyszłość jest wielka
Przyszli ludzie się liczą -?to zdroworozsądkowe podejście. Tak samo
zdroworozsądkowy jest pogląd, że z moralnego punktu widzenia liczba ma
znaczenie. Jeśli możecie ocalić z pożaru jedną osobę lub dziesięć,
powinniście -?o ile wszystkie pozostałe zmienne są identyczne -?uratować
dziesięć; jeśli możecie wyleczyć sto osób lub tysiąc, powinniście
wyleczyć tysiąc. To istotne, ponieważ liczba przyszłych ludzi może być
astronomiczna.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak jest, przyjrzyjmy się historii ludzkości.
Przedstawiciele rodzaju Homo chodzą po Ziemi od ponad dwóch i pół
miliona lat25. Nasz gatunek, Homo sapiens, wyewoluował mniej
więcej trzysta tysięcy lat temu. Rolnictwo narodziło się dopiero
dwanaście tysięcy lat temu, pierwsze miasta powstały zaledwie przed
sześcioma tysiącami lat, rewolucja przemysłowa zaczęła się dwieście
pięćdziesiąt lat temu, a wszystkie zmiany, które zaszły od tamtej pory -
przejście od wozów zaprzęganych w konie do podróży kosmicznych, od
upuszczania krwi do przeszczepów serca i od kalkulatorów mechanicznych
do superkomputerów -?dokonały się w czasie trzech ludzkich żyć26.
Rysunek 1.1. Historia Homo sapiens
Jak długo przetrwa nasz gatunek? Tego oczywiście nie wiemy. Opierając
się na dostępnych nam danych, możemy jednak dokonać szacunkowych
obliczeń biorących pod uwagę naszą niepewność, w tym niepewność
dotyczącą tego, czy przypadkiem to nie my sami staniemy się przyczyną
własnej zguby.
Dla zilustrowania potencjalnej skali przyszłości załóżmy, że przetrwamy
jedynie tyle, ile przeciętny gatunek ssaka -?czyli około miliona
lat27. Dodatkowo uznajmy, że liczebność populacji pozostanie na
obecnym poziomie. W takim przypadku narodzi się jeszcze osiemdziesiąt
bilionów ludzi -?przyszli ludzie będą mieć nad nami przewagę dziesięć
tysięcy do jednego.
Rysunek 1.2. Potencjalna przyszłość cywilizacji, jeśli ludzkość
przetrwa tyle, ile przeciętny gatunek ssaka
Oczywiście przyszłość może potoczyć się na wiele różnych sposób i musimy
wziąć je wszystkie pod uwagę. Jeśli sprowadzimy na siebie zagładę,
możemy zniknąć z powierzchni ziemi znacznie szybciej niż inne gatunki
ssaków. Ale możemy również zostać tu znacznie dłużej. W odróżnieniu od
innych ssaków dysponujemy wyrafinowanymi narzędziami, które pomagają nam
przystosować się do różnych środowisk, umiemy rozumować abstrakcyjnie,
co pozwala nam tworzyć złożone, długofalowe plany w odpowiedzi na
zmieniające się okoliczności, a dzięki łączącej nas kulturze potrafimy
funkcjonować w grupach liczących sobie miliony osobników. To wszystko
chroni nas przed zagrożeniem wyginięciem w sposób niedostępny innym
przedstawicielom naszej gromady28.
Wpływ tych faktów na przewidywany czas przetrwania ludzkości jest
asymetryczny. Kres cywilizacji może nastąpić bardzo szybko, za kilka
stuleci. Jej historia może być jednak niezmiernie długa. Ziemia
pozostanie możliwa do zamieszkania jeszcze przez kilkaset milionów lat.
Gdybyśmy przetrwali tak długo, zachowując obecną liczebność populacji
liczoną na stulecie, na każdą żyjącą dziś osobę przypadałby milion
przyszłych ludzi. A gdyby ludzkość w końcu podbiła gwiazdy, zaczęlibyśmy
operować w dosłownie astronomicznej skali czasowej. Słońce wypali się
gdzieś za pięć miliardów lat, ostatnie przebiegające typowo narodziny
gwiazd będą miały miejsce za ponad bilion lat, a dzięki niewielkiemu,
lecz stabilnemu strumieniowi zderzeń między brązowymi karłami kilka
gwiazd będzie świecić jeszcze za milion bilionów lat29.
Rzeczywista możliwość, że cywilizacja przetrwa do tego czasu, daje
ludzkości niewiarygodną przewidywaną długość życia. Dziesięcioprocentowa
szansa, że unikniemy wyginięcia do czasu, aż Ziemia przestanie być
możliwa do zamieszkiwania, oznacza długość życia równą ponad
pięćdziesiąt milionów lat -?1% prawdopodobieństwa przetrwania do czasu
narodzin ostatnich konwencjonalnych gwiazd oznacza życie przez ponad
dziesięć miliardów lat30.
Koniec końców powinniśmy troszczyć się nie tylko o szacowaną długość
trwania ludzkości, ale również o liczbę ludzi, których życia się na nie
złożą. Musimy więc zapytać: ilu ludzi będzie żyło w każdym danym
momencie przyszłości?
Przyszłe populacje mogą być zarówno znacznie mniejsze, jak i znacznie
większe niż dzisiejsza. Gdyby populacja miała się zmniejszyć, może to
nastąpić co najwyżej o osiem miliardów -?tyle, ilu ludzi żyje dzisiaj.
Jej wzrost może być jednak znacznie większy. Dziś ludzi jest już ponad
tysiąc razy więcej niż w epoce łowców-zbieraczy. Gdyby globalna gęstość
zaludnienia zwiększyła się do poziomu osiąganego w dzisiejszej Holandii
-?eksportera netto płodów rolnych -?w każdym momencie historii żyłoby
siedemdziesiąt miliardów ludzi31. Może to wydawać się
niedorzeczne, ale globalna populacja licząca sobie osiem miliardów ludzi
musiała wydawać się niedorzeczna prehistorycznym łowcom-zbieraczom albo
wczesnym rolnikom.
Rysunek 1.3. Potencjalna przyszłość cywilizacji, jeśli ludzkość
przetrwa do czasu, aż Ziemia przestanie być możliwa do zamieszkania z powodu rosnącej jasności Słońca. Szacunki dotyczące długości trwania
tego okna czasowego obarczone są znaczną niepewnością: wahają się od 500
milionów do 1,3 miliarda lat
Wielkość populacji może kolejny raz dramatycznie wzrosnąć, jeśli pewnego
dnia ruszymy ku gwiazdom. Nasze Słońce wytwarza miliardy razy więcej
światła, niż dociera do Ziemi, w naszej galaktyce znajdują się
dziesiątki miliardów innych gwiazd, a w naszym zasięgu pozostają
miliardy innych galaktyk32. W odległej przyszłości może żyć
zatem niewyobrażalnie więcej ludzi niż dzisiaj.
Jak wielu? Dokładne szacunki nie są ani możliwe, ani konieczne. Każde
rozsądne przybliżenie wskazuje jednak, że liczba ta jest olbrzymia.
Żeby to zrozumieć, spójrzcie na poniższy diagram. Każdy ludzik
reprezentuje dziesięć miliardów osób. Do tej pory żyło nas mniej więcej
sto miliardów. Dzisiejsze pokolenie składa się z niemal ośmiu miliardów
ludzi -?pozwolę sobie to zaokrąglić do dziesięciu i przedstawię jako
jednego ludzika.
A teraz pokażmy przyszłość. Rozważmy tylko scenariusz, w którym
liczebność populacji jest wciąż na obecnym poziomie, a ludzie pozostają
na Ziemi przez pięćset milionów lat. Oto wszyscy przyszli ludzie:
Zwizualizowanie tego w ten sposób pozwala nam przynajmniej zacząć
dostrzegać, o jak wiele istnień toczy się gra. Ale w rzeczywistości
nieco przyciąłem tę ilustrację. Pełna wersja zajęłaby dwadzieścia
tysięcy stron -?ponad sto razy więcej, niż ma ta książka -?przy czym
nadal każdy ludzik symbolizowałby dziesięć miliardów istnień, z których
każde mogłoby być wspaniałe lub godne pożałowania.
Wcześniej sugerowałem, że dzisiejsza ludzkość jest jak nierozsądny
nastolatek: większość życia wciąż jest przed nami, a decyzje, które
teraz podejmiemy, będą miały kolosalne znaczenie dla naszej przyszłości.
Tak naprawdę jednak ta analogia nie oddaje w pełni tego, z czym mamy do
czynienia. Nastolatek zdaje sobie sprawę, ile mniej więcej będzie
jeszcze żył. Oczekiwana długość życia ludzkości nie jest nam jednak
znana. Jesteśmy więc bardziej nastolatkiem, który wie tylko, że równie
dobrze może przypadkiem doprowadzić do swojej śmierci za kilka miesięcy,
jak i żyć przez tysiąc lat. Gdybyście znaleźli się w takim położeniu,
myślelibyście poważnie o długim życiu, jakie potencjalnie możecie mieć
przed sobą, czy byście je zignorowali?
Sam ogrom przyszłości może przyprawiać o zawrót głowy. Zwykle myślenie
"długofalowe" obejmuje nadchodzące lata, co najwyżej dekady. Nawet
jednak jeśli przyjmiemy niskie wartości szacunków dotyczących
przewidywanego okresu życia ludzkości, takie podejście będzie oznaczać
przekonanie, że długofalowe planowanie powinno dotyczyć jutra, ale już
nie tego, co będzie pojutrze.
Choć rozważania o przyszłości mogą być przytłaczające, to jeśli naprawdę
zależy nam na przyszłych pokoleniach -?jeśli wierzymy, że to prawdziwi
ludzie, tak jak my zdolni do cierpienia i radości -?mamy obowiązek
zastanowić się, w jaki sposób możemy wpłynąć na świat, który
zamieszkają.
Wartość przyszłości
Przyszłość może być ogromna. Może być również bardzo dobra -?albo bardzo
zła. Aby zrozumieć, jak dobra, przyjrzyjmy się postępom, jakie ludzkość
poczyniła przez parę ostatnich stuleci. Dwieście lat temu średnia
przewidywana długość życia człowieka wynosiła poniżej trzydziestu lat,
dziś jest to siedemdziesiąt trzy lata33. W tamtych czasach ponad
80% ludzi żyło w skrajnej biedzie, dziś to mniej niż 10%34. Obecnie
ponad 85% dorosłych umie czytać, dwieście lat temu odsetek ten wynosił
zaledwie około 10%35.
Wspólnym wysiłkiem jesteśmy w stanie zarówno rozwijać te pozytywne
tendencje, jak i zmieniać te negatywne, takie jak choćby dramatyczny
wzrost emisji dwutlenku węgla czy liczba zwierząt cierpiących na fermach
przemysłowych. Możemy zbudować świat, w którym wszyscy będą żyli jak
najszczęśliwsi mieszkańcy najzamożniejszych obecnie krajów, świat, w którym nikt nie doświadcza ubóstwa, nikomu nie brakuje opieki medycznej
i -?na tyle, na ile to możliwe -?wszyscy żyją tak, jak chcą.
Ale możemy osiągnąć jeszcze więcej -?znacznie więcej. Najlepsze, czego
doświadczyliśmy do tej pory, jest słabym prognostykiem tego, co jest
możliwe. Wyobraźmy sobie bogatego Brytyjczyka żyjącego w 1700 roku -
mężczyznę, który ma dostęp do najlepszego jedzenia, opieki medycznej i luksusów, jakie były wówczas osiągalne. Mimo swojej uprzywilejowanej
pozycji z łatwością może umrzeć na ospę, syfilis albo tyfus. Jeśli
potrzebuje operacji albo boli go ząb, leczenie jest bolesną męczarnią i niesie ze sobą poważne ryzyko infekcji. Jeśli mieszkuje w Londynie,
oznacza to, że oddycha powietrzem siedemnaście razy bardziej
zanieczyszczonym niż dzisiaj36. Podróżowanie w granicach samej
tylko Wielkiej Brytanii zajmuje mu całe tygodnie, a znaczna część reszty
planety jest całkowicie poza jego zasięgiem. Gdyby nawet wyobraził sobie
przyszłość, w której większość ludzi jest równie bogata jak on, nie
umiałby przewidzieć wielu rzeczy, które ułatwiają nam życie, takich jak
elektryczność, anestezjologia, antybiotyki czy współczesne podróżowanie.
Życie ludzi zmieniło się na lepsze nie tylko za sprawą technologii;
przemiany w zakresie moralności także miały znaczenie. W 1700 roku
kobiety nie mogły studiować na wyższych uczelniach, a ruchy
feministyczne nie istniały37. Jeśli ten zamożny Brytyjczyk był
gejem, nie mógł kochać otwarcie, stosunki homoseksualne były bowiem
karane śmiercią38. W tamtych czasach znaczna część światowej
populacji pozostawała zniewolona, dziś dotyczy to mniej niż jednego
procenta ludzkości39. W 1700 roku nikt nie żył w demokracji,
dziś ponad połowa świata mieszka w krajach
demokratycznych40.
Znaczną część postępu, który poczyniliśmy od 1700 roku, żyjącym wówczas
ludziom bardzo trudno byłoby przewidzieć. A to jedynie trzysta lat. Na
samej Ziemi ludzkość może przetrwać miliony stuleci. Prowadząc
rozważania w takiej skali, i jednocześnie trzymając się poglądów na
potencjał ludzkości zakotwiczonych w ustalonej współczesnej wersji
naszego obecnego świata, ryzykujemy dramatycznym niedoszacowaniem tego,
jak wspaniała może być przyszłość.
Przypomnijcie sobie najlepsze momenty waszego życia -?pełne radości,
piękna i energii, takie jak zakochanie się, osiągnięcie życiowego celu
albo jakieś kreatywne olśnienie. Takie chwile są dowodem na to, co jest
możliwe: wiemy, że życie może być przynajmniej tak dobre, jak wtedy. Ale
z drugiej strony pokazują nam kierunek, w którym możemy podążyć -?wiodą
nas gdzieś, gdzie jeszcze możemy dotrzeć. Skoro najlepsze dni w moim
życiu mogą być setki razy lepsze niż moja zwykle przyjemna, ale
monotonna codzienność, to być może najlepsze dni ludzi przyszłości mogą
być jeszcze setki razy lepsze.
Nie twierdzę, że wspaniała przyszłość jest prawdopodobna.
Etymologicznie "utopia" oznacza "nie-miejsce" -?i rzeczywiście, droga od
teraz do jakiegoś idealnego przyszłego państwa jest bardzo krucha. Ale
cudowna przyszłość nie jest również czystą fantazją. Lepszy świat mógłby
być "eutopią", "dobrym miejscem" -?czymś, do czego warto dążyć. To
przyszłość, którą -?przy odpowiedniej cierpliwości i roztropności -?nasi
potomkowie rzeczywiście mogliby zbudować, jeśli tylko my wprowadzimy ich
na właściwą ścieżkę.
Przyszłość może być cudowna, ale może też być potworna. Żeby się o tym
przekonać, wystarczy wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby niektóre
prądy przeszłości zdominowały świat i stały się głównymi rządzącymi nim
siłami. Pomyślcie o Francji i Anglii, które do końca XII wieku
praktycznie pozbyły się niewolnictwa, a mimo tego w epoce kolonialnej
handlowały niewolnikami na masową skalę41. Albo o reżimach
totalitarnych w połowie XX wieku wyrastających nawet na demokratycznym
podłożu. Albo o tym, jak wykorzystaliśmy postęp naukowy, by stworzyć
broń jądrową i fermy przemysłowe.
Dystopia jest równie możliwa, co eutopia. Możemy żyć w przyszłości,
gdzie światem włada jeden globalny reżim totalitarny, gdzie nasza
dzisiejsza jakość życia pozostaje jedynie odległym wspomnieniem dawno
minionego Złotego Wieku albo gdzie trzecia wojna światowa doprowadziła
do całkowitej zagłady cywilizacji. To, czy przyszłość będzie cudowna,
czy koszmarna, przynajmniej w jakiejś części zależy od nas.
Nie tylko zmiany klimatu
Nawet jeśli przyjmiecie do wiadomości, że przyszłość jest wielka i ważna, wciąż możecie sceptycznie odnosić się do naszych możliwości
pozytywnego wpłynięcia na nią. Zgadzam się, że analizowanie
długofalowych skutków naszych dzisiejszych działań jest bardzo trudne.
Trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników, które dopiero zaczynamy
rozumieć. Celem, jaki postawiłem sobie przy pisaniu tej książki, jest
jednak nie tyle wyciągnięcie ostatecznych wniosków na temat tego, co
powinniśmy zrobić, ile pobudzenie dalszych badań w tej dziedzinie.
Przyszłość jest tak istotna, że musimy przynajmniej spróbować się
zastanowić, jak skierować ją na właściwe tory. Poza tym co nieco już
wiemy.
Gdy spojrzymy w przeszłość, okaże się, że choć ludzi świadomie
stawiających sobie odległe cele nie było zbyt wielu, mimo wszystko
jednak istnieli -?i część z nich odniosła zaskakujący sukces. Poeci
tworzą jedną z takich grup. W Sonecie 18. ("Czy mam przyrównać cię do
dnia letniego") Shakespeare zdaje sobie sprawę, że dzięki swojemu
kunsztowi jest w stanie na wieczność zachować młodego człowieka, którego
podziwia42.
Twe wieczne lato, a twe piękno czyste
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Żyj tu, wpleciony w strofy wiekuiste.
Póki ma ludzkość wzrok, a w piersi tchnienie,
Będzie żył wiersz ten, a w nim twe istnienie43.
Choć sonet ten został napisany w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku,
tradycja, do której nawiązuje, jest znacznie starsza44. Już w 23
roku p.n.e. rzymski poeta Horacy tak rozpoczynał odę kończącą zbiór
swoich pieśni:45
Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiży,
Od królewskich piramid sięgający wyżej;
Ani go deszcz trawiący, ani Aquilony
Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony
Szereg, ni czas lecący w wieczności otchłanie.
Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie
Poza grobem. Potomną sławą zawsze młody (...)46
To bardzo górnolotne twierdzenia, by nie powiedzieć więcej. Mimo tego
trzeba przyznać, że próby osiągnięcia nieśmiertelności podejmowane przez
tych twórców najwyraźniej się powiodły. Pamięć o nich przetrwała setki
lat -?w istocie z upływem lat coraz bardziej rozkwitają: dziś
Shakespeare ma więcej czytelników niż w swoich czasach; to samo
prawdopodobnie tyczy się Horacego. Póki w przyszłych pokoleniach narodzą
się ludzie gotowi ponieść niewielki koszt związany z zachowaniem i powieleniem tych wierszy w jakiejś formie, dzieła ich twórców będą trwać
wiecznie.
Inni pisarze także z powodzeniem odcisnęli swoje piętno na bardzo
odległej przyszłości. Tukidydes napisał swoją Wojnę peloponeską w piątym stuleciu przed naszą erą47. Wielu uważa go za pierwszego
historyka w dziejach Zachodu, który próbował wiernie oddać przebieg
wydarzeń i przeanalizować ich przyczyny48. Miał poczucie, że
opisuje prawdy ogólne -?celowo przedstawiał fakty tak, by mogły służyć
przyszłym pokoleniom:
Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się
może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za
pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić
sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze
zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest
bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla
chwilowego popisu49.
Dzieło Tukidydesa po dziś dzień nie straciło na swoim ogromnym
znaczeniu: jest obowiązkową lekturą w akademiach wojskowych West Point i Annapolis oraz w US Naval War College50. Podtytuł wydanej w 2017
roku i szeroko komentowanej książki politologa Grahama Allisona
Destined for War brzmiał: Czy Ameryka i Chiny są w stanie uciec przed
pułapką Tukidydesa?. Allison bierze obserwacje Tukidydesa na temat
relacji między starożytnymi Atenami i Spartą za wzór dla swojej analizy
współczesnych stosunków między USA a Chinami. O ile mi wiadomo,
Tukidydes jest pierwszą osobą w spisanych dziejach, która świadomie i z powodzeniem dążyła do wywarcia długofalowego wpływu na przyszłe
pokolenia.
Przykładem bliższym nam historycznie są ojcowie założyciele Stanów
Zjednoczonych. Konstytucja Stanów Zjednoczonych liczy sobie niemal
dwieście pięćdziesiąt lat i przez większość tego czasu pozostawała
niezmienna. Jej uchwalenie miało kolosalne długofalowe znaczenie i wielu
spośród ojców założycieli było tego w pełni świadomych. John Adams,
drugi prezydent USA, skomentował to następująco: "Instytucje, które
teraz powstają w Ameryce, jeszcze przez tysiące lat nie znikną
całkowicie. Jest zatem sprawą najwyższej wagi, by rozpoczęły swe
działanie właściwie. Jeśli teraz obiorą zły kierunek, nie będą w stanie
wrócić -?chyba że przez przypadek -?na właściwe tory"51.
Benjamin Franklin zyskał sobie opinię człowieka tak przekonanego o dobrej kondycji i długowieczności Stanów Zjednoczonych, że w 1784 roku
pewien francuski matematyk uczynił z tego przedmiot przyjacielskiej
satyry: zasugerował Franklinowi, że jeśli ten rzeczywiście do tego
stopnia szczerze wierzy w powodzenie kraju, powinien zainwestować
pieniądze tak, by dzięki korzyściom z procentu składanego można było
nimi opłacić przyszłe projekty społeczne52. Franklin uznał, że
to świetny pomysł, i w 1790 roku zainwestował po tysiąc funtów (około
stu trzydziestu pięciu tysięcy dzisiejszych dolarów) na rzecz Bostonu i Filadelfii -?trzy czwarte funduszy miało zostać wypłacone po stu latach,
pozostała zaś część po dwustu. Do 1990 roku, gdy pieniądze te zostały
ostatecznie rozdysponowane, jego darowizna urosła do niemal pięciu
milionów dolarów dla Bostonu i dwóch milionów trzystu tysięcy dolarów
dla Filadelfii53.
Wpływ na ojców założycieli miały idee zrodzone niemal dwa tysiące lat
przed ich narodzeniem. Ich poglądy na temat podziału władzy nawiązywały
do pism Locke'a i Monteskiusza, którzy z kolei czerpali z pochodzącej z drugiego stulecia przed naszą erą analizy rzymskich rządów pióra
Polibiusza54. Wiemy także, że kilku ojców założycieli znało
prace Polibiusza55.
Aby odcisnąć przewidywalny ślad na długofalowej przyszłości, nie musimy
być dziś równie wpływowi jak Tukidydes czy Franklin. W rzeczywistości
robimy to cały czas. Jeździmy samochodami i latamy samolotami, emitując
w ten sposób gazy cieplarniane o szalenie długotrwałych skutkach:
potrzeba setek tysięcy lat, by w wyniku procesów naturalnych stężenie
dwutlenku węgla wróciło do poziomu z epoki
preindustrialnej56. O tego rodzaju skali czasowej mówi
się zwykle w przypadku odpadów radioaktywnych57. W przeciwieństwie jednak do odpadów z elektrowni jądrowych, które
starannie przechowujemy i planowo zakopujemy, produkty uboczne produkcji
energii z paliw kopalnych po prostu wypuszczamy w atmosferę58.
W niektórych przypadkach geofizyczny wpływ tego ocieplenia z czasem
raczej narasta niż "się wypłukuje"59. Międzyrządowy Zespół ds.
Zmian Klimatu (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC)
przewiduje, że w scenariuszu średnich i niskich emisji, który dziś
powszechnie uznaje się za najbardziej prawdopodobny, do końca stulecia
poziom morza podniesie się o siedemdziesiąt pięć
centymetrów60 i będzie się podnosił jeszcze długo po 2100
roku. Po dziesięciu tysiącach lat poziom morza będzie o dziesięć do
dwudziestu metrów wyższy niż dziś61. Hanoi, Szanghaj, Kalkuta,
Tokio i Nowy Jork najprawdopodobniej znajdą się pod wodą62.
Zmiany klimatu pokazują długofalowe konsekwencje dzisiejszych działań.
Zarazem udowadniają jednak, że czyny zorientowane na daleką przyszłość
nie muszą oznaczać ignorowania potrzeb tych, którzy żyją obecnie. Możemy
zadbać o przyszłość, doskonaląc teraźniejszość.
Przejście na czystą energię będzie miało ogromny pozytywny wpływ na
nasze dzisiejsze zdrowie. Spalanie paliw kopalnych powoduje
zanieczyszczanie powietrza małymi cząsteczkami, które wywołują raka
płuc, choroby serca i infekcje dróg oddechowych63,
doprowadzając każdego roku do przedwczesnej śmierci około trzech
milionów sześciuset tysięcy osób64. Nawet w Unii Europejskiej,
która na tle świata jest stosunkowo mało zanieczyszczona,
zanieczyszczenie powietrza związane ze spalaniem paliw kopalnych
kosztuje każdego obywatela średnio rok życia65.
Dekarbonizacja -?proces zastępowania paliw kopalnych czystszymi źródłami
energii -?niezależnie od długotrwałego pozytywnego wpływu na klimat
przynosi zatem znaczne i natychmiastowe korzyści dla zdrowia. Gdy
weźmiemy pod uwagę zanieczyszczenie powietrza, szybka dekarbonizacja
światowej ekonomii okaże się uzasadniona już choćby z samych względów
zdrowotnych66.
Rysunek 1.4. Liczba zgonów na terawatogodzinę wyprodukowanej energii
pochodzącej z różnych źródeł; wykres obejmuje zarówno zgony spowodowane
wypadkami, jak i zanieczyszczeniem powietrza, ale nie te związane ze
zmianami klimatu. Wartości dotyczące energii jądrowej obejmują ofiary
wypadków w Czarnobylu i Fukushimie; przedstawiony zakres wynika z różnych szacunków dotyczących długofalowych efektów ekspozycji na niskie
promieniowanie -?więcej szczegółów na whatweowethefuture.com/notes.
Szacunki dotyczące innych źródeł energii opierają się na danych z Europy
Dekarbonizacja jest zatem opłacalna zarówno w długiej, jak i w krótkiej
perspektywie. Tak naprawdę zaś promowanie innowacji w pozyskiwaniu
czystej energii -?słonecznej, wiatrowej, jądrowej nowej generacji czy z paliw alternatywnych -?daje nam przewagę także na innych frontach.
Obniżając koszty energii, innowacje takie podnoszą standardy życia w biedniejszych krajach. Jednocześnie przez zachowanie paliw kopalnych w ziemi zabezpieczają nas przed ryzykiem nieodwracalnej zapaści (będę o tym mówił w rozdziale szóstym), a stanowiąc bodziec do rozwoju
technologicznego, zmniejszają niebezpieczeństwo długofalowej stagnacji
(powiem o tym w rozdziale siódmym). Korzyści z każdej strony.
Dekarbonizacja to test dla longtermizmu. Innowacje dotyczące czystej
energii są tak jednoznacznie dobre i jednocześnie pozostawiają tak
wielkie pole do udoskonaleń, że uważam je za punkt odniesienia, z którym
można porównywać wszelką inną działalność longtermistyczną. To wysoko
zawieszona poprzeczka.
Nie jest to jednak jedyna metoda wywierania długofalowego wpływu.
Pozostała część tej książki jest próbą systematycznego wyłożenia
sposobów, w jakie możemy pozytywnie oddziaływać na odległą przyszłość -
przemiany moralne, roztropne zarządzanie rozwojem sztucznej
inteligencji, zapobieganie projektowanym epidemiom oraz odsuwanie w czasie technologicznej stagnacji są przynajmniej tak samo istotne, a często zdecydowanie bardziej zaniedbywane.
Nasz moment w dziejach
Pogląd, że mamy wpływ na odległą przyszłość i że stawka może być aż tak
wysoka, może wydawać się zbyt szalony, by był prawdziwy. Początkowo tak
właśnie sądziłem67.
Uważam jednak, że szaleństwo longtermizmu wywodzi się nie tyle z leżących u jego podstaw przesłanek moralnych, ile z wyjątkowości czasów,
w jakich żyjemy68.
Dane nam jest żyć w czasach, w których jesteśmy świadkami niebywałej
liczby zmian. Aby się o tym przekonać, zastanówmy się nad tempem
globalnego wzrostu gospodarczego, które w ostatnich dekadach wyniosło
średnio 3% w skali roku69. Z historycznego punktu widzenia to
sytuacja bez precedensu. Przez pierwsze dwieście dziewięćdziesiąt
tysięcy lat istnienia ludzkości wskaźnik ten oscylował wokół zera; w epoce agrarnej wzrósł do około 0,1% i przyspieszył po rewolucji
przemysłowej. Dopiero w ostatnim stuleciu gospodarka światowa rosła w tempie ponad 2% rocznie. Ujmę to inaczej: począwszy od 10 000 roku
p.n.e. potrzeba było wielu setek lat, by podwoić wielkość światowej
gospodarki -?ostatnie podwojenie zaś zajęło ich zaledwie
dziewiętnaście70. Nie tylko zresztą wskaźniki wzrostu
ekonomicznego są historycznie niezwykłe -?to samo dotyczy zużycia
energii, emisji dwutlenku węgla, zmian w sposobie użytkowania gruntów,
postępu naukowego i prawdopodobnie również przemian
moralnych71.
Rysunek 1.5. Światowa produkcja gospodarcza od 1 roku n.e.
Wiemy już, że w porównaniu z przeszłością epoka współczesna jest
absolutnie niezwykła. Jest również jednak niezwykła w porównaniu z przyszłością. Tak wysokie wskaźniki wzrostu nie mogą trwać wiecznie,
nawet jeśli uda nam się całkowicie oddzielić wzrost od emisji dwutlenku
węgla i nawet jeśli wyruszymy do gwiazd. By się o tym przekonać,
wyobraźmy sobie, że przyszły wzrost gospodarczy nieco zwolni -?do około
2% rocznie72. W takim przypadku za dziesięć tysięcy lat
gospodarka światowa byłaby 1086 razy większa niż dzisiaj -
produkowalibyśmy sto bilionów bilionów bilionów bilionów bilionów
bilionów bilionów razy więcej niż obecnie. W odległości dziesięciu
tysięcy lat świetlnych od Ziemi jest jednak mniej niż 1067
atomów73. Gdyby więc obecne tempo wzrostu utrzymało się choćby
przez dziesięć tysiącleci, nasza zdolność produkcyjna w porównaniu z dzisiejszą musiałaby wzrosnąć dziesięć milionów bilionów razy w zasadzie
na każdy atom w naszym zasięgu. To po prostu wydaje się niemożliwe, choć
oczywiście nie możemy tego wykluczyć74.
Ludzkość może przetrwać przez następne miliony, może nawet miliardy. Ale
tempo zmian współczesnego świata nie utrzyma się dłużej niż tysiące lat.
Oznacza to, że żyjemy w wyjątkowym rozdziale historii ludzkości. W porównaniu z przeszłością i przyszłością w każdej dekadzie naszego życia
doświadczamy w najwyższym stopniu niezwykłej liczby gospodarczych i technologicznych przemian. Niektóre z tych zmian -?jak choćby
wynalezienie sposobów zasilania paliwami kopalnymi, broni jądrowej,
modyfikowanych patogenów czy zaawansowanej sztucznej inteligencji -?mogą
mieć wpływ na cały dalszy bieg dziejów.
Nie tylko tempo zmian jest niebywałe. Utrzymujemy ze sobą także
wyjątkowy kontakt75. Przez ponad pięćdziesiąt tysięcy lat
byliśmy podzieleni na wiele różnych grup; najzwyczajniej w świecie nie
było sposobu, by ludzie zamieszkujący Afrykę, Europę, Azję i Australię
komunikowali się ze sobą76. Między 100 rokiem p.n.e. a 150 rokiem
n.e. Cesarstwo Rzymskie i dynastia Han miały pod swoim panowaniem po
około 30% światowej populacji każde, a mimo to niemal nic o sobie
wzajemnie nie wiedziały77. Nawet w granicach jednego imperium
jego obywatele mieli bardzo ograniczone możliwości porozumiewania się z kimś mieszkającym bardzo daleko.
W przyszłości, jeśli zasiedlimy gwiazdy, nastąpi podobne odseparowanie.
Galaktyka przypomina archipelag, składający się z maleńkich punkcików
ciepła rozsianych po olbrzymich przestrzeniach pustki. Gdyby Droga
Mleczna była wielkości Ziemi, nasz system słoneczny miałby średnicę
dziesięciu centymetrów, a od sąsiadów dzieliłyby go setki metrów.
Najszybsza możliwa komunikacja między dwoma skrajnymi punktami galaktyki
zajęłaby sto tysięcy lat -?by porozmawiać z naszym najbliższym sąsiadem,
potrzebowalibyśmy niemal dziewięciu78.
W istocie, jeśli ludzkość wystarczająco się rozprzestrzeni i przetrwa
odpowiednio długo, w końcu jakakolwiek łączność między jednym odłamem
cywilizacji a drugim stanie się niemożliwa. Wszechświat składa się z milionów grup galaktyk79 -?naszą własną nazywamy po prostu
Grupą Lokalną. Galaktyki zaliczane do danej grupy znajdują się
wystarczająco blisko siebie, by siła grawitacji wiązała je ze sobą na
wieczność80. Jednakże ponieważ wszechświat się rozszerza,
ostatecznie grupy zostaną od siebie oderwane: za sto pięćdziesiąt
miliardów lat nawet światło nie będzie w stanie między nimi
podróżować81.
To, że nasz moment w dziejach jest tak niezwykły, daje nam ogromne
możliwości, by coś zmienić. Bardzo niewielu ludzi, którzy kiedykolwiek
żyli lub będą żyć na Ziemi, miało lub będzie mieć równie wielką szansę,
by pozytywnie wpłynąć na przyszłość. Tak szybkie przemiany
technologiczne, społeczne i środowiskowe dają nam więcej sposobności
oddziaływania na to, jak i kiedy dojdzie do najistotniejszych z nich:
dotyczy to między innymi możliwości kierowania postępem technologicznym,
który mógłby utrwalić niewłaściwe wartości lub zagrozić naszemu
przetrwaniu. Obecne zjednoczenie cywilizacji oznacza, że niewielkie
grupy są w stanie oddziaływać na całość. Nowe idee nie ograniczają się
do jednego kontynentu -?mogą rozprzestrzenić się po całym świecie w ciągu kilku minut, a nie stuleci.
W dodatku z faktu, że wszystkie te zmiany zaszły tak niedawno, wynika
także, że znajdujemy się w stanie nierównowagi: społeczeństwo nie
przybrało jeszcze stabilnej formy i wciąż mamy szansę wpłynąć na to, w jakim kształcie ostatecznie zastygnie. Wyobraźcie sobie gigantyczną kulę
toczącą się szybko po wyboistym terenie. Po jakimś czasie wytraci ona
pęd i zwolni, osiadając na dnie jakiejś dolinki czy rozpadliny.
Cywilizacja przypomina taką kulę: póki jeszcze jest w ruchu, nawet
niewielkie popchnięcie może wpłynąć na to, w jakim kierunku się poturla
i gdzie koniec końców się zatrzyma.