Co gryzie weterynarza - Łukasz Łebek

Kup ebooka

39.90 zł
31.70 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

WSTĘP,

czyli jak wszystko się zaczęło

 

 

 

 

Zawsze chciałem napisać książkę o mojej pracy. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu czułem, że weterynaria ma potencjał. Miałem w głowie setki scenariuszy i konspektów. Szczególnie gdy brałem prysznic. Jednak te toaletowe pomysły uciekały szybko niczym woda z brodzika. Gdy już zacząłem pisać książkę, okazało się, że nie stawała się ona podobna do niczego, co sobie wyobrażałem. Weźmy sam wstęp. Już na studiach wymyśliłem sobie rozpoczęcie mojego "dzieła". Miało ono wyglądać tak:

Jest druga w nocy, sierpień. Siedzę na progu przed drzwiami przychodni i palę papierosa. Noc jest piękna. Na bezchmurnym niebie gwiazdy próbują przebić się swoim blaskiem przez łunę miasta. Jednak cuda wszechświata są mi w tej chwili obojętne. Teraz ważny jest dla mnie tylko ten kawałek tytoniu tlący się w mojej dłoni. Muszę rzucić - myślę i wypuszczam kłąb dymu, który na chwilę zasłania zarówno łunę, jak i gwiazdy. Z cichym przekleństwem na ustach znowu zerkam na zegarek. Od czterdziestu minut czekam na psa, który wpadł pod samochód. Patrzę w końcu w niebo i szukam wśród gwiazd odpowiedzi na pytanie: Dlaczego nie wybrałem stomatologii?

Moja opowieść miała zakończyć się w tym miejscu konkluzją, że ludziom śmierdzi z ust i z dwojga złego lepiej szyć pokrwawione zwierzęta. Tak to miało wyglądać. Ale nie wygląda. Po pierwsze nie palę. Więc nie musiałem rzucać. Pod drugie nie noszę zegarka. Może gdzieś w światach równoległych istnieję w wersji, która wypala dwie paczki dziennie i nosi zegarek na lewym nadgarstku. Jednak ten ja, który siedzi przed komputerem i uderzając w klawisze, pisze te słowa, palaczem nie był i nie jest, a do kwestii pomiaru czasu nie przykłada większej wagi.

No i stomatologia mi nigdy po głowie nie chodziła.

Poza tym to nie jest powieść, a już na pewno nie w gatunku fantasy, którą planowałem napisać od czasów podstawówki. Wiecie, taka z elfami, krasnoludami i pierścieniem mocy, jeśliby się jakiś przydarzył. Tymczasem przed wami leży... No właśnie, co? Z pewnością książka. Ale jaka dokładnie? Lubimy przecież precyzyjne określenia. Nie jest to powieść, jak już ustaliliśmy, nie jest to także zbiór opowiadań ani tomik poezji. Długo się zastanawiałem nad naturą tej książki. Ważne jest dla mnie, aby móc ją przedstawić. Mimo szczerych chęci sprecyzowania i przyporządkowania mojego "dzieła literackiego" do jakichkolwiek schematów otrzymałem jedynie listę tego, czym ta książka nie jest. Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa, choć zdarzyło mi się zerknąć do literatury fachowej, żeby być merytorycznie poprawnym. Nie oddaję wam także w ręce poradnika. Co to, to nie! Nawet jeśli czasem udzielam rad, chciałbym, aby przytaczane historie były materiałem do przemyśleń, nie gotową receptą.

Książka ta jest po prostu zbiorem opowieści z codziennego życia zwykłego lekarza weterynarii. Weterynarza lub, jak często słyszę, weta. Nazywajcie mnie, jak chcecie. Wszystkie historie zdarzyły się naprawdę, można więc powiedzieć, że napisało je życie. Dodatkowo opatrzone są moimi osobistymi przemyśleniami, czasem emocjami. "Subiektywne historie z życia weta", myślę, że tak to określę. Mam nadzieję, że dzięki nim spojrzycie na wizytę w gabinecie moimi oczami.

Nie wszystko da się precyzyjnie ułożyć i przyporządkować. Nie zawsze można w pełni zrealizować plan. Nie zacząłem książki w sposób, jaki sobie zaplanowałem. Jednak jakoś zacząć należy. Wszystko ma swój początek. Zacznijmy więc od tego, jak to się stało, że nie zostałem ludzkim lekarzem...

 

-

 

Wielokrotnie zadawano mi pytanie, dlaczego wybrałem zawód lekarza weterynarii. Odpowiadam zawsze, że tak po prostu wyszło. Nie zrobiłem tego z miłości do zwierząt czy pieniędzy... Dobra, muszę przyznać, że to nie jest całkiem prawda. Zwierzęta bardzo lubiłem (o czym dowiecie się już w następnym akapicie) i te ciepłe uczucia dalej mi zostały. Spokojnie! Jestem zwierzolubny. Chciałem tylko zaznaczyć, że ani miłość do zwierząt, ani chęć zarobienia pieniędzy nie były głównym motywatorem wyboru ścieżki zawodowej. Nie podążałem za wskazaniami jakiegoś mistycznego powołania. Prawda jest jedna. Jestem weterynarzem, bo chciałem. Od zawsze. Albo prawie od zawsze.

Jako mały pędrak byłem strasznie zafiksowany na punkcie zwierząt. Moi koledzy bawili się modelami samochodzików, udawali strażaków czy żołnierzy, a ja miałem menażerię plastikowych zwierzaków. Pewnego dnia dostałem od rodziców dużą ciężarówkę z lawetą. Myślicie, że woziłem nią samochodziki? Gdzieżby! Wystarczyło usunąć z niej przeszkadzające resoraki i voila, mamy wóz do transportu słoni, świń, żółwi i innych jeżozwierzy.

Poza tym stałem się postrachem wszystkich małych stworzeń. Wiosna i lato były czasem zakładania "hodowli". Wsadzałem do słoików wszystko, co nie zdołało mi uciec. Pewna biedna jaszczurka zostawiła mi w dłoni swój ogon. A może nawet więcej niż jedna. Teraz nad tym strasznie ubolewam. Moje "hodowle" insektów nie przeżywały długo. I nie chodzi o to, że o nie nie dbałem. Problem w tym, że w latach dziewięćdziesiątych dostęp do informacji był znacznie bardziej utrudniony niż obecnie. Dlatego nie wiedziałem, czym karmić te moje pasikoniki, chrząszcze i inne im podobne. Moja "fachowa" literatura milczała na ten temat lub wyrażała się niejasno. Teraz bym przeczytał w internecie. A prawdopodobnie po prostu dałbym tym istotom święty spokój. Z perspektywy czasu wiem, że nieświadomie się nad nimi znęcałem. Nie usprawiedliwiam się. Było, jak było. Moim dzieciom jednak nie pozwalam na taką zabawę. Owady podglądamy w ich naturalnym środowisku. Swoją drogą, świetnym wynalazkiem są pojemniki do obserwacji insektów. Przypominają mały słoik z lupą. Dzięki nim dziecko może obejrzeć stwora z każdej strony i po zakończonym badaniu bez szwanku wypuścić stworzenie na wolność.

Myślę, że istotny wpływ na moje przyszłe decyzje miała fascynacja filmami Jacques'a Cousteau i Davida Attenborough. Fraza: "Czytała Krystyna Czubówna" budzi we mnie same miłe wspomnienia. Już w wieku pięciu lat postanowiłem zostać przyrodnikiem. Wyobrażałem sobie, że będę jeździł po świecie i oglądał zwierzęta. Nie miałem pojęcia, co robi taki przyrodnik poza oglądaniem.

Wszystko się zmieniło, gdy zachorował nasz pies Luks, wielki owczarek niemiecki. Właściwie anioł, nie pies. Można by o nim napisać książkę, ale tu wspomnę tylko, że był to taki zwierz, który każdemu psiarzowi trafia się raz w trakcie jego egzystencji na tym łez padole. Kojarzycie książki Erica Knighta, których bohaterem był owczarek szkocki o imieniu Lassie? Zwierzę wykazuje się niezwykłą bystrością, ratuje rodzinę z opresji i zawsze wraca do domu. Luks był naszym odpowiednikiem Lassie. Kiedy miałem kilka lat, razem z moją przyjaciółką Kasią postanowiliśmy uciec z domu. Wykorzystując nieuwagę rodziców, zwialiśmy z podwórka i schowaliśmy się w jakichś chaszczach. Oczywiście nie reagowaliśmy na paniczne okrzyki szukających nas ludzi i świetnie się bawiliśmy. Mój tata wypuścił psa na ulicę i powiedział mu: "Przyprowadź Łukasza". Nie minęło pięć minut, a już wbiegaliśmy na podwórko, szturchani w tyłki przez zaganiającego nas psa. Taki właśnie był nasz Luks. Mądry i troskliwy. Przyjazny dla rodziny i przyjaciół, a jednocześnie pilnie stróżujący na posesji. Nie przepuścił okazji do przejażdżki w bagażniku poloneza, a na spacerze pozwalał się prowadzić nawet kilkulatkowi. Pies nad psy.

Jak wszyscy wiemy, życie jest brutalne i każdy z nas będzie je musiał kiedyś zakończyć. Nawet ci, których bardzo kochamy. Luks zachorował w sobotę. Męczyły go uporczywe wymioty. Pojechaliśmy do weterynarza. Niestety mimo udzielonej pomocy nie udało się go uratować. W niedzielę rano wszedł na schody prowadzące do naszego domu. Było to jego ulubione miejsce. Położył się i odszedł.

Miałem chyba 10 lat.

Po przeszło dwóch dekadach wszyscy wciąż go wspominamy z łezką w oku. Taki to był pies. Myślę jednak, że jego śmierć była jednym z punktów zwrotnych w moim życiu. Jednym z tych, które doprowadziły mnie do miejsca, w którym dziś stoję. Bo od tamtej pory chciałem leczyć zwierzęta. Żeby inne Luksy nie musiały odchodzić. Gdybym nie doświadczył tak silnego przeżycia, mógłbym obrać inną drogę. Na przykład uczyć biologii. W szkole. O zgrozo!

Myśli, że będę weterynarzem, trzymałem się wiele lat. Z tego prostego, mogłoby się wydawać, toru, wybiło mnie zdrowie. Od siódmego roku życia walczę z alergią. W skrócie - wszystko, co ma kwiatki, próbuje mnie zabić. A jak nie ma kwiatków, które mogą pylić, atak przypuszczają roztocza. Ze zwierzętami nie miałem problemów. Kiedy miałem naście lat, moja lekarka prowadząca powiedziała: "Łukasz, są cztery zawody, których nie możesz wykonywać: weterynarz, bibliotekarz, piekarz i weterynarz". Jak widzicie, podkreślając wagę zakazu, wymieniła mój wymarzony zawód dwukrotnie. Świat mi się zawalił. Nie miałem innego pomysłu na życie.

Dlaczego nie weterynarz?! Argumentem było to, że muszę unikać zawodów wymagających kontaktu z dużym zapyleniem, kurzem, sianem itd. Tak więc leczenie zwierząt miało odpłynąć do krainy zapomnienia. Wymyśliłem więc, że zostanę ludzkim lekarzem. To nawet wydało mi się prostsze, bo trzeba ogarniać tylko jeden gatunek. Okłamywałem się przez dwa lata liceum, twierdząc, że pójdę na medycynę. Mój tata woził mnie nawet na kursy przygotowujące do Warszawy (mieszkam zaledwie 250 kilometrów od niej), abym maturę zdał tak, żeby się dostać na ten kierunek. Był tylko jeden problem. Nie chciałem leczyć ludzi. Bardzo nie chciałem mieć z nimi kontaktu.

Czas liceum to dla mnie pora nasilającej się mizan­tropii. Towarzystwo ludzi było mi zbędne, wtedy wystarczały mi książki i muzyka. Byłem strasznym odludkiem. Zresztą dalej nie należę do imprezowiczów i dusz towarzystwa. Wtedy jednak nie wyobrażałem sobie, że mógłbym codziennie wchodzić z ludźmi w - bądź co bądź - bliskie kontakty. Przeszła mi przez myśl idea zostania lekarzem sądowym, jednak w naszym kraju wiąże się to z ukończeniem medycyny i zrobieniem późniejszej specjalizacji. Nie istnieje osobna ścieżka zawodowa dla medyków sądowych. Wszystko było na nie. Mogłem męczyć się całe życie, robiąc to, czego nie chcę robić, albo męczyć się zdrowotnie całe życie, podążając za marzeniem. Te wewnętrzne rozterki "wygrała" weterynaria. Stwierdziłem: "Pieprzyć to! Wezmę coś na alergię i dam radę!". Rodzicom powiedziałem o swojej decyzji dopiero po złożeniu deklaracji o wyborze przedmiotów maturalnych. Nie zgłosiłem chęci zdawania fizyki, co przekreśliło mnie jako kandydata na medycynę. Przyjęli to dobrze, a tata powiedział tylko: "Tak czy siak, będę miał syna na medycynie".

A teraz przeskakujemy w czasie.

Zanim o studiach, pragnąłbym was zapewnić, że naprawdę trzeba je skończyć, żeby być weterynarzem. Myślicie, że to oczywiste? Nie dla wszystkich. Pewien pan spytał mnie kiedyś: "A żeby być weterynarzem, to trzeba jakąś szkołę skończyć?". Gdy odpowiedziałem twierdząco, był równie zaskoczony, jak ja jego pytaniem. Dlatego o tym piszę. Nie wystarczy iść do mistrza i zadeklarować chęci podjęcia terminu. Poważnie, trzeba te studia skończyć. Na skróty się nie da.

Studiowałem na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Wtedy medycynę weterynaryjną można było studiować na czterech wydziałach: w Warszawie, we Wrocławiu, w Olsztynie i Lublinie. Obecnie studiować ją można również w Krakowie, Poznaniu i Toruniu. Walczyłem dzielnie przez 11 semestrów i finalnie, bez poślizgów czasowych i powtarzania roku, zdobyłem upragniony tytuł lekarza weterynarii. Nie było łatwo! I nie jest to kwestia przechwalania się. Nie byłem superuzdolnionym studentem, miałem jednak dużo samozaparcia.

Studia wspominam ambiwalentnie. Z jednej strony dobrze, z drugiej koszmarnie. Studia weterynaryjne można porównać do tego, co o dobrym filmie powiedział Alfred Hitchcock. One też zaczęły się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stopniowo rosło. Stopniowo i nieprzerwanie. Pierwsze, co musi uświadomić sobie młody student (i pewnie jest tak na każdym wydziale), to to, że studia to nie liceum. Nikt nie będzie za tobą chodził i prosił, żebyś coś zrobił, a mama nie napisze ci usprawiedliwienia, bo nie chciało ci się przyjść. Miejsce na studiach zostało wywalczone i tylko od ciebie zależy, czy je utrzymasz. Nie stawiasz się na określonych terminach zaliczeń, oblewasz. Nie chodzisz na zajęcia? Wypad. Studenci przychodzą i odchodzą. Nikt was na siłę tu nie trzyma. Zupełnie inaczej niż w liceum, gdzie niejednokrotnie nauczycielom bardziej zależy na ocenach niż uczniom. Studia mają jednak skończyć ludzie dojrzali, odpowiedzialni za swoje czyny.

Kolejna prawda, którą trzeba było przetrawić, to, cytując kilka pierwszych zdań skierowanych do nas przez jednego z profesorów: "Studia to poszukiwanie wiedzy. Nie podamy wam jej na talerzu. Wykłady i ćwiczenia to tylko ułamek wymaganego od was materiału". I na przykład wykłady z anatomii takie były. Wskazówki do dalszego odkrywania zakamarków zwierzęcego ciała. Dodatkowo analogowe w dobie cyfryzacji. Prowadzący stawał przy rzutniku, na którym kładł czystą kartkę. Na niej pisał pięknym kaligraficznym pismem łacińskie nazwy omawianych struktur anatomicznych. Pisząc, cały czas opowiadał o budowie ciała różnych gatunków. Bez kolorowych prezentacji, bez tej całej nowoczesnej otoczki. I wiecie co? To były wykłady, które najmilej wspominam. Świetnie słuchało się człowieka o wysokiej kulturze osobistej, który miał do tego ogromną wiedzę. Prawdziwy profesor. Taki powinien być wykładowca uczelni.

Pamiętajmy jednak, że ludzie są tylko ludźmi i jeśli się spodziewacie, iż na wydziale medycyny weterynaryjnej spotkacie samych kryształowych obywateli, to czeka was rozczarowanie. Jak w każdej społeczności i tu poznacie pełen zakres ludzkich charakterów. Nie ma się co dziwić i nie ma co się na ten temat rozpisywać. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak to jest, to zapraszam na wydział medycyny weterynaryjnej. Ważne jest jedynie to, że nie każdy dobry naukowiec będzie dobrym dydaktykiem. Z ręką na sercu mogę jednak stwierdzić, że większość akademików była wobec nas w porządku i nie rzucała nam kłód pod nogi. Czego nie należy mylić z pobłażaniem i pozwalaniem na brak pracy. Wymagano od nas dużo i konsekwentnie egzekwowano spełnianie tych wymagań. Jednak zwykle łączyło się to także z szacunkiem wobec studenta. A gdy czuliśmy, że jedyną winę za niepowodzenie ponosimy my sami, nie mogliśmy żywić urazy do prowadzących zajęcia.

Oczywiście bywały także sytuacje, gdy obojętnie co byście zrobili, i tak byście oblali. Pamiętam egzamin, na którym prawidłowa odpowiedź musiała zawierać słowo "erytrocyt", a wyrażenie "czerwona krwinka" równało się niezaliczeniu pytania. Na egzaminie poprawkowym było zupełnie na odwrót. I rozumiem, można uznać, że czerwona krwinka to nazwa potoczna, a erytrocyt jest określeniem, którego wypada używać lekarzowi. Tylko po co zmieniać wersję z egzaminu na egzamin? Nie pojmuję tego, bo to przecież to samo. Wtedy było to denerwujące. Teraz opowiadam to w charakterze zabawnej anegdotki.

Na szczęście, jak już wspominałem, większość profesorów i doktorów była pozytywnie nastawiona do studentów. Tych nieogarniętych stworzeń, które czasem zachowują się jak dzieci we mgle. Szczerze muszę przyznać, że studenci bywają utrapieniem, i nie dziwię się, że temu czy innemu profesorowi puszczają nerwy. Przecież student to taki uczeń, tylko bardziej cwany i z wybujałym ego. Mój ukochany Terry Pratchett w jednej z książek pisze: "Chociaż, kiedy się zastanowić, z pewnością mógłbym prowadzić znacznie lepszy uniwersytet, gdyby nie ci przeklęci studenci, którzy bez przerwy plączą się pod nogami"[1]. I pewnie jest to prawda. Faktem jest, że większość kłopotów, które spadały na nas, była tylko i wyłącznie naszą winą. A to niestawienie się na pierwszy termin zaliczenia, a to przyłapanie na ściąganiu. Mimo iż wtedy ten i ów, w tym także ja, użalaliśmy się na niesprawiedliwość, w 99% przypadków sami byliśmy sobie winni. Tak to widzę z perspektywy czasu. Jak się studiuje weterynarię? Nie mogę wypowiadać się za wszystkich, ale moim zdaniem ciężko. Przynajmniej mnie wszystko przychodziło z trudem. Mistrz drugich terminów, oblatywacz komisów. Zawsze jeden punkt pod progiem. To ja. Oczywiście grubo przerysowany ja. Nie było aż tak źle. Jednego razu wymiatałem i wygrywałem życie, innego ponosiłem sromotną klęskę. Jak to w życiu, raz na wozie, raz pod wozem. W sesji zimowej drugiego roku nie zdałem niczego w pierwszym terminie. I nie były to przedmioty typu "pogromca studentów", jak np. farmakologia czy anatomia patologiczna. Istny orzeł wydziału medycyny weterynaryjnej. Jednak dokładnie wiem, dlaczego tak się stało. W moim życiu pojawiła się wtedy Kluska.

Kluska była szczeniakiem w typie beagle'a, prezentem dla mnie od rodziców, abym nie czuł się samotny z dala od domu. Wydawało się to genialnym pomysłem. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że pierwsze trzy lata studiów były najtrudniejsze pod względem materiału. Zwłaszcza jego ilości. A tu poza studiami pojawił się pies. Nie myślcie jednak, że Kluska była niespodzianką. Nie! Ja bardzo chciałem mieć psa i dość długo nosiłem się z zamiarem przygarnięcia go. I było fajnie. Tylko nie pomyślałam o kilku istotnych rzeczach. Pierwszym moim niedopatrzeniem był fakt, że szczeniaka trzeba wychować, poświęcić mu czas, nauczyć go czystości. Nie ma zmiłuj. Spacery, zabawa, karmienie, sprzątanie. A w przerwach nauka. Początkowo denerwowałem się, że musiałem sprzątać to, co z Kluski wyleciało. Później, po treningu czystości, nie musiałem sprzątać, za to suczka maltretowała mnie chęcią wyjścia co godzinę. Pamiętam, jak pewnej nocy zakuwałem do jakiegoś egzaminu, a ta przyszła i jęczała, że siku. TERAZ! Załamałem się i prawie rozpłakałem.

Kolejną kwestią było to, że wtedy spędzałem na uczelni mnóstwo czasu. Często od rana do wieczora. A pies sam w domu. Nudził się. Zdarzało się, że wracałem przed dwudziestą i otwierając drzwi do mieszkania, myślałem tylko o tym, że zrobimy szybki spacer, zjem jakieś byle co i będę się uczył na jutro. Spacer był, byle co było, ale nauki już nie. Gdy wszedłem do mieszkania, pierwsze, co ujrzałem, to pies siedzący na stosie moich notatek na jutro. Podartych na drobne kawałki i przeżutych. Kluska miała minę mówiącą: "Mam nadzieję, że jesteś zadowolony. Ileż można na ciebie czekać?!". Tego samego dnia zjadła też moje okulary. Mniej więcej dlatego niczego nie zdałem w tamtej sesji.

Można by pomyśleć, że jako student weterynarii powinienem wykazać się większą dozą rozsądku. Wziął szczeniaka, a potem narzeka, że biedny. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że byłem młody i niedoświadczony. Kluska jest pierwszym "naprawdę moim" psem. Na niej uczyłem się opieki nad zwierzęciem. Ona natomiast nauczyła mnie najwięcej o psiej naturze. O tym, jak wymagające jest żywe stworzenie, zwłaszcza w tych pierwszych miesiącach życia. Dała mi lekcję pokory i odpowiedzialności. I mimo że zeżarła moje notatki (zagryzając wspomnianymi wyżej okularami) i niezliczoną ilość razy sprawiała, że czułem się bezsilny, jestem jej wdzięczny, że była wtedy ze mną. Bo po tej całkowicie oblanej sesji to ona siedziała na kanapie z łbem na moich kolanach i przejmowała cząstkę mojego bólu. Dzięki niej wychodziłem z mieszkania i dawałem mózgowi szansę na dotlenienie. Poza tym wielokrotnie wysłuchiwała moich żalów, co jest po dwakroć cenne, gdyż, jak wiecie, pies się nie wtrąca, gdy narzeka się na wszechświat. I tak jak Luks był moim "bohaterem dzieciństwa", tak Kluska już zawsze będzie zajmowała w moim sercu szczególne miejsce jako ta, która nauczyła mnie, jak żyć z psem. I jak poznać psa.

Tak naprawdę czas studiów nie był jakimś porywającym okresem mojego życia. Nie jestem imprezowiczem. Miałem dziewczynę daleko od Warszawy, więc bardzo często wracałem do domu na weekend. Poza tym nauka pochłaniała całą moją energię. Jeśli wyobrażacie sobie studia jako coś rodem z filmów American Pie, to weterynaria taka nie jest. Przynajmniej dla mnie nie była. Zamiast tego miałem masę materiału do przyswojenia, ciągłe kolokwia, wejściówki, egzaminy. Tysiące skserowanych stron i setki godzin w uczelnianej czytelni. Poza tym wyjazdy w różne miejsca, bo w środku stolicy jakoś tak brakuje gospodarstw rolnych. Nabiliśmy trochę kilometrów w czasie studiów, nie ma co. Ale przede wszystkim nauka. Dobrze, że chociaż praktyczna ze zwierzętami...

Błąd! Jakie zwierzęta! Zapomnijcie. Zanim dotrzecie do miejsca, które nazywa się przedmioty kliniczne, musicie przebić się przez teorię zwaną naukami przedklinicznymi. Jak chcecie pchać się z łapami do pacjentów, skoro nie znacie jeszcze cyklu Krebsa[2] albo farmakodynamiki pięciu tysięcy substancji leczniczych. Nie, moi drodzy, pierwsze trzy lata studiów to głównie sucha teoria. I nie wyobrażajcie sobie, że będziecie się uczyć samych przydatnych, z punktu widzenia praktykującego lekarza, rzeczy. Studia nie na tym polegają. Mają służyć do zdobycia wykształcenia wyższego i poza przedmiotami kierunkowymi trzeba zmierzyć się z masą innych, które sprawią, że wasza egzystencja będzie jeszcze bogatsza. Są zatem: filozofia, biofizyka, statystyka, zajęcia z komunikacji społecznej i nie pamiętam, co jeszcze. Zapewne jest tak na każdym kierunku studiów.

Mimo tego, że zaliczyłem liczne upadki i pewnie mogłem lepiej wykorzystać dany mi czas, nie musiałem się uczyć dłużej niż te pięć i pół roku. Medycynę weterynaryjną studiuje się bowiem 11 semestrów. Studia są jednolite (bez podziału na licencjat i magisterium) i nie kończą się egzaminem ani obroną pracy. Ukończenie studiów równa się zdobyciu tytułu. Dostałem swój dyplom w łapę i byłem gotowy do akcji. Pełen optymizmu, ponieważ miałem w zanadrzu dwie inne możliwości zatrudnienia...

...które okazały się iluzoryczne. Mimo wcześniejszych gorących zapewnień, że jest dla mnie miejsce, okazało się, że nie teraz, może za pół roku. Albo kiedyś tam. Stąd też ścieżkę zawodową zacząłem od bycia bezrobotnym. Czas ten wykorzystałem na załatwianie formalności związanych z uzyskaniem prawa do wykonywania zawodu i zastanawianiem się, co dalej. Rozważałem otwarcie własnego gabinetu. Na szczęście tego nie zrobiłem!

Zamiast tego wydrukowałem swoje CV i ruszyłem szukać szczęścia poza swoim miastem. Zawiozłem CV w jedno miejsce. Dlaczego? Naiwnie stwierdziłem, że jak posypią się oferty, to nie będę wiedział, co wybrać. Przeszło mi przez myśl, że zachowuję się dziecinnie. Postanowiłem jednak czekać. Okazało się, że miałem rację. Po tygodniu otrzymałem telefon. "Przyjedź, pogadamy". Pojechałem, pogadałem i dostałem miejsce. Na staż...

Wiecie, staż z urzędu pracy to dobra opcja dla młodych lekarzy weterynarii. Dostajesz jakieś groszowe pieniądze, ale masz jednocześnie kilka miesięcy, aby liznąć praktyki, nie będąc obciążeniem dla pracodawcy.

Rozpocząwszy staż, błyskawicznie zorientowałem się, że:

1. Mam zerowe umiejętności praktyczne.

2. Nie potrafię wykorzystać tej całej teorii, którą mam w głowie.

Pierwsze dni mojej pracy zatytułowałbym: "Dziecko we mgle i z ręką w nocniku". Ależ ja byłem nieogarnięty! Wracając do domu, zadawałem sobie pytanie, co poszło nie tak i co ja właściwie najlepszego zrobiłem. Na szczęście trafiłem na starcie na bardzo fajnych ludzi. Dzięki nim udało mi się wyjść ze skorupy i odkryć, że mogę leczyć i że wiem, jak to robić. Jestem przekonany, że te osiem miesięcy stażu miało najistotniejszy wpływ na to, jakim jestem lekarzem. Wiele zawdzięczam moim kolegom z pracy, mimo że czasem denerwują mnie tak, że miałbym ochotę popełnić ciężki mord. Albo trzasnąć drzwiami i nie wracać. Myślę jednak, że tak czuje się większość ludzi pracujących w zespole. Każdy z nas ma coś za uszami i pewnie ja także często gram moim współpracownikom na nerwach. Oczywiste jest, że się różnimy. I to bardzo. Sześciu lekarzy, w tym trzech emerytów, nie może się zawsze dogadywać. Nie będzie - tak sądzę - nadużyciem stwierdzenie, że właściwie zwykle mamy odmienne zdanie, bez względu na to, o czym dyskutujemy. Choć przecież z różnych opinii na dany temat może wyniknąć coś dobrego! Burza mózgów w medycynie zawsze jest w cenie. Mój największy problem to fakt, że jestem najmłodszy. Skończyłem staż, pracuję ładnych parę lat, a dalej mam status młodego. I moi koledzy - zwłaszcza ci emerytowani - czasem chcą pomóc młodemu. Mimo że nierzadko mam ochotę krzyczeć: "Jestem już dużym chłopcem!", czuję wdzięczność za to wsparcie, które cały czas otrzymuję. Duża zaleta pracy w takim zespole to możliwość czerpania z bagażu doświadczeń zbieranego przez kilkadziesiąt lat. Bo takim stażem mogą się pochwalić moi współpracownicy. Nie zawsze się ze sobą zgadzamy, to fakt. Ja jednak z chęcią idę co dzień do pracy. Jestem przekonany, że moi koledzy również. Owszem, bywa nerwowo. Mimo to lubię tu pracować. Wszak ci lekarze zaprosili mnie do swojego zespołu, pozwolili zostać i stać się jego częścią.

Zawiozłem jedno CV. Do jednej przychodni. Po stażu zostałem tam zatrudniony. Jest to moja pierwsza i jedyna praca. Mam przyjemność tworzyć miejsce, które możeposzczycić się długą tradycją. Weterynarią zajmowano się tu od zakończenia drugiej wojny światowej, a moja przychodnia jest jedną z pierwszych prywatnych lecznic na Śląsku. Cieszę się, że mogę tu pracować, i jestem wdzięczny za ogrom wiedzy, który tu zdobyłem.

 

-

 

Teraz już wiecie, jak to się zaczęło. Jak widzicie, powołanie nie maczało tu swych palców. Nie zostałem lekarzem weterynarii, tchnięty przez istotę nadprzyrodzoną. Zrobiłem to, co chciałem. Mogłem jeszcze zostać tym ludzkim lekarzem, ale - nie odbierzcie tego osobiście - zwierzęta są lepsze od ludzi. Zwierzęta zwykle pachną lepiej niż ludzie. Zwierzęta nie są ludźmi. To poważne plusy. Poza tym, gdybym został na przykład ginekologiem, to o czym bym pisał?

Na szczęście się uparłem i nie zostałem lekarzem ludzkim. Decyzja nie była w pełni świadoma, bo nie byłem przygotowany na to, co mnie spotka w pracy. Jednakże dzięki uporowi oddaję wam kawałek siebie. Mam nadzieję, że ta książka pozwoli wam lepiej zrozumieć wasze zwierzęta i waszych wetów. Liczę na to, że spojrzycie na nas trochę życzliwszym okiem. Ale przede wszystkim życzę wam miłej lektury. Zaczynamy?

 

 

 

[1] Terry Pratchett, Wiedźmikołaj, tłum. P.W. Cholewa, Prószyński i Sk-a, Warszawa 2004, s. 255.

[2] Cykl Krebsa, czyli cykl kwasu cytrynowego. W jego wyniku w komórce powstaje energia. W bardzo telegraficznym skrócie. Rysowanie tego cyklu wraz ze wzorami substancji i reakcji pojawia się w trakcie nauki biochemii i biologii komórki. Lekarze weterynarii śmieją się, że absolwent może nie potrafi założyć wenflonu, za to cykl Krebsa rozrysuje bezbłędnie.

 

 

 

 

 

Rozdział I

Nie jedz tego! 

 

 

 

 

Są takie słowa, których nie należy mówić psu. Na przykład "spacer". W naszym domu to określenie tabu. Jeśli ktoś nie chce wychodzić z psem, to po prostu nie może używać słowa "spacer". Powiedziałeś? Koniec, nie ma taryfy ulgowej, ubieraj się i w plener. Dlatego w zamian stosujemy zamiennik: przechadzka. Choć ostatnio Kluska zaczyna coś podejrzewać.

Ten przykład dobrze pokazuje, że psy wiedzą, o czym mówimy. To, czy zareagują na słowo klucz w sposób przez nas oczekiwany, to inna sprawa. Bo, dajmy na to, gdy moja psica zjada coś niejadalnego, to choćby świat się walił, nic jej nie powstrzyma. Kocia kupa, martwa żaba, worek, w którym ktoś trzymał kanapkę - określenie "jadalne" można znacząco rozciągnąć. Gdybym powiedział w takiej sytuacji: "Zostaw to!", myślicie, że by zostawiła? Niedoczekanie. Pewnego razu wyszedłem na dwór. Pewnie wynieść śmieci. Daleko ode mnie na trawniku była Kluska. Stała z rozstawionymi łapami i wyciągniętą szyją, wyraźnie się krztusiła. Lekko zdenerwowany podszedłem bliżej. Z pyska zwisał foliowy woreczek, który był wszystkiemu winien. Ruszyłem dość energicznie, a ona rzuciła się do ucieczki. Nie odda zdobyczy! Trochę śmiesznie to wygląda, gdy pies biega dookoła podwórka, jednocześnie krztusząc się workiem. W końcu udało mi się zapędzić ją w kozi róg i wydobyć to, co tkwiło w jej gardle. Okazało się, że worek miał zawartość. Całą kajzerkę, która to właśnie utknęła w gardzieli mojej niezbyt rozgarniętej psicy. Nie było opcji, żeby to połknęła. Myślicie, że była mi wdzięczna za ratunek? Pewnie, że nie! Ostentacyjnie odwróciła się do mnie tyłem i wróciła do domu, co jakiś czas patrząc na mnie z wyrzutem.

 

 

 

 

Postawmy sprawę jasno, zwierzęta są na bakier z higieną żywności. To, co potrafią zjeść, przyprawia wielu z nas o mdłości. I dopóki zjadają rzeczy, powiedzmy, "organiczne", to cała przygoda zwykle kończy się najwyżej rozwolnieniem. Niestety, psy i koty potrafią połknąć przedmioty, których organizm nie ma jak przerobić. Nazywamy je ciałami obcymi. Już jako młody lekarz dość szybko odkryłem, że problem ciał obcych pojawia się często. Diagnostyka nie zawsze jest łatwa i oczywista.

Zanim opowiem wam o zwierzęcej pomysłowości, musimy przyswoić sobie pewien prosty podział, który stosuje się w klasyfikacji ciał obcych. Nudy? Niestety, nie ma wyjścia. Zwykle dzielimy je na cieniujące i niecieniujące. Cieniem w radiologii nazywa się biały obraz na zdjęciu rentgenowskim. Tak, wiem, że cienie zwykle nie są białe, ale radiologia rządzi się własnymi prawami. Tak więc cieniującymi ciałami obcymi nazywamy te obiekty, które pochłaniają promieniowanie rentgenowskie. Znaczy się, że będą widoczne na zdjęciu. Do tej grupy wrzucimy kamienie[3], przedmioty metalowe, kości, czasem gruby plastik. Znacznie poważniejszą grupę stanowią te, których nie widać na zdjęciu rentgenowskim. Sznurki, folie, guma, elementy drewniane, szkło, większość przedmiotów wykonanych z plastiku. Lista długa i nie ma końca. Te noszą nazwę właśnie niecieniujących ciał obcych = promienie RTG przez nie przechodzą (całkowicie lub prawie). To właśnie one są kłopotliwe do wykrycia. Ale o tym później.

Mój pierwszy w karierze przypadek ciała obcego można zatytułować "połykacz mieczy". Było popołudnie, jakoś tak blisko przed Wielkanocą. Może Wielki Piątek? Wpada do gabinetu pani z psem rasy beagle. Jaki jest beagle, każdy widzi. Żarłok nieziemski, żyje, żeby jeść. W oczach pani zobaczyłem niemałe przerażenie, mimo że pies wydawał się bardzo zadowolony z siebie.

- Ten głupek zjadł roladę! - Prawie płacze przy stole.

Generalnie trochę się zdziwiłem, bo rolada nie jest śmiertelnie groźna, chyba że...

- Ze sznurkiem? - pytam.

- Nie - odpowiada właścicielka. - Ze szpilką do mięsa...

Jeśli ktoś nie wie, jak takie coś wygląda, to wyjaśniam. Szpilka do rolad jest kawałkiem drutu z zaostrzonym jednym końcem i z pętelką na drugim. Szpikulec ma około ośmiu centymetrów długości. Połknięty jest w stanie wbić się gdziekolwiek. Może zdziwić to, że pies średniej wielkości połknął coś tak twardego i sztywnego. I właściwie po co miałby to robić? Wyjaśnienie jest proste. Właścicielka była w trakcie przygotowywania specjałów na wielkanocny stół, musiała jednak na chwilę zostawić kuchnię bez opieki. Gdy wróciła, zastała swojego czworonoga dobierającego się do rolad na stole. Niewiele myśląc, zawołała: "Zostaw to!". Więc pies zrobił to, co zrobiłby każdy na jego miejscu. Połknął całą roladę razem z oprzyrządowaniem.

Robiąc psu zdjęcie rentgenowskie, modliłem się, żeby przedmiot był już w żołądku. Bo taki szpikulec może na przykład przekłuć przełyk. I jak ma się szczęście, to zrobi to gdzieś na szyi. A jak się ma pecha, to w klatce piersiowej. Jak wiadomo, w klatce piersiowej są ważne narządy, które niekoniecznie lubią być dziabane. W pobliżu nich wszystkich biegnie przełyk. Stoję w ciemni i czekam, aż zdjęcie się wywoła. Wtedy jeszcze wywoływaliśmy radiogramy tradycyjnie. W końcu się doczekałem! Szpilka przebyła całą drogę od jamy ustnej, poprzez gardło oraz przełyk i bezpiecznie wpadła do żołądka. Pies wylądował od razu na stole. Na zewnątrz wydobyliśmy całą, nawet nie nadgryzioną roladę. Prawdopodobnie właśnie fakt połknięcia całego specjału, ze szpilką tkwiącą bezpiecznie w środku, ochronił psa przed poważniejszym urazem. Dziwne jest tylko to, że pani nie chciała rolady z powrotem. A przecież była prawie nieruszona...

Zawsze się cieszę, gdy właściciel szybko reaguje na incydenty zjedzenia czegoś niejadalnego. Poprawia to rokowanie i daje nam szansę na to, że przedmiot wyląduje właśnie w żołądku, skąd łatwo go wyciągnąć.

Pies "połykacz mieczy" nie był jedynym degustatorem, który trafił w moje ręce. Wśród swoich pacjentów mam labradora, który jest bardzo sympatycznym facetem. Jak każdy sympatyczny facet lubi dobrze zjeść i doskonale go rozumiem. Czuję wręcz z nim więź na tej płaszczyźnie. Gdybym był psem, to zapewne grubym labradorem żarłokiem. Mimo że lubię łasuchować, w przeciwieństwie do rzeczonego psa nie zjadam opakowań. Umiar mam. Mój pacjent nie miał.

Właściciele Brunona spodziewali się gości. Pani zrobiła muffiny. Ale nie byle jakie! Takie wytrawne, zaprawione szynką parmeńską i serem. Czujecie to? Nam działa wyobraźnia, a Bruno musiał zmierzyć się z muffinami w rzeczywistości. Chcę wierzyć, że walczył dzielnie, zanim pożarł siedem z nich. Razem z silikonowymi foremkami. Te, ułożone wewnątrz żołądka w zgrabny stosik, wyciągnęliśmy następnego dnia. Foremki trafiły na swoje miejsce w kuchennej szufladzie. Właściciele obiecali nam babeczki.

 

 

 

 

O ile labrador Bruno miał swoją chwilę przyjemności, a foremki zjadł przy okazji, pewien chihuahua nie zyskał nic na swoim łakomstwie. Jego pani tłukła kotlety dłonią odzianą w rękawiczkę. Gdy już wyżyła się na mięsie, chciała wyrzucić ją do kosza. Niestety pies przechwycił ją w locie, a że na skutek prac kuchennych została uperfumowana zapachem wieprzowiny, wciągnął ją niczym nitkę makaronu spaghetti. Nie minęło 30 minut, a już był na stole operacyjnym. Nie opłaciła mu się ta kradzież.

Takich przypadków "kulinarnych podróży" znam wiele i nie sposób ich wszystkich tu opisać. Dość często zjadane są metalowe spinki do wędlin. Zwłaszcza przez koty. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale mieliśmy w przychodni kilka takich przypadków. Tacki po jedzeniu na wynos, plastikowe widelce, wszystko, co jedzenie uczyniło atrakcyjnym, może stanowić potencjalne zagrożenie dla naszych czworonożnych podopiecznych.

Najpowszechniejszymi ciałami obcymi, z jakimi musimy się borykać, są kości i kamienie. Kości to zmora nasza i naszych pacjentów. Tak się przyjęło, że są one psom niezbędne do życia, do szczęścia, kontaktu z dzikimi przodkami i nie wiem, do czego jeszcze. Mają całą rzeszę zwolenników i nie zamierzam nikogo nawracać, jednak moje doświadczenia z nimi są złe. I bez znaczenia, czy były one surowe, czy gotowane, wyciągałem z psich jelit wszystkie. Kiedyś, pamiętam, musieliśmy operacyjnie usuwać z jelit kał, który z powodu dużej ilości zmielonych kości dodawanych do posiłku zamienił kupę w coś o twardości rzecznego kamienia. Jeśli ktoś już koniecznie musi dawać kości, to wydaje się, że najbezpieczniejsze są duże, surowe kości wołowe (np. udowe). Są twarde i pies musi je solidnie pogryźć, żeby coś z nich skubnąć. Właściwie nie chodzi o to, aby dawać gołe kości, a takie solidnie obrośnięte mięsem. Mimo to ja odradzam podawanie psom kości. Oczywiście niejeden jadł przez całe życie i nic mu nie było, jednak po co na własne życzenie prowokować nieszczęście.

O ile jedzenie kości przez zwierzę to zwykle kwestia, o której decyduje właściciel (chyba że pies sam sobie organizuje wałówkę na spacerach), o tyle kamienie raczej nie stanowią czegoś, co włożylibyśmy do psiej miski. Jednak niektóre czworonogi je zjadają, choć nie mam pojęcia, co w nich jest takiego apetycznego. Przodują w tym szczenięta, które - tak jak dzieci - badają świat za pomocą smaku. Niektóre skalne fragmenty wyjdą po prostu razem z kupą, jednak te większe mogą doprowadzić do niedrożności przewodu pokarmowego. Cóż to takiego? Otóż jest to stan, w którym uniemożliwiony jest pasaż treści jelitowej, czyli przesuwanie się treści w przewodzie pokarmowym. Dochodzi do niego dzięki mięśniom, które znajdują się w ścianie przewodu pokarmowego. Niedrożność przewodu pokarmowego może być czynnościowa, gdy jelita się nie kurczą i nie przesuwają treści jelitowej w stronę odbytu, lub mechaniczna, gdy coś zatyka światło jelita. Na przykład duży kamień albo pestka, albo nakrętka z plastikowej butelki. Właściwie może być to cokolwiek, co będzie niestrawialne i na tyle duże, że nie przeciśnie się z punktu A, czyli z ust, do punktu B, czyli do odbytu. Może to być także zbitek małych cosiów.

Ciekawe jest to, iż lecząc, czasem wywołujemy mechaniczne zaparcie. Jak to się dzieje? Może być ono skutkiem odrobaczania. Ale zanim w panice zaniechacie profilaktyki przeciwpasożytniczej, pozwólcie, że wyjaśnię, o co chodzi. Kocięta i szczenięta często rodzą się z bogatą fauną jelitową lub zarażają się pasożytami już w pierwszych dniach życia. Niektóre nicienie są już łapane w łonie matki, inne sprzeda maluchom rodzicielka razem z mlekiem. Czasem zdarza się, że kilkutygodniowe kocię trafia po podaniu preparatu przeciwpasożytniczego z powrotem do lekarza dzień lub dwa po wizycie. Organizm musi coś zrobić z martwymi pasożytami i po ich śmierci zwykle je po prostu trawi. Jednakże gdy ich ilość przerasta możliwości enzymów trawiennych, zbita masa martwych robaków przesuwa się w przewodzie pokarmowym, a trafiając na zwężenie, utyka. Skutkiem tego jest niedrożność przewodu pokarmowego, która może doprowadzić nawet do śmierci zwierzęcia. Jak objawia się niedrożność? W razie jej wystąpienia mogą pojawić się następujące objawy: wymioty, brak kału, czasem uporczywe, bezproduktywne parcia na kał, ostry brzuch (boli tak, że można się pociąć), brak apetytu. Konsekwencją może być zapalenie otrzewnej, wstrząs, a nawet śmierć. Beznadzieja, prawda? Ale miałem pisać o kamieniach, a odbiegłem od tematu. Jak wspomniałem, jedzenie ich to domena szczeniąt. Mimo to dorosłym także się to zdarza. Często powodem jest patologiczny apetyt - skutek choroby albo jakiejś dysfunkcji natury psychicznej. Niestety niekiedy właściciel nie orientuje się w odpowiednim czasie i przygoda nie kończy się szczęśliwie. Jak na przykład pewnego listopadowego wieczora.

Na dworze było zimno i ciemno. Padał deszcz. Pogoda, gdy człowiek ma ochotę zakopać się pod kocem z książką i kubkiem herbaty w zasięgu ręki. W takie dni odwiedzają mnie tylko tacy ludzie, którzy naprawdę muszą. O godzinie bliskiej fajrantu drzwi do ambulatorium otworzyły się, a mym oczom ukazała się starsza pani i chłopak niosący w ramionach psa, który już na pierwszy rzut oka miał się zdecydowanie źle. Na pierwsze pociągnięcie nosa również niezbyt dobrze, bo smród, jaki od niego bił, wyciskał łzy z oczu. Nastoletni kundelek był bardzo odwodniony, ledwo przytomny, z dusznością i biegunką. Biegunka bardzo widowiskowa, koloru trawy po deszczu i konsystencji agrestowej galaretki. Jak widzicie, kupa bywa malownicza. Gdybym zaczął wymieniać, co dolegało staruszkowi, skończyłyby nam się znaki przewidziane na ten rozdział. Jeden fakt sprawił, że wart jest wspomnienia w tym miejscu. W trakcie badania uwagę przykuwał olbrzymi brzuch. Początkowo, biorąc pod uwagę stan serca zwierzęcia, założyłem, że to płyn gromadzący się w jamie otrzewnej. Poprawcie mnie jednak, jeśli się mylę, ale z tego, co wiem, płyn nie bywa grudkowaty i nie grzechocze, jak się go dotyka. Rentgen oświecił mnie w kwestii natury grzechotu. Całą jamę brzuszną wypełniały drobne kamyki. Nie jelita, a właśnie jamę brzuszną. Udało mi się kilka z nich wydobyć z odbytu, a właściciele zidentyfikowali je jako żwir z ich podjazdu. Ostre fragmenty kamyków przecięły jelito i wysypały się do jamy otrzewnowej, doszło do zapalenia otrzewnej i silnej intoksykacji. Właściciele zdecydowali się na eutanazję zwierzęcia, jednak zanim zdążyliśmy zrobić cokolwiek, pies odszedł. Zważywszy na ilość żwiru, którą w sobie nosił, wydaje mi się, że musiał go jeść od dłuższego czasu. Szkoda, że nie udało się przydybać psa wcześniej. Może inaczej potoczyłby się jego los.

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, wiele ciał obcych daje się zidentyfikować. Czy to na podstawie wywiadu, czy badania. Czy istnieją jednak takie, których odkrycie nastręcza trudności? Całe mnóstwo. Największe kłopoty w diagnostyce sprawiają sznurki, nitki, wstążki. Wszystko, co długie i cienkie. Nie dość, że tego nie widać na zdjęciu rentgenowskim, nie da się też tego wymacać w brzuchu, a wykrycie w trakcie USG wymaga sporego doświadczenia od wykonującego badanie, to jeszcze potrafi doprowadzić do poważnych konsekwencji zdrowotnych. Najlepszym przykładem będzie przypadek z życia wzięty.

I znów rolady! Tym razem przygotowane tradycyjnie, owinięte dratwą. Są one naszym przekleństwem w okresie wszelakich świąt. Podobnie jak anielskie włosie rzucane na choinki. Nie warto tu pisać o każdym przypadku z osobna, bo w kwestii linearnych ciał obcych (tak nazywamy fachowo zeżarty przez zwierzę sznurek, żeby zbić z tropu właściciela) przebieg jest zazwyczaj podobny.

Dla zbudowania dramatyzmu załóżmy, że był ciemny grudniowy wieczór, a za oknem dął wicher pędzący tumany śniegu. Moja babcia zwykła mawiać, że w taką pogodę nawet psa by na dwór nie wygoniła. Prawda jest jednak taka, że babcia nie wygoniłaby nikogo nigdy, a zwłaszcza psa. Myślę, że ciepłe uczucia wobec zwierząt mam właśnie po niej. Zegar nieubłaganie zbliżał się do 20.00, kiedy to zamykamy przychodnię i udajemy się do domów. Nadzieja jednak okazała się płonna. O 19.45 drzwi do ambulatorium otworzyły się, a do środka weszła pani z psem. Spytałem tradycyjnie, co ich sprowadza. Dama zaczęła od dramatycznego westchnięcia. A wiedzcie, że to zawsze źle wróży... Półroczny kundelek nie jadł już dziesiąty dzień. A ja nie mogłem nawet nakrzyczeć z tego powodu na właścicielkę, ponieważ ona odwiedziła już wcześniej lekarza. A raczej lekarzy. Zaczęło się od wymiotów. Cokolwiek pies zjadł, prawie natychmiast było zwracane. Stopniowo, z dnia na dzień przyjmował coraz mniej pokarmu aż do całkowitego zaprzestania jedzenia. Torsje jednak nie ustąpiły, a pies przestał oddawać kał, co właściciele zrzucili na fakt niejedzenia. Brzuch stał się bolesny. W momencie, gdy ja go dotykałem, był twardy jak deska, a próba zbadania wywoływała silną reakcję obronną. Nie uwierzycie, jak dotkliwie potrafi gryźć pies, który waży mniej niż dwa kilogramy. Pani właścicielka pokazała mi plik dokumentów. Pies miał robione badanie krwi, USG, RTG z kontrastem[4], a nawet test na choroby odkleszczowe. Wszystkie wyniki w normie, a leczenie objawowe nie przyniosło żadnego rezultatu. Niestety psu trafili się właściciele turyści. Byłem piątym lekarzem, który go badał w czasie trwania tej choroby. Za każdym razem opiekunowie oczekiwali, że problem zniknie po jednej wizycie, więc na każdą kolejną wybierali inny gabinet. A jest to praktyka zupełnie bez sensu. Nie da się przeprowadzić całego procesu diagnostycznego podczas jednokrotnych odwiedzin lekarza. Dodatkowo większości chorób nie można wyleczyć jednym zastrzykiem. Jest wręcz odwrotnie. Medycyna polega bardziej na skreślaniu kolejnych podejrzanych z listy potencjalnych rozpoznań niż na pewnym postawieniu diagnozy po rzuceniu okiem na pacjenta. Jeżeli chcemy być fair wobec siebie, a przede wszystkim wobec swojego zwierzaka, należy pozwolić weterynarzowi coś zrobić. Cokolwiek! Zmiana lekarza w trakcie trwania leczenia może być konieczna, jednak nie należy takiej decyzji podejmować pochopnie. Gdy właścicielka skończyła opowiadać o tym, co było robione dotychczas, spytałem po prostu: "Czego pani ode mnie oczekuje?". Wyjaśniłem, że zwierzę choruje bardzo długo i ja nie mam już wielu możliwości. Ta odparła, że chce mieć zdrowego psa. Wyraziłem wątpliwość, czy zdążę cokolwiek zrobić, zanim pies wyląduje u kogoś innego. Pani zapewniła (nie do końca uwierzyłem), że przestanie tak postępować. Jak wspomniałem, nie miałem już wielu możliwości, jednak pozostała jeszcze jedna potencjalna przyczyna stanu psa. Zadałem jedno pytanie: "Czy pies mógł zjeść jakiś przedmiot?". Tu właścicielka się rozpromieniła i wykrzyknęła: "Tak! Dziś mu sznurek z tyłka wystawał! Ale go odcięłam". Pies wylądował natychmiast na stole operacyjnym. W przewodzie pokarmowym znajdowało się około półtora metra nitki. Jej splątany kłąb zablokował się w odźwierniku żołądka, który jest końcowym fragmentem żołądka łączącym go z dwunastnicą. Reszta przeszła przez całe jelita cienkie i grube. W końcu po 10 dniach wylądowała na zewnątrz, szkoda tylko, że nie w całości. Podczas operacji zastaliśmy zatrzymanie perystaltyki jelit, przecięcie jelit w dwóch miejscach i początek zapalenia otrzewnej. Na szczęście udało się wyciągnąć nitkę. Okazało się, że pochodzi właśnie z rolady. Pies nazajutrz żądał jedzenia. A według wszystkich badań był zdrowy.

Dlaczego nitki są takie wredne? Poza tym, że ciężko je znaleźć? Groźne jest to, co robią z jelitami. Jelita cały czas pracują. Kurcząc się regularnie, przesuwają treść pokarmową do stacji końcowej, odbytu. Niełatwo jest efektywnie przesuwać sznurek przez coś długiego i cienkiego. A gdy jest on zaklinowany w żołądku albo - jak to się często zdarza - zawinięty wokół języka lub zębów, staje się to wręcz niemożliwe. Jelita z zachowaną perystaltyką stopniowo nanizują się na linearne ciało obce, czyli takie, które jest długie i cienkie, i zaczynają przypominać podwinięty na ramieniu rękaw. Są pofałdowane, poskręcane. Wskutek tego, jeśli nie nastąpi szybka interwencja, może dojść do przecięcia ściany jelita, czego rezultatem będzie wylanie się jego treści do jamy otrzewnowej i bolesna śmierć. Podobnych problemów dostarczają wszystkie długie ciała obce. Wstążki, plastikowe taśmy, skarpety, rajstopy (i wiele innych pochłanianych przez zwierzęta przedmiotów) mogą wyrządzać szkody podobne do tych, które zafundowała nitka z rolady[5]. Czasem ciało obce jest znajdowane przypadkiem. Pamiętam labradora, który został wysłany do naszej przychodni z podejrzeniem choroby nowotworowej. Pies chudł mimo przyjmowania pokarmu. Wyglądał jak szkielet obciągnięty skórą. Poza tym obraz morfologii krwi sugerował, że należy brać pod uwagę nowotwór. Koledzy z zaprzyjaźnionego zakładu leczniczego prosili o zdjęcie klatki piersiowej, na którym nic nie znaleźliśmy, ale... na zdjęcie załapał się kawałek żołądka, w którym COŚ było. COŚ było okrągłe, o dość grubej ścianie. Natura nie wymyśla takich rzeczy. Po konsultacji z lekarzem kierującym otworzyliśmy psiaka. W żołądku leżała piłka tenisowa. Jak ją połknął, nie mam pojęcia. Przecież po drodze mogła utknąć w tylu miejscach!

Pamiętam sekcję zwłok przeprowadzaną na studiach, której głównym bohaterem był bokser z taką samą piłką uwięźniętą w gardle. Poza gardłem mogła utknąć jeszcze gdziekolwiek w przełyku. Na szczęście dla naszego pacjenta piłka trafiła do żołądka. Najstarsi filozofowie nie wiedzą, jak długo tam tkwiła.

Ciała obce często "podszywają" się pod guza. Pewnego west highland white terriera wysłałem na gastroskopię. Pies cierpiał z powodu wymiotów po posiłku, a leczenie objawowe nie przynosiło rezultatu. W opisie gastroskopii otrzymałem: "Zmiana lita w żołądku w okolicy odźwiernika. Pobrano wycinek do badania histopatologicznego". Właściciel nie chciał czekać na wynik badania - nie dziwię się, biorąc pod uwagę samopoczucie psa. Wspólnie podjęliśmy decyzję o laparotomii diagnostycznej[6]. Chcieliśmy ustalić, czy to coś da się w ogóle usunąć. Dało się. Guz okazał się otorbioną pestką z brzoskwini. Dlatego właśnie o badaniu krwi, USG, gastroskopii itp. mówi się "badania dodatkowe". One ułatwiają postawienie rozpoznania, jednak nie zawsze pozwalają na jednoznaczne określenie problemu. Właściwie to zwykle nie pozwalają. Ciało obce potrafi zalegać tygodniami w przewodzie pokarmowym, a objawy, które zauważa właściciel, mogą sugerować zupełnie coś innego. Musicie wiedzieć, że często gdy przedmiot trafi do żołądka, to już tam zostaje. Nie wszystko przeciśnie się przez odźwiernik. I jeśli nie widzieliście, że wasze zwierzę zjadło coś niejadalnego, możecie żyć w błogiej nieświadomości. Co wcale nie oznacza, że organizm nie poniesie konsekwencji obecności ciała obcego. Błona śluzowa jest przez nie stopniowo podrażniana, dochodzi do stanu zapalnego. Mogą się pojawić nadżerki i wrzody. Te drugie potrafią perforować przez ścianę żołądka i doprowadzić do zapalenia otrzewnej. I prawdopodobnie, gdy lekarz rozpozna zapalenie błony śluzowej żołądka lub będzie je podejrzewał, ciało obce nie znajdzie się na szczycie potencjalnych przyczyn tego stanu. Dlaczego? Ponieważ przypadłość ta ma zwykle inne źródło. Wiele psów cierpi na nią i większość z nich je wtedy trawę, a nie, dajmy na to, kamienie. Mimo to pierwotną przyczyną niepokojących objawów może okazać się zaleganie czegoś ciężkostrawnego w żołądku. Dobrym przykładem, który pokaże, jak zagmatwana potrafi być droga do rozpoznania choroby, jest kot Karmel. Kot Karmel to młody kociak rasy syberyjskiej. Domownicy opisują go jako wesołego i przyjaznego. Po prostu wszędzie go pełno, ale... Właścicielka zgłosiła, że zdarza mu się oddawać kał poza kuwetą. Do kuwety też, jeśli akurat w niej jest. Ale dwójka coraz częściej ląduje w jakimś zakamarku domu. Kot w badaniu ogólnym wyglądał jak okaz zdrowia. Zero odchyleń, pasożytów w kale brak. Przerobiliśmy zmianę żwirków, kuwet, przestawianie kuwety w miejsca oddawania kału, dokładanie dodatkowych w innych częściach mieszkania. Zbadaliśmy nawet mocz, gdyż niekiedy problemy z jego oddawaniem mogą objawiać się również sikaniem w miejscach niepożądanych.

Żadna nasza czynność nie przyniosła rezultatu. Pewnego razu w kale pojawiły się smużki krwi. To nas zmartwiło. Zabraliśmy się do tematu ponownie. W badaniu wciąż bez odchyleń. Choć, gdy po raz wtóry omacywałem brzuch, wydawało mi się, że jest trochę powiększony. Niestety nie zawsze badanie ogólne wystarcza. Ten przypadek wyraźnie to potwierdza. Nie było innej rady niż rozszerzenie czynności o badania dodatkowe. Pierwsze zrobiliśmy USG. Oczywisty wybór, skoro nie podoba nam się brzuch. Wynik badania niemile nas zaskoczył. Ciężko było ocenić narządy jamy brzusznej, gdyż wszystko zasłaniała... KUPA! W pewnym momencie właściciele rzucili informacją, że kot ostatnio zjada gumki do włosów, i spytali, czy to może być przyczyną. Objawy nie pasowały do ciała obcego. Mimo to zrobiłem zdjęcie RTG brzucha. Kał rozciągnął jelita, co pokrywało się z tym, co zastaliśmy w poprzednim badaniu. Poza tym można było zauważyć jeden ważny szczegół. Mianowicie to, że w żołądku coś jest. Mały, biały fragmencik. W tym miejscu nie powinno być niczego, co miałoby podobny wygląd. Sytuacja nie pozostawiła mi wyboru. Konieczna była laparotomia. W trakcie zabiegu wyciągnęliśmy z żołądka fragmenty kilkunastu gumek do włosów. Gdyby nie fakt, że były to te z metalową klamerką, nie byłoby ich widać na RTG. Problemem Karmela jest to, że zjada wszystko, co wpadnie mu w łapy. Jego apetyt jest spaczony i zwierz nie bardzo odróżnia rzeczy niejadalne od jadalnych. Jest przeuroczym kotem, ale właścicielom dokłada pracy, bo nic nie może być pozostawione w jego zasięgu. Jeszcze nie zdążyliśmy mu ściągnąć szwów, a już ponownie miał gumkę w pyszczku. Liczę na to, że z tego wyrośnie!

Zacząłem rozdział opowieścią o mojej psicy i podobną historią również go skończę. Wiedzcie, że czasem zwierzęta mają więcej szczęścia niż rozumu. Nasza Kluska i my, jej opiekunowie, wiemy o tym aż za dobrze. Jej młodość była bowiem naznaczona dość "specyficznym" apetytem. Zjadła tyle niejadalnych czy wręcz trujących rzeczy w pierwszym roku swojego życia, że nie jestem w stanie ich wszystkich zliczyć. Na spotkanie Świętego Piotra mogła wyruszyć co najmniej 10 razy, a mimo to wciąż żyje. Szczytem było zjedzenie termometru rtęciowego. Całego. Ze szkłem i rtęcią. To było 12 lat temu. Kluska jest niezniszczalna.

 

 

 

 

 

[3] Kamienie niekiedy nie są połykane, a tworzą się spontanicznie, np. w pęcherzu moczowym i nerkach. Mówimy wtedy o kamicy dróg moczowych. Niektóre z tych kamieni cieniują w badaniu RTG, a inne nie, jak np. kamienie moczanowe.

[4] Kontrast to substancja podawana pacjentowi, aby uwidocznić coś na zdjęciu RTG. Podanie go doustnie pozwala zobaczyć, jak szybko przesuwa się treść w przewodzie pokarmowym i czy gdzieś zatrzymuje się dłużej, niż powinna.

[5] Dobra rada: jeśli ze zwierzęcego tyłka sterczy nitka, nie ciągnij za nią! Niewprawna interwencja może doprowadzić do uszkodzenia ściany przewodu pokarmowego. W takiej sytuacji ZAWSZE należy udać się do lekarza.

[6] Laparotomia diagnostyczna (lub zwiadowcza) to zabieg operacyjny polegający na otwarciu jamy brzusznej celem dokładnego obejrzenia leżących w niej narządów. Jeśli jest to możliwe i konieczne, chirurg w trakcie laparotomii może przeprowadzić dalsze zabiegi, np. usunąć ciało obce.