Co, Gocha? - Małgorzata Kalicińska

Reflow text when sidebars are open.
czwartek, 3 listopada 2011
Żywi...
(napisane w dniu wydarzenia, wieczorem)
Od wczoraj mamy nowego bohatera narodowego, i to jakiego! ŻYWEGO całkiem! Nie zginął śmiercią tragiczną ani męczeńską, zachował się absolutnie po bohatersku (to znaczy normalnie, profesjonalnie, ale jednak po bohatersku) i teraz cały naród powinien mu nadskakiwać lub przynajmniej wysłać kwiaty, czekoladki, pocztówki albo telegramy z gratulacjami, a w najgorszym razie maile na ozdobnej papeterii, na ładnych e-kartkach! Kapitan Wrona jest już bohaterem na Facebooku, a to oznacza, że jest nim w ogóle! Ogromnie się cieszę nie tylko z happy endu w iście amerykańskim stylu (Można? Można!), ale i z tego, że on sam nie zginął był, jak nasi wielcy bohaterowie w bitwach, wojnach, wypadkach z rąk zamachowców, a których nazwiska noszą ulice i place, i szkoły. Niepokoi mnie jednak to, co my z tym fantem zrobimy, bo nie mamy wprawy w uwielbianiu żyjących bohaterów. Może z wyjątkiem Jana Pawła II, do którego i tak musiano strzelić, żebyśmy go kochali jeszcze bardziej. W PRL-u kapitan Wrona dostałby przynajmniej mieszkanie (bo nagle okazałoby się, że mieszka w ciasnym mieszkanku z piątką dzieci, teściową i chorym psem), może samochód. A przynajmniej talon na wczasy z FWP nad morzem? Dzisiaj dostanie medal od Pana Prezydenta, udzieli wywiadu Monice Olejnik i może go zaprosi pan Lis do studia? Pan kapitan pobędzie sobie bohaterem, do chwili, aż przyćmi jego czyn kolejna jakaś nasza narodowa rozróba, kolejna podwyżka ropy albo wpadka kolejnego prokuratora, czy zabawa z krzyżem w kotka i myszkę. Zapomnimy tak szybko o kapitanie jak się tylko da, bo co robić z żyjącym bohaterem, to my tego nie wiemy!
Nie wiedzieliśmy, co robić z profesorem Religą harującym jak wół, jeżdżącym z Zabrza do Warszawy własnym autkiem, żebrzącym o jakieś dotacje do swojego sztucznego serca. Wreszcie dał nam powód do obrazy, bo się wdał w politykę, a już kompletnie nas zawiódł, nie dając sobie na nagrobku (niebrzydkim obelisku), wyciąć "śp." i krzyża. Skandal!
Wiem, że mamy problem z kapitanem Wroną. Ja już się boję, że zaraz się okaże, że miał dziurę w bucie, że jego babcia była żydówką[1], pies ma skłonności homoseksualne, a najbliższy kumpel kapitana to... gej i w dodatku ateista. Za rok zapomnimy o naszym bohaterze, a w dzienniku usłyszymy, że po badaniach i analizach komisja powypadkowa obciąży kapitana za remont podwozia. Ja mam dość tej naszej schizofrenii i zawiadamiam, że kapitan jest dla mnie Bohaterem już teraz, od zaraz! Że chciałabym, aby był patronem organizacji skupiającej naszych żywych bohaterów, których warto otoczyć troską i opieką, jak choćby naszych wspaniałych niepełnosprawnych, którzy weszli na Kilimandżaro, a potem na Aconcaguę i świat ich zauważył, my jakoś nie za bardzo, bo... żyją? (No i po cholerę się tam pchali, prosząc jeszcze o jakieś tam dotacje, wsparcie. Wracać do szeregu! Na wózki i do białych lasek!).
Jako naród jesteśmy spragnieni bohaterów pozytywnych, żywych i żyjących, nie tylko w imię reklamy jakiegoś banku, ale w ogóle, w tym potwornym zalewie defetyzmu, koszmarów, świństw i podłości, które tak lubią nam serwować media jako pokarm podstawowy i treść każdych wiadomości. A jak nawet się taki "bohaterunio" gdzieś pokaże, to zaraz jakiś tabloid odkrywa, że to gej, żyd, cyklista, albo zalega z opłatą za RTV, i zaraz Urząd Skarbowy mu pokaże jego miejsce w szeregu, a IPN, że jego wujek miał wspólną łazienkę z facetem z bezpieki w latach 50. Zaraz nasze "mądraski", które znają się na wszystkim, wytkną, że mógł lepiej! Nie umiemy kochać naszych bohaterów, bo póki żyją są jak kula u nogi! Sportowcy, przedsiębiorcy, wojskowi, lekarze, nauczyciele i inni zwyczajni ludzie z rysą bohatera, są nam... niewygodni. Krytykujemy, czepiamy się... Przywykliśmy do trupów. Nad trupami pochylamy się nisko i nawet klękamy.
Co jest z nami nie tak?
[1] Mam na uwadze wyznanie.
wtorek, 22 listopada 2011
Chryzantemy złociste, czyli o uczciwości...
Jestem w Korei Południowej. I jest jesień, ale właściwie to ona się kończy. W wielu miastach ludzie wprzęgnięci w pracę i elektroniczne gadżety, w nowoczesność i pęd cywilizacyjny, nadal mają potrzebę zatrzymania się i spojrzenia na piękno. Wiosną i jesienią w miastach, na placykach i deptakach ustawiane są korsa kwiatowe. Wiosną to są głównie pelargonie i begonie, a jesienią chryzantemy i od niedawna - poinsecje. To dziwne i niespotykane zjawisko w Polsce, tym bardziej że owe wystawy kwiatowe ustawiane są w miejscach publicznych i stoją sobie przez nikogo niepilnowane, a raczej wszyscy się pilnują, żeby podziwiając, oglądając, nie zniszczyć tego, co cieszy oko. Dziwne - żadnego ciecia, straży miejskiej - nic! Kwiaty hodowane na tę okazję są bujne, bogate kolorystycznie i uformowane w piękne kaskady, kule, szpalery, łuki i donice kipiące kwietnym urokiem. To miejsce spotkań i wizyt każdego, kto tu zechce podejść na spacer - mamy z dziećmi, rozbawiona młodzież, osoby starsze. Ulotne piękno, takie powitanie wiosny i pożegnanie jesieni. Te chryzantemy już więdną, widziałam je dzisiaj na skwerku, już się kończy ta frajda, i nadal nikt tego nie rozkrada, nie niszczy, nie rozwala tylko po to, żeby rozwalić, dać ujście frustracji, głupocie, czczemu odruchowi niszczenia, który tak często spotykam w Polsce. Dziwne - prawda? Swoją drogą, jakie to przykre. I tu nie brakuje osób sfrustrowanych, rozczarowanych czy złych na kogoś, na coś, ale nikomu nie przychodzi na myśl niszczenie czegoś, co cieszy bezdyskusyjnie wszystkich, jest społecznym dobrem jak huśtawki, sprzęt do fitnessu - powszechny tu i też niepilnowany przez nikogo, leśne i górskie altany, ławeczki. To chyba jest tak, że nikt tu nie uważa swojego własnego państwa za bezosobowego wroga, któremu trzeba dopiec, a niestety w Polsce od lat, od zaborów jeszcze, jakieś matoły uważają publiczne, społeczne dobro za coś, co należy do... "zaborcy", "okupanta", czyli... WROGA?! Absurdalne, ale z dawna obserwowalne. W PRL-u "wspólne, czyli nasze" na nikim nie robiło wrażenia - wspólne, czyli NICZYJE albo inaczej - "wspólne, moje, więc se wezmę" - więc kradło się baterie z łazienek, siatkę z ogrodzeń, ławki ze skwerów, wszystko zewsząd... Szkoda gadać, to był czas Rzeczpospolitej Złodziejskiej i... końca nie widać! Jak Koreańczycy zdołali się tak wychować, że wspólne oznacza TEŻ MOJE, ale nietykalne? Co tu działa, że nie potrzeba kamer, policji, straży miejskiej i nikt niczego, co jest publiczne tu nie kradnie?! Przykra konstatacja szczególnie, gdy słyszę, jak wiele osób w Polsce wypowiada się o Koreańczykach z wyższością zmieszaną niemal z pogardą: żółtki, a jednak daleko nam do ludzi, którzy z troską podchodzą do wszystkiego, co publiczne, wspólne, co cieszy i ułatwia życie. No cóż, mam nadzieję sama sobie zrobić swoje korsa kwiatowe w ogrodzie, a Te koreańskie będą miłym wspomnieniem na zdjęciach! A co do tego, że kradniemy... No cóż, to już sprawa rodziców, szkoły, kościoła, żeby uświadamiać dzieciom, że zabranie sobie do domu dobra publicznego, czy to zlewozmywak, czy doniczkę chryzantem, to pospolita kradzież, że nie ma znaczenia czy ukradłam komuś, czy Państwu - w systemie zerojedynkowym to złodziejstwo i już.
A w Polsce już zima...
piątek, 25 listopada 2011
Korea jako karmnik, czyli co to jest hansik
Stoją reklamy, zdjęcia potraw, weź tu i wybierz. W końcu jest! Knajpa koreańska z rysunkiem dachu domu i zdjęciami zapraszającymi do środka. A mnie po głowie chodzi taka ich specyficzna zupa... Na pięterku nic szczególnego, ot knajpka. Stara ajumma przynosi kartę i przyjmuje zamówienie na galbi stew. Czyli micha pociętych krótko żeber wołowych, które Koreańczycy uważają za najsmaczniejszą część krowy. Tak mają i już!
- Poczekaj zaraz dostaniesz te swoje miseczki! - mówi Włodek.
- Oj - przypomniałam sobie, że chciałam zupę.
- Nie "Oj!", zupa jest w tym daniu też, zobaczysz!
On ma rację. On wie!
Najpierw ajumma (dojrzała kobieta) niesie nam (jesień jest, więc na ciepło się wita gości) małą glinianą wazę z gorącą, ryżową herbatą. W niej mała drewniana chochelka i dwie miseczki. Tak, tak! Gliniane. Herbata ryżowa przypomina rozgotowany ryżowy krupniczek z prażonego ryżu i jeszcze tam, niewiadomo czego. Bez soli i cukru przypomina ryżankę serwowaną w szpitalu dla chorych na dyzenterię. Ale, piję to i... wcale mnie nie odrzuca. Nawet miłe! Latem zazwyczaj to zimna woda, albo zimna herbata zielona, albo jaśminowa. Zaraz też dostajemy "poczekajkę". Na stole ajumma stawia dwie miseczki - na jednej mały placuszek "korean pizza", czyli naleśniczek, w którym zatopiono jakieś warzywne farfocle. W drugiej ciepły makaron ryżowy wymieszany ze smacznym czymś. Podjadamy, bo zgłodnieliśmy!
Krótko po tym na nasz stół zostaje postawiona mała maszynka gazowa, na której stoi misa z owym galbi, czyli żeberka wołowe pocięte i wcześniej ugotowane do miękkości, a teraz wrzucono do nich garść klusek ryżowych (coś jak nasze kopytka), garść czosnku i obranych kasztanów jadalnych o słodkawym smaku, plastry cebuli i białej rzepy, plasterki marchwi i grzybów shiitake, plus ostra papryczka - a jakże! To wszystko zalewa się sosem z wody, sosu sojowego, a może i ostrygowego (chyba sojowy, bo łagodny w smaku) i niech się gotuje ciesząc nasze oczy i nos! Obok ląduje 14 miseczek z różnościami. Jest miseczka z moją ulubioną, charakterystyczną, koreańską zupą (a przecież nie lubię gotowanych małży!!!). To właśnie wywar na małżach z dodatkiem pasty ze sfermentowanej soi, w której są jeszcze całe jej ziarenka. Ma charakterystyczny smak, tak jak i charakterystyczna jest polska skwaśniała mąka żytnia. Do tego kawałeczki serka tofu i młoda dymka. Pyszna jest! Włodek narzeka, że za słona. Może ciut.
Obok miseczka z taką dziwną zupką, jakby taką do popijania na bieżąco - to wywar z zielonych wodorostów, mało słona. Włodek ją lubi, ja mniej, ale jak wymieszałam obie - pycha!
Dostaliśmy też po miseczce ryżu z czerwoną fasolą. Bez soli, po azjatycku (bo inne rzeczy słone!). W mniejszych miseczkach mnóstwo różnego kimchi. Ze świeżutkich listków rzodkwi wymieszanych tylko z sosem sojowo-czosnkowo-papryczanym, ostrym oczywiście, są delikatne i chrupiące. Kiszone warzywa - kiełki fasoli lekko podkiszone, jasne miękkie i delikatne, zielona dymka mocno ukiszona na czerwono z papryką, kapusta koreańska też na czerwono i mała, biała rzodkiew (też kiszona - a jakże) i wodorosty kiszone, i suszone maluśkie rybki, solone, omaszczone pastą sojowo-papryczaną, marynowany w soi i papryce naleśnik w kawałeczkach i jeszcze jakieś inne "pipsztyki", które stanowią o specyfice tej kuchni. W kubełku podano szczypce, łyżkę wazową i nożyczki, gdyby potrzebowało się pociąć mięso, ale nie potrzebowało, bo dosłownie rozpływało się w pałeczkach. Jadłam, jakby mnie głodzili.
Nie dam rady czegoś takiego uczynić w domu, musiałabym mieć różdżkę Harry'ego Pottera i znać koreańskie zaklęcie. O, zaklęcie to chyba nawet znam - Abrakadabra, hansik cooking! (hansik - kuchnia koreańska). I nawet, jeśli coś "pomerdałam", to wyszłoby coś z koreańskiej kuchni. Jak nie galbi stew, to galbi tang, albo inne bulgogi, kimbap, czy coś.
Tylko różdżki nie mam.
Ale postaram się z głowy, z pamięci, ze zdobytej tu wiedzy, bo ja nie tylko jem, ale i uczę się, co jest czym i po co! I że nawet jak nie lubię małży to nie do końca to jest prawdą, bo lubię!
A o fermentowaniu soi wiem bardzo dużo... Ale o tym kiedy indziej!
No i jest w Internecie Pani Maangchi[2]! Ona mi podpowie!
[2] Specjalistka od koreańskiej kuchni w Necie.
wtorek, 29 listopada 2011
Nie róbcie nam tego, czyli czepiam się Keiry
"Lepsze jest wrogiem dobrego" - znacie?
Oglądałam sobie niedawno Dumę i Uprzedzenie jako remake, z Keirą Knightley. Ojeja... No i po co? Po co było robić coś, co zostało i to całkiem niedawno (1995) zrobione dobrze i ze smakiem?
Ach, o co ja się głupia pytam!
Przecież nie z tętniącego potrzebą artystyczną serca się to robi, a z nieokiełznanej chęci zysku! Żeby przyciąć na czyimś pomyśle kilka dolców i już! Lekko, łatwo i przyjemnie! Niewiele potrzeba - jest scenariusz i prawie pewne powodzenie! Prawie - bo trzeba jeszcze w remaku tego czegoś, co trafiło poprzednią widownię w serce. Nie wystarczy Gwiazda...
Wspaniała historia ujęta w filmie Love Affair - doczekała się trzech remaków. Scenariusz to istotnie łzawa, słodka historia, a oddana w ręce takich aktorów jak boski (?!) Humphrey Bogart i Dorothy Mackaill (1932 rok - nie pamiętam, nie było mnie nawet w planach perspektywicznych, ale oglądałam w Starym Kinie), później Irene Dunne i Charles Boyer (1939 r. - no, też nie pamiętam! Nie byłam nawet małym "plemniczkiem"), An Affair to Remember (zręczna zmiana tytułu) z 1957 roku z Deborahą Kerr i Cary Grantem (no, miałam roczek, nie zaliczyłam tego filmu nawet później w Starym Kinie) i, współczesny w miarę, znów pod tytułem Love Affair z Annette Bening i Warrenem Beattym, i z Katharine Hepburn na okrasę (rok 1994, i ten już obejrzałam), ale co poradzić, leciał myszami... Nie zapłakałam się i serce mi nie piknęło, jak nastolatce.
Także remake Doktora Żywago - filmu absolutnie, podobnie zresztą jak powieść, kultowego z 1965 roku z Omarem Sharifem i Julie Christie (oraz z Geraldiną Chaplin), nakręconego z pietyzmem i próbą oddania ducha tych czasów w Rosji, rozczarował mimo wciśnięcia w obsadę Wielkiej Gwiazdy - Keiry Knightley. Poprzednie dziesięciolecie to "zachłyst" Keirą. Czemu? Nie mam pojęcia! Milusińska w komedii romantycznej z Hugh Grantem: To Właśnie Miłość. Ma ewidentną wadę zgryzu (przodozgryz), który może zachwycać kochanka, chrzestnego i mamusię, ale ładny nie jest, a obowiązująca chudość na granicy anoreksji jest przykra wizualnie i nieprawdziwa w wielu przypadkach grania przez nią dam z poprzednich epok. Aktorsko, no cóż, nie jestem znawcą (ale za to odbiorcą!) i jakoś nie padam z zachwytu nad Keirą, bo gra podobnie w każdym filmie. Także film Duma i Uprzedzenie jest z nią, łagodnie mówiąc - nieciekawy.
Oglądałam z frajdą wielkie produkcje - radziecką i amerykańską - Wojny i pokoju. Obie doskonałe! Amerykańska z 1956 roku ze śliczną Audrey Hepburn i Melem Ferrerem, jako Bołkońskim, i tylko Henry Fonda, jako Pierre Bezuchow... no, odbiegający od ideału. I tę rosyjską obejrzałam na wskroś - z Ludmiłą Sawieliewą, jako Nataszą, młodym Wiaczesławem Tichonowem, jako Bołkońskim, i Siergiejem Bondarczukiem, jako bezapelacyjnie znakomitym Pierrem Bezuchowem.
Ale remake z 2007 roku - jako serial "nie wyszedł" nie tylko mnie, ale i reszta widzów chyba też przemilczała tę klapę pt. "Mały Jasiu, ... czyli jak to Włosi się porwali na rosyjską prozę".
Niedawno też zaliczyłam sobie Annę Kareninę - O! To jest dopiero zwycięska powieść, bo doczekała się czternastu adaptacji - na zmianę robili remaki Amerykanie i Rosjanie, na "wyprzódki". Ja teraz zaliczyłam tę z Sophią Marceau i jednak oddam jej cześć - pięknie się spisała! Cały film był jednak dość rosyjski, choć właściwie tylko Rosjanie umieją oddać rosyjskiego ducha w pełni - nic dziwnego! A Tatiana Samojłowa, jako Karenina - znakomita, choć nie tak zmysłowa jak Sophie (no, nie te czasy... film dzisiaj rządzi się innymi prawami).
No i tylko patrzeć, jak komuś przyjdzie ochota na przycięcie kilku dolarów i zrobi remake Anny Kareniny z Keirą (dopisek z 2015 roku. WYKRAKAŁAM. W 2012 roku zrobiono Kareninę z Keirą). Na szczęście, na Nataszę Rostową już za... dojrzała. No, na dzisiaj tyle...
Wasza Marudna coś kinomanka z domowej kanapy.
PS Może sobie sięgnę po Gwiezdne Wojny? One się same zgrabnie remekują, to znaczy, co i rusz wychodzi jakiś nowy Episode nr... a ja lubię bajki, szczególnie gdy mam 37,5 stopnia i katar XXL. I się czepiam Keiry.
czwartek, 8 grudnia 2011
Czas! CZAS!
Kiedyś, gdy się piekło chleb (żeby go zjeść), zajmowało to cały dzień, także ciasto (drożdżowe) czy pączki to pół dnia! A porządna sztufada wołowa?
A kto pamięta, że pranie robiło się w sobotę, bo to też zajmowało ponad pół dnia, by nastawić gary z wodą, gar pościeli, co się gotowała w mydle Jeleń, sodzie i czym tam jeszcze. Balia, tara i taki fitness był, że ho, ho!
Nasze mamy robiły pranie, pracując zawodowo, w domach, chatach, mieszkaniach (wypożyczając od ciecia klucze od tzw. PRALNI).
A małe dziecko?!
Zazwyczaj się miało około 40-60 pieluch tetrowych i kilkanaście flanelowych, które się zmieniało (tak często jak dzisiaj, a więc troskliwa mateczka - co chwilę, bo dzieci są złośliwe i wiecznie przemiękają), do tego łaszki - śpioszki, kaftaniki wszystko z płótna lub bawełny. Gar z pieluchami do gotowania wiecznie stał na kuchni, a pralka Frania dudniła co wieczór u tych, co ją miały.
Mleko się gotowało na każdy posiłek butelkowy, jak weszły kaszki to dopiero było, bo się uwielbiały zgruźlać i przypalać. A zupki? Koszmar - gotowanie półtorej do dwóch godzin (nie było szybkowarów), ze zdwojoną uwagą, żeby się nie przypaliły, a potem zabawa na całego - PRZECIERANIE tego mięska z warzywami przez sitko... Jakim cudem okazały się miksery!
Wieczorami - ukochane zajęcia domowników, zazwyczaj żon, ale i mężowie byli zaganiani do "jazdy na żelazku". Codzienna porcja pieluch, twardych jak diabli (zmiękczaczy tkanin NIE BYŁO), które dopiero po prasowaniu były miękkie. I prasowanie w ogóle wszystkiego. Godzina "najmarniej".
Dzieciom nie dawało się antybiotyków jak cukierków, więc katar, "zaziębionko" i niestrawność trwały swoje, dzieciak musiał pochorować tyle ile natura dała - katar 7-10 dni, sraczka zazwyczaj 3, "zaziębionko" - tydzień jak obszył, a inne dziecięce świństwa normalnie! Dawało się syrop z cebuli, maść majerankową pod nosek, rumianek się parzyło (normalnie się gotowało na kuchence koszyczki rumianku około 20 minut, żeby woda nie zawrzała, się pilnowało i cedziło przez gazę) i podawało dziecku. Dłużej chorowały, ale były odporniejsze, to pewne.
DZISIAJ
Pampers za pampersem, bo niby powłoka z aloesem czy innym wynalazkiem, pojemność co najmniej kubka wody, ale ledwo dzieciak puści obłoczek sików, już ma zmianę, bo matka wyczuje każdą aktywność pęcherza! Sterta tych pieluch instant rośnie w jakieś piramidy, których szczęśliwie nie widzimy - idą na wysypisko!
Odpada pranie i prasowanie sterty tetrowych i flanelowych pieluszek.
Ciuszki teraz takie, że i prasowanie to raczej pieszczota. Miło, że mama i tatko w ogóle prasują, oglądając sobie w tym czasie Hankę Mostowiak w zderzeniu z... rzeczywistością albo Doktora House'a naszego kochanego, Taniec z gwizdami albo bez...
Mleko instant się wsypuje do flaszki, dodaje wodę i potrząsa! Szlus! Koniec!
Koperek? Rumianek - tak samo!
Zupki, owoce? O nie, żadne gotowanie!
Mateczki mają już wmówione przez lekarzy - wiernych żołnierzy firm słoiczkowych, że gotowanie dziecku w domu, to skazanie dziecka na pewną śmierć i serię strrrrasznych chorób, a i zapewne cierpień. Te, które się dały omamić (większość), skarmiają swoje bobo jadłem ze słoiczka dość ohydnym w smaku, będąc przekonanymi, że karmienie dziecka wyjałowionym żarciem to prosta droga do sukcesu. Nie trzeba gotować, miksować, studzić - PRAWDA. Szalona oszczędność czasu i... karmienie firm słoikowych!
Choroba? Jeden telefon i przybiega lekarz z antybiotykiem. Szast-prast! I po katarku, po wszystkim! Moja młodociana sąsiadeczka była przez matkę tak (przy pomocy lekarzy) skarmiona antybiotykami, że gdy miała 9 lat w aptece nie było już antybiotyku, którego by nie brała, a śledzionę miała zniszczoną jak diabli.
Ale co kichnięcie - to antybiotyk! - i spokój. Dziecko nie chorowało dłużej jak 3 dni.
Teraz tak myślę - co mateczki zyskały dzięki tym wszelkim urządzeniom, które według reklam OSZCZĘDZAJĄ ICH CZAS. O! To ileż one tego czasu teraz mają!
A my wszyscy pozostali obdarowywani hojnie urządzeniami, które OSZCZĘDZĄ NASZ CZAS? Te wszystkie pralko-suszarki, zmywarko-wyparzarki do naczyń, które za chwilę nawet w szafce poukładają te nasze Rosenthale i Acropale, odkurzacze samojezdne i kosiarki do trawy (sic!),których się nawet nie dotkniemy, a one za nas, fiku-miku, wessą, wystrzygą i same się zalogują do kontaktu? Te wszystkie maszynki do mycia zębów, grzebienie i szczotki, co same nas uszorują i uczeszą, OSZCZĘDZAJĄC, oczywiście, NASZ CZAS.
Wszystkie te "czasooszczędzacze" dają nam w prezencie masę czasu!
To... gdzie on jest? Dlaczego na nic go nie mamy? Ani dla siebie, ani na spotkania towarzyskie, rodzinne obiady, wyjazd do znajomych?
"Nie mam czasu" - to refren współczesnych ludzi.
Może pora się zatrzymać, pomyśleć? Przeorganizować się, zastanowić, bo są tacy, co mają czas na wszystko, więc zamiast im zazdrościć - warto zapytać, jak oni to robią?
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
niedziela, 6 listopada 2011
Wypada jakiś wstępniak, zatem :)
czwartek, 3 listopada 2011
Żywi...
wtorek, 22 listopada 2011
Chryzantemy złociste, czyli o uczciwości...
piątek, 25 listopada 2011
Korea jako karmnik, czyli co to jest hansik
wtorek, 29 listopada 2011
Nie róbcie nam tego, czyli czepiam się Keiry
czwartek, 8 grudnia 2011
Czas! CZAS!
wtorek, 13 grudnia 2011
Polsko-polska schizofrenia
poniedziałek, 12 grudnia 2011
"Bezduch" Świąt
środa, 21 grudnia 2011
Pan Stasio jest chory i leży w łóżeczku
środa, 28 grudnia 2011
Poświąteczna odezwa do Matek i Teściowych
piątek, 6 stycznia 2012
Faceci powinni być jacyś inni, czyli nie lubimy mazgajów...
sobota, 21 stycznia 2012
Zima w Dolinie
sobota, 11 lutego 2012
Pojęcie mainstreamu
niedziela, 19 lutego 2012
Instrukcja obsługi dziecka
niedziela, 26 lutego 2012
Kimchi
środa, 14 marca 2012
O "WuCetach", sraczykach, kibelkach, toaletach - czyli o tym, czego nie ma!
poniedziałek, 19 marca 2012
Wiosna
niedziela, 15 kwietnia 2012
Nawrót choroby
niedziela, 6 maja 2012
Ta zza płota
niedziela, 13 maja 2012
Shilla - knajpa koreańska, czyli jak robić nas orientalnie w "bambuko".
wtorek, 5 czerwca 2012
Język, czyli ja znów o tym samym!
środa, 20 czerwca 2012
Lalka
środa, 4 lipca 2012
Ratunku! Nie nadążam
czwartek, 19 lipca 2012
Anka, ja cię przepraszam!
niedziela, 5 sierpnia 2012
Dzisiaj lekko, czyli śniadaniowo
poniedziałek, 3 września 2012
Szczerbaty nocnik
wtorek, 11 września 2012
Randka z Panem T.
środa, 26 września 2012
Potąd, panie Janeczku!
środa, 3 października 2012
Media ich mać
wtorek, 6 listopada 2012
Rok na blogu
sobota, 17 listopada 2012
Ognisko
poniedziałek, 26 listopada 2012
Szyby
poniedziałek, 3 grudnia 2012
Przyjaciółki
piątek, 21 grudnia 2012
Święta
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Jak wszyscy, to wszyscy!
niedziela, 6 stycznia 2013
"Czarne"
sobota, 12 stycznia 2013
Tanio i kolorowo... czyli podaż i popyt
niedziela, 13 stycznia 2013
Dom szczęśliwej... czyli wishful thinking
niedziela, 20 stycznia 2013
Nie wiesz
czwartek, 24 stycznia 2013
Kukiełka z wosku i plotek, czyli argumentacja
piątek, 25 stycznia 2013
Co komu do tego z kim śpię?
piątek, 1 lutego 2013
"Słoiki"
środa, 6 lutego 2013
Taka sobie polemika
poniedziałek, 11 lutego 2013
Zapracować sobie na starość
wtorek, 5 marca 2013
Czysta forma
wtorek, 12 marca 2013
Obrona szczawiu
środa, 20 marca 2013
Himalaje - czyli rozumiem, ale nie rozumiem
piątek, 5 kwietnia 2013
Słupek rządzi...
czwartek, 11 kwietnia 2013
Na straganie
wtorek, 16 kwietnia 2013
Światowa premiera, czyli jak mały Kaziu...
niedziela, 21 kwietnia 2013
O złotych myślach po raz kolejny
piątek, 26 kwietnia 2013
Wyprowadzkę zacząć czas, czyli żegnaj Mazowsze!
środa, 8 maja 2013
Eutanazja, czyli co ja mogę?
poniedziałek, 27 maja 2013
Stary kredens
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Zaliczyć ściankę
wtorek, 11 czerwca 2013
Dancing żyje i ma się nieźle
poniedziałek, 17 czerwca 2013
W bólach...
niedziela, 23 czerwca 2013 (Dzień Ojca)
Tatko
wtorek, 16 lipca 2013
W zalewie
czwartek, 18 lipca 2013
Poplątać, czyli mail do P.
poniedziałek, 29 lipca 2013
Pa, mamo
wtorek, 6 sierpnia 2013
Carlos gdzieś w Polsce
wtorek, 13 sierpnia 2013
Co, Gocha?
niedziela, 1 września 2013
O pożegnaniach
wtorek, 10 września 2013
Znajomy, nieznajomy? Kolega, nie kolega?
sobota, 21 września 2013
Kocham Cię życie
poniedziałek, 7 października 2013
Nagrody za ciemne okulary
niedziela, 13 października 2013
Chochoł, czyli rozmówki w Necie
poniedziałek, 14 października 2013
Alice Munro, czyli czemu mnie to cieszy
poniedziałek, 25 listopada 2013
Czy miasta mają duszę?
środa, 4 grudnia 2013
Kangury, czyli: "Kochani, obiad!"
sobota, 7 grudnia 2013
Garbatka, czyli z serca
czwartek, 12 grudnia 2013
DNA, czyli sprawdzam
środa, 18 grudnia 2013
Przedświątecznie, na słodko Chłopaki - "misiaki"
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Refleksyjnie i do przodu!
sobota, 4 stycznia 2014
Nowego Roku nie ma!
piątek, 10 stycznia 2014
WSTYD, czyli zamarzłe dusze
wtorek, 21 stycznia 2014
Dywaniki i "przydasie"
wtorek, 28 stycznia 2014
Rycerz na białym koniu
poniedziałek, 10 lutego 2014
Humanitaryzm czy hipokryzja, czyli uczucia ambiwalentne
środa, 12 lutego 2014
Postscriptum. Pamięci Ofiar
sobota, 22 lutego 2014
Restauracja
poniedziałek, 3 marca 2014
Besserwisser - czyli "bożidaruchna"
środa, 5 marca 2014
Ruskie...
sobota, 8 marca 2014
Yin i Yang, czyli jestem połową ludzkości!
piątek, 14 marca 2014
"FejsBÓG", czyli pora odejść
poniedziałek, 24 marca 2014
"Mistrz Sapek" et consortes
niedziela, 13 kwietnia 2014
Kto tu rządzi, czyli muzyka w knajpach
niedziela, 27 kwietnia 2014
Święty
piątek, 2 maja 2014
Pani Krysiu! Taka sytuacja
piątek, 9 maja 2014
"We wtorek kaczka jeszcze żyła..."
poniedziałek, 12 maja 2014
Baba dziwo, czyli co ma Eurowizja do piersi kobiecych
poniedziałek, 19 maja 2014
Szklanka do połowy, czyli żyrafa
czwartek, 22 maja 2014
Podróż bardzo sentymentalna
środa, 4 czerwca 2014
Boombox i kury
wtorek, 24 czerwca 2014
Stara, dobra klasyka
niedziela, 20 lipca 2014
Ochłońmy...
wtorek, 29 lipca 2014
Podwójne standardy, czyli czego muzyka nie łagodzi
niedziela, 17 sierpnia 2014
Co mnie to obchodzi, czyli o listonoszu, który dzwonił kilka razy
środa, 27 sierpnia 2014
Na "Titanicu", czyli Europa jak tłusty kot
poniedziałek, 1 września 2014
1 września - Buziak, czyli tabula rasa
piątek, 19 września 2014
Kali "żyć" i "mieć się" dobrze!
wtorek, 14 października 2014
Promocja Kobiety Dojrzałej czy klapa?
poniedziałek, 20 października 2014
Co ma wspólnego nasze nowe logo z Czesławem Mozilem, Marią Peszek i innymi?
wtorek, 28 października 2014
Mamuś, czyli przemyślenia przy Zaduszkach...
piątek, 28 listopada 2014
Równość?
wtorek, 9 grudnia 2014
Dyskalkulia i Latrodectus
niedziela, 14 grudnia 2014
Święta, bezbożnicy
środa, 7 stycznia 2015
Nie mam pomysłu ma noworoczny tekst
piątek, 30 stycznia 2015
No i jak tu nie jechać?
sobota, 7 lutego 2015
"Kastrowanie", czyli kim jest pesymista
niedziela, 8 lutego 2015
Pochlastać się... :)
Reklama
Karta redakcyjna