Prolog
Żyła jest jak rzeka
Chłopiec miał na imię Justin i nie chciał się obudzić. Łóżko, na którym leżał, składało się z gąbczastego materaca i metalowej ramy. Znajdowaliśmy się na oddziale szpitala, urządzonego w niewielkim betonowym budynku. Funkcję okien pełniły tu puste prostokątne otwory w zewnętrznych ścianach. W skład całego szpitalnego kompleksu wchodziło jeszcze kilka podobnych klocków z betonu, rozstawionych wokół rozległego, zakurzonego dziedzińca. Niektóre miały dachy kryte strzechą. Całość przypominała raczej wioskę. Szpitale kojarzą mi się z chłodnym linoleum, a nie z koźlętami, które brykają na podwórzu, bodąc większe kozy w wymiona i machając ogonkami, czy z matkami i siostrami pacjentów przygotowującymi jedzenie w kociołkach na niewielkich paleniskach w cieniu mangowców. Ten szpital znajdował się na skraju smutnego miasteczka Tambura w południowym Sudanie, blisko granicy z Republiką Środkowoafrykańską. Wszędzie dookoła rozciągały się niewielkie gospodarstwa rolne, na których uprawiano proso i maniok. Wąskie ścieżki wiły się przez bagna i rzadkie lasy, mijały betonowo-ceglane kopuły nagrobków zwieńczone krzyżami oraz kopce termitów przypominające kształtem olbrzymie grzyby, biegły przez wzgórza pełne jadowitych węży, słoni i lampartów. Oprócz mieszkańców południowego Sudanu zapewne mało kto podróżował po tych drogach, przynajmniej podczas mojego pobytu. Od przeszło dwóch dekad w kraju toczyła się wojna domowa między plemionami z południa a mieszkańcami północy. Kiedy odwiedziłem Tamburę, od czterech lat była ona w rękach rebeliantów. Każdy przybysz z zewnątrz, który docierał tam samolotem śmigłowym kursującym raz na tydzień, mógł podróżować po okolicy tylko pod opieką kogoś oddelegowanego przez nowe władze i tylko w ciągu dnia.
Justin, chłopiec na szpitalnym łóżku, miał dwanaście lat, chude ramiona i zapadnięty brzuch. Był ubrany w szorty w kolorze khaki, na szyi nosił niebieskie koraliki. Koło niego, na parapecie, spoczywały worek upleciony z trzciny oraz para sandałów ozdobionych metalowymi kwiatkami. Szyja Justina była tak opuchnięta, że nie potrafiłem stwierdzić, gdzie zaczyna się jego czaszka. Oczy zrobiły się wyłupiaste jak u ropuchy, nos napęczniał tak bardzo, że nozdrza zniknęły.
"Hej, Justin! Justin! Hej!" - powtarzała kobieta. Staliśmy w siedem osób koło szpitalnego łóżka. Kobieta nazywała się Mickey Richer i była lekarką z Ameryki. Oprócz niej towarzyszyli mi pielęgniarz John Carcello, wysoki, w średnim wieku, również przybyły ze Stanów, oraz czworo sudańskich lekarzy. Justin próbował nas ignorować. Liczył, że sobie pójdziemy i że będzie mógł spać dalej. "Czy wiesz, gdzie jesteś?" - pytała Richer. Jeden z sudańskich pielęgniarzy tłumaczył jej słowa na język zande. Chłopiec pokiwał głową i powiedział: "W Tamburze".
Richer łagodnie pomogła mu się podnieść, cały czas go podpierając. Plecy i kark Justina były sztywne jak deska. Lekarka nie mogła odgiąć jego szyi. Kiedy tylko spróbowała, Justin jęknął z bólu. "Jeśli macie do czynienia z takim przypadkiem, wezwijcie doktora" - powiedziała Richer Sudańczykom. Próbowała ukryć irytację, że nie posłano po nią wcześniej. Zesztywniała szyja chłopca oznaczała, że groziła mu śmierć. Od tygodni w jego ciele szalał jednokomórkowy pasożyt, a podawane lekarstwo nie działało. W szpitalu Richer leżały setki innych pacjentów cierpiących na tę samą śmiertelną chorobę: śpiączkę afrykańską.
Przyleciałem do Tambury z powodu pasożytów, tak jak niektórzy jeżdżą do Tanzanii, żeby zobaczyć lwy, albo na wyspę Komodo w poszukiwaniu waranów. Na co dzień mieszkam w Nowym Jorku, gdzie słowo "pasożyt" nie budzi żadnych konkretnych skojarzeń. Kiedy mówię ludziom, że zajmuję się pasożytami, jedni odpowiadają: "W sensie: badasz tasiemce?", drudzy zaś rzucają dowcip typu: "Powinieneś poznać moją byłą żonę". Nie istnieje powszechnie obowiązująca definicja pasożyta. Naukowcy różnie rozumieją ten termin, zasadniczo jednak pasożytem nazywa się dowolną istotę żyjącą wewnątrz innego organizmu lub na nim, czerpiącą korzyści kosztem swego żywiciela. Może to dotyczyć wirusa wywołującego przeziębienie albo bakterii powodującej zapalenie opon mózgowych. Jeżeli jednak powiesz kaszlącemu przyjacielowi, że ma pasożyty, zapewne wyobrazi sobie ósmego pasażera Nostromo, który tylko czeka, by rozsadzić mu klatkę piersiową, wydostać się na zewnątrz i pożreć wszystko dookoła. Pasożyty kojarzą się z horrorami, a nie z gabinetem lekarskim. Co więcej, naukowcy, z dość szczególnych powodów historycznych, nie określają tym mianem bakterii ani wirusów.
Nawet jeśli przyjmiemy tę zawężoną definicję, i tak będziemy mieli do czynienia z potężną menażerią. Justin trafił do szpitala i walczył ze śmiercią, bo w jego organizmie zagnieździł się świdrowiec. Świdrowce to co prawda istoty jednokomórkowe, ale są znacznie bliżej spokrewnione z człowiekiem niż z bakteriami. Przeniknęły do ciała Justina na skutek ugryzienia przez muchę tse-tse. Kiedy mucha piła krew chłopca, świdrowce przedostały się do środka. Następnie zaczęły kraść tlen i glukozę, transportowane w krwiobiegu. Mnożyły się, zdołały wymknąć się układowi odpornościowemu. Atakowały narządy, dotarły nawet do mózgu. Nazwa "śpiączka afrykańska" bierze się stąd, że pasożyt powoduje zaburzenia procesów umysłowych: rozregulowuje zegar biologiczny chorego, zamienia dzień w noc. Gdyby matka Justina nie przyszła z nim do szpitala w Tamburze, chłopiec umarłby w ciągu kilku miesięcy. Śpiączka afrykańska nie ma litości.
Mickey Richer przyjechała do Tambury cztery lata wcześniej. Przypadków śpiączki afrykańskiej było wówczas bardzo niewiele i ludzie uważali, że choroba ta przechodzi już do historii. Niegdyś sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Przez tysiące lat na śpiączkę zapadali mieszkańcy rozległych rejonów na południe od Sahary, gdzie występowała mucha tse-tse. Inny wariant tej choroby atakował bydło, co de facto uniemożliwiało jego hodowlę na ogromnych połaciach kontynentu. Nawet obecnie na terenach o powierzchni 11,5 miliona kilometrów kwadratowych pasożyt utrudnia trzymanie krów: co roku trzy miliony sztuk bydła umiera z powodu śpiączki afrykańskiej. Kiedy Europejczycy skolonizowali Afrykę, przyczynili się do wybuchu gigantycznej epidemii, zmuszali bowiem ludzi do pracy w miejscach, gdzie istniało ryzyko ugryzienia przez muchę tse-tse. W 1906 roku Winston Churchill, piastujący wówczas stanowisko wiceministra do spraw kolonii, raportował w Izbie Gmin, że śpiączka afrykańska doprowadziła do zmniejszenia się populacji Ugandy z 6,5 do 2,5 miliona odób.
Jeszcze przed drugą wojną światową naukowcy odkryli, że leki skuteczne w walce z syfilisem pozwalają pozbyć się również świdrowców. Co prawda owe farmaceutyki były dość prymitywne i miały rozmaite niepożądane skutki uboczne, ale jeśli lekarze prowadzili staranne badania przesiewowe w rejonach występowania muchy tse-tse i opiekowali się chorymi, udawało się ograniczyć zasięg choroby. Nikt nie liczył na to, że śpiączka afrykańska zniknie, ale z czasem przestała być tak powszechna jak dawniej. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych walczono z nią na tyle skutecznie, że pojawiła się szansa na jej zupełne wyeliminowanie.
Choroba zdołała jednak wrócić za sprawą konfliktów zbrojnych, zapaści gospodarczych i skorumpowanych rządów. Na skutek wojny domowej w Sudanie z Tambury wyjechali belgijscy i brytyjscy lekarze. Podczas mojego pobytu odwiedziłem znajdujący się niedaleko opuszczony szpital. Niegdyś był tam osobny oddział dla chorych na śpiączkę afrykańską, teraz pusty budynek przejęły osy i jaszczurki. Z biegiem lat Richer notowała więc wzrost zachorowań. Najpierw było dziewiętnaście przypadków, potem osiemdziesiąt siedem, potem setki. W 1997 roku przeprowadziła badania i oszacowała, że około dwudziestu procent mieszkańców stanu Tambura - czyli dwanaście tysięcy osób - padło ofiarą inwazji pasożytniczej.
Postanowiła zatem przypuścić kontratak. Miała nadzieję, że zatrzyma pasożyta. Osobom we wczesnych stadiach choroby wystarczył dziesięciodniowy cykl zastrzyków z pentamidyny w pośladek. Dla Justina było jednak na to za późno. Świdrowce przedostały się do mózgu, należało więc podjąć bardziej radykalne działania i podać coś mocniejszego - brutalne lekarstwo o nazwie melarsoprol. W dwudziestu procentach składa się ono z arszeniku. Potrafi wyżreć dziury w zwyczajnym plastikowym cewniku stosowanym do podawania kroplówek, toteż Richer sprowadziła specjalny sprzęt. Jeżeli melarsoprol wyleje się z żyły, może spowodować bolesną opuchliznę. W najlepszym przypadku oznacza to kilkudniową przerwę w podawaniu leku, w najgorszym - amputację ramienia.
Pielęgniarze przez trzy dni podawali Justinowi melarsoprol, dzięki czemu udało się wybić znaczny odsetek świdrowców w mózgu i kręgosłupie. Zostały jednak resztki martwej tkanki pasożyta, więc komórki układu odpornościowego, wcześniej odrętwiałe, nagle wpadły w prawdziwy szał: uwalniały kolejne fale toksycznych związków chemicznych, niszcząc mózg Justina i powodując w nim poważny stan zapalny.
Richer zapisała chłopcu sterydy, żeby zmniejszyć opuchliznę. Kiedy wstrzyknięto mu pierwszą dawkę, jęknął cicho. Zamknął oczy, wyglądał, jakby pogrążył się w głębokim śnie. Pozostało liczyć na to, że mu się poszczęści i sterydy złagodzą obrzęk mózgu. Wszystko miało się rozstrzygnąć następnego dnia. Wiedzieliśmy, że albo stan Justina się poprawi, albo chłopiec umrze.
Już od paru dni obserwowałem Richer przy pracy. Podróżowaliśmy po wioskach, gdzie jej personel za pomocą wirówek laboratoryjnych szukał w próbkach krwi śladów wskazujących na obecność pasożyta. Dojazd do jednej z klinik nadzorowanych przez Amerykankę zajął nam wiele godzin. Wykonywano tam punkcje lędźwiowe, by sprawdzić, czy świdrowce są już w drodze do mózgu zarażonych osób. Towarzyszyłem Richer podczas obchodów w szpitalu w Tamburze. Widziałem jej pacjentów: małe dzieci, które krzyczały i które trzeba było przytrzymywać, kiedy podawano im zastrzyki, starą kobietę znoszącą w milczeniu istny pożar w żyłach wywołany przez lekarstwo, mężczyznę przywiązanego do łóżka, bo oszalał z powodu leków i rzucał się na personel. Przyglądając się im wszystkim, próbowałem wyobrazić sobie pasożyty gnieżdżące się w ich ciałach. Przywodziło to na myśl stary film Fantastyczna podróż, w którym łódź podwodna z Raquel Welch i zespołem naukowców na pokładzie zostaje zmniejszona do mikroskopijnych rozmiarów i wstrzyknięta do krwiobiegu pewnego rannego dyplomaty, by dostać się do jego mózgu i zapobiec groźnemu zakrzepowi. Musiałem przeniknąć do świata podziemnych rzek płynących w ludzkim ciele, krwi podróżującej przez coraz mniejsze naczynia, a następnie powracającej żyłami do serca. Do świata czerwonych krwinek, obijających się o siebie i pędzących naprzód, przeciskających się przez kapilary i wkrótce znów odzyskujących swój pierwotny, krążkowaty kształt. Do świata białych krwinek, które przemieszczały się w przestrzeni międzykomórkowej i przekradały do naczyń chłonnych niczym przez tajne przejście ukryte w regale z książkami. Gdzieś pośród tych wszystkich elementów chowały się świdrowce. Widziałem je pod mikroskopem w laboratorium w Nairobi. Wyglądały przepięknie. Ich nazwa - trypanosoma - pochodzi od greckiego wyrazu trypanon, oznaczającego świder. Pojedynczy osobnik jest dwa razy dłuższy od czerwonej krwinki. Pod szkłem mikroskopu wydaje się srebrzyć. Świdrowce są płaskie, lecz gdy się poruszają, skręcają się, przypominając pracujące wiertło.
Parazytolodzy, którzy obserwują je dostatecznie długo, często się w nich zakochują. W pewnym skądinąd rzeczowym artykule naukowym natknąłem się na takie oto zdanie: "Trypanosoma brucei ma wiele urzekających cech, które zapewniły mu status ulubieńca biologów eksperymentalnych"[1]. Specjaliści bacznie przyglądają się świdrowcom, gdy te obżerają się glukozą, wymykają się komórkom układu odpornościowego, zrzucając zewnętrzną powłokę i przywdziewając nową, gdy zmieniają formy, by przetrwać w układzie pokarmowym muchy lub w organizmie człowieka.
U mieszkańców południowego Sudanu spotyka się wiele innych pasożytów. Gdybyśmy wzorem bohaterów Fantastycznej podróży potrafili przemieszczać się w tkankach skóry, u niejednej osoby natknęlibyśmy się na guzek wielkości małego kamyczka. W środku ujrzelibyśmy cieniutkie, zwinięte, wężowate nicienie - Onchocerca volvulus. Występuje wśród nich podział na osobniki męskie i żeńskie. Ogromną większość swego trwającego dziesięć lat życia spędzają w owych guzkach w ludzkiej skórze i płodzą tysiące dzieci. Dzieci te - mikrofilarie[2] - wędrują następnie w tkance skórnej, czekając na to, że pewnego razu żywiciela ugryzie meszka, a wówczas one, o ile tylko znajdą się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, dostaną się do jej jelit. Jeżeli im się to uda, małe nicienie osiągną dojrzałą postać w organizmie meszki i przygotują się do następnego etapu swojego życia. Polega on na tym, że meszka gryzie kolejną osobę i dorosły nicień może utworzyć własne guzkowe gniazdo w skórze. Mikrofilarie mogą wywołać gwałtowną reakcję układu immunologicznego. Ale zamiast doprowadzić do śmierci pasożyta, sprawia ona niekiedy, że na powierzchni skóry zarażonej osoby pojawiają się plamki podobne do lamparcich cętek. Czasem wysypka jest tak swędząca, że chorzy umierają z powodu intensywnego drapania się. Jeżeli mikrofilarie usadowią się wewnątrz oka, dojdzie do uszkodzeń wywołanych przez układ immunologiczny. Mogą one spowodować utratę wzroku. Larwy meszek z gatunku przenoszącego Onchocerca volvulus rozwijają się w wodzie, toteż dorosłe osobniki trzymają się blisko niej. Właśnie dlatego chorobę wywołaną przez pasożyta nazywa się ślepotą rzeczną lub onchocerkozą. W niektórych zakątkach Afryki niemal wszystkie osoby powyżej czterdziestego roku życia mają z jej powodu problemy ze wzrokiem.
Następnie mamy riszty, długie na pół metra istoty, które wydostają się z ciała żywiciela przez pękający pęcherz na nodze. Cały ten proces zajmuje kilka dni. Są też w Tamburze mikrofilarie nicieni powodujące słoniowaciznę, wskutek której moszna potrafi rozciągnąć się tak bardzo, że trzeba używać taczek, by ją podtrzymywać. Są tasiemce, pozbawione oczu i otworów gębowych, żyjące w jelitach, osiągające długość nawet dwudziestu metrów i składające się z tysięcy członów, z których każdy wyposażony jest w osobne męskie i żeńskie narządy rozrodcze. Są przywry żyjące w wątrobie i we krwi. Są jednokomórkowe pasożyty powodujące malarię. Atakują one i niszczą krwinki czerwone, płodząc przy tym żarłoczne potomstwo. Dłuższy pobyt w Tamburze może sprawić, że ludzie dookoła staną się dla ciebie konstelacjami pasożytów.
Tambura nie jest jednak krainą jak z horroru. Po prostu łatwo w niej spotkać osoby zarażone pasożytami. Zresztą nawet jeśli pominąć bakterie i wirusy, większość mieszkańców Ziemi ma jakieś pasożyty. W jelitach 1,4 miliarda ludzi znajdziemy wężowatą glistę ludzką Ascaris lumbricoides[3]. Niemal 1,3 miliarda to żywiciele krwiopijnych tęgoryjców. Włosogłówka pasożytuje na miliardzie ludzi. Co roku notuje się od dwóch do trzech milionów zgonów na skutek malarii. W przypadku wielu chorób pasożytniczych mamy do czynienia z tendencją wzrostową. Richer udaje się spowolnić rozwój epidemii śpiączki afrykańskiej w tym konkretnym rejonie Sudanu, lecz wygląda na to, że w innych miejscach choroba jest w natarciu. Badacze szacują liczbę ofiar nawet na trzysta tysięcy rocznie. W Demokratycznej Republice Konga śpiączka afrykańska zabija prawdopodobnie więcej ludzi niż AIDS. Z parazytologicznego punktu widzenia Nowy Jork jest zatem znacznie dziwniejszym rejonem niż Tambura, a jeżeli cofnąć się w czasie i prześledzić pięć milionów lat naszej ewolucji, łatwo dojść do wniosku, że ostatnie stulecie to nietypowy, krótki okres, w którym przynajmniej część ludzi mogła cieszyć się wolnością od pasożytów.
Następnego dnia ponownie odwiedziłem Justina. Leżał wsparty na boku i jadł zupę. Jego plecy znów mogły się swobodnie wyginać, powieki nie były opuchnięte, szyja wróciła do normalnego rozmiaru, nozdrza się otwarły. Chłopak nie odzyskał jeszcze sił, więc o wiele bardziej interesował się jedzeniem niż rozmową z jakimś obcym facetem. Dobrze jednak było zobaczyć, że pasożyty dały mu spokój, przynajmniej na chwilę.
- - -
Wyprawy do miejsc takich jak Tambura sprawiły, że zacząłem postrzegać ludzkie ciało jako słabo zbadaną wyspę życia, dom istot niespotykanych w świecie zewnętrznym. A przecież jesteśmy tylko jednym z milionów gatunków zamieszkujących Ziemię. Kto wie, może Ziemia to w istocie planeta pasożytów?
Kilka miesięcy po podróży do Sudanu spędziłem całą noc, na przemian parną i deszczową, maszerując przez kostarykańską dżunglę. W ręku trzymałem siatkę na motyle, w kieszeniach kurtki przeciwdeszczowej miałem mnóstwo foliowych woreczków. Czołówka rzucała krąg światła na ścieżkę pod moimi stopami. W pewnym momencie parę metrów przede mną ujrzałem pająka: jego ośmioro oczu lśniło niczym diament. Ogromna osa wlazła do dziury na skraju ścieżki, by się przede mną ukryć. Prócz mojej latarki jedynym źródłem światła były świetliki rozbłyskujące pośród drzew oraz odległe błyskawice. Trawa śmierdziała moczem jaguara.
Towarzyszyło mi siedmiu innych biologów. Przywódcą naszej wyprawy był Daniel Brooks. Z wyglądu ani trochę nie pasował do stereotypu nieustraszonego badacza dżungli. Był przysadzisty, miał sumiaste wąsy i okulary pilotki, nosił czarno-czerwony dres oraz tenisówki. Ale podczas gdy reszta ekspedycji zabijała czas rozmową o fotografowaniu ptaków i odróżnianiu jadowitych węży koralowych od ich niegroźnych naśladowców, Brooks trzymał się z przodu, nasłuchując rozmaitych pisków i rechotów. W pewnej chwili przystanął nagle na skraju ścieżki i uciszył nas szybkim gestem. Podszedł do szerokiego rowu wypełnionego deszczową wodą i pomału uniósł siatkę. Zrobił kolejny krok, nie bacząc, że oznacza to przemoczenie jednej z tenisówek, po czym gwałtownie nakrył siatką coś po drugiej stronie rowu. Siatka zaczęła tańczyć i skakać. Brooks chwycił ją w połowie, po czym pomału podniósł. Podałem mu foliowy woreczek. Dmuchnął do środka, by woreczek się otwarł, po czym umieścił w nim złapaną właśnie wielką, beżową żabę lamparcią. Żaba miotała się jak szalona, a Brooks zawiązał woreczek, dbając, by zostało w nim odpowiednio dużo powietrza, po czym zatknął go sobie za spodnie i ruszył dalej. Wyglądało to tak, jakby przytroczył sobie do pasa przezroczystą sakiewkę ze złotem.
Żaby i ropuchy były wszędzie. Kawałek dalej Brooks złapał drugą żabę lamparcią. W wodzie pływały Engystomops pustulosus, śpiewające głośnym chórem. Agi, czasem wielkie jak koty, pozwalały nam podejść blisko, po czym dawały leniwego susa, żeby mimo wszystko zachować dystans. Mijaliśmy plamy skrzeku, sztywnego jak piana w wannie, w którym wylęgały się setki kijanek. Łapaliśmy żaby wąskopyskie, z małymi, głupimi oczkami tuż powyżej nozdrzy i tłustymi, przysadzistymi cielskami, przywodzącymi na myśl budyń czekoladowy.
Niektórzy zoolodzy uznaliby łowy za zakończone, ale dla Brooksa był to dopiero początek. Zabrał żaby do biura Parku Narodowego Guanacaste. Zostawił je na noc w woreczkach, do których wlał nieco wody, by zapewnić osobnikom wilgoć potrzebną im do życia. Rankiem, po śniadaniu składającym się z ryżu z fasolą i soku ananasowego, poszliśmy do jego laboratorium, mieszczącego się w szopie z siatką ogrodzeniową zamiast dwóch ścian.
"Tutejsi asystenci mówią na nią jaula" - powiedział Brooks. Na stole pośrodku szopy stały mikroskopy oraz narzędzia do przeprowadzania sekcji i przygotowywania preparatów. Po betonowej podłodze łaziły gąsienice i żuki. Z kabla lampy pod sufitem zwisało gniazdo błonkówek. Na zewnątrz w drzewach hałasowały wyjce. Jaula to po hiszpańsku "więzienie". "Miejscowi mówią, że należy nas tu zamknąć, bo inaczej wymordujemy wszystkie zwierzęta w okolicy" - wyjaśnił mi Brooks.
Wyjął żabę lamparcią z foliowego woreczka, po czym zabił ją szybkim uderzeniem o kant zlewu. Położył martwego płaza na stole i rozciął mu brzuch. Za pomocą pęsety ostrożnie wyciągnął jelita. Umieścił narządy na sporych szalkach Petriego i obejrzał wypatroszoną żabę pod mikroskopem. Już od trzech lat przyjeżdżał do Guanacaste i przyglądał się wnętrznościom osiemdziesięciu różnych gatunków tutejszych gadów, ptaków i ryb. A wszystko po to, by sporządzić kompletną listę pasożytów żyjących na terenie rezerwatu. Istnieje mnóstwo pasożytów zwierzęcych i roślinnych, więc nikt nigdy nie porwał się na podobne przedsięwzięcie w przypadku tak rozległego terytorium. Brooks starannie ustawił dwie wyginane lampy, by zapewnić sobie odpowiednie światło. Wyglądały niczym para ciekawskich węży, zastygłych i wpatrujących się w martwą żabę. "No dobra - powiedział Brooks. - Jedziemy".
Kazał mi spojrzeć. Nicień - kuzyn ludzkiej riszty - wypełzał ze swojego domu w jednej z żył na grzbiecie żaby. "Pewnie przenoszą go komary karmiące się żabią krwią" - wyjaśnił mi Brooks. Wyciągnął nicienia, nie robiąc mu krzywdy, i wrzucił go na szalkę z wodą. Kiedy jednak dodał odrobinę kwasu octowego, by zakonserwować pasożyta, ten dosłownie eksplodował. Została z niego tylko nitka białej piany. Po chwili Brooks znalazł kolejnego osobnika i tym razem wszystko przebiegło jak należy. Nicień zastygł wyprostowany, gotów przetrwać w tej postaci wiele dekad.
Był to pierwszy z mnóstwa pasożytów, które zobaczyliśmy. Z innej żyły Brooks wyciągnął sznureczek przywr, które przypominały ruszający się naszyjnik. W nerkach kryły się larwy innego gatunku, osiągające dojrzałość tylko wtedy, gdy żaba zostaje zjedzona przez drapieżnika w rodzaju czapli lub ostronosa. Płuca martwego płaza okazały się wolne od pasożytów, aczkolwiek bynajmniej nie była to norma. W żabiej krwi można znaleźć rozmaite pierwotniaki wywołujące malarię, zdarzają się nawet przywry w przełyku i uszach. "Żaba to prawdziwy hotel dla pasożytów" - stwierdził Brooks. Wziął się do jelit: rozkroił je ostrożnie, by nie uszkodzić żadnej kryjącej się wewnątrz istoty. Znalazł kolejną przywrę, inną od poprzednich, i pokazał mi ją pod mikroskopem. Była to maleńka pływająca drobinka. "Jeśli nie wiesz, czego szukać, pomyślisz pewnie, że to tylko jakiś paproch. A tymczasem mamy tu do czynienia ze zwierzęciem. Rozwija się ono najpierw w organizmie ślimaka, potem w organizmie muchy, aż wreszcie jest zjadane przez żabę". We wnętrznościach badanego przez nas osobnika przywra dzieliła miejsce z nicieniem z rodziny Trichostrongylidae. On akurat dostał się tam prostszą drogą: po prostu wwiercił się w jelito żaby.
Brooks wysunął szalkę spod mikroskopu. "Bardzo rozczarowujące, chłopaki" - stwierdził. Zrozumiałem, że zwraca się do pasożytów. Byłem oszołomiony widokiem wszystkich tych istot zamieszkujących pojedynczy organizm, lecz Brooks dobrze wiedział, że we wnętrznościach żaby mogłyby się kryć osobniki nawet kilkunastu gatunków. Chciał, żebym zobaczył ich jak najwięcej. "Miejmy nadzieję, że twoja kumpela okaże się lepsza" - powiedział do martwego płaza.
Sięgnął do kolejnego woreczka. Tej akurat żabie lamparciej brakowało dwóch palców u przedniej lewej nogi. "Najwyraźniej uciekła jakiemuś drapieżnikowi mniej skutecznemu ode mnie" - oznajmił Brooks i znów uśmiercił żabę szybkim uderzeniem o zlew. Zajrzawszy przez mikroskop do jej brzucha, nagle się rozpromienił. "O, to już lepiej - stwierdził. - Przepraszam, powinienem był powiedzieć: względnie lepiej". Przyłożyłem oczy do okularu. Z pęcherza moczowego żaby wyłaziła właśnie przywra z gatunku Gorgoderid, zwana tak z powodu podobieństwa do węży wijących się na głowie mitologicznej Gorgony. "Takie przywry żyją w organizmach małży słodkowodnych. Oznacza to, że nasza żaba przebywała w pobliżu tych małży, a więc gdzieś, gdzie mamy do czynienia ze stałym dopływem wody, piaszczystym dnem i glebą bogatą w wapń. Żywicielem pośrednim jest rak. Mówimy więc o siedlisku zdolnym przez cały rok zapewniać odpowiednie warunki małżom, rakom i żabom. Nasza żaba musiała przywędrować z daleka do miejsca, w którym ją wczoraj złapaliśmy". Brooks zajął się jelitami. "Cóż za czarujący obrazek!" - oznajmił. Zobaczyłem nicienie oraz przywry tworzące cysty na skórze żaby. Żaba raz na jakiś czas zrzuca skórę i ją zjada. W ten sposób pasożyty dostają się do jej przewodu pokarmowego. Moim oczom ukazały się też stosiki przywrzych jaj.
Brooks, rozochocony, sięgnął po kluchowatą żabę wąskopyską. "O rany, co za szczęście!" - zawołał, zajrzawszy do środka. - Mamy tu chyba tysiące nicieni. Jejku, cały brzuch się rusza!". W nicieniowej zupie wierciły się opalizujące pierwotniaki, jednokomórkowe olbrzymy, niemal dorównujące rozmiarem wielokomórkowym nicieniom.
Część oglądanych przez nas pasożytów została już wcześniej nazwana i sklasyfikowana, ale większość była nieznana nauce. Na razie Brooks wstukał do komputera tylko ogólne informacje: "nicień" albo "tasiemiec". Dalsze opisy i wymyślenie łacińskiej nazwy zostawił sobie na później. Na twardym dysku znajdował się rejestr innych pasożytów znalezionych przez Brooksa na przestrzeni lat. Nie zabrakło również osobników, które pokazał mi przez ostatnie kilka dni, na przykład tasiemca wyciągniętego z iguany czy istnego oceanu nicieni we wnętrznościach żółwia. Krótko przed moim przyjazdem Brooks wraz z asystentami przeprowadził sekcję jelenia i znalazł kilkanaście pasożytów, w tym nicienie żyjące wyłącznie w ścięgnie Achillesa oraz muchy, które składały jaja w nosie zwierzęcia (nazywał je mikrosmarkami).
Nie zanosiło się na to, by zdążył skatalogować wszystkie pasożyty w tym rezerwacie. Brooks specjalizuje się w pasożytach kręgowców, przy czym kieruje się tradycyjną definicją, pomijającą bakterie, wirusy i grzyby. Kiedy go odwiedziłem, miał już na koncie około trzystu zidentyfikowanych miejscowych pasożytów, a ich łączną liczbę oceniał na jedenaście tysięcy. Nie uwzględniało to tysięcy gatunków pasożytniczych błonkówek i muchówek, które żyją w dżungli i pożerają inne owady od środka. Nie uwzględniało też roślin pasożytujących na innych roślinach, podkradających im wodę z gleby lub pożywienie pozyskiwane z powietrza i słońca. Brooks nie zajmuje się grzybami, zdolnymi atakować zwierzęta, rośliny lub nawet inne grzyby. Pozostaje mu zatem liczyć, że przyłączą się do niego kolejni parazytolodzy. Tych jest jednak względnie niewielu jak na ogrom przedsięwzięcia. Każda żywa istota ma co najmniej jednego pasożyta. W przypadku żaby lamparciej czy człowieka mówimy o znacznie większej liczbie. U pewnej meksykańskiej papugi znaleziono trzydzieści różnych gatunków roztoczy w samych tylko piórach. Co więcej, pasożyty mają swoje pasożyty. Ba, zdarza się, że również pasożyt pasożyta ma pasożyty. Naukowcy nie wiedzą, ile istnieje gatunków pasożytów, możemy jednak przypuszczać, że stanowią one większość gatunków na naszej planecie. Według niektórych szacunków proporcja wynosi cztery do jednego. Mówiąc inaczej, badanie żywych istot sprowadza się w ogromnym stopniu do parazytologii.
Książka, którą trzymacie w ręku, poświęcona jest właśnie temu. Przez wiele dziesięcioleci zaniedbywano pasożyty, niedawno jednak zwróciły one ponownie uwagę naukowców. Uczeni potrzebowali dużo czasu, by docenić skomplikowane mechanizmy adaptacyjne pasożytów. Owa zwłoka wynikała głównie z tego, że trudno jest zajrzeć do ich ukrytego świata. Pasożyt potrafi wykastrować żywiciela i przejąć kontrolę nad jego umysłem. Dwucentymetrowa przywra może sprawić, że nasz niezwykle wyrafinowany układ odpornościowy uzna ją za zupełnie nieszkodliwą. Błonkówka wprowadza swoje geny do komórek gąsienicy i dzięki temu blokuje reakcję immunologiczną. Dopiero niedawno naukowcy zorientowali się, że pasożyty mogą pełnić w ekosystemie równie ważną funkcję co lwy czy lamparty. I że są ważną siłą napędową ewolucji organizmów. Kto wie, czy nie najważniejszą?
Powinienem chyba uściślić: mam tu na myśli ewolucję drobnej, mniejszościowej grupy organizmów, które nie są pasożytami. Potrzeba trochę czasu, by przyzwyczaić się do patrzenia na świat z tej perspektywy.