Nad pewną piękną i wielką rzeką stoi pewne miasto, nie
bardzo wielkie i nie bardzo małe, nie bardzo piękne i nie bardzo
brzydkie. Ulice posiada dość szerokie i czyste, ale zaopatrzone
brukiem, który każe przechodniom koniecznie zapominać o niebie; bo
biada temu kto po nim stąpając, choć na chwilę wzrok swój od ziemi
oderwał! Chodniki są tam także; ale różnią się tem od wszelkich
innych chodników tego świata, że oprócz do chodzenia służą też do
skakania, przedstawiając nieprzejrzany ciąg wzgórz, dolin, wąwozów
i strumieni.
Na tych ulicach i na tych chodnikach, roi się trzydziesto
tysięczna z górą ludność, z której przynajmniej połowa chwali Boga
Abrahamów i Izaaków, i każdego piątkowego wieczoru, illuminuje okna
swych mieszkań łojówkami. Druga połowa publiczności bardzo
przyzwoity przedstawia widok, mianowicie w dni świąteczne, w
godzinach ogólnego pochodu do kościołów; albo w dni pogodne, o
uświęconej przechadzkowej dobie. W owych porach ogólnego na mieście
ruchu, zobaczyć tam można i piękne powozy i liberjowanych lokajów;
jedwabne suknie i najmodniejsze jakie być mogą kapelusze, beduiny i
paletoty, bonżurki i marynarki; twarzyczki kobiece białe i
delikatne, wąsiki męzkie zaostrzane a la Napoleon i t. d. Oprócz
tego, w dnie powszednie, panuje tam ciągły a znaczny ruch interesów
majątkowych, handlowych i przemysłowych; wizyt, wesel, chrzcin,
pogrzebów; miłości, niechęci, intryżek, plotek, biedowania,
radowania się, oczekiwania - wszystkich słowem ingredjencij
składających tę mieszaninę, która stanowi zwykle wrzący, huczący,
płaczący ze śmiechem i śmiejący się śród płaczu - żywot
nagromadzonej w jedno miejsce ludności. Jak w każdem podobnej wielkości mieście, są tam rynki
pełne wrzawy z rana a śmiecia wieczorem; parę ogrodów publicznych,
z których większy posiada dwieście kroków długości a sto
szerokości; kilka kościołów, z których jeden wielki i piękny;
kilkanaście sklepów, a kilkadziesiąt sklepików, i nareszcie wiele
dwu i trzypiętrowych kamienic, pomalowanych wszelkiemi możebnemi
barwami, a więcej jeszcze skromnych domków z przedpotopowemi
facjatkami, lub chałup stojących na kurzych łapach, ze ścianami
zabierającemi się do spoczynku, i szybami pozaklejanemi brudną
bibułą. Wiosną i latem, niekiedy nawet i zimą, jeśli mróz nie
dochodzi zbyt kaleczących uszy i oczy rozmiarów, na chodnikach
ulic, o zmroku, Izrael rozpoczyna czynności swego publicznego
życia. Wszędzie gdzie stąpisz, odbywają się umowy, narady, dysputy,
których treść odgadujem po gestach rąk wysuwających się z hałatów i
z wyrazu fizjonomij, na których długie przyzwyczajenie do rachuby,
wyryło wielkiemi cyframi, cztery działania arytmetyczne. Przed
bramy domostw wynoszą się ławeczki, a na nich po zamknięciu swych
sklepików zasiadają żydówki kramarki, robiąc w ciemności na pamięć
czarne i szafirowe pończochy, gwarząc między sobą o zyskach dnia
upłynionego, i grożąc dzieciakom które bawiąc się obok nich w
wąwozach i strumieniach chodnika, wrzeszczą w niebogłosy. Środkiem ulicy przemyka niekiedy elegancki powóz, dwie lub
trzy dorożki zaturkoczą jednocześnie, jękliwa szarmantka zawiedzie
pod jakiem oknem arję z Trubadura, z wieży kościelnej rozbrzmi głos
dzwonu do wieczornej wzywającego modlitwy, wesoły przechodzień
zagwiżdże arjetkę i laseczką o kamienie uderzy, pałasz zgrzytnie po
bruku, parę sukien kobiecych zabieleje. Potem nadchodzi noc, rozchodzą się Izraelskie gruppy,
ucicha wrzawa żydziąt, wieże kościelne milkną w sennej ciszy,
zamykają się bramy i okiennice domostw, gasną światła w oknach i
latarnie na ulicach; sen i ciemność zalegają miasto. Tu i owdzie jednak długo, długo jeszcze w noc, na wysokiem
piętrze zamglonem światłem błyska okno. Co się poza oknem tem
dzieje? co oświeca to mgliste światełko nocne? Czy ze schylonem
młodem czołem, czuwa tam nad rozwartą księgą żądny wiedzy
młodzieniec? Czy ubogi pracownik nocne godziny spędza śród trudu,
aby mieć czem zaspokoić jutrzejszy głód swych dzieci? Albo może
przy zielonym stole siedzą gracze z kartami w drżących dłoniach, ze
wzrokiem pałającym od trunku i namiętności? Tu, na tle blado
oświetlonego okna, w powłoczystych festonach rysuje się firanka
bogata. Zapewne to wytworny gabinet świetnej i bogatej a jednak
nieszczęśliwej pani, której serdeczna jaka tęsknota, sen z powiek
spędza. Siedzi może ona, śród ciszy nocnej, na miękko usłanem
siedzeniu; wielkie źwierciadło odbija strojną i piękną jej postać,
ale ona nań nie spogląda, bo źrenice jej, mgłą żałości zaszłe; łzy
moczą batystową chustkę i serce boleśnie uderza pod koronką i
jedwabiem. Tam znowu widzisz po za oświetloną szybą parę wazonów
kwitnących, i miękkie gałązki bluszczu wijące się, po ramach okna.
Za oknem tem, w skromnym cichym pokoju, przy świetle bladawej
lampy, siedzi może szczęśliwa para narzeczonych dwojga, lub
małżonków młodych, i gwarzy z sobą serdecznie, długo. Godziny
upływają, noc ma się już ku końcowi, a oni jeszcze dość się nagadać
nie mogą; bo jedno drugiemu przez oczy i usta chciałoby całe serce,
całą duszę swą wypowiedzieć, a na to czasu zamało, zawsze zamało
mają. Gdzieindziej jeszcze migoce cóś po za szybą, zda się ręka
kobieca, pilna, pracowita, zapewne w igłę zbrojna. To szwaczka
jakaś uboga; kończy szycie kosztownej sukni, biegłym jej
powierzonej rękom. Późno już, a ona szyje ciągle, szyje z zapałem,
a na ustach jej uśmiech igra i na czole osiadł spokój cichy, bo
praca jej ulży trudu ukochanemu mężczyznie, który życia jej
towarzyszem jest drogim, i da nową, śliczną sukienkę dziecięciu
małemu, co teraz śpi obok niej słodkim snem aniołów. Być może, iż
uboga szwaczka ze szczęściem w sercu szyje w nocnych godzinach
strój kosztowny dla bogatej pani, która w tej samej porze czuwa
także, ale tęskni i płacze. Jedno śród nocy oświetlone okno, zda się rzecz drobna, a
ileż powiedzieć może, ile zadać zagadnień! Nie uważasz, nie
patrzysz na nie, przechodzisz mimo, a nie wiesz żeś minął dramat
albo sielankę, miejsce występku lub siedlisko wytrwałej cnoty,
świątynię szczęścia lub żałości bezdnię. Te okna pojedyńcze śród
nocnej migocące doby, to oczy, przez które patrzą rozpacze i
rozkosze, nałogi występnych i wspaniałe myśli mędrców, nadzieje,
prace, trwogi, smutki, marzenia i poezje ludzkich żywotów. Mieszkańcy miasta znają po imieniu te wszystkie okna, i
ciekawemu, pytającemu, powiedzieć mogą: oto okno uczonego,
rzemieślnika, gracza, studenta, nieszczęśliwej pani, szczęśliwej
szwaczki, tylko co przyszłej na świat istoty i człowieka który tej
nocy świat ten opuszcza. Patrzysz na te nocne oczy miasta i w
długiej zadumie snujesz myślą różne historje istnień
człowieczych... Powoli jednak, stopniowo gasną światła te jedno po
drugiem; a natomiast kraniec horyzontu poczyna barwić się
pierwszemi dnia brzaskami. Niby strojna pani w źwierciedle, słońce
wstępując na niebo, przegląda się naprzód w szerokiej wstędze
rzeki, srebrne jej fale zasnuwa barwą błękitu, a w głębie wód rzuca
myrjady drgających, migocących złocistych iskier. Niby wywołane z
toni czarodziejską mocą świateł, wnet na powierzchni ukazują się
drobne łódki rybackie, i hyżo mkną po spokojnych falach; wiosła
wesoło pluskają w wodzie, a niekiedy prosta piosenka rybaka
rozbrzmi w cichem jeszcze powietrzu rannem i zmilknie wkrótce śród
wysokich i skalistych wybrzeży. Potem wieże kościelne budzą się pod obłokami; krzyże
błyskają u ich szczytów słońcem ozłocone, a pod krzyżem, dzwony
brzmią srebrzysto przeciągle. Za miastem i za rzeką drogi szerokie
napełniają się jadącymi i idącymi ku miastu ludźmi, rozświecają się
pobliskie wzgórza obsiane zbożem lub obrosłe sosnowemi borami.
Latem odzywa się na łanach wołanie oraczy, lub gwar nadchodzących
żniwiarzy; zimą, szerokie płachty śniegowe świecą czystą bielą, a
na sosnowych borach szron błyszczy połyskami brylantów, i cyple
lodu niby kryształowe smugi wieszają się po gałęziach. Na ulicach z wejściem dnia nowego robi się znowu gwarno i
ludno. Krzyczą Izraelici, turkoczą powozy, brzmią śpiewem kapłanów
kościoły. Budzą się matki przy kolebkach dzieci, do pracy biorą się
wyrobnicy; uboga szwaczka ze szczęściem w sercu, odnosi bogatej
pani strój ukończony śród bezsennej nocy, a bogata pani, po
bezsennej nocy, także z uśmiechem na ustach a smutkiem w piersi,
wyjeżdża karetą do kościoła, aby poskarżyć się przed Bogiem na swą
ozłoconą niedolę. I znowu między ścianami domostw wre, kipi, boli i śmieje
się życie trzydziestu tysięcy ludzi. Taką jest zewnętrzna i wewnętrzna postać miasta, którego
nazwanie każdy mniej więcej oświecony mieszkaniec kraju znać musi,
i z łatwością znaleźć może na jeograficznej karcie - ale które w
jeografji powieściowej, dla różnych a różnych przyczyn, oznacza się
nic nie mówiącą literą X.