1. Ciasny pokój, czyli ucieczka od Satanisty
Pomyślałam, że życie jest piękne, kiedy człowiek otwiera ciągle łaknące snu powieki i widzi dookoła białe ściany. Białe! Gołębie spacerowały po parapecie, gruchały i stukały o blachę tymi swoimi pazurkami, ale w stanie uniesienia, w jakim się aktualnie znajdowałam, wcale mi to nie przeszkadzało.
Majowy poranny wiaterek szturchał zasłonką z bistoru, szurał nią po pamiętającym chyba czasy Gierka parapecie z lastryko, wnosił do pokoju odór psich gówien, ruszonych po koszeniu trawy. Prawdziwy aromat szczęścia.
A pomyśleć, że jeszcze dziesięć dni temu rozglądałam się za pilnikiem do zębów, żebym mogła przegryźć sobie żyły dwoma precyzyjnymi kłapnięciami!
*
Ostatni kwartał, równo od pierwszego lutego począwszy, wynajmowałam pokój u Satanisty. Satanista, rzecz jasna, nie czcił Szatana ani jego pomiotów, ale miał na imię Stanisław i poważne zaburzenia.
- Cierpię na permanentną emocjonalną pustkę - uprzedził, zanim się wprowadziłam.
Każde słowo poprzedzał płaczliwym westchnieniem, a jego zaczerwienione oczy były wiecznie zaszklone.
- Spoko, Stanisław, bo tak się składa, że ja cierpię na pustkę mieszkaniową - powiedziałam zgodnie z prawdą.
Dobiliśmy targu i zainstalowałam się w czarnej jak grób sypialni Stanisława, podczas gdy on przebywał głównie w dużym pokoju pełnym wściekle różowych ozdób. Mrok i burdel.
- Nie mogę tam mieszkać - westchnął. - Terapeuta mi zabronił. Mam się nie dołować, cieszyć życiem, chodzić na spacery, nasycać oczy kolorami i przestać martwić. A różowy leczy psychikę. No to siedzę i gapię się na różowe wazony. Matka kupiła mi różowe gerbery, sztuczne. Powiedziała, że wpadły jej w oko, kiedy była ostatnio na cmentarzu. Cmentarz. Chciałbym się tam znaleźć, żeby nie czuć tej pustki.
- Jak możesz czuć coś, czego nie ma? - spytałam.
- Jest - potwierdził, a na dowód tego powiódł dłonią w powietrzu, co miało oznaczać, żebym rozejrzała się wokół.
No to rozejrzałam. Różowy kocyk w kucyki, różowa poduszka z napisem "Be happy". Różowe wazony zapchane do granic możliwości różowymi gerberami, sztucznymi. I niechlujnie, szybko pomalowana ściana, też na różowo. Oraz sam Stanisław w różowym T-shircie i białych spodniach wyglądający jak wokalista disco polo.
- Stanisław, ale to nie pustka, to raczej jak wnętrze wielkiej macicy - zauważyłam.
- No. Bezpieczne łono. Terapeuta powiedział, że najlepiej by było, gdybym poczuł się beztrosko jak szczęśliwy płód w wodach płodowych. Ale jak płód może być szczęśliwy ze świadomością, w jakim świecie przyszło mu żyć?
- No w jakim? Normalnym. - Wzruszyłam ramionami.
- Nic nie rozumiesz. Ja cierpię. Mam depresję. Myśli samobójcze - obruszył się Stanisław.
- Mhm, emocjonalny Mordor - powiedziałam. - A powód tego jaki, hę?
- Nie chcę o tym rozmawiać - westchnął Stanisław.
Uszanowałam jego wolę i poszłam rozpakować moją jedyną walizkę. Rozwiesiłam ubrania w czarnej szafie i zagapiłam się na sentencję Napoleona zamkniętą w czarnej ramce "Śmierć jest snem bez słów".
- O kuźwa - powiedziałam cicho sama do siebie. - Zdaje się, że jestem w prawdziwej czarnej dupie.
*
Po rozwodzie z Fabianem pojechałam do Warszawy, bo wydawnictwo, z którym współpracowałam, pisząc krótkie felietony i od czasu do czasu robiąc ilustracje do artykułów, zaproponowało mi stałą współpracę. Poza tym musiałam zmienić otoczenie, licząc na to, że odpowiedni dystans, również ten liczony w kilometrach, pomoże mi o Fabianie zapomnieć. No i jakby musiałam coś zrobić ze sobą, bo pieprzony Fabian wyrzucił mnie z mieszkania, które zajmowaliśmy podczas trwającego osiem miesięcy małżeństwa.
Rzecz jasna mieszkanie należało do niego, ale niech nikt nie myśli, że zapracował na nie ciężką pracą własnych rąk, trudem i znojem. Nie, nie, moi państwo; otrzymał je w prezencie od tatusia, prominentnego łódzkiego notariusza o świńskich oczkach i lepkich łapkach. Tatuś notariusz kazał mi podpisać intercyzę gwarantującą nienaruszalność majątku jego ukochanego jedynaka. Zawarliśmy także taką jakby małżeńską umowę, która zobowiązywała mnie do zajścia w ciążę w ciągu pierwszych sześciu miesięcy, od dnia ślubu licząc.
Było mi to na rękę, bo pewnie kwestię dziecka odkładałabym na wielkie nigdy, a ja naprawdę chciałam mieć córeczkę z Fabianem. Niestety po wypowiedzeniu magicznego "tak" wszystko zaczęło się sypać. Bzykaliśmy się jak króliki, i to było fajne, ale cholernie niefajne były gadki o dziecku, szkołach rodzenia, wyborze kliniki i funduszach, które już należało odkładać na jego edukację.
Tak oto wyszłam za mąż za maszynkę do pieprzenia. A pieprzenie, jak wiadomo, jest akceptowalne tylko do pewnego momentu. Ja czułam presję i tykanie biologicznego zegara, Fabian frustrację, a tatuńcio notariusz gniew.
W siódmym miesiącu naszego małżeństwa Fabian przedstawił mi wyglądającą na upośledzoną niejaką Karolinę.
Miała lekkiego zeza i bardzo błyszczące usta, według mnie wiecznie obślinione. Jej biust rozpychał koronkową bluzeczkę, wyglądał, jakby chciał wyrwać się na wolność i ulecieć w przestworza.
- Anka, obydwoje z tatą doszliśmy do wniosku, że jesteś bezpłodna, więc nie będziesz w stanie zrealizować umowy małżeńskiej. Rozstańmy się w zgodzie, Anka, bez żalu. Karolina jest w drugim miesiącu ciąży, zaskoczyła za pierwszym pchnięciem. Szkoda trochę, że z tobą jest tak bardzo nie halo, ale sama rozumiesz, ja i tatuś liczyliśmy na potomka. A Karolina mi go da. Więc wiesz, Anka, spakuj się do końca tygodnia, już złożyłem pozew. Tylko powtórz w sądzie moją wersję, że małżeństwo zostało nieskonsumowane. Tata poradził, żebym napisał, że jesteś lesbijką, i to dlatego, ale znasz mnie, nie umiem robić świństw.
- Fabian, a dlaczego nie weźmiesz ślubu z tatusiem? Żylibyście w idealnej symbiozie - prychnęłam. Ranna sarna atakowała lwa.
Rzecz jasna po tym stwierdzeniu Fabian dał mi dwadzieścia cztery godziny na zabranie z mieszkania swoich ubrań, kosmetyków, laptopa i innych dupereli.
Z oszczędnościami pozwalającymi na przeżycie kilku miesięcy wylądowałam w Warszawie. Zamieszkałam w, jak zwykle, wynajmowanym pokoju w towarzystwie roztrzepanej graficzki, która miała słowotok i wkurzała mnie niemożebnie. Chodziłam do pracy, rysowałam, pisałam felietony, brałam wszelkie możliwe zlecenia i uciekałam od współlokatorki, a to do kina, a to do restauracji sushi, a to na samotne spacery po Starówce. Dwa lata żyłam na wysokich obrotach, aż poczułam takie wypalenie, że poczułam się jak zwęglone na czarno prosię nadziane na ruszt.
- Marcin, ja już nie mogę - powiedziałam któregoś dnia do redaktora naczelnego. - Mam dość tej gonitwy, mieszkania w Warszawie, tej wariatki, z którą wynajmuję pokój. Nawet mam wrażenie, że ostatnio moje teksty są totalnie do dupy. Chcę do domu, do Łodzi.
- Zwalniasz się? - Brwi redaktora się podniosły.
- Nie. Chcę pracować zdalnie, jak kiedyś. Czas zakończyć moją wielką ucieczkę.
- Tja... - Podrapał się po brodzie. - Tja, choroba korporacyjna. Większość wymięka prędzej czy później, to zajęcie dla rekinów. Dobra, Anka, wracaj na tą swoją prowincję. Ale tekst ma być u mnie na biurku do końca tygodnia. Powodzenia.
*
W taki oto sposób, dwa dni po sylwestrze, zapukałam do drzwi mieszkania mojej matki nimfomanki. Przywitała mnie serdecznie jak na jej możliwości, albowiem wciąż zajęta szukaniem kolejnej ofiary z penisem między nogami, nigdy nie miała czasu na emanowanie matczyną miłością.
- Cześć. Mogę trochę zostać u ciebie? - spytałam, kiedy już przytuliła mnie nieporadnie.
- Och, Aniu, no nie wiem. Nie jestem sama - zachichotała.
Oczywiście, że nie była sama, bo która kobieta po pięćdziesiątce i przy zdrowych zmysłach, paradowałaby po mieszkaniu we frywolnym szlafroczku i pantoflach na obcasie zdobionych pomponikiem?
Nigdy nie mogłam jej ogarnąć. Zmieniała facetów jak rękawiczki.
Aż zaczęłam się zastanawiać, czy jej pochwa od ciągłego bzykania nie zrobiła się wielka jak rękaw mojej kurtki przeciwdeszczowej.
- Kochanie miłość. Miłość jest motorem mojego życia. A ja jestem ciągle głodna, nienasycona w swoim pragnieniu kochania. Opowiadałam ci o moim ostatnim facecie? Prawdziwy ogier. I kupował mi belgijskie czekoladki, ale niestety miał żonę. Drań.
Taka była filozofia mojej matki - pieprzyć aż do zakochania. Albo pieprzyć o miłości.
To w sumie wychodziło na jedno.
Spędziłam u niej trzy tygodnie. Spałam na sofie w dużym pokoju i każdej nocy wsłuchiwałam się w dzikie krzyki i jęki dochodzące z jej sypialni. Rzucałam nawet w ścianę poduszkami, o taka byłam zbuntowana. Jurny kochanek mojej matki wychodził nad ranem do pracy w hurtowni szybko psujących się artykułów z Chin, a matka utrzymująca się z renty i robótek ręcznych - nawet nie chciałam wiedzieć, na czym owe robótki polegają - tupiąc tymi swoimi cholernymi klapeczkami z pomponikiem, wchodziła do mnie do pokoju, bo musiała mieć słuchacza, który przeżywałby razem z nią wspomnienia o upojnej nocy.
Nie mogłam pracować w takich warunkach. Matka zaabsorbowana sobą, rozkminiająca, który lubrykant jest najdelikatniejszy, i szukająca w sklepach internetowych fikuśniej bielizny, była ponad moje siły.
Wśród ogłoszeń o mieszkaniach do wynajęcia znalazłam takie:
Pokój, tanio, byle komu.
I tak oto znalazłam się u Satanisty.
*
Stanisław szybko pękł. Albo inaczej. Oprócz skłonności depresyjnych, wśród pogłębiających się spadków nastroju, odkryłam jego masochistyczną chęć do wyflaczania się z traumatycznych przeżyć. Udawał niedostępnego przez jakieś dwa dni, aż odwiedził mnie w swojej, niegdysiejszej, czarnej sypialni i wzdychając żałobnie, powiedział:
- Moja dusza jest czarna jak te różowe gerbery, sztuczne.
- Ale o co chodzi, Stanisław? - spytałam, próbując ułożyć zdanie do felietonu.
- Ja cierpię.
- Przez kobietę? - strzeliłam w ciemno.
Okazało się, że sypialnię przemalował na czarno po tym, jak narzeczona zostawiła go dla biznesmena w maybachu.
Stanisław jako romantyczny poeta, w chwilach zetknięcia z prozą życia parający się sprzedażą bielizny w sklepie prowadzonym przez rodziców, postanowił popełnić samobójstwo przy pomocy żarówki.
Otóż chciał ją pokruszyć i połknąć szkło z nadzieją, że pokaleczy narządy, dostanie krwotoku i połączy się w zaświatach ze swoją idolką, Haliną Poświatowską. Na szczęście w ostatniej chwili stchórzył i po prostu zamówił pizzę z podwójnym serem.
Chciałam go pocieszyć, więc opowiedziałam mu o Fabianie.
- Widzę, że podzielasz mój ból - westchnął. - Ludzie dzisiaj nie potrafią kochać.
- Potrafią - odpowiedziałam.
- To dlaczego jesteś sama?
Dobre pytanie. Bo ludzie nie potrafią dzisiaj kochać?
*
Pod koniec lutego przesiąkłam mrokiem. Czarny pokój miał na mnie tak zgubny wpływ, że ufarbowałam włosy na czarno i rozsmakowałam się w turpistycznych makijażach. Czułam się tak, jakbym mieszkała w brzuchu pajęczycy, która zjadła mnie, bo nie spełniłam własnych wyśrubowanych oczekiwań. Byłam bezdzietną rozwódką z trzydziestym czwartym krzyżykiem na karku - żyłam jak włóczykij i nigdzie nie dałam rady zapuścić korzeni.
Moje felietony stały się dołujące, aż doszło do tego, że zadzwonił do mnie Marcin i plując w słuchawkę, wykrzyczał, że on takiego gówna do druku nie puści i jeśli nadal chcę zarabiać w jego pieprzonym, luksusowym, najbardziej poczytnym miesięczniku kobiecym na rynku wydawniczym, to mam spiąć dupę i napisać coś, co czytelniczki chowające portfele od Prady w torebkach Louisa Vuittona chciałyby przeczytać.
- Coś radośnie pieprznego, Anka, a nie jakieś smęty o utraconej miłości! To ma być ruchanie w stylu glamour, paryski szyk pierdolenia! - darł się.
Chciałam go zabić. Najpierw jego, potem Stanisława, a na końcu siebie.
Zaczęłam rozglądać się za żarówką...
*
Z niespodziewaną odsieczą przyszła moja kuzynka Gośka. Przez ostatnie lata nasz kontakt nieco się rozlazł jak szwy w starych spodniach, ale wciąż pamiętałam ją z nastoletnich czasów. Wtedy byłyśmy ze sobą naprawdę blisko, nie tylko dlatego, że moja matka nimfomanka i jej ojciec byli rodzeństwem; po prostu ja i Gosia nadawałyśmy na tych samych falach.
Zadzwoniła do mnie na początku kwietnia.
- Anka, dziadek umarł wczoraj w nocy. Nie mów nikomu, ale dostał zawału przy oglądaniu pornoli. Oficjalnie umarł we śnie, jakby kto pytał - powiedziała. - Trzeba zorganizować pogrzeb. Słuchaj, a ty jesteś jeszcze w Warszawie?
- Nie bardzo - odparłam grobowym tonem. Zazdrościłam dziadkowi śmierci. - Nasi starzy wiedzą?
- Ojcu mówiłam, do twojej matki nie idzie się dodzwonić.
- Pewnie testuje nowy wibrator i nie słyszy.
Pogadałyśmy jeszcze chwilę. Gosia była zarówno smutna, jak i pełna ulgi. Po śmierci babci opiekowała się dziadkiem, któremu, jak to ujęła "strasznie zaczęło walić na dekiel". Na szczęście odszedł z uśmiechem na ustach, zanim Gośka zaczęła rozglądać się za pampersami dla dorosłych.
Serce nie wytrzymało widoku seksu grupowego, za duża dawka emocji, wytłumaczyła Gosia.
Stanisław chciał mi towarzyszyć na pogrzebie, ale kazałam zostać mu w domu z obawy, że żałobne pieśni rozstroją go na amen.
Moja matka wystrojona jak willa przed Bożym Narodzeniem podeszła do mnie, cmoknęła powietrze w okolicach mojego policzka i powiedziała:
- Wyglądasz jak ponury jeździec Apokalipsy. Jak ty chcesz znaleźć miłość?
- Wcale jej nie szukam. A gdzie twój absztyfikant? - odparowałam.
- Och, wczoraj poznałam takiego jednego faceta. I czuję, że to już jest ten!
Uciekłam od niej, bo w tłumie żałobników wypatrzyłam Gosię. Nie widziałam jej dwa lata, więc jej widok sprawił mi dziką frajdę. W obcisłym jak druga skóra czarnym kostiumie, na niebotycznych szpilkach i z nogami obleczonymi fioletowymi kabaretkami, ściągała spojrzenia wszystkich. Przytuliłyśmy się bardzo mocno.
- Ania, słuchaj... bo jest taka sprawa z mieszkaniem po dziadkach. Rozmawiałam z naszymi starymi, zrzekną się spadku, więc mieszkanie po sprawie w sądzie będzie należało do nas, bo jesteśmy następne w kolejce do dziedziczenia. Może zamieszkamy tam razem? Mój związek jest w gruzach, muszę to skończyć i odetchnąć. W przyszłym tygodniu przewożę swoje rzeczy. Wchodzisz w taki deal?
Nie musiała pytać dwa razy. Bye, bye, czerni, au revoir, depresjo.
*
Mimo że czarny pokój u Stanisława miałam opłacony na pół roku z góry, to trzydziestego kwietnia zapakowałam moją jedyną walizkę, schowałam laptop do torby i choć planowałam wymknąć się chyłkiem jak złodziej, uznałam, że świństwem byłoby się ze Stanisławem nie pożegnać.
- Jesteś kolejną kobietą, która mnie opuszcza - westchnął boleściwie. W jego oczach lśniły łzy, lśniły tak bardzo jak brokatowa różowa syrenka gnąca się ponętnie na półce nad telewizorem. Kolejny prezent od jego matki.
- Stanisław, będę cię odwiedzać - skłamałam.
Polubiłam go, ale nie chciałam skończyć z głową w piekarniku.
- Napisałem dla ciebie poemat - powiedział.
- Och, naprawdę? - Zatrzymałam się w przedpokoju.
- Tak. Terapeuta kazał mi werbalizować emocje - przyznał Stanisław, wyciągając pomiętą kartkę z kieszeni spodni. - Ekhm... "Jesteś lustrem dla skowytu mojej duszy. Różową gerberą, która się nigdy nie pokruszy". To w sumie wszystko, nie zdążyłem napisać więcej.
- Dziękuję - odparłam autentycznie wzruszona.
Podeszłam do niego i ucałowałam go w czoło.
- I nie wynajmuj pokoju byle komu.
- Będę tęsknił.
Z ulgą zamknęłam za sobą drzwi.
*
W mieszkaniu po dziadkach zajęłam pokój, w którym dziadek spędził ostatnie najszczęśliwsze minuty swojego życia, Gośka zajęła pokój babci, a Frodo zaanektował pozostałe czterdzieści metrów kwadratowych. Nie wchodził tylko do łazienki, bo przerażał go odgłos spuszczanej wody.
Czułam, że znalazłam w końcu w miarę stabilny i odporny na sztormy port.