Olbrzymi gabinet zapadł się w ciemnościach, grube zasłony nie
przepuszczały ani jednego promienia, stała się martwa cisza,
milczenie grobu zaległo ciężkim tumanem, że tylko niekiedy zadrgał
ledwie pochwytny szmer kroków. Ktoś niedojrzany chodził wolno,
przystawał często, jakby licząc trwożne bicie serca i te
westchnienia, co się wydzierały nikłym szelestem opadających liści,
to zrywał się gwałtownie z miejsca, podbiegał ku oknom i nagle
nieruchomiał w zasłuchaniu...
Ale przez potężne mury nie dochodził żaden głos żywy, tylko
chwilami, skądciś, jakby z pod ziemi, dudniały rozdrgane huki
przelatujących pociągów; albo darł się wskróś milczącej ciemni
przeszywający świst fabryczny.
I znowu pełzały leniwie długie, dławiące chwile oczekiwań.
Naraz rozkrzyczał się nerwowy brzęk dzwonka.
Jakieś drzwi się otwarły, roziskrzony, oślepiający słup światła
runął w ciemności, zamigotały zwierciadła, zalśniły bronzy, zagrały
barwy obić i sprzętów.
Na środku gabinetu, w słonecznej pożodze stał siwy, wysoki
człowiek i, mrużąc powieki od blasków, zapytał:
- Skończyli? - Głos miał nikły, przejęty obawą.
- Jeszcze. Dopiero płacą przędzalnię.
- Dopiero! - Skinął niecierpliwie ręką, służący się cofnął, drzwi
opadły bez szelestu, światła zgasły, otoczyła go znowu noc i
milczenie, rozdrgane pomarłemi echami dźwięków.
Zapadł w siebie bezwładem kamienia.
Zanurzył się w jakąś głąb bezdenną, na samo dno bezczucia.
Zaczął bić jakiś zegar.
Dwanaście uderzeń wzniosło się w mrokach, jakby dwanaście
słonecznych błyskawic trąciło w krysztalną czarę i zaśpiewało
złotemi głosami.
Porwał się, nasłuchując chciwie i goniąc te dźwięki, co
przechodziły wskróś niego lodowatym wiewem trwogi i rozsypywały się
w ciemnościach złocistą rosą brzmień drgających.
- Dopiero południe! - jęknął.
Owładnęło nim gorączkowe zniecierpliwienie, że co mgnienie
rozlegały się w coraz innej stronie głuche stąpania, co mgnienie
zrywały się ciężkie, żałosne westchnienia, to jakiś fotel potoczył
się gwałtownie na ścianę, albo sprzęt jakiś jęknął, potrącony.
- Południe! południe! - powtarzał, biegnąc ku drzwiom, szczęknęła
klamka, ale się cofnął siłą woli. Przyłożył ucho do ściany, czy nie
rozlega się południowy, tak znany, tak drogi świst jego fabryki.
Milczenie było zupełne, cisza grobu.
Dzwonek znowu zakrzyczał.
- Światła! - padł ostry rozkaz.
Słońce zalało pokój, a wraz z niem wdarły się splątane wrzawy i
głuche krzyki wzburzenia, bijące bełkotliwie z dziedzińców, z pod
murów fabryki, ale sama fabryka milczała.
- Nie robi! Stoi! - zakrzyczał żałośnie i zmartwiał nagle, bo od
miasta rozłożonego nieco niżej, że miał je całe przed sobą, z
mrowiska dachów, wież i kominów, z burych, ciężkich tumanów dymów,
jęły się wyrywać świsty fabryk, rwały się coraz częściej, coraz
bliżej, coraz przenikliwiej, aż wkońcu buchnęły przeszywającym
chórem i pomilkły.
Stary człowiek patrzył z wyrzutem na swoją fabrykę.
Nie odezwała się. Czerwone cielska gmachów pławiły się leniwie w
słońcu, wysmukłe szyje kominów nie buchały dymami, zdały się chwiać
w błękitnawem powietrzu i patrzeć za stadami gołębi, kołujących nad
niemi wysoko.
A na dole, w olbrzymim dziedzińcu, pod czteropiętrowemi gmachami,
kłębił się tłum, parę tysięcy ludzi cisnęło się do kas. Szara
gęstwa głów bladych, wynędzniałych twarzy, mrowisko tysięcy oczów,
jak połyskliwe mrowienie się drobnych fal, kłębiło się
niespokojnie. Szmer głosów wrzał ustawicznie, czasem się wznosił do
krzyku i zapadał w nagłe milczenie. A niekiedy cały tłum zakołysał
się gwałtownie, skłębił wzburzony i miotał się gniewnie, że rwały
się z niego zaciśnięte pięści i twarde, dzikie głosy, jak grad
kamienny, padały na widną w oknie głowę starca.
Cofał się wtedy śpiesznie w głąb gabinetu i tłum cichnął,
uspokajał się zwolna, niby bór, gdy wichura przeleci, że tylko
jeszcze szemrzą gałęzie, a nikłe krze zachwieją się niekiedy.
Starzec padł w głęboki fotel jak martwy, ale nasłuchiwał milknących
poszumów, jego siwa głowa czuwała i sucha twarz, podobna do dzioba
drapieżnego ptaka, kurczyła się w bezsilnym gniewie. Przeżuwał
przygnębiający ból niemocy.
Miotał się w sobie z wściekłości, aż jego blade, nieubłagane oczy,
rzucające się po gabinecie niby oszalałe, ślepe ptaki, uderzyły w
szeregi ksiąg olbrzymich, ustawionych na niskiej, długiej półce..
Stały przyodziane w szare płótno, niby w mundur jednaki, a
wszystkie miały wyciśnięte na grzbietach czerwone daty lat. Było
ich kilkadziesiąt, tłoczyły się w sztywnym ordynku, twarde,
nieruchome, milczące - stały jak groby lat przeszłych. Czerwone
daty, niby oczy dni minionych, wychylały się z niepamięci, szepcąc
całą historję fabryki, najtajniejsze drgnienia jego duszy, całą
pracę jego żywota.
Te księgi mówiły mu o jego potędze.
Te księgi opowiadały, że był stwórcą tych murów potężnych, że był
władcą tego państwa maszyn i sił, zaprzęgniętych do pracy, że był
panem tej rzeszy ludzkiej, stłoczonej tam przed kasami, tych
tysięcy nędzarzy, których wzburzone głosy brzęczały mu nad głową,
niby brzęk os rozsrożonych.
Te księgi śpiewały, że nie oparł mu się nikt, ni ludzie, ni
rzeczy, ni żywioły.
Wszystko przemógł i zaprzągł do pracy dla siebie, bowiem wszystko
wywiódł z nicości mocą woli swojej i trzymał żelazną dłonią władcy.
Pięćdziesiąt lat panował nieubłaganie.
Jak złowrogi pająk, zamknięty w tym królewskimi gabinecie, przez
całe pół wieku zarzucał sieci na wszystkie strony świata i łowił
bezustannie, miażdżąc w potężnych szczękach ludzi i rzeczy
wszelkie, przeżuwał, wysysał złotą miazgę i sycił się nią powoli,
potężniejąc coraz bardziej, że prawie co rok przybywały nowe
pawilony fabryki, nowe oddziały, nowe ziemie, nowe składy i nowe
rzesze ludzkie oddawały pokornie krew swoją, trud swój i żywoty
swoje!
On był i fabryka wciąż rosła, wszystko się zmieniało dokoła, całe
pokolenia kładły się do mogił, całe państwa powstawały lub się
waliły, a on potężniał wciąż, olbrzymiał, że już mu się zdawało,
jako tak być musi po wsze czasy.
Aż nagle!
Czy miałby już nadchodzić kres jego potęgi?
Miałby się lud zbuntować przeciwko jego władztwu?
Uśmiechnął się wątpiąco, ale zadumał się niespokojnie.
- I to przetrzymamy! - szepnął, ogarniając spojrzeniem fabrykę.
Przetrzymał już bowiem wojny, pożogi, katastrofy, bankructwa,
kradzieże.
Wszystko to przetrzymał zwycięsko.
Ale teraz cios przyszedł z nieoczekiwanej zgoła strony.
Ze strony, której nigdy nie brano w rachubę.
Te wielkie księgi mówiły: co ma i co winien; a również szeptały
dyskretnie, co kosztuje władza, co kosztują surowe materjały, co
kosztuje siła maszyn i rąk roboczych - i co przynosi, ale milczały
o wartości człowieka.
Nie było w nich takiej rubryki.
I właśnie ta nieprzewidziana wartość dała znać o sobie. Zjawił się
człowiek, połamał jarzmo i zażądał swego ludzkiego conta.
Te najnędzniejsze z jego narzędzi i najlichsze ośmielały się
stawiać swoje warunki.
I to jemu?
Jemu, przed którego przemocną wolą wszystko padało na twarz!
Tak mu się to z początku wydało śmiesznem, że ani chciał słuchać.
Odpowiedzieli bezrobociem.
Wtedy się rozsrożył, rozkazał wszystkich wypłacić i fabrykę
zamknąć na czas dłuższy. Znał swoją potęgę i był pewnym, iż nie
wytrzymają tej walki nierównej, że rychło przyjdą błagać o
cofnięcie srogiego rozkazu i wrócą do roboty jeszcze cichsi,
jeszcze bardziej ulegli, jeszcze pokorniejsi.
Ale nikt się nie zjawił z prośbą, nikt się nie korzył i nie błagał
o nędzny kęs chleba.
Nie mógł tego zrozumieć.
Stanął teraz zboku okna, w cieniu portjery i przyglądał się w
jakiejś cichej trwodze tym rzeszom, cisnącym się do kas.
- Głód was przypędzi! - szepnął, odwracając się z gniewem.
Siedział znowu cierpliwie, czekając końca wypłat.
- Powrócą! - zawołał nagle, bijąc nogą w podłogę, jakby tratując
te głowy zuchwałe.
- Powrócą! - powtarzał, zapatrzony w ten dzień jasny, roztaczający
się na świecie, ale nie wiedział, że już wiosna szła, że ciepło
przenikało ziemię, że słońce oprzędza złotem i błękitem powietrzną
falę, że ptaki, oszalałe z radości, ważą się z krzykiem wysoko nad
jego głową, że wiosna już powiała nieśmiertelnem tchnieniem skróś
wszystkiego, że już tam gdzieś zieleni się w polach, szumi młodemi
pędami borów, skrzy się w ponikach srebrzystych, wywodzi z gniazd
pisklęta, otwiera kwiatom promienne oczy, i śpiewa w każdem źdźble,
w każdym głosie, w każdem drgnieniu powietrza, nowe, młode, potężne
przenajświętsze życie...
Nie wiedział, że ta dziwna wiosna słodkiem marzeniem przepełniała
dusze, że hymn dziękczynienia wyrywała z serc uciśnionych, i
jasność niosła zawartym w ciemnicach, i wolność wracała spętanym, i
szczęście smutnym, i jutro głosiła konającym, i sprawiedliwość
wymierzała krzywdom, i dni nowego żywota zapowiadała.
Tak, wiosna szła, była tam, gdzieś na świecie szerokim.
Ale tutaj, w tem mieście przeklętem, wśród fabryk, dymów i
zgiełków, drgała zaledwie słabem, bolesnem echem.
Te ziemie, zgwałcone przez miasto, stratowane tysiącami nóg i
wozów, przyduszone olbrzymiemi cielskami fabryk, pożerane
mrowiskiem domów i zatruwane ich plugawemi oddechami, nie poruszyły
się nawet w tych słodkich wiosennego słońca pieszczotach - leżały
martwo w blaskach, niby żebracze łachmany sromotnie porzucone i
rojące się ohydnem robactwem, fabryk i ludzi żerujących po trupie.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.