Cmentarz Świętego Medarda - Andrzej Sarwa

Kup ebooka

1.80 zł
1.55 zł (1,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Prolog

 

Wiosna roku Pańskiego 1315 niczym nie przypominała tej budzącej zawsze radość w sercach pory roku. Zamiast zieleniejących traw i rozchylających się pączków na drzewach i krzewach, zamiast kwitnących leszczyn, wierzb i dereni, ziemię wciąż zalegała warstwa śniegu, szczelnie okrywająca jesienne zasiewy zbóż, którym wzejść nie było dane bowiem zimno i wilgoć sprawiły, iż ziarna obumarły w glebie.

Potem w tę ziemię nasiąkłą niczym gąbka wodą po gwałtownych późnowiosennych roztopach, które wspomogły intensywne ulewy, przez co pola nie miały możliwości, by obeschnąć, chłopi - mimo wszystko - zdecydowali się wsiać ziarna jarych zbóż.

Niestety, opady nie ustały a wręcz przeszły w katastrofalne deszcze. Woda, miesiącami całymi, lała się z chmur dzień w dzień i noc w noc, tak jakby Pan Bóg znów zamierzał ukarać ludzkość potopem. I chociaż rzeki szeroko powylewały, to potopu jednak nie było, albowiem najwyraźniej nie taki był Boży cel. Nie chciał On tym razem grzeszników pogrążyć w topieli, ale ukarać ich głodem...

I na to się coraz bardziej zanosiło, większość bowiem ziaren z jarych zasiewów zgniła tak samo, jak te z ozimych1, a owe, które gdzieniegdzie powschodziły, wypuszczając rachityczne, blade i wybujałe pędy, wymokły, zbrunatniały i obumarły. Niewiele zachowało się płodnych, które wydały nader lichy plon. Pola były puste i wiało od nich rozpaczą. Trawy na łąkach i leśnych polanach straszyły trupią barwą żółtoszarej zieleni... Nawet jeśli je koszono, to siano i tak nie miało jak wyschnąć...

Tymczasem woda wciąż i wciąż spływała z chmur... bez końca... i zimno było na dodatek, a chłód srożył się taki, jakby to nie była wiosna, a potem lato, lecz nie mający kresu schyłek listopada... Mgły i szarugi zasnuwały świat, pozbawiając ludzi wszelkiej nadziei.

Pszczoły umierały w ulach, nie miały bowiem szans wyfrunąć, aby z kwiatów pozbierać pożytek... Drzewa więc okwitły nie związując owoców i wyciągając tylko niepłodne konary ku niebu w błagalnym geście, jakby o zmiłowanie prosząc. Lecz niebo było głuche nie tylko na ludzkie prośby, ale i na prośby bydlątek i wszelkich żywych stworzeń, i drzew i krzów i ziół i traw...

I nastał rok kolejny, 1316 a nic się nie zmieniało. Zimą bydełko skarmiono resztkami słomy, zrywając ją nawet ze strzech, które pokrywały dachy chat, a potem nie było już nic, prócz kory zdzieranej z drzew po lasach i zagajnikach, czy kłączy trzcin, wygrzebywanych w bagniskach, czym by można napełnić ludzkie i zwierzęce żołądki, iżby choć trochę oszukać głód, bo sytości to nie dawało.

Które bydlątka miały więcej szczęścia i jakoś doczekały wiosny, teraz masowo żegnały się z życiem... Krowy, owce i kozy zdychały na martwych pastwiskach, świnie przy pustych korytach, zwierz dziki na wygniłych polanach leśnych, konie padały, ciągnąc resztkami sił wozy, wyładowane trupami pomarłych z głodu ludzi... niepomiernie rozrastały się cmentarze...

Głodującym chleb śnił się po nocach, tak tęsknili za jego smakiem. Zjadano wszystko, cokolwiek nadawało się, albo i nie nadawało zbytnio do przełknięcia. Zjadano kłącza wielu roślin, ich pączki, młode listki, miękisz i miazgę łyka wydzierane spod zdrewniałej kory brzóz, lip, sosen, klonów... 

Ale to tylko wczesną wiosną, kiedy można jeszcze było je strawić. A potem? Zaczęto pożerać nawet trupy zwierząt padłych z głodu i wycieńczenia, a gdy również ich nie stało, przekroczono ostatnią czerwoną linię, posuwając się aż do kanibalizmu. Najpierw zjadano ciała zmarłych w naturalny sposób, niektóre skrycie wykopując z grobów... Rodzice pożerali dzieci, a dzieci rodziców - w zależności kto pierwszy pożegnał się z życiem. Aż wreszcie poczęto mordować żywych, aby ich ciała ugotować i zjeść...

I tak przeminął rok 1316. Nastał rok kolejny, 1317, rozpacz granicząca z obłędem ogarnęła tych, co jeszcze żyli, albowiem najpierw nieustannie śnieg osypywał się z nieba, a wiosną, gdy stopniał, nastały katastrofalne ulewy i powodzie. Zdawało się, że wszyscy umrą, że już nikogo głodowa śmierć nie oszczędzi.

Głód zdusił - przynajmniej na jakiś czas - pychę, która się wcześniej zagnieździła w sercach ludzkich. Ci, którym się zdawało, że są nieomal bogami, nagle odkryli, że są niczym, garstką smarków, iż wartają mniej niż spleśniała skórka chleba, czy nadgniła rączka dziecka wygrzebana z grobowej jamy i opieczona nad ogniskiem ze świerkowych szyszek, by choć na tyle złagodzić fetor, iżby dało się ją obgryźć do czystej kości i jeszcze wyssać z niej szpik... by chociaż odrobinę się nasycić...

Pomilkli ci, co śmiali się w głos i spokornieli wszyscy ci, co wcześniej byli tak dumni, bo krwawiły im serca, a jednocześnie ślina im ciekła do ust, gdy spoglądali, na wykrzywione płaczem buzie swoich strupieszałych dzieci słuchając zawodzeń i łkań: "Och mamo, och tato, nie oddajcie mnie śmierci głodowej..." Lecz ojciec, lecz matka zaciskali palce na rękojeściach noży, a gdy dziecięcy skowyt cichł, ćwiartowali wynędzniałe ciałka i gotowali z nich rosół...

Aż oto, późną wiosną, plaga zimna i dżdżów niosąca ze sobą potworny głód ustała. Znów było ciepło, znów słońce grzało swymi błogosławionymi promieniami i znów można było zacząć uprawiać pola. Po dwu latach, z resztek ziarna wygrzebanych na zasiew z zakamarków nielicznych spichlerzy, gdzie się cokolwiek jeszcze ostało, nareszcie doczekano się zbiorów! Może niezbyt obfitych, niemniej jednak widmo śmierci głodowej w mękach i rozpaczy jęło się kryć gdzieś, het! daleko! w niedostępnej głuszy, w mrocznych puszczańskich ostępach, w górskich rozpadlinach, w których nigdy jeszcze nie stanęła ludzka noga, a i dziki zwierz się nie zapuszczał strachem zdjęty.

Diabeł zdjął swą ciężką stopę z ludzkiej piersi, poluzował trochę i pozwolił złapać oddech. Lecz chociaż uznano rok 1317 za pomyślny, to musiało minąć jeszcze blisko osiem lat, nim się Europa jakoś z grubsza pozbierała i zaczęto żyć w miarę normalnie. I przestało brakować chleba. 

Plaga głodu zabiła blisko czwartą część ludności miast i więcej niż dziesiątą część wieśniaków... Liczba trupów szła w setki i setki tysięcy...

Ale owa plaga głodu zabiła też w wielu duszach ludzkich bezkrytyczną wiarę w prawdy wiary głoszone przez Kościół katolicki i jego hierarchów, bo Pan Bóg nie wysłuchiwał modłów ni wiejskich plebanów, ni bogato odzianych biskupów, ni spasionych opatów, ni zasuszonych mniszek... Więc prosty człowiek, patrząc na to, musiał dojść do jedynego logicznego wniosku - widać to nie owe osoby były miłe Bogu...

A skoro nie one to kto? I poczęto się rozglądać za innymi nauczycielami i pasterzami. Za takimi, którzy się jeszcze w ludzkich oczach nie skompromitowali pychą, pogardą dla tych, co w hierarchii społecznej stali niżej i na razie nie grzeszyli lekkim a wystawnym życiem... 

 

* * *

 

I ludziom się zdało, iż to już koniec plag, że już odpokutowali za wszystkie swoje błędy i przewinienia, a nawet tym, którzy przeżyli, na tyle przybyło na wadze, iż mogli udźwignąć miecze! A poza tym od owych strasznych dni minęło dwadzieścia lat!... czyli całkiem wystarczająco by wspomnienia zblakły, by i zatarł się strach... więc... powrócili do dawnych grzechów... wszak ku nim pchała ich skażona natura... 

Chciwość i pycha, i żądza władzy na nowo ich zatem przywiodły do mordów i okrucieństw, do nowej wojny, do wojny stuletniej, jaka wybuchła między Anglią i Francją, a toczyła się w latach 1337-1453, kończąc się nie tylko zubożeniem Zachodu, lecz i upadkiem Konstantynopola, któremu ani nie miał kto, ani też nikt nie chciał ruszyć na ratunek. Muzułmanie dopięli wreszcie swego i zajęli kęs Europy, który aż po dziś dzień trzymają w łapach. 

Próbował Pan Bóg pohamować te mordercze żądze chciwych władców i ich armii, zsyłając w roku 1347 kolejną plagę, plagę śmierci czarnej, która, poczynając od Konstantynopola na Wschodzie, i Sycylii na Zachodzie wdarła się na nasz kontynent, obejmując go cały, z jedną, jedyną obszerną wyspą, z Polską2, którą ta zaraza ominęła... podobnie, jak wcześniej większą jej część ominął głód... I nie ma na to żadnego logicznego wytłumaczenia... 

Lecz czarna śmierć nadeszła i odeszła, zbierając horrendalne żniwo w postaci połowy ludności Europy i blisko stu milionów istnień ludzkich - na olbrzymim obszarze: od wybrzeży Morza Żółtego na Wschodzie, po wybrzeża Atlantyku na Zachodzie. Nie przyniosła wszakże otrzeźwienia. Wojna stuletnia toczyła się nadal. I nie powstrzymała jej nawet męczeńska śmierć Dziewicy Orleańskiej - Joanny d'Arc, śmierć na stosie wzniesionym na rozkaz dostojników kościelnych, nad którymi dzierżyli władzę papieże awiniońscy niby to następcy św. Piotra a tak naprawdę marionetki w rękach władców Francji, na której terenie rezydowali od 1305 roku, do czasu, gdy Grzegorz XI nie powrócił był do Rzymu w roku 1377. Niestety zaraz zmarł, a po jego śmierci zaczęły się zmagania pomiędzy zwalczającymi się stronnictwami o sukcesje po nim. Powstała wówczas tak zwana Wielka Schizma Zachodnia, podczas której w okresie od 1378 do 1415 za papieży uważało się wielu biskupów - byli to: awiniońscy - Klemens VII i Benedykt XIII, rzymscy - Urban VI, Bonifacy IX, Innocenty VII i Grzegorz XII, pizańscy - Aleksander V i Jan XXIII, wreszcie, jeszcze później, już po 1415 roku, bazylejski Feliks V, czy takie drobinki "pomniejszego płazu" jak rodezki Bernard Garnier, który przeniósł "stolicę apostolską" z Awinionu do Rodez i przyjął imię Benedykta XIV, czy wreszcie peniscoliański Gil Sanchez Mu?oz y Carbón, który się nazwał Klemensem VIII. 

Dostojnicy kościelni gryźli się o urzędy niczym psy o szpikową kość, a zwykli wierni umęczeni głodem, wojną i czarną śmiercią, śpiewając suplikacje od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie... oczekiwali na zjawienie się jakiegoś sługi Bożego, którego niebo ześle, aby poprostował pokrzywione ścieżki i poprowadził ich ku zbawieniu... 

I taka epoka wkrótce miała nadejść. Nowa epoka, w której jęli się objawiać rzekomi wysłannicy Boży, chociaż bynajmniej nie ku Bogu ostatecznie popchnęli wypatrującą i łaknącą dobra, miłości i sprawiedliwości ludzkość...

Lecz nadchodzącą epokę wieszczył nie tylko kryzys władzy świeckiej i kościelnej, ale także coraz śmielsze i coraz bardziej jawne odradzanie się dawnych kultów, gdzie miejsce pogańskich bożków zajął Szatan i jego aniołowie...

Jednocześnie wszelako kryzys wiary sprawił, iż pojawili się kacerze na miarę Wiklifa i Husa, którzy przygotowali glebę naukom Lutra i jego naśladowcom, którzy to wzięli sobie za cel "zreformowanie" Kościoła...

Doktor Luter... ze swoim zbawieniem z wiary... z łaski... A po nim przepychanki, utarczki i walki... gruntownie przecież przeorał umysły i serca, przygotowując, jak się potem okazało, glebę pod nowy zasiew... innego gatunku ziarna... I pokazał, że można inaczej... niekoniecznie tak jak nakazuje papież... Bo i kimże ten papież tak naprawdę był?... Bo papiestwo wtenczas mocno potaniało... 

I tak to się toczyło...

Po lutrowym zaś kacerskim zamęcie stary świat ostatecznie odchodził w niebyt. Nieuchronnie nadciągało nowe. Można rzec, zachodziła jakowaś transmutacja. Nie, nie o alchemiczną transmutację tu chodziło... a może i o alchemiczną? Tyle że na wyższym poziomie, bo duchowym? Unus Mundus3. O to tu szło. Uświadomić nareszcie ludzkości, że wszystko się bierze z tego samego źródła i do niego powraca. 

I dopiero wtedy, po zrozumieniu owej niesłychanie ważnej kwestii, będzie można przystąpić do realizacji drugiego etapu tejże transmutacji, etapu, w którym wszelkie podziały zostaną uleczone, ustanie dualizm, a człowiek podzielony na indywidualne, odrębne od siebie byty, stanie się unus vir - jednym człowiekiem i zespoli się z anima mundi - duszą świata, która, jak to się zdawało starożytnym, przenikała go co prawda i ożywiała, ale teraz stanie się z nią i w niej jednością. Czy zachowa samoświadomość? Oby nie! Oby się rozpłynął w bezkształtnej masie złożonej co prawda z jednostek, ale niezdolnych funkcjonować samodzielnie. Niczym żywy organizm składający się z pojedynczych komórek, a z których przecie żadna nie jest zdolna samoistnie, autonomicznie funkcjonować w oderwaniu od reszty. 

A potem?

Nieporządki we Francji... 

Och... Francja...

Ziemia nowych/starych idei...

Odrażających rytuałów... 

Ziemia mszy czarnych...

Trucicieli i czarowników...

Bluźnierczych monarchów...

Monarchów rozwiązłych...

Krwi i łez ich i ich ofiar... 

Objawień... 

Oferty Bożego miłosierdzia

Pogardliwego ich odrzucenia...

Obietnic...

Kłamliwych... 

Nieszczerych...

Niespełnionych...

Najstarsza córa Kościoła... pierwsza córa Szatana?...

Takie to myśli tłukły się niektórym zatroskanym o losy ludzkości... bo w coraz ciemniejszych barwach je postrzegali... w coraz ciemniejszych... 

Tymczasem bieg wydarzeń posuwał się naprzód popychany w jakieś pokrętne łożysko, którym rwała szeroką strugą brudna, pełna szlamu i nieczystości woda, w łożysko o brzegach oślizgłych i poobrywanych, z którego trudno się było wydostać, bo ani nogi wesprzeć, ani palców zaczepić, więc ludzkość pogrążała się w tej błotnistej topieli, a nurt niósł ją, kędyś hen... ku mrocznym wodom skrytym za rozświetlonym krwawą zorzą horyzontem... ku spełnieniu tego, co musiało się spełnić... bo taka była wola tych, których nurt ów porwał, może nie przez wszystkich i nie do końca w pełni wolna i uświadamiana, ale owemu Losowi wystarczy i zgoda częściowa, a niekiedy nawet domniemana... 

 

* * *

 

Papież Pius V4, który w spadku po poprzednikach dostał postanowienia Tridentinum5 i starał się jak mógł wprowadzić w życie postanowienia soboru, nie był jednak w stanie odwrócić wszystkiego, co już się stało... i zapobiec temu, co stać się dopiero miało... 

I nie odwrócił... i nie zapobiegł...

 

 

Białeccy herbu Leszczyc 

 

Od śmierci matki i umieszczenia go u ojców jezuitów życie Mikołaja Białeckiego, bo chłopak takie właśnie nosił nazwisko, nie obfitowało już w żadne wstrząsy. Dnie mijały mu monotonnie, na nauce i modlitwach. 

Z początku trudno mu było przyzwyczaić się do szkolnego rygoru i regulaminu, jaki obowiązywał w konwikcie, z czasem jednakowoż nie tylko przywykł, ale i polubił takie życie.

Gnębiło go tylko jedno, dlaczego obcy człek, markiz i hrabia w jednym, zajął się nim. Wiedział co prawda, że w jego żyłach płynie szlachetna krew, wszelako dziejów swego rodu nie znał, bo też nikt na ten temat nie chciał z nim nigdy gadać.

Gdy pytał matkę o przeszłość rodziny, ta zbywała go zawsze machnięciem ręki i słowami:

- A po cóż ci to wiedzieć. Teraz jesteśmy nędzarzami i tym swoim szlachectwem się nie pożywisz.

Aż razu jednego, podczas rekreacji, jakiej studenci oddawali się po wykładach i obiedzie, do izdebki Mikołaja (bo tenże najwyraźniej na życzenie hrabiego mieszkał sam), zawitał laiczek tercjan55 ze słowami: 

- Wielebny ojciec rektor panicza do siebie prosi. 

- A czegóż chce?

- Tego to ja już nie wiem.

Wzruszył ramionami i poszedł przodem, chłopak zaś podążył w trop za nim.

 

* * *

 

- Usiądź, synu - rektor wskazał Mikołajowi prosty zydel bez oparcia, a kiedy ów zajął wyznaczone mu miejsce, odchrząknął raz czy drugi i zagaił: - To, kim jest dla ciebie hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre? Krewniak jakiś? 

- Nie przypuszczam, wielebny ojcze. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Pytacie o to już nie pierwszy raz...

- I owszem.

- A czemuż to po raz kolejny?

- Bo mnie ciekawość paliła i jąłem badać dzieje twojego rodu, alem nigdzie nie napotkał ni takich tytułów, ani takich nazwisk...

- O! - Mikołajowi aż oczy się zaświeciły na dźwięk tych słów. - I cóż wielebny ojciec wybadał? 

- To nie wiesz, kim jesteś? - zdumiał się jezuita. 

- Ano, ojcze, nie wiem. 

- Nic, a nic? 

- Nic, a nic. Matka moja nigdy nie podejmowała owego tematu, a gdym naciskał, zbywała mnie. Uważała, iż raczej winienem do nędzy przywyknąć, a nie zaprzątać sobie głowy swoim szlacheckim pochodzeniem, ani też innymi mrzonkami; przekonana bowiem była, że tylko cud mógłby odmienić nasze tragiczne wręcz położenie. 

- No to ja ci tyle rzec mogę, żeś istotnie krwi czystej, ni kropli, ni przymieszki szczurzej czy chłopskiej, czy mieszczańskiej. Ale gdybyś nie napotkał tego zamożnego protektora, to dziś byś był, co najwyżej i to w najlepszym przypadku, za pomocnika szewca czy stolarza, a twoje szlachectwo rozpłynęłoby się wraz z mgłą, co to nieraz miasto zalega, a potem ją rozwiewa wiatr... No, ale Pan Bóg najwyraźniej nad tobą czuwał i zesłał pana hrabiego wraz z jego dukatami... 

- Istotnie, reverendissime pater, istotnie. 

- Zatem posłuchaj, co mi się udało ustalić, przepatrzywszy niejeden dokument, do jakiego udało mi się dotrzeć. W skrócie ci opowiem dzieje twojego rodu, a jakbyś sam chciał się czegoś więcej dowiedzieć, to będziesz kiedyś mógł. Sądzę jednakowoż, że to, co teraz usłyszysz, w zupełności ci wystarczy, iżby wyrobić sobie zadanie, co do dziwnych losów twojej familii i może zadumać się nad nimi... Tedy słuchaj chłopcze. 

- Słucham pilnie, ojcze.

- Ród twój, Białeckich herbu Leszczyc, starożytny jest bardzo i od wieków w Sandomierskiem osiadły, ale aż po wiek szesnasty niczym szczególnym ani się nie wyróżnił, ani zasłynął, ani doznał jakowychś nadzwyczajnych a osobliwych przeżyć i doświadczeń. 

Rzeczy takowe dziać się zaczęły dopiero wonczas, gdy to jeden z Białeckich, Jakub, po obiorze Henryka Walezjusza na króla polskiego wyruszył razem z orszakiem poselskim do Paryża, aby pokłonić się nowemu panu i sprowadzić go do Krakowa. Tam jednakowoż wydarzyło się coś, co sprawiło, że Jakub nie od razu do kraju wrócił, lecz czas jakiś jeszcze w stolicy Francji zabawił. Kiedy zaś wreszcie zjawił się w ojczyźnie, to został oskarżony o zamordowanie dominikańskiego mnicha i obrabowanie trupa, co zdawało się nie być możliwe, wszakże poszlaki świadczyły przeciwko niemu. Osadzono go zatem w wieży, w Sandomierzu, by tam oczekiwał procesu. Jednakowoż z wieży owej zbiegł... do Paryża. I tu ślad się urywa... 

W Sandomierskiem pozostali jego rodzice i młodziuchna, czternaście czy też piętnaście lat licząca siostra Ludmiła.

Któregoś późnojesiennego dnia, 1575 roku, starzy Białeccy wraz z córką opuścili rodzinny majątek i gdzieś wyjechali. Stara Białecka rozpuszczała wieści po sąsiadach, że zaciążyła i że udaje się do siostry, pani Czerenowskiej, w Kaliskie, aby pod jej okiem w tym późnym wieku swego życia, bezpieczniej dziecię porodzić.

Jednakowoż szeptano, bo w głos nikt się mówić nie odważył, iż to nie stara Białecka, ale Ludka była przy nadziei. Tyle że nikt nie mógł wpaść na to, z kim by mogła stracić wianek... 

Chociaż byli i tacy, którzy przypuszczali, że Ludka w kazirodczym związku z bratem swoim pozostawawszy, z niego dziecię poczęła... Ponoć coś podejrzał był strażnik sandomierskiej wieży, w której Ludka brata odwiedzała, zanim ten jeszcze nie zbiegł do Francji. I że to dla Ludki całe to theatrum, z siostrą w Kaliskiem, a nie dla dobra mającego przyjść na świat dzieciątka odgrywano. Bo czy by się urodziło wpodle Sandomierza, czyli też Kalisza, to jakaż niby dla starej dziedziczki byłaby to różnica? Chyba tylko taka, że w obcym miejscu łatwiej byłoby utrzymać coś... coś niechlubnego... w tajemnicy... 

Tak czy siak, dziecko przyszło na świat. Tyle że nie we dworze pani Czerenowskiej, ale w klasztornych murach benedyktyńskich, gdzie kuzynka Białeckiej, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, była ksienią. Czemu? Tego się nie udało dociec. Niemniej dawało owo do myślenia. 

Potem zaś i po starych Białeckich z nagła ślad zaginął. Wyjechali z klasztoru rzecz jakowąś załatwić i już nikt nigdzie ich nie uwidział. Ludka z noworodkiem, który formalnie, ale czy faktycznie? - Bóg to jeden wiedział - był jej synem, a zarazem i braciszkiem, została sama. 

Wszelako znalazła wyjście z tejże nader kłopotliwej dla siebie sytuacji, dziecko oddała na wychowanie ciotce, pani Czerenowskiej, a sama wyjechała do Paryża. Szukać brata swego starszego, Jakuba. 

Wyjechała i... nie wróciła. I po niej, podobnie jak i po innych członkach jej rodziny, ślad zaginął.

Tymczasem wychowywany przez Czerenowskich brat niby, a najpewniej syn Ludki, Jur Białecki, dorósł do wieku, w którym panny zaczynają się podobać i ulubił sobie swoją mleczną siostrę, Kasię, i ją chciał pojąć za żonę. Tyle że Kasia owa, chociaż spłodzona na skutek gwałtu na Bogu ducha winnej poddance pana Czerenowskiego, jakiego dokonał na niej pan Olbracht Łaski herbu Korab wojewoda sieradzki i senator Rzeczypospolitej, po matce do chłopskiego przynależała stanu, toteż małżeństwo z nią nie wchodziło w rachubę. 

I wtedy, nie wiedzieć skąd, przyplątał się do dworu Czerenowskich uczony doktor Cadaver Illuminatus, który wieści z Paryża przyniósł, iż Jakub i Ludmiła pomarli. On śmierć poniósł w Luwrze, rzekomo po pijanemu wypadłszy z okna, ale najprędzej to z rąk nie całkiem spełna rozumu króla Henryka III, a ona na przedmiejskiej ulicy pod kołami rozpędzonej karety, którą jechała siostra monarchy, królowa Nawarry Margot. 

Ponieważ przybysz okazał się gruntownie wykształcony, to zatrudniono go jako preceptora panicza. Onże doktor wymyślił intrygę, na której skutek Kasi przypisano szlachectwo, a na dodatek zdobyła nieopisane wprost skarby i młodzi się pobrali. Czmychnąwszy jednak pierwej w Sandomierskie, bo tu Kasi nikt nie znał. 

Ale... ale i w tymże wątku wcześniej pojawił się Paryż... To tam Kasię wywiózł stary doktor, aby nabyła ogłady i języka, a potem na pograniczu francusko-hiszpańskim znalazł jej ojca, a właściwie kogoś, kto ją za córkę uznał, starożytnym herbem hrabiowskim d'Urgel y d'Osona i majątkiem obdarzywszy przed śmiercią. Przybrała wonczas nowe imię - Waleria-Katarzyna-Małgorzata. Uzyskano to, co prawda, przez oszukańczą intrygę, niemniej uzyskano. Ergo - formalnie wszystko było w porządku. 

W tymże samym czasie narzeczony dziewki, Jur Białecki, czas jakiś bawił w Salamance, owym mieście słynącym z nauk tajemnych. Studiował na tamecznym uniwersytecie, ale co jeszcze robił? Kogo poznał? Z kim się zadawał? Któż to wie?... 

Kiedy stary Cadaver w niezwykłych, ba! nadzwyczajnych okolicznościach zniknął z tego świata, młody Jerzy Białecki znalazł notatki po nim i... testament, w którym Illuminatus zapisał mu dom w Paryżu. 

Jerzy pojechał zatem roku Pańskiego 1617 do onego Paryża powodowany raczej ciekawością niż chęcią zysku i... nigdy już stamtąd nie wrócił. 

Wdowa z dwojgiem dzieci córką Marią Magdaleną cztery latka podówczas liczącą i synem, Janem Chrzcicielem, starszym od siostrzyczki o rok, przez lata oczekiwała powrotu męża, lecz się go nie doczekała56... 

Maria Magdalena, chociaż nie z karmazynów, ale jako nadzwyczaj posażna panna i niebywałej też piękności, wyszła za mąż za półdzikiego, ale urodziwego kniazia Wasyla Michajłowicza Hołowczyńskiego-Rapałowskiego herbu Łabędź i przepadła gdzieś na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. 

Czy z tego małżeństwa było potomstwo? Jak się dziewczynie żyło z dala od matki i brata? Nie wiadomo. Ktoś z dalszych krewnych czy też powinowatych Wasyla przyniósł kiedyś pani Walerii-Katarzynie wiadomość, iż Tatarzy jej zięcia ubili, a córkę wzięli w jasyr i sprzedali na targu Istambule. Trafiła więc pewnie do jakiegoś haremu... Tyle że owa wiadomość nie zyskała z żadnych innych ust absolutnego potwierdzenia. Niemniej była prawdopodobna. Tym bardziej że wszelki kontakt z córką się urwał, a zięć i jego bliska familia również znaku życia nie dawali, tak jakby ich wszystkich z Ukrainy jakiś zły los wymiótł. Dalsi zaś krewni znali jedynie te pogłoski o Tatarach i haremie...

Jan Chrzciciel natomiast obrał inne życie i kiedy skończył lat siedemnaście, roku Pańskiego 1629 postanowił wstąpić do kamedułów. I wytrwał w zakonie aż do śmierci matki, czyli do połowy maja roku 1631. Ponieważ ślubów jeszcze nie złożył, na pogrzeb rodzicielki bez problemu przybyć mu dozwolono. A kiedy matkę pogrzebano, on się już w mury klasztorne nie wrócił. Tak mu widać było pisane.

Na stypie bowiem wpadł w oko jakiejś bardzo odległej kuzyneczce Anuli, piętnastoletniej sierocie, biednej niczym mysz kościelna, ale szczwanej i na cztery nogi kutej lisicy. Ta spoiwszy mniszka zacną starką, której na stypie nie skąpiono, zaciągnęła go do stodoły, habit z niego zzuła, i tam na sianie do grzechu nieczystego zanęciła.

Kiedy drugiego dnia mniszek przecknął się w jej ramionach z bólem głowy i niepomierną suchością w gębie, w mig potraktowała go pucharkiem tejże samej starki, nie dając mu wytrzeźwieć. I tak na pijaństwie i rozpuście coś ze trzy czy cztery dni im minęło. A potem do klasztoru już wracać nie chciał, tak mu to rozkoszne życie posmakowało.

Pobrali się tedy i żyli lekko, ponieważ skarbczyk był zasobny, a pracą trapić się nie musieli, bo dobry rządca majątkiem sprawnie miał zawiadywć. Ale ponieważ wyjątkowo dobry był ów zarządca, rychło majątek jął topnieć, na wyścigi jakby z zawartością skarbczyka. Zarządca obrastał w sadło, a Białeccy chudli.

I tak to lata beztroskiego dobrobytu przeminęły i zły los zajrzał małżonkom w oczy.

Jan Chrzciciel tedy, nie widząc innej rady, zostawił Annę z dziesięcioletnim synkiem Łukaszem we dworze, a sam ruszył w świat szukać jakiegoś grosza. Daleko nie zawędrował, bo nieopodal, w staszowskich lasach, zbóje go usiekli, jako że podówczas grasowała tam banda niejakiego Niebożewicza, chłopskiego syna i bezecnego łotra, który skądsi spod Opatowa czmychnąwszy, w tamecznych borach się skrył, nie mogąc znieść tego, co na własne oczy ujrzał, jak jego żona gziła się na sianie w stodole z Etiopem alias Murzynem, którego dla fantazji pan dziedzic przywiózł z Turek57, w Stambule go na targu niewolników kupiwszy. 

Dziedziczka tedy, ostawszy sama, bez męża, nie mając innego wyjścia, około 1650 roku dwór sprzedawszy i resztkę dobytku, kupiła w Sandomierzu starą chałupę na Zawichojskim Przedmieściu, niczym jaskółcze gniazdo do ściany parowu przylepioną i tam z dzieckiem zamieszkała.

Wsparcia znikąd nie mając, tym bardziej że dalsza rodzina męża znać jej nie chciała, imała się różnych zajęć, bynajmniej nieodpowiednich szlacheckiemu stanowi, byle było tylko na strawę lichą i niemniej lichy przyodziewek...

Kiedy Łukasz dorósł, wspierał matkę jak mógł, tyle że niewiele mógł. I nie żenił się, bo ani z mieszczką, ani z chłopką nie chciał, co by szlachectwa nie utracić, a znowuż żadna szlachcianka jego nie chciała, bo był dziad. Ale i na niego przyszedł czas, kiedy matka starowinka nad grobem już była, a jemu pięćdziesiąt osiem lat wlazło na kark. Oto i wtedy przywędrowała skądś z województwa rawskiego ubożuchna szlachcianeczka, sierotka młodziuchna, a on się nią najpierw z dobroci serca zaopiekował i dach nad głową jej zaoferował, ale jakoś tak później polubili się ogromnie mimo różnicy wieku i pożenili.

No i bieda spłodziła biedę. A tej biedzie zrodzonej roku 1691 na imię dano Mikołaj. A to żeś ty. Ot i całe dzieje. A ich ciąg dalszy już od ciebie tylko, chłopcze, zależy. Mógłbyś dodać coś do tej mojej opowieści?

Mikołaj, milcząc, wpatrywał się w gęstniejący za oknem mrok. Aż w końcu półgłosem dopowiedział:

- Ojca nie znałem, bo umarł, nimem osiągnął taki wiek, iż mógłbym go zapamiętać. Matkę natomiast straciłem, co jest wam ojcze wiadomym, w roku 1703, kiedy miałem zaledwie lat dwanaście. I wtedy to, nie wiedzieć skąd, pojawił się w moim życiu ów tajemniczy cudzoziemiec, hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre, który mnie oddał w ręce ojców. To wszystko... 

- Taaak - powiedział przeciągle zakonnik - oddał cię, Mikołaja Białeckiego, do naszej uczelni, do Academiae Gostomianae, opłacając czesne, wikt, dach nad głową w konwikcie i przyodziewek na sześć lat na przód. A czas ten mija... Rychło przyjdzie nam się rozstać... Polubiliśmy cię, chłopcze, toteż nawet gdy już stąd odejdziesz, będziemy mieć cię w sercach i pamięci. Ale już dość, dość. Możesz odejść. 

 

 

Hrabia i król 

 

Hrabia Bellamarre spokojnym krokiem minąwszy okazały gotycki gmach świątyni Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, na którego to przykościelnym cmentarzu przed paru dniami uczestniczył w pogrzebie, schodził dość ostrym stokiem wzniesienia, którym zbiegała droga, wyboista i dziurawa, która kiedyś, zanim Szwedzi złupili i ukradli, co się da, a zniszczyli, czego się ukraść nie dało, była pięknie brukowana polnym szpatem. 

Doszedłszy do podnóża Zamku Królewskiego, ruszył tym razem pod górę, a znalazłszy się u wejścia na dziedziniec, wpierw opowiedziawszy się saskim strażom, podążył ku drzwiom wchodowym resztek tej niegdyś imponującej i wspaniałej siedziby polskich monarchów. Teraz zaś, po wysadzeniu dwóch trzecich głównego budynku i całej reszty zabudowań grodowych przez wspomnianych już Szwedów, a dziś ledwo posklejanej - jak najszybciej i zapewne jak najtaniej się dało przez Jana III Sobieskiego ongi koalicjonisty tych barbarzyńców36, zerkał na pokrzywę i łopuch wyzierające tu i ówdzie spomiędzy niesprzątniętych wciąż resztek rozwalin zalegających rozległy podworzec. Znakomita siedziba królów już nie budziła ni podziwu, ni respektu, bo wyglądała niczym wielgachna stodoła z dwóch stron podparta starymi basztami, których podmuch eksplozji, gdy okupant wysadzał prochy w lochach, nieomal cudem nie naruszył i nadal stały krzepkie, chociaż jakby zawieszone były na lessowym osuwisku zbocza ostro spadającego ku fosie. 

"A przed wiekami mógł ten zamek iść w zawody z Wawelem... Ba! A może i z Luwrem nawet?..." - taka myśl przemknęła przez głowę hrabiego "cóż... panta rhei - wszystko płynie, jak rzekł niegdyś stary Heraklit..." I przyszła mu jeszcze do głowy druga myśl, że ów królewski Sandomierz, to taka Rzeczpospolita w granuli37, i gdy chcesz się dowiedzieć, w jakiej kraj jest kondycji, to starczy, że zawitasz do Sandomierza i bacznie rozejrzysz się wokół... Taka zbieżność losów, dziejów. Podobieństwo niebywałe. Niewytłumaczalna wspólność cech? Paralelizm niezwykły? A może... może... przypadek? Nie, nie! Nic nie jest dziełem przypadku, bo wszystko zaplanowano

 

* * * 

 

August II zwany Mocnym wieczór 18 maja roku Pańskiego 1704 spędzał tak, jak lubił najbardziej, to znaczy na pijaństwie, tyle że tym razem nie w towarzystwie licznych dam i panów saskich i polskich, lecz samotnie. Kołatało mu w głowie, że dwa lata temu, w 1702, jego pobyt w Krakowie, skąd rozsyłał uniwersały po województwach, zwołując pospolite ruszenie na dzień 19 lipca pod Korczyn w Sandomierskiem, nie przyniósł mu niczego dobrego, a zakończył się sromotną klęską pod Kliszowem38... chociaż był nieomal pewny wygranej, rozpędzenia przeciwników i wreszcie świętego spokoju... a potem, po tej przegranej bitwie, gdy 16 sierpnia stanął w Sandomierzu, gdzie zamiarował urządzić swój sztab, a dokąd jęło też ściągać w sukurs monarsze pospolite ruszenie z województw - sandomierskiego, krakowskiego, lubelskiego, wołyńskiego i jakieś oddziały z północy kraju, znów nadzieja zaświtała w jego sercu. Ech, Sandomierz... może jednak przyniesie mu on szczęście? A jak nie?... 

Król zaklął szpetnie, a że był Niemcem, to zaklął po niemiecku, jakoś tak idiotycznie, zum Donnerwetter noch einmal, co przełożone na ludzki język znaczy coś jakby do stu piorunów, czy podobnie, bo niemieckie przekleństwa nie mają tej naszej, słowiańskiej bluźnierczej soczystości. Durne są i płaskie tak samo, jak niemieckie poczucie humoru i mdłe niczym niemiecka kuchnia. 

August tym razem mógł być usprawiedliwiony z pijaństwa, bo nie był ani trochę pewny, co też mu najbliższa przyszłość przyniesie, a będąc nietrzeźwym, przynajmniej nie trapił się tym zbytnio. Formalnie, bo konfederaci warszawscy w styczniu ogłosili jego detronizację, a stał za nimi ksiądz prymas, nie był już przecie królem, choć wciąż się nim czuł i wciąż choćby za najwyższą cenę pożądał odzyskania tronu i władzy... i ani mu w głowie było ni uznać ową detronizację, ni z własnej woli abdykować! Ale... ale... jak znów wypłynąć z odmętów?... 

Skinął na lokaja, a ten napełnił wielki rżnięty kryształowy kielich najzwyklejszą gorzałką, siwuchą-czyściochą nader podłej jakości, palącą w gardło i cuchnącą, bynajmniej nie starką, bo tego wieczora król postanowił się umartwiać. A w inny sposób najwyraźniej nie umiał. 

Monarcha opróżnił go duszkiem i zakąsił tłustym wędzonym węgorzem na zimno, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. 

- Pamiętasz Helmut, jak to dwa lata temu, tu pod Sandomierzem panowie szlachta mi przysięgali?... 

- Pamiętam najjaśniejszy panie... 

- Ech... August wsparł głowę na pięści i zaczął półgłosem recytować rotę owej przysięgi, którą dobrze zapamiętał: - "...przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, iż przy wierze świętej katolickiej, przy dostojeństwie Króla Jegomości Augusta II, przy wolnościach i swobodach naszych, przy całości Rzeczypospolitej nierozdzielonej życiem, krwią i substancją stawać i tego wszystkiego bronić wedle sił i możności mojej obowiązuje się i powinien będę. A ktokolwiek by przy Królu Jegomości Szwedzkim, jakimkolwiek sposobem, pretekstem stawać, faworyzować, praktyki czynić ważył się i tego spólnego Rzeczpospolitej obowiązku trzymać nie chciał, takiego pro hoste Patriae39 mieć i na skazę jego powstać deklaruję, i dobra takiego powinienem donieść i podać Królowi Jegomości ad confiscationem in bene meritos40"41. No i co Helmut? I co z tego wyszło? 

- Sandomierz, Najjaśniejszy Panie, Sandomierz po raz wtóry, coś jakby déja arrivé42. 

- Żeby cię diabli wzięli, bydlaku! Jakbyś nie był tak zacnym kompanem naszych wesołych zabaw, to już bym ci łeb ukręcił! 

- Ba! - lokaj przewrócił oczami, wzniósł je ku górze, a potem ironicznie się uśmiechnął, ale dla ostrożności tylko półgębkiem. 

- A nie masz tu jakiej niewiasty pod ręką? Bom strasznie wyposzczony. 

- A jakiejż, Miłościwy Królu? Damy krwi szlachetnej? Gładkiej? Pulchnej? Czy raczej szczupłej, drobnej? 

- Et! - August machnął ręką. - Co za różnica?

- Cóż... jakby to rzec... w pobliżu, tak w zasięgu ręki jest tylko ogromnie szpetna podkuchenna... 

- Stara, młoda?

- Młoda, lecz krościata i tłusta, wąs się jej pod nosem całkiem zacny też sypnął. Ale za to cyce ma srogie! 

- Et! - August ponownie machnął ręką. - Dawaj ją tu. Potwór nie potwór, byle miał otwór - zażartował subtelnie. I oczywiście po niemiecku. 

- Tedy idę po nią. 

- Co by tylko nie śmierdziała! 

Zdumiał się lokaj, słysząc te słowa i wybałuszył oczy: 

- Podkuchenna?! Toż by to był większy cud niż ten w Kanie Galilejskiej!

I rzekłszy to, wyszedł.

August przymknął powieki i chyba się zdrzemnął, ale wnet się ocknął obudzony własnym chrapaniem. 

- So ein Scheiss!43 - zawołał, wytrzeszczając oczy. - Helmut! Czy poważyłeś się zadrwić z mojego majestatu? Kogoś mi tu przyprowadził? 

- Dziewkę, której Najjaśniejszy Pan sobie zażyczył, narzekając, iż jest ponad miarę wyposzczony. 

Mówiąc to, nisko się skłonił, zginając w pół. 

- Hm... Więc przynajmniej nalej mi jeszcze gorzałki. 

Helmut nalał.

- I jej też.

Helmut nalał.

- Do dna! - zakomenderował król.

I oboje z dziewką wypili. Tyle że król się jedynie niemiłosiernie wykrzywił, a dziewka gwałtownie rzuciła do stołu, by znaleźć coś do przepicia, bo siwucha wypalała jej gardło. Najwyraźniej nie była obeznana z dworską etykietą tego króla jegomości. 

- Helmut, a zdmuchnij no świece. Przy świetle żadną miarą się nie przemogę - mówił, zerkając na podkuchenną.

- Najjaśniejszy Panie! Nie czyń tego, bo duszę zgubisz - zadrwił Helmut. 

- A niech duszę diabli wezmą, kiedy ja sobie teraz wygodzę! Gaś te świece!

Więc lokaj zdmuchnął świece. 

 

* * *

Hrabia Bellamarre spokojnym krokiem zbliżył się do drzwi królewskiej komnaty i zapukał w pewien charakterystyczny sposób. Podwoje się uchyliły i stanął w nich Helmut. Na widok przybyłego zdumiał się niepomiernie, bo kogo jak kogo, ale tego człowieka najmniej się tu i teraz spodziewał. 

- Gdzie król?

- Hmm... tutaj... tyle że nie całkiem dysponowany...

- Prowadź.

- Ale, panie hrabio...

- Prowadź.

Więc fagas, skłoniwszy się tylko, drzwi rozwarł na oścież i ustąpiwszy miejsca, wpuścił do środka Bellamarre'a. 

August najwyraźniej skończywszy z dziewką, która właśnie obciągała sobie spódnicę, siedział na obitym kurdybanem krześle z głową odrzuconą ku tyłowi i pochrapywał.

Bellamarre skinął na Helmuta: 

- Opuść królowi głowę na piersi, bo w tej pozycji będzie womitował, a tego byśmy nie chcieli.

Służący bez słowa spełnił polecenie.

- Najjaśniejszy Panie... Królu... - Bellamarre potrząsał Augusta za ramię, ale ten osunął się na blat stołu i znów przysnął. 

- Nic z tego nie będzie, panie hrabio. Potrzeba, aby wytrzeźwiał.

- Nie ma czasu, sprawa pilna, i zaraz muszę mu ją przekazać.

- Ba! Ale jak?

Bellamarre bez słowa sięgnął do wewnętrznej kieszeni swego szustokora44 i wydobył z niej flakonik misternie wyrzezany z jednego ogromnego, mierzącego co najmniej trzy cale najsoczystszej barwy i czystości szmaragdu. Naczyńko zatkane było rubinowym koreczkiem w kształcie filigranowej głowy kozła z oczami z oszlifowanych kęsków złocistego berylu zwanego heliodorem i rogami z elektrum45 - naturalnego białego złota. 

Hrabia zażądał niewielkiego naczyńka, napełnionego czystą wodą otworzył flakonik, przechylił nad kieliszkiem i uważnie odmierzył sześć kropli intensywnie zielonego płynu, który po zmieszaniu się z wodą, zmienił jej barwę na purpurową.

Następnie uniósł głowę króla, trzonkiem łyżki rozwarł mu zęby i wlał ów płyn do ust. Nie minął kwadrans i nieprzytomny monarcha całkowicie wytrzeźwiał. Poczuł, jak krew burzy mu się w żyłach, a jakaś przedziwna energia wręcz zmusza go do działania. Siedząc sztywno, wpatrywał się w twarz hrabiego. 

- Bellamarre? 

- Zaiste. 

- Z czym przybywasz, hrabio?

- By cię duchowo pokrzepić.

August II zaniepokojony zadrżał na całym ciele.

- Uspokój się, panie... i pójdź za mną...

- Dokąd? Noc już, rankiem muszę być wypoczęty.

- Niedaleko, na zamkowe mury. Chłodne powietrze ostudzi ci głowę... gwarantuję też, że wypoczniesz. 

Szli czas jakiś obok siebie, milcząc.

W końcu król chrząknął raz i drugi.

- Taaak... - przeciągle na to odpowiedział hrabia, a potem raptownie się zatrzymawszy, stanął twarzą w twarz z Augustem, położył mu ręce na ramionach, mocno zacisnął palce i cichym, lecz dobitnym głosem rzekł: 

- A teraz słuchaj... 

Monarcha niczym we śnie somnambulicznym, zachowując się jakby automat, skinąwszy głową, odparł: 

- Słucham. 

Bellamarre przez dłuższą chwilę zbierał myśli, by wreszcie zacząć snuć opowieść:

- Wieki temu postanowiono, że to państwo i ten naród należy zgnieść, rozdeptać, unicestwić. I już zdawało się, iż ku temu wszystko zmierza, bo gdy umarł twój odległy poprzednik na tym tronie, Bolesław Krzywousty, Polskę - nieokrzepłą jeszcze do końca - potargano w strzępy. Skłóceni ze sobą książątka rwali, ile kto mógł i ile mu się w garści zmieściło... I wszystko by było, jak zaplanowano, gdyby nie to przeklęte miasto... 

- Które? - panie hrabio, chrapliwie, ze ściśniętym gardłem zapytał król. 

- Ano to, Sandomierz. 

- I czemuż? 

- Czemuż? Nie wiem. Być może genius loci46 owego miejsca sprawia, że przezeń wszelkie zakusy na unicestwienie kraju spełzają na niczym? Wszak nie byle jakie to miejsce... Nie byle jakie... 

- Przecie już nie jest stołecznym! - zaprotestował monarcha. 

- Dziś, bo ongiś nie tak było. I na szczęście już nie jest! Bo wonczas nic, nikt i nigdy by tego narodu nie przemogło. Sandomiria caput regni47... na szczęście, powtarzam, już nie... i nigdy już... chociaż, być może, ktoś kiedyś... snuć będzie wobec niego takie plany... ale nasza w tym głowa, by spełzły na niczym... 

- Tedy? 

Hrabia znów zawiesił głos.

- Jest wszakże na wszystko czas i pora...

- Ergo48? 

- Ergo, chcę ci, królu, zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, którą gdybyś mniej pił i mniej się łajdaczył, sam byś bez wątpienia zauważył, jako że jesteś przecież adeptem49... 

- Jaką prawidłowość? 

- Ano taką, że dzieje tego kraju, można podzielić na epoki, z których każda ma ni mniej, ni więcej, tylko lat czterysta.

- 400 to wartość liczbowa ostatniej litery alfabetu hebrajskiego... - rzekł król, zamyśliwszy się nieco. 

- No właśnie. I co ona w kabalistyce wyobraża? Co symbolizuje?

- Zakończenie pewnego cyklu, który przebiega od alef, czyli od liczby jeden, do taw, czyli liczby czterysta. Ale taw nie oznacza tylko zamknięcia jakiegoś okresu, czy może ściślej etapu w dziejach, ale i początek nowego, zaczynającego się od alef. 

- No właśnie.

- A gdzie w tym jestem ja? Jaka moja rola?

- Ty, panie, domykasz pewien okres. Na tobie kończy się te czterysta lat. I to właśnie tu i teraz.

- Jak to? Nadal nie widzę związku z moją sytuacją ani tym bardziej rolą, jaką miałbym odegrać... 

- Więc pomyśl... dla ułatwienia będę ci zadawał pytania, a ty, królu, kojarz fakty. 

- Zadawaj. 

- Jak wygląda żywot tego kraju? Czy nie jak żywot ludzkiej istoty? 

- Rzeczywiście - narodziny i dorastanie, dojrzałość i moc, schyłek i obumieranie... ale o tym już wspominaliśmy... 

- Doskonale. A jak sądzisz? W jakim okresie przyszło ci panować? 

- Bez wątpienia dojrzałości i mocy!

- Auguście, Auguście, to, że w rękach łamiesz podkowy, nie ma przełożenia na krzepkość kraju! 

- Zatem? 

- Zatem powiedz mi, jak uważasz, kiedy i gdzie zaczęła się Polska jako kraj poważny, okrzepły, mocny i poważany? 

Król milczał dość długo, aż w końcu pytaniem odpowiedział na pytanie:

- W Gnieźnie, w 966 roku, za panowania Mieszka?...

Bellamarre pogardliwie wydął wargi i z lekka parsknął, wyraźnie zawiedziony odpowiedzią monarchy.

- I co? I co było potem? Zamęt, bunty, kraj porwany na strzępy, o czym już zresztą wspominałem. Nie, mój panie, absolutnie nie! Ani w 966 roku nic ważnego się nie wydarzyło, ani nie od Mieszka był początek... 

- Jakże? A chrzest?

- A pierwszy to on był? Łaciński i owszem, ale wcześniej przecie kraj chrystianizowali uczniowie Braci Sołuńskich50. Więc to może i ważny, ale tylko epizod w jednym z okresów. 

- Panie hrabio, niechże mnie pan nie męczy. Proszę całą sprawę wyłuszczyć jasno i prosto. Bez zasypywania mnie zagadkami. Głowa mi pała od tego i myśli zebrać trudno. 

- Głowa ci pała od gorzałki, ale niechże i tak będzie, jak chcesz. A zatem: królestwo tak naprawdę państwem poważnym i liczącym się, a z czasem potężnym, zaczęło się tutaj, w Sandomierzu, w roku 1304, gdy w tymże grodzie, przegnany pierwej po nieudanym zajęciu miasta w 1302 roku, po raz wtóry osiadł Władysław Łokietek i zyskawszy poparcie miejscowego rycerstwa, posklejał królestwo z kawałków, niczym potrzaskane naczynie gliniane.

- I jam tu był w roku 1702 i zmuszono mnie do ucieczki... jak jego... - wyszeptał zdumiony August. - A teraz mamy 1704... on tu się ostał, stąd zawiadywał, stąd ruszył, by zwyciężyć... 

- Właśnie - rzekł hrabia. - A teraz wykonaj proste działanie arytmetyczne.

- 1702 - 1303 = 400. 1704 - 1304 = 400! To jeden, zamknięty okres! I - rzeczywiście - ja go kończę, ja zamykam! 

Zdumiony król zatrzymał się i schwycił Bellamarre'a za ramię.

- Poluzuj, panie, uścisk - syknął hrabia.

- Och, wybacz. Ale powiedz mi pan, monsieur le comte, co dalej? Jaka rola mi pisana? Chwalebna, czy też wręcz przeciwnie? 

- Chwalebna. Bo ty rozpoczniesz unicestwianie tego kraju... I to tak znakomicie, że zniknie... rozpłynie się... na wieki... a może i na zawsze?... 

- I to ma być chlubna rola? - król z dezaprobatą pokręcił głową.

- Dla prostaczków, dla profanów zapewne nie, lecz dla nas, dla wtajemniczonych, dla adeptów, dla niosących oświecenie, tak. Dzięki twemu władaniu rozpocznie się agonia Polski. Co prawda potrwa jeszcze długo, bo lat kilkadziesiąt, może nawet i wiek cały, ale w końcu zniknie z map... a jeśli się jeszcze kiedyś na nich pojawi, to tylko jako nazwa, bo duch tego narodu sparszywieje, skundleje aż na koniec obumrze... I nie będzie już nikogo na świecie, kto by mógł przeszkodzić nam w naszej pracy... nikogo... 

Król zadrżał. Być może uświadomił sobie w tym momencie, że jest tylko nic nieznaczącym pionkiem w grze, którą prowadzi jakaś Moc, jakaś siła nadludzka nie z tego wymiaru, ponadczasowa wręcz może... może... i nie był z tego powodu szczęśliwy, bo każdy z synów Adama chciałby mieć wolność podejmowania wszelkich działań, a tu mu jej najwyraźniej odmawiano. Udał jednak, że słowa hrabiego przyjął ze spokojem do wiadomości. Zapytał nawet: 

- Powiedz mi pan, monsieur le comte, a kiedyż to i gdzie zaczął się pierwszy okres, okres dziecięctwa i dorastania Polski? Wiesz to? Umiesz ustalić? Bo ja nie potrafię. 

- Odejmij, Najjaśniejszy Panie, od roku 1304 lat czterysta i będziesz wiedział. 

- Wypada rok 904 i cóż się wtedy wydarzyło? Raczej nic, a przynajmniej ja o niczym nie wiem.

- W roku 904 kniaź polański Lestek, ojciec Siemomysła, a dziad Mieszka I wyrwał morawskiemu kniaziowi Mojmirowi Małopolskę i objął ją swymi wpływami. 

- A gdzie tu Sandomierz? Raczej Kraków, odwieczna stolica tej krainy. 

- Ej, królu! Niekoniecznie. Polonia Minor zawsze miała dwie równorzędne stolice, dwa dwory, podwójny komplet urzędów... Ta druga stolica, to Sandomierz. Wszak jeszcze Gallus do sedes regni principales, do stolic królestwa ją zaliczył. Obok Krakowa. A Lestek wyrwawszy Mojmirowi tak zacny kęs ziemi, raczej nie w Krakowie siedział, gdzie Morawianie mieli bliziuchno i łatwo mogli go dopaść, ale raczej w Sandomierzu, dokąd było i dalej i gdzie było zasobniej i łatwiej można się było obronić. Bo tu jest największy w tej części kraju naturalny węzeł komunikacyjny. No i tu z głodu nie umrzesz, bo ziemie bogate we wszystko - w chleb i w wino i w miód i w olej i w owoce... a krakowska ziemia, cóż ubożuchna... 

- Domysły.

- Ba! I owszem, przecie niepozbawione podstaw. 

- Jakich? 

- Rozmaitych, ale ani pora, ani miejsce, by to roztrząsać. Pozostańmy przy tym, że wnioski takie wysnuć można choćby ze zwykłej logiki. Co ci już chyba wystarczająco wyłuszczyłem? 

- Niby, lecz chciałbym coś więcej...

- Ech! Gdzie siedzisz, panie? W Krakowie? 

- Nie, w Sandomierzu...

- Gdzie siedział Łokietek, w Krakowie?

- Nie, w Sandomierzu...

- To i Lestek najpewniej tu siedział, póki Rzesza Wielkomorawska ostatecznie nie upadła, co się w 904 roku zaczęło i potrwało ledwie kilka lat... ledwie kilka lat... 

- Lecz przecie Lestek tych ziem nie skleił. 

- Ale zaczął kleić, a klejenia dokończył po czterystu latach Łokietek! 

- A ja?

- A ty? Ty roztrzaskasz to zużyte naczynie gliniane... I właśnie to, Najjaśniejszy Panie, rozpocząłeś... Pamiętaj tedy, że jutro czeka cię najważniejsze zadanie w twoim życiu i coś, co zaważy na losach Polski... i wiedz jeszcze jedno, że Los się do ciebie uśmiechnie, więc działaj śmiało!... 

 

* * *

 

Dzień 19 maja dla króla Augusta II był dniem odpoczynku. Tego dnia już się nie upił, lecz przygotowywał i nastrajał do rozpoczęcia obrad i zawiązania konfederacji sandomierskiej, która miała mu tron wrócić. 

Dnia tego też przeniósł się z Zamku Królewskiego w Sandomierzu do obozu extra muros51 na prawym brzegu Wisły, na przedmieście Nadbrzezie, które w tym czasie odgrodzone Wisłą od właściwego miasta całkowicie już nabrało wiejskiego charakteru, pełnego sadów i ogrodów. Tu August zamieszkał w najokazalszym domu, senatorowie oraz inni karmazynowie52 rozlokowali się po włościańskich chatach, a panowie szlachta i wojsko obozowało na szeroko rozciągających się równinach, ciągnących się od Sandomierza hen, aż ku dzikim puszczańskim ostępom. 

W Nadbrzeziu wzniesiono, już poza zwartą zabudową mieszkalną, umocniony obóz, obwałowany, otoczony fosą, z dwoma tylko wejściami. W centralnej części tegoż obozu, nazwanego nie wiedzieć czemu Kołem, być może dlatego, iż odbywało się w nim formalne spotkanie zwolenników Augusta, ustawiono dla króla jegomości bogaty i obszerny namiot typu tureckiego z tronem dla władcy i krzesłami dla panów senatorów, a ławami dla pomniejszych dostojników polskich, saskich i gości zagranicznych. 

Obóz ów połączony był z lewobrzeżnym Sandomierzem mostem, który wychodził wprost na Bramę Krakowską, przez którą można było dotrzeć i do Zamku i do Fary pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i do Ratusza rozpartego pośrodku mocno pochyłego Rynku takoż.

O poranku dnia 20 maja August II, z licznym orszakiem dygnitarzy, ruszył konno ku tej świątyni właśnie, dokąd przybywszy i Mszy świętej nabożnie wysłuchawszy, potem na kolana padłszy, w piersi się bił i z wielką pokorą komunikował, a przyjąwszy Ciało Pańskie i odebrawszy kapłańskie błogosławieństwo, ruszył nazad przez most do Koła urządzonego w Nadbrzeziu53. 

Pogoda była cudna, sady kwitły, i głogi dzikie i róże po miedzach, ptaszkowie wyśpiewywali w zaroślach, a w niebieszczejącej, choć zwykle szarej wiślanej wodzie rzucały się dorodne ryby. Łagodny wietrzyk niósł upojne zapachy obsypanych kremowobiałym i filetowym kwieciem jaśminów i bzów-lilaków, których tu rosło całe mnóstwo. 

Król był spokojny. Po tym, co usłyszał z ust hrabiego Bellamarre, serce mu już się uspokoiło w piersiach, bo miał pewność, że wygra, że musi wygrać - i tron i los i powodzenie... i zaspokoi swą nieposkromioną pychę... on zwycięży! "A Polska?" - niespodziewanie zapytało go sumienie. "A niechże diabli biorą Polskę - odpowiedział mu w myślach - bylem ja miał dobrze!" 

- Cudny ten dzień ni jednej chmurki na niebie - ozwał się król do jadącego obok, nieomal w kolano, pana Stanisława Denhoffa, herbu Dzik, który złośliwcy i nieżyczliwi ludzie nazywali Głową Wieprzka54. 

- Istotnie, Najjaśniejszy Panie. Oby każdy już był taki, a niebo nieskalane żadnym obłoczkiem. 

Ów cudny dzień miał jednak przyciągnąć nad kraj najczarniejsze chmury...

 

* * *

 

Bellamarre przez jakiś czas stojąc na środku ulicy wznoszącej się od Bramy Krakowskiej ku Rynkowi, spoglądał na obóz po drugiej stronie Wisły. Oczy miał zimne, a jednocześnie pełne nienawiści, twarz zaciętą, usta zaś wykrzywione w pogardliwym uśmieszku.

- I dobrze... niech się dzieje... niedługo oświecenie ogarnie całą ziemię... oto tam, na przedmieściu Sandomierza, nie wiedząc nawet, co czynią, zbudowali mu pierwszy bastion... i zarazem bastion Tego, który owo światło niesie... 

Odwrócił się, dosiadł konia i powoli ruszył w stronę Bramy Opatowskiej, a minąwszy ją, ponaglił wierzchowca i ruszył cwałem drogą prowadzącą na Warszawę...

Słońce właśnie minęło zenit. Upał był niemiłosierny, lecz Bellamarre wjechawszy w cienisty parów, poczuł ulgę i odetchnął. Tego dnia nie planował długiej podróży. Miał zaledwie dotrzeć do Wilczyc wiorst parę na północ od Sandomierza, gdzie czekał nań obiad, nocleg, wypoczynek i wygodny powóz, którym rankiem następnego dnia drogą na Solec i Kozienice zamiarował ruszyć ku Warszawie, iżby się spotkać tam z Księdzem Prymasem, zwolennikiem Szwedów i ich pupilka Leszczyńskiego... 

 

 

Hrabia Bellamarre 

 

Grudzień roku 1703 ciepły był i dżdżysty. Niebo prawie nieustannie zasnute chmurami z rzadka tylko i na kilka chwil zaledwie rozświetlały promienie słoneczne. Toteż, kiedy w dzień Bożego Narodzenia chmury wreszcie się rozsnuły i ziemię zalał pozłocisty blask spływający z nieba, ludziom zmierzającym na poranną mszę świętą do sandomierskiej Fary Narodzenia Najświętszej Panny Maryi jako i też do innych kościołów, lżej się jakoś zrobiło na sercach, a i twarze im poweselały. 

Jeden tylko, tak na oko wyglądający na jakieś 12-13 lat, dzieciak wlókł się, noga za nogą, w stronę skąd dobiegał dźwięk dzwonów, z twarzą smutną i oczami poczerwieniałymi od ledwo co obeschłych łez. I nie dziwmy mu się, że święta nie wprowadziły go tak, jak mijanych przez niego przechodniów, w radosny i podniosły nastrój, oto bowiem w chatynce krytej strzechą, złożonej z dwóch izb zaledwie, a przyklejonej do brzegu lessowego parowu przecinającego wpół stok wzgórza, na którym rozpołożyło się Przedmieście Zawichojskie, ciągnący się od Żmigrodu23 ku bramom miejskim, umierała matka chłopaka.

Co jej było? A któż to mógł wiedzieć. Bolało ją w sobie i z wielkim trudem oddychała. Na medyków nie było grosza. Chłopaczyna przez całe minione lato i jesień chadzał tedy do mocno zapuszczonego a właściwie całkiem już opuszczonego ogrodu roślin leczniczych, co to go przed z górą dwustu laty na tymże Przedmieściu Zawichojskim założył był lekarz i kanonik sandomierski, wielebny Marcin z Urzędowa, a którego nędze resztki zachowały się jeszcze na mało dostępnych zboczach pagórka, gdzie raczej się same rozsiały, niż stanowiły pozostałość pierwotnych nasadzeń. 

Co starsi przedmieszczanie, których naddziadowie jeszcze u księdza Marcina w rzeczonym ogrodzie narabiali24, a podpytywali go wtenczas, jakie zioło, na jaką chorobę czy dolegliwość jest skuteczne, a tę wiedzę przekazali swoim dzieciom i wnukom, doradzali chłopaczynie, czego to by mógł nazrywać, co by matce jakąś ulgę przynieść mogło. 

I tak to szło.

Ni napary, ni odwary, ni tynktury25 nastawiane na okowicie, którą z trudem wyżebrywał w pobliskiej gospodzie, ani wyzdrowienia, ani ulgi nawet nie przynosiły. Matkowina schła i cierpiała coraz większe bóle.

Nijakie życie. Zatroskane, smutne, niepewne, bolesne i trudne. Chłopaczyna przecie ciągle nie tracił nadziei, bo zdawało mu się, że Pan Bóg oraz owe zioła, a może raczej Pan Bóg przy pomocy ziół owych, sprawią, że kobieta w końcu podźwignie się z przepoconej pościeli i będzie tak jak dawniej, jak wprzódy, jak wtedy kiedy niemoc nie zalazła była jeszcze do ich chałupy i nie zagnieździła w niej.

Nadzieje jednak rozwiał pewien medyk, który ze Lwowa do Sandomierza bryką wędrował, a zbliżywszy się ku obrębowi tegoż ostatniego, wstąpił do ichniej chatki, by spytać o drogę do szkoły zwanej Academia Gostomiana26 ojców jezuitów, które pan Gostomski, wojewoda poznański i starosta sandomierski przed wiekiem ufundował. 

Doktor, skoro już wlazł był do izby, w której pojękiwała chora, zapewne kierowany ciekawością, a może i z litości, widząc tak nieopisaną nędzę, zbadał kobiecinę. Niech mu ta za to Pan Jezus błogosławi! Potem zaś wywołał chłopaka do sionki i tam ogłosił diagnozę i wyrok zarazem:

- Carcinoma. 

- A cóż to takiego?

- Rak. Rak ją we środku toczy. Jakem żebra obmacał to i w nie się wgryzł. Guzam wielkiego pod palcami wyczuł na plecach, na boku prawym, na pięć palców od kręgosłupa, wielki niczym pięść.

- I jakoż to rokuje, wielmożny panie? - zapytał młodzik. 

Lekarz trochę się stropił i zakłopotał jakby, wzrok spuścił, w końcu jednak głowę podniósł, nadal jednak unikając oczu chłopca, zapytał:

- Jakże ci, młodzieńcze, na imię? 

- Mikołaj, dostojny panie. 

- Cóż, Mikołaju... Jakby to rzec... Pożyje jeszcze... może trzy, może cztery miesiące. Jak Pan Bóg pozwoli... może dociągnie do maja... No, bywaj, czas na mnie. 

Chłopak spojrzał ze łzami w oczach na chorą, a widząc, że przysnęła, przywdział kapotę, czapkę, gołe dłonie zasunął głęboko w postrzępione rękawy, bo rękawic nie miał, i wyszedłszy na ulicę, powlókł się ku kościołowi.

A dzwony biły... i biły... uroczyście... a łzy ciekły po policzkach... a gorycz zalewała ściśnięte gardło... a szloch szarpał piersią... a beznadzieja wgryzała się w duszę...

A dzwony biły i biły, i biły... bez ustanku... Spiżowo się niosły nad ośnieżonymi dachami, wtórując krakaniu gawronów i piskliwemu, skrzekliwemu jazgotowi kawek...

 

* * *

 

Majowy poranek był ciepły i słoneczny. Wielki złocisty słoneczny krąg wypełzał ponad Góry Pieprzowe27 i wspinał się po błękitnym baldachimie nieboskłonu rozpostartego nad Sandomierzem. Zbocza i wierzchołki wzgórz, na których rozsiadło się miasto, chłonęły chciwie owo ciepło i syciły się nim. Tylko po wąwozach, w ich mrocznych głębiach, kryły się resztki chłodu, a gdzieniegdzie i kłaki mgły. 

Mikołaj obudził się bardzo zmęczony, przez całą bowiem prawie noc czuwał u wezgłowia matki, a zdrzemnął się dopiero wtedy, gdy niebo na wschodzie zaczynało szarzeć.

Uniósł się na łokciu i zaczął nasłuchiwać, ale oprócz szczebiotu ptaków za oknem niczego więcej nie słyszał. Zerwał się tedy z pościeli i nie szukając chodaków, boso, czując pod stopami wilgotny chłód glinianej polepy, bo podłogi w chałupie nie było, podbiegł ku posłaniu matki. Leżała cicha i milcząca. Oczy miała przymknięte za to usta rozwarte jakby w niemym krzyku. Chłopak załkał, przykucnął na piętach i zaczął całować zimne i sztywniejące już dłonie nieboszczki. Potem znieruchomiał, klęcząc przy jej ciele przez dłuższą chwilę, aż w końcu zebrał się w sobie, założył portki, chodaki, koszulę i wyszedł na dwór.

- Ludzie, ludzie! - zaczął wołać w głos, bo nic innego nie przyszło mu do głowy. - Ludzie! Ludzie! 

Jacyś przechodnie się zatrzymali.

- A cóż ta się stało, chłopczyno? - zapytał ktoś. 

- Matuś mi umarła... 

A potem wszystko się działo jakby poza świadomością Mikołaja. Niby stał i przyglądał się, jak przybyli sąsiedzi, bo krewnych nijakich w mieście nie miał, jak podwiązywali zmarłej brodę, jak wyciągali z nadpróchniałego wytartego kufra jedyną odświętną sukienkę i znoszone buciny i ubierali ją... Ktoś przyniósł świece, ktoś kromkę chleba z masłem dla niego... Ktoś go przytulił do piersi, ktoś mówił coś zatroskanym głosem...

Sąsiad zajmujący się stolarstwem przydźwigał prostą sosnową trumnę, którą oddał za darmo, mając świadomość, że Mikołaja na nią nie stać. Nie oczekiwał też, że kiedykolwiek chłopak mu zwróci pieniądze. Bo niby skąd? Taki nędzarz... choć szlachcic...

Ułożyli dobrzy ludzie zmarłą w trumnie, podścielili jej pod głową świeżym sianem i wiórami, dłonie opletli różańcem...

Rozległy się chóralne modły za nieboszczkę. Litania za zmarłych i do wszystkich świętych... Wieczne odpoczywanie... niezliczone Ojczenasze i Zdrowaśki... 

A potem wszystko ucichło, tylko ponad dachami miasta niosły się dźwięki dzwonów wzywające na Anioł Pański... 

Płomień gromnicy już ledwo pełgał po poskręcanym, zwęglonym knocie, aż w końcu wystrzeliwszy raz i drugi w górę, zgasł...

 

* * *

 

- A masz ty dziecko jakie pieniądze na pochówek? - zapytał pleban, ksiądz Stefan Żuchowski28, spoglądając spod brwi na Mikołaja. 

- Nie mam. 

- To jakże będzie? Tedy trza pod murem, bez pokropku?... W niepoświęcanej ziemi? 

- To jakże to, dobrodzieju? Czymże matka zgrzeszyła, że ją razem z samobójcami i komediantami29 mam chować? No czym? - w oczach zaszkliły mu się łzy. 

Ksiądz wzruszył ramionami.

- Może cię kto zechce poratować? Może pożyczy jakiś grosz? 

- Nikt nie pożyczy - chłopak przecząco pokręcił głową. - Wszyscy wiedzą, że nie oddam, bo i z czego? 

- No i cóż ja z tobą pocznę? - głośno westchnął ksiądz. Co ja pocznę? Ale nijak cię tak zostawić. No niechże już będzie, na chwałę Bożą... ten uczynek miłosierny co do ciała... umarłych grzebać. Niechże będzie. No, nie trap się już, jakoś temu zaradzimy. Pochowam matkę, ale na mszę nie licz, ani na dzwony. Pogrzebiemy ją w poświęcanej ziemi i pokropek też będzie. Skromnie, ale po chrześcijańsku. Ale, ale? A sakramenta przyjęła? Ostatnie Namaszczenie? Ciało Pańskie? No tak, przecie przyjęła - zreflektował się pleban - przecie sam ją pozawczoraj na ostatnią drogę zaopatrywałem. No tak. No to bywaj chłopcze. Do jutra. 

- Bóg zapłać, dobrodziejowi - powiedział Mikołaj z nieskrywaną wdzięcznością i pocałował księdza w rękę. 

 

* * *

 

Zmierzchało. Słońce skryło się za horyzontem i tylko krwawo podświetlało obłoki leniwie sunące po niebie. Mikołaj nie wiedział, co ma teraz począć, gdzie się podziać. Bał się wrócić do chałupy i spędzić noc razem z umarłą. Na samą myśl o tym przebiegły go dreszcze.

Nie znał nikogo, u kogo mógłby przenocować. A właściwie to nie tak, mógł poprosić o nocleg któregokolwiek z sąsiadów i pewnie by mu nie odmówiono, ale krępował go jakiś wstyd, jakiś niedookreślony lęk. Nie przełamał się. Wyszukał sobie zaciszne miejsce nieopodal Bramy Zawichojskiej, skulił się, przycupnął, przymknął oczy i próbował usnąć. Mimo iż był to prawie koniec maja, noce były chłodne, a on - w porciętach tylko i połatanej koszulinie. Zaczął się trząść z zimna, dzwoniąc zębami. Pomyślał, że nie dotrwa tu do świtu, do domu jednak bał się wracać.

- Może to zimno mnie zabije. Może zemrę do rana... Już bym się nigdy o nic nie trapił... - powiedział półgłosem sam do siebie. 

- I któż to pragnie śmierci? - usłyszał pytanie, które zadał jakiś głęboki o aksamitnym tembrze męski głos z ledwo dostrzegalnym cudzoziemskim akcentem, dobiegający z najgłębszego cienia zalegającego załom pobliskiego muru.  

- Kto tam? - wystraszył się Mikołaj. 

Z mroku wychynęła jakaś postać. Postąpiła kilka kroków w stronę chłopca, zatrzymała się i spod poły czarnej, podbitej czerwoną podszewką, obszernej peleryny wydobyła ślepą latarnię, którą uniosła, by oświetlić swoją sylwetkę i twarz.

Był to mężczyzna z wyglądu około czterdziestoletni, szczupły i zgrabny, o twarzy inteligentnej i szlachetnych arystokratycznych rysach. Twarz miał gładko wygoloną, głowę nakrytą trikornem30, spod którego wyglądała skromnie ufryzowana peruka. 

- Nie bój się chłopcze. Podejdź do mnie i powiedz, co cię trapi. 

Mikołaj jednak przejęty lękiem, oniemiały, począł jeszcze bardziej drżeć i kulić się w swojej kryjówce.

- Nie lękaj się chłopcze - powtórzył nieznajomy. - Jestem, markiz Balletti, hrabia de Montferrat, hrabia Bellamarre, hrabia de Saint-Germain i nie mam zamiaru cię skrzywdzić. A być może będę mógł ci pomóc? Kto wie?... 

Chłopiec wypełzł więc zza krzaka, za którym był schowany. Wstał i niepewnie stawiając kroki, zbliżył się do przybysza.

Ten ostatni poświecił mu w twarz, zajrzał głęboko w oczy, ujął za rękę i wymówił tylko jedno słowo:

- Chodź... 

 

* * *

 

Mikołaj obudził się rześki i wypoczęty. Leżał w miękkiej puchowej pościeli, która aż lśniła czystością. Ze zdumieniem skonstatował, że ma na sobie równie czystą koszulę nocną uszytą z delikatnego bawełnianego materiału i sam też jest czysty, choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz brał kąpiel. Pewnie przeszłego roku w Wiśle, w czerwcu, na święty Jan...

Był zdezorientowany. Ostatnie co pamiętał, to spotkanie nieznajomego nieopodal murów miejskich w pobliżu Bramy Zawichojskiej. A co było potem, umknęło mu z głowy. Jakby się zapadł w jakąś smolistą bezdeń.

Czym prędzej wstał z łóżka i rozejrzał się po pokoju. Zdało mu się, że jest w jakimś zaczarowanym miejscu, chociaż była to tylko miejscowa gospoda, w której można też było wynająć izbę na nocleg.

Zerknął w stronę okna i zauważył stojącą na prostym jesionowym stoliku wielką glinianą misę o ciemnozielonej polewie i takiż dzban z wodą. Obmył się, wytarł świeżym lnianym ręcznikiem i począł się rozglądać za przyodziewkiem. Ale jego starych brudnych i zniszczonych łachów nigdzie nie było widać. Spostrzegł natomiast nowe ubranie - gatki, atłasową koszulę, czarną obszerną aksamitną kurtkę cudzoziemskiego kroju ze srebrzonymi guzami, takiej samej barwy spodnie z burety31 sięgające kolan, białe jedwabne pończochy i wsuwane skórkowe półbuty na obcasie z posrebrzanymi klamrami. 

Z pewnym wahaniem, niemniej przyodział się w to, co znalazł i zerknął w niewielkie lusterko oparte o ścianę nieopodal dzbanka z wodą. Zdumiał go własny wygląd. Już nie był tym obdartym nędzarzem, lecz jakowymś cudzoziemskim paniczem szlachetnego rodu. Oto co może suknia uczynić z człowieka...

- Podobasz się sobie? 

Na dźwięk tych słów Mikołaj odwrócił się gwałtownie. W drzwiach izby stał jego wczorajszy wybawiciel i duch opiekuńczy, za jakiego go uznał - hrabia Bellamarre. 

- Tak, panie, bardzo... czy to ubranie naprawdę należy do mnie? Jak mam się za nie odwdzięczyć? Jak, panie? Najwyżej mogę odpracować. Weź mnie ze sobą, a będę ci wiernie służył z całych sił i z całego serca! 

Bellamarre jednakże przecząco pokręcił głową. 

- Nie, chłopcze, być może kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Dziś mówisz to pod wpływem impulsu, odczuwasz wdzięczność i poczuwasz się do obowiązku, tę wdzięczność mi okazać jak możesz i jak potrafisz. A zatem jest to niejako wymuszone okolicznościami. Ja natomiast - bynajmniej nie odtrącając ciebie ani twojej oferty służenia mi - powiem ci, że jeszcze nie teraz, nie dziś. Musiałbyś tego zapragnąć z całej duszy i świadomie i dobrowolnie. Całkowicie wolny, bez jakiegokolwiek przymusu zewnętrznego, choćby nawet w postaci takich okoliczności, jakie właśnie tu i teraz zaistniały. Czy mnie rozumiesz? 

- Nie, panie hrabio... nie pojmuję waszych słów... 

- Wystarczy, że dobrze je zapamiętasz, zrozumienie nadejdzie z czasem. 

- Co zatem ze mną będzie? 

- Nie trap się tym, Mikołaju. Zatroszczę się o ciebie. A teraz idźmy na śniadanie. 

 

* * *

 

Ksiądz Żuchowski, doktor obojga praw32, pleban z parafii chłopczyny, nerwowo wyłamywał palce, jednocześnie nie umiejąc ukryć bezbrzeżnego zdumienia, jakie wywołało u niego pojawienie się tak odmienionego Mikołaja i jego mentora, bo za kogoś takiego duchowny wziął hrabiego. Ale o nic nie pytał, mając nadzieję, że cudzoziemski przybysz sam mu wszystko wyjaśni.

Bellamarre jednak nie był skory do rozmowy. Rozsupłał sakiewkę i wysypał na stół kilkanaście złotych dukatów weneckich.

- Wystarczy na przyzwoity pochówek? Na grabarza? Na nabożeństwo? Na świece, na organy, na chorągwie i latarnie? Na dzwony? 

- Panie hrabio! Nie znajduję słów! Z naddatkiem, z naddatkiem wystarczy. I na kilka mszy jeszcze po pogrzebie także! Na kilka mszy... 

- Nie wiem, czy te msze są akurat konieczne - powiedział półgłosem hrabia i skrzywił się przy tym z niesmakiem. 

- Ależ oczywiście, że konieczne! Panie hrabio!... A może Panie markizie? 

- Cóż... Skoro tak... Zatem rzecz mamy załatwioną. A zwracajcie się do mnie jak wam wygodniej, oba tytuły mi przysługują. Ach! Jeszcze jedno! - hrabia ponownie wyjął sakiewkę, wydobył z niej kilka sztuk złota, położył na stole i dłonią przesunął w stronę duchownego. - Byłbym niezmiernie zobowiązany, gdyby ksiądz dobrodziej zadbał też o postawienie przyzwoitego nagrobka na mogile. Niechże będzie marmurowy, polerowany, w formie obelisku, z napisem kto i kiedy został pod nim pogrzebany.

Ksiądz nic już nie powiedział, tylko oderwawszy oczy od monet, z niekłamanym podziwem spojrzał na twarz Bellamarre'a i poważnie skinął głową. 

 

* * *

 

Do głębokiej, wąskiej jamy wykopanej w żółtej lessowej glince, w niezbyt wielkim oddaleniu od muru cmentarnego zbudowanego od strony prezbiterium kolegiaty, wpuszczano zawieszoną na mocnych konopnych linach prostą trumnę, z wierzchu tylko przyozdobioną krucyfiksem. Miejsce było dobre, od północy osłonięte ceglanym gotyckim gmachem świątyni, z drugiej zaś otwarte na przepiękne widoki, na Wisłę wijącą się w kształt litery S, na zamek królewski i starożytny kościół św. Jakuba, na sady i winnice, porastające wygrzewające się pod południe stoki sandomierskich wzgórz.

Kiedy trumna dotknęła już dna cmentarnego dołu, uczestnicy pogrzebu, a w szczególności kobiety, pożegnali zmarłą przejmującym zawodzeniem:

 

Żegnam cię, mój świecie wesoły,

Już idę w śmiertelne popioły;

Rwie się życia przędza,

Śmierć mnie w grób zapędza...

 

Żegnam was, mili przyjaciele,

Mnie pod głaz czas grobowy ściele;

Już śmiertelne oczy

Sen wieczny zamroczy... 

 

Śpiew ustał, ksiądz dokończył modły, rzucił na wieko trumny przygarść żółtej ziemi, w ślad za nim poszedł Mikołaj, poszli i inni. Z wyjątkiem hrabiego, który stał w oddaleniu, opierając się ramieniem o stary, na wpół uschły już wiąz.

Grube i węźlaste korzenie drzewa wystawały ponad ziemię, a między nimi roiło od setek bezskrzydłych owadów z czarno-czerwonym wzorem na plecach - kowali33, czy też jak tu potocznie mówiono kowalików. I rzecz dziwna, kiedy tylko Bellamarre zbliżył się do wiązu, owady w ogromnej panice rozbiegły się, kryjąc w szparach pnia, w załomkach kory i pod korzeniami traw. W ciągu kilku zaledwie sekund nie było już widać ani jednego z nich... 

 

* * *

 

Hrabia Bellamarre siedział naprzeciwko ojca rektora sandomierskiej Akademii jezuickiej, przez miejscowych zwanej Gostomiana, albowiem to pan Hieronim Gostomski, starosta sandomierski i wojewoda poznański, ją fundował. Komnata, w której się znajdowali, była obszerna i widna, obielona wapnem. Przy ścianach stały ciemne dębowe regały sięgające sklepionego sufitu, szczelnie wypełnione oprawnymi w skórę woluminami. Powietrze nasycone było wonią owych starych ksiąg, uschłych kwiatów i liści, zapewne powklejanych do zielników, i czymś jeszcze niedookreślonym, trącącym ledwo wyczuwalną nutką żywicy drzewa kadzidlanego i olejku z drzewa kasji34. 

- Moim życzeniem, ojcze, byłoby, aby przyjęto do waszej Akademii pewnego chłopca, lat około dwanaście liczącego. Sierotę. Z tego miasta rodem. Na jego wychowanie i edukację chcę przeznaczyć pewną sumę, która winna wystarczyć na ten cel. 

- A co pana, panie hrabio, łączy z owym młodziankiem? Pokrewieństwo jakoweś? 

- To tylko uczynek miłosierdzia - odrzekł wymijająco hrabia. 

- Pięknie, pięknie! Wielka to zasługa! Taka bezinteresowność... Godna pochwały... Niechże pan będzie pewny, panie hrabio, zostanie to kiedyś wynagrodzone. 

Bellamarre uśmiechnął się jakby z ironią, a może nawet z odrobiną drwiny. Dziwny grymas jego ust zwrócił uwagę duchownego, jako niestosowny w tych okolicznościach, ale nie skomentował go. 

- Przejdźmy zatem do rzeczy - powiedział hrabia. - Tu są pieniądze za sześć lat nauki i opieki nad chłopcem. Dołożę do nich jeszcze kwotę, która, w razie potrzeby mogłaby zostać wykorzystana na pokrycie nieprzewidzianych wydatków - wysokości jakby jeszcze dwuletniego czesnego. A tu - Bellamarre wyjął kolejną garść złotych dukatów weneckich - tu jest skromna ofiara na rzecz zakonu i szkoły. 

Jezuita patrzył zdumiony na stos nowiutkich, połyskujących żółtawo monet. Z grubsza oszacował ich wartość i aż pokręcił głową skonsternowany. Czegoś takiego się nie spodziewał, do czegoś takiego nie był nawykły. 

- Cóż, panie hrabio, zgoda. Przyjmiemy pańskiego protegowanego. Ponieważ jednak mówię to otwarcie i szczerze, ofiarowana kwota po wielokroć przekracza koszty utrzymania w konwikcie i nauki, a na dodatek... ta ofiara na rzecz zakonu... chciałbym więc... taaak... chciałbym zapytać, czy ma pan hrabia jakieś szczególe wymagania, tudzież życzenia? 

- Owszem, mam. Pragnę, aby chłopiec w ciągu tych sześciu lat, oprócz normalnego programu szkoły, wyuczył się biegle mówić nie tylko po łacinie i grecku, ale także po hebrajsku, po francusku, angielsku, włosku i niemiecku. Rozumiem, iż może zbyt wygórowane to oczekiwania, tym bardziej że będziecie mieli do czynienia z analfabetą, ale wierzę, iż zdolności dydaktyczne ojców profesorów są na jak najwyższym poziomie, sądzę zatem, że poradzą sobie z takim niecodziennym nieco wyzwaniem. 

- A czy pan hrabia sądzi, że uczeń temu podoła? Może się przecież okazać wyjątkowo tępy?

- Cóż, oczywiście może się tak zdarzyć, jednakowoż nie sądzę... Na koniec jeszcze jedno. Życzę sobie, aby przez cały okres pobytu był ubierany bez przepychu, ale zawsze wedle gustu bieżącej mody, na sposób ludzi wysoko urodzonych. Och, byłbym zapomniał! Proszę go ponadto wyuczyć dobrych manier, tak by w przyszłości nikomu nawet nie przyszło na myśl, iż urodził się i wychowywał śród gminu... boć to szlachcic, tyle że nędzarz... taki los... ale może teraz się odmieni?... 

- Pan hrabia zamierza go usynowić?

- Być może... w pewnym sensie... To jeszcze nic pewnego... ale... być może... I wreszcie, ojcze, w ojca ręce składam depozyt, jest tu osiemnaście tysięcy luidorów35. Oddacie je chłopcu, gdy minie sześć lat licząc od dzisiejszego dnia. Bez względu na to, czy ja się tu pojawię, czy też nie. Ufam w ojca uczciwość i honor. 

- Daję słowo - wyszeptał jezuita porażony wysokością kwoty.

- Czy jest ojciec szlachcicem?

- Och, tak! 

- Zatem to słowo mi wystarczy... bo... księdzu bym nie dowierzał... 

Jezuita zaczerwienił się, ale przełknął tę obelgę i siląc się na spokój, zapytał:

- A jeśli pański podopieczny ów posag, bo jakże to inaczej określić, roztrwoni? 

- Już to wasza rzecz, ojcze, by go tak wychować, iżby nie roztrwonił.

Hrabia powstał. Jezuita również.

- Tymczasem się pożegnam, a chłopca przyprowadzę tutaj jutrzejszego ranka.

- Jak pan hrabia sobie życzy - rektor uprzejmie skłonił głowę, po czym podprowadził gościa ku drzwiom. 

Znalazłszy się na korytarzu, Bellamarre podziękował: 

- Dalej już sam trafię.

I ruszył długim korytarzem ciągnącym się przez całą długość budynku w stronę frontowego wyjścia. Echo jego kroków odbijało się od ścian i sklepienia. Na koniec zaskrzypiały, a potem z łoskotem zamknęły się drzwi wiodące na podwórzec szkoły... 

Niebo mroczniało. Nadciągał majowy zmierzch 1704 roku... Gdzieś od zachodu, z oddali, zza płomieniejącego jeszcze resztkami zórz horyzontu dało się słyszeć pomruk nadciągającej burzy... 

 

 

Zmiażdżony

 

Biskup Ypres

 

Miało się ku wieczorowi. Słońce nad Leuven jeszcze nie całkiem się skryło za dachami domostw, a jego ostatnie promienie rozpalały ogniki pełgające złocistokrwawymi plamami na szybach ostrołukowych, zdobnych koronkową nieomal kamieniarką, okien kościoła Świętego Piotra. 

W nieodległym budynku, w obszernej komnacie, na pociemniałym ze starości dębowym łożu przyozdobionym wspaniałą snycerką w motywy roślinne i nakrytym baldachimem, spoczywał mężczyzna w sile wieku jeszcze, bo pięćdziesięciotrzyletni, chociaż wyniszczony ascetycznym trybem życia i chorobą wyglądał na dużo więcej. Miał woskowożółtą pociągłą twarz, wydatny lekko garbaty nos, niezbyt gęsty ciemny zarost okalający podbródek, wąsy i starannie wygolone policzki. Z rysów twarzy, układu warg i nerwowych grymasów można było wyczytać, że to choleryk, któremu lepiej schodzić z drogi. Teraz jednak był bezsilny. Gdyby mu się przyjrzeć dokładniej to mimo półmroku zalegającego sypialnię, w blasku kilku zaledwie drżących płomyków świec, można byłoby dostrzec, poczerniały czubek jego nosa, jak również czarne i martwe, dotknięte zgorzelą, końce palców i to od koniuszków paznokci aż po stawy pierwszych paliczków nieomal.

Przy łożu stało dwóch lekarzy, w długich do kostek płaszczach koloru sadzy, z szerokimi rękawami. Na twarze mieli nałożone maski przypominające ptasie głowy z okrągłymi, wyłupiastymi oczami i długimi zakrzywionymi białymi dziobami, na głowach zaś szczelnie opiętych czarną materią nosili, również czarne, okrągłe płaskie kapelusze z niezbyt szerokimi rondami. Jeden i drugi trzymali w rękach coś, co przywodziło na myśl magiczne różdżki.

U wezgłowia pochylał się nad leżącym jakiś mocno wiekowy księżyna, tak suchy i pomarszczony, że równie dobrze mógł mieć lat dziewięćdziesiąt, jak i sto pięćdziesiąt. Sługa boży po wyspowiadaniu i udzieleniu Ostatniego Namaszczenia zaopatrywał chorego Wiatykiem6, ekspediując go na drugą stronę życia. Mimo odrażającego wyglądu cierpiącego, świadczącego o śmiertelnej chorobie, duchowny nie okazywał ni lęku, ni wstrętu. Zapewne uznał, że przeżył już tyle lat, iż miesiąc czy dwa, no niechby nawet rok dłużej, nie zrobi mu większej różnicy.

Gdy skończył, a chory, przymknąwszy oczy, modlił się, bezgłośnie poruszając wargami, lekarze przystąpili do okadzania go dymem z suszonych ziół, a czoło i piersi natarli mu nastojem octowym, w którym macerowały się driakiew, piołun, ruta, rozmaryn, szałwia, tymianek, bieluń7 i jeszcze jakieś inne rośliny lecznicze. Robili to już jednak bez przekonania, mieli bowiem świadomość, że nadeszły ostatnie chwile dla ich pacjenta i nie dożyje dalej niż do nocy. Dopadła go bowiem czarna śmierć w swej najstraszliwszej, posocznicowej postaci, która zabijała najpóźniej w ciągu drugiej doby. A właśnie druga doba mijała... 

Kiedy medycy odstąpili od niego, umierający skinął dłonią w kierunku wiekowego duchownego, a ten zbliżył się do łoża.

- Przyjacielu - powiedział chory - podaj mi, proszę, ów list do papieża, który ci rano podyktowałem, chcę go podpisać. Podaj mi też rękopis mego dzieła, który dołączysz do listu i poślesz do Rzymu, aby uzyskać aprobatę Stolicy Apostolskiej i oddać książkę do druku. Chcę ostatni raz spojrzeć i dotknąć tych kart, nad którymi strawiłem więcej niż dwadzieścia lat życia...

Umierający wyraźnie zmęczony osunął się głębiej w pościel i oddychał z trudem. Ksiądz podszedł do łoża, jak najciszej stawiając stopy, by odgłos kroków nie odbijał się od mozaikowej posadzki.

Jeden z lekarzy uniósł chorego do pozycji siedzącej i podparł mu plecy poduszkami. Ten ostatni podziękował skinieniem głowy, ujął w palce gęsie pióro umoczone w inkauście, które mu podał ksiądz i z trudem podpisał dokument spoczywający na drewnianej podkładce umieszczonej na jego kolanach. Potem zaś, oddawszy wpierw pióro, położył prawą dłoń na pliku kart gęsto zapisanych równymi rzędami liter. Przerzucił kilka arkuszy, znów złożył je razem, pogładził rękopis czule, jakby gładził główkę dziecka - bo też to i było dziecko, dziecko jego umysłu - i po raz ostatni wypuściwszy powietrze z płuc, wyzionął ducha.

Lekarze o wyglądzie drapieżnych ptaków, jakby z majaków sennych wyjęci, skinęli poważnie głowami, a ksiądz-staruszek nabożnie się przeżegnał. Po czym wszyscy trzej wyszli z sypialnej komnaty.

Na łożu został sam umarły. Był to Cornelius Jansen doktor teologii, rektor Uniwersytetu w Leuven i biskup Ypres, którego podobnie jak tysiące innych ludzi ukąsiło jadowite żądło szalejącej zarazy.

Dzień 6 maja 1638 roku zbliżał się ku końcowi... 

Zdawać by się mogło, że gdy już Cornelius Jansen osiągnął najwyższe zaszczyty, jakich mógł dostąpić syn ubożuchnych rodziców, bo odebrawszy pierwej znakomite wykształcenie na kilku europejskich renomowanych uniwersytetach, w ostatnich czterech latach życia otrzymał stopień doktora teologii Uniwersytetu w Leuven, został rektorem tejże uczelni, a zaraz potem biskupem Ypres, to będzie mógł już spokojnie pożywać owoce swojego trudu. Tymczasem skosiła go czarna śmierć... Jak byle kogo... niczym żebraka... 

 

 

Augustinus

 

Wkomnacie, której ściany wyłożone były boazerią z barwionej na heban dzikiej gruszy, ozdobioną kunsztowną snycerką, w głębokim wygodnym fotelu obitym ciemnofiołkowym kurdybanem, tłoczonym w roślinne, pokryte srebrem wzory, siedział dostojny starzec, z wyglądu mogący liczyć jakieś siedemdziesiąt albo i więcej lat. Był nieco kościsty, o pociągłej twarzy, oczach lekko wyłupiastych, obwisłych siwych wąsach i równie siwej, przyciętej prawie w prostokąt, brodzie. Brwi miał jednak czarne i gęste wyraźnie kontrastujące z zarostem. Głowę starca okrywało karmazynowe camauro8 oblamowane gronostajami9. Ubrany był w białą, uszytą z jedwabnej mory sutannę, na którą nałożona była muślinowa komża, ramiona zaś okrywała mu karmazynowa mozzetta10. Spod sutanny wystawały stopy starca obute w również karmazynowej barwy pantofle uszyte z atłasowej pruneli11, których noski były przyozdobione wyhaftowanymi złotą nicią krzyżami. Tym starcem był Maffeo Barberini, czyli papież Urban VIII. 

Naprzeciwko papieża siedziało dwu jezuitów. Jeden z nich trzymał na kolanach okazały, otwarty mniej więcej w połowie, nieoprawny manuskrypt formatu in plano12, ale nie spoglądał na tekst, tak jakby znał go już na pamięć. 

Papież, zwracając się do niego, zapytał:

- Przypomnij, ojcze... jakiż to pełny tytuł nosi dzieło biskupa Jansena? 

- Augustinus Cornelii Jansenii, Episcopi, seu Doctrina Sancti Augustini de Humanae Naturae, Sanitate, Aegritudine, Medicina adversus Pelagianos et Massilienses13 - ojcze święty - duchowny z szacunkiem skłonił głowę. - Cornelius Jansen - kontynuował - przez większość dorosłego życia interesował się problemem łaski, który - opierając się na dziełach św. Augustyna - starał się rozwikłać do końca. Owocem zaś owych ponad dwudziestoletnich przemyśleń jest właśnie ten manuskrypt, zawierający wszystkie jego wnioski dotyczące tejże kwestii. Przysłał go Waszej Świątobliwości do oceny i aprobaty... 

- Drogi księże! - papież się skrzywił. - Przejrzeliśmy Augustinusa, i owszem, ale nie mamy już sił, by go gruntownie przestudiować. Prawdę powiedziawszy, niewiele z tego zrozumieliśmy. Polegamy więc na waszej ocenie. Będziemy ci wdzięczni, jeśli zechcesz nam przedstawić esencję nauki Jansena. 

Jezuita skinął głową, a papież przymknął oczy i jął pilnie, w skupieniu, słuchać.

- Tak oczywiście. A oto i ona: Popełniając grzech pierworodny, człowiek stracił nieograniczoną wolną wolę. Jej miejsce zajęły dwie żądze: dobra - niebieska i zła - ziemska. Każdy czyn, tak dobry, jak i zły, jest uzależniony od tego, która z żądz jest w danej chwili silniejsza. Człowieka wspomaga Łaska Boża, której przeciwstawić się nie jest w stanie. Każdy więc czyn ludzki spełniany jest pod przymusem zewnętrznym. Łaska Boża bywa jednakowoż silniejsza lub słabsza od żądzy zła. Z tego wszystkiego wynika zatem, że Bóg, żądając spełnienia przykazań, żąda rzeczy dla człowieka niemożliwej. To tak, ojcze święty, w wielkim skrócie... 

- Och! - papież spojrzał w górę, rozłożył dłonie i impulsywnie je uniósł. - Od tego poglądu już tylko krok do nauki o predestynacji, która stanowi jeden z najważniejszych punktów w doktrynie tego arcykacerza Kalwina! 

- Tak, to prawda. Ale Jansen nie odważył się wydać Augustinusa za swojego życia. Przed śmiercią natomiast polecił przesłać go do Rzymu, na twoje ręce, ojcze święty. W zakończeniu księgi umieścił nawet takie zdanie: Pozostawiam tę pracę do osądu Kościołowi Rzymskiemu. Jego samego nie ma zatem za co potępiać. Co innego poglądy... 

- I kiedyż ją przysłał? 

- Raczej przysłano w jego imieniu, bo sam wcześniej zmarł. 

- Zatem kiedy przysłano? 

- W maju 1638... 

- I?... 

- I, niestety, ojcze święty. Nie udało się zaradzić złu. 

- A to dlaczego? 

- Ponieważ nie czekając na osąd Świętej Inkwizycji, znaleźli się ludzie, którzy wydali ją drukiem w roku 1640... 

- Gdzie? 

- W Louvain... a bieżącego roku także i w Paryżu... 

- Niedobrze - papież z dezaprobatą pokręcił głową. - Zatem nic już nie można poradzić?... I co mamy teraz czynić? 

- Zostawić wszystko w spokoju, a z czasem moda na tę nowinkę się skończy i samo wszystko ucichnie. A teraz? Cóż... inutile piangere sul latte versato.14 - powiedział jezuita, mrużąc powieki i rozkładając ręce. 

- Nie, nie! - tak nawet myśleć nie można! Działać... trzeba działać! Dlaczego nie reagowaliście szybciej? Przecież mieliście na to całe dwa lata!

- Ojcze święty... wszak wiesz... młyny Boże mielą wolno, a kościelne jeszcze wolniej... 

Urban VIII pokręcił tylko głową z dezaprobatą i nic już na to nie odrzekł. 

Zapadło długie i niezręczne milczenie, które w końcu przerwał papież. 

- Przygotujcie opinię, a potem się zastanowimy co mamy uczynić w tej kwestii.

- Oczywiście, wasza świątobliwość...

Papież, wyraźnie zmęczony, znów przymknął oczy i gestem dłoni odprawił jezuitów. 

 

* * *

 

Urzędnikom kurii rzymskiej jednak nadal się nie śpieszyło. Zbadanie dzieła Jansena trwało bardzo długo i Święta Inkwizycja wypowiedziała się na jego temat dopiero w roku 1641, a zatem blisko trzy lata po dostarczeniu jej rękopisu do zaopiniowania i kilkanaście miesięcy po jego wydaniu drukiem. Oczywiście, jak można się domyślić, ocena Augustinusa nie była mu przychylna - wręcz przeciwnie, księga została potępiona. Do owego wyroku skłonił się również i papież Urban VIII, zatwierdzając go w roku następnym, czyli 1642, bullą In eminenti15. 

Jednakowoż z chwilą, gdy ów dokument został opublikowany, natychmiast podniósł się gromki krzyk protestu przeciw takiemu stanowisku Rzymu. I nie dziwota, ponieważ Cornelius Jansen zostawił po sobie licznych uczniów i zwolenników głoszonych za życia i zawartych w Augustinusie poglądów, co stało się w późniejszych dwóch stuleciach przyczyną gorzkich podziałów w Kościele, walk, wzajemnych oskarżeń, ataków, ale także zdarzeń nadzwyczajnych i... ale o tym później. 

W roku 1644 Urban VIII odszedł do wieczności, nie doczekawszy się spokoju w Kościele. On sam, co prawda, uwolnił się od owego ciężaru, jednakże zażegnywanie sporów i walka z jansenistyczną herezją spadła na barki jego następców. 

Wokół nauk zmarłego biskupa toczyły się więc nadal zagorzałe spory, którym kres usiłowała położyć ogłoszona przez następcę Urbana, Innocentego X (w prostej linii praprawnuka papieża Aleksandra VI Borgii) w 1653 roku konstytucja apostolska Cum occasione, w zdecydowany sposób potępiająca heretycką naukę, która się zawierała w niektórych zdaniach z Augustinusa16. 

Ale byłby w błędzie ten, kto by sądził, iż spełniła ona pokładane w niej nadzieje. Wręcz przeciwnie - dolała tylko oliwy do ognia. Zresztą niektórzy janseniści, prócz innej niż katolicka nauki o łasce, poczęli jeszcze wygłaszać poglądy, które dla Rzymu były bardzo niebezpieczne, godziły bowiem w prymat jurysdykcyjny następcy apostoła Piotra na papieskiej stolicy. Oto na przykład dowodzili, iż Kościół miał nie jedną, ale dwie głowy - świętych apostołów Piotra i Pawła, dalej, że wszyscy biskupi są sobie równi, a zatem przypisywanie sobie władzy zwierzchniej nad Kościołem przez biskupów rzymskich jest bezprawne. Posunęli się zresztą jeszcze dalej, twierdząc, że sobory lokalne i sobory powszechne mają takie samo znaczenie i wagę. 

Księża jansenistyczni rozpowszechniali, a lud przyjmował ich coraz radykalniejsze nauki, głoszące choćby to, że Łasce Boskiej nikt się nie może oprzeć. Ale jeżeli Stworzyciel jej nie udziela, to człowiek może jedynie grzeszyć. Dalej, że kochać wolno i trzeba jedynie Boga, każda zaś inna miłość to nic innego, tylko grzech śmiertelny, a lęk przed ewentualną karą w życiu pozagrobowym to również grzech. Jak również, że grzechem będzie i modlitwa grzesznika. Grzesznicy bowiem nie są członkami Kościoła, który składa się jedynie ze świętych.

Janseniści wprowadzili również dziwaczną praktykę, polegającą na tym, że zanim penitent nie wypełni nałożonej nań przez kapłana po spowiedzi pokuty, nie wolno mu udzielić rozgrzeszenia.

W tym miejscu koniecznym jest zauważyć, iż pokuty wyznaczane przez tych księży były tak ciężkie i surowe, iż niejednokrotnie zdarzało się, że rujnowały zdrowie penitentów, a bywało, iż nie pozwalały doczekać owego rozgrzeszenia, przyprawiając ich o śmierć. 

Po odejściu na drugą stronę życia Innocentego X jego następcy - Aleksander VII, Klemens IX, Klemens X, choć nie pochwali jansenizmu, to i nie potępili tej herezji żadnym oficjalnym dokumentem. Dopiero Giovanni Francesco Albani, czyli papież Klemens XI zdecydował się ostatecznie zakończyć spory teologiczne, przeciąć i oczyścić ów "wrzód na ciele Kościoła". 

Klemensowi się zdawało, że dokona tego, ogłaszając w roku 1713 bullę Unigenitus17, ostatecznie potępiającą wszystkie heretyckie poglądy zwolenników jansenizmu. 

Jednakże i ta bulla nie przywróciła spokoju w Kościele. Stało się wręcz odwrotnie - jej publikację przyrównać można do włożenia kija w mrowisko. Przeciw dokumentowi najgłośniej gardłowali biskupi francuscy, a kilku spośród nich wręcz odmówiło złożenia pod nim - na znak przyjęcia - swego podpisu, organizując się z czasem w nie do końca formalne stronnictwo tak zwanych apelantów, którzy od owej bulli chcieli się odwołać do najbliższego soboru powszechnego. 

Czuli się bezpieczni, bo sądzili, że mają poparcie arcybiskupa Paryża, Louisa Antoine, kardynała de Noailles. Ale w rzeczywistości Noailles był miękki i chwiejny, bo z jednej strony potępił heretyckie zdania, z drugiej zaś sprzyjał jansenistom, a ostro przeciwstawiał się ich przeciwnikom, jezuitom. Nie służyło to nikomu. Ostatecznie zraził do siebie wszystkich - jezuitów i jansenistów, papieża i króla, zwolenników i przeciwników bulli Unigenitus. 

W końcu większość biskupów uległa i bullę podpisała, ale nie zrobiła tego szczerze, więc tak naprawdę wszystko zostało po staremu - spory, klątwy, walki, oszczerstwa trwały za pontyfikatów kolejnych papieży: Innocentego XIII, Benedykta XIII, Klemensa XI i Benedykta XIV.

We Francji zaś panował klimat wyjątkowo sprzyjający jansenizmowi, dlatego stała się ona głównym bastionem herezji, która pleniła się na jej terytorium bez większych już przeszkód, rozszerzając się na Niderlandy.

Patrząc jednakowoż na dzieje tego sporu, musi się dojść do wniosku, że może by on i wcześniej wygasł, może by nie było aż tak wielkiego uporu i oporu ze strony jansenistów, gdyby nie nadprzyrodzone znaki, które ich utwierdzały w przekonaniu, iż samo niebo ich wspiera.

Pierwszym z nich był tak zwany Cud świętego ciernia, jaki miał miejsce 24 marca 1656 roku w kościele klasztornym opactwa cystersek w Port-Royal odległego o niecałe czterdzieści kilometrów od ścisłego centrum Paryża. Oto Marguerite Périer, dziesięcioletnia siostrzenica wybitnego uczonego Blaise Pascala, po dotknięciu z wiarą jednego z cierni pochodzących z korony Chrystusa Pana, doznała nagłego uzdrowienia przetoki woreczka łzowego, choroby bardzo nieprzyjemnej i w tamtych czasach absolutnie nieuleczalnej. Na podstawie opinii chirurgów i zeznań licznych świadków owego nadzwyczajnego wydarzenia, arcybiskup Paryża uznał je za cud. Ataki na jansenistów odrobinę ustały, nie wypadało ich bowiem nadal tak otwarcie nękać. Jednakowoż nie zapomniano o nich. 

Klasztor w Port-Royal, bastion francuskiego jansenizmu, nad którym od roku 1622 opiekę duchową sprawował bliski przyjaciel Corneliusa Jansena, Jean-Ambroise Duvergier Hauranne, opat Saint-Cyran18, był solą w oku i hierarchii duchownej i władzy świeckiej, a w szczególności kardynała Richelieu19. On to kazał w roku 1638 aresztować Saint-Cyrana i osadzić w twierdzy Château de Vincennes, skąd został uwolniony w dwa miesiące po śmierci swojego prześladowcy, ale o wiele go nie przeżył, bo fizycznie wyniszczony i wycieńczony psychicznie zgasł jeszcze tego samego 1643 roku. 

A potem, gdy zmarł król Ludwik XIII20, a rządy w imieniu nieletniego Ludwika XIV21 objął regent, kardynał Jules Raymond Mazarin22, nasiliło się nękanie zwolenników jansenizmu, które przybrało wręcz charakter polityczny. Ostatecznie zdecydowana większość duchownych w 1655 roku została zmuszona do podpisania deklaracji potępiającej Jansena, a kto się nie ugiął, był prześladowany. 

Zakonnice z Port-Royal broniły się i nie ulegały naciskom, jak tylko długo się dało. W końcu jednak, pod przymusem zewnętrznym, wynikającym z posłuszeństwa zakonnego, choć w sumieniu uważały, że źle czynią, w 1669 roku podpisały, co im kazano. Nie na wiele się to jednak zdało. Hierarchia duchowna im nie ufała, dlatego zapadła w 1670 roku decyzja o kasacie zakonu, zakończona w roku 1709 zrównaniem z ziemią zabudowań opactwa i rozpędzeniem zakonnic na cztery wiatry...

Jednakże klasztor Port-Royal, chociaż fizycznie unicestwiony, to jednak nadal się bronił. Ruiny opactwa stały się miejscem niezliczonych pielgrzymek duchowieństwa i wiernych oraz tematem utworów literackich, pieśni, lamentacji... Tytuły ich są wręcz przejmujące: Jęcząc na gruzach Port-Royal... Jęki duszy głęboko dotkniętej zniszczeniem świętego klasztoru Port-Royal des Champs... i tym podobne. 

Kamienie z rozwalin ludzie traktowali jak relikwie, zabierając je ze sobą, zresztą zabierali wszystko, co tylko zabrać się dawało. Mało tego! Wykopywali ciała zmarłych z cmentarza opactwa i przewozili je w inne miejsca... A z tymi obłąkańczymi działaniami przeplatały się cuda, niezliczone, przedziwne, niebywałe... Chociaż na te największe przyszło poczekać jeszcze kilkanaście lat...