W końcu trzeciego dziesiątka ubiegłego stulecia na jednem z
przedmieść miasta uniwersyteckiego Upsala, w miejscu dość odludnem,
stał wysoki dom, pomalowany jasno-żółtą farbą. Jaskrawy kolor ścian
łagodził rozpięty winograd, rozrosły tak bujnie, że tworzył gęste
ramy naokoło trzech okien 2-go piętra.
W pokoju, przy jednem z tych okien, siedział student i pijąc ranną
kawę, podziwiał przepych cudnego dnia jesiennego. Młody chłopak wysokiego wzrostu, rysy twarzy miał regularne i
pewną elegancję w całej swej postaci; ubrany był dostatnio i
wykwintnie. Pokój studenta był ładnie urządzony. Pod ścianą stała wygodna
otomana, między oknami - duże biuro, wyściełane krzesła, stoły i
szafa do książek dopełniały umeblowania; książek tylko w szafie
było uderzająco mało. Na stole leżały piękne włoskie skrzypce obok
kosztownego futerału. Zaledwie student skończył pić kawę, gdy do pokoju wszedł gość,
także student. Przybyły miał wygląd wręcz odmienny od naszego studenta; był
nizki, przysadzisty, o twarzy szerokiej, brzydkiej. - Dzień dobry, Gunnarze, rzekł, przyszedłem powiedzieć ci słów
kilka, ale to słów bardzo poważnych. - Co ci się stało? Czy co nieprzyjemnego? - Mnie? nic, a nic. To się ciebie tyczy... - odparł. Ale djablo
nieprzyjemnie mówić o tem. - A więc nie mów, odpowiedział Gunnar, uśmiechając się z
uroczystej miny kolegi. - Właśnie, że dłużej milczeć nie mogę, - rzekł przybyły, dawno mi
to już leży na sercu. Powiesz zapewne: jak wam się podoba ten
Gustaw Olin, syn naszego sługi, a ma się za tak ważną, osobę, że
śmie mnie morały prawić. - Co znowu Olinie! - rzekł Gunnar, proszę cię, nie sądź, abym mógł
coś podobnego pomyśleć! Mój dziad również był synem chłopa. - Tak, ale o tem już obecnie nikt nie pamięta, - odpowiedział Olin
i zamilkł, patrząc uporczywie na Gunnara, giestykulował przytem
zawzięcie, jakby gwałtowne ruchy rąk miały mu dodać męstwa. - A więc zaczynam. Gdy pomyślę o różnicy położenia naszych rodzin,
to zdaje mi się, że powinienem milczeć, a gdy sobie przypomnę, że
to twój ojciec dał mi możność wstąpienia na uniwersytet, czuję, że
powinienem mówić. Gunnar spoglądał na kolegę z przyjaznym uśmiechem, zachęcając go
do mówienia. - Słyszę, rzekł Gustaw, jak ludzie mówią - Gunnar się nie uczy;
mówią - że podczas tych czterech semestrów, które tu jesteś
zapisany jako student, książki prawie nie otworzyłeś. Mówią, - że
całemi dniami tylko zajmujesz się muzyką. Muszę wierzyć, bo i
przedtem, gdyśmy jeszcze chodzili do szkoły w Falunie, również nie
lubiłeś się uczyć. Gustaw poruszył się niespokojnie na krześle. Przykra sytuacja
gnębiła go coraz bardziej, odważnie jednak prowadził rzecz dalej. - Zapewnie ci się zdaje, że z takim majątkiem, jak Münkshütte,
masz prawo robić, co ci się podoba, a nie robić tego, do czego nie
czujesz ochoty. Zdasz egzamin - dobrze, nie zdasz - również dobrze,
bądź co bądź pozostaniesz właścicielem kopalni i całe życie
przepędzisz w Münkshütte! - tak zapewne rozumujesz? Gunnar milczał, a Gustawowi nieraz się zdawało, że Gunnar jest
otoczony taką aureolą powagi, jaką dawniej dla niego otoczeni byli
jego ojciec i matka, pan radca górniczy i pani radczyni - górnicza. - Lecz, czy ty wiesz, że twój majątek, już nie jest taki, jakim
był wówczas, gdy w kopalniach jeszcze było żelazo, przyciszając
głos, mówił Gustaw, - to już wiadome było samemu radcy górniczemu i
dlatego przed swą śmiercią żądał, abyś ty wstąpił na uniwersytet. I
twoja matka, to wie, tak samo, jak i cała parafia. Jedyny człowiek,
który o niczem nie wie, to ty, Gunnarze. - Mylisz się, wiem, że kopalnie nie dają mi już dochodu, rzekł
Gunnar nieco obrażony. - O tem, naturalnie, wiesz, odparł Gustaw, lecz tego nie wiesz, że
właściwie sam majątek - już prawie nie istnieje. Osądź sam, czy
można wyżyć tylko z roli w zachodniej Dalekarlji? Doprawdy nie
rozumiem dlaczego pani radczyni ukrywa to przed tobą. Rządzi
samodzielnie majątkiem i dlatego zapewne nie uważa za potrzebne
pytać o twoje zdanie. Wszyscy wiedzą, że nawet mało w domu
przebywa. Mówią, że wciąż odwiedza lichwiarzy. Być może, że nie
chce cię niepokoić i liczy na to, że jakoś poradzi sobie do czasu,
aż ty skończysz uniwersytet. Nie chce sprzedać wsi, chowa dla
ciebie przytulne gniazdo, gdy skończysz naukę i wrócisz do domu. Gunnar wstał, przeszedł się kilka razy po pokoju i stanął przed
Gustawem. - Jaki masz cel w tem, aby mnie przekonać, że nie mamy majątku? - Trzeba, żebyś zrozumiał, że skoro już nie masz majątku, nie
możesz żyć, nie zarabiając, a tylko tracąc pieniądze. - Matka powinna była mnie uprzedzić rzekł Gunnar. Jestem ci
wdzięczny, Olinie, lecz sądzę że cię nastraszyła jakaś plotka. - Wiedziałem, że o niczem nie wiesz, upierał się przy swoim Olin,
tam, w Münskhütte, pani radczyni skąpi sobie we wszystkiem,
oszczędza i pieniądze tobie posyła do Upsali. Odmawia sobie
wszystkiego, abyś ty mógł wesoło i przyjemnie czas spędzić. A ty
siedzisz tu i nic nie robisz, nie widzisz, że bieda nadciąga. Nie
mogę obojętnie patrzeć, jak wy nawzajem się oszukujecie. Pani
radczyni myśli, że ty się uczysz, a ty sądzisz, że ona jest bogatą.
Nie mogłem milczeć, widząc, jak marnujesz swą przyszłość. Gunnar przez długą chwilę milczał, wreszcie podał rękę Gustawowi. - Czuję, że prawdę mówisz, trudno mi w to uwierzyć, w każdym
razie, - dziękuję ci. Oczy Gustawa zajaśniały radością, silnie uścisnął dłoń Gunnarowi i
rzekł: - Gdybyś zaczął pracować, mógłbyś jeszcze wszystko poprawić. Przy
twoich zdolnościach, zdałbyś egzaminy w ciągu 3 - 4 lat. Gunnar wyprostował swą wysoką postać. - Bądź spokojny, Olinie, teraz zacznę serjo pracować. Olin wstał i skierował się ku drzwiom, lecz doszedłszy do progu, -
wrócił. - Chcę cię o coś prosić, rzekł mocno zmięszany. Chciałbym, abyś mi
dał na przechowanie twoje skrzypce, - do czasu, dopóki się nie
wciągniesz do systematycznej pracy. - Oddać ci skrzypce? - Tak. Zawiń je w jedwabne pokrycie, zamknij w futerale i pozwól
mi je zabrać ze sobą, - w przeciwnym razie nic nie będzie z twoich
zamiarów. Zaczniesz znów grać, gdy ja opuszczę ten pokój. Tyś tak
przywykł do tego, że nie oprzesz się pokusie, dopóki będziesz miał
skrzypce pod ręką. Nie dasz sobie z tem rady, jeśli ci kto nie
pomoże. Ta namiętność zbyt już cię opanowała. Gunnar się zasępił. - Głupstwo! - rzekł. - Nie, nie głupstwo. Odziedziczyłeś zamiłowanie do muzyki po twoim
ojcu, masz tę namiętność we krwi. Od czasu, gdy rozporządzasz sobą,
od czasu, gdyś przyjechał do Upsali, nic innego nie robisz, tylko
grasz. Dlatego wybrałeś sobie to mieszkanie, abyś nikomu nie
przeszkadzał grą. Ty sam nie zapanujesz nad sobą i dlatego - oddaj
mi skrzypce. - To prawda. Grałem i przestać nie mogłem, ale teraz rzecz inna.
Teraz, gdy idzie o Münkshütte, moje gniazdo rodzinne jest mi
droższe od muzyki! Olin nie ustępował i domagał się stanowczo pozwolenia zabrania
skrzypiec. Gunnar zniecierpliwił się. - A zresztą, cóż to pomoże? Gdy zechcę grać, to przejdę kilka
kroków i dostanę inne skrzypce. - Wiem o tem, odrzekł Olin, - lecz nie sądzę, aby każdy instrument
był dla ciebie pożądany. Największą pokusą dla ciebie są - twoje
włskie skrzypce. Oprócz tego radziłbym ci nie wchodzić przez czas
jakiś, - dopóki nie przywykniesz do pracy. Olin nie przestawaj prosić, a Gunnar nie zgadzał się. Jakże on mógł się zgodzić na areszt domowy? Olin z wysiłku i przejęcia, zaczerwienił się jak burak. Na nowo, tonem serdecznym i szczerym rozpoczął swe dowodzenia: - Muszę zabrać skrzypce ze sobą, inaczej cały wysiłek na nic.
Liczyłem, że nie będę zmuszony poruszyć jeszcze jednej
okoliczności, ale mnie do tego zmusza twój opór. Otóż na wiosennym
balu studenckim spotkałem młodą dziewczynę, o której mi mówiono, że
jest twoją narzeczoną. Ja nie tańczę, ale z przyjemnością śledziłem
za zwinnemi ruchami młodej dziewczyny, która promieniała wdziękiem
i skromnością, jak lilja polna. Gdy mi powiedziano, że jest twoją
narzeczoną, - żal mi się jej zrobiło. - Dlaczego? - Bo wiedziałem, że nie osiągniesz celu, żyjąc w dalszym ciągu,
jak dotąd. Wówczas dałem sobie słowo, że to dziecko nie zmarnuje
swego życia, łudząc się nadzieją, która się nie urzeczywistni. Nie
powinna zwiędnąć, czekając na ciebie. Nie chcę jej spotkać za lat
kilka z bruzdami żalu naokoło zbladłych ust. Nagle Gustaw zamilkł. Gunnar spojrzał mu przenikliwie w oczy, - zrozumiał, że Gustaw
kocha jego narzeczoną. Uczuł się głęboko wzruszony
bezinteresownością kolegi, pragnącego ratować go wbrew własnym
uczuciom. Zniewolony tem, ustąpił i wręczył mu futerał ze
skrzypcami. Po wyjściu Olina przez całą godzinę pilnie czytał, wreszcie
znużony rzucił książkę. - Jaką korzyść da mi nauka? przed trzema, czterema laty nie
skończę kursu, a kto mi zaręczy, że do tej pory majątek nie będzie
sprzedany z młotka. Odezwała się w nim miłość dla gniazda rodzinnego. Przerażenie
ogarnęło go na myśl, że je utracić może. Stary dwór, każdy pokój,
każde drzewo w parku - stanęło mu przed oczyma; nigdy nie będzie
się czuł szczęśliwym, gdy je utraci. Siedzieć nad książką podczas,
gdy gniazdo ukochane może się wymknąć z rąk jego! Coraz większe
wzburzenie wzbierało w nim, krew waliła w skronie, jak w gorączce. Opanowała go rozpacz; - gdyby to mieć skrzypce i grać, grać aż do
utraty pamięci. - Ten Olin doprowadzi mnie do szaleństwa! opowiada
takie nowiny i zabiera mi skrzypce! muszę mieć smyczek w dłoni
podczas godzin wesela, a tem bardziej smutku. Pragnę i ja się
czegoś dobić, zarobić dużo pieniędzy, owszem - lecz w tej chwili
nie mam ani jednej myśli w głowie, czyż ja mogę myśleć bez smyczka
w ręku? Nie mógł zagłuszyć w sobie uczucia, że go pozbawiono swobody.
Zdawało mu się, że Olin działał podstępnie, zły był na niego do
tego stopnia, że gotów byt obić go, gdyby się w tej chwili zjawił.
Naturalnie, że grałby teraz, gdyby mu nie zabrał skrzypiec, -
właśnie powinien teraz grać.
*****
Gdy tęsknota Gunnara za muzyką dosięgła najwyższego
napięcia, na podwórzu, pod jego oknem rozległ się piskliwy brzęk
strun skrzypcowych. Stary, ślepy grajek wędrowny, grał fałszując i bez wyrazu,
lecz Gunnar tak był zaskoczony tem zjawiskiem, że ze łzami w oczach
stanął w oknie i z najwyższem skupieniem słuchał prostej piosenki
wędrownego artysty. Po chwili nagłym ruchem otworzył okno i czepiając się łozy
winogradu spuścił się na podwórze. Przyszła jego przyjaciółka serdeczna, aby go pocieszyć w
nieszczęściu. Ruchem błagalnym wyciągnął ręce, prosząc ślepca o
pożyczenie nędznych skrzypiec. Towarzysząca ślepemu mała
dziewczynka spojrzała na Gunnara przenikliwie i wyjąwszy skrzypce z
rąk grajka podała mu je, mówiąc: - Proszę zagrać "Brata myśliwego". Gunnar spełnił jej życzenie. Obojętne było, co miał grać,
aby tylko czuć smyczek w dłoni. Struny wraz do niego przemówiły:
"Jestem tylko tanią nędzną skrzypeczką, pomimo to jestem pociechą i
podporą ślepca. Jestem światłem, kolorem i blaskiem w jego życiu,
starości, biedzie i ślepocie". Dusza Gunnara poczęta się dźwigać z
pod ciężącego nad nią brzemienia. "Jesteś młody i silny, śpiewały struny, możesz walczyć;
dążyć naprzód. Nie wolno ci upadać na duchu, miej nadzieję, że
zwyciężysz trudności. Nie smuć się!" Otucha wstąpiła do duszy Gustawa, podniósł oczy dotąd
opuszczone, i - ujrzał się otoczony gromadką dzieci i przechodniów,
których zwabiła jego gra. Obok niego stał pajac w trykotach
naszytych blaszkami. Pajac był już niemłody i wynędzniały, ale miał
ogniste oczy i zapał bił z jego spojrzenia. Jego żona, mała okrągła kobiecina, również już nie
pierwszej młodości, stała obok niego uśmiechnięta wesoło, zręczna w
swojej gazowej, oszytej falbanami sukience. Pierwsze takty walca
obudziły ich czujność. Wzięli się za ręce i poczęli tańczyć na
małym dywaniku rozpostartym na bruku podwórza. Gunnar zauważył ich dopiero, podczas ekwilibrystycznych
ćwiczeń, które nastąpiły po przetańczonym walcu. Pracował tylko
mąż, a żona uśmiechając się zbierała datki od publiczności. Mało to
interesowało naszego studenta. Smyczek szybko biegł po strunach i
opowiadał o szczęściu, które znaleźć można w walce zwycięskiej.
Gunnar czuł się w swoim żywiole. Grał dla siebie, nie myśląc o
otoczeniu. Naraz zrobiło się małe zamięszanie. Pajac zaprzestał
koziołków, jego żona już się nie uśmiechała. Objęli się i kołysali
w takt granego przez Gunnara walca. Z rosnącym zapałem grał Gunnar. Po "Bracie myśliwym"
zaczął grać stary szwedzki taniec "Nekkens Polska", ulubiony taniec
na zabawach ludowych. A pajace tańczyli. I jak tańczyli! nie
schodząc z małego dywanika, opasywali go małemi, eleganckiemi
kręgami. Nagłe zwroty i różne pas wykonane były z precyzją i
zręcznością wyjątkową. A lica ich jaśniały szczęściem, ożyła miłość
i zapał minionej młodości. Tłum był zachwycony. Mała dziewczyna z poważną buzią
również się uśmiechała, a Gunnar także był wzruszony. - Oto, jak działa jego smyczek, - niesie ludziom cenny dar
- zapomnienie wszelkich trosk. W jego rękach siła ogromna. W każdej
chwili, gdy zechce może wstąpić w to swoje państwo. Gdyby mógł
popracować przez lat kilka pod kierunkiem dobrych profesorów
zagranicą, objechałby następnie cały świat i grą swoją zdobyłby i
sławę, i majątek. Dziś, ci nędzni akrobaci zjawili się tylko po to, aby mu
odkryć jego właściwe powołanie. Oto droga, po której iść powinien -
ona doprowadzi go do świetnej przyszłości. Chcę być
artystą-muzykiem i będę nim. Będę czarował muzyką, i zdobędę nią
potrzebne na wykupienie rodzinnego gniazda pieniądze. Uniwersytet
mi tego nie da. Urwała się pieśń. Gunnar przestał grać. Tancerka podeszła
do niego ze słowami uwielbienia dla jego pięknej gry. Podszedł mąż
jej i przedstawił się: nazywa się Blomgren, ale występuje pod
przybranem nazwiskiem. Pracował dawniej w cyrku, pani Blomgren
także znaną była pod imieniem Violi. Pomimo, że wystąpili z cyrku,
pozostali artystami z duszy i ciała, i dlatego nie mogli oprzeć się
urokowi jego gry. Gunnar z akrobatami pozostał jeszcze kilka godzin. Nie
mógł się rozstać ze skrzypcami i zapał akrobatów dodawał mu
energji. - Muszę się przekonać, czy jest we mnie materiał na
prawdziwego artystę, zobaczę, czy uda mi się porwać tłum, czy on za
mną pójdzie. Przechodząc z podwórza na podwórze Blomgren narzucał na
ramiona stary, podbity wiatrem płaszcz, a pani Blomgrenowa otulała
się zniszczoną bronzową, sukienną peleryną i szła obok Gunnara,
papląc bezustannie. Pan Blomgren miał niewyczerpany zapas opowieści
o laurach, zbieranych przez niego w czasie gdy występowali w cyrku. Dyrektor cyrku uwolnił jego żonę pod pretekstem, że zbyt
już ociężała, jemu nie dano dymisji, sam podziękował. Czyż mógł
pracować u dyrektora, który nie cenił jego żony! Pani Blomgrenowa kochała swoją sztukę i dla niej jej mąż
zdecydował się prowadzić życie wędrownego artysty. Zimą, gdy mróz
nie pozwala na produkcje na świeżem powietrzu, dają przedstawienia
w szopach. Mają na ten cel zupełnie inny repertuar: pantominy,
sztuki magiczne. Porzucili cyrk, ale nie sztukę, służą jej wiernie i służyć
będą aż do śmierci. Milcząc słuchał ich Gunnar. Myśli jego krążyły z
przedmiotu na przedmiot. Wierzył, że bywają spotkania, jakby
drogowskazy, należy iść za nimi. Przygoda jego dzisiejsza ma
zapewne tajemne jakieś znaczenie. Należy odcyfrować tajemnicze
znaki i iść za ich wskazówkami. Blomgren zwrócił uwagę Gunnara na dziewczynkę, prowadzącą
ślepca. - Czy widział pan podobne oczy? niezawodnie takie oczy nie
są dane dziewczynie bez przyczyny. Takie oczy może mieć tylko
istota przeznaczona do dokonania czegoś wielkiego. Gunnar przystanął i spojrzał na mizerne dziecko. Prawda! na bladziutkiej, chudej twarzyczce oczy świeciły,
jak dwie gwiazdy promienne. - Wie Pan Bóg, co robi, rzekła pani Blomgrenowa, zapewne
była to jego wola, aby taki artysta, jak pan student grał na ulicy,
jak zwyczajny grajek. Lecz jakie znaczenie mieć mogą oczy tej
dziewczyny i ten dziwny jej uśmiech? - A ja powiem, rzekł Blomgren, że pomimo tych oczu i
śmiechu, nie ma ona żadnych zdolności artystycznych. Słowa Blomgrena nie były przeznaczone wyłącznie dla
Gunnara; dziewczynka, idąca za nim czuła, że i do niej były
zwrócone. - Ma dopiero 13 lat, a więc jeszcze nie zapóźno na naukę,
cóż, kiedy niema ani iskry talentu. Ucz ją pan szyć, ale nie ucz
jej stać na głowie. Jej uśmiech ludziom głowy zawraca, dodała pani
Blomgrenowa, są rodziny, które ją chcą adoptować - z racji jej oczu
i uśmiechu. Mogłaby żyć w bogatym domu, gdyby się zdecydowała
opuścić swego dziadka. A pocóż jej te oczy i uśmiech czarujący, gdy nie chce
wleźć na trapez, ani na grzbiet konia? - Znamy artystów, rzekła pani Blomgren, którzy podejmują
dzieci z ulicy, uczą swego rzemiosła i następnie korzystają z ich
pracy. Niejednemu uda się wyhodować gwiazdę, i ciągnąć z niej duże
dochody. My tego nie pragniemy bynajmniej, marzymy tylko o tem, aby
dożyć czasu i zobaczyć jak Ingryda błyszcząc cekinami i klejnotami,
skakać będzie przez obręcze, z konia na koń, a cyrk będzie drżeć od
oklasków. To byłoby koroną naszego życia. Kochamy tę małą, żyć bez
niej nie możemy. Dla niej tylko trzymamy jej dziadka, nie jest to
artysta wcale, tylko dla niej, dajemy mu przytułek. A ona jest
niewdzięczną; czyż nie powinna się wstydzić, że dotąd nie nauczyła
się naszej sztuki. Gunnar spojrzał na dziewczynę. Wyraz dojmującego
cierpienia wykrzywił jej rysy; widocznie biedactwo wierzyło w to,
że człowiek nie umiejący chodzić po linie, godzien jest najwyższej
pogardy. W tej chwili weszli na nowe podwórze, lecz, nim
artystyczne małżeństwo rozpoczęło swoje produkcje, Gunnar siadł na
przewróconą taczkę i przemówił do nich w obronie Ingrydy. W imieniu bladej, małej dziewczynki błagał ich o
nieoddawanie jej na pastwę ordynarnym widzom, którzy będą ją
pieścili i bili brawo przez czas jakiś, a gdy się zestarzeje i
straci zdrowie, skażą na żebraninę o chłodzie i głodzie. I ten jest artystą, kto zdoła dać szczęście. Ingryda niech
zachowa swe oczy i uśmiech dla jednego, a ten jej da opiekę i
wdzięczny będzie za upiększenie mu życia. Łzy zamigotały w oczach
Gunnara, mówił dla siebie, niewiele zwracając uwagi na otoczenie. Zabłysły oczy dziewczynki, wdzięczność z nich biła dla
obrońcy, - odczuła i zrozumiała powagę jego słów, - i wyprostowała
się jej biedna, skurczona figurka, jakby to on jej przyznał prawo
do życia. Blomgrenowie również uważnie słuchali, a gdy Gunnar
skończył - kolejno uścisnęli jego rękę i uroczyście obiecali, że
nie będą już namawiać Ingrydy do gimnastycznych ćwiczeń. Niech
idzie drogą, jaką jej los przeznaczy. Rozczulił ich pan student,
oni - artyści, artyści ciałem i duszą, odczuwają i rozumieją
znaczenie uczuć, o których pan student chciał mówić. Po
kilkugodzinnej wędrówce Gunnar pożegnał towarzystwo i poszedł do
domu. Już nie szukał klucza tej dziwnej przygody. Był pewien, że
miał do spełnienia misję: przekonać tę małą męczennicę, aby się
przestała dręczyć brakiem zdolności do akrobatyki.