Cecilię Gaathe obudził
jakiś dźwięk. Nie była pewna, co dokładnie słyszała, wiedziała
tylko, że coś ją obudziło.
Stary dom jest źródłem wielu
dźwięków. Trzeszczy drewniana podłoga, szumi woda w rurach,
goście pensjonatu, którzy późno wracają do swoich pokojów,
również potrafią wyrwać ze snu. Cecilia była przyzwyczajona do
nocnych odgłosów, ale tym razem to było coś innego. Jakiś obcy
dźwięk.
Nie wiedziała, która jest godzina,
ale domyślała się, że musi być środek nocy. Roleta w oknie
była zaciągnięta, lecz jak tylko zaczynało świtać, blask słońca
wdzierał się do pokoju z obu jej stron. Tymczasem teraz pokój tonął
w ciemnościach i jedynie wąska strużka światła biegnąca spod
drzwi małej łazienki sprawiała, że widać było zarys mebli.
Wczoraj Cecilia długo nie mogła
zasnąć. Przez tamto zdjęcie. Przez zdjęcie matki, która zginęła
ubiegłego lata. Dostała je od Ebby, która była jednym z ich stałych
gości i uczestniczyła w zeszłorocznym święcie, gdy Iselin Gaathe
widziano żywą po raz ostatni. Na zdjęciu matka wyglądała dokładnie
tak, jak Cecilia ją zapamiętała: piękna i uśmiechnięta. A zaledwie
kilka minut później zaginęła bez śladu.
Nikt nie wiedział, co naprawdę
wydarzyło się tamtego wieczoru, a zdjęcie podarowane przez Ebbę
jeszcze bardziej wszystko zagmatwało. Cecilia nie powiedziała nikomu,
że na fotografii matka ma na sobie inną suknię niż ta, w której
ją po tygodniu odnaleziono.
Znowu ten dźwięk. Dobiegał
z zewnątrz. Głuchy odgłos, jakby ktoś stąpał ciężko po trawie
w ogrodzie. Po chwili dźwięk ucichł.
Cecilia leżała nieruchomo,
wytężając słuch. Gdzieś w oddali szczekał pies, ale poza tym
panowała cisza.
Nie lubiła tego pokoju. Pokoju
numer 118. Był całkiem zwyczajny, ale znajdował się na tyłach
budynku i z jego okien nie roztaczał się widok na morze, o który
prosili wszyscy goście. Jej pokój był położony w prywatnej
części pensjonatu i sąsiadował z sypialnią ojca, małym salonem
i ich własną kuchnią, ale ponieważ większość pokoi gościnnych
została wyremontowana, ojciec postanowił teraz odnowić ich prywatne
pokoje. Ściany i sufity zostały zerwane i wszędzie stały puszki
z farbą. Dopóki trwał remont, musieli spać gdzieś indziej. Ona
dostała pokój 118, a ojciec zamieszkał po drugiej stronie korytarza,
w pokoiku, który był jeszcze mniejszy od jej lokum.
Jedyną zaletą pokoju 118 było to,
że miał drzwi prowadzące na małą werandę, z której można było
zejść do ogrodu. Poza tym Cecilia dysponowała własną łazienką,
dzięki czemu rano, gdy wstawała, by przygotować śniadanie
dla gości, mogła prosto spod prysznica iść do pracy. To był
zresztą powód, z którego nie nocowała w swoim ulubionym pokoju
na wieży. Znajdował się na samej górze, a jego okna wychodziły na
wszystkie strony świata. Czuła się w nim wolna jak ptak. To właśnie
tam przesiadywała całymi godzinami, a na noc przenosiła się do
pokoju w prywatnej części budynku - czy jak teraz: do ciasnego,
anonimowego pokoju numer 118.
Przełknęła ślinę, nabrała
powietrza i wstrzymała oddech. Czy drzwi do ogrodu były zamknięte
na klucz?
Próbowała to sobie przypomnieć,
ale nie była w stanie zebrać myśli. Wtedy znowu usłyszała jakieś
dźwięki dobiegające z zewnątrz. Tym razem był to odgłos kroków,
po którym nastąpiło skrobanie w ścianę.
Cecilia bezszelestnie wsunęła się
głębiej pod kołdrę. Może to wyobraźnia płata mi figle, pomyślała,
próbując stłumić lęk. Ostatnio tak wiele się wydarzyło. Wspomnienia
często powracały do niej w snach. Nie chodziło wyłącznie o śmierć
matki, ale również o to, co się stało po tym, jak kilka tygodni temu
znalazła na plaży martwego mężczyznę. Gdy wieczorem zamykała oczy,
wciąż go widziała, zimnego i sztywnego, z salamandrą wytatuowaną
na bladym ramieniu.
Znowu ten dziwny dźwięk.
Napięła mięśnie gardła, żeby
przełknąć ślinę, ale za bardzo zaschło jej w ustach.
Jeśli rzeczywiście ktoś chodził po
ogrodzie, kim był i czego chciał? Oczywiście mógł to być zwykły
włamywacz, ale równie dobrze mógł to być ktoś, kto chciał się na
niej zemścić. Martwy mężczyzna z plaży, który tak często pojawiał
się w jej snach, nie działał sam, a ona, Une i Leo zadbali o to,
żeby policja ujęła pozostałych członków grupy z wytatuowaną na
ramieniu salamandrą.
Myśl o zemście została wyparta
przez inną.
To mogło mieć związek z matką. Po
tym, jak Ebba podarowała Cecilii fotografię, na której matka
dziewczynki miała na sobie inną suknię, Cecilia nabrała jeszcze
większej pewności, że śmierć matki nie nastąpiła wskutek
nieszczęśliwego wypadku, jak twierdziła policja. Bo po co matka
miałaby ni z tego, ni z owego wyjść z przyjęcia, które sama
zorganizowała? I po co miałaby się przedtem przebierać?
Cecilia odgoniła od siebie te
myśli. "Zwierzę" - wpadło jej nagle do głowy. Niepokojące
dźwięki mogła wydawać sarna, która wyszła z lasu i pasła się
teraz w ich ogrodzie. Gdy wcześnie rano Cecilia wstawała do pracy,
widywała je czasem w pobliżu pensjonatu. Niekiedy podchodziły aż
do jabłoniowego sadu.
Leżała nieruchomo ze wzrokiem
utkwionym w drzwi werandy. Jak zwykle przed spaniem otworzyła je na
oścież, żeby wywietrzyć pokój. Wpuścić świeży zapach lata, jak
mówiła matka. W tym czasie Cecilia spacerowała boso po mokrej od rosy
trawie, a potem wytarła stopy o matę i weszła do środka. Zamknęła
za sobą drzwi, ale czy przekręciła klucz w zamku? To była jedna
z tych codziennych, rutynowych czynności, które trudno zapamiętać
lub odróżnić od siebie. Zwykle zamykała drzwi na klucz, ale czy
zrobiła to poprzedniego wieczoru?
Nasłuchiwała, lecz teraz na dworze
panowała cisza. Przeniosła wzrok z drzwi na telefon komórkowy,
który leżał na stoliku nocnym. Komórka była wyłączona. Cecilia nie
zaryzykowała i nie wyciągnęła ręki, żeby ją włączyć. Jej ojciec
spał w pokoju po drugiej stronie korytarza. Prawdopodobnie obudziłby
się, gdyby krzyknęła wystarczająco głośno, ale nie mogła się do
tego zmusić. Leżała, wytężając słuch, jednak nie słyszała nic
poza własnym oddechem. I wtedy nagle!
Drewniana weranda
zatrzeszczała.
Serce Cecilii zaczęło bić jak
oszalałe. Zupełnie opadła z sił. Trzęsła się, jakby z zimna,
i jednocześnie oblewała potem, jakby było jej gorąco.
Teraz była pewna. Ktoś był na
werandzie. Ktoś stał przed drzwiami.
Otworzyła usta, ale z jej gardła
nie wydobył się żaden dźwięk.
Ktoś powoli nacisnął klamkę.
Ciąg dalszy w wersji pełnej