Cecilia Gaathe nigdy
wcześniej nie widziała martwego człowieka. Aż do tej pory.
Gdy w zeszłym roku zmarła jej matka,
nie pozwolili Cecilii jej zobaczyć. To Stary Tim znalazł jej ciało
wśród przybrzeżnych kamieni w pobliżu ?lodden. Cecilia słyszała,
jak później opowiadał w pensjonacie, że to nie był miły widok. Że
węgorze żerowały na jej zwłokach.
Mężczyzna leżał na brzuchu
z twarzą zakopaną w piasku. Wodorosty i trawa morska owinęły się
wokół jego ciała. Stopy wciąż leżały w wodzie, jakby mężczyzna
zdołał wczołgać się na ląd i ugrzązł w piasku.
Widok sprawił, że serce podeszło jej
do gardła. Czuła, że nie może oddychać. Zaczęła się trząść,
jakby ktoś ją szarpał. Czuła, że drżą jej ręce i nogi, a nawet
usta.
Zrobiła dwa kroki w tył, zamknęła
oczy i odwróciła twarz.
- Nie żyje? - spytał ktoś
stojący za jej plecami.
Obejrzała się za siebie. Stał tam
chłopak. Był opalony, w jednej ręce trzymał słuchawki, a drugą
przykładał do czoła, zasłaniając się przed ostrym porannym
słońcem. Nie widziała dokładnie jego oczu, ale zauważyła, że był
trochę wyższy od niej i mógł mieć trzynaście lat.
Przełknęła głośno ślinę
i wstrzymała oddech.
- A jak
myślisz? - odparła.
Głos jej się łamał i z trudem
wymawiała poszczególne słowa.
Chłopak zrobił kilka kroków do
przodu i stanął obok niej. Przekrzywił głowę, sprawiając, że
Cecilia znowu przeniosła wzrok na ciało mężczyzny. Leżał z rękami
rozłożonymi na boki, lekko podciągnięty rękaw kurtki odsłaniał
wytatuowaną jaszczurkę.
- Sorry
- powiedział nastolatek, zwijając przewód łączący
słuchawki. - To było głupie pytanie.
Wyjął iPhone'a z kieszeni
szortów.
- Powiadomiłaś już
kogoś? - spytał.
Cecilia potrząsnęła głową.
Jednak zamiast zadzwonić, chłopak
podniósł telefon i zrobił zdjęcie. Potem zbliżył się do ciała
i zrobił kolejne zdjęcie.
- Nie powinieneś... - zaczęła
Cecilia.
- Tak, tak - powiedział nieznajomy
i zaczął wybierać numer.
- Do kogo dzwonisz?
- Do mamy - wyjaśnił. - Jest
menedżerem pensjonatu - dodał, wskazując głową w głąb
lądu.
Cecilia zrozumiała, kim jest ten obcy
chłopak, i mocno zacisnęła usta. To jej matka zarządzała wcześniej
pensjonatem. Po jej śmieci w ubiegłym roku ojciec próbował prowadzić
hotel samodzielnie. Jesienią i zimą, gdy gości było niewielu, szło
mu nieźle, ale przed sezonem letnim zmuszony był zatrudnić kogoś,
kto przejąłby obowiązki należące kiedyś do jego żony.
Chłopak miał na imię Leo. Jego
matka nazywała się Rebekka Bast. Leo i Rebekka Bast. Właśnie dzisiaj
mieli przyjechać i zamieszkać w prywatnej części pensjonatu.
Cecilia słyszała, jak Leo rozmawia
przez telefon o zmarłym mężczyźnie. Mówił pewnym, spokojnym
głosem. Potem się rozłączył.
Fale wtaczały się na białą plażę
i cofały powoli. Oblewały nogawki spodni mężczyzny, który leżał
nieruchomo.
Cecilia starała się na niego nie
patrzeć. Przeniosła wzrok na gładkie, zaokrąglone skały, które
ciągnęły się po obu stronach zatoki. Kilka mew leniwie zataczało
szerokie kręgi. Jakaś łódź rybacka płynęła w kierunku
lądu. Wieczorem i nocą szalał sztorm, ale teraz morze było tak
spokojne, że urwiska i bloki skalne w pobliżu latarni morskiej
odbijały się w tafli wody.
Właściwie postanowiła, że nie
będzie rozmawiać z tym nowym ani z jego matką, która przyjechała
zarządzać pensjonatem. Widok zmarłego mężczyzny sprawił, że
zmieniła zdanie.
- Jak myślisz, co mu się
stało? - spytała.
Leo wzruszył ramionami. Jego ciemna
krnąbrna grzywka kołysała się tam i z powrotem.
- Prawdopodobnie utonął
- odpowiedział. - W tym miejscu już wcześniej zdarzały się
utonięcia.
Cecilia nie skomentowała jego
słów. Wiedziała aż za dobrze, że miał rację.
- Ale jak się tutaj
znalazł? - spytała pospiesznie, zanim Leo zdążył powiedzieć
coś więcej. - Kim był? I skąd pochodził?
Leo wbił w nią wzrok. Teraz mogła
się przekonać, że jego oczy są wyraziste i zielone, z brązowymi
cienkimi nitkami, które odchodziły od małych źrenic.
- Skąd niby mam to
wiedzieć? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
* * *
Ojciec Cecilii był
pierwszą dorosłą osobą, która zjawiła się na plaży. Przybiegł,
dysząc ciężko. Gęste siwe włosy opadły mu na czoło. Przeczesał
je palcami i poprawił okulary. Plakietka z nazwiskiem przyczepiona
do jego piersi wisiała krzywo. "Alan W. Gaathe, dyrektor".
Chwilę później nadeszła kobieta
w spódnicy do kolan i w obcisłym swetrze, miała krótko obcięte
jasne włosy. Wysokie obcasy sprawiły, że nie zdołała dotrzymać
kroku ojcu Cecilii.
Alan Gaathe stał bezradnie i pocierał
dłonią kark. Matka Leo zatrzymała się przed nimi. Spojrzała na
zwłoki, po czym zwróciła się do nastolatków:
- Lepiej stąd idźcie
- rozłożyła ręce, żeby zasłonić im widok.
Ojciec Cecilii był tego samego
zdania.
- Przynieś prześcieradło
z magazynu na bieliznę - polecił córce. - Potem możecie
usiąść tam na górze - zaproponował, wskazując wał ziemny za
plażą.
- Ale przecież to ja go
znalazłam! - próbowała protestować Cecilia.
Ojciec objął ją ramieniem.
- Wiem o tym
- powiedział. - Ale nie możemy pozwolić, żeby tak leżał
na widoku.
Cecilia przytaknęła i pobiegła
do pensjonatu.
Pół godziny później plaża była
pełna ludzi. Wał ziemny, na który odesłał ich ojciec Cecilii,
zapewniał im dobry widok. Słońce odbijało się od powierzchni wody
i Cecilia musiała mrużyć oczy, żeby jej nie oślepiało.
Radiowóz policyjny wjechał aż
na zalaną słońcem trawiastą równinę. Dwóch umundurowanych
funkcjonariuszy stało po obu stronach białego prześcieradła, które
przyniosła Cecilia. Jeden z nich rozmawiał z dziennikarzem. Przez
ramię dziennikarza przewieszony był aparat fotograficzny. Również
wielu gości pensjonatu zeszło na plażę. Wyraźnie przejęci, stali
zbici w małe grupy. Byli tam także dozorca z żoną i kucharz
Edgar. Christian Lasson, który mieszkał w Domu na Plaży, zjawił
się w swoim poplamionym fartuchu malarskim. Stary Tim stał w pewnej
odległości, opierając się obiema rękami na lasce, i obserwował to,
co się działo na plaży.
Cecilia wstała. Brzegiem morza
zbliżali się Une i jej ojciec. Podeszli do innych. Dziewczyna trzymała
Egona na krótkiej smyczy. Pies wydał z siebie kilka pojedynczych
szczeknięć, tak że wszyscy się odwrócili.
- Dokąd idziesz? - spytał
Leo.
- Na dół, do Une.
Leo podniósł się i ruszył za
nią.
Une miała dwanaście lat, piegi,
brązowe kręcone włosy i dwóch braci: młodszego i starszego. Od
zawsze mieszkali nad Zatoką Okrętów. Ich dom stał nieco wyżej od
mola we wschodniej części zatoki.
Ojciec Une, Widar, był rybakiem. Miał
na sobie solidną kurtkę przeciwdeszczową, golf i wodoszczelne,
wysokie kalosze.
- Wrak łodzi znajduje się po
zewnętrznej stronie Kamiennej Wysepki - powiedział do tych,
którzy stali w pobliżu, i wskazał małą wyspę w głębi
zatoki. - Uratowałby się, gdyby miał założony kapok, ale kamizelka
leży obok wraku.
Jeden z policjantów podszedł do
niego.
- Musiał rozbić się w ciemności
o skały. W nocy szalał sztorm - ciągnął ojciec Une. - Bóg
jeden wie, czego szukał w nocy w taką pogodę.
Cecilia
rzuciła okiem na Kamienną Wysepkę. Nieszczęśliwy wypadek,
pomyślała. Doszło do nieszczęśliwego wypadku. A jednak coś
jej się nie zgadzało. Ślady stóp. Teraz zadeptali je gapie, ale
wcześniej tam były. Ślady stóp pozostawione na piasku przez kogoś,
kto był tutaj przed nią.
Ciąg dalszy w wersji pełnej