Club sensual desire. Niebezpieczny układ - K.A. Zysk

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (30,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II

Austin

Wcho­dzę na­bu­zo­wa­ny do klu­bu i od razu kie­ru­ję się w stro­nę baru. Za­ma­wiam po­dwój­ną szkoc­ką i oglądam się, czy jest tu dziś Sa­bri­na. Nie mam ocho­ty na zbęd­ne pier­do­le­nie ani na rżni­ęcie. Mam ogrom­ną chęć ją wy­chło­stać, żeby zo­ba­czyć czer­wo­ne pręgi na jej cie­le. Je­stem wście­kły.

Mój oj­ciec kom­plet­nie osza­lał. Swa­ta mnie z ja­kąś bo­ga­tą ci­zią i my­śli, że pój­dę na taki układ. Ja się nie ba­wię w żad­ne żony, ro­man­se, mi­łost­ki i tego typu gów­na. Je­dy­ne, cze­go mi po­trze­ba do szczęścia, to cipa lub dupa, któ­ra po wszyst­kim znik­nie z mo­je­go ży­cia tak szyb­ko, jak się w nim po­ja­wi­ła. Dzi­siaj przy­sze­dłem do Sen­su­al De­si­re tyl­ko dla­te­go, że przed ko­la­cją z ro­dzi­ną Ro­th­wel­lów mu­szę się wy­ła­do­wać i wy­ci­szyć, bo ina­czej nic nie wy­szło­by z tego spo­tka­nia. Za­uwa­żam Sa­bri­nę i ki­wam jej gło­wą, żeby do mnie po­de­szła. Idzie w moją stro­nę, kręcąc bio­dra­mi, z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Ma na so­bie zdzi­ro­wa­tą czar­ną ko­ron­ko­wą su­kien­kę i nie­bo­tycz­nie wy­so­kie zło­te szpil­ki. Nie­źle się pie­przy i w klu­bie właś­nie o to cho­dzi. Ja je­stem jej pa­nem, a ona moją ule­głą.

- Au­stin - rzu­ca sek­sow­nie.

- Idź do po­ko­ju i się roz­bierz, ale zo­staw bie­li­znę i szpil­ki - roz­ka­zu­ję jej.

- A może naj­pierw ja­kaś gra wstęp­na? - pro­po­nu­je.

- Nie tym ra­zem. Zrób, co ci ka­za­łem, bo ina­czej cię uka­rzę. - Wska­zu­ję jej pal­cem kie­ru­nek, w któ­rym ma się udać, i od­wra­cam się do niej ple­ca­mi, za­ma­wia­jąc ko­lej­ną po­dwój­ną szkoc­ką.

Kie­dy ko­ńczę, kie­ru­ję się do po­ko­ju, w któ­rym prze­wa­żnie pie­przę swo­je ule­głe. Otwie­ram drzwi i za­sta­ję Sa­bri­nę klęczącą je­dy­nie w bie­li­źnie i szpil­kach. Gło­wę ma opusz­czo­ną i na mnie nie pa­trzy. Jest do­brze wy­tre­so­wa­na i wie, co jej wol­no, a cze­go nie. Ści­ągam ma­ry­nar­kę i ko­szu­lę, któ­re od­kła­dam na czer­wo­ną ka­na­pę. Po­środ­ku stoi wiel­kie łoże z ko­lum­na­mi, po­kry­te sa­ty­no­wą czer­wo­no-czar­ną po­ście­lą. Do ka­żdej z ko­lumn przy­pi­ęte są kaj­da­ny, ła­ńcu­chy i liny. Dzi­siaj mam ocho­tę zwi­ązać Sa­bri­nę sznu­ra­mi i wy­chło­stać jej po­nęt­ną dupę. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzę, jak dziew­czy­na będzie wy­gląda­ła, na co od razu mój czło­nek za­czy­na drgać w spodniach. Jed­nak dzi­siaj nie za­mie­rzam jej pie­przyć. Pod­cho­dzę do niej i sta­ję za nią.

- Wstań i po­dej­dź do łó­żka, ale naj­pierw ści­ąg­nij majt­ki - na­ka­zu­ję. - Uklęk­nij na środ­ku i wy­pnij dup­cię. Nie za­po­mnij, żeby roz­ło­żyć ręce.

Nie wiem, po co jej o tym mó­wię, bo do­brze wie, co ma ro­bić.

- Au­stin, prze­leć mnie, pro­szę. Je­stem tak cho­ler­nie na­pa­lo­na.

Głu­pia. Ona się chy­ba dzi­siaj za­po­mi­na. Trze­ba ją utem­pe­ro­wać i po­ka­zać, gdzie jest jej miej­sce.

- Milcz! Je­śli usły­szę jesz­cze jed­no sło­wo, to cię uka­rzę, zro­zu­mia­no? - mó­wię wście­kłym gło­sem.

- Tak, pa­nie. Bar­dzo prze­pra­szam, to się już wi­ęcej nie po­wtó­rzy.

- Grzecz­na dziew­czyn­ka.

Ob­cho­dzę ją do­oko­ła i zwi­ązu­ję tak, jak lu­bię. Sznu­rem ści­skam jej pier­si, aż ro­bią się bor­do­we, ręce i nogi przy­wi­ązu­ję do ko­lumn, po czym kne­blu­ję jej usta. Wy­gląda w ta­kiej po­zie za­je­bi­ście. Roz­wa­żam na­wet to, żeby ją prze­le­cieć, ale w tym mo­men­cie to na­wet nie wcho­dzi w grę. Pod­cho­dzę do ga­blo­ty z mo­imi ulu­bio­ny­mi za­baw­ka­mi i wy­bie­ram skó­rza­ny pejcz za­ko­ńczo­ny ko­ra­li­ka­mi. Pew­nie będzie ją to bo­la­ło, ale Sa­bri­na lubi ból i będzie bła­ga­ła o wi­ęcej. Pod­cho­dzę do niej i głasz­czę ją po wy­pi­ętych po­ślad­kach, a po chwi­li za­czy­nam dość moc­no je mi­ęto­sić. Chwy­tam ją za wło­sy i od­ci­ągam jej gło­wę do tyłu.

- Je­steś go­to­wa? - py­tam, choć nie mu­szę, bo Sa­bri­na od razu kiwa gło­wą i moc­niej wy­pi­na ty­łek.

Chwy­tam pejcz, bio­rę za­mach i trza­skam ją w pupę. Dziew­czy­na pró­bu­je się wy­ry­wać, ale nie ma jak, bo wi­ęzy do­brze trzy­ma­ją ją w miej­scu. Głasz­czę czer­wo­ny ślad, któ­ry po­ja­wił się prak­tycz­nie od razu, i ro­bię ko­lej­ny za­mach, któ­ry kie­ru­ję na dru­gi po­śla­dek. Sa­bri­na pisz­czy, ale nie z bólu, tyl­ko z roz­ko­szy. Wi­dać, jak bar­dzo jest pod­nie­co­na. Po­wta­rzam ude­rze­nia jesz­cze kil­ka­na­ście razy, z tym, że ce­lu­ję w inne miej­sca. Czer­wo­ne pręgi po­ja­wia­ją się na jej cie­le, na co mój ku­tas drga z apro­ba­tą. Pot się ze mnie leje, ale uwiel­biam ten stan. Wi­dzę, że moja ule­gła pra­wie do­cho­dzi, dla­te­go wpy­cham dwa pal­ce w jej roz­pa­lo­ną cip­kę. Sa­bri­na chęt­nie pod­da­je się or­ga­zmo­wi. Mój fiut jest na­prężo­ny do gra­nic mo­żli­wo­ści. Roz­wi­ązu­ję dziew­czy­nę w mgnie­niu oka i od razu usta­wiam ją w po­zy­cji klęczącej. Uwal­niam ku­ta­sa ze spodni i wzro­kiem po­ka­zu­ję Sa­bri­nie, cze­go od niej ocze­ku­ję. Nie mu­szę się pro­sić, bo od razu mnie chwy­ta i bie­rze głębo­ko do gar­dła. Ob­ci­ąga mi jak za­wo­do­wa gwiaz­da por­no. Wie, co lu­bię, i daje mi to wszyst­ko. Po chwi­li spusz­czam jej się do buzi i się od­su­wam.

- Do­bra ro­bo­ta. Jak ci się po­do­ba­ła dzi­siej­sza se­sja, Sa­bri­no?

- Bar­dzo, pa­nie, ale my­śla­łam, że mnie prze­le­cisz - od­po­wia­da po­wo­li, wsta­jąc i do­pro­wa­dza­jąc się do po­rząd­ku.

- Nie tym ra­zem, zło­ciut­ka, ale może przy na­stęp­nej oka­zji - stwier­dzam i przy­bli­żam się do ka­na­py. - Jak sko­ńczysz się ubie­rać, to mo­żesz już iść.

- Do­brze. Czy po­trze­bu­jesz cze­goś? - do­py­tu­je.

- Tak. Spo­ko­ju.

Sa­bri­na pa­trzy na mnie przez chwi­lę, nad czy­mś się za­sta­na­wia­jąc, ale nic nie mówi, tyl­ko wy­cho­dzi. Tro­chę się wy­lu­zo­wa­łem, ale na­dal trzęsie mnie z ner­wów. Po­my­sł ojca jest ab­sur­dal­ny, ale pój­dę na tę ko­la­cję i sam spraw­dzę, jaka jest ta mała Ro­th­wel­lów­na.

* * *

Punkt dwu­dzie­sta zja­wiam się z ro­dzi­ca­mi w domu Ro­th­wel­lów. Re­zy­den­cja z ze­wnątrz robi na­praw­dę ogrom­ne wra­że­nie. Cze­ka­my w wiel­ga­śnym hal­lu na Sa­mu­ela wraz z ma­łżon­ką, po czym uda­je­my się do spo­rej ja­dal­ni. Po­miesz­cze­nie jest prze­stron­ne. Ścia­ny zdo­bią ró­żne­go ro­dza­ju ob­ra­zy, a kwia­ty w wa­zo­nach przy­stra­ja­ją ka­żde wol­ne miej­sce. Po­środ­ku stoi ogrom­ny dębo­wy stół na dwa­dzie­ścia osób. Niby nie czuć tu prze­py­chu, ale na swój spo­sób wła­śnie tak jest. Ro­dzi­ce roz­ma­wia­ją mi­ędzy sobą, a ja uda­ję za­in­te­re­so­wa­nie i od cza­su do cza­su wtrącam coś od sie­bie, ale tak na­praw­dę wy­cze­ku­ję cór­ki wła­ści­cie­li domu. Każe na sie­bie cze­kać. Kie­dy wcho­dzi do ja­dal­ni, uwa­żnie jej się przy­glądam. Jest pi­ęk­na, a na jej twa­rzy wi­dać nie­za­do­wo­le­nie oraz za­dzior­no­ść. Na pew­no będzie ogrom­nym wy­zwa­niem. Chęt­nie bym ja tro­chę po­gnębił, ale na ra­zie się nie od­zy­wam. Od razu za­sta­na­wiam się, jak by wy­gląda­ła, klęcząc nago w moim po­ko­ju w Sen­su­al De­si­re. Stop, Au­stin! Nie za­pusz­czaj się w te re­jo­ny, do cho­le­ry! Na­wet nie ma ta­kiej opcji. Jest ubra­na w sek­sow­ną czer­wo­ną kiec­kę, na któ­rej wi­dok po­wo­li za­czy­na mi się ro­bić na­miot. Przy­bie­ram ma­skę aro­ganc­kie­go dup­ka i cze­kam na dal­szy roz­wój sy­tu­acji, któ­ry nie­ste­ty nie idzie do­brze. Ta la­ska wkur­wi­ła mnie do tego stop­nia, że jak Boga ko­cham, dam jej po­pa­lić. Na­zwa­ła mnie chłyst­kiem i pro­sta­kiem! Zgo­dzę się na ten cho­ler­ny ślub tyl­ko po to, żeby dać jej na­ucz­kę. Co z tego, że jest pi­ęk­na i ma ci­ęty język, co mi się bar­dzo po­do­ba. Po­ka­żę jej, gdzie jest jej miej­sce. Nie do­sta­nie ode mnie ser­du­szek i kwiat­ków. Na­wet nie mam za­mia­ru jej tknąć. Po pro­stu zmie­nię jej ży­cie w pie­kło, a to tyl­ko dla­te­go, że mnie wku­rzy­ła i że oj­ciec prak­tycz­nie po­sta­wił mnie pod ścia­ną. Do­brze, że mam jesz­cze klub, gdzie będę mógł za­spo­ka­jać swo­je żądze. Gdzie będę się sta­wać pa­nem i tre­so­wać moje ule­głe. To mi w zu­pe­łno­ści wy­star­czy, a Ju­lian­ne nie­ste­ty przy moim boku szczęścia nie za­zna.

Już taki je­stem.

Trzy­dzie­sto­dwu­let­ni du­pek do po­tęgi en­tej.

Rozdział VI

Julianne

Austin zmył się z przy­jęcia za­ręczy­no­we­go, gdy tyl­ko wszy­scy go­ście opu­ści­li po­sia­dło­ść. Wi­dzia­łam, że jest wku­rzo­ny, ale szcze­rze mó­wi­ąc, mam to gdzieś. Uda­ję się do swo­jej sy­pial­ni, żeby wzi­ąć go­rącą kąpiel z bąbel­ka­mi i nie­co się zre­lak­so­wać. Po dniu pe­łnym nie­ko­niecz­nie do­brych wra­żeń zde­cy­do­wa­nie mi się na­le­ży. Za­bie­ram ze sobą kie­li­szek szam­pa­na i za­nu­rzam się w go­rącej wo­dzie, któ­ra roz­lu­źnia moje spi­ęte mi­ęśnie. My­śla­mi wra­cam do chwi­li, w któ­rej Au­stin mi się oświad­czał. Wy­obra­żam so­bie, jak by to było, gdy­by na­praw­dę ro­bił to z mi­ło­ści, a nie dla kasy i ko­rzy­ści, któ­re będzie z tego miał. Taki czło­wiek jak on nie pa­trzy na to, że ko­goś po dro­dze krzyw­dzi. In­te­re­su­je go tyl­ko pro­fit, któ­ry z tego będzie czer­pał. Nie dość, że do­sta­nie do­brą po­zy­cję w fir­mie, to jesz­cze odzie­dzi­czy jej po­ło­wę i jako mój mąż będzie za­rządzał rów­nież moją częścią. Mam na­dzie­ję, że to ma­łże­ństwo nie będzie aż tak złe, Au­stin cho­ciaż tro­chę się po­sta­ra i po­zwo­li mi sie­bie odro­bi­nę po­znać, acz­kol­wiek nie ocze­ku­ję od nie­go zbyt wie­le. Boję się tego ma­łże­ństwa i ży­cia, ja­kie będę wio­dła u jego boku. Ja­kim oka­że się czło­wie­kiem? Czy będzie mnie trak­to­wał do­brze? Czy non stop będzie mnie igno­ro­wał? Ni­g­dy nie wy­ba­czę ro­dzi­com, że po­sta­wi­li mnie w ta­kiej sy­tu­acji. Dla nich li­czy się kasa, nie ja, nie moje do­bro. Prze­cież pie­ni­ądze szczęścia nie dają. Oczy­wi­ście mo­żna za nie wie­le ku­pić, ale czy dla nich war­to po­świ­ęcić szczęście wła­snej cór­ki? Wy­gląda na to, że tak. Ja bym ni­g­dy nie zro­bi­ła cze­goś ta­kie­go swo­je­mu dziec­ku. Jest mi cho­ler­nie przy­kro, że nie je­stem dla mat­ki i ojca prio­ry­te­tem, ale cóż, ro­dzi­ców się nie wy­bie­ra. Nie na dar­mo lu­dzie mó­wią, że z ro­dzi­ną do­brze się wy­cho­dzi tyl­ko na zdjęciach. I tu mu­szę przy­znać ca­łko­wi­tą ra­cję.

Szyb­ko do­pi­jam szam­pa­na, myję się w po­śpie­chu i wy­cho­dzę z wan­ny. Mam na­dzie­ję, że sen cho­ciaż odro­bin­kę po­zwo­li mi się zre­lak­so­wać. Za dużo my­śli kłębi się w moim umy­śle. Ju­tro na­dej­dzie nowy dzień.

Oby był lep­szy od dzi­siej­sze­go.

* * *

Czy czas musi tak cho­ler­nie za­pier­dzie­lać? Mam wra­że­nie, jak­bym do­pie­ro co się za­ręczy­ła, a już za ty­dzień sta­nę na ślub­nym ko­bier­cu. Wszyst­kie przy­go­to­wa­nia idą pe­łną parą, tak samo jak przy za­ręczy­nach. Z mat­ką i przy­szłą te­ścio­wą ro­bi­my li­stę go­ści, któ­rzy po­twier­dzi­li swo­je przy­by­cie, i od razu ich usa­dza­my. Wy­bra­ły­śmy kwia­ty i inne pier­do­ły. Wczo­raj do­pi­na­ły­śmy na ostat­ni gu­zik ca­te­ring i wpro­wa­dza­ły­śmy jesz­cze kil­ka zmian, a dzi­siaj je­dzie­my do cu­kier­ni, żeby wy­brać smak tor­tu. Tak, wiem, ślub za pa­sem, a ja jesz­cze nie wy­bra­łam tor­tu. Za­pew­ne i tak to wszyst­ko po­zo­sta­wię mat­ce, niech ona wy­bie­ra, ja już mam dość tej ca­łej far­sy. Non stop się nad sobą uża­lam, zrzędzę, pła­czę, złosz­czę się, i tak w kó­łko, ale na­praw­dę jest mi trud­no po­go­dzić się z moim lo­sem. Au­stin ta­kże nie po­ma­ga, bo wiecz­nie trak­tu­je mnie jak po­wie­trze. Ci­ągle do­sta­je ja­kieś te­le­fo­ny, od razu opusz­cza po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­du­je, a jak wra­ca, to z uśmiesz­kiem na twa­rzy. Tro­chę oba­wiam się tego, co mnie cze­ka po tym ca­łym ślu­bie. W domu ro­dzi­ców mam swój po­kój, któ­ry jest moim schro­nie­niem, a za ty­dzień się to wszyst­ko zmie­ni. Obcy dom, obcy lu­dzie, ca­łkiem inne ży­cie. Nie wiem, jak się w tym wszyst­kim od­naj­dę. Mu­szę ze­brać w so­bie siłę, żeby ja­koś prze­trwać, a wte­dy wszyst­ko po­win­no się uło­żyć.

Na­gle z roz­my­ślań wy­ry­wa mnie mat­ka.

- Ju­lian­ne, a co my­ślisz, o tym?

- Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się. Co mó­wi­łaś? - od­po­wia­dam i ro­bię minę nie­wi­ni­ąt­ka.

- Ogar­nij się, dziew­czy­no! - pod­no­si na mnie głos. - Py­ta­łam, czy Ca­leb z Aman­dą mogą usi­ąść ra­zem z An­der­so­na­mi?

- Z tego, co ko­ja­rzę, to Aman­da i Lau­ren nie prze­pa­da­ją za sobą. Po­sa­dź ich z Mo­ni­cą i Gra­ha­mem. Tam aku­rat są dwa wol­ne miej­sca - mó­wię, prze­kła­da­jąc kar­tecz­ki na ta­bli­cy.

Mat­ka cmo­ka z nie­za­do­wo­le­niem, po czym przy­zna­je mi ra­cję. Całe to usa­dza­nie trwa już ja­kieś dwie go­dzi­ny i mam go ser­decz­nie dość. Roz­bo­la­ła mnie gło­wa i je­dy­ne, o czym ma­rzę, to po­ło­żyć się spać. Jed­nak nie jest mi to dane: mat­ka przy­po­mi­na mi jesz­cze o dzi­siej­szej przy­miar­ce suk­ni ślub­nej, o któ­rej ca­łkiem za­po­mnia­łam. Wy­bra­łam dłu­gą bia­łą su­kien­kę. Nie jest skrom­na, ale też nie ja­kaś prze­sa­dzo­na. De­kolt wy­sa­dza­ny jest mie­ni­ący­mi się cyr­ko­nia­mi. Pod pier­sia­mi ci­ągnie się gru­by pas prze­zro­czy­stej ko­ron­ki i od tego miej­sca suk­nia za­czy­na się ro­bić do­pa­so­wa­na do mo­ich kszta­łtów. Tył jest jesz­cze lep­szy, bo mam od­kry­te całe ple­cy, pra­wie do po­ślad­ków. Ro­dzi­ciel­ka z moją przy­szłą te­ścio­wą chcia­ły mnie wy­stro­ić w taką moc­no roz­klo­szo­wa­ną albo z bu­fa­mi, po­nie­waż taka jest te­raz moda, ale ja ka­te­go­rycz­nie od­mó­wi­łam. One de­cy­du­ją o wszyst­kim, więc cho­ciaż suk­nię po­win­nam wy­brać ja. Jest pro­sta, ale ślicz­na. Nie mam za­mia­ru na wła­snym we­se­lu wy­glądać jak beza. Sko­ro mam już wy­jść za mąż, to chcę ład­nie wy­glądać dla sie­bie. Po przy­miar­ce mat­ka chcia­ła jesz­cze udać się do re­stau­ra­cji na ko­la­cję, ale ja tego dnia mia­łam już na­praw­dę do­syć. Oczy­wi­ście była obu­rzo­na, że jej od­mó­wi­łam, ale po wy­jściu z sa­lo­nu su­kien ślub­nych od razu wró­ci­łam do domu. Jak­by jesz­cze tego było mało, wpa­dłam w hal­lu na ojca, któ­ry ka­zał mi się udać za nim do jego ga­bi­ne­tu. Cie­ka­we, ja­kie tym ra­zem da mi na­uki. Boże, Ty wi­dzisz i nie grzmisz. Wcho­dzi­my do środ­ka, a oj­ciec od razu usa­da­wia się za swo­im ma­ho­nio­wym biur­kiem, a mi wska­zu­je fo­tel. Bio­rę głębo­ki od­dech i się od­zy­wam:

- O co cho­dzi, oj­cze?

- Jak do­brze wiesz, za ty­dzień wy­cho­dzisz za mąż. Chcę ci tyl­ko przy­po­mnieć, że­byś nie zro­bi­ła nic głu­pie­go - mówi, bacz­nie mnie ob­ser­wu­jąc.

- Co masz na my­śli? Co niby głu­pie­go mogę zro­bić? - py­tam zde­ner­wo­wa­na, bo wiem, do cze­go pije.

- Nie je­steś głu­pia, Ju­lian­ne, i do­brze wiesz, o co mi cho­dzi. Pa­mi­ętaj, że to ma­łże­ństwo jest bar­dzo wa­żne dla mo­je­go biz­ne­su i nie mogę so­bie po­zwo­lić, że­byś coś od­wa­li­ła. - Za­ci­ska usta i pa­trzy na mnie z wy­ższo­ścią.

W tym mo­men­cie nie­na­wi­dzę swo­je­go ojca. Jak moc­no trze­ba być po­pie­przo­nym, żeby wła­snej cór­ce ro­bić coś ta­kie­go w imię biz­ne­su?

- Bo­isz się, że uciek­nę sprzed ołta­rza? - do­py­tu­ję dla pew­no­ści. - Wiesz, przy­szła mi do gło­wy taka myśl i na­dal ją roz­wa­żam.

- Spró­buj, a zo­ba­czysz, co się sta­nie. Ja nie żar­tu­ję! - krzy­czy.

Pa­trzy na mnie, bo my­śli, że pod­ku­lę ogon, ale ja się go wca­le nie boję. Je­stem od­wa­żna i mam za­miar mu w ko­ńcu po­wie­dzieć, co o tym wszyst­kim my­ślę.

- Wiesz, tato, za­sta­na­wiam się, jak bez­dusz­nym trze­ba być czło­wie­kiem, żeby sprze­dać swo­ją włas­ną cór­kę. Je­steś by­dla­kiem bez ser­ca. Owi­nąłeś so­bie mat­kę wo­kół pal­ca, a ona po­zwa­la na to tyl­ko dla­te­go, żeby nie roz­wście­czyć wiel­kie­go Sa­mu­ela Ro­th­wel­la - iro­ni­zu­ję.

Oj­ciec szyb­ko pod­no­si się z krze­sła, pod­cho­dzi do mnie i moc­no mnie po­licz­ku­je, aż mi gło­wa od­ska­ku­je na bok. W pierw­szej chwi­li je­stem w szo­ku, bo nie spo­dzie­wa­łam się tego, że mnie ude­rzy. Przez całe moje dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nie ży­cie nie pod­nió­sł na mnie ręki, a zro­bił to aku­rat dzi­siaj. Po­li­czek mnie pie­cze, łzy na­pły­wa­ją mi do oczu, ale nie dam mu tej sa­tys­fak­cji i się nie roz­pła­czę.

- Ju­lian­ne, ja... ja prze­pra­szam, nie chcia­łem cię ude­rzyć, ale mnie spro­wo­ko­wa­łaś.

- Da­ruj so­bie, oj­cze - od­po­wia­dam z pod­nie­sio­ną gło­wą. - Wiedz, że cię nie­na­wi­dzę. Ni­g­dy ci nie wy­ba­czę, że pod­nio­słeś na mnie rękę.

Wsta­ję szyb­ko, wy­cho­dzę z jego ga­bi­ne­tu i wte­dy po­zwa­lam so­bie na łzy. Jak on śmiał mnie ude­rzyć. Za co? Za to, że po­wie­dzia­łam mu praw­dę? Bie­gnę do swo­je­go po­ko­ju i rzu­cam się z pła­czem na łó­żko, tłu­kąc pi­ęścią po­dusz­kę, żeby się na czy­mś wy­ła­do­wać. Może to i do­brze, że za ty­dzień mnie tu już nie będzie. Uwol­nię się spod wła­dzy ojca, ale zno­wu się wpier­dzie­lę w inną sy­tu­ację. Nor­mal­nie z desz­czu pod ryn­nę. Z tego ca­łe­go pła­czu szyb­ko za­sy­piam, na­wet nie prze­bie­ra­jąc się w pi­ża­mę.

* * *

Czas mi­jał mi w za­stra­sza­jącym tem­pie. Dzień pędził za dniem. Już dzi­siaj zo­sta­nę pa­nią Dan­kworth. Na­ci­ągam ko­łdrę na bu­zię i wy­da­ję gło­śne wes­tchnie­nie. Bu­dzik za­dzwo­ni za nie­ca­łe trzy go­dzi­ny, ale ja wiem, że już nie zmru­żę oka. Wsta­ję i czła­pię do ła­zien­ki. Za­ła­twiam swo­je po­trze­by i wcho­dzę pod prysz­nic. Ostat­ni raz po­zwa­lam so­bie na płacz, bo i tak nic już nie po­ra­dzę. Myję się szyb­ko, de­pi­lu­ję i wy­cho­dzę. Na­ci­ągam na sie­bie byle ja­kie ciu­chy i scho­dzę na dół do kuch­ni za­pa­rzyć so­bie moc­ną kawę. Za­pew­ne nie­dłu­go mat­ka wsta­nie i za­cznie mi zno­wu za­wra­cać gło­wę, dla­te­go cie­szę się z tej chwi­li bło­giej ci­szy. No, dłu­go się tą ci­szą nie na­cie­szy­łam, bo wła­śnie do kuch­ni we­szła moja ro­dzi­ciel­ka.

- Ju­lian­ne, co ty tu ro­bisz? Dla­cze­go nie śpisz? - pyta, lek­ko zie­wa­jąc.

- Jak wi­dać, piję kawę, a nie śpię, dla­te­go że nie mogę. Obu­dzi­łam się wcze­śnie.

Do­pi­jam reszt­ki na­po­ju i od­sta­wiam ku­bek do zle­wu. Prze­cho­dzę obok mat­ki, ale ta ła­pie mnie za rękę i za­trzy­mu­je w miej­scu.

- Mo­że­my chwi­lę po­roz­ma­wiać? - sły­szę na­dzie­ję w jej gło­sie i po­sta­na­wiam spe­łnić jej ży­cze­nie.

- O czym?

- Po­słu­chaj mnie, to nie jest tak, że ja się zga­dzam z oj­cem. Mo­żesz uwa­żać mnie za wy­rod­ną mat­kę, ale ja chcę dla cie­bie wszyst­kie­go, co naj­lep­sze - mówi, my­śląc, że jej przy­tak­nę.

- Mamo, nie ob­raź się, ale prze­stań pie­przyć. Chcesz dla mnie wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, a nie sprze­ci­wi­łaś się ojcu, tyl­ko mu jesz­cze przy­tak­nęłaś. Nie wiem, cze­go ty ode mnie chcesz. Zże­ra­ją cię wy­rzu­ty su­mie­nia, że w dzień mo­je­go ślu­bu, ze­bra­ło ci się na ja­kieś cho­re żale? Przy­kro mi, ale na to już za pó­źno. Sprze­da­li­ście mnie z oj­cem, i tyle w te­ma­cie. Chcie­li­ście się mnie po­zbyć z domu? Gra­tu­la­cje, uda­ło wam się to. Już dzi­siaj za­miesz­kam zu­pe­łnie gdzie in­dziej.

Aż się za­po­wie­trzy­łam z ner­wów. Jak ona śmie aku­rat dzi­siaj mi mó­wić ta­kie rze­czy? Dla­cze­go nie po­wie­dzia­ła tego na sa­mym po­cząt­ku, tyl­ko mi jesz­cze ga­da­ła, że to dla do­bra fir­my, i tak da­lej?

- Ju­lian­ne, pro­szę. To nie tak. Je­steś moją cór­ką i ko­cham cię. Masz ra­cję, czu­ję wy­rzu­ty su­mie­nia, że nie po­sta­wi­łam się ojcu, ale wiesz, jaki on jest. To i tak by nic nie dało. - Pró­bu­je się jesz­cze ja­koś bro­nić.

- Może i by nie dało, ale cho­ciaż bym wie­dzia­ła, że je­steś po mo­jej stro­nie i że ci na mnie za­le­ży.

- Prze­cież wiesz, że tak jest. Po pro­stu...

- Nic już nie mów, mamo. Te­raz już nie ma od­wro­tu. Idę się ogar­nąć, za­nim Em­bry przyj­dzie mnie wy­szy­ko­wać. - Od­wra­cam się na pi­ęcie i od­cho­dzę.

Te­raz jej się ze­bra­ło na żale. Szko­da, że o trzy mie­si­ące za pó­źno.

* * *

Sie­dzę na krze­śle już uma­lo­wa­na i cze­kam, aż Em­bry sko­ńczy ukła­dać moje wło­sy. Do ce­re­mo­nii zo­sta­ła po­nad go­dzi­na, więc czas naj­wy­ższy się ubrać. Mój ulu­bio­ny fry­zjer za­pló­tł mi pi­ęk­ny do­bie­ra­ny war­kocz w sty­lu Elsy z Kra­iny lodu. Po­wpi­nał mi we wło­sy bia­łe drob­ne kwiat­ki i na­ło­żył mi ma­lut­ki srebr­ny dia­dem. Kie­dy wło­ży­łam su­kien­kę i buty, Em­bry po­wie­dział, że wy­glądam jak ksi­ężnicz­ka. Może nie jak ksi­ężnicz­ka, ale pre­zen­tu­ję się na­praw­dę ład­nie. Sama się so­bie po­do­bam i te­raz wiem, że ta su­kien­ka to był strzał w dzie­si­ąt­kę. Bio­rę kil­ka głębo­kich od­de­chów i cze­kam, aż przyj­dzie po mnie Ade­li­ne. Stre­su­ję się tro­chę, ale to chy­ba nor­mal­ne uczu­cie przed czy­mś ta­kim. Po pi­ęciu mi­nu­tach przy­ja­ció­łka wcho­dzi do mo­jej sy­pial­ni i mówi, że już czas. Zbie­ram się w so­bie i podążam za nią. Scho­dzi­my na dół i wi­dzę ojca przed drzwia­mi ta­ra­so­wy­mi. Na od­głos mo­ich kro­ków od­wra­ca się i mi się przy­gląda. Pod­cho­dzę do nie­go, nie oka­zu­jąc żad­nych emo­cji, i cze­kam, aż mnie po­pro­wa­dzi do ołta­rza.

- Pi­ęk­nie wy­glądasz, Ju­lian­ne - mówi, pa­trząc na mnie.

Nie od­zy­wam się. Kręci gło­wą i po­da­je mi swo­je ra­mię.

 

She was lost in so many dif­fe­rent waysOut in the dark­ness with no gu­ideI know the cost of a lo­sing handBut for the gra­ce of God go I4).

 

Kie­dy sły­szę pierw­sze tak­ty Ave Ma­ria Bey­on­cé bio­rę ko­lej­ny głębo­ki od­dech i ru­sza­my.

Boże, mniej mnie w swo­jej opie­ce.

4) Ave Ma­ria, sło­wa: B. Know­les, A. Ghost, I. Dench, M. Rid­dick, M.S. Erik­sen, T.E. Her­man­sen, mu­zy­ka: B. Know­les, A. Ghost, I. Dench, M. Rid­dick, M.S. Erik­sen, T.E. Her­man­sen, al­bum: I Am... Sa­sha Fier­ce, 2008, wy­ko­na­nie: Bey­on­cé.

Rozdział IV

Julianne

Dni mi­ja­ły mi nie­mi­ło­sier­nie, ty­dzień go­nił ty­dzień i nad­sze­dł czas ko­la­cji za­ręczy­no­wej. W domu od rana pa­nu­je ogrom­na wrza­wa. De­ko­ra­to­rzy przy­stra­ja­ją dom co naj­mniej tak, jak­bym się mia­ła już chaj­tać. Nie­dłu­go mają do nas przy­jść ma­ki­ja­żyst­ka i fry­zjer, żeby wy­szy­ko­wać mnie i mat­kę na dzi­siej­szą im­pre­zę. W ko­ńcu za­czy­na do mnie do­cie­rać, że ten ślub jest nie­unik­nio­ny. Mu­szę spe­łnić wolę ojca, czy tego chcę, czy nie. Lecę wzi­ąć szyb­ki prysz­nic. Su­kien­ka wisi na wie­sza­ku go­to­wa, by ją wło­żyć, ale sta­nie się to do­pie­ro za parę go­dzin. Po­sta­na­wiam, że nie chcę moc­ne­go ma­ki­ja­żu, tyl­ko coś de­li­kat­niej­sze­go, co będzie wy­gląda­ło na­tu­ral­nie. Ma­ki­ja­żyst­ka do­bie­ra ja­sny od­cień brązu z po­ły­skiem, robi mi de­li­kat­ne kre­ski na po­wie­kach, na­kła­da odro­bin­kę pu­dru i różu, a na ko­niec ma­lu­je moje pe­łne usta ja­sno­ró­żo­wą po­mad­ką. Fry­zjer z mo­ich kasz­ta­no­wych wło­sów zro­bił ombre, do­da­jąc nie­co blon­du dla roz­ja­śnie­nia. Za­ko­cha­łam się w tym odświe­żo­nym ko­lo­rze. Em­bry wy­cza­ro­wał z nich fale, któ­re przy świe­tle wręcz błysz­czą. Pod­cho­dzę do gar­de­ro­by, wpa­tru­jąc się w su­kien­kę, któ­rą ści­ągam z wie­sza­ka. Nie mogę do niej na­ło­żyć sta­ni­ka, ale mam spe­cjal­ne si­li­ko­no­we na­kład­ki na sut­ki. Kie­dy je­stem już ubra­na, dłu­go na sie­bie pa­trzę. Wy­glądam na­praw­dę ład­nie, ale nie je­stem szczęśli­wa. Co z tego, że od­bi­cie uka­zu­je pi­ęk­ną ko­bie­tę z ide­al­nym ma­ki­ja­żem, kie­dy tak na­praw­dę chce mi się pła­kać nad swo­im lo­sem? Szyb­ciut­ko wkła­dam buty, kol­czy­ki i dłu­gi ła­ńcu­szek, któ­ry si­ęga mi pra­wie do pęp­ka. Je­stem go­to­wa i mogę już ze­jść na dół. Bio­rę głębo­ki od­dech, za­my­kam oczy, wy­pusz­czam po­wie­trze i wy­cho­dzę z po­ko­ju.

* * *

Sa­lon i ja­dal­nia są przy­stro­jo­ne tu­zi­na­mi kwia­tów. Stół za­sta­wio­ny jest naj­lep­szą za­sta­wą, któ­rą ro­dzi­ce za­wsze trzy­ma­ją na spe­cjal­ne oka­zje. W sa­lo­nie ta­kże jest pe­łno kwia­tów, któ­rych za­pach przy­pra­wia mnie o mdło­ści. Moje ner­wy si­ęga­ją ze­ni­tu i czu­ję się tak, jak­bym mia­ła za chwi­lę zwy­mio­to­wać. Naj­chęt­niej za­ko­pa­ła­bym się w swo­im łó­żku i nie wy­cho­dzi­ła z nie­go przez ja­kiś czas, ale pora sta­wić czo­ła tej pa­to­wej sy­tu­acji. Go­ście po­wo­li za­czy­na­ją przy­by­wać, ele­ganc­ko ubra­ni i ze sztucz­ny­mi uśmie­cha­mi przy­kle­jo­ny­mi do twa­rzy. Za­pew­ne ju­tro na pierw­szych stro­nach ga­zet znaj­dzie się zdjęcie z mo­ich za­ręczyn. Lu­dzie będą mie­li po­żyw­kę z tego, jak pan­na Ro­th­well wy­gląda­ła, jaki pie­rścio­nek do­sta­ła, bla, bla, bla. Prze­cha­dzam się po ogrom­nym sa­lo­nie, wi­ta­jąc się z nie­któ­ry­mi lu­dźmi i wy­pa­tru­jąc Au­sti­na. Cie­ka­we, kie­dy się zja­wi wraz z ro­dzi­ca­mi. Idę w stro­nę przy­ja­ció­łki, któ­ra z da­le­ka się uśmie­cha, sącząc szam­pa­na. Sama si­ęgam po kie­li­szek dla ku­ra­żu. Sta­ję obok Ade­li­ne i jed­nym hau­stem opró­żniam całą za­war­to­ść. Kum­pe­la pa­trzy na mnie z przy­ga­ną w oczach, ale mam to gdzieś. Może i nie przy­stoi mi ta­kie za­cho­wa­nie, ale w tym mo­men­cie zu­pe­łnie mnie to nie ob­cho­dzi.

- Jak się czu­jesz? - pyta Ade­li­ne. - Je­steś go­to­wa?

Gdy­by wzrok mógł za­bi­jać, moja przy­ja­ció­łka już le­ża­ła­by na podło­dze mar­twa.

- Py­tasz po­wa­żnie? - wy­pusz­czam gło­śno po­wie­trze i pa­trzę na nią ze smut­kiem. - Wiesz, ja­koś men­tal­nie pró­bu­ję się na to na­sta­wić, prze­cież to i tak jest nie­unik­nio­ne, ale kie­dy o tym my­ślę, czu­ję okrop­ną zło­ść i mam ocho­tę wszyst­ko po­roz­wa­lać.

Ade­li­ne po­ta­ku­je ze zro­zu­mie­niem, bo nie wie, co mi do­ra­dzić. Samo "wszyst­ko będzie do­brze" tu nie wy­star­czy.

Na­gle czu­ję, jak dreszcz prze­bie­ga przez całe moje cia­ło. Od­wra­cam się po­wo­li i moje oczy na­po­ty­ka­ją wzrok Au­sti­na. Przy­gląda mi się jak dra­pie­żnik swo­jej zdo­by­czy. Lu­stru­je mnie z góry na dół, za­trzy­mu­jąc się dłu­żej przy de­kol­cie. Za­sta­na­wia się nad czy­mś, ob­li­zu­jąc usta, po czym kręci gło­wą i dziar­skim kro­kiem zmie­rza w moją stro­nę. Jest na­praw­dę przy­stoj­nym mężczy­zną, nie­ste­ty po­bu­dza we mnie ja­kieś po­kła­dy na­pi­ęcia sek­su­al­ne­go, któ­re sta­ram się zdu­sić w za­rod­ku. Ubra­ny jest w sza­ry gar­ni­tur ide­al­nie do­pa­so­wa­ny do jego syl­wet­ki, bia­łą prążko­wa­ną ko­szu­lę i - o dzi­wo - zło­ty kra­wat. Cóż za zbieg oko­licz­no­ści! Mat­ka na pew­no ma­cza­ła w tym pal­ce.

- Wi­taj, Ju­lian­ne. - Cmo­ka mnie lek­ko w po­li­czek. - A ty mu­sisz być przy­ja­ció­łką mo­jej na­rze­czo­nej. Zga­dza się?

- Jesz­cze nie je­stem two­ją na­rze­czo­ną - fu­kam gło­śno.

- Ko­cha­nie, ale już za chwi­lę będziesz. Przed­sta­wisz mi swo­ją przy­ja­ció­łkę? - grzecz­nie pyta, uśmie­cha­jąc się i uka­zu­jąc ide­al­ne uzębie­nie.

- To Ade­li­ne. Zna­my się od dziec­ka i jest moją brat­nią du­szą.

- Miło mi cię po­znać, Ade­li­ne. - Au­stin wy­ci­ąga do niej dłoń, lek­ko się na­chy­la, po czym war­ga­mi mu­ska jej rękę jak praw­dzi­wy gen­tle­man. Pfff.

Po mi­nie przy­ja­ció­łki wi­dzę, że jest mile za­sko­czo­na i że ku­pił ją tym ge­stem. Prze­wra­cam ocza­mi, ale nic się nie od­zy­wam, tyl­ko pry­cham pod no­sem. Au­stin pro­stu­je się, bie­rze mnie za rękę i stwier­dza, że na nas już pora i czas na­le­ży­cie po­wi­tać go­ści. Kro­czy­my mi­ędzy lu­dźmi, co chwi­lę się za­trzy­mu­jąc i wda­jąc w krót­kie po­ga­węd­ki. Pra­wie nic z nich nie pa­mi­ętam, ale z mo­jej twa­rzy nie scho­dzi uśmiech. Sztucz­ny i wy­mu­szo­ny. Czu­ję się tak, jak­bym była obec­na cia­łem, ale nie­ste­ty nie du­chem. Jak przez mgłę pa­mi­ętam ko­la­cję, któ­rą do sto­łu po­da­wa­li wy­na­jęci kel­ne­rzy. Niby ja­dłam i pi­łam nor­mal­nie, ale za­cho­wy­wa­łam się jak na au­to­pi­lo­cie. Chy­ba pró­bo­wa­łam wy­przeć z mo­je­go umy­słu to, co ma się wy­da­rzyć za chwi­lę. Po po­si­łku go­ście na nowo ro­ze­szli się do sa­lo­nu, two­rząc kil­ku­oso­bo­we grup­ki. Ja sto­ję przy ko­min­ku z ro­dzi­ca­mi, Au­sti­nem i pa­ństwem Dan­kwor­tha­mi. Oj­ciec trzy­ma w dło­ni kie­li­szek szam­pa­na i małą ły­żecz­kę, któ­rą stu­ka w kie­li­szek, żeby zwró­cić uwa­gę wszyst­kich ze­bra­nych. Czu­ję się jak by­dło na tar­gu. Wszy­scy świ­dru­ją mnie wzro­kiem, fa­łszy­wie się uśmie­cha­jąc. Mam ocho­tę się scho­wać za oj­cem i za­mknąć oczy, ale nie­ste­ty...

- Moi dro­dzy, ze­bra­li­śmy się tu w tak licz­nym gro­nie, żeby świ­ęto­wać coś bar­dzo dla mnie wa­żne­go. Moja pi­ęk­na cór­ka Ju­lian­ne i Au­stin Dan­kworth po­sta­no­wi­li się za­ręczyć. - Od razu wy­bu­cha bu­rza okla­sków. - Od daw­na są w so­bie za­ko­cha­ni i nie chcie­li cze­kać już ani chwi­li dłu­żej. Dwie po­tężne ro­dzi­ny złączą się już na za­wsze.

Na­gle robi mi się nie­do­brze. Co ten oj­ciec opo­wia­da?! Za­ko­cha­ni? Ni­g­dy w ży­ciu, do ja­snej cho­le­ry!

- Au­stin po­pro­sił o rękę mo­jej cór­ki już ja­kiś czas temu, a ja przy­sta­łem na ich ślub bez dwóch zdań - oj­ciec na­dal się pro­du­ku­je, a ja czu­ję, że za­raz za­cznę krzy­czeć ze zło­ści.

Czu­ję że, oczy za­snu­wa mi mgła, ale czy­jś do­tyk za­czy­na mnie uspo­ka­jać. To Au­stin. Wi­dzę, że ta­kże jest zły, i wiem, że też mu się nie po­do­ba to, o czym mój oj­ciec w tej chwi­li gada. Po­ło­wy tego prze­mó­wie­nia na­wet nie re­je­stru­ję, je­dy­nie samą ko­ńców­kę.

- Ta­kże, Au­sti­nie, od­da­ję w two­je ręce moją dzie­cin­kę. Dbaj o nią do­brze, bo to moje je­dy­ne dziec­ko, mój naj­wi­ęk­szy skarb.

Co ty nie po­wiesz? Two­je je­dy­ne dziec­ko, któ­re wła­śnie sprze­da­łeś. Au­stin roz­pi­na ma­ry­nar­kę i wy­ci­ąga z kie­sze­ni czar­ne pu­de­łecz­ko od Car­tie­ra. Otwie­ra je i pa­trzy w moje oczy z ja­kąś za­dzior­no­ścią.

- Ju­lian­ne, to już tyl­ko for­mal­no­ść. Moja mi­ło­ść do cie­bie jest głębo­ka. - Wi­dzę, że chce mu się śmiać, i włączam się do jego gry. - Nie wy­obra­żam so­bie ani mi­nu­ty dłu­żej bez cie­bie. Czy uczy­nisz mi ten za­szczyt i zo­sta­niesz moją żoną? Obie­cu­ję ci, że na­sze wspól­ne ży­cie będzie pi­ęk­ne, ro­man­tycz­ne, usła­ne ser­dusz­ka­mi i kwia­ta­mi. Ży­cie, po któ­rym będą ska­kać ko­lo­ro­we jed­no­ro­żce, rzy­ga­jące obło­ka­mi tęczy. - Ostat­nie zda­nie mówi po ci­chut­ku, że­bym tyl­ko ja je sły­sza­ła.

Na po­cząt­ku mnie za­mu­ro­wa­ło, ale po se­kun­dzie za­czy­nam się ci­cho śmiać. Ten śmiech prze­cho­dzi w chi­chot, któ­ry po chwi­li prze­ra­dza się w re­chot. Zgi­nam się wpół, bo jego sło­wa mnie tak roz­ba­wi­ły, że nie po­tra­fię się opa­no­wać. Oj­ciec pa­trzy na mnie z przy­ga­ną, wszy­scy go­ście za­nie­mó­wi­li, a Au­stin czu­je się jak idio­ta, któ­ry zo­stał wy­śmia­ny przy tylu lu­dziach. Chy­ba ura­zi­łam jego męskie ego. Ale o co się w tej chwi­li zło­ści? Sam za­czął tę gier­kę, a ja tyl­ko ją pod­chwy­ci­łam. Czyż nie o to mu cho­dzi­ło? Po chwi­li się uspo­ka­jam i wy­cie­ram łzy, któ­re ze­bra­ły mi się w kąci­kach oczu. Pa­trzę po­wa­żnie na Au­sti­na i od­po­wia­dam:

- Tak, wyj­dę za cie­bie, mój ty jed­no­ro­żcu. - Wy­ci­ągam do nie­go lewą dłoń, żeby na pa­lec ser­decz­ny wsu­nął pie­rścio­nek z bia­łe­go zło­ta wy­sa­dza­ny ma­ły­mi dia­men­ta­mi two­rzący­mi łez­kę.

Jest pi­ęk­ny i de­li­kat­ny. Cie­szę się, że nie ku­pił mi wiel­kiej ko­by­ły, któ­ra tyl­ko ci­ąży­ła­by mi na pal­cu. Zbli­żam się do nie­go i wy­ci­skam na jego ustach so­czy­ste­go bu­zia­ka. Ła­pię go pod rękę i uśmie­cham się sze­ro­ko, aż bolą mnie po­licz­ki. Kel­ne­rzy roz­no­szą szyb­ko szam­pa­na, po czym wzno­si­my to­ast.

Te­raz, sza­now­ny pa­nie Dan­kworth, po­ka­żę ci, z kim za­da­rłeś. Za­po­wie­dzia­łeś, że mi uprzy­krzysz ży­cie, ale ja nie po­zo­sta­nę ci dłu­żna. Co to, to nie!

Rozdział III

Julianne

Kola­cja była jed­ną wiel­ką po­my­łką. Au­stin jest przy­stoj­nym mężczy­zną i nie­ste­ty nie mogę temu za­prze­czyć, na­wet gdy­bym chcia­ła. Jest też dra­niem i dup­kiem. Chcia­ła­bym się z tego wszyst­kie­go wy­mik­so­wać, ale oj­ciec w ży­ciu mi na to nie po­zwo­li. Ra­zem ze sta­rym Dan­kwor­them za­pla­no­wał za­ręczy­ny, któ­re mają się od­być za mie­si­ąc. Oni nor­mal­nie po­stra­da­li ro­zu­my! A naj­lep­sze jest to, że ślub ma się od­być na po­cząt­ku czerw­ca bądź pod ko­niec maja. To rap­tem trzy mie­si­ące! Nie wie­rzę, po pro­stu nie wie­rzę, że ro­dzi­ce mi to ro­bią. Je­stem ich je­dy­nym dziec­kiem, po­win­ni chcieć dla mnie jak naj­le­piej, a czu­ję się jak cie­lę wy­sta­wio­ne na tar­gu. Czy moje ży­cie może być jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne? Moja przy­ja­ció­łka Ade­li­ne też jest w nie­ma­łym szo­ku, że mat­ka z oj­cem ro­bią mi coś ta­kie­go. Do­sta­łam jesz­cze przy­kaz, że mam so­bie ku­pić na za­ręczy­ny sek­sow­ną kiec­kę, któ­ra będzie pod­kre­śla­ła wszyst­kie moje atu­ty, czy­li duże pier­si, zgrab­ny, lek­ko wy­pu­kły ty­łek, wąską ta­lię i dłu­gie nogi. Za­łam­ka na ca­łe­go. Leżę w łó­żku, uża­la­jąc się nad sobą, kie­dy sły­szę pu­ka­nie do drzwi.

- Pro­szę - rzu­cam, wie­dząc, że to mat­ka.

- Nie śpisz jesz­cze?

- Wy­gląda na to, że nie. Mamo, dla­cze­go wy mi to ro­bi­cie? Dla­cze­go chce­cie mnie od­dać temu bu­co­wi? Czy dla ojca naj­wa­żniej­sza jest tyl­ko fir­ma? Gdzie w tym wszyst­kim je­stem ja? - Za­czy­nam za­da­wać jej masę py­tań, bo może uda mi się prze­mó­wić jej do ro­zu­mu.

- Ju­lian­ne, to wszyst­ko dla do­bra fir­my. Zo­bacz, je­że­li Dan­kworth po­łączy swo­ją fir­mę z na­szą, to na­praw­dę sta­nie się ona wiel­kim im­pe­rium. Kie­dyś ty i Au­stin to odzie­dzi­czy­cie, a pó­źniej wa­sze dzie­ci - od­po­wia­da, jak gdy­by ni­g­dy nic.

Ja się chy­ba prze­sły­sza­łam. Czy ona to po­wie­dzia­ła na­praw­dę? Dla do­bra fir­my, by stwo­rzyć cho­ler­ne im­pe­rium? No tak, będzie mia­ła wi­ęcej kasy do wy­da­wa­nia.

- A gdzie w tym wszyst­kim jest moje szczęście? To was nie in­te­re­su­je? Mam się zwi­ązać z fa­ce­tem, któ­re­go w ogó­le nie znam? Jak wy to so­bie wy­obra­ża­cie? - krzy­czę, wy­rzu­ca­jąc ręce w górę.

- Zo­ba­czysz, że się do­trze­cie. Nie będzie tak źle. Ja też ojca nie zna­łam, ale będąc ma­łże­ństwem, po­zna­li­śmy się, i te­raz bar­dzo się ko­cha­my - od­po­wia­da spo­koj­nie, a mnie chy­ba za­raz szlag tra­fi.

- Ja to nie ty. Pa­mi­ętaj o tym. Nie je­stem ja­kąś lalą na sprze­daż. Ja się nie zga­dzam na ten ślub i ko­niec. Sama wy­bio­rę so­bie męża, kie­dy przyj­dzie na to od­po­wied­nia pora.

- Nie bądź śmiesz­na, Ju­lian­ne. Wiesz do­brze, że z oj­cem to nie przej­dzie. Je­śli coś po­sta­no­wił, to będzie do tego dążył za wszel­ką cenę. Zo­ba­czysz, że wszyst­ko się uło­ży - pró­bu­je do­dać mi otu­chy.

Spo­kój mat­ki dzia­ła na mnie jak płach­ta na byka. Jak ona może być tak spo­koj­na i na wszyst­ko się go­dzić? Prze­cież jest moją mat­ką i to ja po­win­nam być jej prio­ry­te­tem. Mam dwa­dzie­ścia sze­ść lat, a na­wet nie mogę pod­jąć de­cy­zji od­no­śnie do mo­je­go ży­cia.

- Idź już, mamo, bo wi­dzę, że ta roz­mo­wa do ni­cze­go nas nie do­pro­wa­dzi. Je­steś za­śle­pio­na pie­ni­ędz­mi i nic do cie­bie nie do­cie­ra - rzu­cam, żeby so­bie w ko­ńcu po­szła.

- Jak śmiesz?! - mówi ob­ru­szo­na. - Nie za­le­ży mi na pie­ni­ądzach!

- Czy­żby? Gdy­by tak nie było, to­byś mnie po­pa­rła. Wo­lisz kasę, za któ­rą pój­dziesz do naj­lep­szych ko­sme­ty­czek, fry­zje­rów i skle­pów, dla­te­go ta­ńczysz tak, jak oj­ciec ci za­gra. A te­raz na­praw­dę już idź, bo je­stem zmęczo­na i chcę iść spać. - Nie­zbyt de­li­kat­nie ją wy­pra­szam.

Mat­ka pa­trzy na mnie, nie wie­dząc co po­wie­dzieć, ale nic mnie to nie ob­cho­dzi. Je­stem tro­chę za­sko­czo­na, że na­wet nie ko­men­tu­je, bo to do niej nie­po­dob­ne, tyl­ko wy­cho­dzi wiel­ce ob­ra­żo­na, trza­ska­jąc drzwia­mi. Za ja­kie grze­chy tra­fi­ła mi się taka ro­dzi­na? No, za ja­kie, ja się py­tam!

* * *

Ty­dzień zle­ciał jak z bi­cza strze­lił. Kil­ka razy by­łam z oj­cem w fir­mie, bo chce mnie wdro­żyć w pew­ne spra­wy. Au­stin ma pra­co­wać na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra do spraw pro­mo­cji i re­kla­my, a ja mam być - uwa­ga - jego asy­stent­ką. Mam to w du­pie, na pew­no nie będę tam pra­co­wać. Mam za­miar stać się jak jed­na z tych żon ze Step­ford. Będę le­ża­ła, pach­nia­ła i sza­sta­ła kasą na pra­wo i lewo. Też uprzy­krzę ży­cie temu gnoj­ko­wi. Nie mam za­mia­ru po­zo­stać mu dłu­żna, sko­ro za­po­wie­dział, że zro­bi mi z ży­cia pie­kło. Ha! Zo­ba­czy­my, kto zro­bi komu. Pla­nu­ję wy­brać się dzi­siaj z Ade­li­ne do Har­rod­sa, żeby w ko­ńcu ku­pić ja­kąś su­kien­kę na te nie­szczęsne za­ręczy­ny. Naj­chęt­niej zro­bi­ła­bym ro­dzi­com na zło­ść i za­ło­ży­ła zwy­kłe szma­ty. Nie chcę się już jed­nak z nimi szar­pać, bo wiem, że to i tak nic nie zmie­ni. Oj­ciec to za­wzi­ęty czło­wiek i nic go nie prze­ko­na.

Ade­li­ne ma być po mnie koło pierw­szej, więc szy­ku­ję się do wy­jścia. Na­kła­dam skó­rza­ne leg­gin­sy, bia­łą bluz­kę marsz­czo­ną przy pier­siach, moje ulu­bio­ne czar­ne szpil­ki z ce­ki­na­mi i na­rzu­cam skó­rza­ną kurt­kę. Kie­dy je­stem już go­to­wa, do­sta­ję od przy­ja­ció­łki SMS-a z in­for­ma­cją, że cze­ka na pod­je­ździe. W lo­cie chwy­tam to­reb­kę i wy­cho­dzę z domu. Pod­cho­dzę do jej wy­pa­sio­ne­go me­ta­licz­ne­go audi PB18 e-tron i zaj­mu­ję miej­sce pa­sa­że­ra. Ade­li­ne ko­cha spor­to­we auta i zmie­nia je jak ręka­wicz­ki, ale coś czu­ję, że z tym nie roz­sta­nie się tak szyb­ko.

- Cze­ść, ko­cha­na - mó­wię, wzdy­cha­jąc głębo­ko.

- Hej. Co masz taką skwa­szo­ną minę? Jesz­cze nie prze­bo­la­łaś za­ręczyn i ślu­bu? - pod­py­tu­je, od­pa­la­jąc sa­mo­chód.

- Tak jak­by mo­żna było coś ta­kie­go prze­bo­leć. Po­wiem ci, że mam dość, ale tata zda­nia i tak nie zmie­ni, więc po­zo­sta­ło mi po­go­dzić się z lo­sem - od­bur­ku­ję.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

- Może nie będzie tak źle, może ten cały Au­stin oka­że się do­brym czło­wie­kiem. Nie po­win­naś za­wcza­su gdy­bać, tyl­ko le­piej go po­znać - od­po­wia­da przy­ja­ció­łka, wpa­tru­jąc się w dro­gę.

- Po­zna­łam go i uwierz mi, że nie jest do­brym czło­wie­kiem. Jest za­pa­trzo­nym w sie­bie dup­kiem. Kie­dy go wi­dzę, od razu mnie krew za­le­wa. Coś czu­ję, że cały czas będzie mi ro­bił na zło­ść i trak­to­wał mnie jak gów­no. Nie wiem sama, jak to będzie, ale czu­ję, że on da mi nie­źle w kość.

Ade­li­ne kręci gło­wą, bo wie, że i tak mnie nie prze­ga­da. Za­wsze po­wta­rzam, że mój oj­ciec jest za­wzi­ętym czło­wie­kiem, ale je­śli te­raz spoj­rzeć na to z boku, je­stem do­kład­nie taka sama. Chy­ba odzie­dzi­czy­łam to po nim.

* * *

Prze­bie­ram wie­sza­ki w Har­rod­sie i nie mogę zna­le­źć żad­nej od­po­wied­niej kiec­ki. Nic mi się nie po­do­ba. Pod­da­ję się i sia­dam na ogrom­nym pu­fie, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Ade­li­ne pod­cho­dzi do mnie z kil­ko­ma łasz­ka­mi, ale te kiec­ki są pa­skud­ne.

- Za­bierz je stąd. Są okrop­ne! Czy ja wy­glądam na ko­goś, kto cho­dzi w kiec­kach z buf­ka­mi? Prze­cież będę w tym wy­glądać jak clown. Cho­dźmy do domu, roz­bo­la­ła mnie gło­wa. Je­ste­śmy tu od do­brych dwóch go­dzin - na­rze­kam, bo czu­ję, jak za­czy­na mi pul­so­wać w skro­niach.

- Jak chcesz, ale uwa­żam, że ta be­żo­wa su­kien­ka jest świet­na i za­je­bi­ście by na to­bie le­ża­ła - stwier­dza i od­cho­dzi, żeby od­wie­sić kiec­ki.

Po se­kun­dzie sły­szę nie­by­wa­ły pisk i lecę w stro­nę przy­ja­ció­łki zo­ba­czyć, co się dzie­je. Ró­żne rze­czy przy­cho­dzą mi na myśl, ale nie spo­dzie­wa­ła­bym się, że za­sta­nę ją wpa­tru­jącą się w zło­ty ma­te­riał.

- Ju­lian­ne - wy­ma­wia moje imię szep­tem i chwy­ta się za ser­ce. - To jest to, tyl­ko na nią po­patrz.

Po­da­je mi zło­tą su­kien­kę, któ­ra jest do­syć krót­ka, do tego ma si­ęga­jący pęp­ka de­kolt, któ­ry będzie ład­nie mi się roz­kła­dał na pier­siach. Jest lek­ko bro­ka­to­wa i wiem, że to jest to. Ocza­mi wy­obra­źni wi­dzę moje zło­te szpil­ki z ćwie­ka­mi i wiem, że ca­ło­ść będzie się pre­zen­to­wa­ła sza­ło­wo. Lecę szyb­ko za­pła­cić i ra­zem z Ade­li­ne wra­ca­my do domu.

Rozdział I

Julianne

Moje ży­cie to jed­na wiel­ka po­ra­żka. Mam dwa­dzie­ścia sze­ść lat, miesz­kam w Lon­dy­nie w ogrom­nej re­zy­den­cji przy Hamp­sted Lane, sko­ńczy­łam stu­dia na Oxfor­dzie i na­dal je­stem pan­ną, bo oj­ciec strasz­nie krót­ko mnie trzy­ma. Oczy­wi­ście na wszyst­ko się go­dzę, bo wiel­ki Sa­mu­el Ro­th­well, po­ten­tat naf­to­wy, nie­na­wi­dzi, kie­dy ktoś mu się sprze­ci­wia. Żeby jesz­cze bar­dziej uprzy­krzyć mi eg­zy­sten­cję, sza­now­ny ta­tuś usi­łu­je zmu­sić mnie do po­ślu­bie­nia nie­ja­kie­go Au­sti­na Dan­kwor­tha. Zu­pe­łnie nie znam ko­le­sia i aku­rat w tej kwe­stii się nie ugnę. Nie po­zwo­lę, aby oj­ciec de­cy­do­wał jesz­cze o tym, z kim mam so­bie to i tak już bez­na­dziej­ne ży­cie uło­żyć. Kon­tro­lu­je mnie na ka­żdym kro­ku i przez to czu­ję się, jak­bym była uwi­ąza­na na smy­czy. Wie­le razy gro­zi­łam ojcu, że wy­pro­wa­dzę się z domu, ale on do­sko­na­le wie, jak mnie od tego od­wie­ść. Po­wta­rza, że mnie wy­dzie­dzi­czy, ode­tnie od kasy, że ni­g­dzie nie znaj­dę pra­cy, a ja, głu­pia, po pro­stu mu ule­gam.

Dzi­siaj na ko­la­cję ma przy­je­chać ten cały Au­stin, żeby mnie po­znać. Je­stem wście­kła i za­ła­ma­na jed­no­cze­śnie, bo nie mam ocho­ty na ta­kie wy­mu­szo­ne ko­la­cyj­ki. Jed­nak oczy­wi­ście sto­ję przed lu­strem i się stro­ję. Mu­szę wy­glądać nie­na­gan­nie, żeby nie przy­nie­ść ro­dzi­com wsty­du. Z mat­ką mam jesz­cze jako taką re­la­cję, ale z oj­cem - le­piej nie mó­wić. Na­kła­dam na sie­bie ob­ci­słą czer­wo­ną su­kien­kę przed ko­la­no, któ­ra ide­al­nie pod­kre­śla moje kszta­łty, oraz czar­ne lo­ubo­uti­ny z czer­wo­ną po­de­szwą. Mat­ka z mo­ich dłu­gich kasz­ta­no­wych wło­sów zro­bi­ła do­bie­ra­ny war­kocz i kie­dy pa­trzę na sie­bie w lu­strze, stwier­dzam, że wy­glądam na­praw­dę ład­nie, ale wy­raz mo­jej twa­rzy jest smut­ny, i taki już chy­ba na za­wsze po­zo­sta­nie. No, chy­ba że ja­ki­mś cu­dem uwol­nię się spod wła­dzy ojca i po­pro­wa­dzę swo­je ży­cie w ta­kim kie­run­ku, jaki będę uwa­ża­ła za słusz­ny. Za­wsze ma­rzy­łam o chło­pa­ku, któ­ry mnie po­ko­cha za to, kim je­stem, a nie za ma­jątek, któ­ry po­sia­da moja ro­dzi­na. W swo­jej wi­zji wi­dzia­łam czer­wo­ny do­mek z bia­łym pło­tem, dwój­kę dzie­ci i psa. Niby tyl­ko tyle, ale aż tyle. Ma­rze­nia ma­rze­nia­mi. Już oj­ciec o to za­dba, żeby się ni­g­dy nie spe­łni­ły. Prze­glądam się ostat­ni raz w wiel­kim lu­strze, bio­rę głębo­ki od­dech i uda­ję się na tę prze­klętą ko­la­cję. Z dołu do­cho­dzą mnie gło­śne roz­mo­wy. Je­stem pew­na, że go­ście już przy­by­li. Krzy­wię się na tę myśl, bo na­praw­dę nie mam ocho­ty brać udzia­łu w tej ca­łej cho­ler­nej szop­ce.

Kie­dy wcho­dzę do ja­dal­ni, wszy­scy jak je­den mąż od­wra­ca­ją się w moją stro­nę. No, pra­wie wszy­scy - wy­łącza­jąc jed­ne­go osob­ni­ka. Do­my­ślam się, kim on jest. Sta­ję koło mamy, a oj­ciec bie­gnie w moją stro­nę ze sło­wa­mi:

- Ju­lian­ne, po­znaj pa­ństwa Dan­kwor­thów i ich syna Au­sti­na. - Tata rzu­ca pro­mien­nie spoj­rze­nie w moją stro­nę, a ja spusz­czam wzrok na buty.

- Masz pi­ęk­ną cór­kę, Sa­mu­elu. Będzie ide­al­nie pa­so­wać do mo­je­go syna.

Moc­no za­ci­skam zęby i spo­glądam w górę. Mój wzrok na­po­ty­ka zim­ne piw­ne tęczów­ki. Ich wła­ści­ciel ma wście­kły wy­raz twa­rzy i pa­trzy na mnie, jak gdy­bym była obśli­zgłym ro­ba­lem. Dreszcz prze­bie­ga mi po ple­cach i mo­men­tal­nie robi mi się chłod­no. Wi­dzę w nim mie­szan­kę nie­na­wi­ści i cie­ka­wo­ści. Za­uwa­żam też, że jest na­praw­dę przy­stoj­ny. Moc­no za­ry­so­wa­na żu­chwa z lek­kim za­ro­stem, wy­so­ki, męski, wy­spor­to­wa­ny, i do tego bru­net, do któ­rych za­wsze mia­łam sła­bo­ść, per­fek­cyj­nie wy­kro­jo­ne usta, któ­re na bank da­ły­by mi roz­kosz. Wy­raz twa­rzy mnie jed­nak prze­ra­ża. Nic mu prze­cież nie zro­bi­łam i nie ro­zu­miem, dla­cze­go pa­trzy na mnie tak, jak­by chciał mi skręcić kark. Prze­cież to nie moja wina, że nasi ro­dzi­ce wpląta­li nas w gów­no przez duże G.

- To praw­da. Ju­lian­ne jest pi­ęk­ną ko­bie­tą. Au­stin, po­znaj moją je­dy­nacz­kę - oj­ciec uśmie­cha się ura­do­wa­ny, bo wie, że je­śli się po­bie­rze­my, to ubi­je na tym nie­zły in­te­res.

- Daj­my so­bie spo­kój z tym za­po­zna­wa­niem się, Sa­mu­elu. Prze­cież to ma­łże­ństwo będzie jed­ną wiel­ką far­są - rzu­ca od nie­chce­nia Au­stin.

- Synu... - za­czy­na oj­ciec Au­sti­na, ale on ma­cha lek­ce­wa­żąco ręką.

Krew się we mnie go­tu­je i mam ocho­tę gno­jo­wi przy­ło­żyć.

- Za­cznij­my od tego, że żad­ne­go ślu­bu nie będzie, tato. Nie mam za­mia­ru wy­cho­dzić za ta­kie­go pro­sta­ka. Chcesz mnie od­dać pierw­sze­mu lep­sze­mu chłyst­ko­wi? Mó­głbyś się tro­chę bar­dziej po­sta­rać - od­po­wia­dam gło­sem ocie­ka­jącym ja­dem.

Oj­ciec za­chły­stu­je się po­wie­trzem, mat­ka za­sła­nia dło­nią usta. Ro­dzi­ce tego dup­ka są zszo­ko­wa­ni, a on sam ci­ska we mnie gro­ma­mi.

- Uwa­żaj, la­lu­niu, bo zro­bię z two­je­go ży­cia ist­ne pie­kło. Ma­łże­ństwo z tobą to czy­sty biz­nes, więc nie wy­obra­żaj so­bie za dużo.

- Wal się - rzu­cam. - Ni­g­dy nie zo­sta­nę two­ją żoną! Prędzej pie­kło za­mar­z­nie!

- Ju­lian­ne, za­milcz! - oj­ciec pod­no­si głos. - Miej, choć odro­bi­nę sza­cun­ku do ro­dzi­ny Dan­kwor­thów.

Sza­cu­nek? O ja­kim on, do cho­le­ry, sza­cun­ku mówi? Ten aro­gant nie oka­zał mi żad­ne­go sza­cun­ku, a ja mam go oka­zy­wać im? Po moim tru­pie!

- Może i two­ja cór­ka, Sa­mu­elu, jest pi­ęk­na, ale brak jej ogła­dy i do­bre­go wy­cho­wa­nia. Kie­dy już zo­sta­nie moją żoną, szyb­ko ją tego na­uczę. - Au­stin z za­do­wo­le­niem wy­plu­wa z sie­bie zja­dli­wy ko­men­tarz.

No chy­ba mnie za­raz krew za­le­je. Jak on śmie! Bra­ku­je mi ogła­dy i do­bre­go wy­cho­wa­nia? Pa­lant je­den! Te­raz mam już pew­no­ść, że nie ma naj­mniej­szych szans, że­bym się zwi­ąza­ła z tym dup­kiem. Go­tu­je się we mnie ze zło­ści, ale za­sia­dam do sto­łu. Chwi­lę pó­źniej zo­sta­je po­da­na ko­la­cja. Słu­żba na­pe­łnia nam kie­lisz­ki wi­nem i wodą. Nie je­stem w sta­nie nic prze­łk­nąć, bo mój żo­łądek za­ci­snął się w je­den wiel­ki su­peł. Czu­ję, że Au­stin bacz­nie mnie ob­ser­wu­je, ale ja nie za­szczy­cam go ani jed­nym spoj­rze­niem. Kie­dy ko­la­cja do­bie­ga ko­ńca, wsta­ję z za­mia­rem opusz­cze­nia to­wa­rzy­stwa.

- A ty gdzie się wy­bie­rasz? - Oj­ciec chwy­ta mnie za przed­ra­mię.

- Idę do swo­je­go po­ko­ju. Strasz­nie roz­bo­la­ła mnie gło­wa. Mu­szę się po­ło­żyć - od­po­wia­dam, oczy­wi­ście kła­mi­ąc, ale wiem, że oj­ciec w ży­ciu nie po­zwo­li mi wy­jść.

- Ni­g­dzie nie pój­dziesz. Zo­sta­wi­my te­raz cie­bie i Au­sti­na sa­mych, że­by­ście mo­gli so­bie po­roz­ma­wiać - mówi, po czym wszy­scy wy­cho­dzą z ja­dal­ni.

Nor­mal­nie jak w przed­szko­lu. Sto­ję ty­łem do Au­sti­na i nie mam ocho­ty pa­trzeć w jego stro­nę. Już te­raz wiem, że ni­g­dy się nie do­ga­da­my. Jak to ma­łże­ństwo będzie wy­gląda­ło? Prze­cież będę nie­szczęśli­wa. Mam ocho­tę w tym mo­men­cie wy­biec z domu i uciec jak naj­da­lej od Lon­dy­nu. Naj­le­piej to do in­ne­go kra­ju, gdzie nikt mnie nie zna.

- Da­lej będziesz tak mil­cza­ła? - Au­stin prze­ry­wa moje roz­wa­ża­nia.

- Nie two­ja spra­wa. Cze­go ty ode mnie chcesz, co? - py­tam, od­wra­ca­jąc się do nie­go.

- Ja? Ja od cie­bie nie chcę ni­cze­go. Po pierw­sze nie je­steś w moim ty­pie, po dru­gie ni­g­dy nie będziesz. Jak już mó­wi­łem, to ma­łże­ństwo to czy­sta far­sa. Dla kasy, po pro­stu. Nasi ro­dzi­ce chcą po­łączyć swo­je fir­my naf­to­we i zbu­do­wać ogrom­ne im­pe­rium. A żeby to zro­bić, mu­si­my się po­brać - mówi to tak, jak­by to było naj­nor­mal­niej­szą rze­czą pod sło­ńcem.

- Ale dla­cze­go ja? Nie mo­żesz so­bie zna­le­źć ja­kie­jś dziew­czy­ny, któ­rą po­ko­chasz? Prze­cież ja w tym niby-zwi­ąz­ku nie będę mia­ła ży­cia - wy­du­szam z sie­bie.

- Ja się nie ba­wię w żad­ne zwi­ąz­ki, mi­ło­ści czy ro­man­se. Mnie wy­star­cza tyl­ko ja­kaś dupa do bzy­ka­nia, któ­ra po wszyst­kim idzie do sie­bie i któ­rej nie mu­szę wi­ęcej oglądać.

Co za ob­lech! Może ja mam jesz­cze mu po­zwa­lać, żeby się pie­przył z ja­ki­miś dziw­ka­mi i po wszyst­kim wra­cał do domu? Chy­ba go Bóg opu­ścił. Nie ma mowy!

- Ty chy­ba so­bie ze mnie ja­kieś jaja ro­bisz, ko­leś. My­ślisz, że ja się będę go­dzi­ła na ta­kie coś? Le­piej od razu zre­zy­gnuj­my z tego ca­łe­go cyr­ku i będzie świ­ęty spo­kój.

Ob­ra­cam się na pi­ęcie i pró­bu­ję ode­jść, ale Au­stin moc­no chwy­ta mnie za rękę i od­wra­ca do sie­bie. Pa­trzy mi głębo­ko w oczy i zbli­ża swo­je usta do mo­ich, po czym ze zło­ścią mówi:

- Nie ty tu usta­lasz re­gu­ły, la­lecz­ko. Będziesz moją żoną, czy tego chcesz, czy nie. I ra­dzę ci za­pa­mi­ętać jed­no. Ni­g­dy nie będzie nas łączył ża­den seks. Będzie­my miesz­kać ra­zem, ale w od­dziel­nych sy­pial­niach, i je­dy­ne, co nas będzie łączyć, to pier­do­lo­ny świ­stek, któ­ry będzie do­wo­dem na to, że je­steś moja.

- Ty gno­ju! - Pró­bu­ję go spo­licz­ko­wać, ale chwy­ta moją dłoń.

- Nie ra­dzę, bo ja ta­kże je­stem mści­wy. Nie chcia­ła­byś tego po­czuć na wła­snej skó­rze, moja przy­szła żono - stwier­dza, ca­łu­jąc mnie w usta, i wy­cho­dzi z ja­dal­ni, jak gdy­by ni­g­dy nic.

Co za... Je­że­li na­praw­dę doj­dzie do tego ślu­bu, to mam to­tal­nie prze­rąba­ne. W co ten oj­ciec mnie wko­pał?!

Rozdział V

Austin

Po tym cho­ler­nym cyr­ku, któ­ry miał miej­sce w po­sia­dło­ści Ro­th­wel­lów, uda­ję się pro­sto do Sen­su­al De­si­re. Do klu­bu, w któ­rym roz­ła­du­ję emo­cje. Ju­lian­ne zro­bi­ła ze mnie po­śmie­wi­sko. Za­miast od razu zgo­dzić się na to pier­do­lo­ne ma­łże­ństwo, ro­ze­śmia­ła mi się w twarz przy tych wszyst­kich lu­dziach. Po­czu­łem się jak kom­plet­ny idio­ta. Jed­na­kże mu­szę przy­znać, że wy­gląda­ła dzi­siej­sze­go wie­czo­ru wy­jąt­ko­wo sek­sow­nie. Nogi ma dłu­gie do nie­ba i cia­ło ide­al­ne do piesz­cze­nia. Za­sta­na­wiam się, jak by wy­glądał jej ty­łek na­zna­czo­ny czer­wo­ny­mi pręga­mi albo wy­pi­ęty w moją stro­nę, że­bym go prze­le­ciał. Kur­wa mać, o czym ja my­ślę? To się ni­g­dy nie wy­da­rzy! Wiem, że będzie mnie wo­dzi­ła na po­ku­sze­nie, ale jest klub, jest tu Sa­bri­na, któ­ra za­pew­ni mi roz­ryw­kę w ka­żdej chwi­li. Wy­star­czy, że pstryk­nę pal­ca­mi, a ona się tu zja­wi w pod­sko­kach. Par­ku­ję mo­je­go asto­na mar­ti­na DB11 na par­kin­gu przed klu­bem i ru­szam pod­mi­no­wa­ny do środ­ka. Szu­kam wzro­kiem Sa­bri­ny, ale ni­g­dzie jej nie do­strze­gam. Przed przy­jaz­dem wy­sła­łem jej wia­do­mo­ść, że chcę ją wi­dzieć w ci­ągu trzy­dzie­stu mi­nut. Nie do­sto­so­wa­ła się i bar­dzo do­brze, będę mógł zło­ić jej jędr­ny ty­łek. Po ja­ki­mś cza­sie moja ule­gła po­ja­wia się w klu­bie i od razu zmie­rza w moją stro­nę. Pa­trzę na nią, gro­źnie się uśmie­cha­jąc i sącząc przy tym gin z to­ni­kiem. Dzi­siaj Sa­bri­na wło­ży­ła krót­ką czar­ną spód­nicz­kę i czer­wo­ny ko­ron­ko­wy gor­set. Wie, że za­wsze musi dla mnie ład­nie wy­glądać.

- Au­stin - prze­ry­wa moje roz­my­śla­nia. - Naj­moc­niej cię prze­pra­szam, ale by­łam na ko­la­cji z ro­dzi­ca­mi i nie mo­głam ot tak so­bie wy­jść.

- Sa­bri­no, ile razy ci mó­wi­łem, że kie­dy dzwo­nię, ty się od razu po­ja­wiasz? Czy chcesz, żeby twój pan był z cie­bie nie­za­do­wo­lo­ny?

- Bar­dzo prze­pra­szam, ale ja... - Nie po­zwa­lam jej do­ko­ńczyć wy­po­wie­dzi.

I tak je­stem już na­bu­zo­wa­ny. Żad­ne ar­gu­men­ty do mnie w tej chwi­li nie prze­mó­wią.

- Wiesz, co masz ro­bić. Chy­ba nie mu­szę ci tego tłu­ma­czyć.

Od­wra­cam się do niej ple­ca­mi, da­jąc jej znak, że uwa­żam na­szą roz­mo­wę za za­ko­ńczo­ną. Dziew­czy­na spusz­cza gło­wę i po­słusz­nie od­cho­dzi, kie­ru­jąc się do po­ko­ju, któ­ry jest prze­zna­czo­ny dla na­szej dwój­ki. Za­sta­na­wiam się, co mam z nią dzi­siaj zro­bić. Chy­ba pój­dę na ca­ło­ść. Do­pi­jam drin­ka i ru­szam do po­ko­ju.

* * *

Kie­dy wcho­dzę do środ­ka, Sa­bri­na klęczy tak, jak jest wy­tre­so­wa­na. Sta­nik, majt­ki i szpil­ki są na miej­scu, jed­nak dzi­siaj chcę ją zu­pe­łnie nagą.

- Roz­bierz się ca­łkiem - wy­da­ję jej roz­kaz.

Pod­no­si się w mgnie­niu oka i spe­łnia moją pro­śbę. Pa­trzę na jej ide­al­ne cia­ło i wy­go­lo­ną cip­kę, któ­ra już lśni z pod­nie­ce­nia.

- Po­łóż się na ple­cach, roz­łóż sze­ro­ko nogi i ręce - rzu­cam jej wład­czym to­nem.

Nie sprze­ci­wia się i chęt­nie pod­da­je się mo­je­mu roz­ka­zo­wi. Przy­wi­ązu­ję jej nad­garst­ki do ko­lumn gru­bym czer­wo­nym sznu­rem i pod­cho­dzę do ko­mo­dy po kil­ka ga­dże­tów: opa­skę, pejcz, żel na­wi­lża­jący i mały wi­bra­tor do sty­mu­lo­wa­nia łech­tacz­ki. Wszyst­ko kła­dę na łożu i zbli­żam się do Sa­bri­ny, żeby za­ło­żyć jej opa­skę na oczy.

- Dzi­siaj będzie ostrzej. Mam na­dzie­ję, że to cię na­uczy punk­tu­al­no­ści.

Gdy to mó­wię, sły­szę, że dziew­czy­na wci­ąga głębo­ko po­wie­trze, pró­bu­je coś po­wie­dzieć, ale się po­wstrzy­mu­je, bo do­brze wie, że w tym po­miesz­cze­niu rządzę ja i je­śli ode­zwie się nie­pro­szo­na, to będę ją mu­siał uka­rać. Po­sta­na­wiam ta­kże się ro­ze­brać i zo­sta­ję tyl­ko w sza­rych bok­ser­kach. Przed ocza­mi sta­je mi twarz Ju­lian­ne. Wy­gląda­ła dzi­siaj tak sek­sow­nie, że za­pra­gnąłem ją zwi­ązać i pie­przyć ostro do nie­przy­tom­no­ści. Nie wiem, co się ze mną dzie­je, ale ta dziew­czy­na wy­zwa­la we mnie ogrom­ne po­kła­dy zło­ści i pod­nie­ce­nia. W jed­nej chwi­li mam ocho­tę ją udu­sić, a w dru­giej zła­pać za kark, przy­ci­ągnąć do sie­bie i wpić się w te so­czy­ste ustecz­ka, ale to się ni­g­dy nie sta­nie. Nie ba­wię się w żad­ne zwi­ąz­ki, je­dy­nie w te klu­bo­we. Tu­taj ko­bie­ty same mi się pod­da­ją i lu­bią ro­bić to, co ja. Od za­wsze raj­co­wa­ły mnie ta­kie kli­ma­ty. Na po­cząt­ku by­łem do tego scep­tycz­nie na­sta­wio­ny, ale mój kum­pel po­ka­zał mi, że zwy­kły seks jest nud­ny, a ten bar­dziej uroz­ma­ico­ny może dać o wie­le wi­ęcej wra­żeń i sa­tys­fak­cji. To wła­śnie Dun­can, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel, wkręcił mnie do tego świa­ta ja­kieś pięć lat temu i od tam­tej pory Sen­su­al De­si­re sta­ło się moim dru­gim do­mem. Może głu­pio to brzmi, ale bar­dzo dużo cza­su spędzam w tym miej­scu i non stop uczę się no­wych rze­czy. Moje roz­my­śla­nia prze­ry­wa jęk Sa­bri­ny i mo­men­tal­nie otrząsam się z my­śli, któ­re za­ata­ko­wa­ły mój umy­sł. Pa­trzę na nią i za­sta­na­wiam się, w jaki spo­sób ją dzi­siaj uka­rać, bo wszyst­ko to, co i tak jej zro­bię, nie będzie dla niej karą, tyl­ko na­gro­dą. Ta dziew­czy­na ko­cha być chło­sta­na, wi­ąza­na i ostro pie­przo­na. Wcho­dzę po­wo­li na łó­żko i za­czy­nam ugnia­tać jej pier­si. Nie ro­bię tego de­li­kat­nie, tyl­ko moc­no, tak jak lu­bię. Dziew­czy­na za­czy­na jęczeć, bo jest jej do­brze. Ro­lu­ję jej sut­ki po­mi­ędzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­jącym. Od razu się wy­dłu­ża­ją i ro­bią się twar­de jak ska­ła. Bio­rę je­den w usta i moc­no za­sy­sam. Moja ule­gła na tę in­wa­zję głoś­no krzy­czy.

- Po­do­ba ci się to? - do­py­tu­ję, cho­ciaż do­brze znam od­po­wie­dź.

- Tak, pa­nie. Jesz­cze. Pro­szę.

Bio­rę do ust dru­gi su­tek i po­wta­rzam wszyst­ko od po­cząt­ku. Pod­nie­ca­ją mnie jej jęki i za­czy­nam scho­dzić ni­żej języ­kiem. Kie­dy pra­wie do­ty­kam jej wzgór­ka ło­no­we­go, od­su­wam się, na co ko­bie­ta skam­le z fru­stra­cji. Tak, ma­le­ńka, to two­ja kara. Pod­no­szę się i si­ęgam po pejcz, któ­rym mam za­miar ją wy­chło­stać. Ważę go w rękach i pal­ca­mi prze­je­żdżam po rze­my­kach za­ko­ńczo­nych ma­ły­mi ku­lecz­ka­mi. Scho­dzę z łó­żka i po­ci­ągam w dół Sa­bri­nę, żeby zna­la­zła się bli­żej mnie. Gła­dzę ją po no­gach pal­ca­mi, a dru­gą ręką bio­rę za­mach pej­czem i ude­rzam ją w jej ko­bie­co­ść, na co z jej ust wy­do­by­wa się, sek­sow­ny sko­wyt. Ko­lej­ny raz ude­rzam w jed­no po­tem dru­gie udo. Dziew­czy­na ma roz­ło­żo­ne nogi, dzi­ęki cze­mu mam ide­al­ny wi­dok na jej ocie­ka­jącą so­ka­mi cip­kę. Chło­stam ją po brzu­chu, pier­siach, udach i wzgór­ku ło­no­wym, a jej wci­ąż mało. Je­stem spo­co­ny, ale za to pod­nie­co­ny do gra­nic mo­żli­wo­ści. Mam ocho­tę ją ostro prze­le­cieć. Przy­go­to­wa­łem żel na­wi­lża­jący, bo mam w pla­nach za­brać się do jej dru­giej dziur­ki. Uwiel­biam seks anal­ny i moja part­ner­ka ta­kże. Mu­szę roz­ła­do­wać emo­cje i za­po­mnieć o dzi­siej­szym dniu i Ju­lian­ne. Jed­nak, kie­dy w my­ślach ta dziew­czy­na do mnie przy­cho­dzi, za­miast Sa­bri­ny na łó­żku wi­dzę moją na­rze­czo­ną. Kur­wa mać, nie wiem, co się ze mną dzie­je. Ta dzie­wu­cha za moc­no za­prząta moje my­śli. To, że zo­sta­nie moją żoną, nie zmie­nia ni­cze­go. Nie sta­nę się ko­cha­jącym mężem, bo ja nie wie­rzę w mi­ło­ść i całe to gów­no. Na­sze ma­łże­ństwo jest po­trzeb­ne tyl­ko po to, żeby fir­my mo­je­go ojca i sta­re­go Ro­th­wel­la się po­łączy­ły. Chcą stwo­rzyć ogrom­ne im­pe­rium, któ­re pó­źniej odzie­dzi­czy­my z Ju­lian­ne. W su­mie jako jej mąż kie­dyś będę za­rządzał ca­ło­ścią i to je­dy­ny po­wód, dla któ­re­go zgo­dzi­łem się na to całe ma­łże­ństwo. Z jed­nej stro­ny szko­da mi Ju­lian­ne, bo oj­ciec po­sta­wił ją przed fak­tem do­ko­na­nym i tak na­praw­dę ona nie mia­ła nic do ga­da­nia, ale z dru­giej stro­ny jest to ko­bie­ta z pa­zu­rem, wy­nio­sła, py­ska­ta i z miłą chęcią przy­tem­pe­ru­ję jej ten ci­ęty język. Za­sta­na­wia­łem się rów­nież, jak z nią po­stąpić po ślu­bie. Czy spe­łniać obo­wi­ąz­ki męża, czy po pro­stu ją igno­ro­wać? W su­mie gdy­bym z nią się bzy­kał, to na bank by się we mnie za­ko­cha­ła, a tego ka­te­go­rycz­nie nie chcę. Ta­kie coś na­wet nie wcho­dzi w grę, dla­te­go naj­le­piej będzie, jak będę ją trzy­mał na dy­stans.

- Pa­nie, dla­cze­go nic nie ro­bisz? Czy czy­mś cię ura­zi­łam? - Sa­bri­na po raz ko­lej­ny prze­ry­wa moje roz­my­śla­nia.

Do cho­le­ry ja­snej, przy­je­cha­łem tu, żeby się od­stre­so­wać, a już dru­gi raz moje my­śli krążą wo­kół Ju­lian­ne. Na łó­żku przede mną leży go­rąca ko­bie­ta, chęt­na, żeby się ze mną pie­przyć, i po­zwa­la mi na te wszyst­kie be­ze­ce­ństwa, a ja za­przątam so­bie gło­wę ta­ki­mi rze­cza­mi. Te­raz się za­ba­wię, a ju­tro będę my­ślał o tym, jak to wszyst­ko ro­ze­grać, bo nie ma co, już nie­dłu­go moje ży­cie się zmie­ni. Jed­na­kże z klu­bu nie zre­zy­gnu­ję, a Ju­lian­ne ni­g­dy się o nim nie do­wie. Szyb­ko prze­kręcam Sa­bri­nę na brzuch i uno­szę jej pupę. Wy­le­wam na czło­nek żel i roz­sma­ro­wu­je go po ca­łej dłu­go­ści. Na­stęp­nie na­wi­lżam dziur­kę Sa­bri­ny i pod­cho­dzę do iPo­da, żeby włączyć jej ulu­bio­ną pio­sen­kę Bey­on­cé i Jaya-Z - Cra­zy in Love, wer­sję fil­mo­wą, któ­ra rów­nież i mnie na­kręca. Ła­pię Sa­bri­nę za po­ślad­ki, któ­re lek­ko roz­sze­rzam, i po­wo­li za­czy­nam wci­skać się w jej ty­łek. Moja ko­chan­ka jęczy z przy­jem­no­ści, a ja ją po­su­wam, jak­bym ni­g­dy wcze­śniej tego nie ro­bił. Bio­rę do ręki mały wi­bra­tor, któ­rym za­czy­nam sty­mu­lo­wać jej łech­tacz­kę. Za­my­kam oczy i pod­da­ję się tej chwi­li.

 

Got me lo­oking so cra­zy ri­ght nowYour love's got me lo­oking so cra­zy ri­ght nowGot me lo­oking so cra­zy ri­ght nowYour to­uch got me lo­oking so cra­zy ri­ght now1).

 

Pio­sen­ka na­kręca mnie jesz­cze bar­dziej i po raz trze­ci tego wie­czo­ru przed ocza­mi sta­je mi ob­raz Ju­lian­ne w tej cho­ler­nej zło­tej su­kien­ce i no­gach do sa­me­go nie­ba. Ja pier­do­lę. Po­trząsam gło­wą na boki, jed­nak jej ob­raz nie zni­ka. Wy­obra­żam so­bie, że za­miast Sa­bri­ny to wła­śnie ona tu leży i to w jej zgrab­ny ty­łek się wci­skam. Za­czy­nam gło­śno jęczeć, jak ja­kiś ma­ło­lat.

 

Ho­ping you'll save me ri­ght nowYour kiss got me ho­ping you'll save me ri­ght now Lo­oking so cra­zy in love2).

 

Cho­ler­na Bey­on­cé na­dal leci w tle, a ja czu­ję, że je­stem już bli­sko i za­raz wy­buch­nę. Po­trze­ba mi do­kład­nie trzech pchni­ęć, żeby osi­ągnąć po­tężny or­gazm, któ­ry nor­mal­nie zwa­la mnie z nóg. Od­dy­cham ci­ężko i je­stem na sie­bie wście­kły, że po raz ko­lej­ny do­pu­ści­łem do sie­bie ob­raz mo­jej na­rze­czo­nej. W tym ca­łym oszo­ło­mie­niu do­cho­dzą do mnie ostat­nie tak­ty pio­sen­ki.

 

Uh oh, uh oh, uh oh, oh no noUh oh, uh oh, uh oh, oh no noUh oh, uh oh, uh oh, oh no noUh oh, uh oh, uh oh, oh no no3).

 

Mu­szę jak naj­szyb­ciej wy­ma­zać to z pa­mi­ęci. Mam na­dzie­ję, że Sa­bri­na do­szła, bo nie mam za­mia­ru jej już dzi­siaj do­ty­kać. Szyb­ko ją roz­wi­ązu­ję i ści­ągam jej opa­skę z oczu. Jest za­do­wo­lo­na i sze­ro­ko się uśmie­cha. Pi­lo­tem wy­łączam iPo­da i ci­ężko od­dy­cham, jak­bym prze­bie­gł z dzie­si­ęć mil sprin­tem.

- To było nie­sa­mo­wi­te, Au­stin. Ni­g­dy wcze­śniej nie osi­ągnąłeś w ten spo­sób tak sil­ne­go or­ga­zmu. Mu­si­my to ko­niecz­nie po­wtó­rzyć - mówi, trze­po­cząc sztucz­ny­mi rzęsa­mi.

- Kie­dy je­steś w tym po­ko­ju, ni­g­dy nie zwra­caj się do mnie po imie­niu, zro­zu­mia­no? - sy­czę wście­kły. - Je­stem two­im pa­nem i tak masz się do mnie tu zwra­cać, a te­raz się ubierz i stąd wyj­dź. Je­śli będę cię po­trze­bo­wał, to się ode­zwę.

Ko­bie­ta pa­trzy na mnie za­sko­czo­na i zra­nio­na. Szyb­ko się ubie­ra, po czym wy­cho­dzi. Wiem, że ją gów­nia­nie po­trak­to­wa­łem, ale musi wie­dzieć, gdzie jest jej miej­sce. Mia­łem za­fun­do­wać jej karę, a tak na­praw­dę nic z tego nie wy­szło. Szyb­ko wci­ągam na sie­bie ubra­nie, pod­cho­dzę do ma­łe­go bar­ku w rogu po­ko­ju i na­le­wam so­bie pe­łną szklan­kę bo­ur­bo­na, któ­rej po­ło­wę opró­żniam jed­nym hau­stem. Pier­do­lo­na Ju­lian­ne. Dla­cze­go ta baba non stop po­ja­wia się w moim umy­śle? Je­śli tak da­lej będzie, to będę mu­siał na­praw­dę uprzy­krzać jej ży­cie.

To się musi, do chu­ja, sko­ńczyć, bo chy­ba osza­le­ję!

1) Cra­zy in love, sło­wa: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, mu­zy­ka: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, al­bum: Fi­fty Sha­des of Grey, 2015 r., wy­ko­na­nie: Bey­on­cé.

2) Cra­zy in love, sło­wa: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, mu­zy­ka: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, al­bum: Fi­fty Sha­des of Grey, 2015 r., wy­ko­na­nie: Bey­on­cé.

3) Cra­zy in love, sło­wa: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, mu­zy­ka: B. Know­les, R. Har­ri­son, S. Car­ter, E. Re­cords, al­bum: Dan­ge­ro­usly in Love, 2003 r., wy­ko­na­nie: Bey­on­cé i Jay-Z.

Rozdział VII

Austin

Już ju­tro ta cała far­sa na­bie­rze tem­pa. For­mal­nie rzecz bio­rąc, prze­sta­nę być sin­glem, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie mam za­mia­ru po­rzu­cać ka­wa­ler­skie­go ży­cia. Dzi­siaj w fir­mie ojca mie­li­śmy nie­zły za­pier­dol. Fu­zja dwóch firm to nie ta­kie hop-siup. Mnó­stwo przy tym za­cho­du, pa­pier­ko­wej ro­bo­ty, roz­li­czeń i wie­lu in­nych rze­czy, ale jako pra­wa ręka ojca mu­szę w tym wszyst­kim uczest­ni­czyć. Oj­ciec chce, że­bym miał po­jęcie, jak to wszyst­ko wy­gląda. Kie­dy fir­my się po­łączą, wci­ąż będę zaj­mo­wał się pro­mo­cją. Te­raz otwie­ra się wie­le no­wych kon­cer­nów pa­li­wo­wych, więc to my mu­si­my być ich dys­try­bu­to­ra­mi. Kie­dyś to im­pe­rium będzie moje. To ja nim będę za­rządzał, tyl­ko że już ni­ko­mu nie będę mógł tej fir­my prze­ka­zać, bo w żad­nym ra­zie nie pla­nu­ję dzie­ci z Ju­lian­ne. Nie na­da­ję się na ojca. Zresz­tą za­cznij­my od tego, że mnie i mo­jej przy­szłej żony nie będą łączy­ły żad­ne cie­le­sne zbli­że­nia. Jest sek­sow­na i pi­ęk­na, ale na bank by się we mnie za­ko­cha­ła, a mi nie w gło­wie żad­ne amo­ry i uże­ra­nie się z za­ko­cha­ny­mi ba­ba­mi. Pla­nu­ję dzi­siaj zno­wu od­wie­dzić klub, żeby się od­stre­so­wać. Ju­tro cze­ka mnie cyrk na kó­łkach i mu­szę się ja­koś do tego przy­go­to­wać, a Sa­bri­na za­pew­ni mi roz­ryw­kę. My­ślę, co by jej dzi­siaj za­fun­do­wać. Już daw­no nie ba­wi­łem się z nią na­praw­dę ostro. Chy­ba czas naj­wy­ższy wy­ci­ągnąć sprzęt, któ­re­go rzad­ko uży­wam. Zbie­ram się do domu, żeby się ogar­nąć, i po dro­dze wy­sy­łam Sa­bri­nie SMS-a, że ocze­ku­ję jej za go­dzi­nę w klu­bie i że tym ra­zem ma się nie spó­źnić, bo ostat­nio bar­dzo często jej się to zda­rza. Na szyb­ko prze­gry­zam ba­giet­kę z ło­so­siem i ser­kiem kre­mo­wym, szy­ku­ję so­bie ciu­chy i lecę się odświe­żyć. Gdy już je­stem go­to­wy, chwy­tam port­fel, klu­czy­ki i jadę do Sen­su­al De­si­re. Wcho­dząc do środ­ka, od razu przy­bie­ram ma­skę su­ro­wo­ści. Przy ba­rze sie­dzi Sa­bri­na z ja­ki­mś ko­lo­ro­wym drin­kiem w dło­ni. Dzi­siaj wło­ży­ła wście­kle czer­wo­ną krót­ką kiec­kę, któ­ra leży na niej jak dru­ga skó­ra. Za­uwa­ża mnie i od razu wsta­je, uda­jąc się do po­ko­ju. Grzecz­na dziew­czyn­ka. Pod­cho­dzę szyb­ko do baru i za­ma­wiam bo­ur­bo­na. Wy­pi­jam jed­nym hau­stem za­war­to­ść szklan­ki, po­pra­wiam ma­ry­nar­kę i idę się za­ba­wić. Sa­bri­na cze­ka na mnie w tej sa­mej po­zie, co za­wsze. Mi­jam ją i pod­cho­dzę do ka­na­py, żeby odło­żyć ma­ry­nar­kę i ko­szu­lę, któ­rych się wła­śnie po­zby­łem. Pa­trzę na moją ko­chan­kę i wy­obra­żam so­bie Ju­lian­ne klęczącą tak przede mną. O nie, nie Au­stin. Nie za­pusz­czaj się w te re­jo­ny. Kie­ru­ję się w stro­nę sza­fy, któ­ra stoi w sa­mym rogu po­miesz­cze­nia, i wy­ci­ągam z niej sek­sma­szy­nę. Pod­cho­dzę jesz­cze do ko­mo­dy i za­bie­ram z niej opa­skę oraz kaj­dan­ki. Pro­wa­dzę Sa­bri­nę do łó­żka i każę jej się po­ło­żyć na sa­mym jego brze­gu. Dziew­czy­na pa­trzy na mnie sek­sow­nie i ob­li­zu­je so­bie usta.

- Chcę cię na ko­la­nach z ty­łkiem wy­pi­ętym do góry i ręka­mi na ple­cach - roz­ka­zu­ję to­nem nie­zno­szącym sprze­ci­wu.

Od razu spe­łnia moje po­le­ce­nie, a ja sku­wam jej nad­garst­ki, ukła­da­jąc jej ręce na ple­cach. Usta­wiam ma­szy­nę przed jej ty­łkiem i do­pa­so­wu­ję wy­so­ko­ść tak, żeby pe­ne­tro­wa­ła jej cip­kę. Za­kła­dam Sa­bri­nie opa­skę na oczy i za­czy­na­my całą za­ba­wę. Ma­szy­na wy­pe­łnia wa­gi­nę ko­bie­ty na po­cząt­ku po­wol­ny­mi ru­cha­mi i za­uwa­żam, że Sa­bri­na tro­chę się iry­tu­je, bo woli moc­niej. Cóż, ko­cha­niut­ka, wła­śnie o to cho­dzi. Do­pro­wa­dzę ją na skraj wy­trzy­ma­ło­ści, ale nie po­zwo­lę jej tak szyb­ko do­jść. Przy­spie­szam ru­chy ma­szy­ny, a Sa­bri­na za­czy­na gło­śno jęczeć. Wiem, że jest jej do­brze, i po­sta­na­wiam jesz­cze bar­dziej przy­spie­szyć po­ru­sza­jący się w niej gu­mo­wy czło­nek. Dziew­czy­na krzy­czy z roz­ko­szy i kie­dy już ma do­jść, na­ci­skam przy­cisk za­trzy­mu­jący urządze­nie. Jest po­iry­to­wa­na, ale się nie od­zy­wa. Gdy do­cho­dzi do sie­bie, za­czy­na­my wszyst­ko od po­cząt­ku i tak kil­ka razy, aż w ko­ńcu się nad nią li­tu­ję i po­zwa­lam, żeby do­szła. Ale na tym nie ko­niec. Prze­wra­cam ją na ple­cy i ob­ser­wu­ję jej ster­czące sut­ki, któ­re aż się pro­szą o to, żeby je po­ssać. Na­chy­lam się nad nią, chwy­tam jej twar­dy su­tek mi­ędzy war­gi i za­sy­sam go z ca­łej siły. Sa­bri­na krzy­czy z roz­ko­szy i bólu. Ro­bię do­kład­nie to samo z dru­gą pier­sią i wte­dy do gło­wy przy­cho­dzi mi ko­lej­ny po­my­sł. Scho­dzę szyb­ko z łó­żka i...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej