Rozdział VI
Julianne
Austin zmył się z przyjęcia zaręczynowego, gdy tylko wszyscy goście opuścili posiadłość. Widziałam, że jest wkurzony, ale szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Udaję się do swojej sypialni, żeby wziąć gorącą kąpiel z bąbelkami i nieco się zrelaksować. Po dniu pełnym niekoniecznie dobrych wrażeń zdecydowanie mi się należy. Zabieram ze sobą kieliszek szampana i zanurzam się w gorącej wodzie, która rozluźnia moje spięte mięśnie. Myślami wracam do chwili, w której Austin mi się oświadczał. Wyobrażam sobie, jak by to było, gdyby naprawdę robił to z miłości, a nie dla kasy i korzyści, które będzie z tego miał. Taki człowiek jak on nie patrzy na to, że kogoś po drodze krzywdzi. Interesuje go tylko profit, który z tego będzie czerpał. Nie dość, że dostanie dobrą pozycję w firmie, to jeszcze odziedziczy jej połowę i jako mój mąż będzie zarządzał również moją częścią. Mam nadzieję, że to małżeństwo nie będzie aż tak złe, Austin chociaż trochę się postara i pozwoli mi siebie odrobinę poznać, aczkolwiek nie oczekuję od niego zbyt wiele. Boję się tego małżeństwa i życia, jakie będę wiodła u jego boku. Jakim okaże się człowiekiem? Czy będzie mnie traktował dobrze? Czy non stop będzie mnie ignorował? Nigdy nie wybaczę rodzicom, że postawili mnie w takiej sytuacji. Dla nich liczy się kasa, nie ja, nie moje dobro. Przecież pieniądze szczęścia nie dają. Oczywiście można za nie wiele kupić, ale czy dla nich warto poświęcić szczęście własnej córki? Wygląda na to, że tak. Ja bym nigdy nie zrobiła czegoś takiego swojemu dziecku. Jest mi cholernie przykro, że nie jestem dla matki i ojca priorytetem, ale cóż, rodziców się nie wybiera. Nie na darmo ludzie mówią, że z rodziną dobrze się wychodzi tylko na zdjęciach. I tu muszę przyznać całkowitą rację.
Szybko dopijam szampana, myję się w pośpiechu i wychodzę z wanny. Mam nadzieję, że sen chociaż odrobinkę pozwoli mi się zrelaksować. Za dużo myśli kłębi się w moim umyśle. Jutro nadejdzie nowy dzień.
Oby był lepszy od dzisiejszego.
* * *
Czy czas musi tak cholernie zapierdzielać? Mam wrażenie, jakbym dopiero co się zaręczyła, a już za tydzień stanę na ślubnym kobiercu. Wszystkie przygotowania idą pełną parą, tak samo jak przy zaręczynach. Z matką i przyszłą teściową robimy listę gości, którzy potwierdzili swoje przybycie, i od razu ich usadzamy. Wybrałyśmy kwiaty i inne pierdoły. Wczoraj dopinałyśmy na ostatni guzik catering i wprowadzałyśmy jeszcze kilka zmian, a dzisiaj jedziemy do cukierni, żeby wybrać smak tortu. Tak, wiem, ślub za pasem, a ja jeszcze nie wybrałam tortu. Zapewne i tak to wszystko pozostawię matce, niech ona wybiera, ja już mam dość tej całej farsy. Non stop się nad sobą użalam, zrzędzę, płaczę, złoszczę się, i tak w kółko, ale naprawdę jest mi trudno pogodzić się z moim losem. Austin także nie pomaga, bo wiecznie traktuje mnie jak powietrze. Ciągle dostaje jakieś telefony, od razu opuszcza pomieszczenie, w którym się znajduje, a jak wraca, to z uśmieszkiem na twarzy. Trochę obawiam się tego, co mnie czeka po tym całym ślubie. W domu rodziców mam swój pokój, który jest moim schronieniem, a za tydzień się to wszystko zmieni. Obcy dom, obcy ludzie, całkiem inne życie. Nie wiem, jak się w tym wszystkim odnajdę. Muszę zebrać w sobie siłę, żeby jakoś przetrwać, a wtedy wszystko powinno się ułożyć.
Nagle z rozmyślań wyrywa mnie matka.
- Julianne, a co myślisz, o tym?
- Przepraszam, zamyśliłam się. Co mówiłaś? - odpowiadam i robię minę niewiniątka.
- Ogarnij się, dziewczyno! - podnosi na mnie głos. - Pytałam, czy Caleb z Amandą mogą usiąść razem z Andersonami?
- Z tego, co kojarzę, to Amanda i Lauren nie przepadają za sobą. Posadź ich z Monicą i Grahamem. Tam akurat są dwa wolne miejsca - mówię, przekładając karteczki na tablicy.
Matka cmoka z niezadowoleniem, po czym przyznaje mi rację. Całe to usadzanie trwa już jakieś dwie godziny i mam go serdecznie dość. Rozbolała mnie głowa i jedyne, o czym marzę, to położyć się spać. Jednak nie jest mi to dane: matka przypomina mi jeszcze o dzisiejszej przymiarce sukni ślubnej, o której całkiem zapomniałam. Wybrałam długą białą sukienkę. Nie jest skromna, ale też nie jakaś przesadzona. Dekolt wysadzany jest mieniącymi się cyrkoniami. Pod piersiami ciągnie się gruby pas przezroczystej koronki i od tego miejsca suknia zaczyna się robić dopasowana do moich kształtów. Tył jest jeszcze lepszy, bo mam odkryte całe plecy, prawie do pośladków. Rodzicielka z moją przyszłą teściową chciały mnie wystroić w taką mocno rozkloszowaną albo z bufami, ponieważ taka jest teraz moda, ale ja kategorycznie odmówiłam. One decydują o wszystkim, więc chociaż suknię powinnam wybrać ja. Jest prosta, ale śliczna. Nie mam zamiaru na własnym weselu wyglądać jak beza. Skoro mam już wyjść za mąż, to chcę ładnie wyglądać dla siebie. Po przymiarce matka chciała jeszcze udać się do restauracji na kolację, ale ja tego dnia miałam już naprawdę dosyć. Oczywiście była oburzona, że jej odmówiłam, ale po wyjściu z salonu sukien ślubnych od razu wróciłam do domu. Jakby jeszcze tego było mało, wpadłam w hallu na ojca, który kazał mi się udać za nim do jego gabinetu. Ciekawe, jakie tym razem da mi nauki. Boże, Ty widzisz i nie grzmisz. Wchodzimy do środka, a ojciec od razu usadawia się za swoim mahoniowym biurkiem, a mi wskazuje fotel. Biorę głęboki oddech i się odzywam:
- O co chodzi, ojcze?
- Jak dobrze wiesz, za tydzień wychodzisz za mąż. Chcę ci tylko przypomnieć, żebyś nie zrobiła nic głupiego - mówi, bacznie mnie obserwując.
- Co masz na myśli? Co niby głupiego mogę zrobić? - pytam zdenerwowana, bo wiem, do czego pije.
- Nie jesteś głupia, Julianne, i dobrze wiesz, o co mi chodzi. Pamiętaj, że to małżeństwo jest bardzo ważne dla mojego biznesu i nie mogę sobie pozwolić, żebyś coś odwaliła. - Zaciska usta i patrzy na mnie z wyższością.
W tym momencie nienawidzę swojego ojca. Jak mocno trzeba być popieprzonym, żeby własnej córce robić coś takiego w imię biznesu?
- Boisz się, że ucieknę sprzed ołtarza? - dopytuję dla pewności. - Wiesz, przyszła mi do głowy taka myśl i nadal ją rozważam.
- Spróbuj, a zobaczysz, co się stanie. Ja nie żartuję! - krzyczy.
Patrzy na mnie, bo myśli, że podkulę ogon, ale ja się go wcale nie boję. Jestem odważna i mam zamiar mu w końcu powiedzieć, co o tym wszystkim myślę.
- Wiesz, tato, zastanawiam się, jak bezdusznym trzeba być człowiekiem, żeby sprzedać swoją własną córkę. Jesteś bydlakiem bez serca. Owinąłeś sobie matkę wokół palca, a ona pozwala na to tylko dlatego, żeby nie rozwścieczyć wielkiego Samuela Rothwella - ironizuję.
Ojciec szybko podnosi się z krzesła, podchodzi do mnie i mocno mnie policzkuje, aż mi głowa odskakuje na bok. W pierwszej chwili jestem w szoku, bo nie spodziewałam się tego, że mnie uderzy. Przez całe moje dwudziestosześcioletnie życie nie podniósł na mnie ręki, a zrobił to akurat dzisiaj. Policzek mnie piecze, łzy napływają mi do oczu, ale nie dam mu tej satysfakcji i się nie rozpłaczę.
- Julianne, ja... ja przepraszam, nie chciałem cię uderzyć, ale mnie sprowokowałaś.
- Daruj sobie, ojcze - odpowiadam z podniesioną głową. - Wiedz, że cię nienawidzę. Nigdy ci nie wybaczę, że podniosłeś na mnie rękę.
Wstaję szybko, wychodzę z jego gabinetu i wtedy pozwalam sobie na łzy. Jak on śmiał mnie uderzyć. Za co? Za to, że powiedziałam mu prawdę? Biegnę do swojego pokoju i rzucam się z płaczem na łóżko, tłukąc pięścią poduszkę, żeby się na czymś wyładować. Może to i dobrze, że za tydzień mnie tu już nie będzie. Uwolnię się spod władzy ojca, ale znowu się wpierdzielę w inną sytuację. Normalnie z deszczu pod rynnę. Z tego całego płaczu szybko zasypiam, nawet nie przebierając się w piżamę.
* * *
Czas mijał mi w zastraszającym tempie. Dzień pędził za dniem. Już dzisiaj zostanę panią Dankworth. Naciągam kołdrę na buzię i wydaję głośne westchnienie. Budzik zadzwoni za niecałe trzy godziny, ale ja wiem, że już nie zmrużę oka. Wstaję i człapię do łazienki. Załatwiam swoje potrzeby i wchodzę pod prysznic. Ostatni raz pozwalam sobie na płacz, bo i tak nic już nie poradzę. Myję się szybko, depiluję i wychodzę. Naciągam na siebie byle jakie ciuchy i schodzę na dół do kuchni zaparzyć sobie mocną kawę. Zapewne niedługo matka wstanie i zacznie mi znowu zawracać głowę, dlatego cieszę się z tej chwili błogiej ciszy. No, długo się tą ciszą nie nacieszyłam, bo właśnie do kuchni weszła moja rodzicielka.
- Julianne, co ty tu robisz? Dlaczego nie śpisz? - pyta, lekko ziewając.
- Jak widać, piję kawę, a nie śpię, dlatego że nie mogę. Obudziłam się wcześnie.
Dopijam resztki napoju i odstawiam kubek do zlewu. Przechodzę obok matki, ale ta łapie mnie za rękę i zatrzymuje w miejscu.
- Możemy chwilę porozmawiać? - słyszę nadzieję w jej głosie i postanawiam spełnić jej życzenie.
- O czym?
- Posłuchaj mnie, to nie jest tak, że ja się zgadzam z ojcem. Możesz uważać mnie za wyrodną matkę, ale ja chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze - mówi, myśląc, że jej przytaknę.
- Mamo, nie obraź się, ale przestań pieprzyć. Chcesz dla mnie wszystkiego, co najlepsze, a nie sprzeciwiłaś się ojcu, tylko mu jeszcze przytaknęłaś. Nie wiem, czego ty ode mnie chcesz. Zżerają cię wyrzuty sumienia, że w dzień mojego ślubu, zebrało ci się na jakieś chore żale? Przykro mi, ale na to już za późno. Sprzedaliście mnie z ojcem, i tyle w temacie. Chcieliście się mnie pozbyć z domu? Gratulacje, udało wam się to. Już dzisiaj zamieszkam zupełnie gdzie indziej.
Aż się zapowietrzyłam z nerwów. Jak ona śmie akurat dzisiaj mi mówić takie rzeczy? Dlaczego nie powiedziała tego na samym początku, tylko mi jeszcze gadała, że to dla dobra firmy, i tak dalej?
- Julianne, proszę. To nie tak. Jesteś moją córką i kocham cię. Masz rację, czuję wyrzuty sumienia, że nie postawiłam się ojcu, ale wiesz, jaki on jest. To i tak by nic nie dało. - Próbuje się jeszcze jakoś bronić.
- Może i by nie dało, ale chociaż bym wiedziała, że jesteś po mojej stronie i że ci na mnie zależy.
- Przecież wiesz, że tak jest. Po prostu...
- Nic już nie mów, mamo. Teraz już nie ma odwrotu. Idę się ogarnąć, zanim Embry przyjdzie mnie wyszykować. - Odwracam się na pięcie i odchodzę.
Teraz jej się zebrało na żale. Szkoda, że o trzy miesiące za późno.
* * *
Siedzę na krześle już umalowana i czekam, aż Embry skończy układać moje włosy. Do ceremonii została ponad godzina, więc czas najwyższy się ubrać. Mój ulubiony fryzjer zaplótł mi piękny dobierany warkocz w stylu Elsy z Krainy lodu. Powpinał mi we włosy białe drobne kwiatki i nałożył mi malutki srebrny diadem. Kiedy włożyłam sukienkę i buty, Embry powiedział, że wyglądam jak księżniczka. Może nie jak księżniczka, ale prezentuję się naprawdę ładnie. Sama się sobie podobam i teraz wiem, że ta sukienka to był strzał w dziesiątkę. Biorę kilka głębokich oddechów i czekam, aż przyjdzie po mnie Adeline. Stresuję się trochę, ale to chyba normalne uczucie przed czymś takim. Po pięciu minutach przyjaciółka wchodzi do mojej sypialni i mówi, że już czas. Zbieram się w sobie i podążam za nią. Schodzimy na dół i widzę ojca przed drzwiami tarasowymi. Na odgłos moich kroków odwraca się i mi się przygląda. Podchodzę do niego, nie okazując żadnych emocji, i czekam, aż mnie poprowadzi do ołtarza.
- Pięknie wyglądasz, Julianne - mówi, patrząc na mnie.
Nie odzywam się. Kręci głową i podaje mi swoje ramię.
She was lost in so many different waysOut in the darkness with no guideI know the cost of a losing handBut for the grace of God go I4).
Kiedy słyszę pierwsze takty Ave Maria Beyoncé biorę kolejny głęboki oddech i ruszamy.
Boże, mniej mnie w swojej opiece.
4) Ave Maria, słowa: B. Knowles, A. Ghost, I. Dench, M. Riddick, M.S. Eriksen, T.E. Hermansen, muzyka: B. Knowles, A. Ghost, I. Dench, M. Riddick, M.S. Eriksen, T.E. Hermansen, album: I Am... Sasha Fierce, 2008, wykonanie: Beyoncé.