Club Kaprys - Georg Kynast

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Za­czy­na­my w li­sto­pa­dzie 1977 ro­ku.

Kra­ków. Śro­dek mia­sta, uli­ca Flo­riań­ska 32. Tu, kil­ka kro­ków od Ryn­ku Głów­ne­go, w za­byt­ko­wej ka­mie­ni­cy dzia­ła Dan­cing Bar Ka­prys - noc­ny lo­kal z tra­dy­cja­mi pa­mię­ta­ją­cy jesz­cze przed­wo­jen­ne cza­sy, gdy na­zy­wał się Ca­sa­no­wa.

Wcho­dząc do środ­ka, zo­sta­wia się za so­bą sza­rość PRL-u i wkra­cza się w świat, w któ­rym gra mu­zy­ka, jest ko­lo­ro­wo, lu­dzie pi­ją, je­dzą i tań­czą. To rów­nież miej­sce spo­tkań, aran­ża­cji in­te­re­sów - cza­sem ja­śniej­szych, cza­sem mrocz­niej­szych. Tu się han­dlu­je, tu się do­ga­du­je, tu się też za­ko­chu­je i zdra­dza.

W Pol­sce pa­nu­je ko­mu­na. Twar­da, nie­po­dziel­na, pod czuj­nym okiem I Se­kre­ta­rza, oby­wa­te­la Gier­ka, wspie­ra­na przez przy­ja­ciół ze Wscho­du.

- Po­mo­że­cie? - py­tał kie­dyś ro­bot­ni­ków i kum­pli z PZPR to­wa­rzysz Edward.

Po­ma­ga­li, po­ma­ga­li, aż się...

No wła­śnie. Aż się oka­za­ło, że na nic to wszyst­ko, bo pół­ki skle­po­we i tak pu­ste.

Rok wcze­śniej rząd - ofi­cjal­nie w tro­sce o zdro­wie oby­wa­te­li - wpro­wa­dził re­gla­men­ta­cję cu­kru. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło ra­czej o ogra­ni­cze­nie nie­le­gal­nej pro­duk­cji bim­bru.

Prak­tycz­nie tu, w środ­ku Eu­ro­py, bez pro­ble­mu do­stęp­ne są tyl­ko ocet i wód­ka. Ca­łą resz­tę trze­ba zdo­by­wać.

Ale wła­dza po­tra­fi też ogła­szać suk­ce­sy. Oto wła­śnie za­pre­zen­to­wa­no no­wy, wspa­nia­ły sa­mo­chód ro­dzi­mej pro­duk­cji - Po­lo­ne­za. Z wy­glą­du przy­po­mi­na nie­co po­jazd pan­cer­ny, ale mi­mo to sta­je się ma­rze­niem wie­lu Po­la­ków.

Tyl­ko ta ce­na...

Aby ku­pić ta­kie cac­ko, na­le­ża­ło­by przez po­nad sie­dem lat od­kła­dać ca­łą pen­sję do skar­bon­ki. Ty­le że po tym cza­sie, uwzględ­nia­jąc in­fla­cję, zgro­ma­dzo­ne oszczęd­no­ści wy­star­czy­ły­by w naj­lep­szym wy­pad­ku na kup­no ro­we­ru. O ile ja­kimś cu­dem był­by w sprze­da­ży.

Je­że­li już mo­wa o za­rob­kach, to w prze­li­cze­niu na ame­ry­kań­ską wa­lu­tę prze­cięt­na pen­sja wy­no­si oko­ło trzy­dzie­ści do­la­rów na mie­siąc.

Mi­mo wszyst­ko, a mo­że wła­śnie dla­te­go, lu­dzie chęt­nie idą się ba­wić. Sko­ro za pie­nią­dze nie­wie­le moż­na ku­pić, po­zo­sta­je wy­dać je z przy­jem­no­ścią w in­ny spo­sób.

Przy­kła­do­wo w Ka­pry­sie.

Spójrz­my więc, co tam się dzie­je...

1977

Pięć­dzie­siąt do­la­rów co mie­siąc

AB­BA: Mo­ney, Mo­ney, Mo­ney

The Eagles: Ho­tel Ca­li­for­nia

Ar­ka­diusz Ob­roc­ki był di­dże­jem. Z nie­ma­łym tru­dem, ale za to z wy­róż­nie­niem zdo­był li­cen­cję za­wo­do­we­go pre­zen­te­ra dys­ko­te­ki. Miał do te­go wy­jąt­ko­wy ta­lent; po­tra­fił roz­ba­wić na­wet naj­bar­dziej ocię­ża­łą pu­blicz­ność. Uwiel­biał pa­trzeć, jak się roz­krę­ca­ją, śmie­ją, w tań­cu wpa­da­ją w eks­ta­zę. To był je­go świat - świat ba­wią­cych się lu­dzi przy mu­zy­ce, któ­rą z ge­nial­ną in­tu­icją mik­so­wał im z płyt.

Ta­kich oka­zji nie miał jed­nak wie­le. Cza­sa­mi im­pre­za w klu­bie stu­denc­kim, stud­niów­ka, bal ma­tu­ral­ny al­bo na­wet we­se­le. I ty­le, nic na sta­łe.

Na co dzień pra­co­wał w ad­mi­ni­stra­cji Hu­ty Le­ni­na, co czy­ni­ło go nie­szczę­śli­wym. Etat w biu­rze kom­bi­na­tu i ka­rie­ra księ­go­we­go to nie to, cze­go ocze­ki­wał od ży­cia. Każ­de­go ran­ka, sia­da­jąc za biur­kiem, czuł, jak coś w nim umie­ra. Nie od ra­zu, nie gwał­tow­nie - po­wo­li, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, jak ro­śli­na po­zba­wio­na świa­tła. Ta­bel­ki, ra­chun­ki, kal­ku­la­cje - sło­wa, któ­re od­bie­ra­ły mu ca­łą ra­dość ży­cia. I tak ma być da­lej? Dzień po dniu aż do eme­ry­tu­ry? Ma­rzył, że­by wresz­cie coś się sta­ło. Coś, co wy­rwie go stąd.

Czwar­tek dwu­dzie­ste­go czwar­te­go li­sto­pa­da nie za­po­wia­dał się zbyt do­brze; pa­dał deszcz, by­ło zim­no i na do­da­tek uciekł mu tram­waj. Z Osie­dla Ko­lo­ro­we­go, gdzie miesz­kał, do biu­ra do­tarł po trzy­dzie­stu mi­nu­tach, prze­mo­czo­ny i zzięb­nię­ty. Kiw­nął gło­wą na po­wi­ta­nie Ma­rio­li i nie­chęt­nie spoj­rzał na biur­ko ze sto­sem pa­pie­rów. Ko­lej­ny nud­ny dzień jak wczo­raj, przed­wczo­raj i za­wsze.

- Chcesz her­ba­tę? - spy­ta­ła.

- Tak, dzię­ki.

- Coś ta­ki zły, sta­ło się coś?

- Nie, wszyst­ko OK.

"Wła­śnie o to cho­dzi, że nic się nie dzie­je" - po­my­ślał. Od kil­ku ty­go­dni nie do­stał żad­ne­go zle­ce­nia do gra­nia, kom­plet­ny za­stój. Po­pa­trzył na te­le­fon. Nikt nie dzwo­nił. Wszy­scy o nim za­po­mnie­li? A mo­że po pro­stu nie jest wy­star­cza­ją­co do­bry, a te kil­ka im­prez wy­ni­ka­ło tyl­ko z przy­pad­ku? Jak tak da­lej pój­dzie, nie bę­dzie go stać na no­we sin­gle. A to już by­ło­by naj­gor­sze - brak ak­tu­al­nych hi­tów ozna­cza wy­pad­nię­cie z bran­ży. I wte­dy to ko­niec. Drzwi się za­mkną na za­wsze. Na gieł­dzie płyt w klu­bie Pod Prze­wiąz­ką co nie­dzie­lę ku­po­wał ja­kieś no­wo­ści, a te­raz du­pa, cho­le­ra ja­sna.

Wes­tchnął cięż­ko, przy­su­nął kal­ku­la­tor i za­brał się za li­cze­nie i wy­peł­nia­nie ta­be­lek. Po go­dzi­nie spoj­rzał przez okno; cią­gle pa­da­ło, kro­ple spły­wa­ły po szy­bie. "Jak łzy" - po­my­ślał bez­wied­nie. Bez­na­dzie­ja.

Ko­ło po­łu­dnia wresz­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Po­de­rwał się.

- Ob­roc­ki.

- Cześć, Arek, mó­wi Szy­mek.

- A... ser­wus - od­parł po chwi­li.

- Mam na­dzie­ję, że mnie pa­mię­tasz. Ro­bi­li­śmy ra­zem bal w Ha­li Wi­sły dla AGH.

Te­raz so­bie przy­po­mniał. To by­ła du­ża im­pre­za, ku­pa lu­dzi, Szy­mek pro­wa­dził kon­fe­ran­sjer­kę i śpie­wał. Oby­dwaj do­brze za­ro­bi­li.

- Tak, no pew­nie, że pa­mię­tam. Co sły­chać, masz coś no­we­go?

- Wiesz, jest je­den te­mat, chcia­łem to z to­bą omó­wić.

- No to słu­cham. - Arek się za­cie­ka­wił, ale sta­rał się brzmieć spo­koj­nie.

- Spra­wa jest de­li­kat­na, nie przez te­le­fon.

- To co pro­po­nu­jesz?

- Mu­si­my się spo­tkać. Masz dzi­siaj wie­czo­rem czas?

- Znaj­dę.

Ja­sne, że ma czas. Od ty­go­dni cze­ka na ta­kie roz­mo­wy.

- To przyjdź do Ja­my Mi­cha­li­ka przy Flo­riań­skiej o sie­dem­na­stej, dasz ra­dę?

- Po­wi­nie­nem zdą­żyć.

- Su­per, to je­ste­śmy umó­wie­ni. Do pią­tej.

- Do­bra, bę­dę.

Odło­żył słu­chaw­kę i wyj­rzał przez okno; deszcz prze­stał pa­dać, za­świe­ci­ło słoń­ce. Uśmiech­nął się do Ma­rio­li. Pierw­szy raz te­go dnia.

Gdy wra­cał z pra­cy, uli­ce wy­da­ły mu się ja­śniej­sze, lu­dzie mniej po­nu­rzy. A mo­że to tyl­ko w je­go gło­wie? Wszyst­ko jed­no, czuł, że coś bę­dzie się dzia­ło. Na Ko­lo­ro­we do­tarł du­żo szyb­ciej niż ra­no do hu­ty. Jo­asi jesz­cze nie by­ło, więc od­grzał wczo­raj­szą zu­pę, zjadł i spoj­rzał na ze­ga­rek. Już czwar­ta, za­raz mu­si je­chać. Gdzie ona się za­wie­ru­szy­ła?

W tym mo­men­cie usły­szał zgrzyt zam­ka i do miesz­ka­nia we­szła Jo­an­na. Tro­chę zdy­sza­na, ale uśmiech­nię­ta.

Po­ca­ło­wał żo­nę w po­li­czek.

- Cześć, ko­cha­nie, gdzie się po­dzie­wa­łaś? - spy­tał.

- Sta­łam w ko­lej­ce za mię­sem.

Po­sta­wi­ła siat­ki na sto­le, zdję­ła płasz­czyk i ob­ję­ła go przy­mil­nie. Wspię­ła się na pal­ce i cmok­nę­ła w usta. Po­czuł jej cie­pło, za­pach per­fum.

- Ty już ja­dłeś, nie cze­ka­łeś?

- Nie gnie­waj się, ale bar­dzo mi się spie­szy, mam spo­tka­nie w Kra­ko­wie.

- Te­raz? O co cho­dzi?

- Dzwo­nił Szy­mek. Chce się spo­tkać. Pa­mię­tasz, jak ro­bi­łem mu­zy­kę w Ha­li Wi­sły? On był kon­fe­ran­sje­rem, by­li też in­ni ar­ty­ści.

- No i co te­raz chce?

- Do­kład­nie nie wiem. Nie chciał mó­wić przez te­le­fon. Mam na­dzie­ję, że ma coś dla mnie. Bar­dzo by się przy­da­ło. Chy­ba ro­zu­miesz?

Jo­an­na wes­tchnę­ła. Nie lu­bi­ła tych je­go im­prez, kie­dy zo­sta­wa­ła sa­ma.

- Co on wła­ści­wie na co dzień ro­bi? Ten twój Szy­mek?

- Śpie­wa w Ope­ret­ce, a do­dat­ko­wo ła­pie fu­chy, gdzie się da.

- A to pra­cuś... Nie chcę, że­byś ty też był cią­gle po­za do­mem.

Arek po­my­ślał, że nie by­ło­by wca­le źle mieć tro­chę do­dat­ko­wych wpły­wów. Je­go mę­skie ego na­ka­zy­wa­ło mu za­pew­nić naj­bliż­szym i so­bie też ży­cie na po­zio­mie.

- Co u cie­bie, jak ci mi­nął dzień? - spy­tał.

- Och, jak zwy­kle. Kal­ku­la­cje bez koń­ca. Ce­ny się cią­gle zmie­nia­ją, więc trze­ba to li­czyć.

- Pra­cuj w Spo­łem, bę­dziesz wo­łem - za­śmiał się.

- Ach, prze­stań. Ty też nie masz le­piej w tej swo­jej hu­cie.

- Wiem, dla­te­go chcę to zmie­nić.

- No to leć i zmie­niaj. Nie za­po­mnij wło­żyć czap­ki z te­go po­śpie­chu.

Dał jej bu­zia­ka i już znik­nął za drzwia­mi.

O tak­sów­ce z No­wej Hu­ty1 do Kra­ko­wa moż­na by­ło tyl­ko po­ma­rzyć, więc po­je­chał za­tło­czo­nym o tej po­rze tram­wa­jem. Wy­ci­śnię­ty jak cy­try­na wy­siadł przy Dwor­cu Głów­nym, da­lej po­szedł pie­szo. Zro­bi­ło się ciem­no, rzad­kie la­tar­nie rzu­ca­ły bla­de świa­tło na mo­kre, nie­rów­ne chod­ni­ki. Mi­nął Te­atr Sło­wac­kie­go i po chwi­li zna­lazł się na Flo­riań­skiej. Był spóź­nio­ny dzie­sięć mi­nut, kie­dy sta­nął przed drzwia­mi Mi­cha­li­ka. Przy­sta­nął na chwi­lę, że­by uspo­ko­ić od­dech po szyb­kim mar­szu. Czuł pod­eks­cy­to­wa­nie. Co też Szy­mek ma dla nie­go?

Wszedł do środ­ka. Ude­rzy­ło go cie­pło, za­pach ka­wy i dy­mu pa­pie­ro­so­we­go. Wy­strój ty­po­wej ka­wiar­ni wie­deń­skiej. Sty­li­zo­wa­ne me­ble z zie­lo­ny­mi obi­cia­mi, na ścia­nach ob­ra­zy, wi­tra­że, lu­stra, wszyst­ko w sub­tel­nym świe­tle lamp i kin­kie­tów. Tu czas pły­nął ina­czej, wol­niej, jak­by się za­trzy­mał, a pro­ble­my po­zo­sta­ły tam za drzwia­mi.

Ro­zej­rzał się; przy sto­li­kach sie­dzia­ło pa­rę osób. Po chwi­li do­strzegł Szym­ka. Nie był sam, roz­ma­wiał z ja­kimś mło­dym go­ściem, tak na oko dwa­dzie­ścia kil­ka lat.

Oni też go do­strze­gli, Szy­mek po­ma­chał w je­go kie­run­ku.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, nie by­ło tak­sów­ki.

- Nie ma spra­wy, po­znaj­cie się, to Mak­sy­mi­lian By­stroń.

Po­da­li so­bie rę­ce.

- Cześć. Ar­ka­diusz Ob­roc­ki.

- Cześć. Zna­jo­mi mó­wią mi Maks - oznaj­mił no­wo po­zna­ny.

- A do mnie Arek.

Obaj się uśmiech­nę­li.

- Sia­daj. Co ci za­mó­wić? - spy­tał Szy­mek.

- Niech bę­dzie ka­wa, czar­na, jak u was.

- Mo­że cia­stecz­ko? Ma­ją tu su­per ser­nik wie­deń­ski.

- Daj spo­kój, nie przy­sze­dłem się ob­ja­dać.

- Ja­sne. Za­raz ci po­wiem, o co cho­dzi. Przy­go­tuj się na bom­bę, a ja tym­cza­sem za­dbam o two­ją kaw­kę.

Ski­nął na kel­ner­kę, za­mó­wił i spoj­rzał znów na Ar­ka. Przez chwi­lę się nie od­zy­wał, upił tro­chę z fi­li­żan­ki, wresz­cie za­czął:

- Na po­czą­tek chcę ci wy­ja­śnić, cze­mu jest tu z na­mi Maks. Jest elek­tro­ni­kiem zna­nym ca­łe­mu kra­kow­skie­mu śro­do­wi­sku mu­zycz­ne­mu z wy­twa­rza­nia sprzę­tu na­gła­śnia­ją­ce­go. Pra­wie każ­da ka­pe­la w tym mie­ście ma je­go wzmac­nia­cze i ko­lum­ny gło­śni­ko­we. Chy­ba wiesz, że ta­kiej apa­ra­tu­ry nie da się tak nor­mal­nie w skle­pie ku­pić. Moż­na tyl­ko spro­wa­dzić z Za­cho­du al­bo wła­śnie wy­ko­nać sa­me­mu.

- No pięk­nie, tyl­ko co to ma ze mną wspól­ne­go?

- Za­raz się do­wiesz. Maks też nie jest mu­zy­kiem, pra­cu­je w In­sty­tu­cie Fi­zy­ki Ją­dro­wej i wku­rza go, że ro­bi sprzęt, a sam z nie­go nie ko­rzy­sta. Po­sta­no­wił to zmie­nić i wła­śnie nie­daw­no skoń­czył bu­do­wę kom­plet­nej apa­ra­tu­ry dys­ko­te­ko­wej.

Arek py­ta­ją­cym wzro­kiem ob­rzu­cił swo­ich roz­mów­ców.

- I te­raz ja mam ten sprzęt ku­pić, czy jak?

- Po­cze­kaj, coś ta­ki na­rwa­ny, za­raz się do­wiesz, tyl­ko nie prze­ry­waj.

Kel­ner­ka po­da­ła ka­wę, po czym Szy­mek się lek­ko wy­pro­sto­wał.

- Z Mak­sem już o tym roz­ma­wia­łem. Jak się za­pew­ne do­my­ślasz, mam tro­chę zna­jo­mo­ści w Agen­cji Ar­ty­stycz­nej i te­raz już wiem, że w Kra­ko­wie po­wsta­nie no­wa dys­ko­te­ka. Nie­da­le­ko stąd, po dru­giej stro­nie uli­cy, w Ka­pry­sie.

Arek po­czuł, że tęt­no mu przy­spie­szy­ło. Mnó­stwo py­tań pcha­ło się na usta.

- No to mów, co wiesz na ten te­mat. Od kie­dy?

- Od pierw­sze­go grud­nia, czy­li już du­żo cza­su nie zo­sta­ło. Agen­cja Ar­ty­stycz­na do­sta­ła zle­ce­nie od WSS Spo­łem2, któ­ra jest wła­ści­cie­lem Ka­pry­su, na zor­ga­ni­zo­wa­nie dys­ko­te­ki na po­po­łu­dniów­kach, czy­li na tak zwa­nych faj­fach. Co­dzien­nie, ca­ły ty­dzień na okrą­gło, od szes­na­stej do dwu­dzie­stej.

Arek się skrzy­wił.

- I to ma być di­sco? Dla dzie­ci czy co?

- Tak to tam bie­ga, dwie im­pre­zy dzien­nie; po­po­łu­dniów­ka i dan­cing w no­cy - po­wie­dział Szy­mek. - Od lat tak ma­ją.

- Czy­li na no­cach or­kie­stra? - spy­tał Maks.

- Tak. Chy­ba że kie­dyś się to zmie­ni. - Szy­mek mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

- No do­bra, ro­zu­miem, że je­że­li nas tu ścią­gną­łeś, są ja­kieś moż­li­wo­ści, że­by­śmy to łyk­nę­li, tak? - za­gad­nął Arek.

- Mo­gę wam to za­ła­twić.

- Wiesz coś, ile by­śmy za­ra­bia­li?

- Tak, już się do­wia­dy­wa­łem. Di­dżej pięć­set i aku­styk dwie­ście plus trzy­sta za sprzęt. Oczy­wi­ście od jed­nej im­pre­zy. To wam wy­cho­dzi po pięt­na­ście pa­ty­ków na mie­siąc.

- O kur­de, to trzy ra­zy ty­le, ile mam na hu­cie.

"Pięt­na­ście ty­się­cy mie­sięcz­nie" - to za­brzmia­ło w uszach Ar­ka jak wy­ba­wie­nie.

- Tak, ale ro­bo­ta na okrą­gło i bez urlo­pu - wtrą­cił Maks.

- Wszyst­ko pięk­nie, gdzie jest hak?

Szy­mon spu­ścił wzrok, wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze. Ro­zej­rzał się, czy nikt z są­sied­nich sto­li­ków nie słu­cha, po­chy­lił się w ich stro­nę i ści­szo­nym gło­sem oświad­czył:

- Je­den fa­cet z agen­cji chce za opie­kę pięć­dzie­siąt zie­lo­nych na mie­siąc.

Ci­sza. Wresz­cie ode­zwał się Arek:

- Dzi­siaj to już dru­ga bom­ba.

- Do­kład­nie, czu­ję się jak w Ame­ry­ce w cza­sach Ala Ca­po­ne - do­dał Maks. - Jak od­li­czyć po­da­tek i ha­racz dla te­go skur­wie­la, to pra­wie po­ło­wa na­szej for­sy pój­dzie się je­bać.

Szy­mek spoj­rzał na nich z nie­do­wie­rza­niem.

- Pa­no­wie, je­ste­ście już do­brze po­nad dwa­dzie­ścia lat na tym pa­do­le, a za­cho­wu­je­cie się jak dzie­ci. Tak to wła­śnie dzi­siaj bie­ga: chcesz za­ro­bić, po­dziel się z dru­gim. Ja te ukła­dy do­brze znam, krę­cę się w tym biz­ne­sie już pa­rę lat. Na po­cie­sze­nie wam po­wiem, że w ta­kiej knaj­pie jak Ka­prys nie ży­je się z ofi­cjal­nych za­rob­ków.

Po­pa­trzy­li py­ta­ją­co.

- Tyl­ko z cze­go?

- Mu­zy­cy ma­ją gów­nia­ne pen­sje i do­ra­bia­ją na bo­ku na de­dy­ka­cjach. Tak sa­mo kel­ne­rzy. My­śli­cie, że sie­dzą tam na go­łej wy­pła­cie ze Spo­łem?

Arek przy­po­mniał so­bie, jak kie­dyś w klu­bie stu­denc­kim ja­kiś chło­pak dał mu pięć­dzie­siąt zło­tych, że­by pu­ścił dla dziew­czy­ny Sam­bę Pa Ti San­ta­ny. Tyl­ko raz mu się coś ta­kie­go tra­fi­ło. Nie mógł so­bie wy­obra­zić, by to mia­ło być sta­łe źró­dło do­cho­dów.

- Mo­żesz coś po­wie­dzieć o tym "opie­ku­nie"? - spy­tał Maks.

- To Ro­bert Ger­hard, na­zy­wa­ją go Ro­ger. Dla wszyst­kich ar­ty­stów chy­ba naj­waż­niej­sza oso­ba w agen­cji. Przy­dzie­la nam wy­stę­py; od nie­go za­le­ży, gdzie i kie­dy ma­my ro­bo­tę al­bo jej nie ma­my.

- Nie­źle się usta­wił - żach­nął się Arek.

- Jest jesz­cze coś, o czym mu­szę po­wie­dzieć. - Szy­mek ści­szył głos. - Ro­ger jest cwa­ny i chce, że­by ta for­sa szła prze­ze mnie. On na­wet nie bę­dzie z wa­mi o tym ga­dał. Ab­so­lut­na dys­kre­cja, ja­sne? Chy­ba nie mu­szę do­da­wać, że nikt nie mo­że o tym wie­dzieć, na­wet wła­sna żo­na.

- Do­bra, wia­do­mo - bąk­nął Maks.

Arek przy­tak­nął, ale bez prze­ko­na­nia. Bę­dzie mu­siał kła­mać. Jo­asia nie mo­że wie­dzieć.

- No to jak, je­ste­ście za­in­te­re­so­wa­ni?

Po­pa­trzy­li po so­bie.

- My­ślę, że mo­że­my spró­bo­wać.

- Tak, du­że­go ry­zy­ka nie ma - do­dał Maks.

- No to pro­po­nu­ję, że­by­śmy się stąd zwi­nę­li i prze­szli od ra­zu do Ka­pry­su. Tam te­raz jest fajf, to zo­ba­czy­cie, jak to wy­glą­da i czy wam od­po­wia­da.

- Te­raz ro­zu­miem, cze­mu wy­bra­łeś Mi­cha­li­ka - uśmiech­nął się Arek.

Za­pła­ci­li i wy­szli na Flo­riań­ską.

W drzwiach po­wi­tał ich por­tier ze spi­cza­stym no­sem, w czer­wo­nym uni­for­mie i czap­ką ze zło­tym na­pi­sem KA­PRYS. Przy­glą­dał się im prze­ni­kli­wie i nie ro­bił wra­że­nia, że ma za­miar ich wpu­ścić. Szy­mon był na to przy­go­to­wa­ny, szyb­ko wci­snął mu dwa­dzie­ścia zło­tych do ła­py. Sy­tu­acja zmie­ni­ła się ra­dy­kal­nie; od ra­zu się od­su­nął, ro­biąc miej­sce.

- Pro­szę do ka­sy - po­wie­dział uprzej­mie.

Ku­pi­li trzy bi­le­ty i kie­row­nik sa­li po­pro­wa­dził ich do środ­ka.

Przez ja­sny hol z szat­nią prze­szli obok ko­lo­ro­wo oświe­tlo­ne­go ba­ru w kie­run­ku ob­ro­to­wej prze­gro­dy, peł­nią­cej funk­cję drzwi do głów­nej czę­ści lo­ka­lu.

We­szli do środ­ka jak do ja­ski­ni. Ciem­na­wo, tyl­ko kil­ka­na­ście przy­ćmio­nych kin­kie­tów i nie­mra­we świa­tła na gzym­sach pod czar­no-czer­wo­nym su­fi­tem. Po obu stro­nach lek­ko pod­wyż­szo­ne lo­że, każ­da ze sto­li­kiem dla kil­ku osób. Po­mię­dzy ni­mi kil­ka­na­ście sto­łów róż­nej wiel­ko­ści, a da­lej par­kiet do tań­cze­nia i za nim pod­wyż­sze­nie dla or­kie­stry, od­gro­dzo­ne ba­lu­stra­dą. Obok sze­ro­kie scho­dy na pię­ter­ko, gdzie rów­nież usta­wio­no kil­ka sto­li­ków.

Jed­nak pierw­sze, co rzu­ca­ło się w oczy, to ol­brzy­mie oko nad es­tra­dą, wy­ku­te w ścia­nie, przez któ­re z gór­nej kon­dy­gna­cji wi­dać ca­łą sa­lę.

Usie­dli w jed­nej z lóż i ro­zej­rze­li się do­oko­ła. Nie wszyst­kie sto­li­ki by­ły za­ję­te, mo­że po­ło­wa. Nad wej­ściem an­tre­so­la z wi­do­kiem na sa­lę świe­ci­ła pust­ka­mi. Or­kie­stra mia­ła prze­rwę, lu­dzie roz­ma­wia­li, nie­któ­rzy coś je­dli, wie­lu pa­li­ło.

- Ile osób tu się zmie­ści? - spy­tał Arek.

Od­czu­wał mie­szan­kę pod­nie­ce­nia i prak­tycz­nej oce­ny moż­li­wo­ści zro­bie­nia z tej smęt­nej knaj­py praw­dzi­wej dys­ko­te­ki.

- Na do­le jest sto dzie­sięć miejsc sie­dzą­cych, na pię­trze i an­tre­so­li oko­ło stu - od­parł Szy­mek. - Jesz­cze kil­ka przy ba­rze; w su­mie do­brze po­nad dwie­ście.

Przy­szła kel­ner­ka, za­mó­wi­li po pi­wie. Cze­ka­li.

W koń­cu z pierw­szej lo­ży wsta­li czte­rej pod­ta­tu­sia­li fa­ce­ci, we­szli na es­tra­dę i je­den tro­chę beł­ko­tli­wie za­pro­sił do tań­ca.

Wy­łą­czy­li świa­tła na gzym­sach, a par­kiet oświe­tli­ły czer­wo­ne i nie­bie­skie re­flek­to­ry. Jak w cyr­ku.

Za­czę­li grać. I śpie­wać. Oczy­wi­ście po an­giel­sku... Nie był to po­pis ar­ty­stycz­ny, ra­czej przy­po­mi­nał wiej­skie we­se­le; per­ku­sja jed­no­staj­nie i gło­śno, or­ga­ny ję­kli­wie, a bas dud­nił nie­wy­raź­nie. Wo­ka­li­sta się mę­czył, ale ża­den An­glik by go nie zro­zu­miał. Me­cha­nicz­ne od­twa­rza­nie za­chod­nich prze­bo­jów, któ­re brzmia­ło jak pa­ro­dia.

Kil­ka osób wy­sko­czy­ło na par­kiet, po­dry­gu­jąc w ta­necz­nych pod­sko­kach. Tro­chę pi­ja­ni, tro­chę roz­ba­wie­ni. War­tość mu­zycz­na nie mia­ła zna­cze­nia; mo­że być ram­ba-cam­ba, by­le uciec od sza­ro­ści co­dzien­ne­go dnia w PRL-u. Trwa­ło to oko­ło dwu­dzie­stu mi­nut, po czym ten, któ­ry śpie­wał, za­po­wie­dział:

- Dzię­ku­je­my pań­stwu za wspa­nia­łą za­ba­wę i już za­pra­sza­my do kon­cer­tu z de­dy­ka­cją.

Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło, ale po chwi­li do or­kie­stry pod­szedł ja­kiś fa­cet, coś im za­pła­cił, tro­chę po­ga­da­li i roz­le­gło się:

- Dla ko­cha­nej He­len­ki od Mać­ka: Ma­ma Le­one.

Or­kie­stra za­czę­ła grać pio­sen­kę Bi­no, lu­dzie znów wy­szli na par­kiet. Na tym nie ko­niec, za­raz zna­leź­li się na­stęp­ni za­ma­wia­ją­cy, tak jak­by to by­ło zu­peł­nie na­tu­ral­ne i oczy­wi­ste.

- Po ile oni tam bio­rą? - spy­tał Arek.

- Za­mów mi de­dy­ka­cję, to się do­wiesz - za­śmiał się Szy­mek.

- Po stó­wie, wi­dzia­łem - rzu­cił Maks.

Trwa­ło tak do­bre pół go­dzi­ny. Szy­mek miał ra­cję, oni ży­ją z de­dy­ka­cji.

- Te­raz już wie­cie, jak to wy­glą­da. Po­do­ba się?

- Dla mnie ka­ta­stro­fa, ale wi­dzę po­ten­cjał. Wa­run­ki są do­bre, lu­dzi tro­chę ma­ło, ale od­po­wied­nią mu­zy­ką i wy­stro­jem da się z te­go zro­bić nie­złą dys­kow­nię - od­parł Arek.

- Gło­śni­ki moż­na bę­dzie za­mo­co­wać na gzym­sach, wy­glą­da­ją do­syć so­lid­nie, a świa­tła na ko­lum­nach - do­dał Maks.

- No to w ta­kim ra­zie zgła­szam Ro­ge­ro­wi, że w to wcho­dzi­cie. Jesz­cze jed­no: za­nim za­cznie­cie, dy­rek­cja Ka­pry­su chce zro­bić prze­słu­cha­nie, ta­ką pró­bę ge­ne­ral­ną. Mu­szą wie­dzieć, czy im to le­ży i w ogó­le ja­ką mu­zy­kę gra­cie, jak to brzmi i jak wy się pre­zen­tu­je­cie. Pa­mię­taj­cie: to jest knaj­pa na­sta­wio­na na kon­sump­cję. Gra­cie do ta­ta­ra i scha­bo­we­go. I nie non stop trze­pa­nie łu­pie­żu, tro­chę spo­koj­nych ka­wał­ków i szla­gie­rów, jak na we­se­lu. OK?

- Do­bra, wszyst­ko ja­sne - za­pew­nił Arek.

- To spa­da­my, bo oni tu za­czy­na­ją sprzą­tać przed dan­cin­giem. Dam wam znać, kie­dy bę­dzie to prze­słu­cha­nie. Pew­nie wkrót­ce, bo pierw­szy grud­nia za ty­dzień.

Był już póź­ny wie­czór, gdy Arek, wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny, wpadł do miesz­ka­nia. Po­de­rwał Jo­an­nę z fo­te­la i za­krę­cił z nią młyn­ka.

- Bę­dzie­my bo­ga­ci la-la-la, ku­pi­my sa­mo­chód la-la-la, zmie­ni­my miesz­ka­nie la-la-la - za­śpie­wał jak w dzie­cię­cej wy­li­czan­ce.

Po­pa­trzy­ła na nie­go roz­ba­wio­na, ale też z nie­po­ko­jem.

- Pi­łeś coś?

- Tak, jed­no piw­ko.

- O, to mu­sia­ło być ja­kieś bar­dzo moc­ne pi­wo.

- Nie baj­durz. Już ci wszyst­ko mó­wię. Sia­daj.

Zro­bił krót­ką pau­zę, jak­by zbie­rał my­śli, po czym opo­wie­dział, co by­ło w Kra­ko­wie. O spra­wie po­mo­cy fi­nan­so­wej za opie­kę, zgod­nie z za­le­ce­niem, nie wspo­mniał.

- No i co ty na to? - spy­tał.

Jo­an­na nie wy­glą­da­ła na za­chwy­co­ną. Sta­ła przy sto­le z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­siach.

- Śred­nio. To był­byś ca­ły dzień po­za do­mem. W dzień hu­ta, wie­czo­rem Ka­prys. W ogó­le nie bę­dzie­my się wi­dzieć.

- Ale za to w no­cy bę­dzie­my się czuć - od­parł i ob­jął ją przy­mil­nie.

- A po­za tym w ta­kiej knaj­pie zbie­ra się naj­gor­szy ele­ment: kur­wa, mi­li­cjant i zło­dziej. Wiem coś o tym, sły­szę, co u nas w biu­rze mó­wią.

- No i co nas to ob­cho­dzi? Waż­ne, że pła­cą.

- I wó­da le­je się stru­mie­nia­mi - do­da­ła.

- Ko­cha­nie, ja prze­cież nie bę­dę w pra­cy pić.

- Tam wszy­scy chle­ją, cho­ciaż są w ro­bo­cie.

- Obie­cu­ję, że nie bę­dę. Naj­waż­niej­sze, że­by się od­bić fi­nan­so­wo. Te­raz nie stać nas na nic eks­tra. A tak w ogó­le to jesz­cze nic pew­ne­go.

Przy­cią­gnął ją do sie­bie i po­ca­ło­wał. Czuł jak jej sztyw­ność ustę­pu­je. Po dwóch la­tach mał­żeń­stwa cią­gle by­li w so­bie za­ko­cha­ni. Ba­ła się, że ten Ka­prys mo­że coś ze­psuć mię­dzy ni­mi. Że zbu­rzy ich szczę­ście.

- Chodź­my do sy­pial­ni. Już póź­no - po­wie­dział czu­le i za­czął ścią­gać jej bluz­kę.

Nie sta­wia­ła opo­ru. Roz­pię­ła mu ko­szu­lę i za­ję­ła się pa­skiem od spodni.

Ko­cha­li się jesz­cze dłu­go me­to­dą Ar­ka "za­sy­pia­nie z po­wtór­ką". Po wza­jem­nym ob­ca­ło­wa­niu wszyst­kich czę­ści cia­ła ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem sut­ków i ob­sza­rów in­tym­nych ob­ra­ca­li się na bok, na ły­żecz­kę. Jo­an­na z przo­du, on od ty­łu w peł­nym wzwo­dzie wcho­dził w jej wil­got­ną, cie­płą i ocze­ku­ją­cą szpar­kę. Rę­ka­mi pie­ścił de­li­kat­nie jej pier­si. Wspól­ne ru­chy nie­zbyt gwał­tow­ne i szyb­kie w tej po­zy­cji pa­so­wa­ły do zbli­ża­ją­ce­go się spa­nia. Po chwi­li obo­pól­ny or­gazm, moż­na za­sy­piać. Ty­le że wca­le się nie roz­dzie­la­li jak więk­szość par po la­tach. Pe­nis po­zo­sta­wał tak w niej pod­czas pierw­szej fa­zy snu, któ­ra prze­waż­nie trwa­ła jesz­cze dwie go­dzi­ny. Wte­dy jak­by się bu­dził; rósł we­wnątrz i przy­po­mi­nał o so­bie. W pół­śnie za­czy­na­li wspól­ny mi­ło­sny ta­niec od no­wa. Ru­chy mi­ni­mal­ne, de­li­kat­ne, udu­cho­wio­ne. Jak ma­rze­nie sen­ne. Za to or­gazm jak eks­plo­zja - peł­na roz­kosz i speł­nie­nie. Te­raz moż­na już się roz­dzie­lić i spać do ra­na.

1 Wy­dzie­lo­na dziel­ni­ca Kra­ko­wa z wie­lo­ma osie­dla­mi obok kom­bi­na­tu hut­ni­cze­go imie­nia Le­ni­na.

2 Wo­je­wódz­ka Spół­dziel­nia Spo­żyw­ców Spo­łem - w PRL naj­więk­sza sieć han­dlo­wa i ga­stro­no­micz­na.

1977

Wy tu so­bie ja­ja ro­bi­cie?

Bac­ca­ra: Yes Sir, I Can Bo­ogie

Bon­nie Ty­ler: It's a He­ar­ta­che

Szy­mek za­dzwo­nił już na dru­gi dzień.

- Prze­słu­cha­nie jest we wto­rek w po­łu­dnie. Dasz ra­dę?

Arek do­stał wy­pie­ków. Mu­si wziąć urlop, nie ma pro­ble­mu.

- Tak.

- Z Mak­sem już roz­ma­wia­łem, bę­dzie ze sprzę­tem o dzie­sią­tej. Za­mó­wi cię­ża­rów­kę, bo te­go jest du­żo. Przyjdź też tak wcze­śnie, to mu po­mo­żesz roz­ło­żyć te gra­ty i pod­łą­czyć.

- Zro­bi się.

- A te­raz naj­waż­niej­sze: na prze­słu­cha­niu oprócz dy­rek­cji Ka­pry­su bę­dzie Ro­ger ze stro­ny Agen­cji Ar­ty­stycz­nej. Mu­si­cie uda­wać, że się zna­cie, on was za­re­ko­men­do­wał od naj­lep­szej stro­ny. Nie je­ste­ście na ty, ale do­brze się zna­cie. Ja­sne?

- Tak, tyl­ko jesz­cze mu­si­my wie­dzieć, któ­ry to jest - od­parł Arek nie­pew­nie.

- Ta­ki przy­stoj­ny bru­net pod czter­dziest­kę. Zresz­tą ja też przyj­dę, to wam go po­ka­żę. Pa­mię­taj o ab­so­lut­nej dys­kre­cji, że­by­ście się gdzieś nie wy­ga­da­li w wia­do­mej spra­wie.

- Oczy­wi­ście, to był­by ko­niec dla nas też.

Arek po­czuł się, jak­by wstę­po­wał do ma­fii. Ła­pów­ki, ukła­dy, kon­spi­ra­cja. Wszyst­ko to bar­dzo mu się nie po­do­ba­ło. Ale co mo­że zro­bić? Ma trwać przez ca­łe ży­cie za biur­kiem? "Nie" - po­my­ślał. Nie cof­nie się. Już w tym tkwi.

- Za­graj tak, że­by się tym dzia­dom z dy­rek­cji spodo­ba­ło. Oprócz ak­tu­al­nych hi­tów, tro­chę star­szych ka­wał­ków, ja­kie­goś przy­tu­lań­ca, mo­że tan­go, sam zresz­tą wiesz. Mu­sisz ich prze­ko­nać.

- Po­sta­ram się, bę­dzie do­brze.

- Nie wąt­pię. No to do wtor­ku. Cześć.

- Cześć.

Odło­żył słu­chaw­kę i przez chwi­lę się za­sta­na­wiał, co Szy­mek bę­dzie z te­go miał. Tak się prze­cież sta­ra...

W za­my­śle­niu się­gnął po for­mu­larz urlo­po­wy.

Noc przed prze­słu­cha­niem nie na­le­ża­ła do ła­twych. Naj­pierw Arek dłu­go nie mógł za­snąć, a kie­dy wresz­cie mu się uda­ło, mę­czy­ły go złe sny. Su­ro­we twa­rze dy­rek­to­rów na prze­słu­cha­niu. Ro­ger z wy­pcha­nym do­la­ra­mi port­fe­lem. Dziew­czy­ny z wy­zy­wa­ją­cym ma­ki­ja­żem rzu­ca­ły mu się na szy­ję, po­tem zgi­nę­ły wszyst­kie pły­ty, wresz­cie mi­li­cja za­ło­ży­ła mu kaj­dan­ki, a kie­dy krzy­czał, że jest nie­win­ny, obe­rwał pał­ką i wte­dy się obu­dził. To Jo­an­na się nad nim zli­to­wa­ła, wi­dząc, jak się rzu­ca i lek­kim sztur­chań­cem wy­ba­wi­ła z kosz­ma­rów. Był zla­ny po­tem.

Za­dzwo­nił bu­dzik. Aha, już szó­sta.

Po­czła­pał do ła­zien­ki. Prysz­nic do­brze mu zro­bił, orzeź­wio­ny szyb­ko się ubrał, na­sta­wił eks­pres do ka­wy i cze­kał na Jo­an­nę. Wkrót­ce by­ła go­to­wa, usie­dli do śnia­da­nia i spoj­rze­li na sie­bie. Ona wie­dzia­ła, że to waż­ny dzień.

- Zde­ner­wo­wa­ny?

- Nie bar­dzo... tro­chę - przy­znał.

- Masz pro­gram przy­go­to­wa­ny? I pły­ty? - upew­nia­ła się.

Rzu­cił okiem na wa­li­zecz­kę przy drzwiach.

- Tak, wszyst­ko go­to­we, wczo­raj zro­bi­łem.

- Tyl­ko ich nie za­po­mnij.

- Nie, co jak co, ale o pły­tach za­wsze pa­mię­tam.

- Wiem - mruk­nę­ła z prze­ką­sem. - Mu­szę le­cieć. Po­wo­dze­nia!

- Pa, trzy­maj kciu­ki. Ko­cham cię.

- Ja cie­bie też.

Zni­kła za drzwia­mi. Zo­stał sam. Z wa­liz­ką płyt i gło­wą peł­ną my­śli. Za kil­ka go­dzin bę­dzie wie­dzieć, czy ma szan­se na zmia­nę swo­je­go ży­cia.

Do Ka­pry­su do­tarł przed dzie­sią­tą, więc po­sta­no­wił po­cze­kać na Mak­sa przed wej­ściem. Uli­cą Flo­riań­ską, za­mknię­tą dla ru­chu, szli bez­ład­nie nie­licz­ni o tej po­rze prze­chod­nie. Po chwi­li po­wo­lut­ku od stro­ny Ryn­ku nad­je­cha­ła cię­ża­rów­ka i za­trzy­ma­ła się obok Ar­ka. Z szo­fer­ki wy­siadł Maks i jesz­cze ja­kiś gość.

Przy­wi­ta­li się.

- No to do ro­bo­ty!

Otwo­rzy­li pa­kę i Arek zo­ba­czył ca­ły sprzęt. Czte­ry du­że i dwie ma­łe ko­lum­ny gło­śni­ko­we, kon­so­le­ta z mik­se­rem i dwo­ma gra­mo­fo­na­mi, ste­row­nik do świa­teł, wzmac­nia­cze, ma­gne­to­fon, dwie ram­py z ko­lo­ro­wy­mi re­flek­to­ra­mi i dwie wa­liz­ki ka­bli.

- Oj nie­źle, jest te­go tro­chę - po­wie­dział.

- Jak ma być pro­fe­sjo­nal­nie... - od­parł Maks z nut­ką nie­skrom­nej du­my. - Do­bra, wno­si­my.

Gło­śni­ki usta­wi­li pro­wi­zo­rycz­nie na par­kie­cie, świa­tła na gzym­sach, a kon­so­lę na es­tra­dzie. Pod­łą­czy­li ka­ble i spraw­dzi­li, czy wszyst­ko gra. Za­ję­ło im to po­nad go­dzi­nę.

Aku­sty­ka by­ła zdu­mie­wa­ją­co do­bra, ja­kość dźwię­ku ich po­zy­tyw­nie za­sko­czy­ła. Mu­zy­ka wy­peł­ni­ła sa­lę na­tu­ral­nie i czy­sto. Arek po­my­ślał, że brzmi to zde­cy­do­wa­nie le­piej niż kil­ka dni wcze­śniej, kie­dy pro­du­ko­wa­ła się or­kie­stra.

Po­pa­trzy­li na sa­lę; o dzi­wo tro­chę lu­dzi się ze­bra­ło, wszy­scy zer­ka­li w ich stro­nę. Wi­docz­nie wia­do­mość o prze­słu­cha­niu ro­ze­szła się po Kra­ko­wie. Przy jed­nym sto­li­ku Arek za­uwa­żył ko­le­gów po fa­chu z ka­wiar­ni "Bar­bór­ka" dzia­ła­ją­cej przy Mia­stecz­ku Stu­denc­kim, gdzie też nie­daw­no otwo­rzo­no dys­ko­te­kę. Tro­chę się zna­li, po­ma­cha­li do sie­bie.

- Cześć, chło­pa­ki. - Po­ja­wił się Szy­mek. - Wszyst­ko do­brze? Go­to­wi?

- Tak, brzmi cał­kiem nie­źle - od­parł Maks.

- Co z tym Ro­ge­rem, jest już? - spy­tał Arek.

- Tak, po­szedł do biu­ra, na gó­rę, przyj­dzie ra­zem z sze­fo­stwem. Po­zna­cie go po tym, że nie ma kra­wa­ta.

- A in­ni ma­ją?

- Dy­rek­tor tak.

- Kto jesz­cze bę­dzie?

- Tyl­ko je­go za­stęp­czy­ni. Aha, już idą.

Dwóch męż­czyzn i ko­bie­ta usie­dli w trze­ciej lo­ży i po­pa­trzy­li w kie­run­ku sce­ny. Chwi­lę roz­ma­wia­li, kel­ner­ka po­da­ła ka­wę. Od sto­li­ka wstał ten pod kra­wa­tem i pod­szedł do es­tra­dy.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Tom­czyk, je­stem tu dy­rek­to­rem. Sły­sza­łem o was du­żo do­bre­go, więc po­każ­cie, co umie­cie. Bar­dzo je­stem cie­kaw.

Wró­cił do lo­ży. Arek znał uczu­cie, któ­re go w tej chwi­li opa­no­wa­ło. Prze­ra­biał już to na swo­im eg­za­mi­nie na li­cen­cję di­dże­ja w War­sza­wie. To nie był strach; ra­czej pod­nie­ce­nie i chęć wy­ka­za­nia wła­snych moż­li­wo­ści. Na­gle zni­kła nie­pew­ność, bo wie na co go stać i za­raz to udo­wod­ni.

Maks przy­ga­sił oświe­tle­nie na gzym­sach i włą­czył ko­lo­ro­we re­flek­to­ry skie­ro­wa­ne na par­kiet.

Mu­zy­ka za­czę­ła grać wstęp­ną skła­dan­kę, świa­tła oży­ły. Arek wziął mi­kro­fon i za­po­wie­dział:

- Wi­tam pań­stwa ser­decz­nie na na­szej pre­zen­ta­cji. Na­zy­wam się Ar­ka­diusz Ob­roc­ki, a to mój ko­le­ga Mak­sy­mi­lian By­stroń. Na po­czą­tek pro­po­nu­je­my tro­chę ak­tu­al­nych prze­bo­jów.

AB­BA za­in­to­no­wa­ła Dan­cing Qu­een, po­tem Smo­kie za­śpie­wa­li I'll Me­et You at Mid­ni­ght, po czym Bo­ney M. da­li cza­du z Ma Ba­ker.

Arek ob­ser­wo­wał ką­tem oka go­ści w trze­ciej lo­ży i wi­dział, że im się po­do­ba. Pan Tom­czyk lek­ko się uśmie­chał, a wi­ce­dy­rek­tor­ka ki­wa­ła gło­wą do tak­tu.

- A te­raz zmia­na na­stro­ju, słu­cha­my Pre­sleya.

Lo­ve Me Ten­der nu­cił głę­bo­kim gło­sem Elvis.

- To mo­że coś z ak­tu­al­nej li­sty prze­bo­jów, gra­ją i śpie­wa­ją The Eagles Ho­tel Ca­li­for­nia.

- Wra­ca­my do Eu­ro­py i ru­sza­my do tań­ca: Pa­ry­ski Wal­czyk.

Roz­ba­wio­na pa­ra dy­rek­tor­ska ko­ły­sa­ła się do tak­tu, Ro­ger był wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny.

Arek chciał wła­śnie pu­ścić coś in­ne­go, ale pan dy­rek­tor pod­niósł rę­kę i dał znać, że to wy­star­czy i ma­ją do nich po­dejść.

- W po­rząd­ku, pa­no­wie, ja to ku­pu­ję - za­czął. - To mo­ja pra­wa rę­ka, pa­ni Lud­mi­ła Ko­wal­czyk, a pa­na Ro­ber­ta chy­ba nie mu­szę wam przed­sta­wiać.

- Nie, zna­my się do­brze - łgał bez zmru­że­nia oka Ro­ger.

- Sia­daj­cie. - Pan Tom­czyk tro­chę się prze­su­nął, ro­biąc im miej­sce w lo­ży. - Za­czy­na­cie po­ju­trze, pierw­sze­go grud­nia. Gra­cie blo­ki po oko­ło dwa­dzie­ścia mi­nut, tak jak to by­ło te­raz, po­tem pięt­na­ście mi­nut prze­rwy. Ja wiem, że na Za­cho­dzie dys­ko­te­ka gra non stop, ale my ży­je­my z kon­sump­cji i go­ście mu­szą mieć czas, że­by za­mó­wić, a po­tem zjeść i wy­pić.

Kiw­nę­li gło­wa­mi ze zro­zu­mie­niem.

- Gło­śni­ki nie mo­gą stać na par­kie­cie, za­bra­ły­by za du­żo miej­sca. Gdzie je da­cie?

- Pla­nu­je­my na gó­rze, na gzym­sach, ra­zem ze świa­tła­mi - po­wie­dział Maks.

- Tak, to do­bry po­mysł. Tro­chę cza­su wam z tym zej­dzie, mu­si­cie w czwar­tek wcze­śnie tu przyjść. Te­raz za­nie­ście te swo­je sprzę­ty na gó­rę do szat­ni, bo jesz­cze dziś i ju­tro gra ze­spół.

- Jak się z tym upo­ra­cie, przyjdź­cie do mnie do agen­cji, pod­pi­sze­my zle­ce­nia - rzu­cił Ro­ger.

- Ja już się cie­szę, że dwóch ta­kich przy­stoj­nia­ków gra u nas na faj­fach - za­śmia­ła się pa­ni Lud­mi­ła.

- Pew­nie dzie­wu­chy bę­dą rwa­ły maj­ty, he, he - skwi­to­wał pan Tom­czyk. - No, dość tych żar­tów, wra­ca­my do pra­cy. Pa­nie Ro­ber­cie, pro­szę z na­mi do biu­ra, spi­sze­my umo­wę. Do czwart­ku - do­dał w kie­run­ku chło­pa­ków.

Po­szli. De­cy­den­ci. Zo­sta­wi­li tyl­ko wer­dykt. Po­zy­tyw­ny, i to tyl­ko się li­czy.

- Uda­ło się. Gra­my - rzu­cił z uśmie­chem Arek i po­dał rę­kę Mak­so­wi.

- Tak, ma­my to - od­wza­jem­nił uścisk.

Jak spod zie­mi po­ja­wił się Szy­mek.

- Chy­ba wszyst­ko do­brze, co? By­li za­do­wo­le­ni?

- Na to wy­glą­da. Ma­my pod­pi­sać przy­ję­cie zle­ce­nia - od­parł Arek.

- Mó­wi­łem wam, że to za­ła­twię. - Szy­mek ści­szył głos. - Mam do­brą wia­do­mość; tę for­sę za opie­kę da­je­cie do­pie­ro na koń­cu mie­sią­ca.

- Pew­nie, że nie te­raz - burk­nął Maks. - Jesz­cze że­śmy gro­sza nie za­ro­bi­li, a po­za tym mu­si­my za­ła­twić ten pa­pier3. To mu­szą być do­lce?

- Tak chce, w dzi­siej­szych cza­sach to nie dzi­wi. Ja już le­cę, bę­dzie­my w kon­tak­cie. Cześć.

- Cześć.

Za­ję­li się roz­mon­to­wy­wa­niem ka­bli.

Po chwi­li od sto­li­ka z ty­łu sa­li, przy któ­rym sie­dzia­ło kil­ka osób, pod­niósł się ja­kiś gość i pod­szedł do es­tra­dy. Nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go. Wręcz prze­ciw­nie: na wkur­wio­ne­go.

- By­stroń - za­wo­łał.

Maks od­wró­cił się i spoj­rzał na przy­by­sza.

- Ser­wus - od­po­wie­dział.

- Co ty tu, kur­de, ro­bisz?

- Za­kła­da­my di­sco, chy­ba wi­dać, co nie?

- Czy cie­bie cał­kiem po­je­ba­ło? Tu­taj dys­ko­te­ka? W Ka­pry­sie? Tu za­wsze gra­ła ka­pe­la. Od wie­ków. To nie jest miej­sce dla mło­dzie­ży i go­łych stu­den­cia­ków. Naj­pierw ro­bi­łeś dla mu­zy­ków sprzęt, a te­raz chcesz nam za­bie­rać ro­bo­tę. Le­piej się do­brze za­sta­nów. Dłu­go tu nie za­grze­je­cie miej­sca, już my się o to po­sta­ra­my, a jak do­sta­nie­cie ko­pa w du­pę, to nikt nie ku­pi od cie­bie apa­ra­tu­ry. Ni­g­dy.

Od­wró­cił się i po­szedł do swo­ich. Za­raz też wsta­li i wy­szli z Ka­pry­su.

- Co to za przy­jem­nia­czek? - spy­tał Arek.

- Ta­ki je­den szar­pi­drut4. Gra z kle­zme­ra­mi dan­cin­gi w Cra­co­vii. Po­dob­no jest ja­kimś sze­fem w ich związ­ku mu­zy­ków kra­kow­skich.

- No to su­per, te­go nam by­ło po­trze­ba. Ga­dał, jak­by nam gro­ził.

- Nie przej­muj się. Da­my ra­dę. Je­ste­śmy lep­si.

W mil­cze­niu roz­mon­to­wa­li sprzęt do koń­ca i zło­ży­li w szat­ni.

- Mo­żesz przyjść w czwar­tek tak jak dzi­siaj, o dzie­sią­tej? - spy­tał Maks. - Bę­dzie tro­chę pra­cy, że­by to wszyst­ko so­lid­nie za­in­sta­lo­wać.

- Tak, mam urlop.

- Ja też. W ta­kim ra­zie je­ste­śmy umó­wie­ni. Trzy­maj się.

- Ciao.

Idąc w kie­run­ku Bar­ba­ka­nu, Arek za­sta­na­wiał się, czy ta no­wa dys­ko­te­ka bę­dzie dla nie­go do­brym miej­scem. Stwier­dził, że ma pro­blem, że­by z ca­łą pew­no­ścią od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie twier­dzą­co.

Zmie­rza­jąc do Ka­pry­su pierw­sze­go grud­nia ra­no, mi­mo­wol­nie ob­ser­wo­wał ko­lej­ki przed skle­pa­mi. Dłu­gie, po kil­ka­dzie­siąt me­trów. W więk­szo­ści ko­bie­ty, na­wet cię­żar­ne, du­żo star­ców, rów­nież dzie­ci. Prze­waż­nie mil­czą­cy, nie­któ­rzy coś czy­ta­li, wszy­scy prze­mar­z­nię­ci tup­ta­li w miej­scu dla roz­grzew­ki. Za­no­si­ło się na śnieg.

Pierw­szy dzień. Dzień, w któ­rym wszyst­ko mia­ło się za­cząć. Szedł przez zi­mo­wy Kra­ków z mie­sza­ni­ną eks­cy­ta­cji i lę­ku. Czy wszyst­ko się uda? Co, je­śli lu­dzie nie za­ak­cep­tu­ją dys­ko­te­ki? A mo­że ten mu­zyk miał ra­cję, że Ka­prys nie jest dla nich? Na Flo­riań­skiej ja­kaś ład­na blon­dyn­ka uśmiech­nę­ła się do nie­go bez po­wo­du. Od­wza­jem­nił jej uśmiech i po­my­ślał, że to po­myśl­ny znak. Bę­dzie do­brze...

Maks cze­kał już na nie­go w środ­ku, przy­wi­ta­li się i za­bra­li do ro­bo­ty. Naj­wię­cej trud­no­ści spra­wi­ło wcią­gnię­cie cięż­kich gło­śni­ków do gó­ry na gzym­sy. Rę­ce ich bo­la­ły, gdy się wresz­cie z tym upo­ra­li.

Na es­tra­dzie sta­ło pia­ni­no i per­ku­sja na­le­żą­ce do or­kie­stry dan­cin­go­wej, więc miej­sca nie po­zo­sta­wa­ło zbyt wie­le. Ja­koś się po­mie­ści­li, ale by­ło ja­sne, że kon­so­le­tę z gra­mo­fo­na­mi i mik­se­rem bę­dą mu­sie­li wy­no­sić po faj­fie.

Nie­spo­dzie­wa­nie dłu­go im ze­szło z pod­łą­cze­niem ka­bli do gło­śni­ków i świa­teł. Zwłasz­cza prze­cią­gnię­cie ich pod scho­da­mi obok es­tra­dy sta­no­wi­ło pro­blem.

Kel­ner­ki, któ­re od po­łu­dnia już się krę­ci­ły po sa­li, spo­glą­da­ły po­dejrz­li­wie na te wszyst­kie przy­go­to­wa­nia.

Wresz­cie oko­ło pięt­na­stej by­li go­to­wi. Moż­na za­czy­nać. Pu­ści­li przy­ci­szo­ną, spo­koj­ną mu­zy­kę i usie­dli zmę­cze­ni w pierw­szej lo­ży.

Na­tych­miast po­de­szły do nich dwie dziew­czy­ny z ob­słu­gi.

- Cześć, je­stem Goś­ka.

- A ja Kaś­ka.

- Arek.

- Maks.

- My po­da­je­my na faj­fach, kel­ne­rzy są na no­cach - ob­ja­śni­ła Goś­ka. - Jest jesz­cze Wan­da, ale dzi­siaj ma wol­ne. Za­wsze je­ste­śmy we dwie na jed­ną zmia­nę. Coś wam po­dać?

- Coś by­śmy się na­pi­li, mo­że po Co­li.

- Już się ro­bi.

Po­szła na za­ple­cze i za­raz wró­ci­ła, ba­lan­su­jąc tac­ką jed­ną rę­ką, jak to tyl­ko kel­ne­rzy po­tra­fią. Na­la­ła Co­li do szkla­nek i sta­nę­ła obok Kaś­ki.

- Sia­daj­cie - rzu­cił Maks.

- Nie, nam nie wol­no.

- Ale prze­cież nie ma jesz­cze lu­dzi.

- Wszyst­ko jed­no, na sia­da­nie ma­my szla­ban.

- Tro­chę głu­pio, jak my sie­dzi­my, a wy sto­icie - przy­znał Arek. - Ale je­że­li tak już ma być, to po­wiedz­cie, czy się cie­szy­cie, że te­raz bę­dzie dys­ko­te­ka.

- Ni­by z cze­go ma­my się cie­szyć? - ob­ru­szy­ła się Goś­ka. - Po­rząd­ny gość z for­są już nie przyj­dzie, a na gów­nia­rzach nam nie za­le­ży.

- Tu nie szkol­na świe­tli­ca ani stu­denc­ka bu­da - do­rzu­ci­ła Kaś­ka.

- Co wy ta­kie pe­sy­mist­ki je­ste­ście? - spy­tał Maks. - Wa­szej dy­rek­cji się po­do­ba.

- Oni zo­sta­li do tej dys­ko­te­ki zmu­sze­ni, dy­rek­ty­wa przy­szła z gó­ry, to nie ma­ją wyj­ścia - od­par­ła Goś­ka. - I nie ży­ją z na­piw­ków tak jak my. Jak tu przy­szli ko­nie5 spod Pe­wek­su i za­czę­li rzą­dzić, to port­fe­le mia­ły­śmy gru­be. Te­raz moż­na o tym za­po­mnieć...

Po­szły na za­ple­cze.

- Ta­kie­go na­sta­wie­nia ze stro­ny ob­słu­gi chy­ba że­śmy nie prze­wi­dzie­li, co? - za­czął Arek.

- Nie, ale ja je ro­zu­miem. Bo­ją się o for­sę, a mo­że na­wet o pra­cę. Wszyst­ko, co no­we, bu­dzi strach i nie­pew­ność. Są prze­ko­na­ne, że się tu nie spraw­dzi­my. Sły­sza­łeś, co mó­wią o tym, kto tu te­raz bę­dzie przy­cho­dzić?

- Mu­si­my się wy­ka­zać, jesz­cze bę­dą nam dzię­ko­wać.

Kie­row­nik sa­li wpro­wa­dzał pierw­szych go­ści. O czwar­tej kil­ka sto­li­ków by­ło za­ję­tych. Arek po­my­ślał, że trze­ba za­czy­nać. Siadł za kon­so­le­tą i pod­gło­śnił mu­zy­kę. Maks włą­czył pul­su­ją­ce, ko­lo­ro­we świa­tła.

- Wi­tam pań­stwa ser­decz­nie w Ka­pry­sie i już za­pra­szam do tań­ca. Na po­czą­tek Bac­ca­ra Yes Sir, I Can Bo­ogie - za­po­wie­dział tro­chę drżą­cym gło­sem. Grał dla pra­wie pu­stej sa­li.

Mu­zy­ka za­brzmia­ła do­no­śnie i czy­sto. Wszy­scy skie­ro­wa­li wzrok na es­tra­dę. Wszy­scy - czy­li te dwa­dzie­ścia osób i kel­ner­ki. Na wie­lu twa­rzach wi­dać by­ło zdzi­wie­nie. Ja­koś nikt nie kwa­pił się do tań­ca.

Z czwar­tej lo­ży wstał ja­kiś star­sza­wy fa­cet pod kra­wa­tem i pod­szedł do es­tra­dy. Chwi­lę pa­trzył zdzi­wio­ny, po czym wy­pa­lił:

- Co wy tu so­bie ja­ja ro­bi­cie? Z płyt mu­zy­kę pusz­cza­cie? To już tak Ka­prys na psy scho­dzi, cho­le­ra ja­sna.

Arek po­czuł, jak krew ude­rza mu do twa­rzy. Bez­rad­ność. Złość. Nie mógł za­opo­no­wać - gość miał ra­cję. To by­ły tyl­ko pły­ty. Nie by­li or­kie­strą. Nie by­li tym, do cze­go Ka­prys przy­zwy­cza­ił swo­ją pu­blicz­ność.

Fa­cet od­wró­cił się, pod­szedł do sto­li­ka, po­ga­dał ze zna­jo­my­mi i po chwi­li ca­ła czwór­ka wy­szła.

Arek zmie­niał ryt­my; raz szyb­kie, po­tem wol­ne, no­we i sta­re ka­wał­ki - nikt nie tań­czył. Po dwu­dzie­stu mi­nu­tach za­po­wie­dział prze­rwę.

- Ka­ta­stro­fa - rzu­cił Maks.

- Mhm - mruk­nął Arek.

Lu­dzi w dal­szym cią­gu by­ło nie­wie­lu. Mo­że trzy­dzie­ści osób. Ko­lej­ny blok przy­niósł tyl­ko ta­ką zmia­nę, że po dwóch pio­sen­kach, po przej­ściu na szyb­sze ryt­my, na par­kiet wy­sko­czy­ło kil­ku pod­pi­tych wy­rost­ków i za­czę­li po­dry­gi­wać w dzi­kich wy­wi­ja­sach. To tyl­ko jesz­cze bar­dziej znie­chę­ci­ło po­zo­sta­łych do tań­ca.

Na prze­rwie przy­szedł pan dy­rek­tor Tom­czyk.

- Jak wam idzie? - spy­tał.

- Tak so­bie - od­parł Arek. - Lu­dzi tro­chę ma­ło.

- To nor­mal­ne. Przy zmia­nie dzia­łal­no­ści pu­blicz­ność mu­si się też zmie­nić, po­cze­kaj­my do kar­na­wa­łu - do­rzu­cił.

Na­stęp­ny blok wy­padł tro­chę le­piej; wresz­cie kil­ka par wy­szło do tań­ca. Nie by­ła to jesz­cze za­ba­wa, ja­ką Arek znał ze swo­ich po­przed­nich im­prez, ale za­wsze coś.

Pod ko­niec faj­fu na sa­li znaj­do­wa­ło się oko­ło czter­dzie­stu osób, nie­wie­le mniej niż kie­dy od­wie­dzi­li to miej­sce przed ty­go­dniem.

- Mam za­pro­sić do kon­cer­tu z de­dy­ka­cją? - szep­nął do Mak­sa pod­czas ostat­nie­go blo­ku.

- No pew­nie, to jest tu nor­mal­ne.

- Do­bra, spró­bu­je­my. - Spoj­rzał w stro­nę sa­li i wy­gło­sił: - Sza­now­ni pań­stwo, dzię­ku­je­my, że by­li­ście dzi­siaj na­szy­mi go­ść­mi, i za­pra­sza­my na ju­tro. Je­że­li ktoś ma jesz­cze ży­cze­nie za­mó­wić utwór z de­dy­ka­cją, to za­pra­szam.

Po chwi­li fak­tycz­nie pod­szedł ja­kiś fa­cet.

- Masz tu sto i puść mi ja­kie­goś przy­ci­ska­cza dla He­li z Mo­gi­lan od Kaz­ka - wy­pa­plał.

Arek za­po­wie­dział i już Pre­sley śpie­wał Cry­ing in the Cha­pel. Kil­ka par zno­wu wy­szło na par­kiet. Jesz­cze nie wy­brzmia­ły ostat­nie tak­ty, gdy ja­kaś dziew­czy­na po­da­ła im ko­lej­ną stów­kę.

- Od He­lu­ni dla Ka­zi­ka na po­dzię­ko­wa­nie, coś szyb­kie­go - po­wie­dzia­ła.

Don­na Sum­mer za­śpie­wa­ła w po­ry­wa­ją­cym ryt­mie I Fe­el Lo­ve. Pa­rę osób od­tań­czy­ło w kół­ku dziel­nie do koń­ca i ro­ze­szło się po sa­li. Maks włą­czył peł­ne oświe­tle­nie, kel­ner­ki ka­so­wa­ły ostat­nich go­ści.

- I to ty­le na dzi­siaj - rzu­cił Arek.

- Tak, ma­my po sto na gło­wę - za­śmiał się Maks. - To na­wet nie wy­cho­dzi po do­la­rze.

- Do­bre i to, ju­tro mo­że bę­dzie le­piej.

- Al­bo go­rzej...

Sprząt­nę­li kon­so­le­tę, spa­ko­wa­li pły­ty i wy­szli, ki­wa­jąc kel­ner­kom na po­że­gna­nie. W ich oczach nie wi­dzie­li współ­czu­cia. Ra­czej: "mó­wi­ły­śmy wam". Nie­ste­ty mia­ły ra­cję.

Arek czuł zmę­cze­nie i nie miał ocho­ty roz­my­ślać nad prze­bie­giem pierw­sze­go dnia w Ka­pry­sie. Za­ro­bio­ne sto zło­tych, pu­sty par­kiet w pa­mię­ci i py­ta­nie, któ­re nie da­wa­ło spo­ko­ju: co bę­dzie da­lej? Chciał jak naj­szyb­ciej być w do­mu, przy Jo­asi. Pew­nie bę­dzie py­tać, jak by­ło.

Na­stał czas kom­plet­nie wy­peł­nio­ny pra­cą. Naj­pierw hu­ta, po­tem Ka­prys, co­dzien­nie. Tyl­ko nie­dzie­le do po­łu­dnia miał wol­ne. Jo­an­na nic nie mó­wi­ła, ale za­cho­wa­nie zdra­dza­ło, że jej ta­ki tryb ży­cia nie pa­su­je. Wcze­śniej ra­zem szli do zna­jo­mych al­bo ro­dzi­ców, te­raz wszyst­ko się skoń­czy­ło. Arek po­cie­szał ją, jak mógł.

- Ko­cha­nie, wszyst­ko się uło­ży, zo­ba­czysz. Jak już na ca­łe­go się tam za­ko­twi­czy­my, we­zmę zmien­ni­ka, mo­że na­wet ole­ję hu­tę. Zo­bacz, Maks też ma żo­nę, na­wet ma­łe dziec­ko i cią­gnie jak ja; naj­pierw in­sty­tut, po­tem Ka­prys.

Przy­tu­lił ją czu­le i prze­ko­ny­wał bar­dziej sie­bie niż ją:

- Bę­dzie do­brze, obie­cu­ję.

Ale wca­le nie by­ło do­brze. Wręcz prze­ciw­nie, lu­dzi przy­cho­dzi­ło ma­ło, co­raz mniej. Wpraw­dzie ci, któ­rzy przy­szli, ba­wi­li się nie­źle, ale ob­słu­ga cią­gle na­rze­ka­ła. Na­wet por­tier i szat­niar­ka, nie wspo­mi­na­jąc już o kel­ner­kach i bar­ma­nie. Wszy­scy im mie­li za złe; to przez dys­ko­te­kę przy­cho­dzi ma­ło go­ści, przez nich pój­dą z tor­ba­mi.

Nie spraw­dzi­ła się na­to­miast prze­po­wied­nia Goś­ki w spra­wie ko­ni spod Pe­wek­su - przy­cho­dzi­li grup­ka­mi po kil­ku i to dość re­gu­lar­nie, co pa­rę dni. Je­dli ma­ło, pi­li du­żo, ka­sy im nie bra­ko­wa­ło. Nie mie­li też nic prze­ciw­ko mu­zy­ce z płyt.

- Chodź tu - za­wo­łał je­den do Ar­ka, pod­cho­dząc do es­tra­dy. - Masz tu pięć­set i graj mi pięć ra­zy Pre­sleya. Dla kum­pli z 18 Stycz­nia. Sły­szysz?

- Ja­sne, już pusz­czam.

Za chwi­lę in­ny za­mó­wił Ab­bę, Smo­kie i Bo­ney M.

- Dla pacz­ki od Jar­ka - krzyk­nął.

- Do­bra, dzię­ki.

To był ich ca­ły szpan; po­ka­zać, kto tu rzą­dzi, kto ma for­sę, ko­go na­le­ży usłuż­nie ob­słu­gi­wać. Pew­ni sie­bie, aro­ganc­cy, na­dzia­ni szma­lem. Ale pła­ci­li. I to się li­czy­ło.

Nie za­wsze jed­nak ta­kie fuk­sy się zda­rza­ły. Tra­fia­ły się dni, kie­dy nie za­ro­bi­li na bo­kach zła­ma­nej zło­tów­ki al­bo tyl­ko po stów­ce na otar­cie łez. Wca­le nie­rzad­ko. Nie ma się co dzi­wić, kie­dy ma­ło go­ści, to i ocho­ty do za­ba­wy bra­ku­je - my­ślał Arek.

Je­den fa­cet przy­cho­dził co­dzien­nie. Szedł jak do sie­bie; nie ku­po­wał bi­le­tu, sia­dał za­wsze na tym sa­mym miej­scu na koń­cu sa­li, nie tań­czył, z ni­kim nie roz­ma­wiał. Ob­ser­wo­wał. Wszy­scy go zna­li tyl­ko z wi­dze­nia. Arek pró­bo­wał się cze­goś o nim do­wie­dzieć, ale ob­słu­ga tyl­ko wzru­sza­ła ra­mio­na­mi. W koń­cu dał za wy­gra­ną.

Na prze­rwach cza­sem Maks sia­dał na ka­nap­ce w ho­lu i ob­ser­wo­wał wcho­dzą­cych klien­tów. Wi­dział, jak por­tier nie­chęt­nie wpusz­cza go­ści, któ­rzy mu się nie opła­ci­li. Nie­któ­rzy od­cho­dzi­li z kwit­kiem. Po­tem ka­sjer, sprze­da­jąc bi­le­ty, lo­jal­nie uprze­dzał, że tu jest di­sco i jak się ko­muś nie po­do­ba, to le­piej, że­by nie wcho­dził. Część z nich rze­czy­wi­ście od­pusz­cza­ła.

- Arek, wiesz, pa­trzy­łem, co oni tam na bram­ce ro­bią i wca­le się nie dzi­wię, że ma­my ma­ło lu­dzi. Ten Pi­no­kio nie wpusz­cza po­ło­wy klien­tów. A ten dru­gi w ka­sie też się sta­ra jak mo­że, że­by ich nie by­ło zbyt du­żo. Na­wet sły­sza­łem, jak mó­wił go­ściom, że już im się nie opła­ca wcho­dzić, bo za go­dzi­nę koń­czy­my.

- Oni chcą nas wy­koń­czyć. Po­ga­dam o tym z Tom­czy­kiem - po­wie­dział w za­my­śle­niu Arek.

Kil­ka dni póź­niej oka­zja się tra­fi­ła; dy­rek­tor ra­zem z pa­nią Lud­mi­łą usie­dli w trze­ciej lo­ży, po­pi­ja­li drin­ki i ob­ser­wo­wa­li, jak się klien­ci ba­wią. Na prze­rwie przy­wo­ła­li chło­pa­ków do sie­bie.

- Sia­daj­cie, cze­go się na­pi­je­cie? - za­gad­nął pan Tom­czyk.

- O dzię­ku­je­my, mo­że Co­li - od­parł Maks.

Ski­nął na kel­ner­kę i za­dys­po­no­wał.

- Go­ści nie ma zbyt wie­lu, ale ba­wią się do­brze - rzu­ci­ła pa­ni Lud­mi­ła.

- Mnie to nie dzi­wi, że jest ma­ło lu­dzi - po­wie­dział dy­rek­tor. - Te­raz przed świę­ta­mi sto­ją za szyn­ką i kar­piem, wszy­scy za­bie­ga­ni, ra­czej ma­ło kto my­śli o za­ba­wie. Wszyst­ko się oka­że po No­wym Ro­ku, w kar­na­wa­le.

- Go­ści by­ło­by du­żo wię­cej, ale na bram­ce ich sku­tecz­nie blo­ku­ją - wy­pa­lił Arek i zdał so­bie spra­wę, że wła­śnie zro­bił so­bie no­wych wro­gów.

- Ja wiem, że nie wpusz­cza­ją wszyst­kich. - Za­my­ślił się i po chwi­li do­dał: - Tam ma­ją do­bre oko i wie­dzą, z kim bę­dą kło­po­ty. Ale do­brze, po­roz­ma­wiam z ni­mi o tym.

- Pa­nie dy­rek­to­rze, my od­no­si­my wra­że­nie, że tu wszy­scy chcie­li­by się nas po­zbyć. Że­by wró­ci­ła or­kie­stra - do­dał Maks.

Pan Tom­czyk po­ki­wał gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

- Mu­si­cie się wy­ka­zać. Wy­my­śl­cie, co zro­bić, by ścią­gnąć wię­cej go­ści. My ze swo­jej stro­ny za­mó­wi­li­śmy pla­ka­ty re­kla­mo­we, nie­dłu­go bę­dą go­to­we.

Już chcie­li wstać do na­stęp­ne­go blo­ku, ale ich za­trzy­mał.

- Mam jesz­cze jed­ną spra­wę do was. Jak pod­cho­dzi klient i ła­pie się za port­fel na du­pie, to weź­cie go tro­chę na bok. Nie mu­szą wszy­scy wi­dzieć, że wam pła­ci. Zgo­da?

- Tak jest - od­parł ze śmie­chem Arek i wró­ci­li na es­tra­dę.

Wie­czo­rem, po skoń­czo­nej im­pre­zie, usie­dli przy ulu­bio­nym sto­li­ku za okiem, przez któ­re moż­na ob­ser­wo­wać ca­łą sa­lę.

- Wiesz, on ma ra­cję, sa­ma mu­zy­ka nie wy­star­czy, mu­si­my coś jesz­cze zro­bić - za­czął Arek. - Coś, co da nam prze­wa­gę nad knaj­po­wą or­kie­strą. Coś no­we­go, cze­go tu do tej po­ry nie by­ło.

- Też tak my­ślę. Przy­da­ła­by się ku­la lu­strza­na, tak jak w każ­dej dys­ko­te­ce na Za­cho­dzie.

- To do­bry po­mysł - za­pa­lił się Arek. - Mój zna­jo­my wy­bie­ra się do Ber­li­na po pły­ty, to po­ga­dam z nim, że­by nam ku­pił. Ale do ku­li po­trzeb­ne są re­flek­to­ry punk­to­we, a ta­kie są dia­blo dro­gie i oczy­wi­ście w kra­ju nie­do­stęp­ne.

- Ja mo­gę zro­bić w in­sty­tu­cie. Czte­ry chy­ba wy­star­czą?

- Ja­sne. My­ślisz, że dasz ra­dę?

- Pew­nie, mam tam spe­cja­li­stów me­cha­ni­ków, co wszyst­ko po­tra­fią. Na fu­chę za drob­ną opła­tą - za­pew­nił Maks. - Przy mo­im sprzę­cie też mi po­ma­ga­li.

- Su­per. Przy­da­ły­by się też lam­py ul­tra­fio­le­to­we, da­ją nie­sa­mo­wi­ty efekt. W skle­pie ich nie ku­pisz, masz ja­kieś doj­ście?

- A wiesz, że chy­ba się znaj­dzie. Je­den mój krew­ny jest elek­try­kiem w szpi­ta­lu, tam ta­kich uży­wa­ją do ste­ry­li­za­cji. Mu­szę z nim po­ga­dać, to mi za­ła­twi. Za flasz­kę, no gó­ra dwie.

- Do­bra, to dzia­ła­my. Bę­dę się za­sta­na­wiać, co by tu jesz­cze moż­na zro­bić. A te­raz już le­cę, cześć - rzu­cił Arek.

- Ja jesz­cze spraw­dzę świa­tła i też idę. Ro­dzi­na cze­ka. Do ju­tra.

Roz­sta­li się peł­ni opty­mi­zmu.

3 W PRL po­tocz­na na­zwa do­la­rów USA.

4 Po­gar­dli­we okre­śle­nie gi­ta­rzy­stów.

5 Po­pu­lar­na na­zwa cink­cia­rzy.

Spis tre­ści

Wpro­wa­dze­nie

CZĘŚĆ PIERW­SZA

1977 Pięć­dzie­siąt do­la­rów co mie­siąc

1977 Wy tu so­bie ja­ja ro­bi­cie?

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl