1977
Wy tu sobie jaja robicie?
Baccara: Yes Sir, I Can Boogie
Bonnie Tyler: It's a Heartache
Szymek zadzwonił już na drugi dzień.
- Przesłuchanie jest we wtorek w południe. Dasz radę?
Arek dostał wypieków. Musi wziąć urlop, nie ma problemu.
- Tak.
- Z Maksem już rozmawiałem, będzie ze sprzętem o dziesiątej. Zamówi ciężarówkę, bo tego jest dużo. Przyjdź też tak wcześnie, to mu pomożesz rozłożyć te graty i podłączyć.
- Zrobi się.
- A teraz najważniejsze: na przesłuchaniu oprócz dyrekcji Kaprysu będzie Roger ze strony Agencji Artystycznej. Musicie udawać, że się znacie, on was zarekomendował od najlepszej strony. Nie jesteście na ty, ale dobrze się znacie. Jasne?
- Tak, tylko jeszcze musimy wiedzieć, który to jest - odparł Arek niepewnie.
- Taki przystojny brunet pod czterdziestkę. Zresztą ja też przyjdę, to wam go pokażę. Pamiętaj o absolutnej dyskrecji, żebyście się gdzieś nie wygadali w wiadomej sprawie.
- Oczywiście, to byłby koniec dla nas też.
Arek poczuł się, jakby wstępował do mafii. Łapówki, układy, konspiracja. Wszystko to bardzo mu się nie podobało. Ale co może zrobić? Ma trwać przez całe życie za biurkiem? "Nie" - pomyślał. Nie cofnie się. Już w tym tkwi.
- Zagraj tak, żeby się tym dziadom z dyrekcji spodobało. Oprócz aktualnych hitów, trochę starszych kawałków, jakiegoś przytulańca, może tango, sam zresztą wiesz. Musisz ich przekonać.
- Postaram się, będzie dobrze.
- Nie wątpię. No to do wtorku. Cześć.
- Cześć.
Odłożył słuchawkę i przez chwilę się zastanawiał, co Szymek będzie z tego miał. Tak się przecież stara...
W zamyśleniu sięgnął po formularz urlopowy.
Noc przed przesłuchaniem nie należała do łatwych. Najpierw Arek długo nie mógł zasnąć, a kiedy wreszcie mu się udało, męczyły go złe sny. Surowe twarze dyrektorów na przesłuchaniu. Roger z wypchanym dolarami portfelem. Dziewczyny z wyzywającym makijażem rzucały mu się na szyję, potem zginęły wszystkie płyty, wreszcie milicja założyła mu kajdanki, a kiedy krzyczał, że jest niewinny, oberwał pałką i wtedy się obudził. To Joanna się nad nim zlitowała, widząc, jak się rzuca i lekkim szturchańcem wybawiła z koszmarów. Był zlany potem.
Zadzwonił budzik. Aha, już szósta.
Poczłapał do łazienki. Prysznic dobrze mu zrobił, orzeźwiony szybko się ubrał, nastawił ekspres do kawy i czekał na Joannę. Wkrótce była gotowa, usiedli do śniadania i spojrzeli na siebie. Ona wiedziała, że to ważny dzień.
- Zdenerwowany?
- Nie bardzo... trochę - przyznał.
- Masz program przygotowany? I płyty? - upewniała się.
Rzucił okiem na walizeczkę przy drzwiach.
- Tak, wszystko gotowe, wczoraj zrobiłem.
- Tylko ich nie zapomnij.
- Nie, co jak co, ale o płytach zawsze pamiętam.
- Wiem - mruknęła z przekąsem. - Muszę lecieć. Powodzenia!
- Pa, trzymaj kciuki. Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Znikła za drzwiami. Został sam. Z walizką płyt i głową pełną myśli. Za kilka godzin będzie wiedzieć, czy ma szanse na zmianę swojego życia.
Do Kaprysu dotarł przed dziesiątą, więc postanowił poczekać na Maksa przed wejściem. Ulicą Floriańską, zamkniętą dla ruchu, szli bezładnie nieliczni o tej porze przechodnie. Po chwili powolutku od strony Rynku nadjechała ciężarówka i zatrzymała się obok Arka. Z szoferki wysiadł Maks i jeszcze jakiś gość.
Przywitali się.
- No to do roboty!
Otworzyli pakę i Arek zobaczył cały sprzęt. Cztery duże i dwie małe kolumny głośnikowe, konsoleta z mikserem i dwoma gramofonami, sterownik do świateł, wzmacniacze, magnetofon, dwie rampy z kolorowymi reflektorami i dwie walizki kabli.
- Oj nieźle, jest tego trochę - powiedział.
- Jak ma być profesjonalnie... - odparł Maks z nutką nieskromnej dumy. - Dobra, wnosimy.
Głośniki ustawili prowizorycznie na parkiecie, światła na gzymsach, a konsolę na estradzie. Podłączyli kable i sprawdzili, czy wszystko gra. Zajęło im to ponad godzinę.
Akustyka była zdumiewająco dobra, jakość dźwięku ich pozytywnie zaskoczyła. Muzyka wypełniła salę naturalnie i czysto. Arek pomyślał, że brzmi to zdecydowanie lepiej niż kilka dni wcześniej, kiedy produkowała się orkiestra.
Popatrzyli na salę; o dziwo trochę ludzi się zebrało, wszyscy zerkali w ich stronę. Widocznie wiadomość o przesłuchaniu rozeszła się po Krakowie. Przy jednym stoliku Arek zauważył kolegów po fachu z kawiarni "Barbórka" działającej przy Miasteczku Studenckim, gdzie też niedawno otworzono dyskotekę. Trochę się znali, pomachali do siebie.
- Cześć, chłopaki. - Pojawił się Szymek. - Wszystko dobrze? Gotowi?
- Tak, brzmi całkiem nieźle - odparł Maks.
- Co z tym Rogerem, jest już? - spytał Arek.
- Tak, poszedł do biura, na górę, przyjdzie razem z szefostwem. Poznacie go po tym, że nie ma krawata.
- A inni mają?
- Dyrektor tak.
- Kto jeszcze będzie?
- Tylko jego zastępczyni. Aha, już idą.
Dwóch mężczyzn i kobieta usiedli w trzeciej loży i popatrzyli w kierunku sceny. Chwilę rozmawiali, kelnerka podała kawę. Od stolika wstał ten pod krawatem i podszedł do estrady.
- Dzień dobry. Nazywam się Tomczyk, jestem tu dyrektorem. Słyszałem o was dużo dobrego, więc pokażcie, co umiecie. Bardzo jestem ciekaw.
Wrócił do loży. Arek znał uczucie, które go w tej chwili opanowało. Przerabiał już to na swoim egzaminie na licencję didżeja w Warszawie. To nie był strach; raczej podniecenie i chęć wykazania własnych możliwości. Nagle znikła niepewność, bo wie na co go stać i zaraz to udowodni.
Maks przygasił oświetlenie na gzymsach i włączył kolorowe reflektory skierowane na parkiet.
Muzyka zaczęła grać wstępną składankę, światła ożyły. Arek wziął mikrofon i zapowiedział:
- Witam państwa serdecznie na naszej prezentacji. Nazywam się Arkadiusz Obrocki, a to mój kolega Maksymilian Bystroń. Na początek proponujemy trochę aktualnych przebojów.
ABBA zaintonowała Dancing Queen, potem Smokie zaśpiewali I'll Meet You at Midnight, po czym Boney M. dali czadu z Ma Baker.
Arek obserwował kątem oka gości w trzeciej loży i widział, że im się podoba. Pan Tomczyk lekko się uśmiechał, a wicedyrektorka kiwała głową do taktu.
- A teraz zmiana nastroju, słuchamy Presleya.
Love Me Tender nucił głębokim głosem Elvis.
- To może coś z aktualnej listy przebojów, grają i śpiewają The Eagles Hotel California.
- Wracamy do Europy i ruszamy do tańca: Paryski Walczyk.
Rozbawiona para dyrektorska kołysała się do taktu, Roger był wyraźnie zadowolony.
Arek chciał właśnie puścić coś innego, ale pan dyrektor podniósł rękę i dał znać, że to wystarczy i mają do nich podejść.
- W porządku, panowie, ja to kupuję - zaczął. - To moja prawa ręka, pani Ludmiła Kowalczyk, a pana Roberta chyba nie muszę wam przedstawiać.
- Nie, znamy się dobrze - łgał bez zmrużenia oka Roger.
- Siadajcie. - Pan Tomczyk trochę się przesunął, robiąc im miejsce w loży. - Zaczynacie pojutrze, pierwszego grudnia. Gracie bloki po około dwadzieścia minut, tak jak to było teraz, potem piętnaście minut przerwy. Ja wiem, że na Zachodzie dyskoteka gra non stop, ale my żyjemy z konsumpcji i goście muszą mieć czas, żeby zamówić, a potem zjeść i wypić.
Kiwnęli głowami ze zrozumieniem.
- Głośniki nie mogą stać na parkiecie, zabrałyby za dużo miejsca. Gdzie je dacie?
- Planujemy na górze, na gzymsach, razem ze światłami - powiedział Maks.
- Tak, to dobry pomysł. Trochę czasu wam z tym zejdzie, musicie w czwartek wcześnie tu przyjść. Teraz zanieście te swoje sprzęty na górę do szatni, bo jeszcze dziś i jutro gra zespół.
- Jak się z tym uporacie, przyjdźcie do mnie do agencji, podpiszemy zlecenia - rzucił Roger.
- Ja już się cieszę, że dwóch takich przystojniaków gra u nas na fajfach - zaśmiała się pani Ludmiła.
- Pewnie dziewuchy będą rwały majty, he, he - skwitował pan Tomczyk. - No, dość tych żartów, wracamy do pracy. Panie Robercie, proszę z nami do biura, spiszemy umowę. Do czwartku - dodał w kierunku chłopaków.
Poszli. Decydenci. Zostawili tylko werdykt. Pozytywny, i to tylko się liczy.
- Udało się. Gramy - rzucił z uśmiechem Arek i podał rękę Maksowi.
- Tak, mamy to - odwzajemnił uścisk.
Jak spod ziemi pojawił się Szymek.
- Chyba wszystko dobrze, co? Byli zadowoleni?
- Na to wygląda. Mamy podpisać przyjęcie zlecenia - odparł Arek.
- Mówiłem wam, że to załatwię. - Szymek ściszył głos. - Mam dobrą wiadomość; tę forsę za opiekę dajecie dopiero na końcu miesiąca.
- Pewnie, że nie teraz - burknął Maks. - Jeszcze żeśmy grosza nie zarobili, a poza tym musimy załatwić ten papier3. To muszą być dolce?
- Tak chce, w dzisiejszych czasach to nie dziwi. Ja już lecę, będziemy w kontakcie. Cześć.
- Cześć.
Zajęli się rozmontowywaniem kabli.
Po chwili od stolika z tyłu sali, przy którym siedziało kilka osób, podniósł się jakiś gość i podszedł do estrady. Nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz przeciwnie: na wkurwionego.
- Bystroń - zawołał.
Maks odwrócił się i spojrzał na przybysza.
- Serwus - odpowiedział.
- Co ty tu, kurde, robisz?
- Zakładamy disco, chyba widać, co nie?
- Czy ciebie całkiem pojebało? Tutaj dyskoteka? W Kaprysie? Tu zawsze grała kapela. Od wieków. To nie jest miejsce dla młodzieży i gołych studenciaków. Najpierw robiłeś dla muzyków sprzęt, a teraz chcesz nam zabierać robotę. Lepiej się dobrze zastanów. Długo tu nie zagrzejecie miejsca, już my się o to postaramy, a jak dostaniecie kopa w dupę, to nikt nie kupi od ciebie aparatury. Nigdy.
Odwrócił się i poszedł do swoich. Zaraz też wstali i wyszli z Kaprysu.
- Co to za przyjemniaczek? - spytał Arek.
- Taki jeden szarpidrut4. Gra z klezmerami dancingi w Cracovii. Podobno jest jakimś szefem w ich związku muzyków krakowskich.
- No to super, tego nam było potrzeba. Gadał, jakby nam groził.
- Nie przejmuj się. Damy radę. Jesteśmy lepsi.
W milczeniu rozmontowali sprzęt do końca i złożyli w szatni.
- Możesz przyjść w czwartek tak jak dzisiaj, o dziesiątej? - spytał Maks. - Będzie trochę pracy, żeby to wszystko solidnie zainstalować.
- Tak, mam urlop.
- Ja też. W takim razie jesteśmy umówieni. Trzymaj się.
- Ciao.
Idąc w kierunku Barbakanu, Arek zastanawiał się, czy ta nowa dyskoteka będzie dla niego dobrym miejscem. Stwierdził, że ma problem, żeby z całą pewnością odpowiedzieć na to pytanie twierdząco.
Zmierzając do Kaprysu pierwszego grudnia rano, mimowolnie obserwował kolejki przed sklepami. Długie, po kilkadziesiąt metrów. W większości kobiety, nawet ciężarne, dużo starców, również dzieci. Przeważnie milczący, niektórzy coś czytali, wszyscy przemarznięci tuptali w miejscu dla rozgrzewki. Zanosiło się na śnieg.
Pierwszy dzień. Dzień, w którym wszystko miało się zacząć. Szedł przez zimowy Kraków z mieszaniną ekscytacji i lęku. Czy wszystko się uda? Co, jeśli ludzie nie zaakceptują dyskoteki? A może ten muzyk miał rację, że Kaprys nie jest dla nich? Na Floriańskiej jakaś ładna blondynka uśmiechnęła się do niego bez powodu. Odwzajemnił jej uśmiech i pomyślał, że to pomyślny znak. Będzie dobrze...
Maks czekał już na niego w środku, przywitali się i zabrali do roboty. Najwięcej trudności sprawiło wciągnięcie ciężkich głośników do góry na gzymsy. Ręce ich bolały, gdy się wreszcie z tym uporali.
Na estradzie stało pianino i perkusja należące do orkiestry dancingowej, więc miejsca nie pozostawało zbyt wiele. Jakoś się pomieścili, ale było jasne, że konsoletę z gramofonami i mikserem będą musieli wynosić po fajfie.
Niespodziewanie długo im zeszło z podłączeniem kabli do głośników i świateł. Zwłaszcza przeciągnięcie ich pod schodami obok estrady stanowiło problem.
Kelnerki, które od południa już się kręciły po sali, spoglądały podejrzliwie na te wszystkie przygotowania.
Wreszcie około piętnastej byli gotowi. Można zaczynać. Puścili przyciszoną, spokojną muzykę i usiedli zmęczeni w pierwszej loży.
Natychmiast podeszły do nich dwie dziewczyny z obsługi.
- Cześć, jestem Gośka.
- A ja Kaśka.
- Arek.
- Maks.
- My podajemy na fajfach, kelnerzy są na nocach - objaśniła Gośka. - Jest jeszcze Wanda, ale dzisiaj ma wolne. Zawsze jesteśmy we dwie na jedną zmianę. Coś wam podać?
- Coś byśmy się napili, może po Coli.
- Już się robi.
Poszła na zaplecze i zaraz wróciła, balansując tacką jedną ręką, jak to tylko kelnerzy potrafią. Nalała Coli do szklanek i stanęła obok Kaśki.
- Siadajcie - rzucił Maks.
- Nie, nam nie wolno.
- Ale przecież nie ma jeszcze ludzi.
- Wszystko jedno, na siadanie mamy szlaban.
- Trochę głupio, jak my siedzimy, a wy stoicie - przyznał Arek. - Ale jeżeli tak już ma być, to powiedzcie, czy się cieszycie, że teraz będzie dyskoteka.
- Niby z czego mamy się cieszyć? - obruszyła się Gośka. - Porządny gość z forsą już nie przyjdzie, a na gówniarzach nam nie zależy.
- Tu nie szkolna świetlica ani studencka buda - dorzuciła Kaśka.
- Co wy takie pesymistki jesteście? - spytał Maks. - Waszej dyrekcji się podoba.
- Oni zostali do tej dyskoteki zmuszeni, dyrektywa przyszła z góry, to nie mają wyjścia - odparła Gośka. - I nie żyją z napiwków tak jak my. Jak tu przyszli konie5 spod Peweksu i zaczęli rządzić, to portfele miałyśmy grube. Teraz można o tym zapomnieć...
Poszły na zaplecze.
- Takiego nastawienia ze strony obsługi chyba żeśmy nie przewidzieli, co? - zaczął Arek.
- Nie, ale ja je rozumiem. Boją się o forsę, a może nawet o pracę. Wszystko, co nowe, budzi strach i niepewność. Są przekonane, że się tu nie sprawdzimy. Słyszałeś, co mówią o tym, kto tu teraz będzie przychodzić?
- Musimy się wykazać, jeszcze będą nam dziękować.
Kierownik sali wprowadzał pierwszych gości. O czwartej kilka stolików było zajętych. Arek pomyślał, że trzeba zaczynać. Siadł za konsoletą i podgłośnił muzykę. Maks włączył pulsujące, kolorowe światła.
- Witam państwa serdecznie w Kaprysie i już zapraszam do tańca. Na początek Baccara Yes Sir, I Can Boogie - zapowiedział trochę drżącym głosem. Grał dla prawie pustej sali.
Muzyka zabrzmiała donośnie i czysto. Wszyscy skierowali wzrok na estradę. Wszyscy - czyli te dwadzieścia osób i kelnerki. Na wielu twarzach widać było zdziwienie. Jakoś nikt nie kwapił się do tańca.
Z czwartej loży wstał jakiś starszawy facet pod krawatem i podszedł do estrady. Chwilę patrzył zdziwiony, po czym wypalił:
- Co wy tu sobie jaja robicie? Z płyt muzykę puszczacie? To już tak Kaprys na psy schodzi, cholera jasna.
Arek poczuł, jak krew uderza mu do twarzy. Bezradność. Złość. Nie mógł zaoponować - gość miał rację. To były tylko płyty. Nie byli orkiestrą. Nie byli tym, do czego Kaprys przyzwyczaił swoją publiczność.
Facet odwrócił się, podszedł do stolika, pogadał ze znajomymi i po chwili cała czwórka wyszła.
Arek zmieniał rytmy; raz szybkie, potem wolne, nowe i stare kawałki - nikt nie tańczył. Po dwudziestu minutach zapowiedział przerwę.
- Katastrofa - rzucił Maks.
- Mhm - mruknął Arek.
Ludzi w dalszym ciągu było niewielu. Może trzydzieści osób. Kolejny blok przyniósł tylko taką zmianę, że po dwóch piosenkach, po przejściu na szybsze rytmy, na parkiet wyskoczyło kilku podpitych wyrostków i zaczęli podrygiwać w dzikich wywijasach. To tylko jeszcze bardziej zniechęciło pozostałych do tańca.
Na przerwie przyszedł pan dyrektor Tomczyk.
- Jak wam idzie? - spytał.
- Tak sobie - odparł Arek. - Ludzi trochę mało.
- To normalne. Przy zmianie działalności publiczność musi się też zmienić, poczekajmy do karnawału - dorzucił.
Następny blok wypadł trochę lepiej; wreszcie kilka par wyszło do tańca. Nie była to jeszcze zabawa, jaką Arek znał ze swoich poprzednich imprez, ale zawsze coś.
Pod koniec fajfu na sali znajdowało się około czterdziestu osób, niewiele mniej niż kiedy odwiedzili to miejsce przed tygodniem.
- Mam zaprosić do koncertu z dedykacją? - szepnął do Maksa podczas ostatniego bloku.
- No pewnie, to jest tu normalne.
- Dobra, spróbujemy. - Spojrzał w stronę sali i wygłosił: - Szanowni państwo, dziękujemy, że byliście dzisiaj naszymi gośćmi, i zapraszamy na jutro. Jeżeli ktoś ma jeszcze życzenie zamówić utwór z dedykacją, to zapraszam.
Po chwili faktycznie podszedł jakiś facet.
- Masz tu sto i puść mi jakiegoś przyciskacza dla Heli z Mogilan od Kazka - wypaplał.
Arek zapowiedział i już Presley śpiewał Crying in the Chapel. Kilka par znowu wyszło na parkiet. Jeszcze nie wybrzmiały ostatnie takty, gdy jakaś dziewczyna podała im kolejną stówkę.
- Od Heluni dla Kazika na podziękowanie, coś szybkiego - powiedziała.
Donna Summer zaśpiewała w porywającym rytmie I Feel Love. Parę osób odtańczyło w kółku dzielnie do końca i rozeszło się po sali. Maks włączył pełne oświetlenie, kelnerki kasowały ostatnich gości.
- I to tyle na dzisiaj - rzucił Arek.
- Tak, mamy po sto na głowę - zaśmiał się Maks. - To nawet nie wychodzi po dolarze.
- Dobre i to, jutro może będzie lepiej.
- Albo gorzej...
Sprzątnęli konsoletę, spakowali płyty i wyszli, kiwając kelnerkom na pożegnanie. W ich oczach nie widzieli współczucia. Raczej: "mówiłyśmy wam". Niestety miały rację.
Arek czuł zmęczenie i nie miał ochoty rozmyślać nad przebiegiem pierwszego dnia w Kaprysie. Zarobione sto złotych, pusty parkiet w pamięci i pytanie, które nie dawało spokoju: co będzie dalej? Chciał jak najszybciej być w domu, przy Joasi. Pewnie będzie pytać, jak było.
Nastał czas kompletnie wypełniony pracą. Najpierw huta, potem Kaprys, codziennie. Tylko niedziele do południa miał wolne. Joanna nic nie mówiła, ale zachowanie zdradzało, że jej taki tryb życia nie pasuje. Wcześniej razem szli do znajomych albo rodziców, teraz wszystko się skończyło. Arek pocieszał ją, jak mógł.
- Kochanie, wszystko się ułoży, zobaczysz. Jak już na całego się tam zakotwiczymy, wezmę zmiennika, może nawet oleję hutę. Zobacz, Maks też ma żonę, nawet małe dziecko i ciągnie jak ja; najpierw instytut, potem Kaprys.
Przytulił ją czule i przekonywał bardziej siebie niż ją:
- Będzie dobrze, obiecuję.
Ale wcale nie było dobrze. Wręcz przeciwnie, ludzi przychodziło mało, coraz mniej. Wprawdzie ci, którzy przyszli, bawili się nieźle, ale obsługa ciągle narzekała. Nawet portier i szatniarka, nie wspominając już o kelnerkach i barmanie. Wszyscy im mieli za złe; to przez dyskotekę przychodzi mało gości, przez nich pójdą z torbami.
Nie sprawdziła się natomiast przepowiednia Gośki w sprawie koni spod Peweksu - przychodzili grupkami po kilku i to dość regularnie, co parę dni. Jedli mało, pili dużo, kasy im nie brakowało. Nie mieli też nic przeciwko muzyce z płyt.
- Chodź tu - zawołał jeden do Arka, podchodząc do estrady. - Masz tu pięćset i graj mi pięć razy Presleya. Dla kumpli z 18 Stycznia. Słyszysz?
- Jasne, już puszczam.
Za chwilę inny zamówił Abbę, Smokie i Boney M.
- Dla paczki od Jarka - krzyknął.
- Dobra, dzięki.
To był ich cały szpan; pokazać, kto tu rządzi, kto ma forsę, kogo należy usłużnie obsługiwać. Pewni siebie, aroganccy, nadziani szmalem. Ale płacili. I to się liczyło.
Nie zawsze jednak takie fuksy się zdarzały. Trafiały się dni, kiedy nie zarobili na bokach złamanej złotówki albo tylko po stówce na otarcie łez. Wcale nierzadko. Nie ma się co dziwić, kiedy mało gości, to i ochoty do zabawy brakuje - myślał Arek.
Jeden facet przychodził codziennie. Szedł jak do siebie; nie kupował biletu, siadał zawsze na tym samym miejscu na końcu sali, nie tańczył, z nikim nie rozmawiał. Obserwował. Wszyscy go znali tylko z widzenia. Arek próbował się czegoś o nim dowiedzieć, ale obsługa tylko wzruszała ramionami. W końcu dał za wygraną.
Na przerwach czasem Maks siadał na kanapce w holu i obserwował wchodzących klientów. Widział, jak portier niechętnie wpuszcza gości, którzy mu się nie opłacili. Niektórzy odchodzili z kwitkiem. Potem kasjer, sprzedając bilety, lojalnie uprzedzał, że tu jest disco i jak się komuś nie podoba, to lepiej, żeby nie wchodził. Część z nich rzeczywiście odpuszczała.
- Arek, wiesz, patrzyłem, co oni tam na bramce robią i wcale się nie dziwię, że mamy mało ludzi. Ten Pinokio nie wpuszcza połowy klientów. A ten drugi w kasie też się stara jak może, żeby ich nie było zbyt dużo. Nawet słyszałem, jak mówił gościom, że już im się nie opłaca wchodzić, bo za godzinę kończymy.
- Oni chcą nas wykończyć. Pogadam o tym z Tomczykiem - powiedział w zamyśleniu Arek.
Kilka dni później okazja się trafiła; dyrektor razem z panią Ludmiłą usiedli w trzeciej loży, popijali drinki i obserwowali, jak się klienci bawią. Na przerwie przywołali chłopaków do siebie.
- Siadajcie, czego się napijecie? - zagadnął pan Tomczyk.
- O dziękujemy, może Coli - odparł Maks.
Skinął na kelnerkę i zadysponował.
- Gości nie ma zbyt wielu, ale bawią się dobrze - rzuciła pani Ludmiła.
- Mnie to nie dziwi, że jest mało ludzi - powiedział dyrektor. - Teraz przed świętami stoją za szynką i karpiem, wszyscy zabiegani, raczej mało kto myśli o zabawie. Wszystko się okaże po Nowym Roku, w karnawale.
- Gości byłoby dużo więcej, ale na bramce ich skutecznie blokują - wypalił Arek i zdał sobie sprawę, że właśnie zrobił sobie nowych wrogów.
- Ja wiem, że nie wpuszczają wszystkich. - Zamyślił się i po chwili dodał: - Tam mają dobre oko i wiedzą, z kim będą kłopoty. Ale dobrze, porozmawiam z nimi o tym.
- Panie dyrektorze, my odnosimy wrażenie, że tu wszyscy chcieliby się nas pozbyć. Żeby wróciła orkiestra - dodał Maks.
Pan Tomczyk pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Musicie się wykazać. Wymyślcie, co zrobić, by ściągnąć więcej gości. My ze swojej strony zamówiliśmy plakaty reklamowe, niedługo będą gotowe.
Już chcieli wstać do następnego bloku, ale ich zatrzymał.
- Mam jeszcze jedną sprawę do was. Jak podchodzi klient i łapie się za portfel na dupie, to weźcie go trochę na bok. Nie muszą wszyscy widzieć, że wam płaci. Zgoda?
- Tak jest - odparł ze śmiechem Arek i wrócili na estradę.
Wieczorem, po skończonej imprezie, usiedli przy ulubionym stoliku za okiem, przez które można obserwować całą salę.
- Wiesz, on ma rację, sama muzyka nie wystarczy, musimy coś jeszcze zrobić - zaczął Arek. - Coś, co da nam przewagę nad knajpową orkiestrą. Coś nowego, czego tu do tej pory nie było.
- Też tak myślę. Przydałaby się kula lustrzana, tak jak w każdej dyskotece na Zachodzie.
- To dobry pomysł - zapalił się Arek. - Mój znajomy wybiera się do Berlina po płyty, to pogadam z nim, żeby nam kupił. Ale do kuli potrzebne są reflektory punktowe, a takie są diablo drogie i oczywiście w kraju niedostępne.
- Ja mogę zrobić w instytucie. Cztery chyba wystarczą?
- Jasne. Myślisz, że dasz radę?
- Pewnie, mam tam specjalistów mechaników, co wszystko potrafią. Na fuchę za drobną opłatą - zapewnił Maks. - Przy moim sprzęcie też mi pomagali.
- Super. Przydałyby się też lampy ultrafioletowe, dają niesamowity efekt. W sklepie ich nie kupisz, masz jakieś dojście?
- A wiesz, że chyba się znajdzie. Jeden mój krewny jest elektrykiem w szpitalu, tam takich używają do sterylizacji. Muszę z nim pogadać, to mi załatwi. Za flaszkę, no góra dwie.
- Dobra, to działamy. Będę się zastanawiać, co by tu jeszcze można zrobić. A teraz już lecę, cześć - rzucił Arek.
- Ja jeszcze sprawdzę światła i też idę. Rodzina czeka. Do jutra.
Rozstali się pełni optymizmu.
3 W PRL potoczna nazwa dolarów USA.
4 Pogardliwe określenie gitarzystów.
5 Popularna nazwa cinkciarzy.